środa, 13 sierpnia 2014

Porządnie naoliwiona powieść, czyli "Apasiopesis" Sawickiego

Żyje w konsumentach kultury pewien obiegowy obraz belle epoque, który łączy w sobie elegancję, delikatny rys romantyzmu, dystyngowane gesty, odruchy serca skrępowane konwenansem lub skażone nutą dekadencji. I jeżeli w taki wszechświat wkleimy owoce „nowoczesnej” myśli technicznej – maszyny, często nie samą parą napędzane, wynalazki rodem z robotycznych pracowni – otrzymujemy piękny, pachnący oliwą i błyszczący jak świeżo naoliwione tłoki świat przedstawiony.
Steampunk jest ładny. Jeżeli nasza wyobraźnia nie ma problemu z przekładaniem słowa pisanego na sekwencje obrazów, wtedy rozkoszować się będziemy światem szeleszczących krynolin, sukien zamiatających posadzki, gorsetów ściskających osie talie niewiast, dżentelmenów paradujących we frakach i cylindrach.

Ciężko polskiemu czytelnikowi nie wpasować rodzimej wersji steampunka w ramy, jakie zakreśla sobą pozytywistyczna literatura realistyczna, stąd też „Aposiopesis” Andrzeja Sawickiego czyta się doskonale, gdy znamy choćby pobieżnie realia takich dzieł, jak przykładowo „Lalka” Prusa.
Autor tłem przygodowo-szpiegowskiej powieści kryminalnej uczynił Warszawę drugiej połowy XIX wieku. Miasto niepodzielnie rządzone przez Rosjan, którzy, dysponując najnowocześniejszymi zdobyczami techniki, wybili Polakom z głów wszelkie mrzonki o kolejnej próbie wybicia się na niepodległość. Sawicki, tworząc coś na kształt powieści panoramicznej, kieruję uwagę czytelnika raz na eleganckie wnętrza opery, gdzie zbiera się elita Warszawy, innym razem na targowisko, gdzie możemy niemal poczuć zaduch gnijących warzyw. Plastycznie odmalowana rzeczywistość to mocna strona tej książki.
Główni bohaterowie to też nielichy zestaw ciekawych postaci. Piękna, chłodna, choć tęskniąca za romansem Prusaczka, która jako żołnierka w stanie spoczynku z godnością nosi na czole dwie śruby regulujące płynące w jej ciele życiodajne fluidy. Podkochuje się w niej polski inżynier, w którego ciało wszczepiono onegdaj układ mechaniczny, rozwiązując tym samym problem nawracających chorób płuc. Służącym inżyniera jest autentyczny dżin, który nie dość, że pamięta czasy biblijnych patriarchów, to na zawołanie potrafi zamieniać się w kłąb dymu.
Cała ta menażeria uczestniczyć będzie w zwariowanej przygodzie kryminalnej. Jej osią jest próba odnalezienia demona-mordercy, który zabił wysoko postawionego dyplomatę. Wypróbowany chwyt fabularny, jakim jest śledztwo, to tylko jeden z elementów tej powieści, bowiem bardzo szybko Sawicki dorzuca do paleniska fabuły kolejne drwa i kolejne epizody wybuchają z całą gwałtownością. Pościgi, strzelaniny, bijatyki… Jest to atrakcyjne, ale po pewnym czasie może budzić w czytelniku mieszane uczucia – wydarzeń okazuje się być paradoksalnie aż dużo. 
„Apasiopesis” wydaje się stać w rozkroku pomiędzy tęsknotą za stworzeniem dobrze umocowanego i opisanego alternatywnego świata, a chęcią poprowadzenia szybkiej pełnej zwrotów akcji fabuły. Sawicki stworzył interesujące mechanizmy rządzące rzeczywistością w jego powieści. Narrację prowadzi bardzo dobrze. Dokładnie opisany świat, jego detale, mniejsze i większe popisy wyobraźni autora, poczucie humoru, ironia, i ładnie wplatana intertekstualność nie dociążają powieści, której lekki styl może porywać. Pozwolę sobie więc wyrazić nadzieję, że „Apasiopesis” będzie pierwszą częścią serii przygód Henrietty von K., która pod koniec powieści opuszcza Warszawę, by podjąć się kolejnej, zapewne ryzykownej misji. Szkoda byłoby porzucić w tym miejscu tak ładnie dojrzewający świat przedstawiony…

wtorek, 5 sierpnia 2014

Teoretycznie klasyk, czyli "Kwestia sumienia" Blisha

Niektóre książki przychodzą w porę. Chcą nie chcąc zaczynają płynąć kursem równoległym do naszego życia. Komentują je dużo lepiej niż my byśmy to kiedykolwiek zrobili. Pointują je celnie. Zapowiadają to, czego my jeszcze nie widzimy, nie uświadamiamy sobie. Nie śnimy w najgorszych lub najlepszych snach. 

Cóż… Życie oferuje nam przecież pewną skończoną liczbę wariacji, więc niczego dziwnego nie ma w tym, że w końcu spotkają się ze sobą – książka ze swoim czytelnikiem. To czysta matematyka, żadnej magii. 

Nic więc dziwnego, że obserwując własną skorodowaną wiarę trafiłem na „Kwestię sumienia” Jamesa Blisha. Klasyczną powieść science fiction zaliczaną do nurtu teologicznego. Jednak gdybym miał odwołać się do optymistycznego przecież obrazu spotkania z książką, to z przykrością muszę stwierdzić, że „Kwestia sumienia” nie zapewniła mi miłego towarzystwa. Jej czytanie przypominało podróż z mało interesującą osobą, która z minuty na minutę coraz bardziej potwierdza nasze najgłębsze obawy – nie uciekniemy z tego przedziału przed końcem podróży, a ta będzie trwała i trwała…



Punkt wyjścia powieści jest co najmniej intrygujący – planeta Lithia zamieszkiwana przez gadopodobnych istoty, pozbawiona jest wszelkich patologii, jakich mamy w bród tu, na Ziemi. Nie istnieją zazdrość, przemoc, chciwość, pożądanie. Zło nie ma swojego korzenia…System moralny mieszkańców planety zdaje się być wszczepiony w genotyp. Wiodą spokojne, pozbawione napięć i konfliktów życie. 

Na planetę przybywa ziemska ekspedycja badawcza, w skład której wchodzi między innymi jezuita. Duchowny po dłuższej obserwacji tubylców dochodzi do przewrotnego wniosku, że niemożliwym jest, aby istniało Dobro, którego źródłem nie byłby Bóg. Ergo, Lithianie jako z gruntu istoty areligijne muszą być dziećmi samego Szatana… 

To dość łopatologiczne wnioskowanie głównego bohatera powieści poprowadzić mogłoby Blisha w kierunku ciekawych i niejednoznacznych wniosków, chociaż amerykański autor i tak nachalnie wpisywałby się w dyskusję, której ton narzucali francuscy egzystencjaliści. Blish mógł zapytać o źródło moralności. Czy istnieje ona w oderwaniu od Sacrum? Czy uniwersalna moralność może obejmować sobą nie tylko istoty ludzkie ale również istniejące potencjalnie we wszechświecie rozumne życie? Blish mógł, ale nie każdy Albertem Camusem się rodzi…

Na domiar złego tytułowa kwestia zbyt szybko rozmywa się w beznamiętnym i bezbarwnym opisie Ziemi przyszłości, gdzie w oparach zimnowojennych obsesji ludzkość wiedzie swój nędzny żywot pod ziemią, w sieci schronów. Bohaterowie niemal bez wyjątku są niesympatyczni lub nie pozwalają się polubić na dłużej. Ich niepowodzenia, katastrofy życiowe, rozterki obchodzą nas tyle, co ateistę ogłoszenia parafialne w pobliskim kościele. Natomiast ostatnia scena (ok., zdradzam – egzorcyzmowanie całej planety) jest kuriozalna i zostawia czytelnika z dojmującym uczuciem: „Co ja właściwie przeczytałem?!”

Blish mógł wiele, ale potencjał jego książki pozostał karygodnie niewykorzystany. „Kwestia sumienia”, nie wiedzieć czemu uhonorowana Hugo Award w 1959 roku, to klasyk już tylko z definicji. Szkoda czasu. Serio…

środa, 30 lipca 2014

Kosmos to nuda, czyli "Cicha wojna" McAuleya

W dzisiejszych czasach, w świecie, w którym „wszystko już było”, gatunkowość, o której mówimy przy okazji jakiejkolwiek z dziedzin sztuki, przestaje być czymś jednoznacznym. Wyczerpanie formuły „klasycznej komedii”, „klasycznego horroru” lub „klasycznego melodramatu” owocuje śmiałymi (choć nie zawsze udanymi) projektami polegającymi na mieszaniu wszystkiego z wszystkim. A im silniejsze opozycje pożenimy w jednym dziele, tym zyskać może ono chociażby pozory oryginalności.

