środa, 5 grudnia 2018

Puste orzechy, czyli "Dumanowski" Szostaka

Pisarzy, którzy starali się zaglądać pod podszewkę polskości, można liczyć na kopy. W każdy możliwy sposób, przy pomocy dowolnej stylistyki, gatunku, rodzaju literackiego lub kategorii estetycznej rozprawiano się z Polską. Chwalono ją albo ganiono, uświęcano lub odbrązawiano. Kazano się kajać lub dumnie nosić swoje blizny. Ktokolwiek chciał wyrobić sobie jakieś zdanie o Polsce lub podeprzeć własną optykę literaturą, miał do dyspozycji setki książek – autorów pierwszorzędnych i drugorzędnych. Innymi słowy, rodzimi twórcy uwielbiają siłować się z polskością i, co oczywiste, raz z tej konfrontacji wychodzą obronną ręką, innym razem temat wydaje się ich przerastać.

Polska historia zaś aż prosi się o dziesiątki swoich alternatywnych wersji. Ogromna liczba „punktów węzłowych”, za sprawą których pociąg dziejów pojechał tam a nie gdzie indziej, sprawia, że bardzo łatwo spekulować na temat tego „co by było gdyby…”


Wit Szostak tworzy biografię fikcyjnego bohatera i osadza ją w fikcyjnej Polsce. To oczywiste, wynikające z powierzchownego odczytania stwierdzenie musi zostać jednak obudowane kilkoma informacjami, które pozwolą w pełni docenić ambitny zamiar pisarza oraz zrozumieć, dlaczego powieść ta nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

Zacznijmy jednak od początku – pierwsze strony podzielonej na krótkie rozdziały powieści przesycone są głębokim smutkiem. Dowiadujemy się, że zmarł właśnie „ojciec” wszystkich Polaków, przywódca o cechach biblijnego patriarchy, sprawiedliwy, dostojny, mądry wizjoner – Józefat Dumanowski. Przygotowania do ceremonii pogrzebowej, dziwny stupor, w jakim pogrąża się rzeczywistość, ludzie z otoczenia zmarłego, których nagle opuszcza poczucie sensu, żałoba rozlewająca się wraz z wiadomością o śmierci – to wszystko stanowi znakomitą ekspozycję tekstu. Jego dalsza część odtwarza losy tytułowego bohatera będącego ucieleśnieniem snu Polaków o idealnym, skrojonym na miarę marzeń i oczekiwań, przywódcy narodu.

Kim jest Dumanowski? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Jego pochodzenie jest niejasne, zanurzone w mrokach niedopowiedzeń, domysłów, które później przeobrażą się w legendę, rodzaj założycielskiego mitu. Dalsze partie opowieści to prawdziwa feeria przygód i mniejszych lub większych awantur. Szostak przemieszcza bohatera po całym kontynencie europejskim i, opisując poszczególne eskapady, udowadnia, że jak ryba w wodzie czuje się w gąszczu nawiązań, sugestii, kontekstów i skojarzeń. Życie Dumanowskiego splecione z XIX-wiecznymi „znakami rozpoznawczymi” tworzy naprawdę apetyczną mieszankę, a tytułowy bohater na tle swojej epoki nieustannie przeobraża się niczym Proteus z fraszki Kochanowskiego.

Cóż jednak z tego, skoro powieść najczęściej nie przynosi wiele więcej poza satysfakcją rozpoznania znanej ale zapomnianej melodii? Szostak co rusz porozumiewawczo mruga do nas okiem, nawiązując do jak największej liczby bohaterów, scen, symboli i miejsc kojarzących się z opisywaną epoką. Już sam początek książki zapowiada strategię, którą konsekwentnie rozwija autor – jeden z pierwszych epizodów to opis Dumanowskiego, który wraz ze swoim przyjacielem ucieka z pobitej w Rosji napoleońskiej armii i w mniszym przebraniu, udając tajnego emisariusza, wędruje bezdrożami Litwy. Brzmi znajomo, prawda? Takich „zagadek” znajdziemy dużo więcej.

Potencjalny czytelnik Dumanowskiego kuszony jest również obecnymi na kartach powieści postaciami Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Można jednak mieć wątpliwości, w jakim celu Szostak zamienił wieszcza w pretensjonalnego antypatycznego dziwkarza, a Słowackiego w opętane dziwną manią indywiduum? Taki patent rzecz jasna da się obronić, żonglując hasłami o zrzucaniu z cokołów narodowych świętości, ale w moich uszach pomysły pisarza brzmią jak wystrzały ślepymi nabojami, które tłumaczy wyłącznie wewnętrzna logika powieści i wolność artystycznego wyrazu. Autor żadnej nowej warstwy Mickiewiczowi nie dołożył, najmniejszych sensów Słowackiemu też nie przybyło.

Dlatego moim zdaniem ta książka służy tylko rozrywce i nie do końca mogę pogodzić się z myślą, że Dumanowski wyraża jakąś głębszą, refleksję na temat losów Polski i tęsknoty za bohaterem, w którym skumulują się wszystkie możliwości, jakie drzemią w naszych rodakach. Tekst uwodzi pozorną głębią, pobłyskują w niej realizm magiczny, elementy powieści płaszcza i szpady, przyśpiewki ludowe oraz fragmenty „naukowych” opracowań. Sceny symboliczne krzyżują się z obyczajowymi odtwarzającymi realia XIX-wiecznego Krakowa. A jednak wszystko to szeleści papierem.

Szostak „umie w literaturę”, ale cały problem z Dumanowskim polega na tym, że jest on przede wszystkim doskonałym ćwiczeniem stylistycznym, repetytorium z polskiej kultury XIX wieku, nie zaś odświeżającym konwencję pisania o Polsce i dającym do myślenia tekstem, który skłaniałby do głębszej medytacji o niezwykłym miejscu i czasie, w jakim mógłby żyć tytułowy bohater.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

wtorek, 4 grudnia 2018

Wszystkie moje drobne strachy, czyli "Śmierć trawy" Christophera

Czasem tak dla hecy sięgam sobie po jakąś postapokaliptyczną opowieść. 

W sumie bać się nie lubię, a katalog moich strachów jest przeogromny niczym kolekcja butów jakieś influenserki modowej z Los Angeles. Boję się, że rano niczego nie usłyszę w radiu (bo nie będzie elektryczności), kawy nie zaparzę (bo mnie nie będzie stać  na prawdziwą kawę), a do pracy będę konno jeździł (bo paliwa kopalne będą tylko dla gwiazd rocka i polityków samorządowych). Boję się, że zginę stratowany przez tłum walczących o czystą wodę barbarzyńców. Boję się, bo wiem, że ten dzisiejszy świat jest dla mnie, mój, że się przyzwyczaiłem i jest mi dobrze na tym skromnym spłachetku, które wszystkie media ma podłączone, rachunki z trudem pewnym opłacam i stać mnie na luksus pisania tych słów przy akompaniamencie Wayne'a Shortera, który dmucha w saksofon na płycie "Speak no evil". 

No i czytam te postapokalipsy...

"Śmierć trawy" Johna Christophera to powieść wydana w 1956 roku. W sumie tytuł mówi wszystko, karty są odkryte a czytelnik może wyobrazić sobie rozwój tej partii. To nic trudnego. Wirus niszczy wszelką trawę, a że do "trawiastych" należą również zboża będące podstawą pożywienia ludzi a także hodowlanych zwierząt, Ziemia ma problem. Powoli zapasy żywności na całym świecie zaczynają się kurczyć. Zdesperowani ludzie albo umierają z głodu, albo zagryzają samych siebie w aktach kanibalizmu, albo giną, próbując bronić swoich zapasów.



My całość obserwujemy z perspektywy kilkorga Anglików, którzy wyrwawszy się ze skazanego na zbombardowanie Londynu, podążają w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie można by chociaż ziemniaki uprawiać. Na swojej drodze są świadkami przeróżnych okropieństw, sami szybko zamieniają się w zimnokrwistych zabójców, przed którymi wcześniej szybko by uciekali.

Powieść nie jest najlepsza. "Globalne" wiadomości o skutkach głodu podawane są zdawkowo, brakuje rozmachu, który jeszcze bardziej przeorałby wyobraźnię odbiorców. Momentami miałem też wrażenie, że przyglądam się teatrowi telewizji - za dużo rozgrywa się w dialogach, kłótniach, dyskusjach. Język jest prosty, sprawozdawczy, autor szkicuje raczej, niż maluje słowem. Niby ok, ale chciałoby się jakiegoś nerwu, ukłucia, drżenia. Może się czepiam... Nie wiem. Pisał to Anglik, więc spokojny ton jest chyba jakoś zrozumiały.

Najapetyczniej (dziwne słowo w kontekście historii o głodzie) brzmią te partie, które opisują świat u progu katastrofy. Ostatnie wychylane kufle piwa, ostatnie dwudaniowe obiady, pulchne kelnerki obsługujące klientów restauracji, radio mruczące sezonowe przeboje. My wiemy, bohaterowie przeczuwają, w którą stronę się to wszystko (s)toczy. Coś wisi w powietrzu i lada chwila spadnie ciężkim dławiącym nieszczęściem. Ten stan sprzed katastrofy udało się autorowi doskonale opisać. I tego się też właśnie boję - że codziennie pijemy ostatnie piwo i ostatni raz słuchamy klasycznego jazzu.

