piątek, 9 grudnia 2016

Spoilery nieistniejących zakończeń, czyli "Sto dni bez słońca" Szostaka

Niemal do ostatniej strony "Stu dni bez słońca" wierzyłem, że powieść Szostaka jest znakomita... A jest tylko bardzo dobra. 

*

Miarą potencjalnej wielkości dzieła niech będzie fakt, że w wyjątkowo emocjonalny sposób czytelnicy odebrali postać głównego bohatera opowieści - Lesława Srebronia, który relację z "gościnnych występów" na jednym z zachodnich uniwersytetów zatytułował właśnie "Sto dni bez słońca."

Polskiego intelektualistę oskarżano o wszystko: o bufonadę, donkiszoterię, arogancję, narcyzm, snobizm, brak taktu, poczucie wyższości, mesjanizm, próżność, elitaryzm, źle maskowane kompleksy... (Zgubiłem coś?) Na dodatek wszystkie te inwektywy były jak najbardziej słuszne i mogły wynikać z pobieżnej nawet lektury. Oczywiście śmieszyć mogą emocjonalne grymasy i uniesione pięści wygrażające fikcyjnemu bohaterowi, w którym dało się jakoś odczytać symbol współczesnego polskiego pracownika naukowego na dorobku (naukowym).

1:0 dla Ciebie, Autorze. To Ci się udało.



*

Bohater przyjeżdża na odległe, położone na obrzeżach Europy wyspy, by w ramach stypendium popracować nad  monografią poświęconą wybitnemu polskiemu fantaście. Srebroń nie tylko pisze, ale również stara się zaskarbić sympatię kadry naukowej, upodobnić się do kolegów-akademików pochodzących z różnych stron Starego Kontynentu. 

Przyjemnie było czytać o "podejrzewaniu świata o intencje" - Srebroń za każdym razem interpretuje rzeczywistość w najkorzystniejszy dla siebie sposób. Każdy gest, ściągnięcie brwi, spóźnienie, półsłówka, rzucona uwaga - wszystko to dopasowuje się do założonej wcześniej wizji wydarzeń, kryje za sobą potężne zaplecze sensów gotowych połączyć się w całość pod czujnym spojrzeniem bohatera.

Czyż nie przypomina to Gombrowiczowskiego "Kosmosu"? (Kto nie czytał, ten trąba) Szostak prezentuje nam ten sam ocierający się o paranoję sposób igrania z komunikatami wysyłanymi nam przez świat i bliźnich.

*

Gdy popatrzeć na samą przestrzeń i na zaludniających ją bohaterów, mamy wrażenie, że Szostak nawiązuje do tradycji dworowania sobie z intelektualistów i mędrców wszelkiej maści. Kiedyś Arstofanes w "Chmurach" kpił z Sokratesa i jego podopiecznych, potem Swift wysłał Guliwera na wyspę odklejonych od rzeczywistości jajogłowych. Teraz Szostak  ostrzem satyry drwi z misyjności kultury Zachodu względem Europy i całego świata. No dobra, na poczucie misyjności jeszcze się zgadzam i nawet się z niej nie nabijam za bardzo, ale trudno zachować powagę, czytając o przeróżnych aktywnościach naukowych bohaterów powieści. 

Motyw penisa i waginy na przestrzeni dziejów, winorośl w kulturze Bałkanów, życie seksualne pracowników naukowych (badane dość dogłębnie przez wyrachowaną nimfomankę..), zaściankowy pisarz literatury fantastycznej, którego książkom przypisuje się arcygenialność - już ta wyliczanka mówi nam o patologiach, jakie od dawna królują na uniwersytetach. Nie tylko tych fikcyjnych.

Nadprodukcja prac badawczych, których nikt nie czyta. Wydumane problemy, które nikogo nie interesują. Hordy uduchowionych darmozjadów przyssanych do grantów i stypendiów. Tak, z tego sobie Szostak kpi. A wychodzi mu to znakomicie. Na tyle dobrze, że wstydziłem się własnych marzeń o podjęciu studiów doktoranckich...

*

W pewnym momencie "Sto dni bez słońca" stanęło na rozdrożu. Z jednej strony Szostak mógł do samego końca książki satyrycznie portretować zakochanego w sobie intelektualistę. Powieść mogłaby skończyć się "niczym" - bohater spakowałby walizki i wrócił do Polski z uczuciem niedosytu, rozgoryczenia, ale rzecz jasna wciąż pielęgnowałby przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Taki finał byłby bardzo polski właśnie, bardzo nasz.