Zdarza się, że szukając „starej dobrej fantastyki naukowej” trafiamy na dzieła zaprawione elementami wywodzącymi się z innych gatunków szeroko rozumianej fantastyki. Toteż na statkach podbijających kolejne planety podróżują elfy, wehikuły czasu obsługują mrukliwe krasnoludy, a w cyberpunkowej rzeczywistości znajdziemy rozgadane smoki. Miłośnicy czystości gatunkowej z ulgą czytają więc takie książki jak „Cicha wojna” McAuleya, który jako pisarz konsekwentnie broni granic wytyczonych niegdyś przez tradycyjnie rozumianą science fiction.

Ziemia w XXIII wieku będzie areną tytanicznych zmagań o przywrócenie jej naturalnego przedindustrialnego kształtu. Światem de facto rządzi kilka potężnych rodzin, które mają decydujący głos w dyskusji o przyszłości planety. Ludzkość została zmuszona do niemal niewolniczej pracy na rzecz rewitalizacji Matki Ziemi, a głęboka ekologia nabrała religijnego kształtu.  

W przestrzeni kosmicznej jest równie ciekawie; księżyce Saturna i Jowisza – drugi odłam ludzkości – tętnią genetycznie modyfikowanym życiem i stają się konkurencją dla odzyskujących siły Ziemian. Rządząc się zupełnie innymi zasadami społecznymi, wyznając odmienne wartości, wkrótce mogą w naturalny sposób dążyć do konfrontacji z Ziemią. Wojna, mogąca zniszczyć kruchy pokój, wisi w powietrzu…

Atrakcyjnym zabiegiem jest rozmnożenie punktów widzenia – mając do dyspozycji kilku bohaterów i kilka perspektyw prowadzenia narracji w pełni smakujemy rzeczywistości, jaką raczy nas McAuley. To wyjątkowo gęsta proza. Szczelnie wypełniają ją nazwiska postaci, opisy ich profesji, detale życiorysów, nie wspominając już o tak oczywistym składniku opowieści fantastycznonaukowych jak detale świata przyszłości.


Autor mnoży szczegóły, które raz budują  atmosferę, innym razem, niestety, spowalniają akcję i na zbyt długo przyklejają czytelnika do jednego epizodu. Zbyt często niestety zdarza się, że dowiadujemy się więcej niż byśmy tego chcieli i niż byłoby to konieczne do poprowadzenia powieści dalej. 

Umordowałem się piekielnie, czytając „Cichą wojnę”, wynudziłem na potęgę. Ja rozumiem – space opera wymaga rzetelnego zarysowania przestrzeni, ale  ponad pięćset stron wstępu może sfrustrować sporą część czytelników… Dlatego też nie polecam „Cichej wojny” nikomu, kto zbyt szybko traci cierpliwość w obliczu sukcesywnie ale niezwykle powoli budowanej narracji. 

Może całość rozwinie się w drugim tomie cyklu, w "Ogrodach słońca." Ja jednak sprawdzać tego nie zamierzam...

wtorek, 15 lipca 2014

Keep calm and keep calm, czyli "Sztuka życia według stoików" Stankiewicza

W zalewie różnej maści podręczników, które mają nasze życie uczynić idealnym, a ciała wydajnymi maszynami, z których wyeliminowano każdy gram tłuszczu; 







w powodzi poradników pisanych przez dyletantów, gwiazdy seriali lub aerobiku, które starają się przekonać, że buty odpowiednio dobrane do sukienki lub przyzwoity współczynnik BMI mogą uczynić nas na dłuższy czas szczęśliwymi, książka Piotra Stankiewicza "Sztuka życia według stoików" wygląda jak pewny siebie, spokojny mędrzec w otoczeniu rozwydrzonej hałastry.
Każdy przynajmniej raz w życiu posłużył się związkiem frazeologicznym "stoicki spokój", jednak wątpię, by za tym obiegowym wyrażeniem każdorazowo szła głębsza refleksja na temat tego, czym tak naprawdę stoicyzm jest. Filozofia, która powstała w starożytnej Grecji grubo ponad dwa tysiące lat temu, nie ma niczego wspólnego z czczą żonglerką słowami, definicjami i nazwami, a z tym zwykli zjadacze chleba zazwyczaj kojarzą filozofię.
Stankiewicz przypomina, że umiłowanie mądrości jest przede wszystkim praktyczną sztuką dobrego i szczęśliwego życia, upartym systematycznym ćwiczeniem wszystkiego, co może uczynić naszą egzystencję właśnie taką. Stąd książka staje się skarbnicą porad, sugestii, napomnień, które każdorazowo przypominają, że jesteśmy odpowiedzialni za własne życie i powinniśmy rozporządzać sobą wbrew okolicznościom, które mogłyby zburzyć wewnętrzny spokój i racjonalne myślenie.
Książka Stankiewicza koncentruje się na drodze, którą wytyczyli tacy tytani myśli jak Seneka, Marek Aureliusz czy Epiktet. Posiłkując się wyimkami z ich pism i listów polski autor stworzył rozbudowany, mieniący się przykładami, precyzyjny wywód na temat stoicyzmu. Orzeźwiająco brzmią słowa, które zachęcają odbiorców do naginania opornej woli, do wdrażania się w codzienne obowiązki, nieulegania podszeptom wyobraźni, która roztacza przed nami negatywne wersje przyszłości.
Cóż, zawsze można mieć pewne wątpliwości, na ile nawet najatrakcyjniejsza filozofia stworzona NIE przez nas samych nadaje się do jakiegokolwiek skutecznego praktykowania. Piszący te słowa wielkim szacunkiem darzy stoickie idee, ale wie też, że lista okoliczności, ludzi i sytuacji, które go irytują, jest w zasadzie nieskończona i wciąż pojawiają się na niej nowe pozycje. 
Przestałem już dawno wierzyć w to, że człowiek może się zmienić, nie mając ku temu zachomikowanych gdzieś głęboko predyspozycji. Natomiast najszlachetniejszym uczuciem, jakie mogę żywić do bliźnich, z którymi mi nie po drodze, jest spokojna obojętność. Być może to ta wypatrywana przez starożytnych apatheia? Stan niepodatności na wzruszenia czyimś losem, cudzymi nieszczęściami lub radościami. Kto wie, być może nasz Adam Mickiewicz, chcąc nie chcąc, ujął to najprecyzyjniej w końcówce wiersza "Nowy Rok":
Kochać świat, sprzyjać światu-z daleka od ludzi.
Wracając do książki, można mieć pod jej adresem tylko jedno zastrzeżenie. Chciałoby się, że miała nieco inne gabaryty. By można ją było zawsze mieć przy sobie jak wiernego i solidnego towarzysza, który w zmieniających się okolicznościach życiowych będzie nas uczył spokoju oraz dzielności. Niestety, dziełem mającym około pięciuset stron najwygodniej będzie nam się delektować w wygodnym fotelu…

środa, 9 lipca 2014

Drzewa zabijają stojąc, czyli "Cieplarnia" Aldissa

Klasyk literatury s-f, który skutecznie utwierdza moją szczerą platoniczną niechęć do roślin jako takich. Florę toleruję na zewnątrz - trawniki, parki, lasy, rezerwaty, łąki, puszcze, dżungle i ogrody - tam jest moim zdaniem miejsce roślin. Dom moich marzeń jest strefą PLANT FREE. Kąty proste, szkło, drewno, metal. Minimalistycznie i futurystycznie.

Kiedy z przeróżnych okazji dostaję kwiaty (zakończenie roku szkolonego, Walentynki, Dzień Ojca, bukiety od zabłąkanych wielbicieli), nie widzę wysublimowanych linii wijących się roślin, nie czuję odurzającego zapachu, nie napawam się kształtem kielichów i pręcików – dla mnie to więdnący symbol wyrzuconych na kompost pieniędzy.

Podejrzewam, że Brian Aldiss pisząc w roku 1962 "Cieplarnię" musiał pielęgnować w sobie choćby minimalną, homeopatyczną ilość podobnych uczuć.



