niedziela, 20 stycznia 2019

Nawet na bezrybiu, czyli "Imperium" Simaka

Trzeba się z tym liczyć za każdym razem, gdy zaczyna się przygodę z klasykami (czyli starymi dziadami najczęściej) gatunku. Trzeba podejrzewać, że w końcu trafi się na książkę archaiczną, spierniczałą, zbudowaną w garażu młodej przecież w latach 50 science fiction. Tak sprawy się właśnie mają z "Imperium" Simaka, jednego z istotniejszych twórców klasycznej fantastyki. I gdyby nie pewnego rodzaju niepisana umowa zawarta z samym sobą - zrecenzować niemal wszystko, co przeczytałem - ani razu nie uderzyłbym w klawisze, myśląc o tej właśnie książce.



A więc z czysto kronikarskiego obowiązku informuję:

- akcja książki dzieje się w przyszłości,

- Zły to podły monopolista na rynku energetycznym,

- Dobrzy to dwaj szlachetni naukowcy, którzy chcą ludzkości rozsianej w Układzie Słonecznym dać energię darmową, bo coś tam odkryli i to działa,

- odkryli również możliwość przesyłania informacji z prędkością większą od prędkości światła,

- odkryli też, że mogą podglądać i podsłuchiwać każdego w całej galaktyce,

- co bardzo wkurza Złego monopolistę, bo on knuł przeciw tym Dobrym,

- a ci Dobrzy namieszali również na giełdach papierów wartościowych, więc zdobyli masę dolarów, a Zły masę dolarów stracił,

- a więc nasyła na nich gangsterów, ale nie mają oni szansy w starciu z ludźmi, którzy odkryli, jak teleportować dowolnego człowieka z planety na planetę,

- w międzyczasie wybucha rewolta przeciwko Złemu, ale Zły przechodzi do kontrofensywy, bo znalazł sobie własnego zdolnego naukowca...

I tak to się toczy, z nerwem, biglem, ale wszystko to jakieś takie naiwne, płaskie, wyglądające na autoparodię gatunku, chociaż na początku lat 50 nikt jeszcze takich gierek nie uprawiał chyba.

Czy dodam coś więcej? Chyba nie. "Imperium" to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto już tysiąc innych lepszych pozycji obowiązkowych przeczytał. 

Czołem!

piątek, 18 stycznia 2019

Gdyby Leśmian pisał fantastykę, czyli 'Domostwo błogosławionych" Valente

Gdy przewróciłem ostatnią kartkę powieści Catherynne M. Valente i kolejny raz rzuciłem okiem na jedną z najładniejszych okładek, jakie w życiu widziałem, przyszła mi do głowy jedna myśl – gdyby Bolesław Leśmian pisał dzieła fantastyczne (jego baśniowych Przygód Sindbada Żeglarza nie liczę), to Domostwo błogosławionych można by śmiało podpisać jego nazwiskiem. Książka ta jest wymagającym, wyrafinowanym i egzotycznym partnerem do rozmowy i może zapewnić czytelnikowi kilkanaście godzin niezwykłych intelektualnych, momentami niemal sensualnych doznań, a z drugiej strony przytłacza ciężarem barokowej ornamentyki. Nie umiem jednoznacznie ocenić tej pozycji, ale wiem jedno – nie jest dla każdego.



Powieść jest przykładem tego, że literatura i w ogóle kultura karmi się samą sobą – Domostwo błogosławionych nie istniałoby bez ogromu średniowiecznej wyobraźni, bogato iluminowanych, wypełnionych opisami niezwykłych i groteskowych istot, bestiariuszy, legend i fantastycznej geografii mierzącej się z terra incognita. W ciemności średnich wieków pisarka znajduje nasiona, które kiełkują, rosną i inspirują do założenia fantastycznego ogrodu oszałamiającego swoim bogactwem, kolorami i zapachami.

Niełatwo opowiedzieć, o czym jest. Na ten sam problem natrafimy, gdy będziemy chcieli komuś streścić wiersz przywołanego na początku poety – obedrzemy go z całej tajemnicy, rozproszymy niezwykłą aurę, sprowadzimy do parteru czytelnego obrazowania i dosłowności, a jednocześnie pozostaniemy koszmarnie daleko od jakiejkolwiek prawdy o tekście. Przyszłym czytelnikom należy się jednak parę słów zarysowujących najistotniejsze dla fabuły elementy.