Jako odtrutkę aplikowałem sobie "Rodzinę Połanieckich" Sienkiewicza. Prądu tam nie ma (jeszcze), konno i pociągami ludzie się po świecie poruszają i listy piszą w świetle naftowych lamp. Spokojnie tam i cicho. Jeszcze...

poniedziałek, 12 listopada 2018

Strach się bać, czyli "Upiorna opowieść" Strauba

Miłośnikowi grozy wystarczy pobieżna lektura podstawowych źródeł, by mógł on się przekonać, że duchy to jeden z najstarszych motywów literackich. Wiara w możliwość kontaktu żyjących ze zmarłymi, którzy pod różnymi postaciami i przy pomocy rozmaitych metod sprowadzani są na ten świat, pojawia się niemal od samego początku istnienia literatury. Klasyczne teksty zaludniały całe zastępy istot z zaświatów – duchy bliskich wywoływane przez Odyseusza, zjawy ilustrujące piekło wyrzutów sumienia Makbeta, czy Jaś, który męczył biedną Karusię.


Rzecz jasna duch nie był równy duchowi. Raz przyjmował postać mrocznej, przyprawiającej o kołatanie serca istoty, która dręczyła śmiertelników (jak w przypadku W kleszczach lęku Henry’ego Jamesa), kiedy indziej dobrotliwego widma, umożliwiającego zgorzkniałemu Ebenezerowi Scrooge’owi powrót na łono społeczeństwa. Innymi słowy w horrorze duch to element równie oczywisty jak kowboj w klasycznym westernie.


Horror niesłusznie chyba znalazł się dziś w getcie literatury gatunkowej i, traktowany po macoszemu przez „poważnych” krytyków i czytelników, nie ma zbyt wiele na swoją obronę. Pojawiają się jednak teksty tak niezwykłe jak Upiorna opowieść Petera Strauba. Sześćset stron prozy najwyższej próby, która zachowując odpowiednie proporcje, mogłaby wyjść spod pióra Jorge Louisa Borgesa, potrafi oszołomić najbardziej wyrafinowanego odbiorcę. Wielopoziomowość, szkatułkowa konstrukcja, precyzja wykonania, wyraźne i pełne szacunku odwołania do tradycji gatunku, meandrująca fabuła, duszna i zawiesista atmosfera – takimi właśnie określeniami zasypałbym kogoś, kto zapytałby mnie, dlaczego warto po tę powieść sięgnąć. Gdybym miał więcej czasu, moja rekomendacja rozwinęłaby się w pełną niekłamanego podziwu (nomen omen) opowieść.




W niewielkim amerykańskim miasteczku Milburn istnieje nieformalne Stowarzyszenie Chowder (słowo to oznaczać może tyle, co „flaki z olejem”). Czterech szanowanych panów w średnim wieku spotyka się, by usiadłszy wygodnie w fotelach, częstować się wzajemnie niesamowitymi opowieściami. Historie te, będące mieszaniną spowiedzi i konfabulacji, stanowić mogą zamknięte całości i przy odrobinie dobrej woli da się je czytać w oderwaniu od reszty tekstu. Straub wybiera jednak schemat powieści szkatułkowej i każda „wewnętrzna narracja” łączy się zarówno z całością dzieła, jak i odsyła do różnorakich kontekstów, historii gatunku, a nawet konkretnych nazwisk – postaci literackich lub twórców.


Dzieło Strauba to jednak nie tylko rzecz o opowiadaniu. Gdyby tak było, autentyczna groza zamknęłaby się w bezpiecznych ramach snutych opowieści i czytelnik łatwo rozproszyłby się, uświadomiwszy sobie, że słucha czyjejś historii, a opowiadający siedzi wygodnie w fotelu i popija herbatę. Jest jednak inaczej – członkowie Stowarzyszenia konfrontowani są z nadnaturalnymi wydarzeniami, które jak potężny niż nadciągnęły nad Milburn i przydusiły je własnym ciężarem. Stąd też w miasteczku pojawiają się upiory, widma przeszłości prześladujące bohaterów, tajemnicza siła zabija owce, a dawno nieżyjący materializują się na zaśnieżonych drogach.


Straub w zimny, zdystansowany i precyzyjny sposób tworzy prozę wysokiej jakości. Gdyby odrzeć Upiorną opowieść z wszelkiej niesamowitości, zdrapać niedopowiedzenia i rozwiać gęsty mrok tajemnicy, mielibyśmy do czynienia z klasycznie rozumianym realizmem. Odmalowane z pietyzmem Milburn, portrety lokalnej społeczności, mnogość detali i precyzja opisów pozwalają uwierzyć w realność miejsca, jego solidne umocowanie w rzeczywistości, w której sami przecież żyjemy. I właśnie na tym świecie, w epoce szaf grających, telewizji i telefonów coś zaczyna wybrzuszać się i pękać. To groza, która jak szybko nadciągająca zima pochłania miasto i pokonuje wszelkie zabezpieczenia. Racjonalizm bohaterów musi ustąpić przed paraliżującym, ścinającym krew w żyłach strachem.


Chyba największym atutem Upiornej opowieści jest stopień jej złożoności. Tę książkę można odczytywać na bardzo wielu różnych poziomach i za każdym razem pozwala ona rozkoszować się potęgą literatury. Powieść Strauba przypomina obrazy holenderskich mistrzów z Peterem Brueglem na czele – całość tekstu jest poskładana z mniejszych elementów. To właśnie dzięki poszczególnym historiom snutym przez bohaterów można rozpoznać skalę talentu pisarza, mistrzowską precyzję i zdumiewającą umiejętność kreowania nastroju. Złożona z fragmentów całość imponuje. Kolejne części Upiornej opowieści nie dość, że dobudowują piętra znaczeniowe, rozświetlają niczym pochodnie mrok kolejnych partii książki, to jeszcze zazębiają się ze sobą, tworząc precyzyjny i doskonale naoliwiony mechanizm powieści.


Sztuką jest napisać dzieło, które będzie unikalnym hołdem złożonym mistrzom grozy. Dlatego jedynym, najwłaściwszym określeniem, jakie przychodzi mi do głowy, gdy trzymam w ręce tekst Strauba, okazuje się słowo „potęga”. To literatura, której ambicją jest nie tylko straszenie czytelników i podawanie im odgrzewanych historii o duchach. Upiorna opowieść to przede wszystkim wielowymiarowe dzieło będące świadectwem doskonałej techniki pisarskiej i erudycji autora. I, co najważniejsze, książka ta nie jest pustym wewnętrznie metaliterackim eksperymentem. Upiorna opowieść traktuje czytelnika z szacunkiem i oferuje mu tyle, ile sam zechce w niej znaleźć.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

czwartek, 8 listopada 2018

Urok retro, czyli "Pielgrzymka na Ziemię" Sheckleya

Tak się już nie pisze i dlatego pewnie tyle przyjemności sprawiły mi opowiadania Roberta Sheckleya zebrane w tomie "Pielgrzymka na Ziemię". Tak się już nie pisze, a i czytelnicy dzisiejsi chyba oczekują od tekstów sondowania możliwości science fiction i zaprzęgania fantastyki do ciężkiej pracy. Dobra fantastyka ma być oszałamiająca, wirtuozerska formalnie, ma zabierać głos w BARDZO WAŻNYCH SPRAWACH, przewidywać przyszłość, ilustrować obawy naszych czasów, kończyć teksty imponującymi "plottłistami". "Pielgrzymka na Ziemię" jest nie dla Was, jeżeli tego właśnie szukacie w science fiction.

Teksty te powstały w złotych dla amerykańskich pisarzy science fiction czasach. Lata 50 i 60 to epoka pism, w których drukowani byli tacy giganci jak Dick, Clarke, Asimov, a forma opowiadania wydawało się być właściwym dla sf habitatem.

Gdzieś przeczytałem, że teksty Sheckleya przypominają skrzyżowanie nowelek telewizyjnych spod znaku "Strefy mroku" i odcinków "Star Trek". Jest w tym sporo prawdy. Wyżej wymienione telewizyjne produkcje dość swobodnie poczynały sobie z wszelkim naukowym prawdopodobieństwem, łamały zasady fizyki oraz zdrowego rozsądku - podróż na drugi koniec wszechświata zajmowała kilka minut, kosmici mówili po angielsku, teleportacja pozwalała przenosić się z planety na planetę, a wehikuły czasu rzadko groziły eksplozją czasoprzestrzennego paradoksu. Wszystko było możliwe i dozwolone. A fantastyka służyła zabawie lub dywagowaniu na temat człowieka - jego słabości, ograniczeń, możliwości. Stąd też część opowiadań pochodzących z tamtych czasów przypomina odpowiednio podrasowane, podlane futurystycznym sosem, powiastki filozoficzne.



Sheckley pisze fenomenalnie. Krótkie opowiadania opiera na jednym wyraźnym pomyśle, który rozwijany konsekwentnie, prowadzi prosto w stronę bardzo często zaskakującej pointy. Lądujemy na obcych planetach lub w odległej przyszłości, konfrontujemy się z obcymi formami życia lub wytworami ludzkiej cywilizacji - robotami i innymi maszynami, walczymy o przetrwanie lub sami zgubę niesiemy, gnieździmy się w klaustrofobicznych kabinach statków kosmicznych lub przemierzamy opustoszałe przestrzenie. Niemal trzydzieści zgromadzonych w tomie opowiadań ilustruje całe spektrum możliwości gatunku.

Możecie mi nie wierzyć, ale czytając teksty napisane jakieś 60 lat temu, człowiek może wciąż czuć niezwykłą satysfakcję, niemal radochę obcowania z literaturą zabawną, niby błahą, lekceważącą sobie niemal wszystko, co stanowić może o pierwiastku "science" z nazwy gatunku. Znakomite pióro Sheckleya ani na chwilę nie męczy czytelnika. Jasne, nie jest on pierwszorzędnym stylistą, ale wie, jak pisać, by chciało się kolejną stronę przewracać i wybiegać myślami do finału, który miał rozwiązać skomplikowaną sytuację, w jakiej znajdowali się bohaterowie.

