sobota, 31 marca 2018

Obiady w sejmowej restauracji, czyli "W" Sendeckiego

Ja się z miejsca przyznam - nie lubię poezji Marcina Sendeckiego. O ile pierwszy, legendarny już tom ("Z wysokości"), był dla mnie prawdziwym odkryciem nowego idiomu - zimnej, chropowatej, zdystansowanej i (a jednak) zbudowanej na kontemplacji świata liryki, to kolejne tomy Sendeckiego ilustrowały coraz wyraźniej to, co mnie we współczesnej polskiej poezji drażni. Autor odwrócił się tyłem do czytelnika, wysyłał coraz bardziej zakodowane sygnały, hermetyczność tej poezji mnie odrzucała i sprawiała tyle samo przyjemności, co rozczytywanie kodów QR. Chcąc nie chcąc Sendecki i jemu podobni stali się dla mnie symbolami całego zła, jakie rozrosło się w literaturze, symbolami awangardowej ściemy, której nijak obiektywnie obronić się nie da, ba!, nawet nie da się przyzwoicie spozycjonować, gdyż nie ma czytelnych i wspólnych kryteriów jakiejkolwiek oceny.

(Stąd też poezją takiej Bargielskiej całe stado profesorów mogłoby się zachwycać, ale mnie nie ruszają te jej "przeszywające" teksty...)

Tak więc gdy Sendecki jakiś czas temu dostał sporo pieniędzy i Nagrodę Szymborskiej za tom pt. "W", chodziłem wściekły kilka dni. Z przecieków, jakie mnie dochodziły, wynikało jedno: wiersze z uhonorowanego tomu ściemą pachną na kilometr i w sumie każdy średnio utalentowany właściciel dowolnego edytora tekstu mógłby takie kawałki machnąć. Na dodatek całość mocno zalatywała znienawidzonym przeze mnie konceptualizmem, a więc wiecie...

Ostatnio jednak miałem okazję na spokojnie przeczytać "W" i muszę posypać głowę popiołem... Nie, nie wycofuję się ze swojego stanowiska - wciąż uważam, że książka ta nie jest na tyle istotną, by w jakiś istotny sposób ją nagradzać, ale zaczynam dostrzegać sens w tym akurat poetyckim projekcie Sendeckiego. (Nie twierdzę, że sens tam jest, ale że ja sobie jakieś kropki połączyłem i wyszedł mi ludzik...)

Zastanawiałem się kiedyś, jak to jest, że pamiętam akurat to, a nie coś innego. Banalne? No pewnie! Dlaczego akurat ten faul popełniony na moim rozpędzonym ciele, a nie inny, na innym meczu podwórkowej drużyny? Dlaczego imię tej zakonnicy przygotowującej mniej do Pierwszej Komunii, a nie nazwisko nauczyciela, który wystawił mi ocenę nieodpowiednią z zachowania pod koniec liceum? Pijackie mamroty znad trzeciego piwa, a nie mądre słowa wykładu z kultury antycznej (a obiecywałem sobie, że zapamiętam)?

Kiedyś właśnie pomyślałem sobie, że warto by napisać wiersz (albo cały tom) składający się z owych całkowicie pozbawionych znaczenia zapamiętanych sekwencji, obrazów, słów, nazwisk (konkretnych, ale zupełnie pozbawionych znaczenia dla przypadkowego odbiorcy). Napisać coś, co przychodzi w przypadkowym przebłysku bez związku z czymkolwiek, o czym się akurat myślało, rozmawiało, pisało nawet.



I tak Sendecki zrobił (moim zdaniem). Maszyna pamięci wypluła poecie kilkanaście nazw, nazw własnych, nazwisk, scen, scenografii, a on ułożył z tego pasjans. Od pierwszego do ostatniego wiersza, któremu amputowano kropkę, czytamy specyficzną autobiograficzną układankę zmontowaną właśnie z odpadów, odprysków, ścinków i obierzyn. Czy jest to kolejny głos w niekończącej się dyskusji na temat procesu zapamiętywania i odtwarzania wspomnień? Być może. Nie czuję się kompetentny to rozstrzygać, ale też nie będę wmawiał nikomu, że jestem całkowicie bezbronny w obliczu tych wierszy.