Domostwie błogosławionych znajdziemy kilka krzyżujących się ze sobą warstw fabularnych, które wzajemnie się, uzupełniają i dobudowują kolejne piętra opowieści. Starzejący się misjonarz, brat Hiob z Lucerny, u progu XVIII stulecia, wieku rozumu, wybiera się w podróż na Wschód, w kierunku baśniowego Orientu, od zawsze w kulturze europejskiej kojarzonego z egzotyką i niesamowitością. Tam właśnie bohater znajduje drzewo rodzące książki zamiast owoców. Z utworów tych, żarłocznie pochłanianych przez brata Hioba, wyłania się obraz sprzed niemal pięciuset lat – królestwo legendarnego Jana Prezbitera, zagubionego na Wschodzie księdza, którego pochłonęły „cuda i dziwy” Orientu. Dodatkowo Valente opisuje intymne wyznania żony Prezbitera, Hagii (bezgłowego stworzenia mającego twarz na klatce piersiowej), oraz poetyckie baśnie opowiadane królewskim dzieciom przez piastunkę. Całość tworzy migotliwą i hipnotyzującą całość, której nie sposób zrelacjonować, by nie zniszczyć jej unikalnego kształtu.

Mocnymi stronami tej książki są język i obraz. Pisarka w zdumiewający sposób, godny mistrzów stylizacji, kształtuje swoją prozę. Jesteśmy dokładnie po drugiej stronie realizmu, który wymagał przezroczystości języka – czytający miał koncentrować się na fabule, związkach pomiędzy postaciami etc. Natomiast Valente meandruje, ubarwia, rozrzuca epitety i poetyckie synestezje; każde zdanie jest komunikatywne, a jednocześnie zatrzymuje na sobie uwagę zmuszając do wyobrażania sobie barw, dźwięków, zapachów; sugeruje archaiczność – z jej patosem, figurami stylistycznymi, zabiegami retorycznymi.

Autorka ma również ogromny dar tworzenia unikalnych, mających surrealistyczny wydźwięk, obrazów. Odrobina trudu, jaki trzeba podjąć, by nadążyć za wyobraźnią Valente, zostanie nagrodzona w dwójnasób. Oszałamiające wizje miejsc, fantastycznych istot i egzotycznych mechanizmów życia wysypują się z niemal każdego akapitu. Lektura książki musi być powolna, by nie przeoczyć niczego w jej przedziwnym wnętrzu.

Gdyby mnie zapytać o przynależność gatunkową tej powieści, odpowiedziałbym, że najbliżej jej do fantasy. Naturalnym żerowiskiem jego twórców jest średniowiecze, ale w odróżnieniu od Valente zazwyczaj chwytają oni to, co widzialne gołym okiem, i umocowane w zbiorowej wyobraźni odbiorców kultury. Porozumienia z czytelnikiem szukają na najbardziej fundamentalnym z poziomów. Natomiast w Domostwie błogosławionych niepodzielnie rządzi to, co wyobrażone i przetrawione w procesie interpretacji wieków średnich. Chociaż w książce słychać wyraźne echa i legend arturiańskich, i opowieści Chaucera, to jednak nigdzie nie spotkamy dosłownych odniesień. Tekstem rządzi zasada sugestii i aluzji, które od pierwszej strony mają za zadanie wciągnąć czytelnika i spętać go szlachetną iluzją.

Posługując się pewnymi naturalnymi dla formy recenzji uogólnieniami i uproszczeniami, należy napisać, że powieść Valente jest patetycznym hołdem złożonym ludzkiej wyobraźni, potrzebie wiary i duchowości. Nie jest to jednak książka, która podbije serca masowego czytelnika. Ten chyba będzie gubił się w labiryntach narracji, a jego wzrok będzie przeskakiwał z akapitu na akapit, by znaleźć fabularny punkt zaczepienia. Cierpliwy i szukający szlachetniejszych podniet odbiorca w pełni Domostwo błogosławionych doceni.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Pomiędzy doktorem Rieux a wojakiem Szwejkiem

Tak autotematycznie będzie. Ostatnio nie można inaczej. Nie da się milczeć w sytuacji, gdy polska oświata, której jestem pracownikiem, przypomina miasto, które w czasie działań wojennych przechodziło z rąk do rąk. Żadna ze stron nie wierzyła, że może na dłużej utrzymać swój stan posiadania, więc gwałtownie, bez większego namysłu, planowała zagospodarowanie zdobytej przestrzeni. Nikt oczywiście nie przejmował się mieszkańcami tego miasta. Mieli oni przed tym, raz przed innym portretem czapki zdejmować i, broń Boże, nie przyzwyczajać się do aktualnej sytuacji. Zmieni się władza, zmienią się reguły.

