wtorek, 17 lipca 2018

Prosto, szorstko, czyli "Poza sezonem" Domagalskiego


Uwaga! Próbka poematu rozkwitającego. Kupiłem książkę. Kupiłem nową książkę. Kupiłem nową książkę w księgarni, a fakt ten nie przestaje mnie zdumiewać, gdyż a) księgarnie nie zwykły mi oferować czegokolwiek interesującego, b) nowe książki z rzadka zwracają moją uwagę. Tak więc mamy, moi drodzy, skromne święto, któremu na imię „Poza sezonem” Michała Domagalskiego. 

Jak już pewnie wiecie, ja lubię, gdy podmiot liryczny człowiekiem mi jest, bratem zaginionym, kuzynem dalekim. Lubię widzieć w wierszach odbicie własnego losu. Chciałoby się wtedy powiedzieć bohaterowi: „Mam tak samo. Znam to. A na Twoim miejscu zrobiłbym tak...” Możecie wytykać mnie palcami na ulicach i wołać: „O! Tak wygląda ten, który naiwnie poezję odczytuje!”, a jednak ja lubię swoją naiwność. W wierszach ja chcę widzieć człowieka i cieszę się, gdy trafiam na tomik, w którym karty rozdaje ktoś z krwi i kości, a nie graniastosłup jakiś, migotliwy i płynny konstrukt. 

Bohater Domagalskiego jest żywy, co więcej – to ktoś, z kim mogę się w bardzo silny sposób  utożsamić, nie macie nawet pojęcia jak bardzo… Mężczyzna, potomek swoich rodziców, partner jednej kobiety, ojciec dziecka, kółeczko zębate w trybach społeczeństwa, portali społecznościowych i społecznych powinności.  



Czytając wiersze z tomu „Poza sezonem”, słyszałem dobrze znane i lubiane przeze mnie głosy. Autor często wzorem Barańczaka (tego z heroicznych nowofalowych czasów) „rozbiera” słowa, rozmontowuje związki frazeologiczne, tnie je przerzutnią, by w kolejnej linijce dodać do nich detal, który pozwoli eksplodować całemu zdaniu. Z zaangażowanej poezji lat 70 Domagalski bierze również nieufność w stosunku do świata i do wszelkich komunikatów docierających z zewnątrz. W odróżnieniu jednak od swoich starszych kolegów, Domagalski nie obraca uprzedmiotowionego języka przeciwko światu. Nie, wiersze te stać jedynie na bierny opór, niezgodę, upominanie się o swoje. Toż to Bursa w całej jego cynicznej okazałości. Bohatera tych wierszy trudno przyłapać na chwili wytchnienia – od wciąż gardzi, albo ironizuje, albo szczerzy zęby lub parska z dezaprobatą.  

Pomimo pewnego pokrewieństwa z poetami, którzy swój prekariacki los wpisują w mechanizmy opresji społecznych, walkę klas i inne tego typu koncepcje, Domagalski wydaje się być raczej pogodzony z losem i nie porywa się z motyką na słońce. Nie jest realistą i nie żądana niemożliwego, jak powiedział pewien brodaty rewolucjonista…  

To szorstki, chropowaty, nieoheblowany kawał poezji, która pozwala mi wierzyć w pewną wspólnotę pomiędzy piszącym a czytającym. Ojcostwo, partnerstwo, porzucenie domu, by własny dom założyć i utrzymać – to ścieżka, którą przeszedł bohater „Poza sezonem” i którą ja też dziarsko maszeruję. (Ok, może nie aż tak dziarsko...)  

Ścieżka prowadząca przez świat prosty i pusty jak osiedlowe uliczki byłych wojewódzkich miast.  

piątek, 6 lipca 2018

Zajechany koń, czyli "Armada" Cline'a

No to ja już teraz wiem, dlaczego nie lubię młodzieżówek, tej całej literatury o młodych i dla młodych zaprzężonej w jarzmo czystej, niezobowiązującej, "plażowej" rozrywki. Bóstwom bibliotecznym dziękuję, że nie musiałem nigdy zbyt wielu podobnych książek czytać!

Trafiło na Cline'a, autora entuzjastycznie przyjętej powieści "Ready Player One", w której jak w lustrze odbijała się kultura geeków, gamerów i innych, do których z racji wieku, doświadczeń kulturowych i potrzeb, kosmicznie mi daleko. Książka ta sprawiła mi jednak przyjemność przed wszystkim ze względu na jej fundamenty, czyli na lata 80, którym stosowny hołd oddano.



