poniedziałek, 31 lipca 2017

Wieczne powroty (z wariacjami), czyli "Skrzydła nocy" Silverberga

Z science fiction mam jak z jazzem. Niby wciąż staram się trzymać rękę na pulsie, niby monitoruję sytuację, jakoś tam nadążam za nowościami, ale wciąż mam wrażenie (najprawdopodobniej mylne), że „prawdziwa” fantastyka i „prawdziwy” jazz to już zamknięte rozdziały, a ja rozglądając się po współczesnej kulturze, obcować mogę zaledwie ze zgrabnymi „podróbkami.” Że wielcy mistrzowie obu odmian sztuki skomponowali już wszystko, co można było skomponować, napisali wszystko, co można było napisać, a nowatorstwo w obu przypadkach zostało bezpowrotnie utracone za sprawą rozpuszczania się „prawdziwych” science fiction i jazzu w tyglu, gdzie mieszały się one z innymi gatunkami, literatury i muzyki.

Wiem, że jestem niesprawiedliwy, a moje wrażenia pewnie mnie kompromitują, ale jazz to dla mnie przede wszystkim akustyczne arcydzieła z lat 50 i 60 poprzedniego stulecia. Zaś science fiction zamyka się wraz pojawieniem się poetyki cyberpunk (której nota bene i tak nie lubię).

Wiecie, Metallica skończyła się na „Kill’em All!” i tak dalej…

Rozumiecie teraz pewnie dlaczego przyjąłem entuzjastycznie serię wydawniczą Artefakty, dziecko wydawnictwa MAG, prezentującą klasyczne, acz mniej znane lub zupełnie nieobecne w Polsce teksty należące do fantastyki naukowej (i jej obrzeży). Mamy w końcu dostęp do dzieł, które chwytały jeszcze w żagle porywisty wiatr heroicznych czasów kształtowania się gatunku, wykorzystywały w odkrywczy sposób jego możliwości i tworzyły kanon, z którym dyskutować się nie da.



Przyszedł czas na Roberta Silverberga, żyjącego klasyka fantastyki, autora, który sięgnął po pióro w latach 50 i z powodzeniem eksplorował terytorium fantastyki, przynosząc nam stamtąd klasyczne już teksty, za które nagradzano go najważniejszymi środowiskowymi wyróżnieniami – Nebulą, Hugo i Locusem. Powyższe słowa piszę jedynie po to, by stało się za dość kronikarskim obowiązkom i jeżeli ktoś będzie chciał znaleźć więcej konkretnych informacji o Silverbergu i jego twórczości, z pewnością je odszuka.

„Skrzydła nocy” mają dość ciekawą historię – początkowo pomyślane jako opowiadanie, którego pomysł autorowi wyświetlił się w postaci krótkiej intensywnej iluminacji (o czym wspomina się we wstępie do książki), finalnie rozrósł się do trzech tekstów, z których Silverberg zmontował pełnowymiarową powieść. To zaś sprawia, że mogę patrzeć na „Skrzydła nocy” jak na ołtarz zbudowany z części głównej i dwóch nomen omen skrzydeł, widzę w tej książce tryptyk o losach ludzkości, o wielkich procesach historycznych mierzonych tysiącleciami, w mniejszym zaś stopniu opowieść o odkupieniu pojedynczego człowieka, choćby i ten był everymanem, symbolem każdego z nas.

Bohaterem „Skrzydeł nocy” jest początkowo anonimowy starzejący się członek gildii Strażników, których zadaniem jest monitorowanie przestrzeni kosmicznej przy pomocy archaicznej ale dość skutecznej aparatury. Strażnik wypatrywać ma sygnałów zapowiedzianego onegdaj niebezpieczeństwa i wszcząć alarm, gdy na niebie ukażą się nieprzyjacielskie jednostki. Bohater wędruje po zniszczonej i zdegenerowanej Ziemi przyszłości, która stała się smutnym świadectwem wielkości, pychy i finalnego upadku człowieka. Człowieka, który przeszedł długą drogę od prymitywnych archaicznych form społecznych po ukoronowanie rozwoju, jakim była geoinżynieria zmieniająca całkowicie obraz Ziemi. Gdzieś w tle opowieści słychać wcale wyraźne echa mitu o złotym wieku, który kolejno przeobrażał się w swoje coraz mniej szlachetne wersje, by ostatecznie znieruchomieć w pozbawiającej kogokolwiek nadziei rzeczywistości.