I w takiej właśnie rzeczywistości przyszło żyć nauczycielom. To nawet nie jest oblężone miasto. Szkoła się nie broni, szkoła przechodzi z rąk do rąk i widzą to tylko ci, którzy zakotwiczyli w niej na dłużej niż na jeden cykl nauczania. Uczeń tego nie dostrzeże. Rodzic być może. Nauczyciel widzi to aż zbyt wyraźnie.

Nie będę jednak pisał o systemie. Takich ambicji nie mam i cierpliwości, by punktować wszystkie jego wady. Napiszę o nauczycielstwie. Moim, podkreślam.

Kiedyś mnie olśniło. Wymyśliłem sobie, że jestem jak doktor Rieux i wojak Szwejk. W tym samym czasie lub na zmianę. Oczywiście nie da się zrozumieć tej subtelnej metafory bez znajomości fundamentów literatury XX wieku. Bez Camusa z jednej strony i Haszka z drugiej. Mam jednak nadzieję, że czytający te słowa nie mają problemu z tymi nazwiskami i postawami.

Uczyć chciałem od zawsze, czyli od drugiej klasy liceum, gdy zmieniwszy szkołę, trafiłem do klasy prowadzonej przez kogoś, kogo mogłem nazwać Profesorem. Był to człowiek magnetyzujący, pociągający, mądry i odważny. Miał swoje poglądy i słabości.

Jedna z najważniejszych jego nauk (usłyszałem, gdy przyszedłem na praktyki po czwartym roku) brzmiała:

- Pamiętaj, najczęściej lekcje prowadzi się dla dwóch, może trzech uczniów.

I pomimo tego (a może właśnie dlatego) pracuje się. Stara. Walczy i szarpie. Wymyśla. Tworzy. Analizuje. Wyciąga błędy i zaczyna na nowo to samo. Tak to właśnie wygląda. Mnie, proszę państwa (a możecie mi nie wierzyć, nie ma obowiązku), napędza poczucie obowiązku. Obowiązku przede wszystkim wobec samego siebie, swojej pasji, nazwijmy to inaczej powołaniem.

To jest ten sam imperatyw, który nakazuje lekarzowi leczyć, księdzu iść z posługą, policjantowi (po służbie nawet) pilnować porządku. Ten sam silnik mamy zainstalowany, chociaż naszymi konstruktorami są różne siły i porządki. Nie umiem tego z siebie wyrwać. Wykorzenić. Zepsuć nawet. Silniejsze jest to ode mnie.

Trzeba mnie sobie wyobrazić szczęśliwym, gdy wtaczam na górę kamień, zostawiam go tam, oglądam się za siebie, a u podnóża góry tłoczą się kolejne i kolejne. Schodzę po nie i wtaczam na nowe. Większe lub mniejsze. Cięższe lub lżejsze.

I wiem, że w ostatecznym rozrachunku nie osiągam wiele. Parę osób przeczyta coś więcej? Ktoś się zamyśli? W kimś zasną jakieś moje słowa, by po latach się obudzić i wwiercić się w świadomość? Co ja wiem o tych, których uczę? Coś tam wiem, przeczuwam. Ale co ja wiem o tym, co z robią "ze mną"? Ze światem, który im pokazałem? Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem. Tak to już jest wymyślone.

Sieję, ale nie zbieram, bo egzaminy maturalne i być może podjęte studia żniwami żadnymi nie są.

W dniach ostrej walki o ogień, gdy nauczyciele protestują na różne sposoby, by przypomnieć o swoim istnieniu, nie umiem myśleć, że protestuję tylko i wyłącznie w imieniu talarów, jakie miałyby do mojej kabzy wpaść. Nie. Gdybym miał przeświadczenie, że wszystko w szkole jest w porządku, a tylko i wyłącznie pieniędzy mi brakuje, nie solidaryzowałbym się z protestami.