A więc uznajmy roboczo, że "W" (co za wkurzający i jednak pretensjonalny gest z tym tytułem ksiażki!) jest poszatkowanym zapisem podróży do źródeł osobniczego czasu. Co otrzymamy? Serię przyjemnie drażniących wątpliwości: cóż z tego, że bohater tych wierszy spotkał na swojej drodze Wielkie Nazwiska, skoro zazwyczaj wzruszeniem ramion spotkania te się kończyły? Cóż z tego, że ślady Przełomu (1989 rok i okolice) zbiegły się z wchodzeniem w dorosłość podmiotu lirycznego, skoro Przełom ów kojarzy się z kilkoma wypranymi z doniosłości spotkaniami, dialogami?

Nie podejrzewamy oczywiście, że u czołowego przedstawiciela pokolenia bruLionu Historia będzie traktowana z nabożną czcią, no bo nie będzie, a jednak jej ślady znajdują w tych wierszach odbicie - odpowiednio pomniejszone i przepuszczone przez filtr zamysłu autorskiego.

Sam projekt Sendeckiego widzę właśnie w ten sposób - unieważnia się tu nie tylko język dyskursu (ho ho ho, ależ słowo) charakterystyczny dla odtwarzania przeszłości, ale również samą przeszłość przestaje się widzieć jako drogocenny depozyt, czas hartującej się stali. Przeszłość to kilkanaście losowo zapamiętanych zdarzeń, które na mocy naszego widzimisię albo urastają do rangi budujących naszą tożsamość sytuacji, albo przypominają zdjęcia, na których niby jesteśmy, ale za żywy Bóg nie jesteśmy w stanie przywołać okoliczności ich powstania.

Był taki kolega mojego ojca, który za jeden z najważniejszych epizodów swojego życia uważał obiad zjedzony w restauracji sejmowej w towarzystwie prominentnego polityka starej daty. Sendecki również uczyniłby to wydarzeniem kanwą wiersza, ale całkowicie pozbawiłby je znaczenia. Podałby nazwiska, "stopień pokrewieństwa", czas i miejsce akcji, rozparcelowałby uwagę czytelników pomiędzy kilka nieistotnych szczegółów i finito! Tak wygląda spora część wierszy w tym tomie zawartych.

Czasem Sendecki brzmi niepokojąco jednoznacznie i składnie. Kilka elegijnych (niemal sentymentalnych) nut jak kilka kropel z ciemnego nieba użyźnia przestrzeń tej enigmatycznej książki, ale dalej jak okiem sięgnąć terytorium obce, naszpikowane zagadkowymi totemami, które czytelne są tylko dla Marcina Sendeckiego et consortes.

Korciło mnie, by znaleźć i podać do publicznej wiadomości receptę na ten tom: jak należy czytać "W", by rozwiać wątpliwości i pokonać poczucie dezorientacji. Finalnie zrezygnowałem z realizacji tego zamysłu. Kto ciekawy, przeczyta. Zgodzi się? Nie zgodzi z tymi moimi spostrzeżeniami? To nie ma większego znaczenia.

Tak jak większego znaczenia nie ma "W", nie mają go zawarte w nim wiersze, które właśnie z tego powodu znaczenie mają.

Jakieś, jednak...

poniedziałek, 26 marca 2018

Utopić się w piwie, czyli "Pijane banany" Šabacha

Coś mam ostatnio szczęście do autorów, którzy za bardzo szarżują - doprowadzają wybrane przez siebie gatunki lub charakterystyczne cechy danej literatury do takich stężeń, że przestaje mi to wszystko smakować. Za dużo cukru w cukrze, rozumiecie, prawda? 