Biblijna „ohyda spustoszenia” przeziera przez pierwsze rozdziały książki opisującej świat, który z trudem wyłonił się z kataklizmu i zorganizował się w najprostszy z możliwych sposobów – podzielił na gildie/kasty, które gromadziły z jednej strony wyspecjalizowanych Kupców, Obrońców, Pamiętających, Komediantów, a z drugiej strony wyłoniły grupę uprzywilejowaną – arystokrację. Warto przypomnieć, że gildie jako takie pojawiły się w średniowiecznej Europie, która dość długo lizała rany po upadku cesarstwa rzymskiego i dochodziła do siebie po ciemnych barbarzyńskich stuleciach. W tym momencie lektury pomyślałem sobie, że Silverberg wirtuozersko odtwarza proces historyczny, z którym mieliśmy do czynienia w pierwszych wiekach naszej ery i przyobleka go w fantastyczny kostium – miłośnicy starej dobrej science fiction znajdą w „Skrzydłach nocy” wszystkie charakterystyczne dla niej rekwizyty: zaawansowaną technologię, malowniczo opisanych przybyszów z innych planet, budzące współczucie bardziej niż odrazę owoce eksperymentów genetycznych…

Silverberg pozwala, by Ziemia została podbita przez obcych, którzy wykorzystując przewagę technologiczną, z łatwością narzucają ludziom rządy. Opresyjni przesadnie nie są, pozwalają Ziemianom wieść w sumie spokojne życie, z wystudiowaną wyższością dają do zrozumienia, że wszelki opór jest bezcelowy. Czyż podobnie nie czuli się wszelkiej maści konkwistadorzy, którzy podbiwszy prymitywniejsze ludy, uczynili z nowych poddanych albo siłę roboczą, albo atrakcje turystyczne? Znów Silverberg „podsłuchuje” historię i ubiera ją w kostium science fiction. Opowieść o inwazji staje się próbą odpowiedzi na pytanie o równoległe istnienie cywilizacji „dwóch prędkości.” Szczerze mówiąc, człowieka miałby szczęście do takich najeźdźców, dla których nasz gatunek jest w sumie interesujący jedynie ze względu na swoją bogatą historię, a nie z powodu szczególnych bogactw, jakie może oferować nasza planeta. Obcy wydają się być wystarczająco wyrafinowani, wręcz dżentelmeńscy, by pochylać się z troską (lub jakąkolwiek inną emocją) nad zniewolonymi ludźmi.

„Skrzydła nocy” to nie tylko opowieść o skurczach historii, której cykle przedstawia nam Silverberg. To również pomniejszy traktat o poszukiwaniu odkupienia, które jakby nie patrzeć jest wartością religijną. Autor rekonstruuje historię znaną nam od ponad dwóch tysięcy la; chrześcijaństwo sukces zawdzięczało między innymi swojej inkluzywności (Święty Paweł napisał: „A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich [jest] Chrystus.”), która otworzyła wszystkim możliwość zbawienia. Podobnie rzecz się ma w ostatniej części powieści – bohater trafiwszy do Jerozolimy przyszłości, niemal dosłownie „rodzi się na nowo” i staje się istotnym elementem nowej, budzącej się religii, którą nieliczni jeszcze wyznawcy z gorliwością pierwszych chrześcijan myślą o „zmianie oblicza Ziemi.”

Czyżby Silverberg jawił się jako apologeta duchowości, która ociężałe ciała istot ludzkich oraz całych społeczności jest w stanie wywindować na wyższy poziom rozwoju? A może „Skrzydła nocy” to przede wszystkim powieść o wiecznym powrocie (tu kłania się Nietzsche), o historii, która zawsze do nas wraca, ale wędruje po tak szerokim łuku, że jesteśmy skłonni uznawać za prawdziwą linearną a nie cykliczną jego naturę?