Powinienem w tym momencie omówić kilka wybranych opowiadań, rzucić parę smakowitych kąsków, takich chrupek Scooby'ego, które zachęcą Was do sięgnięcia po teksty Sheckleya. Nie zrobię tego jednak. Jeżeli dotrwaliście do tego miejsca mojej recenzji i lubicie klasyczną retro fantastykę, to "Pielgrzymkę na Ziemię" znajdziecie i przeczytacie. A jeżeli nie, to nie.

Czołem!

poniedziałek, 29 października 2018

Głębiny i mielizny, czyli "Księżna jeleń" Ibáñeza

Za każdym razem, gdy zaczynam czytać tekst fantasy, zastanawiam się, jak bardzo autor nasyci go kliszami, schematami i rozpoznawalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Nie umiem zapomnieć o słowach krytyków i badaczy literatury, którzy ocenili ten gatunek jako niezwykle skonwencjonalizowany. Owo skostnienie ma przyczynę między innymi w fakcie, że fantasy rozrosło się w pewnych nieprzekraczalnych dla siebie granicach. Z jednej strony wyznaczone są one przez tradycje europejskich mitologii (najczęściej nordyckich, celtyckich, rzadziej klasycznych), z drugiej zaś inspiracje płyną szerokim strumieniem ze świata rycerskich legend oraz ogólnie pojmowanego średniowiecznego uniwersum. Elementy, którymi dysponuje autor chcący tworzyć w tym gatunku, są więc od dawna znane i każdy może po nie sięgnąć. Skarbiec jest otwarty, fantów nie pilnuje żaden smok, można zabrać to, co jest akurat potrzebne. Trzeba docenić również wpływ klasyków – Robert Howard, J. R. R. Tolkien, Poul Anderson i Ursula Le Guin stworzyli podwaliny fantasy, jej najbardziej rozpoznawalne realizacje. Za sprawą ich niewątpliwego geniuszu kolejni twórcy mogli albo udeptywać ścieżki, którymi ktoś już wcześniej przeszedł, albo bawić się konwencją, tworząc parodie i postmodernistyczne wariacje potwierdzające istnienie problemu „literatury wyczerpania”.

Moje spotkania z fantasy są za każdym razem podszyte głęboką nadzieją na to, że na nowo uwierzę w możliwości gatunku. Ktoś mnie zaskoczy, oczaruje, uwiedzie albo kreacją świata przedstawionego, albo fabułą, która będzie powiewem odświeżającej bryzy. Tym oczekiwaniom początkowo dawała radę sprostać Księżna jeleń Andrésa Ibáñeza.



Książka hiszpańskiego pisarza rozpoczyna się w sposób imponujący – opisem pierwszych wrażeń, jakich dostarcza głównemu bohaterowi, młodemu Hjalmarowi, wjazd do potężnego, nieziemsko pięknego miasta. Ten oszałamiający początek, który bardzo dobrze wróży całej powieści, jest doskonałą próbką stylu autora. Pióro Hiszpana wydaje się niemal stworzone do kreślenia plastycznych, niemal trójwymiarowych opisów, które (chociaż brzmi to banalnie) potrafią wciągnąć czytelnika do świata przedstawionego.

Autor nie boi się budować całych akapitów z wielopoziomowych opisów miasta, przez które przechodzi główny bohater. Natłok detali, barw, kształtów tylko z pozoru obezwładnia wyobraźnię, gdyż wystarczy poświęcić nieco więcej uwagi, a przed oczami staje wszystko to, co jest owocem talentu autora. Mieni się niczym wielobarwny gobelin. Co więcej, Ibáñez pieczołowicie dokumentuje również najdrobniejsze gesty bohaterów, szczegóły ubrań i dźwięki otoczenia. To bardzo sensualna proza, daleka od przyziemnej sprawozdawczości. Doskonale uzupełniają się w jej ramach szeroka, epicka fraza z niemal poetyckimi muśnięciami, gdy Ibáñez skupia uwagę na życiu wewnętrznym postaci. Ta cecha prozy Hiszpana jest chyba największym atutem powieści.

O ile początkowy zachwyt odurza czytelnika i utrzymuje się na wysokim poziomie, o tyle fabuła opowieści oraz całość świata przedstawionego może nieco rozczarować wyrobionego odbiorcę. Od samego początku czujemy pod stopami dobrze ubitą drogę, po której szły już wcześniej zastępy pisarzy fantasy. Z ołówkiem w ręku możemy prześledzić charakterystyczne dla gatunku klisze fabularne, które z założenia miały być nawiązaniami do klasyki literatury (na przykład „Dziejów Tristana i Izoldy”), a tak naprawdę rażą swoją przewidywalnością.

Główny bohater, sprzedany w niewolę syn władcy miniaturowego królestwa, trafia najpierw do kuchni, gdzie najlepsze, co może go spotkać, to obracanie w nieskończoność rożna ze sztukami mięsa. Jednak za sprawą kilku szczęśliwych zbiegów okoliczności chłopak dostaje się pod opiekę potężnego maga, który dostrzega w nim ogromny potencjał. Schemat awansu bohatera, który powoli uczy się czarnoksięskiego rzemiosła i jednocześnie zaczyna pałać gorącym uczuciem do następczyni tronu, poprowadzono bardzo poprawnie. Niewiele jest w stanie czytelnika zaskoczyć, otrzymuje on dokładnie to, co obiecywał sobie po lekturze typowej powieści fantasy.

Są jednak w tej książce miejsca, które mogły zwiastować „egzotyczne” rozwiązania, korytarze, którymi Ibáñez miał możliwość poprowadzić czytelnika w nieoczekiwanych kierunkach. Fantastyka w naszych czasach często staje się areną, na której światopoglądowe wojny toczą siły konserwatywne i liberalne. Reinterpretując typowe dla gatunków popularnych rozwiązania, buduje się dyskurs o wszelkich mniejszościach lub ignorowanych wcześniej niepasujących elementach. Nie dziwią więc wszelkie próby uczynienia z głównego bohatera osoby wyraźnie nienormatywnej.

W książce Ibáñeza główna bohaterka źle się czuje w swoim ciele. Woli polować, rzucać się w wir przygód, przebierając się za mężczyznę. Uwierają ją skromne możliwości, jakie jej płci oferuje ład społeczny. Niestety Księżna jeleń nie zyskuje za pomocą tego zabiegu niczego istotnego – nikt, czytając tę powieść, nie zacznie zastanawiać się nad miejscem kobiet w świecie fantasy, nie będzie dyskutował o płci jako pewnym spektrum, gdyż Ibáñez powierzchownie i zachowawczo podchodzi do tych kwestii.

Rzecz jasna czytelnik ukierunkowany na czystą przygodę nie będzie miał za złe hiszpańskiemu autorowi, że ten o poważnych sprawach woli rozmawiać przy innej okazji. Mnie jednak żal pewnych straconych możliwości, gdyż zawsze (być może zupełnie niesłusznie) oczekuję od europejskich twórców fantastyki czegoś więcej niż tylko rozrywkowej literatury. Być może to za dużo…

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty

piątek, 19 października 2018

Tango samego z sobą, czyli "Księga piasku" Borgesa

Nigdy nie potrafiłem rozgryźć fenomenu tego faceta, a jego twórczość, tajemnica oczywistego sukcesu, pozostanie dla mnie na zawsze jedną z największych niewiadomych literatury powszechnej. Dziś chyba Borges byłby niezauważony lub jego nazwisko kojarzyłaby garść fanatyków literatury iberoamerykańskiej. Może Nobel (którego Borges nie dostał, choć mu się należało) lub inny Booker skierowałby nieco światła na tego ociemniałego argentyńskiego pisarza. Najprawdopodobniej jednak spoczywałby Borges szczelnie zapieczętowany w szufladzie opatrzonej inskrypcją: "Uwaga! To pisarz dla pisarzy!"

Borges jednak wypłynął i na zawsze już pozostanie klasycznym postmodernistycznym (być może lepiej "aleksandryjskim") twórcą. Bez nie go nie można na poważnie rozmawiać o literaturze inspirującej się samą sobą, o tym wężu gryzącym własny ogon. Istotne dla legendy Borgesa były nie tylko same dzieła, ale również buńczuczne i kaskaderskie opinie, jakie wygłaszał na temat innych wielkich ludzi pióra. Nie znosił Kafki, Dostojewski go drażnił, Lorkę uznał za pretensjonalnego... 

Lubię takich ludzi.

Borges do perfekcji opanował krótką formę. Taki "Alef", zbiór opowiadań, który dałoby się zmieścić w kieszeni i zabrać na nudne przyjęcie imieninowe, to zdumiewające dzieło i każdy, komu śni się pisanie, powinien lekcję pobierać, obserwując starego mistrza przy pracy. Opowiadanie, nowelka, niemal szkic, apokryf, wykład, wspomnienie, urywek pamiętnika - w takie kostiumy Borges przebiera swoje pomysły. Nie dzieje się tak jednak tylko i wyłącznie z chęci zaimponowania głębinową erudycją i krystalicznym stylem. Borges po prostu żyje w literaturze, w opowieści, w historii i to samemu fenomenowi opowiadania składa nieustanne hołdy.



Chwyciłem "Księgę piasku", cieniutki zbiorek późnych tekstów Argentyńczyka, i znów przekonałem się o tym, jak bardzo niedzisiejsza jest to proza. Kto, chcąc znaczyć cokolwiek we współczesnej literaturze, pisałby tak krótkie teksty? Można nalać wodę do wanny, wejść, przeczytać, wyjść, a woda nie zdąży wystygnąć. Dziś trzeba produkować opasłe kobyły, tomiszcza po set stron, by czytelnik czuł (fizycznie), że nie kupuje powietrza. Borges ma to w nosie. On tworzy drobne, precyzyjne, twarde "przedmioty", których nie da się kupić w pierwszym lepszym sklepie z pamiątkami.

