piątek, 29 listopada 2019

Wielogłosy, czyli "Fuga" Szostaka

Wit Szostak jest jednym z najciekawszych współczesnych polskich pisarzy. Droga, którą przeszedł od bycia oryginalnym twórcą szeroko pojętej fantastyki do osiągnięcia statusu cenionego, nominowanego do najważniejszych nagród literackich autora głównego nurtu, jest dowodem wciąż rozwijającego się olbrzymiego talentu i możliwości.

Fuga to powieść zamykająca tzw. trylogię krakowską – cykl książek, przy pomocy których autor stara się sondować polską duszę, zakamarki kultury, kompleksy, zawiedzione nadzieje, (niewykorzystany) potencjał, strukturę naszej zbiorowej pamięci. Tomy trylogii w luźny sposób łączą się ze sobą, ale tworzą spójną całość – przejmującą poetycką i elegijną opowieść.



Tytułowa fuga to słowo wieloznaczne. Miłośnicy muzyki kojarzą fugę z kunsztowną formą, której charakterystyczną cechą będzie powtarzalność pewnych struktur. W psychologii oznacza reakcję ucieczkową pod wpływem silnych, najczęściej negatywnych bodźców. Najbardziej przyziemne znaczenie odnosi się do materiału wypełniającego szczeliny, przerwy pomiędzy poszczególnymi elementami.

Forma tej książki jest precyzyjnie, po zegarmistrzowsku przemyślaną całością i to właśnie ta jej warstwa jest ogromnym atutem. Muzyczność osiągnięta dzięki powtarzaniu określonych fraz, zdań, nawet elementów fabularnych hipnotyzuje czytelnika, a jednocześnie w pewnym momencie lektury zmusza do uważnego śledzenia tekstu, gdyż Szostak umiejętnie moduluje opowieść i pozwala sobie na „odstępstwa” od spodziewanego rozwinięcia – zarówno stylistycznego, jak i fabularnego. Historia (jeśli można posłużyć się tak ogólnikowym określeniem) nie układa się w sposób linearny, nie da się rozpocząć jej rekonstrukcji od zwykłego odtworzenia w pamięci pierwszych opisywanych przez autora wydarzeń. Fuga jest raczej rodzajem literackiego koncertu, w środku którego zajmujemy miejsce i wychodzimy przed jego finałem. Złożoną z ośmiu części opowieścią prezentującą kolejne potencjalne, alternatywne, a jednocześnie uzupełniające się wzajemnie wcielenia głównego bohatera – Bartłomieja Chochoła.

Bohater Fugi przedstawia się czytelnikom jako ostatni król Polski. W tej jednej informacji, po wielokroć powtarzanym oznajmującym zdaniu, kryje się cały smutek powieści Szostaka. Zamknięte są w nim nie tylko patos, z jakim zdarza się Polakom myśleć o swojej przeszłości, jak i ćmiący ból wynikający z przeświadczenia o tym, że już nigdy nie odrodzi się siła, która może nas podźwignąć i, jakby powiedział to Konrad w Wielkiej Improwizacji, „cały świat zadziwić”. Tęsknota za dobrym, światłym, kojarzącym się z mocarstwowością renesansowej Polski, władcą tkwi w nas jak wspomnienie niejasnego, ale głębokiego dobra, którego zaznaliśmy w dzieciństwie.

„Ostatni król Polski” jest starcem, ledwie powłóczącym nogami mieszkańcem Krakowa, którego dość szybko czytelnik zacznie podejrzewać o mitomanię, życie w świecie urojeń do tego stopnia sugestywnych, że mogą odrywać od szarej, mdłej egzystencji i przenosić „duszę utęsknioną” w przestrzenie szlachetniejsze, pełne sensu i znaczenia. Stąd też bohaterowi wydaje się, że ma realny wpływ na politykę, i to nie tylko krajową… Czyż nie odnajdziemy tutaj subtelnego nawiązania do Konradowego marzenia o władzy, jaką tajemnie można sprawować? Czyż snucie wielopiętrowych fantazji na temat własnej (niedocenionej i nie do przecenienia) roli w świecie nie będzie cechą charakterystyczną samych Polaków? Jak się okazuje ten eskapizm, ucieczka przed własną słabością i starością, cechuje nie tylko Bartłomieja Chochoła.

W kolejnych rozdziałach Szostak przedstawia okoliczności, w jakich bohater mógł nasiąknąć przeświadczeniem o własnej, dość egzotycznej tożsamości. Opisuje dzieciństwo, młodość, rodzinny dom… Jednak czy aby na pewno pisze o tej samej postaci? A może rozszczepia jej życiorys, przepisuje na nowo, dodając epizody, modyfikując je, by otworzyć drzwi kolejnym możliwościom fabularnym? Fuga na szczęście na to pytanie nie udziela jednoznacznej odpowiedzi i pozwala cieszyć się obserwowaniem zręczności, z jaką pisarz żongluje kolejnymi „żywotami” Chochoła. Gdy czytamy o tajnym klubie założonym przez zaprzyjaźnionych chłopaków, pobrzmiewają w powieści wcale nie tak dalekie echa literatury kojarzącej się z klasycznymi tekstami Bahdaja lub Niziurskiego. Innym razem, gdy zetkniemy się z narastającym szaleństwem ojca głównego bohatera, bez trudu wychwycimy charakterystyczną dla Brunona Schulza deformację rzeczywistości, zagęszczoną groteskową atmosferę.

Jednak gdy odłożymy na bok zachwyty nad formą i możliwościami stylistycznymi Szostaka, znajdziemy być może nagi sens tej opowieści, przejmująco smutnej, niemal rozliczeniowej. Nad czym pochyla się pisarz? Nad Polską. Nad jej duszą, którą zrodziła tęsknota za wielkością i wyjątkowością. Tęsknota za czymś, co było już niemal w zasięgu Polaków, a potem rozpadło się za sprawą zaprzepaszczonych szans, głupich decyzji, niebezpieczeństw, które ujrzeliśmy za późno.

W ten sposób widziana Fuga kontynuuje szlachetne tradycje polskiej literatury, której przeznaczeniem jest medytacja nad losem zbiorowości i sensem jej istnienia. Szostak cierpliwie przygląda się Polsce i jeżeli nawet nie wyciąga zbyt pocieszających wniosków, nie można przemilczeć tego typu artystycznych wypowiedzi.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

poniedziałek, 25 listopada 2019

Z mysiej perspektywy, czyli "Dom obiecany" Kilwortha

Ze wszystkich nieprzeczytanych w tym roku książek najmniej nie przeczytałem powieści "Dom obiecany" pióra Garry'ego Kilwortha. Sam nie wiem, dlaczego tak łatwo przyszło mi odłożyć ten tekst, który początkowo mnie naprawdę uwiodła. Być może trzeba wielkiej sztuki, by utrzymać moją uwagę na przestrzeni dłuższej niż 250-300 stron. 

I nie, nie żałuję porzucenia jakiejkolwiek książki nawet na 25 stron przed finałem. I nie, nie uważam, że nie mam prawa wypowiadać się o danym tekście, gdy nie przeczytałem całości. 

Nawet nie pytajcie, ile razy napisałem sensownie o książce, którą ledwie napocząłem...

"Dom obiecany" to typowe animal fantasy z całym dobrodziejstwem żywego inwentarza. Bohaterem jest mysz o imieniu Handlarz, którzy wiedzie spokojną i przewidywalną egzystencję w swojskim Żywopłocie. Pewnego dnia śnią mu się głosy przodków, które mobilizują go, by rzucił wszystko i ruszył w kierunku Domu, gdzie rozliczne rozproszone mysie plemiona najwidoczniej czekają na swojego pomniejszego Zbawiciela...



Znakomicie się to wszystko czytało. Żabia (czyli mysia) perspektywa w odświeżający sposób nakazuje nam spojrzeć na wszechświat prowincjonalnej angielskiej posiadłości, którą wypełniają niedostrzegalne dla ludzi istoty - myszy, szczury, sowy, nornice. Cała ta menażeria tworzy odrębny kosmos, wszechświat rządzący się swoimi prawami, tworzący państewka plemienne, religię, przestrzenie sacrum i profanum. Od piwnic po strych uparcie trwa utajone życie. "Gęstość" materii powieści w zdumiewający sposób pozwala ujrzeć w tej historii jakieś dziwne odbicie wielkich epickich narracji ludzkości, opowieści podbitych niemal biblijnym oddechem. 

Początkowo chciałem tę książkę przeczytać dzieciakom własnym, ale brutalne sceny mysich pojedynków, ludzkie sadystyczne dziecko torturujące pochwycone gryzonie lub erotyczne ekscesy bohaterów skutecznie wybiły mi ten pomysł z głowy. 