Z całą pewnością jest to jedna z najbardziej ponurych wizji przyszłości świata, z jaką przyszło mi obcować. Mroczna, mimo że jej partyturę rozpisano na szmaragdowym papierze - wybaczcie pompatyczną metaforę.

Sytuacja wyjściowa? Proszę bardzo: Słońce zatrzymało się w swoim biegu, mijają kolejne stulecia, ludzie powoli przestają  być dominującym gatunkiem na Ziemi. Rośliny przeżywają swój renesans, opanowując całą nasłonecznioną stronę planety, tworząc przedziwny, krwiożerczy, drapieżny, przesycony grozą, dyszący żądzą zabijania ekosystem. Jak łatwo się domyślić, człowiek egzystuje w tym świecie na samym początku łańcucha pokarmowego. Jako istota jest półdebilem, którego jedynym przeznaczeniem jest spłodzić potomstwo zanim zostanie się zjedzonym w mniej lub bardziej malowniczy sposób.

Nawiasem mówiąc, początek powieści, gdy Aldiss zasypuje nas niemal encyklopedycznymi opisami nowych gatunków, jakie wyewoluowały krzyżując w sobie cechy zwierzęce i roślinne, jest znakomity. Wyobraźnia bezgraniczna, pachnie „naukowością” w stylu charakterystycznym dla s-f i brzmi autentycznie groźnie. Nikt z Was nie chciałby spotkać na swojej drodze osicy, wargokapa, małżożuja lub glistogluta… (Chwała tłumaczowi, Markowi Marszałowi, za ponazywanie w języku Lecha Wałęsy i Czesława Miłosza tych wszystkich okropieństw)

Toteż początek historii wygląda jak klasyczny survival horror, gdzie na bohaterów wędrujących po sięgającej horyzontu dżungli czekają kolejne i kolejne zagrożenia. Jest mocno, sugestywnie. Nerwowo patrzymy przez okno, czy aby na pewno drzewo sąsiada nie…

Z czasem Aldiss wyłuskuje z grupy pozbawionych cech indywidualnych postaci głównego bohatera, daje mu towarzystwo zaiste przedziwne – kobietę (ok., to może dziwne jakoś nie jest)oraz… ultrainteligentnego grzyba, który zaczyna pasożytować na mało rozgarniętych ludziach.

Osią fabuły autor uczynił wędrówkę. Drogę poprzez przeróżne okropieństwa, wynaturzenia, groteskowe aberracje, jakie Matka Natura zgotowała swoim niechcianym już gościom – gatunkowi homo sapiens. Jest coś „Darwińskiego” w tej w sumie dość okrutnej, ale niekończącej się jednoznacznie źle, powieści. I nie ma chyba większego sensu udowadniać dłużej, że warto wejść do „Cieplarni” – książka broni się znakomicie nawet po upływie ponad 50 lat od jej wydania. 

Taki już los klasyków.  

wtorek, 1 lipca 2014

Gdy brakuje zasobów wewnętrznych, czyli "Podniebna krucjata" Andersona

Swego czasu Jacek Dukaj ogłosił swoisty manifest, w którym wyłuszczył precyzyjnie (aczkolwiek arbitralnie) swój podgląd na temat preferowanych gabarytów czytanych książek: „Lubię powieści. Lubię powieści z prawdziwego zdarzenia - długie, rozlane szeroko na setkach stron, z epickim oddechem, wciągające tak, że człowiek zupełnie się w lekturze zatraca i wraca do niej, wieczór za wieczorem, zapadając w fikcyjny świat fikcyjnych postaci na godziny i godziny, smakując maestrię konstrukcji fabularnych na równi z maestrią języka.”

Prześwietliwszy pod tym kątem własne upodobanie lekturowe, z pełną odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że nie lubię powieści z prawdziwego zdarzenia. Nie znoszę ciężaru setek stron papierowych światów przedstawionych wypchanych po brzegi detalami, bohaterami pierwszo/drugo/trzecioplanowymi, epizodami. Nie znoszę tych szerokich epickich pastwisk, na których autorzy rozpuszczają całą wymyśloną przez siebie czeredę postaci.

Moja wyobraźnia szybko się męczy, gdy musi „zobaczyć” zbyt gęsto plecione opisy, poradzić sobie z natłokiem rekwizytów, nazw własnych, miejsc. Pamięć zaś nie przywiązuje się do personaliów. 

Nie, obszerne konstrukcje fabularne w połączeniu z maestrią języka, są dla mnie synonimem narastającej ze strony na stronę nudy. Wybaczcie, że zrobię wyjątek zaledwie dla kilku wielkich powieści z XIX wieku i, żeby być sprawiedliwym, kilku innych z czasów nam bliższych. A cała reszta? Hmmm… Jakby to napisał wielki amerykański poeta John Berryman: „Być może brak mi Zasobów Wewnętrznych.”



Dlatego z niekłamanym zadowoleniem ocierającym się o entuzjazm czytałem zaledwie dwustustronicową opowieść Poula Andersona pt. „Podniebna krucjata.” Historię poprowadzoną wręcz wzorcowo – od błyskawicznej ekspozycji, gdzie poznajemy głównych bohaterów powieści, poprzez galopujące wydarzenia będące owocami ich wariackich decyzji – wszystko porusza się płynnym ruchem od punktu A do punktu Z. Akcja nie zatrzymuje się ani przez chwilę. Uwodzi szybkim nurtem. Nie zadaje zbędnych z punktu widzenia fabuły pytań. Nie zanieczyszcza przejrzystej narracji setkami spowalniających obrazów, detali, medytacji. Retardacji nie stwierdzam. 

Ktoś obdarzony cięższym piórem zamieniłby tę historie w opasłą księgę, z którego wyparowałaby cała frajda, jaką daje łobuzerski wręcz pomysł Andersona. Odwraca on bowiem typowy dla s-f motyw – kontakt wrogo nastawionych kosmitów z (pozornie) nie mającymi żadnych szans w tej konfrontacji Ziemianami. Jednostka bojowa obcej cywilizacji szukająca kolejnych światów do zagospodarowania, trafia w sam środek średniowiecznej Europy, do Anglii, której rycerstwo ostrzy sobie właśnie miecze, by skrzyżować je ze znienawidzonymi żabojadami. 

Na skutek całego szeregu przedziwnych zrządzeń losu oraz determinacji bohaterów, których napędza bezbrzeżna ambicja i odwaga, to Ziemianie przejmują inicjatywę, lądują na planecie swoich potencjalnych władców i, cóż, zaczyna się prawdziwa jesień średniowiecza. Krew się leje, a miecze szczerbią na karkach obcych obezwładnionych bezczelnością ludzi. A to dopiero początek tej historii, która wcale nie zmierza w oczywistym kierunku…

Anderson okrasza „Podniebną krucjatę” kilkoma nieoczekiwanymi przebłyskami komizmu; przezabawnie wyglądają chociażby próby zaszczepienia w przybyszach dogmatów chrześcijaństwa. 

- Masz duszę czy nie masz? – pyta zniecierpliwiony zakonnik.
- Nie wiem – odpowiada z rozbrajającą szczerością Obcy. 

Ja natomiast wiem jedno – książeczka mimo skromnych gabarytów daje nieoczekiwanie dużo satysfakcji. Bohaterowie są plastyczni, a ich poczynania doskonale wpisują się w mentalność ukształtowaną w Wiekach Średnich. Brawura, bezczelność, szaleńcza odwaga początkowo uzbrojonych tylko w miecze i łuki napawają nas, Ziemian, optymizmem.

Być może w starciu z przeważającymi siłami obcych cywilizacji wystarczą nam płyty chodnikowe i płonące opony?