Tak więc sięgam sobie po kupioną lata temu wspomnieniową powieść Petra Šabacha pt. "Pijane banany" i już sobie ostrzę zęby, gdyż spodziewam się prawdziwej uczty przygotowanej dla mnie w typowej czeskiej gospodzie. Tak... Ja tak bardzo lubię literaturę naszych południowych sąsiadów i moja miłość bywa bezkrytyczna. Zresztą bycie Polakiem niejako skazuje nie na bycie oczarowanym akurat tym, czego na brakuje i widzimy to za płotem. Zazdrościmy dystansu, ironii, rubaszności, miłości do wszelkich przejawów życia, nawet tych durnych, niskich, niemal fizjologicznych. Taki rodzaj zazdrości...Szukam słowa... O! Jakbym widział, że ktoś bezceremonialnie klepie po tyłku pulchną kelnerkę niosącą piwo, ona grozi palcem, ale się śmieje. "Tak trzeba żyć!" - myślę sobie o tym klepaniu, ale nie umiem.



No więc zaczynam czytać te "Pijane banany" - teoretycznie wszystko mi się zgadza. Mamy lata 80, trzech kolegów z jednego podwórka we właściwy sposób przeżywa swoją młodość: piją piwo, rozbijają się "pożyczonymi" samochodami, rozmawiają o dziewczynach i onanizmie, planują wielkie eskapady, z których rzecz jasna nic nie wychodzi, snują się po okolicy i wypatrują okazji, by "coś się działo." Pierwszoosobowy narrator (jeden z chłopaków, rzecz jasna) mieszka z matką i ojczymem-alkoholikiem-rzeźbiarzem, którego deliryczne przygody również przyjdzie nam poznać. 

W gratisie otrzymamy kilka wiarygodnych obrazków z kraju realnego socjalizmu: podszytą strachem pogardę dla reżimu, alkohol, który skutecznie znieczula ludzi zbyt wrażliwych, by pogodzić się z wszechobecnym zakłamaniem, rozwarstwienie społeczeństwa budzące słuszny pomruk niezadowolenia - tak to mogło wyglądać, temu wierzę.

Nie powiem, momentami śmiałem się jak nienormalny, gdyż ilość autentycznie komicznych scen, dialogów i monologów wewnętrznych jest olbrzymia. "Czy rozumiesz fenomen łyżki? To dzieło geniusza!" - mówi pijany bohater, obracając w palcach rzeczony przedmiot. "Jaki znowu fenomen?! A czym byś chciał jeść zupę? Widelcem?!" Tego typu dialogi zawsze mnie bawiły, tym bardziej że w stanie wskazującym też zdarzała mi się z głębinową fascynacją obserwować na przykład złożoną naturę klucza nasadowego... Ech, stare dobre czasy.

Ta niewielka książeczka odsłoniła mi jednak pewną prawdę o mnie-czytelniku. Nie daję rady udźwignąć zbyt dużej ilości zgrywy. Šabach wciąż się wygłupia, zatapia każde doświadczenie egzystencjalne w hektolitrach piwa, finalnie osławiony czeski dystans sprawia, że rozwadnia się to, co dla człowieka jest ważne. Wzniosłość nie tylko kojarzy się z kategoriami estetycznymi, ale kwitnie w nas w pewnych szczególnych momentach życia. "Pijane banany" niestety wykreśliłyby z naszych biografii tego typu doświadczenia.

Ja wiem, że to nie do końca uczciwe oskarżać autora w sumie humorystycznych opowieści o to, że nie jest poważny, ale uwierzcie mi - ja już taki nienormalny jestem, że nawet w książkach o stalinowskich łagrach chciałbym znaleźć coś, co podniesie mi do góry kąciki ust...

