czwartek, 28 lutego 2019

Żołnierz wyklęty przez historię w dupę kopnięty, czyli "Rojsty" Konwickiego


Gdyby dzisiaj ukazały się "Rojsty" Tadeusza Konwickiego i gdyby podjęto nad nimi jakąkolwiek dyskusję, czytelnicy upasieni aktualną wersją historii najprawdopodobniej wykopaliby autora z grobu i jego truchło rzuciliby wróblom na pożarcie. To książka niewygodna, rozrywająca mity, płosząca urojenia, zrywająca barwne miraże dotyczące naszej historii.

A było to tak - młody Tadeusz Konwicki był w latach 1944–1945 żołnierzem podziemia niepodległościowego, jako członek VIII Oszmiańskiej Brygady Armii Krajowej brał udział w akcji „Burza”, później walczył w partyzantce antyradzieckiej w lasach podwileńskich. Wszyscy wiemy, jak to się dzisiaj je i przy użyciu jakich sztućców. Żołnierze wyklęci, leśne wilki, śmierć wrogom ojczyzny i te sprawy...

"Rojsty", właściwy debiut Konwickiego, to opowieść o Stanisławie Żubrowiczu, nawet nie dwudziestoletnim chłopaku, który pod wpływem impulsu (natury erotycznej nawet chyba, bo chodziło o zaimponowanie dziewczynie, która maślane oczy robiła do „prawdziwego” partyzanta) dołącza do leśnego oddziału i rozpoczyna absurdalną odyseję po litewskich puszczach i bagniskach.

Oberwało się Konwickiemu. A że porywa się na świętości, a że kłamie i zmyśla, a że demonizuje (kogo trzeba) i/lub bagatelizuje (też kogo trzeba), a że „komuniści mu zapłacili” lub chciał się wkupić w ich łaski. Cóż, można tak na to patrzeć. Gdy ktoś będzie chciał czytać „Rojsty” w kategoriach literatury faktu, wtedy sięgnie do innych źródeł dostarczających nam danych o tamtych czasach i wydarzeniach. Polemikę z Konwickim uskuteczniał między innymi Ryszard Kiersnowski, który był dowódcą Konwickiego i zupełnie inaczej zapamiętał to, co jego podkomendny w powieści przedstawił.

Ja jednak nie chcę dyskutować o prawdzie historycznej. Mnie ona nie interesuje. Ja się obracam w nieco innej przestrzeni i tam się dobrze czuję. I czuję się wręcz wyśmienicie, gdy mogę na „Rojsty” popatrzeć jak na fikcję literacką, która rządzi się swoimi prawami i wolno jej więcej.



Dla mnie książka Konwickiego to odpowiedź dana ponad kontynentami samemu Gombrowiczowi, który w „Trans-Atlantyku” pozwala wybrzmieć takim słowom: Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki: Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upirasz?

No właśnie… Bohaterowie Konwickiego to dzieci we mgle, w zaspach, na bagnach, w krzakach, w puszczy. Wciąż chodzą i z chodzenia tego budują całą mitologię oporu. Odmieniane na wszystkie możliwe sposoby słowo „chodzić” staje się nagle tym samym, czym w „Ferdydurke” gęba, pupa czy kupa. Staje się symbolem,  synonimem dreptania (i potykania się) wokół sprawy narodowej. I gdyby Konwicki kilka razy docisnął pedał groteski, a momentami był bardzo blisko, mielibyśmy powieść chyba nawet lepszą. Książkę, która obnaża złudzenia, bezlitośnie kpi z międzywojennej edukacji, w myśl której „im więcej, krwi tym lepiej”.

Bohaterowie? Przypominają upiorną parodię drużyny z „Władcy pierścienia” . Źle uzbrojeni (głównemu bohaterowi kilka razy broń wypala sama z siebie), fatalnie odżywieni, brudni, głodni, podtrzymywani na duchu skrzekliwymi dźwiękami taszczonego patefonu – obraz nędzy i rozpaczy ratujący poczucie sensu planowaniem „akcji” wymierzonych w nieistotne cele.

