sobota, 12 października 2019

Gdzież są niegdysiejsze erekcje, czyli "Serotonina" Houellebecqa


Długo szukałem patentu na tę powieść. Długo za długo. Być może to ślepy upór napędzał mnie, by w „Serotoninie” znaleźć coś, czego nie znalazłem, czytając dobre lub przyzwoite omówienia tej powieści. Cóż, kiepskie też czytałem i prawdę powiedziawszy było ich nawet więcej…

Nigdy jakoś szczególnie nie wabiły mnie powieści francuskiego autora. Odpychała raczej ich skandalizująca aura, zachwyty obłudnych czytelników, którzy oburzali się na flirt z pornografią, jednocześnie nie mieli niczego przeciwko temu, by otaczająca ich kultura kipiała bezwstydem. Że niby zrywa maski cywilizacji Zachodu, a zza tej maski wyziera pustka? Że krytykuje rozpasaną konsumpcję? Syte i leniwe kocury? Lubieżne kotki? Ten podręczny zestaw do „ułożenia sobie Houellebecqua na odpowiedniej półce” wydawał mi się jednak jakoś prawdziwy i odpychający jednocześnie. Ja naprawdę nie muszę czytać książek o tym, co dociera do mnie wyraźniej i głośniej innymi kanałami. W ten oto sposób na całe lata zamknąłem do siebie dostęp do tej prozy. Czytając więc „Serotoninę”, czułem się jak ktoś, kto wchodzi do wody, w której od dawna doskonale pływają inni. Muszę przyzwyczajać ciało do niezbyt komfortowej temperaturę i zajmie mi to dobrą chwilę.



Walcząc z potworną depresją, główny bohater powieści przyjmuje specyfik pobudzający wydzielanie serotoniny. Lek nowej generacji, przepisywany wyłącznie na receptę, wywołuje jednak dość nieprzyjemny efekt uboczny - brak erekcji, utratę zainteresowania kobietami, być może nawet trwałą impotencję. Udręczony bohater zalewany jest napływającymi wspomnieniami udanych i mniej udanych związków, których fundamentem był oczywiście seks, Seks w każdej możliwej i akceptowalnej w libertyńskiej Francji formie. Ciepłe, niemal czułe opisy zaprzepaszczonych szans na szczęście i spełnienie, natychmiast rozbija szczegółami rodem z pornograficznego rekwizytorium.

Ach, gdzież są niegdysiejsze erekcje, zdaje się pytać retorycznie bohater i pewnie sam autor. Ten przetworzony Villonowy topos to coś więcej, niż tylko wyraz bezradności w walce o utrzymanie męskości w jak najlepszej formie. Nie. Tutaj nie pomoże żadna viagra…

Przyszło mi do głowy, że jeżeli fundamentalny dla bohatera problem wyświetlić na ogromnym ekranie, ekstrapolować osobiste nieszczęście na przestrzeń o niebo większą, to czy erekcja nie jest symbolem żywotności, jurność i ekspansji kultury Zachodu, być może całej Europy? A jeżeli uwiąd jest tym, na co cierpi nasz kontynent i jeżeli sam sobie na to solidnie zapracował, przyjmując „leki na doły”, na egzystencjalne specyfiki na pustkę? Jeżeli tak, to co wcześniej napędzało potencję?

Nie wiem, czy brzmię wiarygodnie, ale patrzę na to tak: za cenę równowagi psychicznej przehandlowaliśmy „męskość” – jako kultura przede wszystkim.  

Przypominam sobie również opowieść o śmierci jednego z mitologicznych bóstw. Pan, bo o nim mówimy, lubieżny i jurny, mający kozie nogi, owłosiony na całym ciele jegomość,  gustujący we wszystkim, co się rusza, wyzionął ducha na jednej z Wysp Echinadzkich. Donosi nam o tym uprzejmie Plutarch w swoich „Moraliach”.

Śmierć antycznego bóstwa była zapowiedzią nowych czasów. Pogaństwo właśnie ustępuje przed żywiołem chrześcijaństwa. Pogaństwo zmęczone, wypalone, szamoce się w agonii. Jest noc. Rano zapieje kogut i „będzie wszystko nowe”.

Zrozumiałem zadziwiający passus o bożej obecności, który na pozór na siłę autor doczepił do ostatniej strony powieści. Piękna, niemal ortodoksyjna koda, może być prawdziwym kamieniem obrazy dla wszystkich, którzy cenią w twórczości francuskiego powieściopisarza skandalizujące tony. Moim zdaniem „Serotonina” to przede wszystkim opowieść o umierającej pogańskiej rzeczywistości. O poranionych bezsensem istnienia ludziach, którzy w pogoni za szczęściem (rozumianym w rozczulająco naiwny sposób) są w stanie zrobić absolutnie wszystko, nawet złożyć ofiarę z dziecka (proszę sobie sprawdzić w powieści). To opowieść o pustych i komicznie nieudolnych gestach oporu wobec sił daleko potężniejszych niż pojedynczy zdesperowany człowiek (vide finał konfrontacji rolników z policją i wolnym światowym rynkiem). A jednocześnie te potężna siły są żałośnie mizerne wobec sacrum, które człowiek wypędził ze swojego życia.

Tak, proszę państwa, Houellebecq zapowiada nadejście przesilenia, nadejście czasów, które po śmierci bożka pana mogą zastąpić uschnięty i sflaczały świat.

Być może...

piątek, 11 października 2019

Stowarzyszenie Umarłych Blogerów

Myślałem, że mnie to nie spotka. Myślałem, że będę odporny na chorobę, na którą zapadli w ciągu ostatnich lat obserwowani przeze mnie piszący o książkach. Cóż, padłem jak szczur w Oranie...



Najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi oddającemu się jakiejś pasji, jest utrata poczucia sensu tego, co robi. Gdy wędkarz, miłośnik militariów lub twórca modeli grodów piastowskich z zapałek poczuje, że jego pasja powoli się wypala, prędzej czy później dojdzie do przesilenia. Wóz albo przewóz. Zero lub jeden. 

U mnie tak szczęśliwie się składa, że nikt mi nie płaci za pisanie o książkach. Jestem bezdomny ideowo, nie wiążą mnie żadne nici z żadną "platformą", część pozrywałem z premedytacją i hukiem, część osierociłem po angielsku. Nie dorobiłem się też grona fanatyków-miłośników, którzy spijaliby słowa z ekranu.

Nic mnie nie mobilizuje, ale ja nie lubię się czuć stawiany do pionu, pakowany w kamasze i ubierany w mundur recenzenta. Czuję się wolnym człowiekiem, gdy nie muszę robić tego, czego nie muszę a tylko mogę robić. 

Po części na fakt dezercji z pola wpłynęły procesy, jakie zachodzą na polu "blogerki". Coraz mniej osób pisze (i czyta) dłuższe teksty, książki w Sieci istnieją albo w formie przekombinowanych fotografii, albo jako recenzje sponsorowane, albo przekształcają się we vlogi. Nie pasuje mi nic z powyższej wyliczanki.

Czytam, ale kreślę tylko kilkadziesiąt chaotycznych zdań w notesie, by nie zapomnieć o tym, co przychodziło mi do głowy w czasie lektury. Ze wstrętem myślę jednak o cyzelowaniu tych obserwacji, o rygorze stylistycznym, o szukaniu formy, o wstępie, rozwinięciu, zakończeniu... Odruch wymiotny na samą myśl o.

Gdyby komuś przyszło do głowy, że po prostu obraziłem się na "słabe zasięgi" lub gdyby ktoś chciał mnie strofować, że jestem leniwy i powinienem wziąć się w garść, bo "marnuję się", powiem tyle - przestaje mnie to wszystko interesować. Być może czuję to samo, co bohater jednego z wierszy Czesława Miłosza: 

"Jeszcze jeden rok przygotowania.
Już jutro zasiądę do pracy nad wielkim dziełem."

Codziennie będzie jutro od dzisiaj.

poniedziałek, 9 września 2019

Baju, baju..., czyli "Baśń o wężowym sercu" Raka

Wiek XIX jest nieprzebraną skarbnicą, w której inspiracji szukali zarówno „poważni” pisarze, jak i ci, którzy sięgali po mniej lub bardziej fantastyczną konwencję. Przez ponad sto lat Polska nie istniała na mapach politycznych świata, a więc wyobraźmy sobie rzeczywistość, w której nie utracilibyśmy państwowości. Kilka razy zrywaliśmy się, by sięgnąć po wolność i srogo nas za to zaborcy karcili. A co by było, gdybyśmy wygrali chociaż jedno z powstań ? Szalony romantyzm zachęca do sprawdzenia, rzecz jasna na polu literatury, czym kończy się przesadna uczuciowość, która pchała Polaków do nierozważnych gestów i idealistycznych porywów. Pozytywizm kusi pierwocinami nowoczesności, a także scenografią, która może ukoić tęsknotę za steampunkową stylistyką. A ludzie? Zaklęci w kamienie pomników poeci, artyści, odkrywcy, przywódcy polityczni. Można wziąć pod lupę ich znane biografie, można wywrócić je na lewą stronę, odbrązowić, uwypuklić ukryte w cieniu epizody lub snuć alternatywne wersje życiorysów. Sam pisarz zaś ma do dyspozycji mnogość narzędzi, by ów XIX wiek po swojemu „otworzyć” – od twardego realizmu po fantastykę.