środa, 7 marca 2018

Steampunk przedawkowany, czyli "Światy Alonbee" Maszczyszyna

Gdy kończyłem czytać pierwszą część trylogii Jana Maszczyszyna pt. Światy solarne, miałem wrażenie, że poprawnie rozszyfrowałem zamiar autorski twórcy. Chciał on zbudować świat przedstawiony, który w pełni realizowałby założenia steampunkowej poetyki, dostosować sposób prowadzenia narracji oraz język do rzeczywistości, którą czytelnicy uznaliby za dziewiętnastowieczną, okrasić całość nawiązaniami do ojców założycieli fantastyki: Verne’a i Wellesa. Gdy zmieszać te wszystkie składniki, teoretycznie otrzyma się tekst, który uznamy za steampunkowy. Tak naiwnie sądziłem… A jednak coś nakazywało mi jeszcze raz przemyśleć sprawę. Zacząłem się zastanawiać, czy może istnieć coś takiego jak zbyt duża ilość steampunku w samym steampunku? Czy można przeszarżować, przelicytować się? Czy, w końcu, można zagłaskać czytelnika oferowanymi mu atrakcjami?

Pierwsza powieść Maszczyszyna przenosiła nas w rzeczywistość rodem z rojeń i majaczeń, w mniejszym zaś stopniu z fantazji i świadomie snutych wizji, twórców karmiących się obiegowymi wyobrażeniami utworzonymi w XIX wieku. Pierwszy tom wrzucał czytelników na naprawdę głęboką wodę, w której musieli się szybko nauczyć pływać, by czerpać przyjemność z obcowania z tą niezwykłą i dziwną książką. Na każdym bowiem piętrze tekstu Maszczyszyn stworzył dopiętą na ostatni guzik trójwymiarową wizję, którą przedstawiał przy pomocy precyzyjnych i szczegółowych opisów. Ktoś (niestety nie ja) obdarzony wyobraźnią umożliwiającą złożenie sobie tego świata „w głowie”, poczułby się zaproszony na fantastyczną ucztę, na której odurzono by go gęstą, zawiesistą koncepcją.

Fabularne nawiązania do klasyków gatunku były bardzo czytelne i w sumie oczywiste (inwazja z kosmosu, podróże międzygwiezdne, życie na obcych planetach zamieszkanego Układu Słonecznego), ale całość zręcznie broniła się za sprawą kreacji głównych bohaterów oraz osobliwego stylu, który starał nadążyć za wyobrażeniami na temat tego, jak powinien wyglądać język i sposób myślenia dżentelmenów rodem z belle époque.



Druga część trylogii Maszczyszyna pt. Światy Alonbee kontynuuje szaleńczą podróż, którą zafundował czytelnikom pisarz. Dostają oni dokładnie to, czego mogli się spodziewać, mając w pamięci część pierwszą. Dostają to, a nawet dużo więcej, gdyż autor podniósł do potęgi wszystkie elementy, które sprawdziły się w poprzedniej odsłonie cyklu. Znów będziemy mogli towarzyszyć sir Ashleyowi Brownhole’owi, naszemu przewodnikowi po iście surrealistycznej rzeczywistości Układu Słonecznego, chociaż pewną odmianą stanie się wyczuwalne przesunięcie punktu ciężkości powieści na jego córkę – Asperię, której dojrzewanie będzie obserwować.

Nawet w „normalnym” świecie przedstawionym moment wychodzenia z dzieciństwa, odkrywania samego siebie, burza hormonów jest katalizatorem przeróżnych pełnych napięcia sytuacji, a więc możemy sobie wyobrazić jak może wyglądać ten proces w niemal onirycznej rzeczywistości Maszczyszyna. Nie chcąc psuć przyjemności potencjalnym czytelnikom, zaznaczę tylko, że ani Asperia zwykłą młodą dziewczyną nie jest, ani jej ojciec nie będzie radził sobie z problemami natury wychowawczej w uświęcony tradycją sposób. Odbiorcy przyzwyczajeni do schematów obowiązujących tam, gdzie pojawia się motyw konfliktu pokoleń, poczują obłędną satysfakcję, gdy zacznie do nich docierać, jak bardzo można go zmodyfikować i odkształcić.