A z drugiej strony autor mógłby nam zafundować solidny "plot twist." (Uwaga, spoiler do nieistniejącej wersji książki!) Mniej więcej od połowy książki zaczęło mi się wydawać, że wyspa, na którą trafił bohater, to kraina umarłych. Czyściec akademików, gdzie trafiają podrzędni naukowcy, skompromitowani badacze, łowcy grantów, twórcy groteskowych teorii... Tłumaczyłoby mi to kilka intrygująco brzmiących tropów rozrzuconych na przestrzeni powieści. No i wiecie sami - kraina umarłych, ho ho ho, jak to ładnie i niepokojąco brzmi. 

Szostak nie wykorzystał jednak mojego pomysłu i zamknął powieść mniej spektakularnym "odkryciem kart." Nie mam jednak do niego o to pretensji, ale niestety ten zbyt pastelowy finał trochę mnie rozczarował. Nieco stępił moje ostre oczekiwania wobec całości.

*

Na deser niejako możemy pośmiać się z polskiej fantastyki. Szostak, którego onegdaj zwykło kojarzyć się z opowieściami o górach i smokach (czy smokach i górach?), teraz zgrabnie parodiuje co bardziej wysublimowane fabuły zaangażowanej polskiej fantastyki. Umieszczone w "Stu dniach..." streszczenia fikcyjnych powieści jako żywo przypominają pompatyczną twórczość takiego Huberatha na przykład, ale to już temat na inną okazję...

PS

Za książkę nikomu nie dziękuję, bo sam ją sobie kupiłem.

czwartek, 10 listopada 2016

Będąc katolickim czytelnikiem, czyli "Gdzie leży granica?" Lodge'a

Na jednym z zagranicznych portali czytelniczych książka Davida Lodge’a doczekała się sporej ilości omówień. Pierwsze, na które trafiłem, kończyło się retorycznym pytaniem: „Jestem ciekawa, jak katoliccy czytelnicy odbiorą tę powieść? Uznają ją za zabawną? Obraźliwą? Prawdziwą?”

Odpowiedziałem tak: „Jestem katolickim czytelnikiem i książka ta jest dla mnie przede wszystkim przeraźliwie smutna. Nie tylko ze względu na opis upadającej tradycyjnej moralności, ale również z powodu obrazu starzejących się bohaterów, którzy z różnym powodzeniem przechodzą kryzys wieku średniego.”

(Tak odpowiedziałem, chociaż moja angielszczyzna w dość toporny sposób wyraziła powyższą błyskotliwą analizę.)

Do rzeczy jednak – książkę znalazłem przypadkiem w pobliskiej bibliotece. Nazwisko autora rzecz jasna kojarzyłem, a i dorobek umiałem zlokalizować jakoś, jednak dopiero teraz chwyciłem za konkretny tytuł.

„Gdzie leży granica?” to powieść mająca bardzo ambitny zamiar – Lodge podjął się próby sportretowania pewnej generacji wychowywanej w restrykcyjnym i opresyjnym świecie sztywnych moralnych gorsetów. Młodzi katolicy regularnie uczęszczają na poranne msze święte, śpią z rękami na kołdrach, podkochują się w sobie wzajemnie, zaręczają, z rzadka tylko dopuszczając do siebie sprośne myśli o sekretach, jakie kryją małżeńskie sypialnie. Małżeńskie, gdyż wszelkie igraszki w tym świecie zarezerwowane są oczywiście dla sakramentalnych związków.

Tu zaczynamy. Na porannej mszy w zadymionym i zamglonym Londynie. Bohaterowie, grupka znajomych, którym narrator przygląda się „z góry”, roszcząc sobie prawo do wszechobecności i wszechwiedzy, powoli jednak wycofują się z wpojonych wcześniej zasad. Wątpią, pytają, szukają… Podważają kolejne katolickie doktryny, znajdując oparcie dla swoich wątpliwości w wątpliwych osiągnięciach II Soboru Watykańskiego. Świat poszedł do przodu, kościół w bok, a oni zostali zostawieni samym sobie.

Granice, wydawać się mogło kiedyś nieprzekraczalne (nie tylko dla katolików zresztą), teraz za sprawą budzącej się rewolucji seksualnej, stają się czymś śmiesznym i archaicznym. Bóg być może nie umarł, ale na pewno został zastąpiony przez istotę z pobłażaniem patrzącą na poczynania ludzi.