Nie wiem, kolejny raz wolę rozłożyć ręce w geście błogosławionej niepewności i niczego nigdy raz na zawsze nie rozstrzygać. Przynajmniej w kwestii interpretacji arcydzieł taka strategia wydaje się być najbardziej pożądaną…

poniedziałek, 17 lipca 2017

On jest Hiszpanią, czyli "Gips i jaśmin" Lorki

Czasami zdarza się, że jeden twórca staje się wyraźnym i rozpoznawalnym w świecie symbolem własnej ojczyzny, a jego losy splatają z jej trudną historią. Tak się właśnie stało w przypadku Lorki – jego liryka zarówno pod względem treści, jak i formy jest na wskroś „hiszpańska”, zaś życie oraz śmierć w czasie wojny domowej w 1936 roku stanowią idealne uzupełnienie twórczości. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Federico Garcia Lorca jest symbolem hiszpańskiej poezji i Hiszpanii jako takiej.
Jako syn swojego kraju (nie waham się użyć tutaj nieco pompatycznej stylistyki), Lorca zamyka w wierszach wszystko, co z Hiszpanią się wiąże. W jego lirykach znajdziemy nie tylko plastyczne opisy przestrzeni, cudownie skrojone śmiałe metafory, którymi nazywa ojczystą ziemię, ale również da się w nich uchwycić coś, co stanowi o esencji Hiszpanii – zapachy, kształty, barwy, linie architektury – coś, czego nie można znaleźć w żadnym innym zakątku świata. Dźwięki gitar flamenco, cygańskie zaśpiewy, niespiesznie kwitnące miłości, profile mijanych kobiet, słońce wypalające pola i bielące ściany domów – to wszystko buzuje w tych pięknych sensualnych wierszach.

Jego twórczość rozwijała się w burzliwych dla literatury pierwszych dekadach XX stulecia, jednak tryumfująca wtedy awangarda, która przeorała tradycyjne rozumienie i praktykowanie poezji, tylko po części odcisnęła piętno na Lorce. W poezji hiszpańskiego poety z rzadka pobrzmiewają echa nowoczesności (wyłączywszy rzecz jasna wstrząsający tom „Poeta w Nowym Jorku” będący gorzkim podsumowaniem pobytu autora w Stanach Zjednoczonych), częściej znajdziemy odwołania do folkloru, do wciąż obecnych w niektórych regionach Hiszpanii arabskich tradycji, do głęboko zakorzenionych w pamięci kulturowej Europy obrazów i motywów.
Pomimo tego, że Lorca rozluźnia związki pomiędzy wyrazami, wpuszcza bardzo dużo światła i powietrza pomiędzy poszczególne wersy, nigdy nie zrywa łączności z czytelnikami, zawsze szuka ścieżek do ich serc, pragnie wzruszać, czarować, zachwycać. Raz wystarczy mu krótki impresjonistyczny poetycki szkic, innym razem pozwala obrazom kołować, by te ułożyły się w zdumiewającą pełną dramaturgii opowieść.
Nowy wybór poezji Lorki pt. „Gips i jaśmin”, którego autorem i tłumaczem jest Leszek Engelking, to doskonała okazja, by na nowo zapoznać się z obecną już przecież w Polsce twórczością hiszpańskiego twórcy. Wiersze z różnych okresów życia poety tworzą zdumiewający liryczny krajobraz pełen słońca i ciemności, śmiechu i łez, życia i śmierci. Polecam najgoręcej. 
PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Lubimy Czytać.

niedziela, 16 lipca 2017

Niewesołe miasteczko, czyli "Joyland" Kinga

Kolejny, kolejny raz King jawi się jako autor straconych szans lub zawiedzionych nadziei. Nie wiem, co gorsze...