Dodatkową komplikacją wydawała mi się wielowątkowość powieści. Wszelkie historie o "mesjaszach" starają się nie spuszczać wzroku z protagonisty. To wokół niego koncentrują się wydarzenia, a wątki poboczne służą co najwyżej rozjaśnieniu nielicznych pobocznych korytarzy tekstu. W przypadku "Domu obiecanego" mamy w sumie kilka opowieści konkurujących z głównym, brzmiącym najapetyczniej, wątkiem. I to mnie mocno drażniło, gdyż nie wszystkie pomysły autora wydawały mi się wystarczająco atrakcyjne. 

Cóż... Można sięgnąć i sprawdzić. Ja już sobie tę powieść umieściłem w konkretnym miejscu mojego czytelniczego wszechświata i mogę z całą odpowiedzialnością o niej opowiadać. A Wy po przeczytaniu tego omówienia też już coś tam wiecie...

Czołem!

sobota, 16 listopada 2019

Nura w smugę cienia, czyli "Korzystaj z dnia" Bellowa


Ileż ja miałem przygód z tą powieścią… Najpierw wypatrzyłem jej ciepłą recenzję na jakimś książkowym fanpejdżu. Tytuł „Chwytaj dzień” brzmiał pocieszająco, epikurejsko, mądrze i optymistycznie. W sam raz, by rozproszyć listopadowe odmęty ciemności, mroki, moje coroczne „wertery”, które zamieniają mnie w ponurego skubańca. Jednak im dłużej czytałem tę króciutką książkę, tym bardziej smutek nabrzmiewał, a dojmujące wrażenie zmarnowanego życia zaczynało świdrować we mnie dziury. Czułem się, jakbym posłuchał głupiej rady i leczył kaca, pijąc mocne piwo.

Już miałem uznać „Korzystaj z dnia” za pomyłkę czytelniczą, gdy finał powieści pozwolił mi odkryć jej gorzką sarkastyczną mądrość.



Tyle tytułem wstępu. Teraz do rzeczy – Bellow nie odkrywa żadnej Ameryki, gdy portretuje przeżywającego kryzys wieku średniego (niemal) rozwodnika, któremu los nie pozwolił rozwinąć mikrych skrzydeł. Facet wynajmuje skromny pokoik w hotelu, oszczędności topnieją w zastraszającym tempie, zamożny ojciec nie zamierza pomagać jedynemu synowi, bo złamałoby to zasady, w które wierzył przez całe życie. Ostatnią szansą, by wyjść na prostą, wydaje się być stary gracz giełdowy, którego opowieści o spekulacjach na cenach zboża i smalcu są na tyle przekonujące, że bohater postanawia powierzyć mu ostatnie pieniądze, by te w magiczny sposób zaczęły na siebie pracować.

Nie jeden raz dane mi było czytać (lub oglądać) podobne historie kompromitujące ideę Amerykańskiego Snu. Sukces jednostki oblany jest morzem upokorzonych, zmęczonych, rozczarowanych, balansujących na granicy (auto)destrukcji naiwniaków, marzycieli przeżartych na wylot przez ambicje. Nie jest przyjemnie zaglądać pod podszewkę American Way of Life.

Przypominam sobie gorzkie rozważania Wokulskiego, który snując się po Powiślu, widział ludzi jako „smugę iskier wydmuchniętych przez lokomotywę podczas nocy?… Błyszczą przez mgnienie oka, aby zgasnąć na całą wieczność, i to nazywa się życiem.” Bohater powieści właśnie taką iskrę przypomina. Unosi się przez chwilę na powierzchni życia, niby udaje mu się jakąś szansę złapać, „chwycić dzień”, który powinien na zawsze odmienić jego nijaką egzystencję, ale… Każda szansa wymyka się z rąk, każde zwycięstwo zamienia we własną parodię – brzmi to jak ogólna zasada organizująca skromny wszechświat tej powieści.

Dwie rzeczy dodatkowo mnie dotknęły. Obraz Nowego Jorku. „Stolica świata” skarłowaciała do rozmiaru kilku ulic, na których wije się anonimowy neurotyczny tłum, i hotelu, po którego korytarzach snują się próbujący zachować resztki wigoru starcy. Jeżeli chcielibyście znaleźć bardziej odpychający z powodu swojej nijakości obraz Wielkiego Jabłka, musielibyście się nieźle postarać…

Natomiast gdy przyjrzymy się relacji głównego bohatera z ojcem, to być może ujrzymy wstrząsającą metaforę relacji Boga z człowiekiem. (Nie zagalopowałem się?)  Stwórca, skąpy i kurczowo trzymający się swoich zasad Byt, nie zamierza łamać własnych reguł, by wysłuchać modlitw nieudacznika, któremu w życiu nie powiodło się z powodu fatalnych, ale podejmowanych dobrowolnie decyzji. Jakaś starotestamentowa surowość bije od tej powieści, co w zderzeniu z światłem horacjańskiej filozofii (tytułowe „Korzystaj z dnia”) tworzy przedziwną, ironiczną mieszankę.

Nie chcę zdradzać zakończenia, ale nadmienię tylko, że w wyjątkowo złośliwy sposób Bellow podsumowuje próby , jakie podejmuje bohater, by wyjść na prostą. Uroczystość pogrzebowa, której staje się mimowolnym uczestnikiem, zamienia się w requiem dla wszystkich marzeń i planów, zamysłów i nadziei. Tylko że to nie koniec tortur, jakie przygotował dla niego autor…

Ta krótka książka, którą przy sprzyjających wiatrach przeczytamy w dwa wieczory, na dłuższy czas zepsuje nam nastrój. A gdy mamy już na liczniku przekroczony czterdziesty rok życia i próbujemy dokonać podsumowania osiągnięć życiowych, „Korzystaj z dnia” być może odczytamy jako tragikomicznym komentarz.

niedziela, 27 października 2019

Zmęczony, znudzony, czyli "Ten cholerny Księżyc" Budrysa

Dałem się zwieść. Cóż, zdarza się... Klasyczna w każdym tego słowa rozumieniu powieść autora kojarzonego ze złotymi czasami fantastyki naukowej stała się pułapką, w jaką wdepnąłem i ugrzązłem na kilka godzin, których niestety nikt mi już nie zwróci. Całe szczęście, że liczba stron była "humanitarna" (około 230), bo inaczej nie uniknąłbym czytania tylko i wyłącznie początków i zakończeń kolejnych akapitów.

Krecią robotę odwalili też "polecacze" ze skrzydełek książki - Bester, Blish i Silverberg (niezłe pistolety, prawda?) piejąc z zachwytu, oznajmiają, że "o taką fantastykę walczyli". No nie bardzo, chłopaki, nie bardzo... 

Całość zapowiadała się ciekawie. Czasy zimnej wojny, wyścig pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim o to, kto pierwszy zbuduje przyczółek na Księżycu. Typowe tło, na którym dziesiątki mniej lub bardziej ambitnych historyjek opowiedziano w latach 50 i 60. Cała sztuka polegała jednak na tym, by na tej szachownicy porozstawiać ciekawe figury i rozegrać przed oczami czytelnika niezłą partię. Teoretycznie to całkiem proste. 




Budrys zaczyna od tajemnicy - to sprawdzony chwyt. Dowiadujemy się, że na powierzchni Księżyca istnieją niewiadomego pochodzenia "konstrukcje", które zabijają każdego, kto tylko zbliży się do tych "nieludzkich" struktur. Astronauci (przesyłani na Srebrny Glob drogą radiową - tak, to nie żart) umierają, gdy próbują pokonać przestrzeń najeżoną niewidzialnymi zabójczymi wnykami. Naukowcy postanawiają znaleźć śmiałka, który przesłany na Księżyc nie dość, że nie zwariuje ze strachu, to jeszcze przeżyje całą eskapadę. Śmiałkiem tym jest hiperodważny, silny, zdecydowany, umięśniony i męski niczym Hemingway z Bogartem razem wzięci Al Barker. 

Zarys fabularny sporo obiecuje. Ale szczerze mówiąc, jeżeli o taką fantastykę walczyli, to ja się z tego klubu wypisuję. Cóż z tego, że tzw. czynnik fantastyczny zidentyfikujemy natychmiast (tajemnica na Księżycu, niezwykły wynalazek, dzięki któremu możliwa jest podróż na Srebrny Glob), skoro coś osobliwie ciężkiego przytłacza cały tekst. Coś, co można porównać do długiej nudnej rozmowy z pijanym znajomym, któremu zebrało się na szczerość i w chwili słabości wypłakuje się nam na ramieniu.