Na kilku, kilkunastu stronach tekstu albo świetnie podrabia styl (a nade wszystko atmosferę) prozy Lovecrafta, albo powraca do bliskich swojemu sercu opowieści o zawadiakach, którzy przy pomocy ostrych noży rozwiązują problemy egzystencjalne, albo w na poły onirycznym, na poły metafizycznym opowiadanku konfrontuje samego siebie z samym sobą z przyszłości. Troszkę tego mamy. To prawdziwe literackie delikatesy.

Powracają stare dobre dekoracje (Ameryka Południowa, półdzikie tereny, piękne niebezpieczne kobiety), problemy, motywy, toposy. Kolejny i kolejny raz przez pisarza podjęte, odbite, odkształcone, odbite w lustrach nawiązań i kontekstów. Czasem ma się wrażenie, że, niestety, Borges tańczy swoje tango w pojedynkę i to może od Borgesa odrzucać.

Należy on chyba do tej kategorii twórców, którym czytelnicy (słuchacze, widzowie) potrzebni nie są. Bill Evans, jeden z najwybitniejszych pianistów jazzowych, wolał grywać bez publiczności. Odbiorcy byli zbędni potrzebni, gdy czuł pod długimi palcami klawisze. Argentyńczyk dogadałby się z Amerykaninem...

Cóż, polecam, ale zdaję sobie sprawę, że ani nie jest to najlepszy tytuł, by rozpocząć przygodę z Borgesem, ani w ogóle nie jest to dzieło dla każdego. Niemniej warto się rozejrzeć. To jeden z najlepszych argentyńskich napastników.

poniedziałek, 15 października 2018

Antychrystek, czyli "Omen" Seltzera

Nie ukrywam, że Omen należy do moich ulubionych obrazów grozy. Nakręcono go w latach 70. na fali popularności horrorów satanistycznych lub, szerzej, okultystycznych. Lawina filmów, którą uruchomiło genialne Dziecko Rosemary Romana Polańskiego (ekranizacja prozy Iry Levina), pozwoliła zaistnieć takim klasykom jak Egzorcysta czy omawiany Omen. Cechą wspólną tych dzieł (oprócz pełnych sal kinowych, licznych kontynuacji oraz kultowego statusu pierwszych części) jest zwrócenie uwagi na chrześcijaństwo (najczęściej rzymski katolicyzm) jako wyjątkowo atrakcyjną przestrzeń, w której mogą rodzić się bardzo ciekawe pod względem fabularnym historie.


Chrześcijaństwo, jak żadna inna religia (a raczej jego uproszczona, popkulturowa wersja), pomogło zbudować twórcom arenę, na której konfrontują się zło i dobro. Doskonale wiemy, kto dybie na dusze śmiertelników, a kto stoi po ich stronie. Można zatem rzec – gdy trwoga, to do księdza katolickiego, którego koloratka lub sutanna stanowią odpowiedniki superbohaterskich trykotów, mocą jest modlitwa, a atrybutami różaniec, woda święcona i Pismo Święte. Dualistyczna wizja rzeczywistości sprzyja konstruowaniu opowieści o zmaganiach z demonami, naprzeciwko których stają anioły i święci. To wszystko jest bardzo atrakcyjne koncepcyjnie; duchowa wojna ma swoich bohaterów (najczęściej przystojnych lub dostojnych egzorcystów) i swoje ofiary, które albo świadomie weszły na ścieżkę zła i deprawacji, albo są niewinnymi pokrzywdzonymi przez nadnaturalne siły.




Omen jest opowieścią doskonale znaną fanom grozy. Główny bohater, Jeremy Thorn, to wpływowy amerykański polityk, w którym upatruje się przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ma z pozoru szczęśliwą rodzinę – piękną żonę i miłego synka. Pech chce, że mały Damian nie jest jego biologicznym dzieckiem, a zło, jakie z dnia na dzień rozwija się w drobnym ciałku, zaczyna niszczyć powoli wszystko, co Thorn kocha i ceni. Chłopiec, którego przyjście na świat sprzęgnięte jest z panującymi na świecie chaosem, wojnami i katastrofami naturalnymi, ma być znanym z Apokalipsy św. Jana Antychrystem. Thorn, wychowany w wierze katolickiej (ale kompletnie oziębły religijnie) racjonalista, musi zetrzeć się z mocami, w których istnienie powątpiewał. Ma położyć na szali własne człowieczeństwo, aby uratować ludzkość. Musi stać się męczennikiem, którego nikt na ołtarze nie wyniesie …


Autor, zgodnie z prawidłami sztuki scenopisarskiej, stopniowo zagęszcza atmosferę. Wprowadza kolejne niezwykłe i mrożące krew w żyłach wydarzenia, poszerza (w stosunku do filmowego pierwowzoru) perspektywę, abyśmy mogli nie tylko poznać skalę szatańskiego spisku, ale również zrozumieć czysto ludzkie motywacje, jakimi kierują się bohaterowie. Poszczególne sceny komponowane są na wzór filmowego montażu – czytamy o dziejących się jednocześnie wydarzeniach, co niestety nie robi aż takiego wrażenia jak efekty widoczne w kinie.


Zresztą, Omen dobrze wygląda jedynie jako zbeletryzowana wersja pierwotnego scenariusza. Z jednej strony książkę czyta się szybko, a konkretne informacje o świecie przedstawionym nie pozwalają czytelnikowi zgubić się w meandrach historii. Styl autora jest przejrzysty i sprawozdawczy. Nie uświadczymy więc głębszych introspekcji, zbędnej psychologizacji lub opisów gęstych od szczegółów. Nic nie odwraca naszej uwagi od rozwijającej się opowieści. Z drugiej jednak strony brakuje tej książce czegoś tak nieuchwytnego jak atmosfera. Twórca filmu może posłużyć się całą gamą narzędzi wywołujących strach: muzyką, kadrowaniem, zbliżeniami, grą świateł, dźwiękami – wszystkie, umiejętnie użyte, nawet z niezbyt mądrego dzieła mogą uczynić całkiem zgrabny „straszak”. Niestety, pisarz operuje tylko (i aż) słowami, które pod piórem przeciętnego stylisty nie będą niczym więcej. W przypadku Omenu nie umiem cieszyć się lekturą mając przed oczyma kilka mocnych scen z filmu. Wciąż porównuję obie rzeczywistości, ale starcie to najczęściej wypada na niekorzyść papierowej wersji.


Dodatkową atrakcją czekającą na czytelników Omenu jest posłowie autorstwa Mateusza Zimmermana, który znakomicie tłumaczy nie tylko okoliczności powstania filmu oraz książki, ale również rozświetla bardzo ciekawymi kontekstami przestrzenie, których istnienia czytelnicy niekoniecznie musieli być świadomi.


Niemniej uważam, że tej powieści nie wypada nie znać, jeżeli chce się uchodzić za specjalistę lub po prostu miłośnika szeroko rozumianej grozy. To wciąż jedna z najbardziej znanych historii w dziejach gatunku, która utrwaliła w masowej wyobraźni nie tylko figurę Antychrysta, ale również sposób jego przyjścia na świat w postaci małego, wyjątkowo spokojnego dziecka.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

środa, 3 października 2018

Można się już tylko śmiać, czyli "Cudowna broń" Dicka

Ja nigdy nie ukrywałem, że moja przygoda (romans? małżeństwo?) z fantastyką naukową zaczęła się od spotkanie z książkami Philipa Dicka. Kończyłem liceum i przez przypadek w bibliotece zamiast chwycić Arthura C. Clarke'a złapałem właśnie "Ubika". No i się zaczęło... Pochłonąłem niemal wszystko, co Dick wystukał na swoich maszynach do pisania.

Oczywiście nie mam zamiaru odtwarzać tutaj żadnego stanu badań - biblioteka zbierająca omówienia twórczości autora "Słonecznej loterii" jest naprawdę imponująca i nie ma najmniejszego sensu, by mądrować się i wyważać otwarte drzwi.

Mogę jednak zrobić coś innego - wejść drugi raz do tej samej rzeki i sprawdzić, czy doskonała niegdyś do kąpieli woda nie straciła swoich walorów. "Cudowną broń" przeczytałem kiedyś jako kolejną powieść Dicka i nie zrobiła ona na mnie większego wrażenia. Nie zrozumcie mnie źle - dla mnie większość powieści amerykańskiego pisarza była wyśmienita, "Cudowna broń" była najzwyczajniej w świecie dobra. Zapamiętałem kilka scen, parę dialogów, atmosferę. Niewiele więcej.




Dziś, przewróciwszy ostatnią stronę nowego przekładu, którego autorem jest Krzysztof Sokołowski, stanąłem twarzą w twarz z niewiadomą, z łamigłówką, z tekstem kultury, który przypominać może płótno Jacksona Pollocka, opętańczy wykwit abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Powiedzieć, że w tym szaleństwie jest metoda, to nic nie powiedzieć.

Gdyby ktoś mnie prosił, bym polecił mu jakiegoś Dicka na początek, "Cudowna broń" idealnie by się do tego nadawała. Nie kamienie milowe fantastyki w stylu "Ubika" czy "Trzech stygmatów...", ale właśnie ta powieść "środka", która zbiera w sobie niemal wszystko, co dla tego pisarza charakterystyczne, świadczy o jego wielkości oraz, niestety, o słabości.

Kiedyś wymyśliłem sobie taką oto definicję pisarstwa Dicka: "Na Ziemię napadają Marsjanie, ale główny bohater ma to wszystko w nosie, bo jest akurat w trakcie bardzo bolesnego rozwodu". Może ktoś inny to wymyślił? Nieważne. Czujecie jednak, o co chodzi, prawda?