Po doskonałym "Sklepiku z marzeniami" (recenzja wkrótce), "Joyland" jest jak bezkofeinowa kawa lub bezalkoholowe piwo - ani to horror,  ani kryminał, ani (jak chce część bezkrytycznych recenzentów twórczości Kinga) nostalgiczna opowieść o Ameryce lat 70. To... Cóż, zacznijmy po kolei.



Autor zaczyna tak, jak lubię - pierwszoosobowa narracja sprzyja Kingowi. Potrafi on w lekki, pozbawiony ciężaru zbędnych psychologizmów lub dziwacznych reminiscencji opowiedzieć historię. Wydaje się, że narrator siada obok i od niechcenia zaczyna snuć opowieść - stara się nie nudzić, nie uciekać w piętrowe dygresje, od czasu do czasu rzuci żarcikiem, błyśnie bon motem. Tak właśnie jest w przypadku "Joyland" - snujący swoją gawędę bohater przenosi się pamięcią do czasu, gdy mając nieco ponad dwadzieścia lat doświadczył wątpliwych uroków złamanego serca i podjął się wakacyjnej pracy w tytułowym wesołym miasteczku. 

Szczerze powiedziawszy nie do końca wiem, dlaczego  starzejący się bohater wraca pamięcią akurat do takich a nie innych wydarzeń. Co motywuje tego człowieka, by roztoczyć przed odbiorcami skąpą panoramę przeszłości? Krótko mówiąc, King zgubił motyw, a że uwielbia paplać, szybko zagaduje nas, byśmy broń Boże nie zauważyli tej usterki. 

Potem teoretycznie jest lepiej. Poznajemy studenta, który uwierzywszy, że związek na odległość ma sens, pozwala swojej dziewczynie spędzić wakacje z przyjaciółkami, a sam zatrudnia się w wesołym miasteczku, by podreperować skromny budżet. Miło i dość wiarygodnie narrator dzieli się z nami swoim bólem, rozterkami, płonnymi nadziejami. Jest naiwny, wierzy w happy endy, bierze za dobrą monetę wszystko, co oferuje mu zbudowany na ruchowych piaskach związek. Been there, done that myślę sobie. Wszystko się zgadza. Tak właśnie czują się młodzi, głupi i zakochani mężczyźni. No ale nie pytajcie o więcej... 

King oprowadza nas po nieistniejącym już chyba świecie - świecie wesołych miasteczek, które w XX wieku krążyły od miasta do miasta, dając ludziom prostą rozrywkę - karuzele, beczki śmiechu, strzelnice, tunele strachu... Niestety, King poczęstował nas uproszczoną wizją wesołego miasteczka - kilka branżowych określeń, zarys mechanizmów pracy "Joylandu", niewiele więcej. To mocno rozczarowuje, gdyż autor potrafi zbudować świat pełny, trójwymiarowy, dając upust potrzebie realistycznego odtworzenia rzeczywistości, którą rzecz jasna demoluje przy pomocy grozy. 

A skoro już o grozie mowa. Cóż, jedynym jej objawem jest wspomniany tunel strachu, w którym manifestować ma się duch zabitej przez seryjnego mordercę młodej kobiety. Z czasem okazuje się, że ofiar mordercy było więcej i wszystkie one miały związek z różnymi parkami rozrywki. Nasz bohater z niewielką pomocą przyjaciół stopniowo zbliża się do rozwiązania kryminalnej zagadki, ale skoro "Joylandu" kryminałem nazwać nie wypada, rozwiązanie jest w sumie... niepotrzebne. Przy całym szacunku dla Kinga, przygody Scooby Doo są momentami bardziej ekscytujące, niż wątek kryminalny obecny w tej powieści.

Wisienką na tym jałowym torcie jest kreacja głównego bohatera - facet jest chodzącym wcieleniem przyzwoitości, nosicielem cnót wszelakich. Miły, niezepsuty, pomysłowy, potrafi zabawić najmłodszych, paradując w kostiumie psa będącego maskotką wesołego miasteczka.Wzruszają go niepełnosprawne dzieci. Po dżentelmeńsku traktuje kobiety i odważnie staje oko w oko z okrutnym mordercą. Tak nieznośnie wyidealizowanej postaci dawno nie spotkałem i nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie.