Żyją nadzieją – Anglicy wylądują (kiedyś? jakoś?) na Wileńszczyźnie, no przecież nie oddadzą takiej ziemi Ruskim. Pukają w okna białoruskim chłopom, których zarośnięte gęby nie wyrażają raczej ulgi, ale strach – grupa ludzi pod bronią ZAWSZE zwiastuje nieszczęście. Płoszą ich strzały erkaemów – prawdziwe? przyśnione w wielogodzinnym marszu? Uciekają przed prawdziwymi? przewidzianymi? patrolami bolszewików. Kradną konie, demolują posterunki milicji, odwiedzają w kółko te same zaprzyjaźnione dworki i domy. Zataczają kręgi, tańczą ten swój chocholi taniec, z którego wyrwać się nie można. W decydujących momentach pistolety nie wypalają, a jedyna udana spektakularna akcja kończy się groteskową kompromitacją, gdyż oddział napada na…jednego z komendantów AK, biorąc go za bolszewickiego szpicla.

O umęczenie, udręczenie…

Zadziwiające są momenty, gdy główny bohater przekracza granicę między „lasem” a „miastem”, gdzie w domu rodzinnym czeka na niego obezwładniająco naiwna matka. Konspiracja, walka, partyzantka jawią się wtedy jako coś nierealnego, odległego jak sen, który zapomina się w ciągu kwadransa. Cała ta zabawa w kotka i myszkę z bolszewikami, gonitwa po krzakach, ucieczki przed wyimaginowanymi obławami, z perspektywy „bezpiecznego” miasta pogrążonego w ludzkiej krzątaninie, wydają się idiotyczne, ale pociągające jak gra w podchody, jak cosplaye…

Książka kończy się niczym. Ci, którzy przeżyli, wychodzą z lasu i z podrobionymi dokumentami planują wyjazd na Ziemie Odzyskane. A ci, których miano za zamordowanych w słusznej sprawie, są cali i zdrowi. Handlują dolarami w Białymstoku…

środa, 6 lutego 2019

Przełamane życie wieszcza, czyli "Opowieść o Mickiewiczu" Pruszyńskiego

To była zdumiewająca lektura. I nie dla wszystkich, niestety, taką będzie. Mógłbym powtórzyć za Gałkiewiczem z "Ferdydurke": "Nikt nie czyta Mickiewicza. Nikt, tylko my w wieku szkolnym i to dlatego, że nas zmuszają". A gdzie tu jeszcze ktoś z własnej nieprzymuszonej woli czytałby O Wieszczu? Komu by się chciało dłubać w biografii najpierw pozłacanego, a potem odbrązawianego geniusza? 

Nie chwyciłbym za "Opowieść o Mickiewiczu" Ksawerego Pruszyńskiego, gdyby nie zachęta znajomego, który się z procesu Filomatów doktoryzował. "To napisana z największą pasją biografia. Trochę pozmyślane i ubarwione, ale to dobry początek". Mój znajomy miał rację - znakomicie się to czyta, widać, że pisał o Mickiewiczu literat nie lada piórem obdarzony, a nie suchotnik-biograf, który sam umarłby z nudów nad swoim dziełem.



Książka Pruszyńskiego znakomicie organizuje szkolną, dość pobieżną przecież, wiedzę o  życiu poety. Niby każdy może sobie sprawdzić, gdzie i kiedy, co i jak u Mickiewicza w życiorysie piszczało, ale Pruszyński przyprawia tę opowieść kapitalnymi, plastycznymi, barwnymi jak malarstwo rodzajowe, rekonstrukcjami środowisk, w jakich hartowała się dusza, charakter i wyobraźnia poety. Rodzinna Litwa, w której wciąż potężny był żywioł sarmacki, buzujące intelektualnie Wilno, depresyjne Kowno (tu poeta umierał jako nauczyciel "tępych żmudzkich łbów" i z nudów chyba również romansował z doktorową Kowalską), monstrualna wizytówka potęgi cara, Petersburg, zepsuta portowa Odessa (kolejna seria romansów), Drezno, Rzym, Paryż... I tak aż do śmierci. Najeździł się chłopak, najeździł. A na dodatek wszystko go inspiruje, napędza, pobudza, drażni, mobilizuje. 

Do pewnego czasu. Paryż (a tak naprawdę chyba środowisko Polaków, niestety, skłóconych po klęsce powstania listopadowego) był ostatnim ważnym przystankiem Mickiewicza-poety. "Pan Tadeusz" był ostatnim zamaszystym gestem autora, który "Balladami..." romantyzm otworzył, a Soplicowem przycisnął trumienną deskę epoki. Ostatnich 20 lat życia nie pisał niemal nic. Jeżeli cokolwiek spłynęło na papier, nie uchowało się - być może sam Mickiewicz spalił kolejne próbki literackie pod wpływem szkodnika Towiańskiego? Prawdopodobne.