Niewielu pisarzy fantastyki w ten właśnie sposób poczyna sobie z materią powieści. Z reguły postacie uwikłane są w doraźne rozwiązania fabularne lub istnieją jedynie po to, by na swoich barkach dźwigać mniej lub bardziej wyrafinowany/ograny pomysł. A przecież nikt z nas nie żyje tylko i wyłącznie Wielką Ideą; śpimy, marzymy, pijemy herbatę, żartujemy lub przeżuwamy przekleństwa, konfrontując się z płytką złośliwością świata i bliźnich. Dick to wyczuwa i pozwala bohaterom prowadzić miałkie, pozbawione znaczenia (w kontekście całego utworu) rozmowy. Pech chce jednak, że pisarz zbyt często rozgrzebuje własne pokręcone życie osobiste i wkłada zadawane samemu sobie pytania i odpowiedzi w usta dialogujących postaci.

Ja się czuję wtedy pogubiony - nie dlatego, że nie rozumiem tego, o czym czytam. Ja się gubię w meandrach uczuć, w psychologizmach, które podrasowane są amerykańską skłonnością do dzielenia włosa na czworo (oczywiście na miękkich kozetkach w gabinetach headshrinkerów). Zbyt głębokie introspekcje nie przekonują mnie, wcale nie zbliżają do prawdy o człowieku. Są jedynie zapisem szamotaniny - albo samego Dicka, albo postaci, w które Dick wpompował własne pogruchotane emocje.

Nie umiem tego docenić. Choćbym się starał, nie umiem.

Co innego jest siłą "Cudownej broni". Groteska, która tak bardzo psuje humor twardogłowym wielbicielom hard science fiction, leży u fundamentów tej powieści i nie pozwala odczytywać jej dosłownie, literalnie. Wszystko, od iście manichejskiej koncepcji świata przedstawionego (karykaturalne odbicie obu stron żelaznej kurtyny), poprzez obraz przemysłu zbrojeniowego, po szyderę z idiotyzmów kultury masowej - wszystko poddano obróbce w warsztacie wielkiego kpiarza, który obnosi się ze swoim krzywym zwierciadłem pod gościńcach obłąkanego dwudziestego stulecia.

Groteska Dicka nie ma jednak waloru terapeutycznego. Nie, Dickowi chyba nie zależało na stworzeniu satyry, po przeczytaniu której ludzie opamiętają się i porzucą konsumpcyjny styl bycia (bycia, nie życia). Generałowie nie rozbroją swoich armii, politycy nie podadzą sobie rąk ponad liniami demarkacyjnymi, prości ludzie nie przestaną roić o władzy absolutnej, która pozwoli im bezkarnie upokarzać sąsiadów. 

"Cudowna broń" jest więc wyrazem cynicznego, żeby nie powiedzieć, nihilistycznego oglądu pola. Będąc jednostką, elementem Systemu, nawet naznaczoną talentem do pisania fajnych historyjek, nie można Systemu zmienić. Można jedynie wyjść na środek i krzyczeć. Lub się śmiać, z wszystkiego. "Życie błazeństwem jest na scenie..."

Dick pokazuje również język macierzystemu gatunkowi, który wykarmił go własną piersią, a którego stał się odrodnym dzieckiem. "Symbole narodowe" fantastyki zostają przez Dicka nawet nie zakwestionowane, ale raczej wyśmiane w duchu Franciszka Rabelaisa lub, być może, Jonathana Swifta. Militarystyczna fantastyka, podróże w czasie, dystopijna rzeczywistość, rojenia o lepszej przyszłości, inwazja Obcych, sztuczna inteligencja - "Cudowna broń" wrzuca to wszystko do jednogarnkowego dania i podane przez szalonego szefa kuchni. Nie ma tu chyba jednak ani jednego elementu, który by nie został odkształcony, doprowadzony do absurdalnych wręcz rozmiarów lub rozdęty. Najsilniej obrywa się chyba komiksowej pulpie, koncepcji superbohaterskich przygód spod znaku Marvela lub DC Comics - tutaj Dick szarżuje, wpada w stylistyczny amok, parodiując idiotyczne pseudonimy komiksowych herosów, kretyńskich superłotrów i rozwiązania fabularne dla imbecyli. 

To dobra powieść, a jej przewrotna mądrość objawi się wtedy, gdy przestaniemy z rozdziawionymi gębami śledzić błazeństwa Dicka, a zaczniemy się zastanawiać, dlaczego ktoś przed nami w błazna się zamienia. Polecam taki właśnie rodzaj namysłu.

***

W tej recenzji w sumie nie ma ani słowa o treści książki. I dobrze. Bo to nie jest recenzja.

niedziela, 23 września 2018

Co będzie, to będzie, czyli "Kołysanka stop" Biedrzyckiego


Kiedyś kiedyś po kolej depresyjnej propozycji science fiction, która w przerażający sposób (a co gorsza wiarygodny) pokazała mi zdegenerowaną przyszłość, zapytałem sam siebie, gdzie ulotnił się entuzjazm tych, którzy o metaforycznym jutrze myśleli z nadzieją, delikatnym optymizmem. Gdzie są ci (i czy w ogóle są) tacy, którzy wierzą wciąż w przysłowiowe latające samochody rodem z Jetsonów? Czyżby współczesna fantastyka kompletnie zarzuciła wiarę w „lepsze jutro”? Sztandarowe, zbudowane poprzez seriale, rzadziej książki, wizje przyszłości pompują w człowieka przekonanie, że może być tylko gorzej, dużo gorzej…



Czytając zbiór opowiadań Bartka Biedrzyckiego „Kołysanka stop”, miałem wrażenie, że autor idealnie wpisuje się w tę tendencję, co zresztą potwierdzają słowa zapowiadające książkę. Początkowo nic nie zwiastuje mroku, w jakim będzie stopniowo zanurzać się czytelnik. Pierwszy tekst ( „Czarne światło, błękitny lód”) to historia kowboja klawiatury. Biedrzycki buduje niemal archetypiczne wyobrażenie specjalisty od IT, delikatnego socjopaty, którego relacje międzyludzkie sprowadzają się do wymiany komunikatów z podobnymi sobie odludkami. Pewnego dnia jednak ktoś bezczelnie włamuje się do pilnowanych przez niego baz danych, co zmusza bohatera do gorączkowych poszukiwań intruza i wpędza z czasem w paranoję. Opowiadanie skręciło w nieoczekiwaną stronę, ale nie zawiodło mnie tam, gdzie myślałem. Mógłby Biedrzycki uczynić z tego tekstu całkiem zgrabną metaforę tęsknoty za sacrum i samego sacrum, które w końcu człowieka dopada, uwodzi niczym siłą, która porwała św. Augustyna. Wyszło inaczej, zwyczajniej. Szkoda? Może…

Drugim opowiadaniem wbija Biedrzycki wbija nóż pomiędzy żebra wszystkim uwiedzionym przez polityczną poprawność i „social justice” liberałom. Świat przyszłości to rzeczywistość rodem z mokrych snów zwolenników partii Razem, wynaturzona i poddana ciśnieniu groteski wizja, w której pobrzmiewają dalekie (ale słyszalne) echa „Seksmisji” Machulskiego. Ziemia to piekło (pozornej) równości, terror nadwrażliwości na punkcie seksualności, otchłań, w której wszelkie mniejszości biorą odwet na do niedawnych oprawcach – białych heteroseksualnych mężczyznach jedzących mięso. Zgrabny to tekst, nie wiem, czy nie mój ulubiony w całym tomie.

Tytułowa „Kołysanka stop” to ukłon w stronę klasycznego cyberpunku lub może drwina z próbujących odrestaurować cyberpunkową stylistykę fanatyków – wszelkich cosplayerów i pisarzy. Pierwszoosobowa narracja pozwala niemal na własnej skórze odczuć niebezpieczeństwa, jakie czekają na grupę najemników mających podjąć się na pozór bezproblemowej misji. Całość przypomina fabularyzowany, poddany logice literatury, zapis gry RPG – to dynamiczny, pełen zwrotów akcji, a jednak nie będący większym intelektualnym wyzwaniem tekst. Rozrywka. Czego więcej chcą chłopcy?

Dwa ostatnie teksty wprawiły mnie w parszywy nastrój – bohaterami są dzieci, raz poddawane koszmarnej próbie przetrwania w zdegenerowanej Strefie, gdzie muszą zmierzyć się z głodem, chorobami i mrozem, innym razem to mali wyrobnicy pracujący w upiornej fabryce. Przygnębiający finał zbioru długo gdzieś tam we mnie pracował, a nie lubię, gdy ktoś trąca takie struny mojej wrażliwości.

„Kołysanka stop” to dobry zbiór opowiadań. Mimo pewnych zawiedzionych oczekiwań, bo chciałoby mi się większej rozpiętości tematycznej i bardziej zróżnicowanej stylistyki, książka jest na tyle zwarta i skoncentrowana, by nie zdążyć się nią zmęczyć. Momentami bawi, czasem przeraża lub zmusza do chwili namysłu. Nigdy nie nudzi. Czego chcieć więcej? 

Chociaż nie, chciałoby się czegoś więcej. Czekam, aż ktoś o równie sprawnym piórze napisze pięć opowieści, które podniosą na duchu i pozwolą uwierzyć w jasną przyszłość.

poniedziałek, 10 września 2018

Takie życie, czyli "Profesor Stoner" Williamsa

Fantastyczne w literaturze fantastycznej jest to, że od czasu do czasu ciągnie człowieka do innych odmian literatury. Marzy się soczysta, krwista, ziarnista proza. Solidnie trzymająca się ziemi literatura, która nie musi posługiwać się alegoriami, by powiedzieć coś istotnego na temat człowieka i życia. 

Korzystając z dobrodziejstw Internetu, zapytałem pewną grupę czytelników, jaką poleciliby mi powieść obyczajową. Bałem się, że zostanę zasypany propozycjami reprezentującymi powiedzmy średni poziom artystyczny, a ja chciałem szlachetnej próby realizmu. Chciałem wierzyć w bohaterów, świat i relacje, jakie zachodzą pomiędzy tymi rzeczywistościami. 