Rzecz jasna powieść mająca niemal pięćset stron, dla której autor chce znaleźć miejsce w szeroko rozumianej literaturze popularnej musi zaproponować czytelnikom coś więcej niż tylko opisy relacji ojciec-córka. Ci, którzy liczą na silniejsze podniety, nie zawiodą się. Światy Alonbee rysują bowiem panoramę wszechświata wypełnionego eterem, dzięki któremu możliwe są podróże pomiędzy zaludnionymi planetami. Pluton, jego satelita, Mars – miejsca te pęcznieją od osobliwości, z którymi konfrontuje się główny bohater. Duch wielkiej, nieco staromodnej przygody, napędza całą historię. Co i rusz czytać będziemy o międzygwiezdnych bitwach, potyczkach, wojażach, dzięki którym w pełni docenimy nieskrępowaną wyobraźnię pisarza. Niebezpieczne eskapady szybko stają się chlebem powszednim bohaterów, a niedające się przewidzieć rozwiązania fabularne dość długo podtrzymują uwagę czytelników.

W tym miejscu muszę wrócić do wątpliwości, które zacząłem sygnalizować na początku omówienia. Wydaje mi się, że Światy Alonbee stworzył ktoś, komu tak naprawdę fabuła do szczęścia potrzebna nie jest, gdyż o wiele bardziej przejęty bywa tak zwanym światotwórstwem, badaniem granic wytrzymałości świata przedstawionego, który składa się nie tylko ze swoich oczywistych elementów, ale wypełniają go również pierwiastki dziwne, zaskakujące, momentami zbyt osobliwe, by czytelnik mógł poczuć się proszonym gościem w miejscu zaprojektowanym przez Maszczyszyna. Teoretycznie pomiędzy okładkami powieści odkrywamy steampunkową rzeczywistość, ale kto wie, czy ta odmiana fantastyki pod naciskiem konceptu autora nie zmieniła się w jakąś nową, zupełnie efemeryczną jakość? Być może jest to już „poststeampunk”, wynik nie tylko poszukiwań wewnątrz gatunku, ale bardziej świadectwo tego, że dalej już po prostu nie można poprowadzić tej konwencji?

Proszę mnie źle nie zrozumieć – tę powieść czyta się naprawdę dobrze, ale niestety może istnieć ryzyko, że poczujemy znużenie, gdy nasza wyobraźnia zacznie męczyć się gonitwą za wyobraźnią autora. Przypominam, że prawdziwe i dobre espresso podaje się ze szklaneczką wody. Maszczyszyn zaś wody nie przyniósł...

niedziela, 4 marca 2018

Shopping w piekle, czyli "Sklepik z marzeniami" Kinga

Z podań i legend, którymi częstowały mnie panie nauczycielki w podstawówce szczególnie zapamiętałem sobie opowieść o szukającym skarbów młodzieńcu, który trafił pewnego razu do niezwykle tajemniczego zamczyska, gdzie przywitano go z honorami; panowie upudrowanych perukach i damy bladolice kłaniali mu się zapraszali do wspólnego biesiadowania. Ucztowano przy suto zastawionych stołach, lało się wino, parujące michy pełne jedzenia pojawiały się znikąd. Naiwny bohater zaczynał czuć się częścią tego cudownego świata, gdy nagle zapiał kogut (wszyscy wiemy, co w baśniach oznacza ten moment). Oczom przerażonego młodzieńca ukazał się taki oto widok: dostojne towarzystwo zamieniło się w grupę potrząsających kośćmi szkieletów, słodkie wino stało się breją zaczerpniętą z gnijącej kałuży, potrawy, którymi wcześniej raczył się śmiałek, stały się najzwyczajniejszym gównem.