Amerykański autor niestety nie zmienił konia w czasie jazdy i bydlę, któremu dano na imię "Armada", padło nim do mety dobiegło. Ileż można bezczelnie powtarzać ten sam numer? Jak długo da się układać kilkanaście tych samych klocków i wciąż liczyć na łaskawy los, który uchroni autora przed zarzutami o wtórność i przewidywalność?

Cline przegrał. Przegrał z wielu różnych powodów, z których dwa wydają mi się najpoważniejsze. Po pierwsze za bardzo "ustawił" swoją książkę pod czytelnika. Konkretnego. Kim miał być wirtualny odbiorca "Armady"? W sumie postać niemożliwa, taka czterolistna koniczyna lub dwugłowy królik. Miał to być wielbiciel gier komputerowych, otrzaskany z prehistorią i całą tradycją tej gałęzi rozrywki, biegły w popkulturowych tropach pochodzących z lat 80 i 90 fascynat kina i muzyki tamtych dekad, a jednocześnie ktoś, kto będzie na tyle naiwny, że uwierzy w ckliwą i zbyt łatwo się domykającą historię. 

A więc ktoś "stary" ze względu na nabywane świadomie doświadczenie kulturowe, ale "młody" intelektem, naiwny do tego stopnia, by kupić tę niezdarnie poszywaną z rozpoznawalnych klisz opowieść.

Ja już jestem za stary na to, by uwierzyć w fabułę, w której nie ma zbyt wielu znaków zapytania, która pruje do przodu przewidywalnymi koleinami niczym bobslej swoim lodowym torem. Ja tylko przez chwilę łudziłem się, że będzie inaczej niż było. Że będę świadkiem jakiejś ciekawej kraksy, że fabuła zboczy ze swojego kursu i saneczkarze wysypią się, dając satysfakcję widzom. 

Nic z tego. Niestety...

Drugi zarzut: ja lubię, gdy autor mruga do mnie okiem, próbując porozumieć się ze mną ponad głowami mniej świadomych czytelników. Czuję wtedy, że zawarliśmy pakt, że wtajemnicza się mnie w jakieś fabularne lub "kontekstowe" misterium. Cline nie dość, że puszcza oczko, to jeszcze szturcha mnie łokciem i kopie pod stołem w łydkę. Tak właśnie "Armadę" zmajstrowano: liczba nawiązań jest ogromna, ale zamiast cieszyć się tą prostą intertekstualnością, czytelnik może zacząć ziewać. 

Ja się wkurzałem. Pomyślałem sobie, że być może żyjemy w kulturze, w której faktycznie "wszystko już było", a więc nie ma sensu silić się na oryginalność lub chociaż odmienność. Lenistwo, a może uwiąd sił twórczych, objawiający się nieustającą żonglerką cytatami i odwołaniami, mamy wziąć za dobrą monetę, za przejaw kreatywności. Niestety, tylko dziecko zauważyło, że król jest nagi, a dzisiejsi odbiorcy popkultury przypominają poddanych głupiego władcy, który odnosząc się ze swoim przyrodzeniem na wierzchu, pręży się, naiwnie myśląc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Nie ma obowiązku oryginalności, a i mnie samemu przyjemność sprawiają piosenki, które już kiedyś słyszałem. Ja jednak oczekuję, że autorzy z zapożyczonych elementów zbudują nowy pojazd, a nie kolejną wersję tego samego kwadratowego i stawiającego opór powietrzu wehikułu.

Powiedziałem.

środa, 4 lipca 2018

Trujące pestki, czyli "Ekran kontrolny" Dehnela

Znany i lubiany Jacek Dehnel, poeta, prozaik, tłumacz, felietonista, malarz i tropiciel wszelkich polskich zaściankowych patologii (nietolerancji wobec środowisk LGBT i mlaskania przy obiedzie) został wprowadzony do polskiej poezji za sprawą słów, jakie Czesław Miłosz o nim napisał:

„Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”.

Można tylko pomarzyć o podobnym liście polecającym. Ja jednak od dawna zastanawiam się, jak dzisiaj Miłosz odniósłby się do poetyckich propozycji autora "Żywotów równoległych"? I choć wątpliwość ta zasługuje na przeniesienie dyskusji w przestrzenie science fiction, to jednak mnie coś podpowiada, że Noblista ostrożniej wyraziłby swój zachwyt.