Radek Rak nie przez przypadek zatytułował najnowszą powieść Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli. Wybór takiej, a nie innej konwencji zaważył na całej książce, sposobach jej odbioru i ewentualnej interpretacji. Spowodował, że powieść ta na mocy przypisanych jej cech gatunkowych zawiesza realizm, dowolnie kształtuje elementy świata przedstawionego i ponosi tego wszelkie pozytywne i negatywne konsekwencje.



Tytułowym bohaterem tekstu jest Jakób Szela, literacki sobowtór przywódcy rabacji galicyjskiej. Jeden z najmroczniejszych epizodów w historii polskiej XIX wieku obrósł w ponurą legendę, którą straszono „złych panów”. Stał się przyczyną zrewidowania romantycznej miłości, jaką pokolenie Mickiewicza darzyło lud, który idealizowano, widząc w nim najzdrowszą i najczulszą tkankę społeczeństwa. Posłowie autorstwa dr. Arkadiusza S. Więcha w przystępny sposób przedstawia prawdziwą, a nie wymyśloną na potrzeby „panów literatów” sytuację ludności wiejskiej. Galicja – teatr, w którym rozegrało się w 1846 roku krwawe przedstawienie – była skrajnie biedna, rozorana podziałami społecznymi. Podzielona na przymierających głodem i upadlanych pańszczyzną chłopów oraz na żyjących na ich koszt właścicieli ziemskich. Moim zdaniem posłowie należałoby przeczytać przed lekturą – porządkuje to wiedzę, która przyda się, by za opowieścią Raka dojrzeć okrutną i nagą egzystencję.


Najsilniejszą stroną powieści jest język – przepiękny, bogaty, plastyczny i sensualny. Przywracający wiarę w to, że literatura może nie tylko zachowywać świat przed odejściem w nicość, ale również powoływać do istnienia. Z jednej strony Rak znakomicie stylizuje język Baśni… na ludową gawędę, opowieść snutą w karczmie przy kieliszku, bogato okraszaną wiejskimi mądrościami życiowymi. robi to wyjątkowo zgrabnie, nie dodając balastu uciążliwej dialektyzacji, która mogłaby być zasiekami nie do przebycia dla współczesnego czytelnika. Z drugiej zaś strony język jest liryczny, błyszczy metaforami i ożywczymi porównaniami.


Gdyby Leśmian próbował napisać po swojemu przepisać Chłopów Reymonta, mielibyśmy do czynienia z czymś porównywalnym. Praktycznie na przestrzeni całej książki obcujemy z piękną literacką polszczyzną, która momentami może odurzać czytelnika do tego stopnia, że będzie zadawał sobie pytanie o to, czy przypadkiem nie ma do czynienia z prozą poetycką skupioną na samej sobie.


Fabuła, a przecież właśnie ona jest tym elementem świata przedstawionego, na który najsilniej zwraca się uwagę i który najdłużej zostaje w pamięci, jest opowieścią rodem z klasycznej baśni wkomponowanej w brutalną galicyjską rzeczywistość. To historia chłopaka, który posmakowawszy gorzkiego chleba biedy i niewolniczej pańszczyzny, na mocy baśniowych mechanizmów zdobywa upragniony status pana. Nie mogę oczywiście zdradzić, jakie fabularne meandry prowadzą do tego punktu, ale muszę zaznaczyć, że opowieść tworzy wytrawną mieszaninę baśni, z której co jakiś czas wybudza nas ból uciskanych ludzi, nędza, niesprawiedliwość i sadyzm.


Rak w bezlitosny sposób portretuje szlachtę. Jej głupotę, zacofanie, narodowowyzwoleńcze mrzonki. Warstwa hołubiona przez polską literaturę XIX wieku, grupa będąca matecznikiem polskości, przedstawiona jest (nie bez pewnych przerysowań) jako zbiorowisko okrutników przekonanych o własnej wyjątkowości. Reakcje właścicieli ziemskich na krzywdę chłopów pańszczyźnianych mogą przypominać reakcje plantatorów bawełny w przeddzień wybuchu wojny secesyjnej, zaś los polskiej wsi sprzed czasów uwłaszczenia niczym szczególnym nie różni się od sytuacji czarnoskórych niewolników z Południa Stanów Zjednoczonych.


Problem z tą powieścią możemy mieć wtedy, gdy uświadomimy sobie, że baśniowość – owo cudowne narzędzie do kreowania i podtrzymywania świata, niekoniecznie dźwiga problem wspomniany w posłowiu, wokół którego nabrzmiewa fabuła. Nie jest to opowieść o rabacji galicyjskiej, ale o tym, co robi z niej wyobraźnia współczesnego autora, który fenomenalnie żongluje kontekstami, puszcza oko do wyrobionych kulturowo czytelników, stylizuje, uwodzi polszczyzną.


Szela, persona złowroga i niejednoznaczna, bohater ludowy, nośny symbol skrajnych lewicowych postaw, zamienia się w postać baśniową. W jego przypadku nie da się dojrzeć prawdy o doli chłopstwa, nie skupia on w sobie całej krzywdy, ale tylko (i być może aż) osobistą urazę, urażona dumę; dopiero w drugiej kolejności dostrzeżemy w losach powieściowego Szeli niesprawiedliwość, jakiej doświadczają wszyscy jemu podobni. Tak więc Baśń… jest raczej opowieścią o pielęgnowanej zemście, która za sprawą sił nadnaturalnych mogła się ziścić. Obawiam się, że żadnej prawdy o spiritus movens chłopskiego buntu nie uświadczymy. Skonstatujemy za to, że Szela jest figurą literacką, niczym więcej. Obawiam się również, że obrońcy Rakowego zamysłu będą szczodrze szafowali argumentami, że powieść jest zbudowana na baśniowo-mitycznych fundamentach. Cóż, nie każda baśń i nie każde umitycznienie są z założenia udane i nie wszystkie automatycznie rozgrzesza się z niedoskonałości.


Podsumowując moje uwagi, mogę z czystym sumieniem polecić Baśń o wężowym sercu każdemu miłośnikowi ambitnej fantastyki, który doceni kunszt słowa, „wijącą” się fabułę i dyskretną grę nawiązań oraz kontekstów, którą Rak prowadzi z czytelnikiem. Nie oczekujmy jednak od tej powieści prawdy o rabacji, jej przywódcy i przyczynach wybuchu. Jest ona przefiltrowana tak rzetelnie, że naprawdę zamienia się w tytułową baśń.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl

piątek, 30 sierpnia 2019

Karnawalizacja fantastyczna, czyli "Autostopem przez galaktykę" Adamsa

Zawsze podchodziłem jak pies do jeża do dzieł, które sprowadzały humor do poziomu wszechobecnej zgrywy. Na każdym z możliwych poziomów, na wszystkich polach świata przedstawionego musiało się coś zabawnego dziać i z reguły się działo. Oczywiście najczęściej było to bardziej żenujące niż śmieszne, wysilone zamiast lekkie i zwiewne. Lektury takich książek bolą. Gdy przypomnę sobie książki hołubionej polskiej autorki o inicjałach M.K., czuję się jakbym brał udział w czymś bardzo zawstydzającym. Na przykład świniobiciu.

Z czasem jednak dostrzegłem niesamowity walor tego typu literatury. Walor ten odsłania się, gdy humor, zgrywa służą satyrze. A satyra, której wcześniej nie lubiłem, srogo doświadczony jej interwencyjnym charakterem i szkolnymi skojarzeniami, okazała się odpowiadać na zapotrzebowania notorycznego pesymisty, jakim chyba jestem.

Gdy odkryłem jej cyniczny, nihilistyczny ton, znalazłem przyjemność w odkrywaniu tekstów, które negują absolutnie wszystko - nie tylko wady, przywary i słabości człowieka, ale również  to, co ludzkie, swojskie, nasze. Z zaświatów tego typu pisarstwu patronuje Jonatan Swift - mizantrop i cynik. To właśnie on przy pomocy dzielnego Guliwera nie tylko rozprawiał się z oczywistymi przeciwnikami - polityką, wojną, bezpłodnym mędrkowaniem, ale kpił również z  miłości i pożądania, ludzkiego ciała i jego słabo maskowanych niedoskonałości. 

Tak czy siak długie lata unikałem tego typu kawałków. Mierziły mnie te błazeństwa i teraz, Proszę Państwa, w końcu zrozumiałem, że błazen to postać mądrzejsza niż się na pierwszy rzut oka wydaje. A gdy wsłuchamy się w dźwięczne dzwoneczki, którymi obszyte jest jego pstrokate ubranko, usłyszymy w tle poważne, dostojne tony. Tak to działa u Pratchetta, tak bywa u Douglasa Adamsa.

Myślę, że warto zwrócić uwagę na okoliczności, w jakich ów pisarz zaczął pastwić się nad fantastyką. Lata 70, właściwie druga ich połowa, to triumfalny marsz takich twórców Aldiss, Silverberg, LeGuin, Dick, Ellison, których dzieła starały się przeorientować cały gatunek. Ich fantastyka zdradza społeczne zacięcie, czerpie z doświadczeń "prawdziwej" literatury, jest otwarta na eksperymenty formalne, chce rozwiązywać problemy i myśleć o kwestiach poważniejszych niż pytanie o to, czy za 100 lat będą latające samochody. 

