czwartek, 26 kwietnia 2018

Owoc wielkiego, przerośniętego mózgu, czyli "Galapagos" Vonneguta

Traf chciał, że tę powieść Vonneguta zacząłem czytać, gdy akurat przedstawiałem dwóm prowadzonym przeze mnie klasom pierwszy renesans. Wyszliśmy z dusznego i mrocznego średniowiecza, by odetchnąć rześkim i orzeźwiającym powietrzem odrodzenia. W takich chwilach zawsze prezentuję uczniom wiązankę myśli zaczerpniętych z fundamentalnej rozprawy włoskiego myśliciela Pico della Mirandoli. "O godności człowieka" to jeden wielki pean sławiący koronę stworzenia - ludzi, którzy według filozofa są najszczęśliwszymi ze stworzeń. (A teraz, klaso, sięgnij do tekstu i udowodnij słuszność tej tezy.)

Renesansowy hurraoptymizm kapitalnie skrzyżował się z "Galapagos", powieścią satyryczną, kwaśną, żrącą i toksyczną, napisaną w duchu (bo nie w stylu) wielkich mizantropów Swifta czy Sartre'a. Książką rozprawiającą się z mitem homo sapiens jako "gatunku wybranego." Potężny ładunek cynizmu, i nihilizmu być może tylko maskuje w przypadku tej książki jej elegijny ton. Być może "Galapagos" to tren napisany po śmierci wiary w to, że nie pożre nas autodestrukcyjny mechanizm wmontowany w człowieka u zarania dziejów?



Tak czy siak dzieje się bardzo dużo. Nasza planeta pogrąża się w chaosie kolejnych kryzysów i wojen (groteskowy konflikt pomiędzy Peru a Ekwadorem), ludzie tracą zdolność do rozmnażania się, a tymczasem w okolicach Galapagos organizowana jest ekskluzywna morska wycieczka o dumnej nazwie "Przyrodnicza wyprawa stulecia." Jej uczestnikami mają być gwiazdy, celebryci i ludzie biznesu, ale finalnie całe to towarzystwo wycofuje się ze strachu przed napiętą sytuacją w regionie. Cóż, cały świat jest niestety tym regionem...

Jedyni pasażerowie to mieszanina dziwacznych, groteskowych, upiornie głupich lub żałosnych indywiduów, których w rejs ma zabrać kapitan-idiota. Vonnegut przygląda się życiorysowi każdej z postaci i, proszę państwa, nie chcielibyśmy mieć takich osobników w rodzinie. Nieporadni, pokaleczeni, naiwni, błędnie przeświadczeni o swoim znaczeniu, ofiary przypadku, zbiegów okoliczności, typowe ofiary losu lub bezwzględni oszuści - to tylko niektóre z epitetów, którymi możemy ich opisać. Tragikomiczni w swojej wierze w to, że mogą na cokolwiek mieć wpływ.

Po zagładzie całej ludzkości to właśnie ta garstka rozbitków (dosłownie i w przenośni) będzie miała milion lat na odtworzenie gatunku, który jednak ludzi przypominać nie będzie...

Vonnegut jest brutalny. Narrator (trzymajcie się, duch robotnika portowego, który odmówił przejścia przez Świetlisty Tunel) przypomina sobą motyw deus ridens, śmiejącego się Boga, który mając nieograniczone niczym możliwości wglądu w przeszłość i przyszłość bohaterów, kpi sobie w żywe oczy z ich ambicji, starań i nadziei.

Co więcej, Vonnegut drwi z naszej humanistycznej słabości; serce nam mięknie, gdy słyszymy o ostatnich plemionach amazońskich, o ginących gatunkach, ale z perspektywy, z jakiej każe nam patrzeć "Galapagos", wszystko jest bez znaczenia. Absolutnie wszystko, a więc głowa do góry!

Odrębną kwestią jest oczywiście kpina z ludzkiej wiary w teorię ewolucji, która teoretycznie prowadzi od mniej do bardziej doskonałego egzemplarza danego gatunku. Niestety, mówi pisarz, "wielkie, przerośnięte mózgi" nie sprawiają, że człowiek się doskonali. Odwrotnie - staje się on patentowanym osłem.

No ale o tym to Wy już sobie sami poczytacie, bo "Galapagos" bardzo dobrą powieścią jest i być może Wasze przerośnięte mózgi wychwycą z tej powieści więcej niż mój centralny układ nerwowy.

Czołem!

(A może płatem czołowym? Sorry za suchar.)