poniedziałek, 7 maja 2018

Tkanina bez szwów, czyli "Czerwony śnieg" MacLeoda

Bardzo wielu bardzo mądrych ludzi starało się mnie przekonać, że postaci wampira nie powinienem kojarzyć jedynie z odpustowymi straszydłami ubranymi w peleryny podszyte karminowym suknem. Chciano mi udowodnić, że stworzenia te to nie gadżety, przy pomocy których w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób napędza się strachu dzieciakom, ale istoty głęboko symboliczne, o których na przykład w swojej „pieśni pogańskiej” śpiewa Konrad z „Dziadów” Mickiewicza, o których czołowa badaczka polskiego romantyzmu, Maria Janion, napisała fundamentalną pracę pt. „Wampir, biografia symboliczna”.

Ja niestety mam uczulenie na postać wampira – kojarzę ją albo z dystyngowanym arystokratą, który nocami uprawia swój niecny proceder, albo z odczłowieczonym monstrum rodem z klasycznego niemieckiego ekspresjonistycznego dzieła. O całej reszcie skojarzeń nawet nie chcę wspominać, gdyż są one kwintesencją tego, co w popkulturze najpłytsze i najgłupsze. Muszę przypominać sagę „Zmierzch” o nastolatce zakochanej w przystojnym krwiopijcy? Chyba nie...



Ian MacLeod to jednak zupełnie inna liga. To autor, który eksplorując przestrzenie fantastyki, nigdy nie wyrzekł się charakterystycznych dla „poważnej” literatury narzędzi. Styl, sposób ujęcia tematu, pogłębione konteksty kulturowe, udana psychologizacja postaci, iście realistyczne zacięcie powodują, że jego książki da się przede wszystkim smakować, czytać powoli i uważnie. A z drugiej strony spotkałem się z zarzutami, że w pewnym momencie irytujący staje się fakt, że pisarz rejestruje każdy najdrobniejszy nawet bodziec docierający do czytelnika z głębin świata przedstawionego: szelest sukni, dziecięcy śmiech zza okna, fakturę muru, wzdłuż którego idą właśnie bohaterowie. Mnie to nie przeszkadza, ale drażnić może tych, którzy przyzwyczajeni są do galopujących (czasem na oślep) wydarzeń.

Gdy zaczynamy czytać Czerwony śnieg, nic nie zapowiada tego, co będzie nas czekało dalej. Wędrujemy po pustkowiach Dzikiego Zachodu wraz z ponurym rewolwerowcem, łowcą nagród, tropiącym dwóch odrażających typów. Powoli jednak odsłania się przed nami prawda o tożsamości Karla Hauptmanna (bowiem tak się on nazywa), za czasów wojny secesyjnej lekarza, który ukąszony na pobojowisku przez osobliwą istotę, szybko zatracił typowo ludzkie cechy. Potem zaczyna się robić ciekawiej – bohater albo salwuje się ucieczką przed dybiącymi na jego ludźmi, albo kilka dekad później prowadzi niezwykłe prywatne śledztwo na ulicach Nowego Jorku, w czym pomaga mu szantażowana przez niego młoda, naiwna komunistka…

Czerwony śnieg trudno nazwać typową powieścią – składa się ona z trzech części, które, rozrzucone w czasie (w kolejności chronologicznej to okres rewolucji francuskiej, „okolice” wojny secesyjnej, przełom lat dwudziestych i trzydziestych), zazębiają się z sobą i pozwalają czytelnikowi wyłuskać z każdej z historii garść informacji. Finalnie być może ułożą się w namiastkę odpowiedzi na pytanie o to, co spotkało Hauptmanna. Krótko mówiąc, dzieje się bardzo dużo i na tak skromnej przestrzeni recenzji nie sposób opisać większości perypetii bohatera i jednocześnie nie zdradzić zbyt szybko tajemnic książki.

Powieść MacLeoda to majstersztyk kompozycji. Bohater poszukując prawdy o swoim statusie ontologicznym, przeczesując biblioteki, zatęchłe katakumby, jaskinie, piwnice rozsiane na całym kontynencie europejskim, czyli poruszając się niejako „wprzód” powieści, odsłania przed czytelnikami to, co kryje się w mrokach przeszłości. Przeszłości tak odległej, tak barbarzyńskiej, że rządzonej przez bóstwa chtoniczne, na których opisanie nie ma słów w ludzkim języku. Pisarz na szczęście unika tanich „efektów specjalnych” i bardziej sugeruje, niż odtwarza pradawną grozę czasów, gdy ludzka świadomość dopiero wynurzała się z ciemności natury i próbowała zerwać z jej okrucieństwem.