I wtedy pojawia się Adams - żartowniś, który kpi sobie z powagi Nowej Fali, z jej ambicji i zamierzeń.



Nie ma chyba większego sensu streszczać fabuły. "Autostopem przez galaktykę" jest nie-do-opowiedzenia. A jeżeli ktoś nawet zaryzykuje i odtworzy zygzakowatą, chaotyczną linię fabularną, dotknie tylko naskórka tekstu. Ważniejsze od całości są elementy składowe. Główny bohater to nijaka, wybitnie pretekstowa postać, której jedyną literacką zasługą jest fakt, że ocalała z zagłady Ziemi, którą trzeba było zanihilować, ponieważ nie pasowała do programu zagospodarowania przestrzennego wszechświata. Jedno pstryk! i znikają piramidy egipskie, ryjówki, fabryki samochodów małolitrażowych, oceany, autostrady, kręgielnie i wszystko, co stworzył człowiek na trzeciej planecie od Słońca. Ziemię zgnieciono jak kulkę papieru i wrzucono do kosmicznego kosza. 

Reszta opowieści to nieskrępowana galopada absurdów, żartów różnego kalibru, ironii palącej jak śliwowica, nieprzewidywalnych się i nie dających się rozgrzeszyć bez formuły deus ex machina zwrotów akcji. Żadne zagrożenie w tym świecie nie jest ostateczne, nie ma pułapki, z której nie można wyrwać się przy pomocy kaprysu samego pisarza, który wpierw przygotowuje "śmiertelne niebezpieczeństwo", by po chwili wyciągnąć swoich bohaterów w kompletnie nonsensowny sposób.

Sami bohaterowie to urocza menażeria indywiduów, zbieranina odpustowych figurek z objazdowego teatru specjalizującego się w parodiowaniu świętości gatunku. Pogrążony w nieustającej depresji robot, dwugłowy były prezydent Galaktyki, dwójka ostatnich Ziemian w całym Wszechświecie, która zamiast stanowić koła napędowe tekstu jest raczej tobołem, z którymi trzeba tarabanić się od planety do planety, od rozdziału rozdziału.

Niesamowita to książka, która emanuje wolnością artystyczną, nie przywiązuje się do żadnych prawideł literackiego rzemiosła, ostentacyjnie je odrzuca (nawet jeżeli ta swoboda jest wystudiowaną figurą, ja to kupuję), bawi surrealnym dowcipem i podważa wszystko, czym lubimy jako homo sapiens podpierać naszą rzekomą wyjątkowość. 

środa, 7 sierpnia 2019

Suma wszystkich niepokojów, czyli "Przypowieść o siewcy" Butler

Od dawna ta książka czekała na swoją kolej. Wszystko przemawiało na jej korzyść - uznana autorka, blask "kobiecej" fantastyki, od której oczekiwałem odmiennego tembru, a nawet pochodzenie Octavii Butler, w której prozie chciałem usłyszeć echa afroamerykańskich doświadczeń. Liczyłem na egzotyczne (w stosunku do moich typowych wyborów czytelniczych) doznania, które wynagrodzą mi trud czytania. O słodki losie! Ależ mnie ta książka rozczarowała... Zawiedzione nadzieje bolą jak jasna cholera.



Teoretycznie wchodziłem na dobrze sobie znany choć nieco kamienisty grunt. Mamy rok 2025. USA, które zmiażdżone przez kopyta czterech jeźdźców apokalipsy (głód, skażenie środowiska, narkomania, przestępczość, nieobecność jakiejkolwiek władzy centralnej - pięciu jeźdźców mi wyszło...), przypominają leżącego pod ścianą zapchlonego liżącego ropiejące rany kundla. Zwykli ludzie próbują jednak jakoś żyć. Ci zwykli ludzie, którzy zawsze padają pierwsi pod ciosami sił demolujących rzeczywistość, i zawsze pierwsi otrzepują kolana, powoli podnosząc się z upadku. Ci zwykli ludzie żyją za murem odgradzającym ich od brutalnego, zdegenerowanego świata. Mają małe ogródki, hodują króliki, uczą się strzelać, by obronić własną malutką ojczyznę przez napierającymi siłami chaosu i brutalności. 

(Być może widzę w tym obraz afroamerykańskich gett, ostoi przemocy, owych neighbourhoods, na ulicach których krążą dilerzy, złodzieje samochodów i gangsterzy, a nieliczne "normalne" rodziny starają się utrzymać na powierzchni społeczeństwa, nie łamiąc przy okazji prawa i broniąc własnych dzieci przed demonami... Historia upadku takich miast jak Detroit może bardzo nam pomóc.)

W jednej z takich wspólnot żyje nastoletnia bohaterka, która... I tu się zaczynają problemy. Dziewczyna wyróżnia się na tle nielicznych rówieśników - po pierwsze jako córka przywódcy duchowego wspólnoty odkrywa w sobie powołanie, by stworzyć zalążek nowej religii; po drugie ma wątpliwą przyjemność posiadania daru hiperempatii, która powoduje, że odczuwa fizycznie wszelką krzywdę, jaką wyrządzi się komukolwiek w jej otoczeniu. 

Brzmi ciekawie, prawda. No właśnie nie. Butler w zdumiewający sposób trwoni ten jako taki potencjał. Wymyślona przez bohaterkę "religia" oparta jest na przekonaniu, że Bóg (Demiurg? Kreator? Pierwszy Poruszyciel?) jest wieczną zmianą, ale... za taką koncepcją nie idą żadne konkretne moralne wymagania stawiane przed potencjalnymi wiernymi. To jest wewnętrznie puste. "Religia" ta to czystej wody new age'owe abrakadabra, a co jeszcze gorsze - jest kłopotliwym fantem, fabularnym ciężarem, który musi dźwigać bohaterka, walcząc o przeżycie w postapokaliptycznym świecie. A hiperempatia? Też zgrzyta, gdyż jej objawy zdarzają się przy okazji różnych brutalnych, ale dość przypadkowych z punktu widzenia fabuły sytuacji - a tu kogoś pobito, a to postrzelono. Takie życie na osiedlu...

Najsilniejszą stroną "Przypowieści o siewcy" nie jest fabuła, ale wykreowany świat widziany oczyma młodej dziewczyny, która czuje przez skórę, że za chwilę pozornie bezpieczna oaza, w jakiej przyszło jej żyć, zostanie zdmuchnięta z powierzchni ziemi, spalona, rozgrabiona. I tak się właśnie dzieje...

Czyż nie da się w tym tekście wypatrzyć współczesnych strachów przed klimatyczną katastrofą? Czy Butler nie zadaje nam pytania o sens młodości, miłości, płodzenia kolejnych pokoleń w świecie, w którym może być tylko gorzej? W piekle, które sobie zafundowaliśmy i chyba już ciut rozgościliśmy? Tego typu kwestie powodują, że powieść jest istotnym, niepokojącym i (niestety) realistycznym głosem w dyskusji o kształcie chyba dość bliskiej przyszłości. 

Tym, którzy po nią sięgną, radzę by po prostu usunęli z pola widzenia te pompatyczne i natchnione partie, w których bohaterka emocjonuje się domowej roboty duchowością i przenieśli uwagę na naprawdę smutny obraz jałowej ziemi, na której przyjdzie być może nam żyć. 

Czy polecam? Z zastrzeżeniami tak. 

wtorek, 6 sierpnia 2019

Symfonia Simmonsa, czyli "Hyperion"

Jak na moje to książka wybita. Książka właśnie, nie powieść. Książka, wehikuł mogący dźwigać potężny koncept i mechanizm o kilkunastu zazębiających się kółkach - mniejszych i większych. Święto literatury rozumianej zarówno jako umiejętność chwytania czytelnika za mordę, jak i zdolność do zamykania pomiędzy okładkami doskonale zorkiestrowanych partii. 

Simmons przesuwa na pasie transmisyjnym tekstu poszczególne epizody, które oświetlają siebie wzajemnie, pozwalając dojrzeć coś, co wcześniej mogło uciec. Zdumiewające, że orkiestra Simmonsa gra bez najmniejszego fałszu, w równym tempie, bez przerw na wzięcie oddechu. Nawet interludia pomiędzy kolejnymi opowieściami mają wysoką temperaturę emocjonalną. 



Nie ma sensu, a przynajmniej ja go nie widzę, by rysować fabułę klasycznego już przecież dzieła. Dla mnie "Hyperion" to przede wszystkim hołd oddany literaturze wyrażony albo żonglerką motywami i konwencjami, albo czytelnymi (niemal literalnymi) odwołaniami do historii literatury. 

Cóż my tu mamy? W żadnej kolejności wymienię kryminał noir naszpikowany cyberpunkowymi gadżetami, gorzką autobiografię artysty, teologiczną rozprawę, militarną space operę... - każda z tych konwencji dźwiga na sobie ciężar opowieści, które same w sobie są znakomitymi realizacjami postulatów wykorzystywanych przez autora gatunków. Nie zapominajmy również, że całość dzieje się w skomplikowanym, trójwymiarowym, wewnętrznie spójnym (wszech)świecie przyszłości czekającym na rozerwanie przez nieuchronnie zbliżającą się wojnę. 