środa, 25 czerwca 2014

Literatura z magla, czyli "W szpilkach na tropie" Jane

Książka Rebeki Jane pt. „W szpilkach na tropie” stanowi doskonałą wakacyjną lekturę (głównie jednak dla kobiet) i jej pojawienie się u progu lata to znakomite posunięcie wydawnicze. Rebecca Jane opisuje w niej najciekawsze, najbardziej charakterystyczne sprawy, z jakimi musiała zmierzyć się jako szefowa Damskiej Agencji Detektywistycznej, na pomysł założenia której wpadła w wyjątkowo dramatycznym momencie życia – odkryła, że mąż ją zdradza, a praca zawodowa przestaje zaspokajać podstawowe potrzeby. W tok opowieści autorka wplata historie o swoim nieudanym małżeństwie, trudach oraz rozkoszach macierzyństwa, o nowym partnerze, który przywrócił jej wiarę w sens miłości, w jaką wcześniej zwątpiła.
Rdzeniem książki są rzecz jasna śledztwa, jakie z upodobaniem Jane opisuje. Sama praca prywatnego detektywa, której kuchnię obserwujemy, nie ma wiele wspólnego z mniej lub bardziej romantycznymi wyobrażeniami, jakie pielęgnujemy w sobie po lekturach przygód Sherlocka Holmesa lub Herculesa Poirot. Bohaterka z jednej strony zamienia się w powiernika, na którego ramieniu można się wypłakać, w psychologa, który stara się wyjaśnić postępowanie innych, z drugiej zaś strony jest nieustępliwą tropicielką niewiernych małżonków, opieszałych alimenciarzy, potencjalnie niewiernych partnerów. Raz zwietrzywszy trop, nie odpuszcza aż nie dopadnie ofiary.
Metody pracy też zmieniły się od czasów detektywa z Baker Street 221b. Dziś najpotężniejszą bronią w poszukiwaniu prawdy o człowieku stał się Internet, w którego przestrzeniach każdy przy odrobinie wysiłku może znaleźć niemal wszystko o wszystkich. Zdjęcia, statusy, komentarze lekkomyślnie zostawiane na najbardziej popularnych serwisach społecznościowych, stanowią doskonałe źródła dowodów lub chociażby poszlak, na których można oprzeć podejrzenia o zdradę.
Styl tej biograficznej opowieści jest żywy, bohaterowie plastyczni, nakreśleni kilkoma szybkimi zdaniami; autorka potrafi przemycić nieco humoru, zdarzają się więc sceny nawet zabawne. Całość czyta się szybko, kolejne rozdziały pojawiają się i znikają z zawrotną prędkością.
Jeśli wierzyć znalezionym w sieci informacjom, „W szpilkach na tropie” to bestseller, a jej autorka stała się postacią rozpoznawalną, chętnie zapraszaną do programów telewizyjnych kobietą sukcesu. Gdy jednak uważniej przyjrzeć się temu fenomenowi, okazałoby się, że ów literacki sukces zbudowany został na bardzo niejednoznacznych fundamentach. Rebecca Jane chcąc nie chcąc obnaża przed nami sekrety pożycia intymnego innych ludzi, podsyca w nas niezdrową fascynację prywatnością. Kiedyś o podobnych ekscesach naszych bliźnich z wypiekami na twarzy rozprawiano w przysłowiowym maglu. Dziś – okazuje się, że to pomysł na nieźle sprzedającą się książkę. 
A najbardziej mnie boli to, że tę popową jednorazową książczynę puściło w obieg wielce zasłużone Wydawnictwo Literackie. To jest dopiero zdrada (pewnych priorytetów i własnej zacnej historii).

wtorek, 17 czerwca 2014

Morze zdań wielokrotnie złożonych, czyli "Dokąd bądź" Siwczyka

Krzysztof Siwczyk zapracował sobie jak rzadko kto na miano klasyka współczesnej polskiej poezji. Debiutuje w roku 1995 mając zaledwie 17 lat. Tomik „Dzikie dzieci”, nagradzany, wyróżniany, doceniony zarówno przez krytykę, jak i przez czytelników, zamienił młodego autora w pierwszoplanową postać polskiej sceny poetyckiej. Debiutanckie wiersze, silnie zakorzenione w realiach zwykłego banalnego blokowiska, dokumentujące dojrzewanie, pożegnanie z dzieciństwem i mrowiące się przeczucia dorosłości, preferowały konkret, silnie ukorzeniały się w rzeczywistości, widzialnej i namacalnej.
Jednak kolejne tomy skutecznie mogły zniechęcić do siebie czytelników przyzwyczajonych do wychodzącej im naprzeciw obrazowej poezji. Zdawało się, że Siwczyk raz na zawsze wziął rozbrat z widzialną rzeczywistością, coraz szerszym łukiem omijał to, co jest owocem pracy naszych zmysłów, i zaprzągł wehikuły wierszy do filozoficznego dyskursu.
Myśl prowadziła myśl, ulotne i kapryśne stany ducha zamieniały poezję w wyrafinowany dyskurs poety z samym sobą. Wszystko to działo się jakby pod nieobecność czytelnika, gdyż poezja tak potężna, enigmatyczna, z czasem coraz bardziej ponura, niosąca za sobą metaliczny posmak „ostateczności”, musiała stawiać niewyobrażalne wręcz kłopoty interpretacyjne. Pejzaż wewnętrzny krzyżował się z krajobrazem zewnętrznym, którego chaotyczne elementy przypominały porzuconą scenografię postapokaliptycznego filmu.
Najnowsze dzieło Siwczyka, zbudowany z dziewięciu części poemat „Dokąd bądź”, zdaje się łagodzić majestatyczną, monochromatyczną lirykę i wprowadza do niej (nieliczne, przyznajmy) sygnały neutralizujące jej trudny charakter.
Zdania, bo właśnie one są nośnikami sensu tej poezji, rozwijają się powoli. Autor zamienia je w wielopiętrowe, wielokrotnie złożone konstrukcje, w których gubi się uwaga odbiorcy. Nie jest to jednak zarzut. Poezji tej sprzyja wyciszona wnikliwa kontemplacja, która niekoniecznie musi zakończyć się jakimikolwiek wiążącymi wnioskami. Rozumienie jej w znaczeniu odkrywania poszczególnych sensów składających się na Sens całości, może być zadaniem nie tyle niewykonalnym, co wręcz niepożądanym.


Wystarczająco satysfakcjonująca jest już sama obserwacja tego morza poezji. Spokojnie falujące frazy, których pozorne monotonne kołysanie raz po raz pozwala wyłowić konkretne elementy rzeczywistości. Wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Nieprzyjazny industrialny krajobraz. Imiona dawnych bohaterów popkultury, które brzmią jak nazwy zatopionych statków. Wreszcie niezwykłej urody, przedziwne, jednocześnie surowe i czułe partie opisujące fenomen miłości.
Nie jest to poezja dla wszystkich. Nie dajmy się zwieść – awangardowy rys tej liryki odstraszyć może nieprzygotowanego, przypadkowego odbiorcę. „Dokąd bądź” to podróż, w jaką może ruszyć czytelnik poezji, który kondycję zdobył w czasie długich forsownych lektur. Zdumiewająca książka, która każdorazowo będzie mądrzejsza i większa od wszystkiego, co się na jej temat napisze.

PS

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Lubimyczytać.pl

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Są rzeczy na niebie i ziemi, i na niebie, czyli "Radio Wolne Albemuth" Dicka


Dla Philipa Dicka świat, jaki znał przez ponad 40 lat, skończył się na początku 1974 roku, gdy pisarz stał się świadkiem, ofiarą, uczestnikiem (proszę wybrać opcję)wydarzeń, które wymknęły się rozumieniu nawet kogoś takiego jak autor powieści fantastyczno-naukowych. Kogoś, kto miał zapewne kontakt z wszelkimi możliwymi substancjami stymulującymi – od tabaki po LSD. Kogoś, kto żył w tyglu mieszających się ideologii, religii i filozofii, jakim była/jest Kalifornia.

Nawet ktoś taki miał problemy ze zrozumieniem fenomenu „żywego różowego światła”, które nie dość, że nauczyło Dicka rozumieć grekę koine, objawiło prawdę o stanie zdrowia synka pisarza (niezdiagnozowana grożąca życiu wada, którą należało operacyjnie usunąć), to przede wszystkim uświadomiło mu, że cała rzeczywistość, wszystko, w co wierzył, jest złudą. Imperium Rzymskie nie upadło, żyjemy wciąż w jego łonie i przypominamy w naszej walce o wolność i prawdę pierwszych chrześcijan…

A skoro już o chrześcijaństwie mowa – nie można nie skojarzyć tej historii z losami świętego Pawła i tym, co spotkało go na drodze do Damaszku. Subtelną różnicę wyczujemy, gdy uświadomimy sobie, że Paweł z Tarsu wiedział, kto zrzucił go z konia, natomiast Dick pozostał z niczym. A raczej z setką teorii, narastającą paranoją i nieszczęśliwą duszą…



Skłonni do religijnych afektacji czytelnicy zobaczą w wydarzeniach z 1974 roku zagadkowe objawienia, a „Radio Wolne Albemuth” będzie kolejną próbą ubrania w garnitur narracji tego, co nienazwane. Podobnych prób mieliśmy zresztą więcej – najbardziej znany „Valis” to wstrząsająca na poły psychologiczna, na poły mistyczna podróż w poszukiwaniu prawdy oraz jej rozsianych w świecie depozytariuszy. „Bożej inwazji” z kolei najbliżej do klasycznej s-f (jeżeli Dick kiedykolwiek takie pisał…) „Radio Wolne Albemuth” zaś to popisowo rozpisana dystopijna wizja Ameryki, która wpadła w szpony totalitarnych rządów.