Mogłem coś pomylić, pomieszać szczegóły, ale morał pozostaje ten sam: gonitwa za złotem zawsze kończy się w ten sam sposób. W tej ludowej wizji świata widać echa ewangelicznych słów świętego Pawła o tym, że wszystko bez Chrystusa jest krótko mówiąc odchodami. Innymi słowy, chciwość nie ma zbyt dobrej pracy prasy i co chwilę jakiś moralizator zdejmuje pasa i sprawia tęgie lanie temu grzechowi głównemu.

Zabawnym może się wydać fakt, że King, który jest dyżurnym krytykiem zinstytucjonalizowanej religii oraz tego, co robi ona z ludźmi, napisał powieść, którą (przy zachowaniu pewnych proporcji i kilku interwencjach cenzury) mogliby czytać uczniowie w ramach katechezy lub zajęć z etyki.



Pisarz przenosi nas do swojego ulubionego stanu, do Maine, do niewielkiego miasteczka Castle Rock, które w żaden sposób nie ma się wyróżniać spośród innych mieścinek rozsianych na przestrzeni całych Stanów Zjednoczonych. W znakomitej ekspozycji King oddaje głos anonimowemu przewodnikowi, który chwyta nas za rękaw (nas, przyjezdnych) i oprowadza po nie mającej dla niego tajemnic przestrzeni. Rzuca nazwiskami, szkicuje relacja, widzimy wszystko jednocześnie z „góry” i z „dołu.”Mamy przed sobą panoramę, ale gdy skupimy wzrok, odsłaniają się przed nami szczegóły: sekrety, niezabliźnione rany, niskie pobudki, brudne pragnienia. Gdy nie czynnik mocno nadprzyrodzony, King mógłby snuć obyczajową opowieść bez wyraźnego początku i o mglistym finale.

„Sklepik z marzeniami” to jednak horror i coś musi zakłócić powierzchowną sielankę miasteczka. Wszystko zaczyna się zmieniać za sprawą gościa z zewnątrz. Pamiętajmy, że małe miasteczka zawsze zagrożone są detonację, gdy element z zewnątrz zakłóci delikatną równowagę mikroświata takiego Castle Rock na przykład. Ową iskrą jest elegancki światowiec, handlarz starzyzną, który otwiera w miasteczku sklep, a na szyldzie sklepu pysznią się słowa „Przydatne rzeczy.” Od początku czujemy, że ów obcy nie może być kimś zwyczajnym – posiada przedmioty, za którymi tęsknią od zawsze mieszkańcy Castle Rock, a przedmioty te są symbolami ich marzeń, pragnień, stłumionych obsesji, dziecięcych fantazji.

Jak każdy handlarz, pan Gaunt chce ubić dobry interes, a więc wykorzystując słabości, obsesje i namiętności swoich klientów, proponuje im osobliwy interes: w zamian za przedmioty pożądania żąda jedynie niewielkich psikusów spłatanych znajomym, przełożonym, rodzinie… W mieście wybucha więc epidemia bezsensownych na pozór złośliwości, która szybko przeobraża się w lawinę agresji. Akty zemsty doprowadzają do kolejnych i kolejnych tragedii, a mieszkańcy Castle Rock albo rozkoszują się nabytymi przedmiotami, albo idą właśnie spłacić dług zaciągnięty u diabelskiego sprzedawcy, który trzyma w szachu coraz większą liczbę ludzi nie zdających sobie sprawy z tego, że wpadli w iście szatański pułapkę pożądania...