Simmons niczym szalony naukowiec w alchemicznej pracowni zamienił klasyczne dla literatury angielskiej teksty i postacie - odpowiednio "Opowieści kanterberyjskie" Chaucera, poezja i biografia romantycznego poety Johna Keatsa) - w "towar" atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy. Uskrzydlił przeszłość. I na dodatek ani razu nie potraktował tego źródłowego materiału z postmodernistyczną kpiną, ponowoczesnym cynizmem. Pisarz szanuje tradycję i tego szacunku uczy czytelnika.  

Gdyby nie literatura, nie byłoby tej powieści. A gdyby nie było literatury, mogłaby się ona z "Hyperiona" narodzić.

Najgoręcej!

poniedziałek, 22 lipca 2019

Scyzoryk w katedrze, czyli "Hiob" Heinleina

Robert A. Heinlein jest jednym z tych pisarzy science fiction, którzy przyczynili się do zbudowania fundamentów gatunku i stworzenia niemalże wzorcowych realizacji najważniejszych dla fantastyki motywów. Inwazja obcych, walka w kosmosie z zagrażającymi człowiekowi siłami, podróże w czasie, wizje przyszłości – to tylko kilka stałych elementów, którymi umiejętnie żonglował na przestrzeni całej drogi twórczej, a dzięki tekstom napisanym w latach 50. i 60. dorobił się miana klasyka. I chociaż jego pisarstwo nie rezonuje dziś z taką siłą, jak dzieła Dicka lub Le Guin, nie można nie kojarzyć takich tekstów jak Obcy w obcym krajuLuna to surowa pani czy Żołnierze kosmosu. Polski czytelnik bez większego trudu dotrze do najbardziej znanych utworów Heinleina i przekona się, że reprezentują one wysoki poziom, chociaż ich urok może być już nieco „wczorajszy”.

Czytając Hioba: Komedię sprawiedliwości, zastanawiałem się, czym kierowało się wydawnictwo, gdy podejmowało decyzję o przybliżeniu odbiorcom akurat tej, mniej reprezentatywnej dla twórczości Amerykanina pozycji. Powieść niekoniecznie spodoba się „niedzielnemu” miłośnikowi science fiction, a „prawdziwy” fan może poczuć dyskomfort, gdy okaże się, że autor prowadzi go drogami, którymi gatunek nie zwykł chodzić zbyt często. Być może jestem czarnowidzem, ale taką recepcję książki przewiduję, chociaż powieść sama w sobie jest dobra.

Oficjalna okładka jest taka sobie, więc narysowałem sobie własną.

Już sam tytuł przygniata ciężarem i jego interpretacja (bez lektury samej książki!) może być wystarczająco rozległa, by wypełnić przestrzeń całej recenzji. Wystarczy wspomnieć o jednej z najważniejszych ksiąg Pisma Świętego i fundamentalnym pytaniu o to, dlaczego dobrych ludzi spotyka zło. Tym kwestiom poświęcono całe biblioteki i nie ma chyba większego sensu, by rekapitulować teraz najróżniejsze teorie, jakie krążyły wokół Księgi Hioba. Czujemy jednak, że gdy pisarz kojarzony z, bądź co bądź, masową literaturą, zaczyna dobierać się do skarbca biblijnego tekstu, musi mieć w tym wyraźny cel.

Co przyświecało Heinleinowi? Najprościej będzie chyba odpowiedzieć na to pytanie, gdy prześledzimy losy głównego bohatera powieści. Jest nim bogobojny Amerykanin należący do jednego z typowych dla Stanów Zjednoczonych zreformowanych odłamów chrześcijaństwa. Mężczyzna wpada w wir niedających się logicznie wytłumaczyć zdarzeń. Nie dość, że pasażerowie statku, którym podróżował, zaczynają zwracać się do niego innym nazwiskiem, to na dodatek świat również zmienił się w zauważalny sposób – inaczej potoczył się rozwój cywilizacyjny, inni politycy piastują najważniejsze stanowiska (o czym bohater dowiaduje się najczęściej z lektury encyklopedii). Jakby tego było mało, poznaje piękną kobietę, w której zakochuje się ze wzajemnością. Na nieszczęście dla bohatera świat nie przestaje się przeobrażać, a para kochanków musi stawiać czoła coraz bardziej absurdalnym sytuacjom, które najczęściej interpretowane są jako seria prób zsyłanych przez Siłę Wyższą na wierzącego człowieka.

Można więc zaryzykować stwierdzenie, że tytułowym Hiobem jest człowiek, który za sprawą mieszających się rzeczywistości traci i mozolnie odbudowuje poczucie bezpieczeństwa związane z posiadaniem pieniędzy, ubrań, mieszkania, najbliższej osoby i jednocześnie nie traci wiary w jakiś rodzaj planu, na mocy którego funduje mu się te wszystkie atrakcje. Na tym poziomie Heinlein zgrabnie łączy typowy dla fantastyki motyw alternatywnych światów z refleksją natury (powiedzmy) metafizycznej.

Niestety, książka zaczyna co pewien czas osiadać na grząskich gruntach dywagacji teologicznych. Pisarz przygląda się religijnym dogmatom, próbuje obnażyć ich brak logiki, a nawet (niczym biblijny Hiob) podnieść głos przeciwko niesprawiedliwości świata. Brzmi to szlachetnie i humanistycznie, jednak w takich momentach powieść nie wybrzmiewa najlepiej. Staje się ciężka, miejscami nużąca, a Heinlein przypomina kogoś, kto stara się przy pomocy scyzoryka otworzyć zamkniętą hermetycznie kryptę teologii. Można zrozumieć niechęć autora do instytucji religii, ale nie umiał tego uczucia zamienić w dobrą, porywającą literaturę i powieść zapada się pod ciężarem poruszanego problemu.

Na szczęście tam, gdzie narrator się nie wymądrza i nie dialoguje sam z sobą (lub z innymi) na tematy religijne, ujawnia się i poczucie humoru, i delikatna, apetyczna ironia uskrzydlająca całość tekstu. Gdy dotrzemy mniej więcej do połowy książki, okaże się, że fantastyka zacznie ustępować pola czemuś w rodzaju przypowieści filozoficznej lub moralitetu, które ze swojej definicji mogą anulować wszelkie (nawet najbardziej absurdalne) nieprawdopodobieństwa. Gdy zaś bohater trafia w zaświaty i spotyka się z rozbuchaną pozagrobową biurokracją, będącą jawną kpiną z czysto ludzkich wyobrażeń na temat życia po śmierci, czytelnik będzie miał wrażenie, że opłacało się przedzierać przez mniej pasjonujące fragmenty powieści. Niebo i piekło opisane na granicy szarży (nie tylko stylistycznej) pokazują, że Heinlein chyba dobrze bawił się, tworząc Hioba: Komedię sprawiedliwości.

Powieść amerykańskiego pisarza pokazuje, że fantastyka może (i chyba nawet powinna) poruszać tematy trudniejsze, wymagające namysłu i niedosłownego odczytania. Heinlein, snując opowieść o dwudziestowiecznym odpowiedniku wolterowskiego Kandyda, zastanawia się nie tylko nad kondycją człowieka, którego życie systematycznie bywa obracane w gruzy, ale również podejmuje (z niejednoznacznym skutkiem) refleksję na tematy eschatologiczne.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

sobota, 20 lipca 2019

Na wspólnym mianowniku, czyli "Ścieżki dźwiękowe" Dąbrowskiej

Ja mam z Krystyną Dąbrowską problem. Teoretycznie nie można się czegokolwiek czepiać. Wszystko jest na miejscu i tak jak w poezji ma być. Mój wewnętrzny maruda nie ma żadnych konkretnych i przede wszystkim obiektywnych argumentów, by poddać dyskusji jakość wierszy zebranych w "Ścieżkach dźwiękowych", a jednak chodzi od ściany do ściany i zaciskając pięści, mruczy: "No coś tu jest nie tak, nie tak..."



Ten tomik jest naprawdę przyzwoity i unosi się na wysokości, która umożliwia nawiązanie kontaktu z "przeciętnym" czytelnikiem, nie przygniata odbiorcy awangardową stylistyką, nie zamyka się w bańce hermetycznego osobniczego doświadczenia podmiotu lirycznego, eksploruje raczej temat niż drąży styl. Krótko mówiąc, to książka bezpieczna i można bez większego ryzyka od jej lektury właśnie zacząć przygodę ze współczesną polską poezją. 

A same wiersze? Różnie. Raz mamy koncepty rozwijane na przestrzeni tekstów, które dźwigać mają odrobiny parabolicznej mądrości. O wiele częściej znaleźć można portrety, zbliżenia, czułe reminiscencje, rozbrajająco szczere opisy prywatnych rytuałów. Bardzo ludzka jest Dąbrowska w tych momentach. Prywatna i intymna. Miejsca, w których zamykana jest przestrzeń, okrojona do rozmiarów niewielkiego pokoju lub rozmowy, brzmią w moich uszach najprzyjemniej.