Bohaterowie, których poznajemy jako przykładnych wierzących i praktykujących (no, przynajmniej za takich chcą uchodzić), z czasem łamią kolejne przykazania. Flirtują, romansują, zdradzają. Miotają się w oplatających ich coraz ciaśniej sieciach obowiązków dorosłości. Żenią się, wychodzą za mąż, płodzą kolejne dzieci. Żyją i uświadamiają sobie z rosnącym zdumieniem, jak łatwo przychodzi im sprzeniewierzać się zasadom, w które dawno dawno temu wierzyli.

Ujmuje mnie ta okładka

Podobał mi się dystans, z jakim Lodge opowiada o przemianach obyczajowych, które dotknęły (chciałem napisać „spadły na”) Zachód. Autor nie potępia pęczniejącego permisywizmu ani wyborów swoich pogubionych bohaterów. Nie obrywa się Kościołowi, któremu pośrednio można zarzucić przecież nieumiejętność przekonania wiernych do swoich racji. Nikt też nie oskarża o nic „czasów”, których duch wieje we wszystkich kierunkach jednocześnie.

Tak się stało, zdaje się mówić powieść, i nic na to nie poradzimy. Ale mnie jakoś tak przykro było, gdy pomyślałem sobie o martwym już świecie porządnych dziewczyn i porządnych chłopaków, z których nagle zdjęto obowiązek przyzwoitości i odpowiedzialności i otworzono przed nimi zbyt szeroko bramę do świata rozkoszy cielesnych.

Mój znajomy czytał kiedyś „Bruddenbrooków” Tomasza Manna i pod koniec lektury wyznał, że to przygnębiające, gdy czyta się na początku książki o młodości jakiegoś bohatera, a potem dochodzi się do momentu, gdy postać ta żegna się ze światem. Tak, mnie to też zawsze przygnębiało. Uświadamiało upływający czas o wiele silniej niż bezpośrednie doświadczenie przemijania. „Gdzie leży granica?” należy do tych powieści, które zmusiły mnie do stanięcia przed lustrem i liczenia kolejnych siwych włosów w rzednących włosach…

Lodge znany jest ponoć ze swojego poczucia humoru. Mniej najbardziej rozśmieszyła podróż jednego z bohaterów, który jadąc do lekarza-specjalisty wiózł próbkę stolca do analizy. Dużo za dużą próbkę…


Niech da to Wam pewne wyobrażenie na temat tego, co mnie bawi…

niedziela, 23 października 2016

Normalny w nienormalnym świecie, czyli "Dzień tryfidów" Wyndhama

Bodajże od Chestertona wziąłem przekonanie, że książki generalnie dzielą się na dwa rodzaje. W jednych nienormalny bohater stara się przeżyć w normalnym świecie, w drugich normalny bohater trafia do nienormalnego świata. Nie trzeba oczywiście dodawać, że angielski klasyk faworyzował drugi rodzaj opowieści.

(Nie trzeba chyba również dodawać, że współczesna literatura chyba zbyt często pokazuje nam przygody świrusa w porąbanym świecie. I nie trzeba również dodawać, że jako czytelnik gardzę podobnymi patologiami i nie namówicie mnie, bym rozkoszował się męczącą komiksowo-filmową obecnością takiej Harley Quinn na przykład…)

Do rzeczy – wróciłem do czytania klasyków fantastyki i wzrok mój padł na czytnik, gdzie trzymam przynajmniej sto tytułów wymagających natychmiastowej lektury. Chwyciłem „Dzień tryfidów” Johna Wyndhama. Powieść, a przynajmniej jej zarys, znałem dużo wcześniej z ekranizacji, którą gdzieś tam u zarania młodości widziałem w telewizji. Nie czytałem więc w ciemno, co czasami bywa nawet zaskakująco przyjemne.



Jesteśmy w Anglii. Przez kilkanaście godzin nocne niebo rozświetlają przedziwne iluminacje. Wszyscy patrzą z rozdziawionymi gębami na ten pokaz kosmicznych fajerwerków. Niestety, nie ma nic za darmo –  nazajutrz amatorzy świetlnych pokazów budzą się ślepi. Główny bohater powieści miał jednak farta. Kilka dni wcześniej doznawszy urazu oczu, wylądował w bandażach w szpitalu, gdzie nikt nie pozwolił mu nawet wstać z łóżka. Przegapił więc to, co przyczyniło się do nieszczęścia 99,9999999% populacji.