Ja mam z Kingiem wybitnie nie po drodze. Najczęściej. I masę mam argumentów, by unikać jego książek. A jednak czasem potrafi on napisać powieść, którą da się czytać na niemalże poziomie przypowieści. „Sklepik z marzeniami” jest takim właśnie tekstem – obszerną, miejscami niestety przegadaną przypowieścią o durnym pożądaniu durnych rzeczy – kolekcjonerskich kart baseballowych, wędki, lisiej kity przyczepianej do anteny samochodowej… W imię tych przedmiotów i ulotnych wizji szczęścia zwykli ludzie gotowi są wydrapać oczy każdemu, kto wejdzie im w paradę. A handlarz o ujmujących manierach i zadbanych dłoniach potrafi zamienić się w prawdziwą bestię (w rynsztunku godnym horroru), gdy którykolwiek z usidlonych klientów próbuje zerwać przedwcześnie umowę… Tak to już bywa z cyrografami.

Grozy mamy pod dostatkiem – i tej dosłownej (krew, dużo krwi, demoniczna natura Gaunta, krew, Gaunt zjadający surowe szczury… Czujecie, takie w ten deseń atrakcje), i tej bardziej wyrafinowanej, polegającej na powolnym, ale nieustannym zagęszczaniu atmosfery zagrożenia, przed którym uciec nie sposób. Zło zdaje się tryumfować. Jak wiele razy w historii – historii małych miasteczek i olbrzymich imperiów, które szarpane są tymi samymi zepsutymi instynktami.

Minusy? Nie, zakończenia nie zdradzę. Nie powiem, że jest nadspodziewanie słabe i blade w porównaniu resztą powieści. Niestety, King znów pozwolił rozleźć się znakomitemu pomysłowi. Nie dość, że wprowadził na scenę zbędnych i męczących bohaterów (twórcy ekranizacji na szczęście zrezygnowali z kilku wątków), to jeszcze ostatnie partie powieści zahaczają o groteskę – wszystko spływa krwią, płonie, wybucha, a kule świszczą nad głowami mieszkańców, którzy wydali sobie wzajemnie ostateczną bitwę. Niestety, wizja regularnej potyczki pomiędzy katolikami a babtystami raczej śmieszy swoim nieprawdopodobieństwem, niż przeraża lub zmusza do jakiejkolwiek refleksji. (Tak mi się wydaje, że King po prostu cieszył się jak dziecko, gdy mógł opisać wyznawców zorganizowanych kościołów, którzy skaczą sobie do gardeł.) Tak więc znakomity horror pod koniec skręca w stronę dzikiego i niezorganizowanego finału, który tylko przy ogromnej ilości dobrej woli uznamy za przemyślany i celowy.

A jednak należy po tego Kinga sięgnąć. To na pewno jedna z lepszych powieści tego autora i gdybyście szukali historii, która piętnuje pożądanie (a może nieokiełznany konsumpcjonizm), to proszę bardzo.

Dodatkowym smaczkiem jest hołd oddany Lovecraftowi. Gdzie? Jak? Szukajcie, a znajdziecie. W pewnym garażu.

Czołem!

piątek, 2 marca 2018

...i nie zmienia się nic, czyli "Tatko i ja" Sawaszkiewicza

Nie wiem, co Państwo o tym myślą, ale moim zdaniem im ktoś bardziej rzetelnie i werystycznie stara się oddać rzeczywistość, w której żyje, tym boleśniejszą finalnie porażkę może ponieść. Lądują takie teksty na cmentarzysku literatury wśród innych książek, które starały się uchwycić "puls epoki" i nikt po nie nie sięga.

Są też utwory, które ubierają epokę w bezpieczną otulinę wspomnień, snują raczej fantazje o przeszłości, niż wiarygodnie ją opisują. Autorzy takich tekstów wydają się być rozgrzeszeni z nieścisłości i przeinaczeń, wszak nikt nie powinien się czepiać dowodów rzeczowych znalezionych w odmętach pamięci.

Są też książki, które chyba przypadkiem stały się dokumentami swoich czasów. Jakoś tak od niechcenia uchwyciły ich wibrację i chyba więcej o nich mówią, niż poważne relacje poważnych twórców.