Jednak najsilniej brzmi nuta humanizmu skrojonego na miarę XXI-wiecznych oczekiwań i możliwości człowieka. Poetka sporo podróżuje i obok egzotycznych obrazów, wspomnień i refleksji można znaleźć wyraźne przeświadczenie, że wszyscy ludzie są braćmi (i siostrami), a  każdego z nas dręczy podobny zestaw egzystencjalnych dolegliwości. Zaś obowiązkiem człowieka jest raczej budować mosty niż stawiać mury. 

Szlachetnie to wszystko brzmi i precyzyjnie wpasowuje się we współczesną "politykę intelektualną", która lubi, gdy rozgrzebuje się wierzchnią warstwę kultury (często widzianą jako opresyjną i narzucającą toksyczne normy), w której się wyrastało, i dociera do pokładów "mniejszościowych". Stąd też powracają poruszające opowieści o Zagładzie, o nauce hebrajskiego; prywatność rodzinna zostaje zastąpiona prywatnością kultury, w której obok żywiołu polskiego pojawiają się inne, wcale wyraźne nurty i to im teraz wypada się przeglądać. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że Dąbrowska z premedytacją kroczy ścieżkami wytyczonymi przez dominujące tendencje. O nie. To zbyt szczera poezja, by oskarżyć ją o wyrachowanie, a jednak doskonale by się sprawdzała na "światowym rynku", gdzie trzeba znaleźć wspólny mianownik z odbiorcami ulepionymi z różnych rodzajów gliny, mającymi dość bezpieczne oczekiwania w stosunku do poezji.

A ja teraz zrozumiałem, dlaczego ta poezja mnie nie do końca przekonuje. Jestem chyba zbyt zamkniętym na świat skurczybykiem i wolę do końca życia eksplorować tych kilka ulic, na których przyszło mi fizycznie istnieć. W świat mnie nie ciągnie. Inne województwo to już dla mnie spory dyskomfort przemieszczania się. 

Tak więc pomimo obiektywnej "dobrości" tych tekstów, ja wciąż mam jestem zdystansowany i chłodny. Cóż...

niedziela, 9 czerwca 2019

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, czyli "Po piśmie" Dukaja

Im dłużej czytałem eseje Jacka Dukaja zebrane w tomie "Po piśmie", tym silniej czułem... No właśnie nie wiem... Najlepszą metaforą chyba będzie obraz wpatrującego się w prognozę pogody nieszczęśnika, który obserwuje zbliżające się do jego miasta tornado. Wie, że powinien coś zrobić - uszczelnić dach, zabić deskami okna, zgromadzić zapasy, zabezpieczyć zapałki i tuzin świec. Wymagana jest reakcja, postawa aktywna, ale czy to powstrzyma huragan? Nie. Ewentualnie zminimalizuje straty w jednym konkretnym wycinku rzeczywistości. Niewiele więcej. Czarne chmury i tak zasnują całe niebo.

(Tylko czy to są chmury, co widzimy? I czy na pewno czarne?)

Brzmi to fatalistycznie, a ja się bronię przed podobną reakcją. Sam Dukaj zresztą również nie rwie włosów z brody i nie rozdziera szat. Stara się być zdystansowany, chociaż czujny, jak synoptyk.



Wbrew pozorom przewidywania Dukaja nie są apokaliptyczne - tam, gdzie sięga wzrok autora, rozciąga się kraina Wiecznej Rozrywki (duże litery moje) - to jest punkt docelowy rozwoju człowieka, meta, do której biegnie nasza cywilizacja  od samego początku istnienia. Romantyczny humanista, pielęgnujący szlachetne wartości idealista, obruszy się na takie dictum, ale nie może zamykać oczu na rzeczywistość. Homo sapiens = homo ludens. Nie ma wyjątku od tej reguły.

Szlifowana od starożytności technologia (w tym oczywiście cała kultura) sieje tylko tyle wątpliwości i dramatów egzystencjalnych, ile trzeba, by człowiek mógł poczuć zadowolenie  z ich przewalczenia. Cała reszta to słodkie opium, w którego coraz gęstszych oparach będziemy się jako cywilizacja unosić. 

Technologia wyręczy nas we wszystkim, odpowie na każdą potrzebę, podsunie rozwiązanie zanim uświadomimy sobie, że mamy problem, czujemy niedostatek. Technologia zyska (jeśli już nie zyskała) samoświadomość, dzięki której precyzyjnie uformuje potrzebne nam produkty kulturowe. Używane przez Dukaja określenie Logos obsługuje chociażby Hollywood, które dochrapało się tak precyzyjnych narzędzie produkcji dzieł filmowych, że można zaryzykować następujące stwierdzenie - Fabryka Snów to troskliwie dobierająca materiały (scenariusze, reżyserów, aktorów, kompozytorów...) Istota, która dostarcza ludziom wyczekiwane przez nich produkty. Czeka nas wiele takich Istot obsługujących literaturę, muzykę, malarstwo... 

(Tak sobie myślę, czy w ten sposób nie zinterpretować najsilniejszych symboli Franza Kafki - Prawa i Administracji? Technika - w tym przypadku sądu i administracji - wytworzyła własną świadomość, której narzędziami są ludzie pilnujący, by Józef K. został skazany, a K. nie dostał się nigdy do zamku?)

Czarną wizją wszelkich konserwatystów, prawicowców spod znaku Korwina i Spółki, jest opcja dochodu gwarantowanego. W świecie jutra, gdy 3/4 pracy wykonywać będą maszyny, ludzka praca przestanie być potrzebna. Praca przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie - nikogo nie uszlachetni, niczego nie popchnie do przodu, nie wypełni sensem niczyjej egzystencji. I jeżeli uda nam się rozwiązać problem energii (a coś czuję, że się uda), to masy ludzkie potrzebowały będą tylko i wyłącznie Rozrywki, by zrobić cokolwiek ze swoim życiem i się nie osunąć w czarną dziurę nihilizmu, skąd wygrzebać można się jedynie popełniając samobójstwo. Ludzie, mając do dyspozycji gwarantowane minimum socjalne oraz coraz łatwiejszy i tańszy dostęp do zdobyczy techniki, wypełnią tysiącami rozrywek nudę egzystencji. Czekają nas niewyobrażalne rozkosze ducha, cytuję niewiernie Dukaja, i nie będą mieć one zbyt wiele wspólnego z jakąkolwiek tradycyjnie rozumianą religią.

Sam człowiek oczywiście będzie tworzył samego siebie - nie tylko modyfikował dowolnie własne ciało, związaną z nim seksualność, pamięć, odruchy etc. Mechanizmy zapożyczone z Facebooka pozwolą człowiekowi na dowolne manipulowanie postrzeganą rzeczywistością. Jeżeli możemy kogoś usunąć z grona znajomych, ignorować, zgłaszać do Wyższych Instancji z racji dyskomfortu, jaki czujemy z powodu jego poglądów lub stylu bycia, to samo będziemy mogli uczynić w realu, gdzie każdy będzie udzielnym władcą własnej safe space. Nie pytajcie mnie, jak to będzie możliwe, ale coś czuję, że będzie. 

Zebrałem w tej nie-recenzji myśli, jakie zapamiętałem po lekturze pierwszych pięciu tekstów książki. Dóbr Dukaj dostarcza całą masę, a ich ukoronowaniem wydaje się być karkołomny esej interpretujący "Jądro ciemności." Znakomita i trudna jednocześnie próba odczytania postaci Kurtza jako zwiastuna "nowych wspaniałych czasów." No ale to już trzeba samodzielnie przeczytać. Najlepiej powoli i sprawdzając nazwiska, które Dukaj przywołuje. Opłaca się to robić.

Cóż, być może ktoś się zasmuci, a ktoś (co bardziej prawdopodobne) zbuntuje. "Wystarczy jedna katastrofa klimatyczna i jak bańka mydlana pęknie wizja Dukaja! Rzesze głodnych ludzi zdemolują wszystko na swojej drodze i będziemy mieli powrót do barbarzyństwa, a nie technologiczną ziemię obiecaną." Oczywiście może tak być, dlaczego nie. Przyszłość jest otwarta. 

Ale bezsporne pozostaje jedno - jako gatunek zrobimy bardzo wiele, by się nie narobić, a przyjemność, "lekkość" istnienia (odpowiednio doprawiona niezbędnymi wątpliwościami egzystencjalnymi) jest naszym celem. Nie brzmi to humanistycznie. Brzmi to ludzko.

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, powie nam Technologia, a my ochoczo posłuchamy.


PS 

Powyższe rozważania dotykają tylko pierwszej części książki.

środa, 29 maja 2019

Przeszłość to fala, czyli "Requiem dla analogowego świata" Cichowskiego

Przeszłość to fala, na której surfuje pisarz. Wybaczcie ten bieda-aforyzm, ale zdumiewająco często pozwalam sobie na czytanie o młodości zapamiętanej przez twórców i odtwarzanej później w powieściach, opowiadaniach, wierszach… Doszedłem nawet do egzotycznego wniosku, że najbardziej wierzę starym poetom opiewającym dzieciństwo.  Sam, jeśli już mowa o pisaniu, często fantazjuję na temat własnej przeszłości, dojrzewania, młodości w bibliotekach i na boiskach, które oczywiście domagają się spisania, co by nie przepadły w odmętach czasu.