Prezydent Ferris F. Freemont (3 x szósta litera alfabetu, patrzcie!) za pomocą całej armii donosicieli, tajnych agentów i zwyczajnych sługusów podporządkowuje sobie kolejne sfery życia, ogranicza prawa obywatelskie. Czujemy tutaj zaduch prezydentury McCarthy’ego, Nixona z niejasnym przeczuciem atmosfery rządów Reagana. Kraj powoli zatapiają fale propagandy, która każe widzieć w każdym potencjalnego wroga kraju, ani chybi szpiegującego na rzecz śmiertelnego wroga Ameryki – Związku Radzieckiego.

W tym upiornym świecie jedynym sprzymierzeńcem wolności i prawdy jest… starożytny satelita krążący od tysiącleci ponad Ziemią i posyłający wybrańcom strumienie „żywych informacji.” Główny bohater, alter ego samego Dicka, stał się jednym z „wtajemniczonych”, któremu odsłonięto przerażający stan rzeczywistości.

Dick nie byłby sobą, gdyby nie splótł fabuły z iście gnostyckimi teoriami, elementami chrześcijańskiej teologii, echami przeróżnych podejmowanych już wcześniej przez pisarza rozważań. Nie byłby też sobą, gdyby nie stworzył znów zdumiewająco smutnej, zamykającej nadziei drzwi, powieści. Po jej przeczytaniu człowiek ma prawo czuć się jak uczeń Chrystusa przeżywający pierwsze godziny po Jego ukrzyżowaniu. (Nie za mocne porównanie?) Rozczarowany, ogłuszony niesprawiedliwością i bezradnością.

Gdyby spojrzeć na „Radio Wolne Albemuth” z racjonalistycznego punktu widzenia, nie ma wątpliwości, że dzieło to jest jedną z najlepszych znanych literaturze prób zamknięcia w fabularnej strukturze biograficznego doświadczenia. Dick dał nam doskonałe świadectwo rozpaczliwych prób rozerwania przezroczystego worka, w jakim się znalazł za sprawą epifanii z roku 1974. Niech o tej heroicznej walce świadczy choćby fakt, że rozszczepił samego siebie na „dwóch” bohaterów (jeden z nich jest pisarzem s-f i nazywa się Philip Dick) i kazał im zawzięcie dyskutować o naturze i sensie przesłania „z góry.”


Prób rzecz jasna nieudanych, gdyż autor nie znalazł języka ani kształtu, dzięki którym wytłumaczyłby swoje doświadczenie. Nie oznacza to oczywiście, że „Radio…” jest powieścią nieudaną – odwrotnie. Formalnie ciekawa, fabularnie zaskakująca stanowi jeden z ważniejszych utworów w dorobku „późnego” Dick i uświadamia dotkliwą stratę, jaką była śmierć pisarza, który domknąwszy kolejny rozdział swojego twórczego życia, rozpocząłby następną, zapewne fascynującą podróż.  

środa, 4 czerwca 2014

Na przeczekanie, czyli "Tajemna historia" Tartt

Od czasu do czasu zdarzy mi się obejrzeć taki mecz piłki nożnej, którego pierwsza połowa kipi od zdumiewających akcji, porywających ataków i kontrataków, szaleńczej gry napastników i pewnych interwencji obrońców. Sypią się gole, kibice wiwatują, sędzia odgwizduje przerwę. Po wznowieniu gry zawodnicy grają tak, jakby satysfakcjonował ich osiągnięty przed przerwą wynik. Poruszają się niemrawo, nie męczą się bieganiem, nie szukają gry. Chcą dowieźć wynik do końca, nie zwracając uwagi na zniecierpliwionych kibiców.

Donna Tartt wie, jak uwieść czytelnika. Pierwsza część powieści realizuje motyw, jakim często skutecznie posługuje się literatura masowa, nakierowana na skuteczny i bezlitosny podbój czytelniczych serc. Główny bohater trafia do collage’u, gdzie po krótkim czasie udaje mu się dostać do elitarnego grona kilkorga studentów prowadzonych przez ekscentrycznego profesora, fascynata kultury antycznej, wyrafinowanego i czarującego, hipnotyzującego swoją erudycją i koneksjami, nieomal geniusza. Jego studenci to też elita intelektualna uczelni, a przy okazji grupka ekstrawaganckich i zmanierowanych młodych ludzi, których łączy (jak się potem okaże) dużo więcej niż tylko biegła znajomość łaciny i greki. 

Czujecie już? Kłania nam się stary jak świat motyw „inicjacyjny” – główny bohater powoli zaskarbia sobie przyjaźń i zaufanie obcego wcześniej grona rówieśników, natomiast ci odwdzięczają mu się, wprowadzając go do swojego zepsutego mikrokosmosu, którym rządzą egoizm, hedonizm i emocjonalne okrucieństwo. Schemat inicjacyjny sprawdza się doskonale. Działa niemal zawsze, gdy przy odrobinie wysiłku wraz z bohaterem zaczniemy zdzierać kolejne warstwy rzeczywistości, by dotrzeć do prawdy o świecie.

Uczciwie muszę dodać, że doskonale się czyta pierwszą połowę książki. Bohaterowie są niebanalnie skrojeni i przypominają grupę intelektualnych superbohaterów. Poszczególne punkty węzłowe fabuły mogą wbić w fotel, bo w atrakcyjny sposób dotykają spraw ostatecznych – życia, śmierci, moralności, kultury… Krótko mówiąc – uczta. Lekkostrawna, ale bardzo intensywna lektura.

Dodajmy do tego śmierć. W sumie dwie ofiary. Doskonałe paliwo, na którym silnik każdej powieści może przejechać dodatkowy dystans. Okraśmy tajemnicą, mrocznymi opowieściami o pogańskich rytuałach, o zwierzęcej stronie natury człowieka, o krwawym dziedzictwie antyku, a zbudujemy fascynującą, porywającą historię o ludziach, którzy zapragnęli (w duchu „Zbrodni i kary” Dostojewskiego) sprawdzić, jak daleko można się posunąć i jakie mogą być tego konsekwencje. 



„Tajemna historia” miała więc szansę być ambitną próbą pożenienia schematów powieści popularnych z rozważaniami na daleko poważniejsze tematy. Coś jednak pękło, pokruszyło się mniej więcej w połowie książki. Akcja, do tej pory zwarta i pozbawiona balastu niepotrzebnych scen, nagle zaczęła deptać w miejscu. Rozgałęziająca się fabuła, zbędne epizody, szczegóły, partie pozbawione emocjonalnego żaru, ba! nawet pokojowej temperatury, skutecznie zaczynały leczyć mój ocierający się o patologię zachwyt pierwszą częścią „Tajemnej historii.” 

Cóż się stało? Chyba pisarka nie poradziła sobie z ciężarem problemu, z którym musiał zmagać się przywołany wcześniej Dostojewski. No bo jak długo można kazać bohaterom zalewać się w (nomen omen) trupa, by zilustrować kłębiące się w nich wyrzuty sumienia po dokonaniu Bardzo Złej Rzeczy? Po cóż kazać im dyskutować o niczym? Jeździć donikąd? Po cóż odsłaniać ich coraz bardziej i bardziej upiorne przyzwyczajenia i słabości, a jednocześnie nie mieć pomysłu, jak ugrać fabularnie te okropieństwa? Zawiesić wszystkich w jakimś na poły inferalnym cieniu poczucia winy, której nawet sobie zbyt dobrze nie uświadamiają? Mamy sobie sami dopowiedzieć, że wszyscy są aż tak zepsuci i wyzuci z moralności, skoro im "nie żal rozboju,/Ale tylko strach kary?" Same złe pomysły, moim skromnym zdaniem.