Jest w "Tym cholernym księżycu" coś w duchu noir (ale niestety nie jest to dobra wiadomość w przypadku tej książki) - twardziele padają pod ciężarem okoliczności, proszą o kolejną whiskey i przez zaciśnięte zęby zwierzają się ze wszystkich swoich słabości, upadków, wątpliwości... Przez 3/4 powieści bohaterowie (naukowiec, śmiałek i zabójczo piękna famme fatale) tkwią w dziwacznym klinczu. Fabuła nieruchomieje, gdy postacie obrzucają się inwektywami, mierzą się wzrokiem z pogardą, warczą, by w którymś momencie uzmysłowić sobie, że nie mogą bez siebie żyć. Zamiast przygody, melodramatyczne tony, które rozwadniają akcję. Zamiast dyskusji na temat księżycowych niebezpieczeństw, mamy psychoanalizę, którą zarażeni Freudem Amerykanie fundują sobie częściej niż flat white.

Nie polecam. Jedyne, co ratuje tę powieść, to scena przygotowywania kosmicznego skafandra, która kojarzyć się może z przymierzaniem zbroi przez rycerza mającego wjechać właśnie do zaczarowanego zamku, by znaleźć w nim świętego Graala. 

Chyba nic więcej. A to za mało.

PS

Rozczarowanym poleca się antidotum w postaci przygód Mistrza Twardowskiego. Wartościowsze.

sobota, 12 października 2019

Gdzież są niegdysiejsze erekcje, czyli "Serotonina" Houellebecqa


Długo szukałem patentu na tę powieść. Długo za długo. Być może to ślepy upór napędzał mnie, by w „Serotoninie” znaleźć coś, czego nie znalazłem, czytając dobre lub przyzwoite omówienia tej powieści. Cóż, kiepskie też czytałem i prawdę powiedziawszy było ich nawet więcej…

Nigdy jakoś szczególnie nie wabiły mnie powieści francuskiego autora. Odpychała raczej ich skandalizująca aura, zachwyty obłudnych czytelników, którzy oburzali się na flirt z pornografią, jednocześnie nie mieli niczego przeciwko temu, by otaczająca ich kultura kipiała bezwstydem. Że niby zrywa maski cywilizacji Zachodu, a zza tej maski wyziera pustka? Że krytykuje rozpasaną konsumpcję? Syte i leniwe kocury? Lubieżne kotki? Ten podręczny zestaw do „ułożenia sobie Houellebecqua na odpowiedniej półce” wydawał mi się jednak jakoś prawdziwy i odpychający jednocześnie. Ja naprawdę nie muszę czytać książek o tym, co dociera do mnie wyraźniej i głośniej innymi kanałami. W ten oto sposób na całe lata zamknąłem do siebie dostęp do tej prozy. Czytając więc „Serotoninę”, czułem się jak ktoś, kto wchodzi do wody, w której od dawna doskonale pływają inni. Muszę przyzwyczajać ciało do niezbyt komfortowej temperaturę i zajmie mi to dobrą chwilę.



Walcząc z potworną depresją, główny bohater powieści przyjmuje specyfik pobudzający wydzielanie serotoniny. Lek nowej generacji, przepisywany wyłącznie na receptę, wywołuje jednak dość nieprzyjemny efekt uboczny - brak erekcji, utratę zainteresowania kobietami, być może nawet trwałą impotencję. Udręczony bohater zalewany jest napływającymi wspomnieniami udanych i mniej udanych związków, których fundamentem był oczywiście seks, Seks w każdej możliwej i akceptowalnej w libertyńskiej Francji formie. Ciepłe, niemal czułe opisy zaprzepaszczonych szans na szczęście i spełnienie, natychmiast rozbija szczegółami rodem z pornograficznego rekwizytorium.

Ach, gdzież są niegdysiejsze erekcje, zdaje się pytać retorycznie bohater i pewnie sam autor. Ten przetworzony Villonowy topos to coś więcej, niż tylko wyraz bezradności w walce o utrzymanie męskości w jak najlepszej formie. Nie. Tutaj nie pomoże żadna viagra…

Przyszło mi do głowy, że jeżeli fundamentalny dla bohatera problem wyświetlić na ogromnym ekranie, ekstrapolować osobiste nieszczęście na przestrzeń o niebo większą, to czy erekcja nie jest symbolem żywotności, jurność i ekspansji kultury Zachodu, być może całej Europy? A jeżeli uwiąd jest tym, na co cierpi nasz kontynent i jeżeli sam sobie na to solidnie zapracował, przyjmując „leki na doły”, na egzystencjalne specyfiki na pustkę? Jeżeli tak, to co wcześniej napędzało potencję?

Nie wiem, czy brzmię wiarygodnie, ale patrzę na to tak: za cenę równowagi psychicznej przehandlowaliśmy „męskość” – jako kultura przede wszystkim.  

Przypominam sobie również opowieść o śmierci jednego z mitologicznych bóstw. Pan, bo o nim mówimy, lubieżny i jurny, mający kozie nogi, owłosiony na całym ciele jegomość,  gustujący we wszystkim, co się rusza, wyzionął ducha na jednej z Wysp Echinadzkich. Donosi nam o tym uprzejmie Plutarch w swoich „Moraliach”.

Śmierć antycznego bóstwa była zapowiedzią nowych czasów. Pogaństwo właśnie ustępuje przed żywiołem chrześcijaństwa. Pogaństwo zmęczone, wypalone, szamoce się w agonii. Jest noc. Rano zapieje kogut i „będzie wszystko nowe”.

Zrozumiałem zadziwiający passus o bożej obecności, który na pozór na siłę autor doczepił do ostatniej strony powieści. Piękna, niemal ortodoksyjna koda, może być prawdziwym kamieniem obrazy dla wszystkich, którzy cenią w twórczości francuskiego powieściopisarza skandalizujące tony. Moim zdaniem „Serotonina” to przede wszystkim opowieść o umierającej pogańskiej rzeczywistości. O poranionych bezsensem istnienia ludziach, którzy w pogoni za szczęściem (rozumianym w rozczulająco naiwny sposób) są w stanie zrobić absolutnie wszystko, nawet złożyć ofiarę z dziecka (proszę sobie sprawdzić w powieści). To opowieść o pustych i komicznie nieudolnych gestach oporu wobec sił daleko potężniejszych niż pojedynczy zdesperowany człowiek (vide finał konfrontacji rolników z policją i wolnym światowym rynkiem). A jednocześnie te potężna siły są żałośnie mizerne wobec sacrum, które człowiek wypędził ze swojego życia.

Tak, proszę państwa, Houellebecq zapowiada nadejście przesilenia, nadejście czasów, które po śmierci bożka pana mogą zastąpić uschnięty i sflaczały świat.

Być może...

piątek, 11 października 2019

Stowarzyszenie Umarłych Blogerów

Myślałem, że mnie to nie spotka. Myślałem, że będę odporny na chorobę, na którą zapadli w ciągu ostatnich lat obserwowani przeze mnie piszący o książkach. Cóż, padłem jak szczur w Oranie...



Najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi oddającemu się jakiejś pasji, jest utrata poczucia sensu tego, co robi. Gdy wędkarz, miłośnik militariów lub twórca modeli grodów piastowskich z zapałek poczuje, że jego pasja powoli się wypala, prędzej czy później dojdzie do przesilenia. Wóz albo przewóz. Zero lub jeden. 

U mnie tak szczęśliwie się składa, że nikt mi nie płaci za pisanie o książkach. Jestem bezdomny ideowo, nie wiążą mnie żadne nici z żadną "platformą", część pozrywałem z premedytacją i hukiem, część osierociłem po angielsku. Nie dorobiłem się też grona fanatyków-miłośników, którzy spijaliby słowa z ekranu.

Nic mnie nie mobilizuje, ale ja nie lubię się czuć stawiany do pionu, pakowany w kamasze i ubierany w mundur recenzenta. Czuję się wolnym człowiekiem, gdy nie muszę robić tego, czego nie muszę a tylko mogę robić. 

Po części na fakt dezercji z pola wpłynęły procesy, jakie zachodzą na polu "blogerki". Coraz mniej osób pisze (i czyta) dłuższe teksty, książki w Sieci istnieją albo w formie przekombinowanych fotografii, albo jako recenzje sponsorowane, albo przekształcają się we vlogi. Nie pasuje mi nic z powyższej wyliczanki.

Czytam, ale kreślę tylko kilkadziesiąt chaotycznych zdań w notesie, by nie zapomnieć o tym, co przychodziło mi do głowy w czasie lektury. Ze wstrętem myślę jednak o cyzelowaniu tych obserwacji, o rygorze stylistycznym, o szukaniu formy, o wstępie, rozwinięciu, zakończeniu... Odruch wymiotny na samą myśl o.