Rafał Cichowski być może również nie chciał dużej opędzać się od wspomnień, które w przypadku autora najwyraźniejszą postać zawdzięczają latom 90 i dały się zamknąć w formie powieści pt. „Requiem dla analogowego świata”. W świecie cyfrowym co i rusz atakują nas nostalgiczne memy próbujące uchwycić przy pomocy kilku powtarzających się zdjęć i haseł ducha czasów, które bezpowrotnie odeszły wraz z rozpowszechnianiem się cyfrowych technologii.

Żonglowanie kliszami to jednak zbyt łatwa dla literatury droga. Błyskawicznie można się osunąć w ckliwą idealizację, żerować na tanim wzruszeniu, tworzyć produkt „dedykowany” konkretnej grupie docelowej (w tym przypadku rówieśnikom autora, do których w pewnym sensie również się zaliczam) i tak naprawdę wykluczyć wszystkich innych. Tych, którzy lat 90 nie mają szansy pamiętać lub zapamiętali je z innej niż podwórkowa i szkolna perspektywy.



Czy to zarzut? Cóż… Z jednej strony tak. Przyszły czytelnik „Requiem…” będzie miał prawo czuć się nieproszonym gościem w opisywanym świecie. Jeżeli nie doświadczył na własnej skórze blasków i cieni lat 90, nie pamięta powodzi tysiąclecia i nie żuł gumy Turbo, może traktować tę opowieść jak spacer po skansenie. A skansen to olbrzymi, bo to kutnowskie blokowisko z przyległościami, garaże, boiska, łąki, na których pali się ogniska i pierwsze papierosy, tory kolejowe, szkoła, z rzadka rzucamy okiem poza miasto, gdzie jakieś życie istnieje i ma się całkiem dobrze, a wiemy o tym dzięki antenom satelitarnym i telewizji kablowej. Brzmi Nirvana, której piosenki śpiewa się głosem kibiców Widzewa wiwatujących po tryumfie nad Legią…

Tego świata już nie ma i nikt nie powinien się czuć zmuszanym do dzielenia jakiejkolwiek tęsknoty za czasami zaawansowanej transformacji ustrojowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby czytelnik wzruszył ramionami i mruknął znad tekstu tej książki: „Znam te wszystkie historie z memów, po co mam jeszcze o tym czytać?” Innymi słowy, boję się, czy tekst Cichowskiego obejdzie tych, którzy nie oddychali nigdy powietrzem lat 90.

Moja obawa wynika z troski o tę powieść. Książkę, która jest obiektywnie dobra i może przynieść sporo czytelniczej satysfakcji. Zręcznie poprowadzona narracja pierwszoosobowa przypomina w zadziwiający sposób perspektywę, jaką osiągałby Bohumil Hrabal (spod znaku chociażby „Mojej pięknej żałoby”) skrzyżowany z młodzieżową prozą Edwarda Niziurskiego. Nastolatek, na którego barki zrzucono ciężar oprowadzania nas po swoim świecie, dźwiga tę odpowiedzialność i umie w znakomity sposób opowiedzieć o podwórkowych futbolowych wojnach, tanich winach i pierwszych fascynacjach płcią przeciwną. Jednocześnie Cichowski potrafi oderwać się od nastoletniej perspektywy i możliwości poznawczych chłopca z podstawówki, by błysnąć „dorosłym”, stylistycznie wysmakowanym, niemal poetyckim konceptem, metaforą, która co jakiś czas rozsadza realistyczną w sumie prozę.  

Ci, których autor zaprasza, poczują się jak u siebie w domu – rozpoznają gadżety, atrybuty, (sprane) kolory, dźwięki i zapachy epoki. Być może powrócą do nich wspomnienia inicjacji w „prawdziwą” muzykę, a spoza granicy pamięci wyłoni się kształt pierwszego „prawdziwego” komputera… Sporo tego szumu generuje Cichowski: pozwala swoim bohaterom mówić gwarą podwórkową „tamtych czasów”, w ujmujący sposób puszcza oko do czytelnika, gdy co i rusz któryś rzuca hasło dziś istniejące tylko i wyłącznie dzięki zabarwionym tęsknotom memom. Takiej kariery nikt hasłom w stylu „Nie siadaj na piłce, bo zrobisz jajo” nie wróżył…

Lektura „Requiem dla analogowego świata” przypomina kontemplację wspomnień o ostatnich dniach wakacji. Wiemy, że coś się zamyka i nie istnieje taka siła, która by powstrzymała zaciskające się na dzieciństwie szczęki czasu. Można tylko odtwarzać, wydaje się mówić Cichowski, można tylko odprowadzać wzrokiem młodszą (lepszą?) wersję samego siebie. Można pisać, by rozliczyć się z przeszłością lub tylko (i aż) pieczołowicie ją rekonstruować. Można mieć wątłe pocieszenie, że przyjdą po nas pokolenia, po których też na pamiątkę zostaną memy…

czwartek, 16 maja 2019

Opowiadania nieprzepłacone, czyli Bradbury razy trzy

Pewne kwestie już chyba raz na zawsze rozstrzygnięto – Ray Bradbury jest klasykiem literatury fantastyczno-naukowej, a jego miejsce na tym Parnasie jest bezpieczne; nie da się go zdetronizować, skompromitować nietrafnych prognoz, ośmieszyć jadowitym i cynicznym „Bradbury wielkim pisarzem był”. Zdumiewające jest to, jak bardzo uodparniał się na wszelkie żywioły grożące literaturze – niestraszny mu czas, nie trafił na cmentarzysko martwych wizjonerów, ta proza wciąż oddycha, jest zieloną gałęzią na tle uschniętych lub połamanych drzew.

Bradbury’ego nigdy nie interesowało hard science fiction. Skomplikowane i wielopiętrowe wizje przyszłości, drobiazgowe opisy zdobyczy techniki, futurologia skupiona na przewidywaniach tego, co może spotkać ludzkie masy – to wszystko tylko w śladowych ilościach obecne było w jego prozie. Gdy postanawia wysłać swoich bohaterów w kosmos, po prostu wsiadają oni do rakiety i przebijają się przez ziemską atmosferę. Nikogo nie interesuje ani rodzaj paliwa, ani konstrukcja silników mogących oderwać człowieka od powierzchni macierzystej planety. Inaczej rzecz się miała w przypadku takich pisarzy jak Clarke, Asimov, Heinlein czy nasz Lem, którzy sporo uwagi poświęcali uwiarygodnieniu możliwości galopującej technologii. Bradbury życzliwie ignoruje te kwestie i dzięki temu, moim zdaniem, zdobywa przewagę nad wyżej wymienionymi, których przewidywania najczęściej okazały się chybione.

Autor Kronik marsjańskich od samego początku idzie własną, rozpoznawalną i na pozór łatwiejszą drogą. Jego proza (z przewagą krótszych form) niemal zawsze sonduje kondycję człowieka, testuje granice wytrzymałości sumienia na ciśnienie „nowych czasów”, bada, jak daleko może posunąć się ludzkość i nie zatracić czegoś tak kruchego jak człowieczeństwo. Ogólnie rozumiane „jutro” staje się dla pisarza poligonem, na którym bohater dokonuje złych lub dobrych wyborów. Bardzo proste i umowne dekoracje, jakie autor ustawia na scenie swoich tekstów, odwołują się do dość uproszczonych wyobrażeń na temat przyszłości – podróże międzygwiezdne, roboty, pistolety laserowe, niejasnego pochodzenia totalitarna władza tłamsząca jednostki stanowią zestaw, który w zupełności mu wystarcza. Umowność ta powoduje, że często teksty Bradbury’ego odczytywać można jak powiastki filozoficzne lub pomniejsze parabole rozgrywające się wśród gwiazd.

Szlachetną obsesją autora jest również obrona nieokiełznanej wolnej wyobraźni przed stechnicyzowanymi wyobrażeniami, jakie serwuje człowiekowi kultura masowa i cywilizacja obrazkowa. Znajduje to wyraźne odbicie w tekstach, bowiem można w nich trafić na czytelne odwołania do klasyków, z którymi pokrewieństwo Bradbury czuje – Poego, Hawthorne’a, Szekspira...

Wydawnictwo MAG publikując w serii Artefakty opasły tom, w którym zgromadzono najważniejsze i najbardziej reprezentatywne teksty amerykańskiego pisarza – Kroniki marsjańskieCzłowieka ilustrowanego i Złociste jabłka słońca, umożliwiło polskim czytelnikom uchwycenie całej magii i głęboko humanistycznego wymiaru twórczości Bradbury’ego.



Kroniki marsjańskie to chyba najbardziej konceptualne dzieło pisarza – rozpisana na zazębiające się z sobą opowiadania historia o mieszkańcach Marsa, którzy muszą zmierzyć się z Ziemianami chcącymi skolonizować Czerwoną Planetę, narzucić jej własny system wartości i przekonań, ziemską estetykę i filozofię postrzegania rzeczywistości. Kolejne teksty prezentują słabnący opór Marsjan, ich eksterminację, gorzki tryumf człowieka nad podbitą planetą.