Chciałem, to i dostałem...



"Profesor Stoner" jest tak klasyczną realizacją założeń realizmu, że trudno by mi było znaleźć podobne dzieło w całym przepastnym XX wieku. Powieść otwierającą się drobiazgowym opisem dzieciństwa bohatera, zamyka scena jego śmierci. Początek i koniec. Jeden żywot. Nic więcej, chociaż tak naprawdę wszystko. Wszystko, co po większości z nas zostanie...

Nie wiem do końca, jak te tekst Wam przedstawić. Z jednej strony korci mnie, by oprzeć się o życiorys Stonera - mężczyzny, który pochodząc z rodziny biednych farmerów, odkrył na studiach powołanie, zew literatury, i ku rozczarowaniu rodziców, pozostał na uczelni, gdzie mozolnie wspinał się po szczeblach akademickiej kariery. 

Po drodze zdobywał i tracił przyjaciół, ożenił się dość nieszczęśliwie i spłodził córkę, która miała być może szansę stać się piękną i szlachetną istotą. Walczył z własnymi słabościami, intrygami współpracowników, zawiścią i bezinteresowną złośliwością. Przede wszystkim pracował, pchał przed sobą kamień, nie jeden raz cofał się, gdy ten wyślizgiwał mu się z rąk i wracał tam, skąd go podźwignięto...

Gdy oglądamy transmisje meczy piłki nożnej, czasami komentator zwraca uwagę na zawodnika, którego określa się mianem "cichego bohatera". Nie strzela on bramek, nie ma efektownych asyst ani robinsonad. On po prostu ciężko haruje, by cała drużyna osiągnęła sukces. Gdy odejdzie na emeryturę, kibice z trudem dostrzegą jego brak na boisku. Taką postacią był właśnie Stoner - człowiek solidny, ale nie wybitny. Autor jednej naukowej książki, której niemal nikt nie przeczytał. Spełniony nauczyciel, który jednak nie mógł (jak zresztą większość nauczyciel, wiem coś o tym) domyślić się nawet, jaki i czy w ogóle jakiś wywarł wpływ na swoich studentów. 

Chyba właśnie na tym polega najszlachetniejszy realizm - na snuciu opowieści o zwykłych, typowych, przeciętnych ludziach, takich "Kowalskich", którzy wchodzą i schodzą ze sceny życia niczym zawodowi statyści. Komuś są potrzebni, coś się dzięki nim dzieje, ale... Sami wiecie. Człowiek nie chciałby być takim przeciętniakiem, ale najprawdopodobniej jest.

Czy to smutne? Przygnębiające? Chyba nie, mówi Williams, każde życie jest udane i godne przeżycia. Ba! Godne opisania, następnie przeczytania. 

Gdybym miał interpretować "Profesora Stonera", musiałbym zwracać uwagę na przynajmniej kilka istotnych tropów: uparta, wykonywana z zaciśniętymi zębami praca, stoicki niemal spokój, upór, ten rodzaj uporu, jaki pozwala walczyć z nieurodzajną ziemią i niepłodnymi umysłami studentów, szczęście, które przychodzi za późno i przeganiane jest za wcześnie... Cóż, fenomenalnie ta powieść rozlicza się z naszymi złudzeniami, marzeniami, ale również porażkami - wszystko to bohater książki poznał, wchłonął, przepracował, będąc wiernym sobie i pewnemu etosowi, co finalnie donikąd go nie zaprowadziło.

Takie życie...

Na koniec powiem Wam jedną rzecz - ja się rzadko wzruszam, czytając książki. Bohaterowie literaccy są dla mnie raczej funkcjami testu, nie osobami "z krwi i kości", za którymi się tęskni, którym się kibicuje w ich zmaganiach z żywiołami życia. A jednak mój zimny, lodowaty niemal sposób odbioru tekstów czasem musi się rozpaść się w pył w konfrontacji ze specyficznie ukształtowaną opowieścią.

Gdy poznaję bohatera w młodości, towarzyszę mu na krętych drogach dorosłości, a potem siedzę obok jego łoża śmierci, wtedy zżywam się z nim. Tak jakoś po ludzku, tak normalnie... I najzwyczajniej smutno mi, gdy musimy się rozstać.

Te moje chaotyczne rozważania dobiegają końca. Szukajcie (tej książki), a znajdziecie kawał naprawdę dobrej literatury. Mocno polecam.

piątek, 7 września 2018

Na twardo, czyli "Proxima" Baxtera

Gdy pomyślimy o mnogości odmian fantastyki, jej najbardziej klasyczna postać, którą ochrzczono terminem hard science fiction, wydaje się zagłuszona przez mniej wymagające podgatunki. Autorzy twardej fantastyki mobilizują twórców i czytelników do wysiłku intelektualnego, oczekują pewnego zaplecza – wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych, podstawowej orientacji w najnowszych odkryciach naukowych i problemach, o których dyskutują potężne umysły. Bez tego wszystkiego fantastyka naukowa traci swój bardzo istotny wymiar i zamienia się wyłącznie w dostarczycielkę najprostszych emocji, przestaje „wieszczyć” w oparciu o twarde przesłanki.

Z drugiej zaś strony bardzo często okazywało się, że futurologia uprawiana przez autorów science fiction, kolokwialnie mówiąc, trafiała kulą w płot – przewidywała nigdy niezaistniałe problemy, marginalizowała dręczące nas dzisiaj bolączki. Ponadto od dłuższego czasu daje się również słyszeć głosy, że klasycznie rozumiana fantastyka naukowa traci czytelników z powodu wyczerpania się konwencji, która, podobnie jak tolkienowska fantasy, po prostu się opatrzyła, zużyła za sprawą tysięcy realizacji i nie oferuje niczego, czego wcześniej miłośnicy gatunku by nie spotkali.


Stephen Baxter, pisząc Proximę, prawdopodobnie musiał zderzyć się z podobnymi wątpliwościami – jego powieść, której akcję umieszczono w odległej przyszłości, podejmuje problemy, które już wielokrotnie raz „przerabiał” interesujący nas gatunek, a jednak książka ta potrafi dać naprawdę sporo satysfakcji.

Pomimo tego, że dzieło porusza się po przynajmniej dwóch torach fabularnych, chyba najsilniej uwagę czytelnika może przykuć wątek przymusowej kolonizacji planety, której warunki zbliżone są do ziemskich. Koloniści mimo woli, porzuceni w peryferyjnym świecie, dość szybko zapominają o swojej misji i w większości odsłaniają iście patologiczne cechy. Próba ukorzenienia się ludzkiej cywilizacji na planecie zwanej przez nich Per Ardua nawet nie pachnie heroizmem, który kojarzylibyśmy z podobnymi przedsięwzięciami. Trwa wegetacja zamiast życia, beznadziejne oczekiwanie na nie wiadomo co.

Kolonizatorom, którzy w końcu decydują się spłodzić potomstwo, towarzyszy robot ColU, którego uznać można za jedną z najcieplejszych (wiem, że brzmi to osobliwie) kreacji tego typu. Maszyna nie tylko ma opiekować się kolonistami na pierwszym etapie podporządkowywania sobie obcej planety, ale jej zadaniem jest badanie miejscowej niezwykłej flory i osobliwej fauny. Robot często przypomina najlepszego ucznia w klasie, którego otaczają absolutnie niezainteresowani nauką ignoranci.

Jednocześnie autor podejmuje wątek niezwykłej energii, tzw. ziaren wydobywanych spod powierzchni jednej z planet Układu Słonecznego. Ich niezwykłe właściwości mogą zdecydować o tym, kto będzie dominował we wszechświecie – potężni Chińczycy czy ONZ – organizacja zrzeszająca narody chcące uniknąć hegemonii Chin. Badacze zajmujący się ziarnami natrafiają na dowody na to, że ich pochodzenie nie może być naturalne. Być może są pozostałością po o wiele starszej cywilizacji? Dodatkową niespodzianką okazuje się właz, przejście znalezione w kopalni ziaren, które prowadzi do… Tutaj zmuszony jestem urwać, żeby nie zepsuć czytelnikom jednej z zagadek, jakie przygotował dla nich Baxter, napiszę tylko, że poszczególne wątki fabularne zgrają się ze sobą i stworzą bardzo ciekawą jakość.

Sama jednak fabuła powieści to nie jedyna atrakcja Proximy. Brytyjski pisarz stworzył bardzo szeroką panoramę przyszłości – nasz wzrok wędruje od spustoszonej zmianami klimatycznymi Ziemi, poprzez przestrzeń kosmiczną, w której regularnie kursują precyzyjnie opisane statki kosmiczne, aż do osiedli ludzkich założonych między innymi na Księżycu. Wszystko to przedstawiono zgodnie z najlepszymi wzorcami obowiązującymi w science fiction. Baxter, który posiada tytuł naukowy z inżynierii, robi wszystko, by uprawdopodobnić opisywany przez siebie świat i panujące w nim reguły, a więc zwolennicy „twardej” fantastyki znajdą w tej powieści to, co ich najbardziej interesuje: próbę odpowiedzi na pytanie o to, w jakim kierunku może pójść rozwój techniki i całej cywilizacji.

Baxter radzi sobie również doskonale z opisem życia na Per Ardui – za sprawą „przemądrzałego” robota (to sprytny zabieg pisarski) dowiadujemy się o ekosystemie obcej człowiekowi planety, egzotyce zamieszkujących ją istot, które potrafiły stworzyć całkiem sprawnie działającą strukturę pozwalającą im na przetrwanie w trudnych warunkach.