Gdyby komuś przyszło do głowy, że po prostu obraziłem się na "słabe zasięgi" lub gdyby ktoś chciał mnie strofować, że jestem leniwy i powinienem wziąć się w garść, bo "marnuję się", powiem tyle - przestaje mnie to wszystko interesować. Być może czuję to samo, co bohater jednego z wierszy Czesława Miłosza: 

"Jeszcze jeden rok przygotowania.
Już jutro zasiądę do pracy nad wielkim dziełem."

Codziennie będzie jutro od dzisiaj.

poniedziałek, 9 września 2019

Baju, baju..., czyli "Baśń o wężowym sercu" Raka

Wiek XIX jest nieprzebraną skarbnicą, w której inspiracji szukali zarówno „poważni” pisarze, jak i ci, którzy sięgali po mniej lub bardziej fantastyczną konwencję. Przez ponad sto lat Polska nie istniała na mapach politycznych świata, a więc wyobraźmy sobie rzeczywistość, w której nie utracilibyśmy państwowości. Kilka razy zrywaliśmy się, by sięgnąć po wolność i srogo nas za to zaborcy karcili. A co by było, gdybyśmy wygrali chociaż jedno z powstań ? Szalony romantyzm zachęca do sprawdzenia, rzecz jasna na polu literatury, czym kończy się przesadna uczuciowość, która pchała Polaków do nierozważnych gestów i idealistycznych porywów. Pozytywizm kusi pierwocinami nowoczesności, a także scenografią, która może ukoić tęsknotę za steampunkową stylistyką. A ludzie? Zaklęci w kamienie pomników poeci, artyści, odkrywcy, przywódcy polityczni. Można wziąć pod lupę ich znane biografie, można wywrócić je na lewą stronę, odbrązowić, uwypuklić ukryte w cieniu epizody lub snuć alternatywne wersje życiorysów. Sam pisarz zaś ma do dyspozycji mnogość narzędzi, by ów XIX wiek po swojemu „otworzyć” – od twardego realizmu po fantastykę.


Radek Rak nie przez przypadek zatytułował najnowszą powieść Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli. Wybór takiej, a nie innej konwencji zaważył na całej książce, sposobach jej odbioru i ewentualnej interpretacji. Spowodował, że powieść ta na mocy przypisanych jej cech gatunkowych zawiesza realizm, dowolnie kształtuje elementy świata przedstawionego i ponosi tego wszelkie pozytywne i negatywne konsekwencje.



Tytułowym bohaterem tekstu jest Jakób Szela, literacki sobowtór przywódcy rabacji galicyjskiej. Jeden z najmroczniejszych epizodów w historii polskiej XIX wieku obrósł w ponurą legendę, którą straszono „złych panów”. Stał się przyczyną zrewidowania romantycznej miłości, jaką pokolenie Mickiewicza darzyło lud, który idealizowano, widząc w nim najzdrowszą i najczulszą tkankę społeczeństwa. Posłowie autorstwa dr. Arkadiusza S. Więcha w przystępny sposób przedstawia prawdziwą, a nie wymyśloną na potrzeby „panów literatów” sytuację ludności wiejskiej. Galicja – teatr, w którym rozegrało się w 1846 roku krwawe przedstawienie – była skrajnie biedna, rozorana podziałami społecznymi. Podzielona na przymierających głodem i upadlanych pańszczyzną chłopów oraz na żyjących na ich koszt właścicieli ziemskich. Moim zdaniem posłowie należałoby przeczytać przed lekturą – porządkuje to wiedzę, która przyda się, by za opowieścią Raka dojrzeć okrutną i nagą egzystencję.


Najsilniejszą stroną powieści jest język – przepiękny, bogaty, plastyczny i sensualny. Przywracający wiarę w to, że literatura może nie tylko zachowywać świat przed odejściem w nicość, ale również powoływać do istnienia. Z jednej strony Rak znakomicie stylizuje język Baśni… na ludową gawędę, opowieść snutą w karczmie przy kieliszku, bogato okraszaną wiejskimi mądrościami życiowymi. robi to wyjątkowo zgrabnie, nie dodając balastu uciążliwej dialektyzacji, która mogłaby być zasiekami nie do przebycia dla współczesnego czytelnika. Z drugiej zaś strony język jest liryczny, błyszczy metaforami i ożywczymi porównaniami.


Gdyby Leśmian próbował napisać po swojemu przepisać Chłopów Reymonta, mielibyśmy do czynienia z czymś porównywalnym. Praktycznie na przestrzeni całej książki obcujemy z piękną literacką polszczyzną, która momentami może odurzać czytelnika do tego stopnia, że będzie zadawał sobie pytanie o to, czy przypadkiem nie ma do czynienia z prozą poetycką skupioną na samej sobie.


Fabuła, a przecież właśnie ona jest tym elementem świata przedstawionego, na który najsilniej zwraca się uwagę i który najdłużej zostaje w pamięci, jest opowieścią rodem z klasycznej baśni wkomponowanej w brutalną galicyjską rzeczywistość. To historia chłopaka, który posmakowawszy gorzkiego chleba biedy i niewolniczej pańszczyzny, na mocy baśniowych mechanizmów zdobywa upragniony status pana. Nie mogę oczywiście zdradzić, jakie fabularne meandry prowadzą do tego punktu, ale muszę zaznaczyć, że opowieść tworzy wytrawną mieszaninę baśni, z której co jakiś czas wybudza nas ból uciskanych ludzi, nędza, niesprawiedliwość i sadyzm.


Rak w bezlitosny sposób portretuje szlachtę. Jej głupotę, zacofanie, narodowowyzwoleńcze mrzonki. Warstwa hołubiona przez polską literaturę XIX wieku, grupa będąca matecznikiem polskości, przedstawiona jest (nie bez pewnych przerysowań) jako zbiorowisko okrutników przekonanych o własnej wyjątkowości. Reakcje właścicieli ziemskich na krzywdę chłopów pańszczyźnianych mogą przypominać reakcje plantatorów bawełny w przeddzień wybuchu wojny secesyjnej, zaś los polskiej wsi sprzed czasów uwłaszczenia niczym szczególnym nie różni się od sytuacji czarnoskórych niewolników z Południa Stanów Zjednoczonych.


Problem z tą powieścią możemy mieć wtedy, gdy uświadomimy sobie, że baśniowość – owo cudowne narzędzie do kreowania i podtrzymywania świata, niekoniecznie dźwiga problem wspomniany w posłowiu, wokół którego nabrzmiewa fabuła. Nie jest to opowieść o rabacji galicyjskiej, ale o tym, co robi z niej wyobraźnia współczesnego autora, który fenomenalnie żongluje kontekstami, puszcza oko do wyrobionych kulturowo czytelników, stylizuje, uwodzi polszczyzną.


Szela, persona złowroga i niejednoznaczna, bohater ludowy, nośny symbol skrajnych lewicowych postaw, zamienia się w postać baśniową. W jego przypadku nie da się dojrzeć prawdy o doli chłopstwa, nie skupia on w sobie całej krzywdy, ale tylko (i być może aż) osobistą urazę, urażona dumę; dopiero w drugiej kolejności dostrzeżemy w losach powieściowego Szeli niesprawiedliwość, jakiej doświadczają wszyscy jemu podobni. Tak więc Baśń… jest raczej opowieścią o pielęgnowanej zemście, która za sprawą sił nadnaturalnych mogła się ziścić. Obawiam się, że żadnej prawdy o spiritus movens chłopskiego buntu nie uświadczymy. Skonstatujemy za to, że Szela jest figurą literacką, niczym więcej. Obawiam się również, że obrońcy Rakowego zamysłu będą szczodrze szafowali argumentami, że powieść jest zbudowana na baśniowo-mitycznych fundamentach. Cóż, nie każda baśń i nie każde umitycznienie są z założenia udane i nie wszystkie automatycznie rozgrzesza się z niedoskonałości.


Podsumowując moje uwagi, mogę z czystym sumieniem polecić Baśń o wężowym sercu każdemu miłośnikowi ambitnej fantastyki, który doceni kunszt słowa, „wijącą” się fabułę i dyskretną grę nawiązań oraz kontekstów, którą Rak prowadzi z czytelnikiem. Nie oczekujmy jednak od tej powieści prawdy o rabacji, jej przywódcy i przyczynach wybuchu. Jest ona przefiltrowana tak rzetelnie, że naprawdę zamienia się w tytułową baśń.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl

piątek, 30 sierpnia 2019

Karnawalizacja fantastyczna, czyli "Autostopem przez galaktykę" Adamsa

Zawsze podchodziłem jak pies do jeża do dzieł, które sprowadzały humor do poziomu wszechobecnej zgrywy. Na każdym z możliwych poziomów, na wszystkich polach świata przedstawionego musiało się coś zabawnego dziać i z reguły się działo. Oczywiście najczęściej było to bardziej żenujące niż śmieszne, wysilone zamiast lekkie i zwiewne. Lektury takich książek bolą. Gdy przypomnę sobie książki hołubionej polskiej autorki o inicjałach M.K., czuję się jakbym brał udział w czymś bardzo zawstydzającym. Na przykład świniobiciu.