Bradbury’ego można więc czytać jako twórcę paraboli procesów historycznych – czy kolonizacja Marsa nie przypomina ekspansji konkwistadorów albo naporu kolonizatorów na Czarnym Lądzie? Czy Ziemianie nie przypominają dumnych i patrzących z poczuciem wyższości na podbijane ludy Europejczyków? Czyżby Kroniki Marsjańskie stały się elementem dyskursu postkolonialnego? Być może. Bezpieczniej jest sięgnąć bliżej i zaznaczyć, że Bradbury piętnuje przede wszystkim arogancki konsumpcjonizm, rozpasaną prymitywną rozrywkę i pozbawioną pierwiastka duchowego cywilizację. W opowiadaniach z tego cyklu przegląda się Ameryka połowy XX wieku – społeczeństwo bigotów, rasistów, ksenofobów wierzących w swoją misję, kraj „amerykańskiego snu”, który staje się koszmarem.

Niemal każde z opowiadań także dziś może zaskoczyć, wzruszyć lub, co chyba najtrudniejsze, przestraszyć. Na kilkunastu stronach Bradbury potrafi zarysować fabułę, znaleźć punkt ciężkości tekstu, zawiązać akcję i zmusić bohaterów do mierzenia się z nierzadko trudnymi moralnie wyborami. Język odbiega od klasycznie rozumianego przezroczystego stylu, służącego tylko suchej sprawozdawczości. Pióro pisarza fantastycznie radzi sobie z opisami, które nierzadko są przecudnej poetyckiej urody – potrafią zahipnotyzować i zmusić do wielokrotnego czytania tych samych partii tekstu.

Ilustrowany człowiek i Złociste jabłko słońca mają mniej zwartą budowę i stanowią zbiory tekstów w najgorszym razie dobrych, z których niewiele zostało nadgryzionych zębem czasu. Bradbury imponuje rozmachem wizji i możliwościami wyobraźni. Spłukiwana wiecznym deszczem planeta, starożytne Chiny, bliżej nieokreślona przyszłość, przestrzeń kosmiczna, amerykańska prowincja – w każdym możliwym świecie przedstawionym pisarz czuje się proszonym gościem i znów podejmuje podobne problemy. Ostrzega przed uwiądem wyobraźni spowodowanym ekspansją telewizji i kultury obrazkowej, pochyla się nad alienacją i tęsknotą „człowieka przyszłości”, sumuje koszty, jakie trzeba ponieść, gdy nowoczesność i technologia wystawią rachunek za wygodne życie.

Zbiór kilkudziesięciu tekstów jest w stanie zadowolić najwybredniejszego konesera literatury fantastycznej. Bradbury’emu z łatwością udaje się wzruszyć, przestraszyć, zahipnotyzować i oczarować odbiorcę. Zadać mu przy pomocy nośnego konceptu ważne pytania i przypomnieć o moralnych powinnościach. To stuprocentowa klasyka, której nie można nie znać.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty.

wtorek, 14 maja 2019

Jak chłop "Diabelską maszynę" Sheckleya oszukał


To kolejny zbiór opowiadań amerykańskiego pisarza, którego najbardziej znane, cenione i inspirujące opowiadania powstały w złotych dla science fiction czasach, w latach 50 i 60. Jednak w przypadku prozy Sheckleya mamy do czynienia z nieco innym niż złoto materiałem. Jego opowiadania przypominają raczej fajerwerki, które ze świstem wspinają się ku górze, eksplodują cudowną pointą i zostawiają czytelnika z rozdziawioną gębą. Najczęściej tak to właśnie wygląda. Czytam Sheckleya i czuję czystą, niemal dziecięcą radochę.



Zebrane w tym tomie opowiadania eksplorują (z drobnymi wyjątkami) problem relacji pomiędzy maszyną, urządzeniem, mechanizmem a jego twórcą – człowiekiem. Wszelkie nieszczęścia, nieporozumienia i problemy są wkalkulowane w pozorny komfort, jaki zawdzięczać może człowiek obecności wyręczających go urządzeń. Człowiek zaś, z pozoru skazany na sromotną klęskę w starciu z maszyną, niemal zawsze wychodzi zwycięsko z tej konfrontacji. Ludzka zdolność do improwizacji, zbawienny przebłysk geniuszu, spryt lub przypadek dają przewagę nad nieskończenie racjonalnym i precyzyjnym programem. Sheckley w nas wierzy. To przyjemna świadomość.

W pewnym momencie lektury zrozumiałem, dlaczego czułem niewyraźne ale odczuwalne mrowienie z tyłu głowy. Z czymś mi się te teksty kojarzyły. Czy opowiadania zebrane w „Diabelskiej maszynie” nie przypominają starych dobrych ludowych bajań, dubów smalonych, o sprytnym poczciwym chłopie, który potrafił nawet samego diabła oszwabić i wywieźć nomen omen w pole? W omawianym przypadku diabłem jest maszyna, pudło szczelnie wypchane plątaniną kabli i błyszczące diodami.

Powiem Wam tak – to są naprawdę proste opowiadania. Bohaterowie są płascy, sprowadzeni tylko i wyłącznie do poziomu kogoś, „kogo coś spotyka”. Nowoczesność jest sklejona z najbardziej oczywistych i chyba jednak naiwnych wyobrażeń dotyczących przyszłości. Kilka stron wystarczy, by rozwinąć koncept i dobiec do wyraźnej pointy. I wiecie co? To działa. Te starodawne (liczące sobie przecież prawie 70 lat teksty) mogą się podobać.

PS

Gdyby się Wam ta recenzja nie podobała, to w tym momencie przejadę się na plecach Zbigniewa Herberta, który w wierszu „Szachy” drżał na myśl o niesympatycznych konsekwencjach pojedynku komputera Deep Blue, który ograł samego Kasparowa.

(…)
nuworysz
Deep Blue
rozpycha się po polach
uszytych z płaszcza arlekina
i drwiący ignorant
nafaszerowany
wszystkimi otwarciami
atakami obroną
a wreszcie radosnym
hallali nad zwłokami
przeciwnika

tak więc
królewska gra
przechodzi pod władzę
automatów
(…)”

niedziela, 17 marca 2019

We wnętrznościach lewiatana, czyli "Bohiń" Konwickiego

Gdy człowiek ma jakiekolwiek ambicje i czytelnicze, i pisarskie, po lekturze Konwickiego, powinien kupić sobie solidne 0.7 gorzałki, wypić do lustra i położyć się spać. Obudzić się z solidnym kacem, w odmętach którego zda sobie sprawę z dwóch kwestii: po pierwsze, 3/4 wydawanych dzisiaj książek nie dorasta tekstom Konwickiego do pięt, po drugie, nigdy nie napisze nawet jednej strony w tak doskonały, wyważony, poetycki i mądry sposób. 

Ja Konwickiego źle zacząłem - w liceum "Mała Apokalipsa" była męczącą i w sumie nudną lekturą. Na studiach "Czytadło" odpychało wysilonym nieco konceptem. Aż tu nagle "Bohiń"! Nawet nie dwieście stron wspaniałej i wyrafinowanej prozy.



Pisarz kolejny raz wraca na Kresy, mityczny, utracony na zawsze matecznik polskiej kultury, eldorado, czarnoziem, na którym wyrosło kilka tuzinów wybitnych twórców, myślicieli, artystów. Tym razem powrót ten nie jest skażony ani tanim sentymentalizmem, ani brutalną demitologizacją. "Bohiń" unosi się gdzieś poza dobrem i złem, nie pozwala przy swojej pomocy czegokolwiek osądzać. Jest jak sen, który rzecz jasna można interpretować, ale można też po prostu zanurzyć się w jego osobliwe odmęty.

Bohaterką książki jest babka pisarza, Helena Konwicka, której (prawdopodobne? przypuszczalne?) losy sam Konwicki odtwarza. Trzydziestoletnia kobieta zamieszkuje niewielki majątek ziemski, dzieli dworek ze swoim ojcem (ten poprzysiągł milczeć tak długo, aż Polska nie odzyska niepodległości), rozpamiętuje mijającą młodość brutalnie złamaną przez powstanie styczniowe, które odebrało jej pierwszą młodzieńczą miłość...

Nie muszę chyba dodawać, że pisarz kreśli wiarygodny portret psychologiczny osoby, która nie potrafi wydostać się z kolein życia, nie stawia oporu, godzi się na wszystko, co los przygotowuje samotnej dysponującej skromnym polem manewru kobiecie. Nawet dziwaczny romans u progu małżeństwa "dzieje się" jakby wbrew jej woli, na przekór przekonaniom, w poprzek charakteru.

Mnie jednak (jeśli mnie znacie) nie interesuje za bardzo wątek romansowy. Nie lubię i już, chociaż doceniam kunszt, gdy motyw ten bierze na warsztat nie byle jaki maestro. Mnie inne przestrzenie u Konwickiego interesowały.

Powstanie styczniowe i jego upadek na długi czas wybiły z głów gorących patriotów mrzonki o wyrwaniu Polski z rąk zaborców. Dodajmy, że część głów tych potoczyła się lub została przełożona przez pętle szubienic. Stupor, w jakim znalazła się Polska, miał trwać długie lata.

No ale my tutaj o wielkiej historii, a tak naprawdę "Bohiń" jest opowieścią o peryferiach dziejów, o prowincji zaludnionej przez ludzi, którzy zginą, znikną lub zostaną starci przez żarna wydarzeń. Nuda, wszechobecny banał życia, stagnacja, powolna erozja struktur społecznych - wszystko to powoli podtapia bohaterów. Konwicki pięknie demitologizuje Kresy, nie bije tam żadne serce polskości, nikt nie ma siły ani ochoty pielęgnować powstańczego etosu, sztandary zwinięto i schowano na dno szafy. Co tam etos! Samą polskość powieść miażdży potężnymi ciosami wymierzonymi w czerepy rubaszne, magnatów i szlachciury, którzy bardziej dbają o zwierzynę pochowaną w swoich lasach niż o zabezpieczenie interesów Polski.