(Widzicie tutaj pewne podobieństwa? Fajny horror pt „28 dni później” zaczyna się identyczną sceną. Niczego nieświadomy pacjent budzi się do walki o przetrwanie w opanowanym przez „zombie” świecie. Taki już los klasyków, że ktoś wciąż do nich nawiązuje…

Inna kwestia, że identyczną symulację – świat ludzi ślepych – przeprowadza noblista portugalski Saramago. Nie wiem, czy dochodzi do mądrzejszych wniosków, ale fakt jest taki, że jego „Miasto ślepców” to nieco wyższa półka.)

Ślepota to jednak nie jedyna atrakcja tego świata. Hodowane przez człowieka chodzące rośliny, tytułowe tryfidy, śmiertelnie niebezpieczne, gdy spuści się je z oka, wyrywają się spod kurateli i zaczynają polować na bezbronnych ludzi. Rośliny te dysponując odrobiną „rozumu”, powoli uczą się na własnych błędach i wykorzystują zdobyte doświadczenia do skuteczniejszego poszukiwania bogatego w białko pokarmu.

Najbardziej ujął mnie w tej powieści główny bohater – zwykły człowiek, który nabywszy w życiu odpowiednie kompetencje moralne, nie jest w stanie w żadnych okolicznościach wykorzystać swojej przewagi nad światem, w którym jako widzący mógłby wszystko. Bohater jest ujmująco staroświecki, po hollywoodzku męski i wychowany tak, by poradzić sobie i z piórem, i z mieczem. No, z karabinem…

Akcja, jakby wbrew potężnemu zapleczu, bo to i postapokalipsa, i walka z „obcymi”, nie gna do przodu. Powoli, dostojnie, rozwija się powieściowy wachlarz. Przygody, zwroty akcji, dramatyczne sytuacje sąsiadują na równych prawach z długimi partiami, w których diagnozuje się albo stan duszy osamotnionego bohatera, albo stan świata, który właśnie przewraca się na drugi bok.

„Dzień tryfidów”, kiedyś być może furtka, by wejść do świata fantastyki, dziś jest powieścią niedzisiejszą. I nie jest to w żadnej mierze zarzut. To w moim prywatnym słowniku określenie zarezerwowane dla zjawisk wyjątkowych, szlachetny, nie goniących za uwagą czytelnika, a cierpliwie czekających na (jednak) dojrzałego odbiorcę. 

wtorek, 18 października 2016

Cicha siła, czyli "Wiersze zebrane" Kornhausera

Juliana Kornhausera wymienia się jednym tchem z takimi autorami jak Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak, Ewa Lipska i Ryszard Krynicki. Ta konstelacja poetyckich gwiazd była głosem pokolenia Nowej Fali. Twórcy, których celem działania była kontestacja zastanej rzeczywistości literackiej i próby uchwycenia mroków PRL-u przy pomocy języka literackiego skrzyżowanego z narzeczami charakterystycznymi dla gazet, przemówień, ankiet, wypracowali łatwo rozpoznawalny poetycki ton, chociaż każdy oddzielnie starał się udeptywać własną poetycką ścieżkę.

Julian Kornhauser był chyba „najcichszym” z wymienionych powyżej twórców. Zawsze gdzieś obok, na drugim planie, zawsze ciszej, nie narzucając się. Autora „Stanu wyjątkowego” chyba zbyt szybko „rozpoznano” i na wieki wieków zaszufladkowany jako nowofalowca, którego ocenia się jedynie poprzez pryzmat znakomitych tomików wydawanych w latach 70. Nie muszę chyba dodawać, że dopiero monumentalne „Wiersze zebrane” są w stanie pokazać pełnię możliwości krakowskiego poety.


Debiutancki tom z roku 1972 („Nastanie święto i dla leniuchów”) zapowiadał narodziny surrealisty. Wiersze tworzą przedziwne mozaikowe skupiska obrazów, poszczególne wersy nie korespondują ze sobą, zaskakują kontrastowymi zestawieniami. Teksty wydają się być wyrwane z czasu i przestrzeni, nie da się ich zakotwiczyć w żadnej konkretnej rzeczywistości. Niespodziewanie jednak kolejne książki z lat 70 przynoszą zmianę – poeta zaczyna przyglądać się społeczeństwu, mechanizmom regulującym jego istnienie, językowym procesom, które za sprawą komunistycznych środków masowego przekazu wynaturzają sam język, a tym samym relacje międzyludzkie. To klasyczny, chciałoby się rzec szkolny, Kornhauser. Wirtuoz.