Z czasem jednak dostrzegłem niesamowity walor tego typu literatury. Walor ten odsłania się, gdy humor, zgrywa służą satyrze. A satyra, której wcześniej nie lubiłem, srogo doświadczony jej interwencyjnym charakterem i szkolnymi skojarzeniami, okazała się odpowiadać na zapotrzebowania notorycznego pesymisty, jakim chyba jestem.

Gdy odkryłem jej cyniczny, nihilistyczny ton, znalazłem przyjemność w odkrywaniu tekstów, które negują absolutnie wszystko - nie tylko wady, przywary i słabości człowieka, ale również  to, co ludzkie, swojskie, nasze. Z zaświatów tego typu pisarstwu patronuje Jonatan Swift - mizantrop i cynik. To właśnie on przy pomocy dzielnego Guliwera nie tylko rozprawiał się z oczywistymi przeciwnikami - polityką, wojną, bezpłodnym mędrkowaniem, ale kpił również z  miłości i pożądania, ludzkiego ciała i jego słabo maskowanych niedoskonałości. 

Tak czy siak długie lata unikałem tego typu kawałków. Mierziły mnie te błazeństwa i teraz, Proszę Państwa, w końcu zrozumiałem, że błazen to postać mądrzejsza niż się na pierwszy rzut oka wydaje. A gdy wsłuchamy się w dźwięczne dzwoneczki, którymi obszyte jest jego pstrokate ubranko, usłyszymy w tle poważne, dostojne tony. Tak to działa u Pratchetta, tak bywa u Douglasa Adamsa.

Myślę, że warto zwrócić uwagę na okoliczności, w jakich ów pisarz zaczął pastwić się nad fantastyką. Lata 70, właściwie druga ich połowa, to triumfalny marsz takich twórców Aldiss, Silverberg, LeGuin, Dick, Ellison, których dzieła starały się przeorientować cały gatunek. Ich fantastyka zdradza społeczne zacięcie, czerpie z doświadczeń "prawdziwej" literatury, jest otwarta na eksperymenty formalne, chce rozwiązywać problemy i myśleć o kwestiach poważniejszych niż pytanie o to, czy za 100 lat będą latające samochody. 

I wtedy pojawia się Adams - żartowniś, który kpi sobie z powagi Nowej Fali, z jej ambicji i zamierzeń.



Nie ma chyba większego sensu streszczać fabuły. "Autostopem przez galaktykę" jest nie-do-opowiedzenia. A jeżeli ktoś nawet zaryzykuje i odtworzy zygzakowatą, chaotyczną linię fabularną, dotknie tylko naskórka tekstu. Ważniejsze od całości są elementy składowe. Główny bohater to nijaka, wybitnie pretekstowa postać, której jedyną literacką zasługą jest fakt, że ocalała z zagłady Ziemi, którą trzeba było zanihilować, ponieważ nie pasowała do programu zagospodarowania przestrzennego wszechświata. Jedno pstryk! i znikają piramidy egipskie, ryjówki, fabryki samochodów małolitrażowych, oceany, autostrady, kręgielnie i wszystko, co stworzył człowiek na trzeciej planecie od Słońca. Ziemię zgnieciono jak kulkę papieru i wrzucono do kosmicznego kosza. 

Reszta opowieści to nieskrępowana galopada absurdów, żartów różnego kalibru, ironii palącej jak śliwowica, nieprzewidywalnych się i nie dających się rozgrzeszyć bez formuły deus ex machina zwrotów akcji. Żadne zagrożenie w tym świecie nie jest ostateczne, nie ma pułapki, z której nie można wyrwać się przy pomocy kaprysu samego pisarza, który wpierw przygotowuje "śmiertelne niebezpieczeństwo", by po chwili wyciągnąć swoich bohaterów w kompletnie nonsensowny sposób.

Sami bohaterowie to urocza menażeria indywiduów, zbieranina odpustowych figurek z objazdowego teatru specjalizującego się w parodiowaniu świętości gatunku. Pogrążony w nieustającej depresji robot, dwugłowy były prezydent Galaktyki, dwójka ostatnich Ziemian w całym Wszechświecie, która zamiast stanowić koła napędowe tekstu jest raczej tobołem, z którymi trzeba tarabanić się od planety do planety, od rozdziału rozdziału.

Niesamowita to książka, która emanuje wolnością artystyczną, nie przywiązuje się do żadnych prawideł literackiego rzemiosła, ostentacyjnie je odrzuca (nawet jeżeli ta swoboda jest wystudiowaną figurą, ja to kupuję), bawi surrealnym dowcipem i podważa wszystko, czym lubimy jako homo sapiens podpierać naszą rzekomą wyjątkowość. 

środa, 7 sierpnia 2019

Suma wszystkich niepokojów, czyli "Przypowieść o siewcy" Butler

Od dawna ta książka czekała na swoją kolej. Wszystko przemawiało na jej korzyść - uznana autorka, blask "kobiecej" fantastyki, od której oczekiwałem odmiennego tembru, a nawet pochodzenie Octavii Butler, w której prozie chciałem usłyszeć echa afroamerykańskich doświadczeń. Liczyłem na egzotyczne (w stosunku do moich typowych wyborów czytelniczych) doznania, które wynagrodzą mi trud czytania. O słodki losie! Ależ mnie ta książka rozczarowała... Zawiedzione nadzieje bolą jak jasna cholera.



Teoretycznie wchodziłem na dobrze sobie znany choć nieco kamienisty grunt. Mamy rok 2025. USA, które zmiażdżone przez kopyta czterech jeźdźców apokalipsy (głód, skażenie środowiska, narkomania, przestępczość, nieobecność jakiejkolwiek władzy centralnej - pięciu jeźdźców mi wyszło...), przypominają leżącego pod ścianą zapchlonego liżącego ropiejące rany kundla. Zwykli ludzie próbują jednak jakoś żyć. Ci zwykli ludzie, którzy zawsze padają pierwsi pod ciosami sił demolujących rzeczywistość, i zawsze pierwsi otrzepują kolana, powoli podnosząc się z upadku. Ci zwykli ludzie żyją za murem odgradzającym ich od brutalnego, zdegenerowanego świata. Mają małe ogródki, hodują króliki, uczą się strzelać, by obronić własną malutką ojczyznę przez napierającymi siłami chaosu i brutalności. 

(Być może widzę w tym obraz afroamerykańskich gett, ostoi przemocy, owych neighbourhoods, na ulicach których krążą dilerzy, złodzieje samochodów i gangsterzy, a nieliczne "normalne" rodziny starają się utrzymać na powierzchni społeczeństwa, nie łamiąc przy okazji prawa i broniąc własnych dzieci przed demonami... Historia upadku takich miast jak Detroit może bardzo nam pomóc.)

W jednej z takich wspólnot żyje nastoletnia bohaterka, która... I tu się zaczynają problemy. Dziewczyna wyróżnia się na tle nielicznych rówieśników - po pierwsze jako córka przywódcy duchowego wspólnoty odkrywa w sobie powołanie, by stworzyć zalążek nowej religii; po drugie ma wątpliwą przyjemność posiadania daru hiperempatii, która powoduje, że odczuwa fizycznie wszelką krzywdę, jaką wyrządzi się komukolwiek w jej otoczeniu. 

Brzmi ciekawie, prawda. No właśnie nie. Butler w zdumiewający sposób trwoni ten jako taki potencjał. Wymyślona przez bohaterkę "religia" oparta jest na przekonaniu, że Bóg (Demiurg? Kreator? Pierwszy Poruszyciel?) jest wieczną zmianą, ale... za taką koncepcją nie idą żadne konkretne moralne wymagania stawiane przed potencjalnymi wiernymi. To jest wewnętrznie puste. "Religia" ta to czystej wody new age'owe abrakadabra, a co jeszcze gorsze - jest kłopotliwym fantem, fabularnym ciężarem, który musi dźwigać bohaterka, walcząc o przeżycie w postapokaliptycznym świecie. A hiperempatia? Też zgrzyta, gdyż jej objawy zdarzają się przy okazji różnych brutalnych, ale dość przypadkowych z punktu widzenia fabuły sytuacji - a tu kogoś pobito, a to postrzelono. Takie życie na osiedlu...