Zmierzając w stronę podsumowania rozważań na temat powieści Baxtera trzeba podkreślić, że w bardzo dobry sposób znajduje ona równowagę pomiędzy ciekawą, momentami naprawdę zaskakującą fabułą, a partiami opisowymi, które mają przedstawić czytelnikowi przyszłość. Żaden z elementów książki nie przytłacza, nie przesłania innych. Rozterki, wątpliwości, rozczarowania i drobne tryumfy wiarygodnych psychologicznie bohaterów są dla odbiorcy równie ważne jak prawdopodobny obraz naszego świata, który (być może) wypełnią nieistniejące jeszcze cuda techniki.

Jeżeli można od hard science fiction chcieć czegoś więcej, niż daje Proxima, to ja sobie tego nie wyobrażam. Ale być może nie powinniśmy ograniczać się możliwościami mojej wyobraźni...

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl, tutaj ->

niedziela, 26 sierpnia 2018

Lego pod stopą, czyli "Paragon" Wiercigroch-Woźniak

Zły jestem na siebie. Powinienem te słowa napisać najpierw piórem, w (powiedzmy) dizajnerskim notatniku, na którego bezkwasowym papierze atrament kładzie się miękko i szybko schnie. Powinienem pisać wolniej, celebrując charakter pisma, ciesząc się z dziwnego nieprzewidywalnego "liternictwa". Ale jestem leniwy, piszę tutaj, naciskam klawisze, w sumie nawet nie patrzę zbyt często na klawiaturę. Stukam, paruje ze mnie kawa, pełznie senność...

I w takich to oto warunkach bojowych przyszło mi zmierzyć się z tomem wierszy Klaudii Wiercigroch-Woźniak pt. "Paragon". Tomik został wydany jako nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina, więc  mamy do czynienia z książką nie pierwszą lepszą, ale wybraną, wyselekcjonowaną, mającą umocnić nazwisko i wywindować w stratosferę tę lirykę. 

Nie mnie wyrokować, czy sztuka ta się udała. Po prostu za głupi jestem, by cokolwiek przewidzieć w tak nieprzewidywalnym biznesie jak polska liryka współczesna. Niemniej spróbuję Wam coś tam o "Paragonie".



Wiersze zebrane w tym tomie jako żywo potwierdzają tezę o rosnącym zaangażowaniu społecznym (publicystycznym?) polskiej młodej liryki. Chyba rzadko komu wypada dziś bezrefleksyjnie błąkać się po wrzosowiskach prywatnych obsesji i jednocześnie ścigać peleton tych, którzy "nie żałują róż, gdy płoną lasy". 

Poetka od pierwszych wierszy zaznacza terytorium, którego będzie bronić, obudowywać znaczeniami, okopywać wilczymi dołami, w jakie powpadać mają ci, przeciwko którym owe teksty powstały. Bazę, której broni Wiercigorch-Woźniak, dość łatwo opisać można posiłkując się uproszczonymi światopoglądowymi narracjami. To szeroko rozumiana lewicowość manifestująca się pogardą dla narzucanych ról społecznych, oczekiwań, wymagań. Wrażliwość na problemy społeczne, nietolerancję, ksenofobię, znieczulicę. Nawet delikatne antykonsumpcjonistyczne tony bez większego problemu znajdziemy w tej książce.

Oczywiście najsilniej w "Paragonie" wybrzmiewa kobiecość - twarda, nieustępliwa, pozornie dająca się odkształcać, ale tak naprawdę zwarta i gęsta, skupiona. Jak klocek lego, który zdepnięty stopą najróżniejszych obowiązków, niewiele robi sobie z owej stopy.

Najsilniej ufortyfikowane granice podmiotu lirycznego to granice ciała. Stąd opór, bunt, niezgoda na te normy kultury, które przyzwalają na ich fizyczne lub symboliczne przekraczanie. Tę piosenkę też znamy. Moje ciało, moja...

Na szczęście liryka ta broni się nie tylko swoimi "wiecowymi" tematami. Pozostaje język. Zaczepna to poezja, chętnie i często sięga po cytaty żywcem wyrwane z bulgocącej kadzi Internetu. Komentarze przypadkowych użytkowników, jadowite lub bezduszne, okrutne lub po prostu głupie, sąsiadują z pustosłowiem rodem z telewizji śniadaniowej. Click baitowe nagłówki z surowymi medialnymi depeszami. Cały ten zgiełk poetka stapia z wysokiej próby poezją, która ironicznie lub lirycznie paraliżuje i rozbraja ideowych przeciwników.

Te kolaże/mariaże stylistyczne (bo tak bym zdefiniował sporą część wierszy) bardzo często wieńczone są dotkliwymi punch line'ami, które poetka wybiera zamiast pointy lub wyciszającej kody. Czasami nie wiem, czy robi dobrze, ale rozumiem, że ten typ poezji musi kończyć symboliczne zaciśnięcie pięści i uniesienie jej wysoko.

Dobre to wiersze. Aktualne i ciekawie włączające się w dyskusje przetaczające się jak fronty atmosferyczne ponad naszym pięknym krajem. I mimo, że pewnie ja i poetka znaleźlibyśmy się po dwóch stronach ideologicznej barykady, znajduję dużą przyjemność w lekturze "Paragonu."

Przyjemność ta jest podwójna, gdyż przypominam sobie pierwszy świadomy kontakt z prawdziwą poezją. Jako dzieciak z podstawówki czytałem wiersze Anny Świrszczyńskiej z tomu "Jestem baba" i, mówiąc kolokwialnie, współczułem, ale nie czułem i nie utożsamiałem się z opisywanymi dramatami.

środa, 22 sierpnia 2018

Masz piękny mózg, czyli "Statek, który śpiewał" McCaffrey

Nie spodziewałem się, że aż tyle satysfakcji czytelniczej sprawi mi ta zupełnie przypadkiem odkryta książka. Gdzieś w odmętach Internetów znalazłem artykuł-wyliczankę: "Najlepsze niewojenne space opery" czy coś w tym stylu. Generalnie chodziło o tę odmianę science fiction, którą umieszczono w kosmosie, ale daleko jej do prostych strzelanek w stylu "Gwiezdnych wojen", których platonicznie, ale szczerze nie lubię.

"Statek, który śpiewał" na dodatek realizuje moją ulubioną strukturę fabularną - powieść złożono z kilku części stanowiących oddzielne, zamknięte wewnętrznie całości, które jednak wzajemnie ze sobą korespondują. Z czymś takim  mieliśmy na przykład do czynienia w klasycznej pierwszej odsłonie "Fundacji" Asimova. 

Jak pewnie wiecie (znamy się wszak tyle lat), nie znoszę przesady, przesytu, wybujałości. Nie lubię, gdy w horrorach od pierwszej do ostatniej strony leje się krew, a duchy potrząsają łańcuchami. Nie lubię, gdy w kryminałach autor ani razu nie pozwala mi spuścić oka ze śledztwa, by nacieszyć się ponurym detektywem lub wyrafinowanym zbrodniarzem. Nie lubię spirytusu, wolę piwo. I gęste podwójne espresso popijam wodą. 

W samej fantastyce też szukam "zaczepienia". Lubię te teksty, które nie wrzucają mnie na głęboką wodę przedziwnego świata przedstawionego. Nawet na najodleglejszych planetach lubię rozpoznawać znajome kształty, przedmioty, ludzkie rozterki i dramaty, namiętności i słabostki. 

I właśnie dlatego tak dobrze czytało się "Statek, który śpiewał", książkę w 100% realizującą założenia fantastyki naukowej, a jednocześnie jakiejś takiej... ciepłej (?),humanistycznej (?). 


Tytułowym statkiem jest potężny pojazd zwiadowczy, w który wbudowano ludzki mózg. Piękna to idea, gdyż mózg ten pochodzi z ludzkiego ciała, które nie miałoby szans na samodzielną egzystencję z powodu zdiagnozowanych ciężkich deformujących ciało chorób. McCaffrey daje więc nadzieję wszystkim tym, którzy mogliby stanowić balast dla innych. Specjalnie "wyszkolone" mózgi mają w towarzystwie pilotów podejmować się zleconych im mniej lub bardziej niebezpiecznych misji. 

Przygody jednego z takich "statkomózgów" będziemy poznawać. Przyznajcie, brzmieć to wszystko może dość dziwnie. A jednak pisarka od samego początku do granic możliwości uczłowiecza statek - jego mózg należy do kobiety, Helvy, której przypisano całą gamę czysto kobiecych cech. I powiem Wam coś jeszcze - jest ona moim zdaniem jedną z lepszych kreacji kobiecych w poznanej przeze mnie literaturze fantastycznej. 

Helva bywa kapryśna, złośliwa, rozmarzona, szczęśliwa, przerażona, smutna lub zdumiewająco chłodna i opanowana. Cały wachlarz emocji, repertuar nastrojów pozwala uwierzyć w realność tej postaci. Ba! Pozwala polubić tę rezolutną i odważną niewiastę.

Pamiętacie, że cały czas mówimy o mózgu? "Statek, który śpiewał" może więc być peanem ku czci czystego platonicznego uczucia. Pięknej osobowości. Helva kocha i cierpi z powodu utraconej w tragicznych okolicznościach miłości. Szuka bliskości z mężczyzną z krwi i kości, ale jest w stanie zaoferować mu jedynie rozmowę, poczucie humoru, dobrą radę i troskę (wyrażoną przy pomocy urządzeń pokładowych). I co najważniejsze, Helva potrafi oczarować. 

Czyż to nie pocieszające, że w końcu znajdziemy książkę, w której tak wyraźnie uchwycono nieskażoną cielesnym pożądaniem tęsknotę za drugim człowiekiem? Za "tym, co mamy w środku"? 

Oczywiście powieść McCaffrey to również kawał pierwszorzędnej przygodowej fantastyki. Gdy odrzucimy na bok te moje bajdurzenia o pięknym mózgu, dostaniemy oryginalne i nieszablonowe opowieści, którymi autorka udowadnia, że nie trzeba w kosmosie świecić sobie laserami po oczach, by czytelnik poczuł pełną satysfakcję. Raz trzeba przetransportować kilka tysięcy niemowlaków, innym razem odstawić rozrywaną konfliktami trupę aktorską na planetę skąpaną w toksycznej atmosferze... Dzieje się sporo i z nerwem.