W szkole jest jednak bardzo nie w porządku, chociaż nie pora i miejsce, by o tym pisać. Chaos, zawężenie pola wolności nauczycielskiej, brak możliwości spokojnej i skupionej pracy, niedobory finansowe, wieczne dokumentowanie własnych osiągnięć, fikcja pracy z uczniem zdolnym, zrzucanie coraz większej ilości obowiązków na "zwykłego" przedmiotowca, który ma być specjalistą od terapii uczniów z różnymi dysfunkcjami... Mogę dłużej.

Gdyby tego wszystkiego nie było, zniósłbym swój skromny status. Zniósłbym. Proszę mi nie wierzyć, jeśli łaska.

Może to naiwne, głupie, nieżyciowe. Może gotuję swoim dzieciom los "dzieci nauczyciela", ale nie umiem li tylko o pieniądzach myśleć. Może to idiotyczne, ale nic nie zastąpi mi takich chwil jak ta, gdy (co roku) zaczynam omawiać "Lalkę" i czytam na głos cały pierwszy rozdział powieści. Zażywni panowie zamawiają kolejne piwa i spekulują o nieobecnym, niewidzialny, szalonym Wokulskim. Zawsze słyszę wtedy w głowie gwar jadłodajni, brzęk stawianych butelek i skrzypienie krzeseł, na których rozpierają się przedstawiciele średniej klasy średniej...



I siedzę jak ten dr Rieux, patrzę na szkołę, jak na miasto, które co chwilę jakaś nowa zaraza dusi, i wiem, że odejść nie mogę. Nie dam rady.

Z drugiej strony jednak budzi się we mnie Szwejk, frontowy nihilista, któremu stawiano by  raczej postumenty z napisem "Stąd uciekł", zamiast "Tutaj poległ". Szwejk, który widząc patologię edukacji, jej absurdy, pułapki, brzydotę, górnolotne założenia skonfrontowane ze skrzeczącą rzeczywistością, może się tylko śmiać.

Autorytet takiej Placówki, jaką jest polska szkoła, można jedynie ośmieszyć. Można ją zwodzić, szydzić z niej, grać podkręcone piłki, by nie oszaleć. Można prowokować takie sytuacje lekcyjne, by pokazać umowność tej relacji "nauczyciel-uczeń". Można samego siebie deprecjonować. Dbać o własną skórę? W szkole? A ileż jest ona warta?



(Przypomina mi się mój dawno niewidziany kolega. Jeden uczeń notorycznie przychodził do niego i mówił: "Proszę pana, a dlaczego to jest źle? Dlaczego tak nie może być to sformułowane? Miałbym wtedy piątkę, a nie cztery z plusem." Na to mój kolega wziął pióro, zamaszyście napisał mu ogromną czerwoną piątkę na kartkówce i zapytał: "Masz cyferkę 5 na kawałku papieru. Jesteś teraz szczęśliwym człowiekiem?" Tak trzeba żyć.)

Bo tylko na śmiech zasługuje system, w którym nic nie działa tak, jak trzeba. To wszystko jest nieważne, myślę sobie, to nie ma najmniejszego znaczenia. Ja czytać umiem, moje dzieci też, a więc cała reszta to dodatek, rysunek na marginesie aktywności życiowej, błazeństwo na scenie.

Taki Szwejk.

I takie dwie nogi moje, jak z wiersza Herberta. No ale trzeba chyba szkoły, by nauczyła i tego Herberta czytać, i nawet z Panem Cogito się zapoznać.

Wybaczcie te rozważania. Być może zupełnie zbędne. Niepotrzebne nikomu poza mną. A i być może ja, gdy się jutro obudzę, uznam je za głupie, naiwne i nieprzemyślane. Być może usunę je, a może nie.

Com napisał, napisałem.

piątek, 4 stycznia 2019

Dziś nie ma czasów, czyli "Pawilony" Bielickiego

Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Ten internetowy szlagwort jak bumerang powraca przy okazji nostalgicznych eskapad podejmowanych najczęściej w kierunku arkadyjskich lat 90. Kraju lat dziecinnych, o którym legendy powtarzają kolejne roczniki opanowujące Sieć. 

Dziś nie ma czasów, mówi mi tomik Dominika Bielickiego pt. „Pawilony” nagrodzony w Gdyni Ważną Nagrodą. Tomik bardzo dobry, komunikatywny na fundamentalnym poziomie, na który mogą wdrapać się niedzielni odbiorcy poezji (taki ja na przykład). Dający po oczach ostro (cyfrowo?) zarysowanymi postaciami, scenami, dialogami, w których z łatwością rozpoznamy opiłki języka, którym się posługujemy i który z nas też robi jakiś tam użytek. 