Najsilniejszą stroną "Przypowieści o siewcy" nie jest fabuła, ale wykreowany świat widziany oczyma młodej dziewczyny, która czuje przez skórę, że za chwilę pozornie bezpieczna oaza, w jakiej przyszło jej żyć, zostanie zdmuchnięta z powierzchni ziemi, spalona, rozgrabiona. I tak się właśnie dzieje...

Czyż nie da się w tym tekście wypatrzyć współczesnych strachów przed klimatyczną katastrofą? Czy Butler nie zadaje nam pytania o sens młodości, miłości, płodzenia kolejnych pokoleń w świecie, w którym może być tylko gorzej? W piekle, które sobie zafundowaliśmy i chyba już ciut rozgościliśmy? Tego typu kwestie powodują, że powieść jest istotnym, niepokojącym i (niestety) realistycznym głosem w dyskusji o kształcie chyba dość bliskiej przyszłości. 

Tym, którzy po nią sięgną, radzę by po prostu usunęli z pola widzenia te pompatyczne i natchnione partie, w których bohaterka emocjonuje się domowej roboty duchowością i przenieśli uwagę na naprawdę smutny obraz jałowej ziemi, na której przyjdzie być może nam żyć. 

Czy polecam? Z zastrzeżeniami tak. 

wtorek, 6 sierpnia 2019

Symfonia Simmonsa, czyli "Hyperion"

Jak na moje to książka wybita. Książka właśnie, nie powieść. Książka, wehikuł mogący dźwigać potężny koncept i mechanizm o kilkunastu zazębiających się kółkach - mniejszych i większych. Święto literatury rozumianej zarówno jako umiejętność chwytania czytelnika za mordę, jak i zdolność do zamykania pomiędzy okładkami doskonale zorkiestrowanych partii. 

Simmons przesuwa na pasie transmisyjnym tekstu poszczególne epizody, które oświetlają siebie wzajemnie, pozwalając dojrzeć coś, co wcześniej mogło uciec. Zdumiewające, że orkiestra Simmonsa gra bez najmniejszego fałszu, w równym tempie, bez przerw na wzięcie oddechu. Nawet interludia pomiędzy kolejnymi opowieściami mają wysoką temperaturę emocjonalną. 



Nie ma sensu, a przynajmniej ja go nie widzę, by rysować fabułę klasycznego już przecież dzieła. Dla mnie "Hyperion" to przede wszystkim hołd oddany literaturze wyrażony albo żonglerką motywami i konwencjami, albo czytelnymi (niemal literalnymi) odwołaniami do historii literatury. 

Cóż my tu mamy? W żadnej kolejności wymienię kryminał noir naszpikowany cyberpunkowymi gadżetami, gorzką autobiografię artysty, teologiczną rozprawę, militarną space operę... - każda z tych konwencji dźwiga na sobie ciężar opowieści, które same w sobie są znakomitymi realizacjami postulatów wykorzystywanych przez autora gatunków. Nie zapominajmy również, że całość dzieje się w skomplikowanym, trójwymiarowym, wewnętrznie spójnym (wszech)świecie przyszłości czekającym na rozerwanie przez nieuchronnie zbliżającą się wojnę. 

Simmons niczym szalony naukowiec w alchemicznej pracowni zamienił klasyczne dla literatury angielskiej teksty i postacie - odpowiednio "Opowieści kanterberyjskie" Chaucera, poezja i biografia romantycznego poety Johna Keatsa) - w "towar" atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy. Uskrzydlił przeszłość. I na dodatek ani razu nie potraktował tego źródłowego materiału z postmodernistyczną kpiną, ponowoczesnym cynizmem. Pisarz szanuje tradycję i tego szacunku uczy czytelnika.  

Gdyby nie literatura, nie byłoby tej powieści. A gdyby nie było literatury, mogłaby się ona z "Hyperiona" narodzić.

Najgoręcej!

poniedziałek, 22 lipca 2019

Scyzoryk w katedrze, czyli "Hiob" Heinleina

Robert A. Heinlein jest jednym z tych pisarzy science fiction, którzy przyczynili się do zbudowania fundamentów gatunku i stworzenia niemalże wzorcowych realizacji najważniejszych dla fantastyki motywów. Inwazja obcych, walka w kosmosie z zagrażającymi człowiekowi siłami, podróże w czasie, wizje przyszłości – to tylko kilka stałych elementów, którymi umiejętnie żonglował na przestrzeni całej drogi twórczej, a dzięki tekstom napisanym w latach 50. i 60. dorobił się miana klasyka. I chociaż jego pisarstwo nie rezonuje dziś z taką siłą, jak dzieła Dicka lub Le Guin, nie można nie kojarzyć takich tekstów jak Obcy w obcym krajuLuna to surowa pani czy Żołnierze kosmosu. Polski czytelnik bez większego trudu dotrze do najbardziej znanych utworów Heinleina i przekona się, że reprezentują one wysoki poziom, chociaż ich urok może być już nieco „wczorajszy”.

Czytając Hioba: Komedię sprawiedliwości, zastanawiałem się, czym kierowało się wydawnictwo, gdy podejmowało decyzję o przybliżeniu odbiorcom akurat tej, mniej reprezentatywnej dla twórczości Amerykanina pozycji. Powieść niekoniecznie spodoba się „niedzielnemu” miłośnikowi science fiction, a „prawdziwy” fan może poczuć dyskomfort, gdy okaże się, że autor prowadzi go drogami, którymi gatunek nie zwykł chodzić zbyt często. Być może jestem czarnowidzem, ale taką recepcję książki przewiduję, chociaż powieść sama w sobie jest dobra.

Oficjalna okładka jest taka sobie, więc narysowałem sobie własną.

Już sam tytuł przygniata ciężarem i jego interpretacja (bez lektury samej książki!) może być wystarczająco rozległa, by wypełnić przestrzeń całej recenzji. Wystarczy wspomnieć o jednej z najważniejszych ksiąg Pisma Świętego i fundamentalnym pytaniu o to, dlaczego dobrych ludzi spotyka zło. Tym kwestiom poświęcono całe biblioteki i nie ma chyba większego sensu, by rekapitulować teraz najróżniejsze teorie, jakie krążyły wokół Księgi Hioba. Czujemy jednak, że gdy pisarz kojarzony z, bądź co bądź, masową literaturą, zaczyna dobierać się do skarbca biblijnego tekstu, musi mieć w tym wyraźny cel.

Co przyświecało Heinleinowi? Najprościej będzie chyba odpowiedzieć na to pytanie, gdy prześledzimy losy głównego bohatera powieści. Jest nim bogobojny Amerykanin należący do jednego z typowych dla Stanów Zjednoczonych zreformowanych odłamów chrześcijaństwa. Mężczyzna wpada w wir niedających się logicznie wytłumaczyć zdarzeń. Nie dość, że pasażerowie statku, którym podróżował, zaczynają zwracać się do niego innym nazwiskiem, to na dodatek świat również zmienił się w zauważalny sposób – inaczej potoczył się rozwój cywilizacyjny, inni politycy piastują najważniejsze stanowiska (o czym bohater dowiaduje się najczęściej z lektury encyklopedii). Jakby tego było mało, poznaje piękną kobietę, w której zakochuje się ze wzajemnością. Na nieszczęście dla bohatera świat nie przestaje się przeobrażać, a para kochanków musi stawiać czoła coraz bardziej absurdalnym sytuacjom, które najczęściej interpretowane są jako seria prób zsyłanych przez Siłę Wyższą na wierzącego człowieka.

Można więc zaryzykować stwierdzenie, że tytułowym Hiobem jest człowiek, który za sprawą mieszających się rzeczywistości traci i mozolnie odbudowuje poczucie bezpieczeństwa związane z posiadaniem pieniędzy, ubrań, mieszkania, najbliższej osoby i jednocześnie nie traci wiary w jakiś rodzaj planu, na mocy którego funduje mu się te wszystkie atrakcje. Na tym poziomie Heinlein zgrabnie łączy typowy dla fantastyki motyw alternatywnych światów z refleksją natury (powiedzmy) metafizycznej.

Niestety, książka zaczyna co pewien czas osiadać na grząskich gruntach dywagacji teologicznych. Pisarz przygląda się religijnym dogmatom, próbuje obnażyć ich brak logiki, a nawet (niczym biblijny Hiob) podnieść głos przeciwko niesprawiedliwości świata. Brzmi to szlachetnie i humanistycznie, jednak w takich momentach powieść nie wybrzmiewa najlepiej. Staje się ciężka, miejscami nużąca, a Heinlein przypomina kogoś, kto stara się przy pomocy scyzoryka otworzyć zamkniętą hermetycznie kryptę teologii. Można zrozumieć niechęć autora do instytucji religii, ale nie umiał tego uczucia zamienić w dobrą, porywającą literaturę i powieść zapada się pod ciężarem poruszanego problemu.