Pod koniec książki świat przedstawiony nagle zaczął tracić swoją trójwymiarowość, stał się płaski i pretekstowy jak Hogwart. Realia spłynęły jak niezaschnięta farba spłukana wodą z ogrodowego węża. Fabuła okroiła samą siebie do kilkunastu scen, które równie dobrze można odegrać w kameralnych warunkach pierwszego lepszego szkolnego teatru. 

Szkoda, pomyślałem sobie z żalem. „Tajemna historia” dała mi dużo satysfakcji. I nawet tam, gdzie tonęła jako spójna i skoncentrowana fabuła, potrafiła błysnąć od czasu do czasu jakąś drobnostką, okruchem, iskierką prawdziwej melancholijnej poezji… 

Chociażby zamykający powieść sen. No ale trzeba przeczytać ponad 500 stron, by uświadomić sobie jego piękno, niejednoznaczność i smutek.

piątek, 23 maja 2014

Homo o hetero, czyli "Portret trumienny" Wojtaszczyka

Przyznam szczerze – nie mogę jednoznacznie ocenić debiutu prozatorskiego Kuby Wojtaszczyka pt. „Portret trumienny.” Gdy już już wydaje się, że chwyciłem zamysł autorski i nie będę miał problemu z trafnym rozczytaniem całości, jakiś diabeł nakazuje mi zrewidować wszystko, na co do tej pory wpadłem. Najuczciwiej więc będzie przedstawić dwie ścieżki, jakimi szła moja recenzencka uwaga.

Wariant pierwszy.

Powieść ta odczytana dosłownie (bo może tak właśnie trzeba z „Portretem trumiennym” uczynić?) jest złośliwym i tendencyjnym atakiem na najważniejsze, najświętsze dla konserwatywnych Polaków wartości. Tradycja, Rodzina, Religia zrośnięte na stałe z pewnym stereotypowym obrazem polskości zostają sportretowane w duchu wybitnie ostrego paszkwilu, któremu jednak daleko do intelektualnej głębi patrona tego typu dzieł, czyli Witolda Gombrowicza.

Główny pozytywny bohater i jednocześnie narrator tekstu, młody homoseksualny pracownik galerii sztuki, zmuszony jest odwiedzić rodzinę, która świętuje kolejne urodziny matki naszego bohatera. Prowincja, z której niegdyś się wyrwał, jest obrzydliwa estetycznie. Rodzina (bliższa) prowokuje do wymiotów (dosłownie), a dalsza do szukania homoseksualnego romansu. Czas wlecze się niemiłosiernie, gdy trzeba rozmawiać z kolejnymi nudnymi krewnymi, odpowiadać na konwencjonalne pytania, samemu nie będąc ani przez chwilę zainteresowanym tym, co inni mają do powiedzenia.

Portret Polaków-cebulaków jest złośliwy, ale brakuje mu wdzięku. Cóż z tego, że autor deklaruje „wiarę w Woody Allena”, skoro żarty, relacje z piekiełka rozmów przy suto zastawionym stole, obrazki z prowincjonalnej wystawki są ciężkie, przewidywalne i zaspokoić mogą jedynie tych, którzy gustują w siekierą ciosanej satyrze obyczajowej. Banalnie łatwo obśmiać tradycyjną rodzinę składającą się z ciężko pracującego tępawego męża, żony-katechetki, której brzuch opuściło już kilkoro dzieci, zidiociałe ciotki…

Wszystko, co polskie, sarmackie, nasze jest rzecz jasna skrytykowane, wyszydzone, podważone. Narrator nie proponuje niczego w zamian. Snuje się obrażony, pogrąża się w erotycznych fantazjach. A co najgorsze – bije od niego paskudne poczucie wyższości. Nie polecam.



Wariant drugi.

Może rzeczywiście trzeba „Portret trumienny” potraktować jako (mało zabawną) satyrę? Tłumaczyłoby to wszelkie uproszczenia, stereotypizacje, dychotomiczną wizję świata. Wtedy historia opowiedziana przez autora broniłaby się, gdyż widzielibyśmy w niej kpinę z wszystkich (podkreślam to słowo) możliwych ról społecznych, jakie odgrywają Polacy. Autor tym samym śmiałby się zarówno z heteronormatywności, jak i ze środowisk homoseksualnych, które chcą ową heretonormatywność zanegować.

Taka interpretacja całości sprawia, że tekst Wojtaszczyka nie ma pozytywnego bohatera. Egzotyczna na tle tradycyjnej polskiej rodziny figura homoseksualisty jest równie śmieszna i żałosna, co owa rodzina, której nieobce są prostactwo, głupota, dulszczyzna…


Chciałbym, żeby przesłanie tej książki brzmiało: „Wszyscy jesteśmy siebie warci”, ale naprawdę dużo wysiłku i wiary kosztuje mnie przekonanie samego siebie, że tak właśnie sam autor podsumowałby swoją książkę.

piątek, 16 maja 2014

Baw się, aż się porzygasz, czyli "Przenośne drzwi" Holta

Autor powieści „Przenośne drzwi” Tom Holt przypomina gospodarza lunaparku, który z szelmowskim uśmiechem oprowadza nas po swoim królestwie. Uruchamia całą fantastyczną maszynerię. Czeka, aż zabraknie nam tchu w piersiach na widok tych wszystkich labiryntów, w których niechybnie zabłądzimy. Ustawia krzywe lustra, w których głębi dopatrzymy się groteskowych postaci. Może nadepniemy na  przygotowaną na naszą cześć zapadnię lub rozbijemy sobie nosy, trafiając na ceglasty mur, jaki znajdziemy tam, gdzie po otwarciu drzwi powinien być przytulny pokój.

Brzmi atrakcyjnie? Tak, ale do czasu. Można kota zagłaskać na śmierć, można również kręcić się na karuzeli tak długo aż się człowiek nie porzyga z rozkoszy.

Tak właśnie sprawy mają się z tą książką. Zabawną, zaskakującą, pomysłową, ale niestety zbyt często grzęznącą na mieliznach dłużyzn; fabuła drętwieje, zaczynamy się nudzić lub, co gorsza, całość błyskawicznie obojętnieje czytelnikowi potraktowanemu zbyt dużą ilością bodźców.



Gdzie Holt popełnił błąd? Teoretycznie wszystko jest na swoim miejscu. Główny bohater, Paul Carpenter, nieudacznik, oferma, ignorant, nijaki jak krupnik, bezbarwny chudzielec, zostaje wbrew wszelkim nadziejom zatrudniony w pewnej tajemniczej firmie. Jego obowiązki sprowadzają się do przekładania papierów z miejsca na miejsce, odkurzania starych akt, katalogowania dziwacznych eksponatów z piwnic firmy.

Dodajmy, że pokój dzieli z wyjątkowo antypatyczną dziewczyną, w której zdążył zakochać się od pierwszego wejrzenia.   

Ekspozycję Holt przygotował rzetelną. Nie chcę powiedzieć, że czytając „Przenośne drzwi” gryziemy z nerwów paznokcie i nie możemy uspokoić szalonego tętna, ale przyjemnie się robi, gdy niespodziewanie zaczynają pojawiać się dziwne zbiegi okoliczności, magiczne przedmioty, sugestywne sny...

I gdyby autor pozwolił założyć wędzidła swojemu gadulstwu i wyobraźni, książka byłaby doskonała. A taka nie jest z dwóch powodów: po pierwsze Holt z irytującą regularnością informuje nas o wszelkich subtelnych rozterkach, jakie przeżywa główny bohater.

Całe strony spekulacji i dyskusji z samym sobą są po prostu nużące, niewiele wnoszą do fabuły, można by je było po prostu opuścić bez najmniejszego uszczerbku dla całości. 

Drugi zarzut jest jeszcze poważniejszy – „Przenośne drzwi” z czasem zaczynają zwyczajnie drażnić nadmiarem niesamowitości.

Proszę sobie wyobrazić, że tytuł należy traktować wybitnie dosłownie. A to dopiero początek atrakcji – zagłębiając się w lekturę, trafimy na wędrówki w czasie, miecz króla Artura, armię goblinów, alternatywną rzeczywistość, zaklęcia zmieniające ludzi w przedmioty… Cała ta menażeria spada nam na głowy i powoduje usprawiedliwione poczucie zamętu i chaosu.

Nie można  odmówić Holtowi dobrych intencji. Chciał dać nam przyzwoitą i bezpretensjonalną rozrywkę. Zresztą język powieści iskrzy od malowniczych wysublimowanych porównań, klasyczny angielski humor zapewni komfortową jazdę, jednak sama trasa może zacząć nas nużyć.