Czasem drażnić może gadulstwo autorki, która chyba zbyt często meandrowała wokół ważnych punktów fabularnych zamiast skrócić sobie drogę i pościnać kilka dialogów, by nie zniecierpliwić czytelnika. A jednak wybaczam jej to. Kobietom można wiele wybaczyć, a najłatwiej chyba skłonność do szczodrego dzielenia się bogatym słownictwem. 

Polecam. Nie ma co.

sobota, 11 sierpnia 2018

Skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, czyli "Stwór" Saula

O,
O,
O,
o właśnie czegoś takiego szukałem. Podręcznikowy wręcz przykład B-klasowego horroru, typowy page turner. Strachu w nim za grosz (no, za centa, bo rzecz dzieje się w USA), ale wszystkie elementy składowe powieści grozy w "Stworze" Johna Saula mamy. 

Oczyma duszy widzę ekranizację tej historii, nakręconą za psie pieniądze, na kiepskiej taśmie filmowej, drugorzędni aktorzy odtwarzają trzeciorzędne role, Ameryka lat 80, którą moje pokolenie poznało z VHS-ów, Ameryka upudrowana, błyszcząca brokatem, z utapirowanymi włosami. 

Tej książki nie da się czytać inaczej niż przez pryzmat horrorów z wypożyczalni kaset, które nie wystraszyły nigdy nikogo, choć krew się w nich leje, trupy rosną jak grzyby po deszczu, a dawka niesamowitości jest zgodna z unijnymi normami.

Ta książka ma w sobie coś "Kingowego", ale nie znajdziemy w niej wielosłowia, wysilonej psychologizacji postaci. Saul nie traci czasu na psychoanalizę, dłubanie w życiorysie, na detale, epizodziki, szczegóły. Jego proza to warsztat, w którym fachowiec gromadzi tylko najpotrzebniejsze narzędzia. Powieść zatem idzie prosto do celu, pewnym ostrym krokiem.



Fabuła? Apetyczna nawet: głowa rodziny dostaje intratną propozycję pracy, która zmusi do wyjazdu gdzieś do położonego w Górach Skalistych arkadyjskiego miasteczka. Przytulną mieścinkę założyła potężna firma, która ma wpływ na każdy aspekt życia mieszkańców: finansuje szkołę, szkolną drużynę futbolową, sprowadza kolejnych "osadników." Dodatkowo prowadzi laboratorium, gdzie produkuje odżywki witaminowe mające poprawić sprawność fizyczną młodych sportowców.

Nietrudno zgadnąć, którędy poprowadzi nas Saul. Czarnym charakterem okazuje się diaboliczny naukowiec, lekarz, który podając specyfiki uczniom pobliskiego liceum, nie do końca ma ochotę odkryć przed światem istnienie skutków ubocznych. Wybuchowa mieszanka hormonów, witamin i bogowie wiedzą czego tam jeszcze zamienia niektórych chłopaków w bestie, które dla dobra wszystkich trzeba trzymać w klatkach. 

"Terapii" zostaje poddany również główny bohater, sympatyczny chorujący na astmę szesnastolatek, który nie jest w stanie spełnić pokładanych w nim ojcowskich oczekiwań. Wiecie, chłopak woli hodować króliki i robić zdjęcia przyrodzie, niż gonić po boisku za jajowatą piłką. W naszprycowanym trucizną chłopaku wzbiera powoli agresja, którą wyładowuje na najbliższych. I na królikach.

Powieść przyspiesza, autor wpompowuje hektolitry adrenaliny w swoją historię, gdy rodzice chłopaka zaczynają toczyć nierówny bój z bezwzględną firmą. Wzorcowo obracają się trybiki książki.

Finał powieści jest zaskakująco niejednoznaczny, słodko-gorzki. Zdradzać nie będę. Autentycznie mnie wzruszył, co rzadko spotyka takiego książkowego socjopatę jak ja. A gdyby dodać na koniec sugestię, że "Stwór" jest pewnego rodzaju metaforą procesu dojrzewania z hormonalnymi zawirowaniami, buntem, wściekłością i wrzaskiem, wtedy się okaże, że wcale nie tak naiwna jest ta opowieść.

Nawet polecam. Chyba tak.

Siła przyzwyczajenia, czyli "Obcy" Camusa

Camus mnie drażni. Drażni "Dżumą", którą rok w rok omawiam w szkole i wciąż dziwię się, jak dużo deklaratywnych kwestii Camus nakazuje wygłaszać swoim postaciom. No ok, jak rozumiem wielkość powieści, a jednak mnie już nudzi ten imperatyw walki z "bakcylem zła", ten heroizm "świeckich świętych." Tak więc chwyciłem "Obcego", który stanowi idealną przeciwwagę dla dr Rieux i spółki.

"Obcy" jest wybitnie niewygodną lekturą. Nawet nie 100 stron czystej, klinicznej, precyzyjnej, ocierającej się o technikę behawioralną prozy. Camus jest chłodny, rzeczowy, unika zbędnych metafor, ozdobników i zawijasów stylistycznych. Beznamiętny jak kamera, której obiektyw rejestruje zalane słońcem ulice, ruch samochodów, radość kibiców wracających z meczu, barwę morza, głębię pustego nieba. Gdy w liceum jeszcze trafiłem na "Obcego", największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie wizja słonecznego miasta kojarzącego się z obrazami Chirico. Rozkochałem się w spieczonym krajobrazie, który dopiero w nocy odzyskiwało oddech. 

Całą resztę tej książki jakoś zignorowałem. Pewnikiem przez ignorancję lub niedojrzałość.

Dziś wracam i jestem zaskoczony ciężarem filozoficznym tej książki. Rzecz jasna Ameryki nie odkryję, bo o "Obcym" pisali najwięksi, a jednak postanowiłem coś tu nabazgrolić, by,przede wszystkim, nie zapomnieć, co mnie nachodziło w czasie lektury.



Wszyscy to znamy. Bohater jest uznawany za wzorcowy literacki przykład socjopaty, którego nic nie wzrusza, nic nie interesuje, nic nie przejmuje. Śmierć matki? Ok, trzeba jechać na pogrzeb. Gdyby nie trzeba było, nie pojechałby. Okres żałoby skrócony do kilku godzin, skoro na drugi dzień facet idzie na plażę, podrywa znajomą dziewczynę, idzie z nią do kina na głupią komedię, a potem spędza z nią noc.

Bulwersuje? A dlaczego? - pyta bohater.

Dziewczyna pyta go, czy się z nią ożeni. Jest mu to obojętne. Wszystko jest mu obojętne. Rozwój zawodowy, narzucający swoją przyjaźń sutener, sąsiad znęcający się nad swoim psem - nic nie jest istotne, nic nie waży. Nawet wieńczące pierwszą część historii morderstwo. Przypadkowe, bezsensowne, nieprzewidywalne jak skurcz łydki w nocy. (Jeżeli Czesi odkryli swoją "lekkość bytu", to Camus zjada ich na śniadanie, w "Obcym" absolutnie NIC nie jest ważne.) Momentami drażniło mnie to katarynkowe "wszystko mi jedno" odmieniane przez kolejne sytuacje, w jakich znalazł się bohater, a jednak czułem dziwne, patologiczne wręcz, pokrewieństwo duchowe z panem Meursault.

Zapytany o wiek swojej matki, bohater rozbrajająco przyznaje, że nie wie, potem kluczy: "Około sześćdziesiątki" - odpowiada. Ta niewiedza automatycznie eliminuje go (w mniemaniu sądzący go przysięgłych) z grona ludzi. Nie tylko tych cywilizowanych, ale ludzi w ogóle. Nieumiejętność społeczna, paraliż uczuć (być może wrodzony) sprawia, że na równi z zabójstwem traktuje się nieokazywanie żalu po śmierci matki. 

Czujecie, gdzie Camus kładzie nacisk? Morderstwo, którego się dopuścił bohater, nie jest aż tak dużą przewiną. Złamaniem prawdziwego tabu jest pójście do kina na film z Fernandelem, którego głupia facjata krzywi się z ekranu. 

A więc "Obcy" jest pewnego rodzaju rozprawą z normami społecznymi? Chyba też. Gombrowicz próbował w "Ferdydurke" podważyć sens istnienia konwenansów dźwigających strukturę społeczną, ale za każdym razem wychodziło mu, że chaos ("kupa"), który zalewał rzeczywistość po odrzuceniu norm, jest dużo groźniejszy od ciasnego gorsetu reguł. Camus idzie daleko dalej - normy są efektem przyzwyczajenia ("Do wszystkiego się można przyzwyczaić" - mawiała matka bohatera "Obcego"). Efektem tresury jest pamiętanie o kolejnych urodzinach matki, o rocznicy ślubu, o żalu lub radości z czyjegoś szczęścia. 

(To jest najbardziej przerażające w "Obcym", najbardziej przerażające, bo widzę w tym echo postawy, którą sam w sobie po części dostrzegam.)

Rozbroiła mnie szczerość bohatera. Ludzie dziwią się, że jest małomówny. A on po prostu nie chce rozmawiać na tematy, które go nie interesuje. I nie jest w stanie zainteresować się czymś, co go nie interesuje. Swój chłop, myślę sobie, i nagle dociera do mnie, czy ja przypadkiem też nie zastrzeliłbym Araba na zmiażdżonej słońcem plaży...

Mówię Wam, czasem trafi się książka, po której nie można się uspokoić, która dusi, męczy i hipnotyzuje. Która odkrywa w człowieku przestrzenie, w które bał się spojrzeć.

To właśnie ona.