Na szczęście tam, gdzie narrator się nie wymądrza i nie dialoguje sam z sobą (lub z innymi) na tematy religijne, ujawnia się i poczucie humoru, i delikatna, apetyczna ironia uskrzydlająca całość tekstu. Gdy dotrzemy mniej więcej do połowy książki, okaże się, że fantastyka zacznie ustępować pola czemuś w rodzaju przypowieści filozoficznej lub moralitetu, które ze swojej definicji mogą anulować wszelkie (nawet najbardziej absurdalne) nieprawdopodobieństwa. Gdy zaś bohater trafia w zaświaty i spotyka się z rozbuchaną pozagrobową biurokracją, będącą jawną kpiną z czysto ludzkich wyobrażeń na temat życia po śmierci, czytelnik będzie miał wrażenie, że opłacało się przedzierać przez mniej pasjonujące fragmenty powieści. Niebo i piekło opisane na granicy szarży (nie tylko stylistycznej) pokazują, że Heinlein chyba dobrze bawił się, tworząc Hioba: Komedię sprawiedliwości.

Powieść amerykańskiego pisarza pokazuje, że fantastyka może (i chyba nawet powinna) poruszać tematy trudniejsze, wymagające namysłu i niedosłownego odczytania. Heinlein, snując opowieść o dwudziestowiecznym odpowiedniku wolterowskiego Kandyda, zastanawia się nie tylko nad kondycją człowieka, którego życie systematycznie bywa obracane w gruzy, ale również podejmuje (z niejednoznacznym skutkiem) refleksję na tematy eschatologiczne.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

sobota, 20 lipca 2019

Na wspólnym mianowniku, czyli "Ścieżki dźwiękowe" Dąbrowskiej

Ja mam z Krystyną Dąbrowską problem. Teoretycznie nie można się czegokolwiek czepiać. Wszystko jest na miejscu i tak jak w poezji ma być. Mój wewnętrzny maruda nie ma żadnych konkretnych i przede wszystkim obiektywnych argumentów, by poddać dyskusji jakość wierszy zebranych w "Ścieżkach dźwiękowych", a jednak chodzi od ściany do ściany i zaciskając pięści, mruczy: "No coś tu jest nie tak, nie tak..."



Ten tomik jest naprawdę przyzwoity i unosi się na wysokości, która umożliwia nawiązanie kontaktu z "przeciętnym" czytelnikiem, nie przygniata odbiorcy awangardową stylistyką, nie zamyka się w bańce hermetycznego osobniczego doświadczenia podmiotu lirycznego, eksploruje raczej temat niż drąży styl. Krótko mówiąc, to książka bezpieczna i można bez większego ryzyka od jej lektury właśnie zacząć przygodę ze współczesną polską poezją. 

A same wiersze? Różnie. Raz mamy koncepty rozwijane na przestrzeni tekstów, które dźwigać mają odrobiny parabolicznej mądrości. O wiele częściej znaleźć można portrety, zbliżenia, czułe reminiscencje, rozbrajająco szczere opisy prywatnych rytuałów. Bardzo ludzka jest Dąbrowska w tych momentach. Prywatna i intymna. Miejsca, w których zamykana jest przestrzeń, okrojona do rozmiarów niewielkiego pokoju lub rozmowy, brzmią w moich uszach najprzyjemniej.

Jednak najsilniej brzmi nuta humanizmu skrojonego na miarę XXI-wiecznych oczekiwań i możliwości człowieka. Poetka sporo podróżuje i obok egzotycznych obrazów, wspomnień i refleksji można znaleźć wyraźne przeświadczenie, że wszyscy ludzie są braćmi (i siostrami), a  każdego z nas dręczy podobny zestaw egzystencjalnych dolegliwości. Zaś obowiązkiem człowieka jest raczej budować mosty niż stawiać mury. 

Szlachetnie to wszystko brzmi i precyzyjnie wpasowuje się we współczesną "politykę intelektualną", która lubi, gdy rozgrzebuje się wierzchnią warstwę kultury (często widzianą jako opresyjną i narzucającą toksyczne normy), w której się wyrastało, i dociera do pokładów "mniejszościowych". Stąd też powracają poruszające opowieści o Zagładzie, o nauce hebrajskiego; prywatność rodzinna zostaje zastąpiona prywatnością kultury, w której obok żywiołu polskiego pojawiają się inne, wcale wyraźne nurty i to im teraz wypada się przeglądać. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że Dąbrowska z premedytacją kroczy ścieżkami wytyczonymi przez dominujące tendencje. O nie. To zbyt szczera poezja, by oskarżyć ją o wyrachowanie, a jednak doskonale by się sprawdzała na "światowym rynku", gdzie trzeba znaleźć wspólny mianownik z odbiorcami ulepionymi z różnych rodzajów gliny, mającymi dość bezpieczne oczekiwania w stosunku do poezji.

A ja teraz zrozumiałem, dlaczego ta poezja mnie nie do końca przekonuje. Jestem chyba zbyt zamkniętym na świat skurczybykiem i wolę do końca życia eksplorować tych kilka ulic, na których przyszło mi fizycznie istnieć. W świat mnie nie ciągnie. Inne województwo to już dla mnie spory dyskomfort przemieszczania się. 

Tak więc pomimo obiektywnej "dobrości" tych tekstów, ja wciąż mam jestem zdystansowany i chłodny. Cóż...

niedziela, 9 czerwca 2019

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, czyli "Po piśmie" Dukaja

Im dłużej czytałem eseje Jacka Dukaja zebrane w tomie "Po piśmie", tym silniej czułem... No właśnie nie wiem... Najlepszą metaforą chyba będzie obraz wpatrującego się w prognozę pogody nieszczęśnika, który obserwuje zbliżające się do jego miasta tornado. Wie, że powinien coś zrobić - uszczelnić dach, zabić deskami okna, zgromadzić zapasy, zabezpieczyć zapałki i tuzin świec. Wymagana jest reakcja, postawa aktywna, ale czy to powstrzyma huragan? Nie. Ewentualnie zminimalizuje straty w jednym konkretnym wycinku rzeczywistości. Niewiele więcej. Czarne chmury i tak zasnują całe niebo.

(Tylko czy to są chmury, co widzimy? I czy na pewno czarne?)

Brzmi to fatalistycznie, a ja się bronię przed podobną reakcją. Sam Dukaj zresztą również nie rwie włosów z brody i nie rozdziera szat. Stara się być zdystansowany, chociaż czujny, jak synoptyk.



Wbrew pozorom przewidywania Dukaja nie są apokaliptyczne - tam, gdzie sięga wzrok autora, rozciąga się kraina Wiecznej Rozrywki (duże litery moje) - to jest punkt docelowy rozwoju człowieka, meta, do której biegnie nasza cywilizacja  od samego początku istnienia. Romantyczny humanista, pielęgnujący szlachetne wartości idealista, obruszy się na takie dictum, ale nie może zamykać oczu na rzeczywistość. Homo sapiens = homo ludens. Nie ma wyjątku od tej reguły.

Szlifowana od starożytności technologia (w tym oczywiście cała kultura) sieje tylko tyle wątpliwości i dramatów egzystencjalnych, ile trzeba, by człowiek mógł poczuć zadowolenie  z ich przewalczenia. Cała reszta to słodkie opium, w którego coraz gęstszych oparach będziemy się jako cywilizacja unosić. 

Technologia wyręczy nas we wszystkim, odpowie na każdą potrzebę, podsunie rozwiązanie zanim uświadomimy sobie, że mamy problem, czujemy niedostatek. Technologia zyska (jeśli już nie zyskała) samoświadomość, dzięki której precyzyjnie uformuje potrzebne nam produkty kulturowe. Używane przez Dukaja określenie Logos obsługuje chociażby Hollywood, które dochrapało się tak precyzyjnych narzędzie produkcji dzieł filmowych, że można zaryzykować następujące stwierdzenie - Fabryka Snów to troskliwie dobierająca materiały (scenariusze, reżyserów, aktorów, kompozytorów...) Istota, która dostarcza ludziom wyczekiwane przez nich produkty. Czeka nas wiele takich Istot obsługujących literaturę, muzykę, malarstwo... 

(Tak sobie myślę, czy w ten sposób nie zinterpretować najsilniejszych symboli Franza Kafki - Prawa i Administracji? Technika - w tym przypadku sądu i administracji - wytworzyła własną świadomość, której narzędziami są ludzie pilnujący, by Józef K. został skazany, a K. nie dostał się nigdy do zamku?)