Powiedzieć, że Konwicki postawił krzyżyk na przedrozbiorowej Polsce, to nic nie powiedzieć.

Zapomniany przez Boga skrawek ziemi, rzeczka, puszcza, piaszczyste drogi, to nijaka i bezbarwna przestrzeń, która ma pecha, najzwyczajniejszego pecha, że przyszło jej istnieć na drodze pomiędzy Zachodem i Wschodem. Nie są Kresy ani przez Stwórcę wybrane, ani znaczące w jakikolwiek inny sposób. Tu nie ma najmniejszego sensu, który kryłby się pod poszewką tragicznej historii Polski. Albo inaczej - sens jest, ale nie taki, jaki chcieliby Polacy widzieć.

Maria Janion pisząc o naszym narodzie, wspomniała, że jesteśmy wyjątkowi między innymi z tego powodu, że buntujemy się przeciwko światu, w którym silniejsi mają rację (także moralną), a pokonani jej nie mają. To Mickiewicz silnie zakorzenił w nas poczucie "ładu", który sankcjonuje instytucję "moralnego zwycięstwa", w ramach którego wszystkie nasze klęski są tak naprawdę stopniami, po których wspinamy się ku finalnej wiktorii. Czymkolwiek by ona miała nie być...

Tak więc "Bohiń" to opowieść o przegranym narodzie, który nie ma moralnego prawa, by istnieć. Nie ma prawa, bo przegrał. Na własne życzenie. Jedyną drogą, aby zachować tkankę narodu, jest dać się wchłonąć i przetrwać "we wnętrznościach lewiatana", nie pod jego nosem, gdzie bylibyśmy doskonale widoczni i gotowi do schrupania, zmiażdżenia.

"Bohiń" jako pomniejszy traktat geopolityczno-metafizyczny? Chyba tak...

Bohiń i okolice to teren, gdzie spotykają się figury, które zaważyła na losie Polski. A to demoniczna istota z wąsikiem straszy i pali żywcem napotkanych w lesie ludzi, szczególnie Żydów. A to carski policjant o dziwnie znajomym gruzińskim nazwisku przeszukuje domostwa w nadziei odkrycia szpiegów lub tajnych emisariuszy. Młodziutki Piłsudski szuka rodziców, którym się zgubił. Syn Puszkina, ksiądz dobrodziej, woźnica w wieku biblijnego Matuzalema... Cała ta menażeria kotłuje się w zapomnianej przez historię prowincji i zapowiada przyszłe kataklizmy, których Kresy będą w XX ofiarą.

Tymczasem wszystko jeszcze dryfuje pozornie bez celu., Jak kobieta, która nie może znaleźć sobie miejsca, nie wie, czego chce i od kogo. Historia jeszcze nie odsłania kłów, chociaż wciąż goją się rany po jej wcześniejszych ugryzieniach.

Wspaniała to książka. Najlepsza, jaką od dawna przeczytałem. Polecam z najczystszym sumieniem.

czwartek, 28 lutego 2019

Żołnierz wyklęty przez historię w dupę kopnięty, czyli "Rojsty" Konwickiego


Gdyby dzisiaj ukazały się "Rojsty" Tadeusza Konwickiego i gdyby podjęto nad nimi jakąkolwiek dyskusję, czytelnicy upasieni aktualną wersją historii najprawdopodobniej wykopaliby autora z grobu i jego truchło rzuciliby wróblom na pożarcie. To książka niewygodna, rozrywająca mity, płosząca urojenia, zrywająca barwne miraże dotyczące naszej historii.

A było to tak - młody Tadeusz Konwicki był w latach 1944–1945 żołnierzem podziemia niepodległościowego, jako członek VIII Oszmiańskiej Brygady Armii Krajowej brał udział w akcji „Burza”, później walczył w partyzantce antyradzieckiej w lasach podwileńskich. Wszyscy wiemy, jak to się dzisiaj je i przy użyciu jakich sztućców. Żołnierze wyklęci, leśne wilki, śmierć wrogom ojczyzny i te sprawy...

"Rojsty", właściwy debiut Konwickiego, to opowieść o Stanisławie Żubrowiczu, nawet nie dwudziestoletnim chłopaku, który pod wpływem impulsu (natury erotycznej nawet chyba, bo chodziło o zaimponowanie dziewczynie, która maślane oczy robiła do „prawdziwego” partyzanta) dołącza do leśnego oddziału i rozpoczyna absurdalną odyseję po litewskich puszczach i bagniskach.

Oberwało się Konwickiemu. A że porywa się na świętości, a że kłamie i zmyśla, a że demonizuje (kogo trzeba) i/lub bagatelizuje (też kogo trzeba), a że „komuniści mu zapłacili” lub chciał się wkupić w ich łaski. Cóż, można tak na to patrzeć. Gdy ktoś będzie chciał czytać „Rojsty” w kategoriach literatury faktu, wtedy sięgnie do innych źródeł dostarczających nam danych o tamtych czasach i wydarzeniach. Polemikę z Konwickim uskuteczniał między innymi Ryszard Kiersnowski, który był dowódcą Konwickiego i zupełnie inaczej zapamiętał to, co jego podkomendny w powieści przedstawił.

Ja jednak nie chcę dyskutować o prawdzie historycznej. Mnie ona nie interesuje. Ja się obracam w nieco innej przestrzeni i tam się dobrze czuję. I czuję się wręcz wyśmienicie, gdy mogę na „Rojsty” popatrzeć jak na fikcję literacką, która rządzi się swoimi prawami i wolno jej więcej.



Dla mnie książka Konwickiego to odpowiedź dana ponad kontynentami samemu Gombrowiczowi, który w „Trans-Atlantyku” pozwala wybrzmieć takim słowom: Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki: Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upirasz?

No właśnie… Bohaterowie Konwickiego to dzieci we mgle, w zaspach, na bagnach, w krzakach, w puszczy. Wciąż chodzą i z chodzenia tego budują całą mitologię oporu. Odmieniane na wszystkie możliwe sposoby słowo „chodzić” staje się nagle tym samym, czym w „Ferdydurke” gęba, pupa czy kupa. Staje się symbolem,  synonimem dreptania (i potykania się) wokół sprawy narodowej. I gdyby Konwicki kilka razy docisnął pedał groteski, a momentami był bardzo blisko, mielibyśmy powieść chyba nawet lepszą. Książkę, która obnaża złudzenia, bezlitośnie kpi z międzywojennej edukacji, w myśl której „im więcej, krwi tym lepiej”.

Bohaterowie? Przypominają upiorną parodię drużyny z „Władcy pierścienia” . Źle uzbrojeni (głównemu bohaterowi kilka razy broń wypala sama z siebie), fatalnie odżywieni, brudni, głodni, podtrzymywani na duchu skrzekliwymi dźwiękami taszczonego patefonu – obraz nędzy i rozpaczy ratujący poczucie sensu planowaniem „akcji” wymierzonych w nieistotne cele.

Żyją nadzieją – Anglicy wylądują (kiedyś? jakoś?) na Wileńszczyźnie, no przecież nie oddadzą takiej ziemi Ruskim. Pukają w okna białoruskim chłopom, których zarośnięte gęby nie wyrażają raczej ulgi, ale strach – grupa ludzi pod bronią ZAWSZE zwiastuje nieszczęście. Płoszą ich strzały erkaemów – prawdziwe? przyśnione w wielogodzinnym marszu? Uciekają przed prawdziwymi? przewidzianymi? patrolami bolszewików. Kradną konie, demolują posterunki milicji, odwiedzają w kółko te same zaprzyjaźnione dworki i domy. Zataczają kręgi, tańczą ten swój chocholi taniec, z którego wyrwać się nie można. W decydujących momentach pistolety nie wypalają, a jedyna udana spektakularna akcja kończy się groteskową kompromitacją, gdyż oddział napada na…jednego z komendantów AK, biorąc go za bolszewickiego szpicla.

O umęczenie, udręczenie…

Zadziwiające są momenty, gdy główny bohater przekracza granicę między „lasem” a „miastem”, gdzie w domu rodzinnym czeka na niego obezwładniająco naiwna matka. Konspiracja, walka, partyzantka jawią się wtedy jako coś nierealnego, odległego jak sen, który zapomina się w ciągu kwadransa. Cała ta zabawa w kotka i myszkę z bolszewikami, gonitwa po krzakach, ucieczki przed wyimaginowanymi obławami, z perspektywy „bezpiecznego” miasta pogrążonego w ludzkiej krzątaninie, wydają się idiotyczne, ale pociągające jak gra w podchody, jak cosplaye…

Książka kończy się niczym. Ci, którzy przeżyli, wychodzą z lasu i z podrobionymi dokumentami planują wyjazd na Ziemie Odzyskane. A ci, których miano za zamordowanych w słusznej sprawie, są cali i zdrowi. Handlują dolarami w Białymstoku…