Cóż, jeżeli mamy duuużo wolnego czasu i lubimy, gdy wyobraźni autora nie krępują żadne granice, zapraszam. W pakiecie happy end i obietnica kontynuacji opowieści w postaci drugiej części cyklu.


Ja jednak pozwolę sobie wysiąść na tym przystanku.

wtorek, 6 maja 2014

Z mojej ukochanej półki, czyli "Obóz koncentracji" Discha

Jest taka półka w mojej wewnętrznej biblioteczce, którą roboczo nazwałem:

Gdyby (tu wstawić nazwisko Wielkiego, Klasycznego i Rozpoznawalnego Pisarza) porządnie się nawalił, to napisałby coś takiego.

Dziś na tej półeczce stawiamy powieść Thomasa Discha pt. "Obóz koncentracji" - książka, którą zwykło się traktować jako jeden z kamieni milowych tzw. Nowej Fali (cokolwiek to znaczy...), stawia przed czytelnikiem nieprawdopodobne wręcz wymagania. Nikt, kto na bierzmowaniu nie otrzymał od Ducha Świętego daru cierpliwości, nie dotrze do końca powieści i nie rzuci nią wcześniej o ścianę z głośnym okrzykiem rozpaczy...

Sam pomysł wyjściowy jest intrygujący (Disch od początku konsekwentnie buduje klaustrofobiczną, dławiącą atmosferę) - bohater z racji swoich pacyfistycznych przekonań trafia do więzienia(?), gdzie jego literacki talent zostaje wykorzystywany do prowadzenia obserwacji zachowań innych osadzonych. Dzień po dniu stara się wywiązywać ze swoich w sumie nieco donosicielskich powinności, starannie wypełnia karty dziennika, a my czytamy te zapiski, poniekąd wcielając się w kogoś, kto stoi na wyższym szczeblu hierarchii obozowej. 

Duszna, mroczna aura miejsc przymusowego odosobnienia zostaje dodatkowo zagęszczona, gdy pojawia się motyw substancji, której działanie zamienia więźniów w geniuszy. Kilka miesięcy pracującej pełną parą mózgownicy zamyka agonia delikwenta, którego ciało nie wytrzymuje przeciążeń związanych z przekraczaniem ludzkich możliwości. Naszemu bohaterowi, dodajmy dla uczciwości, też zaaplikowano rzeczony specyfik. 

Tutaj jednak zaczyna się jazda, której komfortu nie zapewnią nawet najlepsze resory. Disch, będąc wiernym przyjętej metodzie twórczej, z punktu widzenia zarażonego geniuszem śmiertelnika pokazuje nam proces budowania się nie-ludzkiego intelektu. A my, biedni czytelnicy, zmuszeni jesteśmy do przedzierania się przez coraz bardziej i bardziej enigmatyczne, chaotyczne, bełkotliwe, niezorganizowane partie tekstu. Jasne, być może żyjących języku nie ma na to głosu, i inaczej nie dałoby się opisać materii, z którą mierzy się autor. No bo jak zdać relację z życia wewnętrznego turbointeligentnej bestii, gdy ma się do dyspozycji pierwszoosobową prozę?

Ja jednak nie dałem Dischowi taryfy ulgowej, bowiem wydawało mi się, że ktoś mnie tu wodzi za nos. Sprzedaje mi towar niepełnowartościowy, którego wszelkie mankamenty tłumaczy celowym zabiegiem artystycznym. Nie, za stary chyba jestem na to, by fałszujący śpiewak potrafił mnie przekonać, że beczy i gnie skalę, by uzyskać zaskakujący efekt. 

W tej rozedrganej opowieści uda nam się wypatrzeć i nawiązania do "Fausta", któremu również zdarzyło się posiąść olbrzymią, niemal nadczłowieczą wiedzę, i jakieś dalekie echo Kafkowskich ocierających się o groteskę onirycznych wizji, a nawet grobową klaustrofobiczną atmosferę dzieł Becketta. Jednak Disch nie radzi sobie z tak bogatym zapleczem - "Obóz koncentracji" jest typowym postmodernistycznym dziełem, zlepionym z odwołań, ech, sygnałów, które przyklejone do pomazanej klejem linii fabularnej mają tworzyć w założeniu powieść nietuzinkową, wielowymiarową i rewolucyjną.

PS

W drugiej linijce recenzji proszę sobie wstawić nazwisko Goethe, Kafka lub Beckett. Będzie jak znalazł!

sobota, 3 maja 2014

Ekskluzywność wykluczająca, czyli "W podziękowaniu za siedlisko" Audena

Rzadko zdarza się, by na polskim rynku czytelniczym zaistniała książka będąca tłumaczeniem jednego, zamkniętego w sobie, tomu poetyckiego. Jeżeli proponuje się rodzimym miłośnikom mowy wiązanej próbkę twórczości mniej lub bardziej klasycznego zagranicznego autora, jest to na ogół wybór wierszy, który ma za zadanie zaprezentować ewoluującą na przestrzeni życia twórczość poety oraz jej najjaśniejsze momenty. Niestety, sam autor bywa tym samym „uśredniony”, a fakt wyboru takich a nie innych utworów bywa swoistą narzucaną odbiorcom interpretacją twórczości.
Cieszyć się zatem należy, że za sprawą wybornego tłumaczenia Dariusza Sośnickiego do rąk dostajemy tom W. H. Audena pt. „W podziękowaniu za siedlisko.” Książka ta spłodzona u schyłku życia poety zdaje się odróżniać od wcześniejszych i rozpoznanych jako wybitnych propozycji. Zresztą sama sytuacja, w jakiej znalazł się autor, być może nie skłaniała do tworzenia zaangażowanych, wizjonerskich utworów. Auden za sprawą potężnego zastrzyku finansowego (nagroda literacka Feltrinelli przyznana mu w 1957 roku opiewała na niebagatelną kwotę dwudziestu milionów lirów) kupuje dom w Austrii. Skromną, niemal wiejską posiadłość w miasteczku Kirchstetten.
Tom jest przewodnikiem po tej posiadłości, którą poeta opisuje drobiazgowo, od piwnicy po strych, nie opuszczając nawet tak prozaicznych pomieszczeń jak wychodek. Rzecz jasna cały urok tej poezji polega na tym, że po domu nie oprowadza nas agent nieruchomości lub, w najlepszym razie, znajomy, który czuje się zobowiązany do zafundowania nam wymuszonej faktem odwiedzin wycieczki. Auden jest raczej elokwentnym gospodarzem, który otwierając kolejne i kolejne drzwi zaprasza nas do wnętrz umeblowanych kulturowymi odniesieniami, mnożącymi się nawiązania do różnych dziedzin wiedzy; o wszystkim opowiada ze swadą, błyszczy najwyższej próby ironią, żongluje żargonem naukowym, archaizmami, słownikowymi precjozami.
Nie da się ukryć, że to trudna książka, a jej (chcąc, nie chcąc) wykluczający charakter jest poważnym mankamentem. Nieprzygotowany czytelnik, przypadkowy amator lżejszych odmian poezji, być może przestraszy się erudycyjnych Audenowskich wywodów. Być może zrazi go przesadna ekskluzywność tego projektu i poczuje się nieproszonym (za głupim?) gościem w domu przy Hinterholz nr 6. 

Ja, nawet gdyby mnie zapraszano, czułbym się obco. Nie wiem, czy znalazłbym wspólny język z tymi, którzy z akademicką swadą przerzucają się aluzjami i w małych palach mają kompendia wiedzy wszelakiej. Nie, chyba poczekam na zewnątrz...