Proza MacLeoda jest niczym wytrawne wino lub cygaro, którymi należy cieszyć się powoli. Wiem, że to banalne porównanie, ale chyba najlepiej oddaje jej „niespieszny” charakter. Pomimo tego, że książka nie jest specjalnie długa, a karuzela wydarzeń nieustannie wiruje, można odnieść wrażenie, że dokładnie poznajemy opisywaną rzeczywistość – nie tylko bohaterów (drugoplanowych i epizodycznych). Wierzymy również w ich realność, w to, że są dziećmi swoich czasów, mają takie, a nie inne światopoglądy wynikające z takich, a nie innych uwarunkowań. Dziki Zachód jest odpowiednio brudny i śmierdzący, a kontrastują z nim wspomnienia o kwitnącym życiu towarzyskim bostońskich elit. Przedrewolucyjna Francja przypomina trwającą w nieskończoność ciszę przed burzą, zaś hedonistyczny żywot młodych nowojorskich utracjuszy przyciąga i odpycha jednocześnie.

Gdyby, podsumowując te rozważania, pokusić się o próbę zdefiniowania gatunku, w obrębie którego Czerwony śnieg powstał, mielibyśmy pewien problem, gdyż w książce mieszają się z sobą horror z westernem, powieść historyczna z kryminałem, żeby wymienić tylko najbardziej oczywiste konwencje. Wspaniałe jest jednak to, że powieść ta przypomina materiał, na którym nie widać szwów łączących poszczególne fragmenty tkanin. Nie lada piórem MacLeod włada…

Recenzja pierwotnie ukazała się tu

środa, 2 maja 2018

Biegiem przez dystopię, czyli "Uciekinier" Kinga/Bachmana

Kiedyś, zanim King stał się Kingiem, publikował pod nazwiskiem Bachman i marzyła mu się kariera pisarza science fiction. Pisał wtedy albo przewidywalne dystopie, albo paraboliczne dystopie. W każdym razie ciągnęło go do mrocznej, odhumanizowanej rzeczywistości, w której bohaterowie muszą walczyć o przetrwanie. Różnie mu to wychodziło, nigdy na tyle dobrze, by klasycznie rozumiana fantastyka zatrzymała Kinga dla siebie. Dopiero horror pozwolił mu odkryć swoje powołanie, jak to w seminariach powiadają.

"Uciekinier" to najlepszy dowód na to, jak bardzo King rozwinął się jako pisarz. Czytając tę powieść, można sobie uświadomić z jak niskiego poziomu startował i (znając późniejsze dokonania) gdzie finalnie wylądował.



No ale do rzeczy. Mamy Amerykę początków XXI wieku. Kraj pogrążony jest w głębokim kryzysie ekonomicznym, skażenie środowiska dziesiątkuje lumpenproletariuszy, których nie stać na drogie "filtry nosowe", przestępczość jest normą a nie odstępstwem od niej. Gdzieś w tle majaczą bogate dzielnice zamieszkiwane przez elitę, której wolno cieszyć się reglamentowanym dobrobytem.

Ogromną rolę w tym świecie odgrywa telewizja, która transmituje brutalne teleturnieje. DYGRESJA Zawsze marzyło mi się uatrakcyjnienie nudnych dyscyplin sportowych. Na przykład po obu stronach kortu tenisowego zakopywano by kilka min, które eksplodowałyby pod wpływem uderzenia piłki... Albo skoczkowie narciarscy musieliby przeskoczyć wbite drewniane pale... Upiorna groteska tych pomysłów znalazłaby uznanie w oczach twórców telewizji opisanych przez Kinga. 

Główny bohater to zdesperowany młody ojciec, którego umierająca córka wymaga natychmiastowego leczenia. Bieda zmusza go do wzięcia udziału w najpopularniejszym programie, którego bardzo prosta formuła elektryzuje miliony odbiorców. Jeden człowiek ucieka, po 24 godzinach zaczynają ścigać go Łowcy, których zadaniem jest uśmiercenie go. Im dłużej ucieka, tym więcej pieniędzy wpada na konto rodziny uciekiniera. Proste? Proste.

Nie będę się wdawał w szczegóły fabuły. Powiem, że od połowy książki wiedziałem, czym się całość skończy. Powiem, że drażniła mnie skromna dekoracja przypominająca tekturowe tło z licealnych przedstawień. Irytowała mnie wieczna agresja bohatera, który nawet w chwilach wytchnienia nie przestaje warczeć. Rozwiązania fabularne niczym nie wyróżniają się na tle innych dystopijnych opowieści, styl jest kwadratowy, a bohaterowie siekierą ciosani. 

Krótka to recenzja krótkiej (na szczęście) książki. King płaci frycowe i tyle.

wtorek, 1 maja 2018

Po wszystkim trzeba założyć spodnie, czyli "Hańba" Coetzee

Gdy zdarza mi się psioczyć na nasz zramolały kanon lektur, w którym trudno znaleźć książki generujące żywsze emocje, często słyszę pytanie: "No dobra, ale co byś wstawił zamiast tego Sienkiewicza, Żeromskiego czy Nałkowskiej?" 

Zawsze mam wtedy problem, gdyż moje fascynacje czytelnicze bywają zbyt niszowe, by nimi częstować ogół i liczyć na cieplejszy odbiór. No ale czasem trafiam na książkę, która śmiało może stać się przyczynkiem do dyskusji wszelakich. "Hańba" taką powieścią jest.



Ruszyła mnie ta książka. Ruszyła z bardzo wielu powodów, na bardzo wielu różnych poziomach, z wielu względów, które niekoniecznie uznałbym za, powiedzmy, zdroworozsądkowe, lub przyzwoite. No ale o tym poniżej.