Zawsze bolały mnie te dwie ostatnie dekady życia poety-niepoety. Wypstrykał się? Skończył? Przestał wierzyć w siłę literatury, a zainwestował w czyn? W pracę? Organizację polskiego legionu, którym chciał... No właśnie. Smutne to, zważywszy na to, że jako człowiek twardo stąpający po ziemi, Mickiewicz chyba żadnego istotnego sukcesu nie dożył, a jako "fantasta", "oryginał", "Azjata" (jak go nazywano po publikacji "Sonetów krymskich"), na trwale zapisał się w świadomości własnego  narodu, ba! zbudował jego tożsamość, przekonał o wyjątkowości, uświęcił klęski i nauczył je widzieć w innej niż tylko ziemskiej perspektywie.

"Opowieść o Mickiewiczu" odtwarza również nudny koszmar małżeństwa poety, odsłania powody, dla których tak a nie inaczej poprowadzono w epopei narodowej wątek nieszczęśliwych zalotów Jacka Soplicy, a przede wszystkim dokumentuje rozpad przyjacielskich więzi, jakie miały na wieki wieków amen spajać przyjaciół dzielących cele w klasztorze ojców bazylianów. 

Ciekawych oczywiście odsyłam do lektury "Opowieści o Mickiewiczu" - wzorcowa to "biografia". Cudzysłów chyba jest jednak w tym przypadku konieczny.

Polecam. Mocno. I już.

sobota, 2 lutego 2019

Zabawa przyjemna i pożyteczna, czyli "Fenix. Antologia 1(5)/2019"

"Fenix. Antologia" zdaje się okrzepł już w naszej przestrzeni wydawniczej. Tytuł wskrzeszony, postawiony na nogi przez siły wymieniane w stopce redakcyjnej, idzie krokiem równym i ostrym. Poziom został wyznaczony, granice, jakie wybierają piszący w nim autorzy, wciąż poszerzane. Innymi słowy, ważne i godne polecenia to zjawisko.

Trzymam w rękach kolejną odsłonę "Fenixa. Antologii".  Lekturę skończyłem kilka godzin temu, a w głowie wciąż obracam obrazy, jakie podrzuciły mi cztery z ośmiu zebranych opowiadań. Połowa? Zapamiętałeś tylko połowę? Tylko tyle zrobiło na Tobie wrażenie? Nie, nie o to chodzi - wszystkie zgromadzone teksty prozatorskie trzymają fason, mają prawo się podobać, a nawet zapłodnić wyobraźnię i zainspirować. Pchnąć w nieznane, czasem w mrok. Kwestią gustu i apetytu są moje wskazania takich, a nie innych tekstów.



Całość otwiera Agnieszka Hałas, której "Schronisko" buduje ciekawą architekturę zaświatów i pozwala wybrzmieć w finale apokaliptycznym nutom, dźwiękom słyszanym z daleka, ale silnym i czystym. Z kolei Ewa Białołęcka w "Papierowych wyspach" nie tylko z postmodernistyczną zręcznością kpi z superbohaterskiej inwazji, jaką obserwujemy w przestrzeniach popkultury, ale jej opowiadanie można również odczytywać jako subtelną antropologiczną wypowiedź. "Mrówki w Złotych Tarasach" Aleksandry Janusz to mocna, sugestywna wizja przyszłości zrujnowanej Warszawy, w której tytułowa świątynia konsumpcjonizmu, nie utraciwszy swojego magnetyzmu, wciąż przyciąga bardzo hmmm...postapokaliptyczną klientelę. Na deser zostawiam przetłumaczony przez Agnieszkę Hałas tekst Megan Lindholm  - "Srebrna Dama i facet po czterdziestce" to pyszny kawałek fantastyki, który łączy w sobie humor i magię spod znaku Terry'ego Pratchetta (ewentualnie Toma Holta), a z drugiej strony jest wiarygodną i gorzką rozprawą z nieudanym życiem i rozwiewającymi się marzeniami o lepszym jutrze. 

"Fenix. Antologia" penetruje również bezdroża, zaułki i manowce (pop)kultury. Rozpiętość tekstów zebranych pod szyldem "Publicystyka" jest imponująca - starożytne rzymskie pomniejsze bóstwa, kobiety z legend arturiańskich, spekulacje na temat ewentualnej czarnobylskiej powtórki z rozrywki... Jest co badać i czym się inspirować.

Zabawa przyjemna i pożyteczna. Bez dwóch zdań.