Najlepszy, acz złośliwy komentarz

Dlatego nieco bardziej doświadczonym czytelnikom „W podziękowaniu za siedlisko” objawi zdumiewające przestrzenie. Ta w najlepszym tego słowa rozumieniu ekskluzywna liryka przypomina nam o mariażach intelektu i wyobraźni, dyscypliny poetyckiej i wolnej myśli, które nawet pozbawione wzniosłości tematy są w stanie opisać przy pomocy wymyślnego szlachetnego dyskursu.

piątek, 2 maja 2014

I cóż z tego, że "Nadjeżdża" Słomczyńskiego

Jako obserwator współczesnej polskiej poezji poczułem drobną satysfakcję w chwili, gdy uświadomiłem sobie, że być może trafnie wyłowiłem spośród autorów zaprezentowanych w antologii „Połów. Poetyckie debiuty 2012” nazwisko Szymona Słomczyńskiego.
Wiersze, które pokazał on wtedy światu, brzmiały spójnie, miały charakter, wyróżniały się czystym tonem i niezbędną dawką realizmu, która potrafiła na dłużej przykuć uwagę czytelnika. Z radością więc przywitałem debiutancki pełnowymiarowy zbiór autora pt. „Nadjeżdża.”
Mój pozytywny odbiór nie osłabł nawet wtedy, gdy zamknąwszy książkę, zacząłem się zastanawiać, czy polubiłbym jej autora tak samo jak polubiłem jego utwory. Skąd ta w sumie mało profesjonalna wątpliwość? Cóż, przyznałem sobie do niej prawo w chwili, gdy w jednym z tekstów przeczytałem zdanie: Jestem podmiotem własnego wiersza, zawsze. I nawet jeżeli potraktujemy tę deklarację jako stały element gry, zwód, przykład typowego dla naszej najnowsze poezji dryblingu, jakim popisuje się poeta próbując "okiwać" podmiot liryczny, ja akurat obok tych słów obojętnie nie przeszedłem.
Od samego początku założyłem, że mówi do mnie ktoś z krwi i kości, a nie wcielenie, kolejna maska, kostium czy rekwizyt. Ten ktoś nie ukrywa się (za bardzo) za wyrafinowanymi pozami, nie mnoży niedomówień, opowiada o swoim życiu, w którym obowiązkowo łączą się w jedną całość czułość z nihilizmem, delikatność z agresją, a precyzyjne i wiarygodne raporty z teraźniejszości mieszają się z niemal onirycznymi wspomnieniami. Dzisiejsze dramaty i rozterki przesłaniają wczorajsze.
Bohater tekstów dzielnie maszeruje przez życie, prezentując swoje kolejne oblicza – niegrzecznego kochanka, agresywnego komentatora rzeczywistości, niezdyscyplinowanego członka większości wspólnot, których kontekst byłby naturalny dla młodego mężczyzny. Z jednej strony debiutancki tom wierszy Słomczyńskiego odsłania przed nami szeroką skalę poruszanych tematów, a drugiej dzięki powtarzaniu (i przetwarzaniu) ulubionych mamy wrażenie, że „Nadjeżdża” to całkiem nieźle przemyślana całość.
Język tych wierszy jest szybki. Ich tętno galopujące. Słomczyński pełnymi garściami chwyta obrazy, słowa, całe zdania i wiąże je w ciasno splecione partie. Niewiele się rozłazi w szwach. Młody poeta jest uważny, ma niezłe ucho, którym z powodzeniem łowi język nakrapiany nazwami własnymi, informatycznym dialektem, wulgaryzmami i potocyzmami różnego kalibru.
Są to więc teksty uszyte na miarę wyobrażeń o współczesnej liryce. Jednak autora broni uwaga, jaką poświęca on samemu sobie. Rzadko pozwala, by podmiot liryczny rozlał się, rozpuścił w opisywanej sytuacji. Nadawcą komunikatu zazdrośnie strzeże swojej pozycji i nie pozwala, by zbyt często ingerowano w jego sposób prowadzenia dialogu ze światem.
Bardzo dobry to debiut. Jeden z lepszych, jakie miałem ostatnio okazję czytać. I niech zabrzmi to nieprofesjonalnie, ale dobrze sobie wyobrazić samego autora, który być może przeżył wszystkie opisywane eskapady. Może ktoś wtedy polubi tego bezczelnego młodzieńca, bo ja sam z tym pewne problemy…


PS (ważniejsza część recenzji)




Problemy miałem też w przypadku pisania powyższej recenzji. Jasne, 20 lat czytam już polską (i nie tylko polską) poezję, 20 lat śledzę wynurzenia, monologi, zapiski, notatki z rzeczywistości, jakimi MUSZĄ się ze mną podzielić natchnieni, wyobcowani, mniej lub bardziej zakochani w samych sobie autorzy. I wiecie, co Wam powiem? Coraz mniej mnie to wszystko obchodzi. 

Nie byłem w stanie, mimo sprawnego warsztatu autora, zainteresować się jego światem. Guzik mnie obchodziły dylematy młodego zdolnego i niegrzecznego chłopaka. W nosie miałem (żeby nie powiedzieć dosadniej) to, co myśli o sobie, swojej rodzinie, bliskich i dalszych. 

Przypomniało mi się, jak rok po skończeniu studiów musiałem dzielić wynajmowane mieszkanie z grupką świeżo upieczonych studenciaków. Koszmarne doświadczenie braku łączności na każdym poziomie. Słuchali innej muzyki, oglądali inne seriale, uwolnieni spod nadzoru rodziców i szkoły zachłystywali się wolnością, alkoholem i papierosami. Ja męczyłem się w pierwszej beznadziejnej pracy. Nic nas nie łączyło. Nie mogło. 

Podobnie jest z tym tomikiem poetyckim... 

piątek, 18 kwietnia 2014

Najlepsze wciąż za nami, czyli "Fazy grawitacji" Simmonsa

Pokarało mnie. Nie pierwszy już raz moja granicząca z obłędem skłonność do nieczytania tego, co czytają inni, lub do czytania tego, co inni oceniają nisko, wyprowadziła mnie na manowce. Manowce nudy, narastającego zniecierpliwienia i irytacji. O czym mowa? O „Fazach grawitacji” Dana Simmonsa.

Tak, chciałem spróbować czegoś, co zaproponował fanom fantastyki ten amerykański klasyk gatunku, ale jakoś mierziła mnie myśl, że jak wszyscy mam zachwycać się na przykład kanonicznym już „Hyperionem.” Znalazłem więc powieść, którą czytelnicy zachwycali się raczej rzadko. Oczywiście, „Fazy grawitacji” znajdowały swoich obrońców, chociaż ich głosy brzmiały słabo i często zagłuszane były przez żale tych, którzy spodziewali się czegoś innego, bardziej „kosmicznego” i „niesamowitego”, a mniej „obyczajowego.”

W sumie sam nie wiem, czego miałem się spodziewać po książce, którą opisałbym jako melancholijną medytację o kryzysie wieku średniego. „Wiek męski, wiek klęski”, chciałoby się klasykiem pojechać i tym samym ostrzec przed tą lekturą wszystkich, którym tego typu rozważania (jeszcze) są obce. Natomiast ciekawą fabularną wariacją na ten zadany temat jest pomysł, by w swoją smugę cienia zanurza się były astronauta, który jako jeden z pierwszy ludzi w historii stanął na powierzchni Księżyca.

Moja biedacka wersja okładki


Czy można w życiu osiągnąć coś więcej, gdy w młodości wyrwało się z objęć grawitacji i spacerowało po Srebrnym Globie? To intrygujące pytanie, ale Simmons nie daje jednoznacznej odpowiedzi, co w przypadku tej książki jest raczej wadą niż zaletą.

Na dodatek autor zmusza bohatera do tego, by ten bez przerwy przekonywał się, że ów wiekopomny lot w stronę gwiazd był JEDYNĄ rzeczą, jaka mu się w życiu udała. Rozwiedziony z żoną, skłócony z synem, zmęczony mało ambitną pracą, rusza w podróż. W międzyczasie spotyka tajemniczą dziewczynę (miła scena erotyczna w namiocie) i dwóch dawnych kumpli, z którymi tworzył kiedyś załogę wystrzeloną w kosmos.  Jeden zamienił się w gorącego chrześcijanina i angażuje w dzieło ewangelizacji, drugi popełnia samobójstwo(?), roztrzaskując się samolotem o potężną górę.

Sam pomysł wyjściowy i linia fabularna zasługuje na sporego kalibru pióro. Problem powolnego schodzenia z pierwszej linii frontu życia jest jednym z bardziej nośnych motywów literackich i mobilizuje autora do zarysowania subtelnych i wiarygodnych analiz stanu ducha bohaterów. Jednak Simmonsowi czegoś zabrakło. Być może jest to ta legendarna „magia”, której ubywa, gdy dzieło trafia w ręce tłumacza? Nie wiem…

Wynudziłem się niemożliwie, obojętniałem ze strony na stronę, a nasz emerytowany astronauta i Indie odwiedził, i po Stanach sobie pojeździł, ale nigdzie nawet przez moment temperatura emocjonalna tekstu nie przekroczyła bezpiecznych dla naszych nerwów wartości. To rzadki przykład książki, która o nudzie egzystencjalnej (między innymi) traktując, sama jest boleśnie monotonna i nudna.