I wyobraźcie sobie, że to jeszcze nie wszystkie grzechy "Joylandu", ale nie mam już siły pastwić się nad upiornie dziwacznym motywem samotnej matki opiekującej się umierającym synkiem. To właśnie ona odkrywa przed bohaterem uroki miłości fizycznej, której poskąpiła mu wspominana na początku powieści dziewczyna. 

Cóż, można ten "Joyland" nawet przeczytać, krzywdy nam nie zrobi, na pewno. Ja jednak widzę w tej książce dowód na lenistwo Kinga. Nie chciało mu się rozwijać być może interesującego pomysłu. Jeżeli ta powieść miała ambicje odtworzyć przeszłość i zbudować samą siebie na skale nostalgii, zabrakło jej gęstości, nasycenia detalami, które uwiarygodniłyby świat i pozwoliłyby w nim zamieszkać naszej uwadze. Jeżeli "Joyland" miałby być kryminałem, King musiałby przesunąć śledztwo na pierwszy plan. A gdyby ta powieść miała być typową obyczajówką, nie należało upychać w niej na siłę grozy. 

Niby dużo tego wszystkiego, ale jednocześnie wszystkiego za mało, jak w źle doprawionym barszczu. 

I tą kulinarną konkluzją żegnam Was do następnego razu.

piątek, 14 lipca 2017

Rozmiar nie ma znaczenia, czyli "Koralina" Gaimana

Nazwisko Neila Gaimana elektryzuje miłośników literatury fantastycznej. Ten wszechstronny i niezwykle utalentowany pisarz doskonale sprawdza się jako scenarzysta komiksowy (jest twórcą klasycznej już serii „Sandman” oraz „Marvel 1602” – oszałamiającej wizji komiksowego uniwersum osadzonego w alternatywnej rzeczywistości za czasów panowania królowej Elżbiety I), ale dla wielbicieli literatury pozostanie autorem wyrafinowanych „Amerykańskich bogów”, baśniowego „Gwiezdnego pyłu” czy onirycznego „Oceanu na końcu drogi” – tekstów, którymi zaskarbił sobie szacunek krytyków i miłość czytelników. Gaiman, wolny duch, wielki bajarz, czuje się jak ryba w wodzie tam, gdzie nic nie hamuje wyobraźni, gdzie fantastyka krzyżuje się z baśnią, horrorem, mitem, przypowieścią.

Gdy przyzwyczajony do opasłych tomiszczy czytelnik weźmie do rąk skromniutkich gabarytów Koralinę, być może poczuje pewien rodzaj rozczarowania. Współczesne standardy rynku wydawniczego kazałyby widzieć w tym dziełku Gaimana zaledwie zapowiedź większej całości, szkic, w najlepszym razie opowiadanie, którego nie powinno się wydawać osobno, ale wcisnąć pomiędzy inne podobnych rozmiarów teksty, by finalnie otrzymać grube, atrakcyjniejsze wydawniczo dzieło. Te niecałe 200 stron można przeczytać w spacerowym tempie w ciągu jednego dnia. Moim zdaniem jednak bardzo dobrze się stało, że Koralina nie obrosła w tłuszcz epizodów, zbędnych opisów, przypadkowych postaci snujących się gdzieś po marginesach tekstu. Gaiman okroił swój pomysł do absolutnie niezbędnych rozmiarów – nie rozsiał dygresji ani niepotrzebnych szczegółów. Dostajemy zwarty tekst napisany zgodnie z poetyką baśni, w której wszystko jest możliwe i nikt nie dziwi się pojawiającym się co i rusz nierealistycznym elementom. Z drugiej zaś strony nie mamy najmniejszych wątpliwości, że pisarz umieścił Koralinę w dzisiejszym świecie, w łatwo rozpoznawalnym „tu i teraz”, we współczesności, której niedoszłą ofiarą w pewnym sensie staje się tytułowa bohaterka.