Czarną wizją wszelkich konserwatystów, prawicowców spod znaku Korwina i Spółki, jest opcja dochodu gwarantowanego. W świecie jutra, gdy 3/4 pracy wykonywać będą maszyny, ludzka praca przestanie być potrzebna. Praca przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie - nikogo nie uszlachetni, niczego nie popchnie do przodu, nie wypełni sensem niczyjej egzystencji. I jeżeli uda nam się rozwiązać problem energii (a coś czuję, że się uda), to masy ludzkie potrzebowały będą tylko i wyłącznie Rozrywki, by zrobić cokolwiek ze swoim życiem i się nie osunąć w czarną dziurę nihilizmu, skąd wygrzebać można się jedynie popełniając samobójstwo. Ludzie, mając do dyspozycji gwarantowane minimum socjalne oraz coraz łatwiejszy i tańszy dostęp do zdobyczy techniki, wypełnią tysiącami rozrywek nudę egzystencji. Czekają nas niewyobrażalne rozkosze ducha, cytuję niewiernie Dukaja, i nie będą mieć one zbyt wiele wspólnego z jakąkolwiek tradycyjnie rozumianą religią.

Sam człowiek oczywiście będzie tworzył samego siebie - nie tylko modyfikował dowolnie własne ciało, związaną z nim seksualność, pamięć, odruchy etc. Mechanizmy zapożyczone z Facebooka pozwolą człowiekowi na dowolne manipulowanie postrzeganą rzeczywistością. Jeżeli możemy kogoś usunąć z grona znajomych, ignorować, zgłaszać do Wyższych Instancji z racji dyskomfortu, jaki czujemy z powodu jego poglądów lub stylu bycia, to samo będziemy mogli uczynić w realu, gdzie każdy będzie udzielnym władcą własnej safe space. Nie pytajcie mnie, jak to będzie możliwe, ale coś czuję, że będzie. 

Zebrałem w tej nie-recenzji myśli, jakie zapamiętałem po lekturze pierwszych pięciu tekstów książki. Dóbr Dukaj dostarcza całą masę, a ich ukoronowaniem wydaje się być karkołomny esej interpretujący "Jądro ciemności." Znakomita i trudna jednocześnie próba odczytania postaci Kurtza jako zwiastuna "nowych wspaniałych czasów." No ale to już trzeba samodzielnie przeczytać. Najlepiej powoli i sprawdzając nazwiska, które Dukaj przywołuje. Opłaca się to robić.

Cóż, być może ktoś się zasmuci, a ktoś (co bardziej prawdopodobne) zbuntuje. "Wystarczy jedna katastrofa klimatyczna i jak bańka mydlana pęknie wizja Dukaja! Rzesze głodnych ludzi zdemolują wszystko na swojej drodze i będziemy mieli powrót do barbarzyństwa, a nie technologiczną ziemię obiecaną." Oczywiście może tak być, dlaczego nie. Przyszłość jest otwarta. 

Ale bezsporne pozostaje jedno - jako gatunek zrobimy bardzo wiele, by się nie narobić, a przyjemność, "lekkość" istnienia (odpowiednio doprawiona niezbędnymi wątpliwościami egzystencjalnymi) jest naszym celem. Nie brzmi to humanistycznie. Brzmi to ludzko.

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, powie nam Technologia, a my ochoczo posłuchamy.


PS 

Powyższe rozważania dotykają tylko pierwszej części książki.

środa, 29 maja 2019

Przeszłość to fala, czyli "Requiem dla analogowego świata" Cichowskiego

Przeszłość to fala, na której surfuje pisarz. Wybaczcie ten bieda-aforyzm, ale zdumiewająco często pozwalam sobie na czytanie o młodości zapamiętanej przez twórców i odtwarzanej później w powieściach, opowiadaniach, wierszach… Doszedłem nawet do egzotycznego wniosku, że najbardziej wierzę starym poetom opiewającym dzieciństwo.  Sam, jeśli już mowa o pisaniu, często fantazjuję na temat własnej przeszłości, dojrzewania, młodości w bibliotekach i na boiskach, które oczywiście domagają się spisania, co by nie przepadły w odmętach czasu.

Rafał Cichowski być może również nie chciał dużej opędzać się od wspomnień, które w przypadku autora najwyraźniejszą postać zawdzięczają latom 90 i dały się zamknąć w formie powieści pt. „Requiem dla analogowego świata”. W świecie cyfrowym co i rusz atakują nas nostalgiczne memy próbujące uchwycić przy pomocy kilku powtarzających się zdjęć i haseł ducha czasów, które bezpowrotnie odeszły wraz z rozpowszechnianiem się cyfrowych technologii.

Żonglowanie kliszami to jednak zbyt łatwa dla literatury droga. Błyskawicznie można się osunąć w ckliwą idealizację, żerować na tanim wzruszeniu, tworzyć produkt „dedykowany” konkretnej grupie docelowej (w tym przypadku rówieśnikom autora, do których w pewnym sensie również się zaliczam) i tak naprawdę wykluczyć wszystkich innych. Tych, którzy lat 90 nie mają szansy pamiętać lub zapamiętali je z innej niż podwórkowa i szkolna perspektywy.



Czy to zarzut? Cóż… Z jednej strony tak. Przyszły czytelnik „Requiem…” będzie miał prawo czuć się nieproszonym gościem w opisywanym świecie. Jeżeli nie doświadczył na własnej skórze blasków i cieni lat 90, nie pamięta powodzi tysiąclecia i nie żuł gumy Turbo, może traktować tę opowieść jak spacer po skansenie. A skansen to olbrzymi, bo to kutnowskie blokowisko z przyległościami, garaże, boiska, łąki, na których pali się ogniska i pierwsze papierosy, tory kolejowe, szkoła, z rzadka rzucamy okiem poza miasto, gdzie jakieś życie istnieje i ma się całkiem dobrze, a wiemy o tym dzięki antenom satelitarnym i telewizji kablowej. Brzmi Nirvana, której piosenki śpiewa się głosem kibiców Widzewa wiwatujących po tryumfie nad Legią…

Tego świata już nie ma i nikt nie powinien się czuć zmuszanym do dzielenia jakiejkolwiek tęsknoty za czasami zaawansowanej transformacji ustrojowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby czytelnik wzruszył ramionami i mruknął znad tekstu tej książki: „Znam te wszystkie historie z memów, po co mam jeszcze o tym czytać?” Innymi słowy, boję się, czy tekst Cichowskiego obejdzie tych, którzy nie oddychali nigdy powietrzem lat 90.

Moja obawa wynika z troski o tę powieść. Książkę, która jest obiektywnie dobra i może przynieść sporo czytelniczej satysfakcji. Zręcznie poprowadzona narracja pierwszoosobowa przypomina w zadziwiający sposób perspektywę, jaką osiągałby Bohumil Hrabal (spod znaku chociażby „Mojej pięknej żałoby”) skrzyżowany z młodzieżową prozą Edwarda Niziurskiego. Nastolatek, na którego barki zrzucono ciężar oprowadzania nas po swoim świecie, dźwiga tę odpowiedzialność i umie w znakomity sposób opowiedzieć o podwórkowych futbolowych wojnach, tanich winach i pierwszych fascynacjach płcią przeciwną. Jednocześnie Cichowski potrafi oderwać się od nastoletniej perspektywy i możliwości poznawczych chłopca z podstawówki, by błysnąć „dorosłym”, stylistycznie wysmakowanym, niemal poetyckim konceptem, metaforą, która co jakiś czas rozsadza realistyczną w sumie prozę.  

Ci, których autor zaprasza, poczują się jak u siebie w domu – rozpoznają gadżety, atrybuty, (sprane) kolory, dźwięki i zapachy epoki. Być może powrócą do nich wspomnienia inicjacji w „prawdziwą” muzykę, a spoza granicy pamięci wyłoni się kształt pierwszego „prawdziwego” komputera… Sporo tego szumu generuje Cichowski: pozwala swoim bohaterom mówić gwarą podwórkową „tamtych czasów”, w ujmujący sposób puszcza oko do czytelnika, gdy co i rusz któryś rzuca hasło dziś istniejące tylko i wyłącznie dzięki zabarwionym tęsknotom memom. Takiej kariery nikt hasłom w stylu „Nie siadaj na piłce, bo zrobisz jajo” nie wróżył…

Lektura „Requiem dla analogowego świata” przypomina kontemplację wspomnień o ostatnich dniach wakacji. Wiemy, że coś się zamyka i nie istnieje taka siła, która by powstrzymała zaciskające się na dzieciństwie szczęki czasu. Można tylko odtwarzać, wydaje się mówić Cichowski, można tylko odprowadzać wzrokiem młodszą (lepszą?) wersję samego siebie. Można pisać, by rozliczyć się z przeszłością lub tylko (i aż) pieczołowicie ją rekonstruować. Można mieć wątłe pocieszenie, że przyjdą po nas pokolenia, po których też na pamiątkę zostaną memy…