Najprościej oczywiście spojrzeć na „Pawilony” jak na serię zdjęć – zbliżeń, które pokazują ludzi w miejskim środowisku. Brzmi banalnie, oczywiście że tak. A to dziewczyna kupuje naleśniki, ktoś inny w ciszy wcina hot dogi, szycha w wielkiej firmie nudzi się, bezdomny wtajemnicza młodego bezdomnego w tajniki bezdomności, programiści walczą z kodami programów, pasażerowie autobusu, kierowcy stojący w korku… Góry i doły, wyżyny i bagna cywilizacji. Oczywiście to bardzo proste i chyba zbyt płaskie, by uwierzyć w teoretycznie dominujący w „Pawilonach” imaginistyczny rys. 

Tu jest dużo więcej, bo (moim zdaniem) ważniejszy jest w tej książce ten, który patrzy, od tego, na którego patrzy. Ważniejszy jest ten (szumnie go nazwijmy) flaner, miejski snuj, podglądacz i podsłuchiwacz, który domyśla się nie biografii, ale tego, co być może wpisali w swoje CV obserwowani przez niego bohaterowie. Bohaterowie, którzy w odróżnieniu od podmiotu lirycznego, wpasowali się w przeznaczone im role i płynnie, bez zająknięcia, odgrywają swoje komedyjki w czasie rozmów kwalifikacyjnych, powierzchownych wymian uprzejmości, nawet rozmów z samymi sobą. 

I jeszcze więcej – mamy nie tylko ludzi, ale umiejętnie (przyznajmy, nieco to przewidywalne, ale lubię i rozumiem) wprowadzone na scenę  artefakty pochodzące ze starych dobrych czasów. A to wnętrze nieistniejącej wypożyczalni kaset video, a to tytułowe pawilony postawione w epoce, gdy hartował się nasz bieda-kapitalizm, w końcu dom handlowy, autentyczny mamut, który rozmagnesował się w starciu z galeriami handlowymi i stracił moc wabienia klientów. Bielicki ładnie o tym opowiada. Zależy mu. To widać.

Mnie jednak najsilniej uderzają inne obserwacje. Bielicki jest kronikarzem rozpływającego się, rozlewającego miasta, które traci kontury, charakter i wewnętrzne hierarchie. Miasto opisywane w "Pawilonach" ma jednak oblicze, które w Poznaniu malowniczo ujmuje powiedzonko „Dziś na Jeżycach łatwiej dostać wegańskie pierożki niż wpierdol”. Domyślacie się, że Jeżyce to taka dość szemrana okolica (chyba) była… 

Ginie lub przechodzi metamorfozę pewien twardy rys (obrys?), wykute w trudniejszych czasach charaktery, „opresyjne” wzorce męskości i sprawowania władzy, siła – to wszystko zostaje rozmyte przez płynną, rozleniwiającą, słodką i wymuskaną nowoczesność. W najważniejszym moim zdaniem tekście książki pt. „Rzeźnia w wolskiej Gamie” padają słowa:

(…)Nastali radni z zarządów deweloperów,
Którzy nie potrafią obchodzić się z bronią
(…)
Którzy zamiast zdrowo pierdolić książki,
Kochają Sapkowskiego, znają się na winie.

Nie, proszę Państwa, dziś nie ma czasów, bo żeby były, wszystko musi płynąć dwa razy wolniej. 

A, cholera, nie chce. 

czwartek, 3 stycznia 2019

Póki tłoki pracują, czyli "Blackwater. Magia i stal" Pierumowa


Ja już najprawdopodobniej dawno temu wyrosłem z tego typu literatury. Z roku na rok coraz starszy jestem i rzadko co i rzadko kiedy jest mnie w stanie porwać, zachwycić, ruszyć, wzruszyć. Dla takich starych dziadów to ewentualnie żywoty świętych pańskich, „Kazania sejmowe” Piotra Skargi lub „Rodzina Połanieckich” Sienkiewicza (którą akurat czytam powolutku). Nie znaczy to jednak, że kompletnie oślepłem i straciłem węch. Doceniam, a nawet z czystym sumieniem czasem polecę coś, co nie jest adresowane akurat do mnie. Tak się sprawy mają w przypadku książki Nika Pierumowa „Blackwater. Magia i stal”.