Można w tym miejscu pomyśleć o wielkim Stanisławie Barei, który zrazu niedoceniony przez współczesnych mu krytyków, dziś wspominany jest jako niezrównany obserwator PRL-u i jego absurdów. Tak, takie "Alternatywy 4" więcej chyba mówią o tamtych czasach niż pół tuzina filmów spod znaku moralnego niepokoju.

Dlaczego piszę ten nudny wstęp? Ano dlatego, że przeczytałem kiedyś w kolejce u lekarza króciutką książeczkę Jacka Sawaszkiewicza pt. "Tatko i ja", która jest zbiorem satyr portretujących Polskę przełomu lat 70 i 80. Sawaszkiewicz kojarzony jest przede wszystkim jako autor opowiadań i powieści science fiction, ale lepiej zapisał się w mojej pamięci za sprawą wspomnianego powyżej dziełka.



Bohaterami są... No, tytuł mówi wszystko. Pracujący fizycznie, samotnie wychowujący dziecko ojciec i jego syn, dziecko (na moje oko) dziesięcioletnie. Tej (nie)zwykłej parze zdarzyło się żyć w kraju, który przypomina połączenie drogi krzyżowej z labiryntem.

Prawem satyry jest odkształcanie rzeczywistości tak, by wyśmiewane wady znalazły się na pierwszym planie, niemal podnosiły się z kartki i skakały do oczu. Ma być przegięcie, ma być groteska. Sawaszkiewicz doskonale wywiązał się z tego zadania. Czytamy więc o ludziach, których odbiły krzywe zwierciadła.

Tytułowi bohaterowie to skrajnie naiwna para dobrodusznych i uczynnych idealistów, którzy z całym dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to, że żyją w takim a nie innym świecie. Coś (przy zachowaniu odpowiednich proporcji) z Kandyda (z "Kandyda") znajdziemy w tych niepoprawnych optymistach, którzy dają się wykorzystywać i wierząc w dobre intencje, gotowi są pomóc każdemu i zawsze bez względu na to, jaki obrót przejmowałyby sprawy.

Sąsiad prosi o skombinowanie gipsu z budowy? Proszę bardzo! Dziennikarz chce przeprowadzić wywiad na temat sposób spędzania wolnego czasu w karnawale? Mówisz-masz.

Cóż z tego, że finalny obrót spraw najczęściej jest niekorzystny dla naszej pary, skoro nieugięta dobrotliwość i nie dająca się złamać wiara w drugiego człowieka bezustannie generują następne i następne komiczne sytuacje. Śmiech to jednak przez łzy, niestety...

Galeria osobliwych sąsiadów, kolegów z pracy, przełożonych, sprzedawców to wypisz wymaluj "typy" z PRL-u: ludzie głupi, prymitywni, cwani, fałszywi, tchórzliwi, leniwi, żyjący ponad stan lub na pokaz. Sawaszkiewicz bezbłędnie celuje i wbija szpile tam, gdzie boli - nie tylko w cechy charakterystyczne dla "umocowanych i podwieszonych" w poprzednim systemie, ale, co najgorsze, w sam rdzeń naszej "abośmy to jacy tacy" polskości. Nie tej wielkiej i dumnej, ale tej pokracznej, żywcem z obrazów Dudy-Gracza wyrwanych. I nieśmiertelnych chyba.

Brzmi dość ponuro, prawda? Ale proszę się nie martwić. "Tatko i ja" to znakomita i w sumie lekka literatura, która nawet po dekadach broni się poczuciem humoru, chwilami cudownego absurdu, kreacją tytułowych bohaterów, których po prostu się lubi, chociaż są zaledwie papierowymi konstruktami.

Cóż, polecam. Chociaż ta książka to nisza, muzeum, zabytek niemal, to być może komuś z Was uda się znaleźć to skromne dziełko. 1,5 godziny dobrej zabawy gwarantowane.