Już po kilku pierwszych stronach czytelnik wie, że Coetzee to prawdziwy majster. Nie, niewiele jeszcze wiemy o samej fabule, w sumie gdzieś tam majaczy zbliżające się nieszczęście, ale  rozkoszujemy się opisem leniwej, próżniaczej, hedonistycznej egzystencji głównego bohatera, profesora Davida Luriego. Żadnego tam geniusza, zwykłego wyrobnika intelektu, który dwie książki napisał, dwie żony uszczęśliwił rozwodem i jedną córkę spłodził. Pierwsze strony to kawał skupionej, zwartej prozy, która skrojona jest jak garnitur spod igły genialnego krawca. Każde zdanie, dialog, opis, obraz są po coś. Mają ciężar i esencjonalność godną aforyzmów. 

Zdumiewające jest to, jak niewiele czasu zabiera pisarzowi odtworzenie drogi, którą przeszedł jego bohater, by finalnie pogrążyć się w tytułowej hańbie. Dziewiętnastowieczny realista rozpisałby tę partię powieści na kilkadziesiąt instrumentów, wprowadziłby bohaterów drugoplanowych, epizodycznych, całość tonęłaby w szczegółach; poznalibyśmy dzieciństwo i młodość nie tylko Luriego, ale również jego bliskich.

Coetzee amputował wszystko, co mogłoby rozproszyć odbiorcę. Upadek bohatera to w sumie "zasługa" jednej pomyłki, jednego źle zainwestowanego pożądania, o jeden romans za daleko, chciałoby się rzec. Pamiętajcie więc, mówi pisarz, z kim idziecie do łóżka... 

A jeśli już jesteśmy przy "tych sprawach" - seks przedstawiony w powieści (fundamentalna kwestia przecież, bo gdyby nie obcowanie płciowe bohaterów, nie było by "Hańby" w ogóle) odsłania swoje upiorno-anielskie oblicze. Niemal jak Dziewica z "Nie-Boskiej komedii" Krasińskiego. 

Chwilę przed spełnieniem mężczyzna (i kobieta czasem też) staje się niewolnikiem Erosa, staje się narzędziem, posługują się nim siły, nad którymi panować nie potrafi. I nie chce. Jest mistrzem sztuki uwodzenia, ma wdzięk, błyszczą mu oczy, hipnotyzuje kobietę, która finalnie ulega. Opisy aktów miłosnych również doprowadza pisarz do granic lapidarności - to krótkie niczym męski orgazm sekwencje, po których następuje uspokojenie i powrót do rzeczywistości. Trzeba założyć spodnie i iść dalej. 

Tak to proszę państwa bardzo często wygląda... I za ten pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i uniesień stosunek do stosunków mocno szanuję "Hańbę" i nawet jakoś samego antypatycznego głównego bohatera.

Genialnym kontrapunktem tej sfery ludzkiej aktywności jest praca Luriego - nosi się on z zamiarem napisania opery kameralnej o romansie, jaki miał lord Byron w czasie swojego pobytu we Włoszech. Odrealnione nieco partie odtwarzające tamtą (powiedzmy) romantyczną opowieść kontrastują z opisem starzejącego się i sponiewieranego kochanka, którym jest bohater "Hańby." Czujecie? Wiecznie młody (bo młodo obumarł) i jurny, chociaż znudzony uwiedzioną mężatką, symbol romantyzmu, i pięćdziesięcioletni rozwodnik, który musi coraz częściej korzystać z usług prostytutek, by z nimi zaznać rozkoszy. Kapitalnie zestawione, kapitalnie.

Seks i starość to dwie płaszczyzny, których zgodnego współistnienia nie dopuszczamy do świadomości. I mamy rację. Coetzee wyświadcza nam przysługę i przypomina o tym, czego być może dożyjemy...

Sam bohater bywa nieprzyjemny i odpychający, ale jakoś imponuje mi jego stalowy wręcz charakter. Niepokojąco łatwo godzi się z losem, który stał się jego udziałem. Pomimo ewidentnej winy, nie ma zamiaru składać samokrytyki. Nie żałuje feralnego romansu. Konsekwentnie broni swojego prawa do korzystania z życia, do chwytania się kobiet, które traktuje w dość instrumentalny sposób. Oj, nie miałby łatwego życia w czasach "kultury gwałtu" i szaleństwa #metoo.

Żeby nie przeciążać tej rozedrganej recenzji (bo to w końcu recenzja, a nie krytyczna analiza tekstu), napiszę, że mój zboczony polonistycznie umysł już w trakcie lektury zaczął układać tematy hipotetycznych lekcji. Cały tydzień roboty byłby przed nami. Tematy lekcji? Seks i jego postacie, wykorzystywanie, miłość romantyczna i jej odbicia, relacje ojciec-córka, "odwrócony" apartheid w kontekście "Jądra ciemności", przypadek i przeznaczenie, miłość i miłosierdzie, wina i kara, starość...

A to tylko 270 stron druku. Tylko. Esencja esencji.

Koniecznie.