Rosyjski autor zasłynął w świecie fantastyki jako rewizjonista -  tworząc swoistą kontynuację kanonicznej opowieści Tolkiena, odwrócił zło i dobro, wymieszał wartości, zrelatywizował prosty i klarowny świat Śródziemia. Został zauważony, chyba nawet słusznie.

Książka, którą mam przed sobą, również tylko na pozór jest oczywistą historią dziejącą się w rzeczywistości wypełnionej łatwo rozpoznawalnymi, utrwalonymi w świadomości odbiorców gatunku, elementami pochodzącymi z takich gatunków jak steampunk czy magiczne bildungsroman a la Harry Potter. Pod powierzchnią tej powieści są piwnice i lochy, w które warto się chyba zapuścić. A są one dla mnie o wiele ciekawsze, niż ładnie oświetlone przestronne pokoje na piętrach.



Fabularnie Pierumow nie zaskakuje za bardzo. Wprowadza nas w klasycznie zaprojektowaną przestrzeń, w której ścierają się ze sobą dwie opozycyjne siły. Początkowo świat przyjdzie nam poznawać za sprawą nastoletniej Molly Blackwater, która żyje w Nord Jorku, w mieście-molochu przypominającym skrzyżowanie Metropolis (Fritza Langa) i wiktoriańskiego Londynu. Bród, węglowy pył, potężne maszyny pracujące w trzewiach fabryk, zastępy robotników powoli spychanych na margines egzystencji za sprawą rewolucji technologicznej będącej owocem tryumfującego racjonalizmu, oficjalnej doktryny państwa.

W tym świecie magia jest zakazana, a ludzie wykazujący zdolności magiczne wtrącani do więzień. Ja wiem, brzmi to dość sztampowo i prowadzi nas prostą drogą w kierunku oczywistego zawiązania fabuły – główna bohaterka odkrywa w sobie zakazane „właściwości”, co rzecz jasna wywołuje u niej paniczny strach, gdyż dziewczyna doskonale wie, co się stanie, gdy dowiedzą się o tym odpowiednio mroczne służby.

I jeszcze jedno – Królestwo, którego obywatelką jest panna Blackwater, toczy zażartą walkę z niejakimi Rooskies, którzy stojąc na nieco niższym szczeblu rozwoju cywilizacyjnego nie pozwalają sobie w kaszę (ze skwarkami) dmuchać i dzielnie bronią swojej niezależności. Stali, silnikom parowym i potędze pociągów pancernych przeciwstawiają siłę ducha, odwagę i (a to ci niespodzianka) magię.

Czujecie? Pierumow ładnie sobie zakpił z wszelkich stereotypów na temat własnych ziomków. Rooskies odsyłają nas do stygmatyzującego określenia „Ruski” (co w mniej wrażliwych na uroki słowiańszczyzny uszach może nie zostać wysłyszane). Rooskies, początkowo portretowani jako barbarzyńcy, dzikusy i niebezpieczni nieokrzesańcy, z czasem zyskują w oczach nie tylko samej bohaterki, ale również czytelników. W odróżnieniu od bezdusznego i niemal totalitarnego Królestwa, dystyngowanego i wyrafinowanego mocarstwa, pielęgnują inne cnoty – odwagę, żywiołowość, dumę wynikającą z poczucia przynależności do wolnych istot, których nie krępuje stechnicyzowana cywilizacja.

Ta powieść to hymn ku czci czegoś, co nazwać można słowiańską (a już na pewno rosyjską) duszą. Przychodziło mi na myśl nawet, by nazwać Pierumowa pomniejszym piewcą idei panslawizmu, ale mam chyba za mało argumentów, by to zrobić.

Tak czy siak całkiem dobrze się czyta „Magię i stal” jako ilustrację pewnych tarć cywilizacyjnych, których świadkami przecież byliśmy i wciąż jeszcze jesteśmy. Umowny świat Zachodu i jego kultura nieustannie przecież próbowała skruszyć pomniejsze ośrodki charakteryzujące się odmienną obyczajowością, tradycjami, wzorami życia społecznego. Do pewnego momentu doskonale się to udawało. Teraz z tego, co widzę, maszyna Zachodu zaciera się, w jej tryby dostaje się coraz więcej piasku i być może za kilka pokoleń fabryka definitywnie zatrzyma produkcję.

W świecie Pierumowa wciąż jednak tłoki sumiennie wywiązują się ze swoich zadań. Czyżby się spóźnił ze swoją diagnozą?