Miłosz nie jeden raz wyrażał przekonanie, że poezja ma czemuś służyć i nie jest to jakieś fiu bździu filuterne składać wersy, a z wersów zwrotki. Poezja ma ocalać - nie tylko przed rozpłynięciem się w nieistnieniu (stąd u Miłosza cała galeria postaci, którym poeta pozwolił przetrwać dzięki wierszom właśnie), ale również ocalenie ma być tożsame z utrzymaniem wiary w sens, ład, porządek rzeczywistości. Nie lada siły ducha potrzeba było, aby nie zgasić tlących się po koszmarze wojny światowej nadziei i wiary. Miłosz, który być może udawał przed czytelnikami gieroja, "oficjalnie" nigdy nie zapisał się do klubu nihilistów. Nigdy nie zwątpił w fundamenty, choćby rozrywane były one kolejnymi detonacjami. 

Oczywiście, miał on swoją "ciemne noce", opisane chociażby we wstrząsającym tomie "To", w którym przyznawał, że wszystkie jego zachwyty światem były zaledwie ćwiczeniem stylistycznym. A jednak poeta nigdy nie pozwalał sobie na podkopywanie wiary u swoich czytelników, stał raczej na straży kruchej warowni, w której przed ofensywami bezsensu broniły się wartości.

A Dehnel? Cóż, to taki odpowiednio pomniejszony rewers Miłosza. Poeta, który w kunsztownej formie nawet nie wątpi, ale neguje wszystko to, czego oczy nie widzą. Nie ma żadnej (korzystając ze słów Miłosza) "podszewki świata", nie istnieją żadne pocieszające widoki na przyszłość (pozagrobową), nie ma oparcia w wierze, bo ta jest ucieczką donikąd dla maluczkich i naiwnych.



Czytając "Ekran kontrolny", tom Dehnela wydany w 2009 roku (kto czyta jeszcze takie starocie???), miałem narastające wrażenie, że opisuje on młodego sytego kocura, który dochrapał się swojego terytorium łowieckiego, rzetelnie wyznaczył jego granice, a teraz wystarczy podnieść mu łapę, by tłusta mysz wylądowała w jego paszczęce. Dużo, dużo tutaj zadowolenia z życia (partner, powodzenie, pieniądze, spacery, podróże), które Dehnel niemal każdorazowo podważa przeczucie zmiany, wypalenia lub końca. Szczęście nie jest dane raz na zawsze, a dobra passa, im dłużej trwa, ty silniej może zwiastować pełznącą powoli katastrofę. Ta nieufność to akurat całkiem spoko świadomość. Lepiej się nie przyzwyczajać do niczego - też tak sobie czasem myślę.

Gorzej jednak Dehnel mi brzmi w tych miejscach, gdzie próbuje namysłu (filozoficznego? Ok, tak na poziomie liceum, klasy humanistycznej) nad egzystencją człowieka. Jego myśl krąży po tych samych orbitach, po których rozkminy barokowych poetów metafizycznych. Dehnel wygląda tak, jakby ktoś dał mu raz popatrzeć przez mikroskop, raz przez lunetę, a potem podsunął kartkę i zostawił, by poetycko opisał swoje wrażenia.

No i mamy - gęsty jak syrop pesymizm, który nakazuje poecie uświadamiać czytelnika o tym, że kosmos jest martwy i bezduszny, nasza planetka bezbronna wobec kłębiących się wokół ślepych sił, nasze życie jest krótkie i ulotne, a więc? Barokowi poeci mieli przynajmniej fundament w postaci wiary, że ludzka egzystencja przypomina połączenie telefoniczne - mimo urwanej rozmowy, ktoś/coś jednak istnieje po drugiej stronie. Największy Rozmówca. Dla Dehnela zaś życie to ciągłe wybieranie nieistniejącego numeru telefonu.

Stąd też umniejszanie rangi człowieka, delikatnie wyczuwalna (ale obecna) mizantropia. Kunsztowny śmiech z religijności. Tęsknota za mgławicową "czułością", która jest bezpieczna, dużo bardziej komfortowa niż wiara, miłość, nadzieja. Przeświadczenie o tym, że to sztuka może dać namiastkę "zbawienia", czymkolwiek według Dehnela może ono być.

Oczywiście, Dehnel jest znakomitym rzemieślnikiem i tworzy frazy silne, chwytliwe i mogące (a nawet chcące) się podobać, a jednak pod powierzchnią wersów płynie strumień smutku, żalu, niewiary. Co najgorsze, wiersze są tak dobrze przyrządzone, że czytelnik nie poczuje trucizny, którą mu się podaje.

Kończące te moje niezgrabne rozważania, nie mogę nie wspomnieć o zamykającym tom cyklu sonetów. Cóż, lekturę tych dwunastu sonetów można zastąpić jednym wierszem Herberta "Pan Cogito czyta gazetę." Radzę spróbować...

O, takie porównanie przyszło mi do głowy - "Ekran kontrolny" jest jak czereśnia. Można zjeść wszystko dookoła pestki, a pestkę wypluć jak najdalej.