Niestety, nieco manieryczna okładka tego wydania.

Koralina to nie do końca szczęśliwe dziecko dwojga zapracowanych rodziców. Ojciec i matka przeprowadzają się na prowincję, ale nie po to, by zwolnić tempo życia, ale by nic ich nie rozpraszało, gdy cały dzień stukają w klawiatury komputerów. Dom, do którego wprowadziła się rodzina dziewczynki, dzielony jest z ekscentrycznymi sąsiadami – dwiema emerytowanymi aktorkami i podstarzałym treserem… myszy. Okolica wygląda na zaniedbaną i wyludnioną, na większe zakupy trzeba jeździć samochodem. Nuda, poczucie osamotnienia i beznadziei błyskawicznie pochłaniają naszą bohaterkę, która w pojedynkę musi oswoić świat. Spokojna, ładnie opisująca monotonię ekspozycja szybko jednak zostaje przerwana za sprawą zawiązania akcji – Koralina w czasie eksplorowania domu odnajduje w jednym z pokojów prowadzące donikąd drzwiczki i pasujący do nich czarny, zimny klucz… Od tego momentu nuda staje się najmniejszym ze zmartwień dziewczynki.

Gaiman nie byłby sobą, gdyby w tej opowieści o smutnym dzieciństwie i nieobecnych rodzicach nie pozwolił dominować fantastyce. Jej elementy błyskawicznie zaczynają wysuwać się na pierwszy plan i zamieniają Koralinę w baśń z prawdziwego zdarzenia – baśń mroczną, skomponowaną wedle klasycznych, nieugrzecznionych wzorców, które kojarzymy na przykład ze spuścizną braci Grimm. Ta książka ma zasiać w sercach czytelników niepokój, zaś Gaiman z niezwykłym wyczuciem balansuje na granicy, po przekroczeniu której powieść ta stałaby się rasowym horrorem, a nieroztropni rodzice, którzy przeczytaliby tę opowieść dzieciom, mogliby się liczyć z nocnymi koszmarami swoich pociech. Koralina jest również niedalekim echem „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Jednak w porównaniu z ponurym i onirycznym dziełem Gaimana historia snu Alicji o świecie istniejącym w zwierciadle jest w sumie grzeczną, bezpieczną i uładzoną opowieścią. Rzeczywistość, którą Koralina odkrywa „po drugiej stronie domu”, przeraża, a zamieszkujące ją istoty, początkowo przyjazne, szybko odsłaniają swoje prawdziwe oblicze i niebezpieczne intencje.

Zastanawiać się można, dla kogo Gaiman napisał Koralinę, skoro młodsi czytelnicy z pewnością okupiliby jej lekturę nocnymi koszmarami. Zaryzykuję tezę, że książkę tę powinni przede wszystkim przeczytać rodzice, którzy być może nie zauważyli, jak mało czasu poświęcają własnym dzieciom. Czyż wszystkie kłopoty tytułowej bohaterki (i jej rodziców również) nie zaczęły się w chwili, gdy osamotniona dziewczynka zaczęła samodzielnie, bez większego przygotowania i doświadczenia, eksplorować wrogi jej świat? Czy przerażająca nowa matka, wyidealizowana wersja niedoskonałej prawdziwej matki, nie jest symbolem niezliczonych sił, które chcą zawładnąć opuszczonymi przez najbliższych dzieci, by uczynić je niewolnikami i zmusić do miłości? Taka właśnie interpretacja Koraliny bardzo mi odpowiada.

Ta znakomita książka to również opowieść o odwadze, która pomaga słabym pokonać zło, choć zdawać by się mogło silniejsze i sprytniejsze. Pocieszający finał i czytelny morał sprawiają, że Koralina jest krótką, ale emocjonującą przygodą czytelniczą, zaś narracja poprowadzona z perspektywy tytułowej bohaterki pozwala naprawdę polubić tę rezolutną dziewczynkę.

PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

PS następne - okładka jest wybitnie manieryczna i nie podoba mi się. I już!