Lata 80 warto zapamiętać dzięki wspaniałemu zbiorowi „Hurrraaa!”, w którym poeta oddaje głos tym, których oficjalnie nie można było usłyszeć. Bohaterami wierszy stają się zwykli ludzie żyjący gdzieś na marginesach i peryferiach, tam gdzie nie dociera oko kamery, mikrofon redaktora prowadzącego w radiu interwencyjną audycję. Gorzkie, pełne cichej rezygnacji lub niczym nieuzasadnionej nadziei teksty przynoszą obraz obywateli drugiej kategorii, którzy nijak nie umieli znaleźć szczęścia w socjalistycznym raju i informują o tym na swój niezgrabny sposób.

Nieliczne tomy wydane w wolnej już Polsce znów przynoszą zmianę poetyki. Wiersze najczęściej skupiają się wokół jednego obrazu, jednej myśli, którą poeta najczęściej rozwija na niewielkiej przestrzeni kilku zdań. Skromne obserwacje, wyszeptana raczej niż wykrzyczana niezgoda na świat lub potwierdzona skinieniem głowy afirmacja, to cechy charakteryzujące ostatnie dokonania Kornhausera. Delikatne, subtelne, jeżeli nawet nie są odkrywcze, to z pewnością są w stanie dać miłośnikom poezji sporo satysfakcji.

Ta mająca ponad 700 stron książka nadaje się do powolnego smakowania, kontemplacji, namysłu. Nie czytałem jej od deski do deski, od pierwszego do ostatniego tekstu, pozwalałem sobie na swobodną wędrówkę, niespieszny spacer po wszechświecie Kornhausera. Wybierając przypadkowe utwory, co i rusz dziwiłem się, wzruszałem lub podnosiłem ze zdziwienia brwi, gdy zdawałem sobie sprawę, jak wiele wspaniałej i mądrej poezji pozostawało do tej pory poza moim horyzontem poznawczym. 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Koszarowo, czyli "Orzeł biały" Przybyłka

Myśląc o recenzji "Orła białego" Przybyłka, musiałem stoczyć iście homerycki bój z samym sobą, gdyż rzadko zdarza się sytuacja, bym trafił na tak dobrze napisaną książkę, która byłaby jednocześnie tak odległa od tego, czego w fantastyce szukam. Trudno nie podzielić czytelniczych zachwytów nad bogactwem wizji i dynamiką akcji, a jednak zagłębiając się w świat przedstawiony powieści, miałem wrażenie, że znalazłem się na przyjęciu, na którym wszyscy już się doskonale znają, a ja na dodatek pomyliłem i miejsce, i datę spotkania.

Zacznijmy jednak od początku. Przybyłek otwiera powieść w klasyczny dla science fiction sposób – ekspozycja stylizowana na kronikę historyczną przyszłości informuje nas o tajemniczym cudownym specyfiku, który obiecuje namiastkę nieśmiertelności, hamując procesy starzenia. Jednak skutki zażywania tego środka są przerażające – ludzie zamieniają się w zielonoskóre sadystyczne potwory, które gwałcą, zabijają i czasem zjadają tych, którzy jeszcze owej przerażającej metamorfozy nie przeszli. Cały świat pogrąża się w krwawym chaosie. Cały świat oprócz Polski, która tradycyjnie pławiąc się w nieustannych kłótniach, nie pozwoliła swoim obywatelom na legalną kurację N-Genem.

I w taki oto sposób nasz kraj stał się ostatnim bastionem cywilizacji i kultury. Został Twierdzą, która musi teraz bronić się przed hordami nacierających zewsząd zmutowanych i coraz groźniejszych bestii.



Paliwem polskiej literatury nie od dziś jest podobna wizja. Już w "Nie-Boskiej" komedii Krasińskiego Okopy Świętej Trójcy stoczą (przegrany) bój z naporem rewolucjonistów, których nadejście zwiastuje śmierć starego świata i początek nowego, bezbożnego. Mit przedmurza (nie tylko chrześcijaństwa, ale wszystkiego, co dobre) uskrzydla nie tylko pisarzy, ale pcha do na pozór straceńczych misji wszystkich młodych zapaleńców, których ofiarę przypominamy sobie wraz z obchodami kolejnych rocznic powstań i zrywów.

Przybyłkowi z pewnością najbliżej do świata wykreowanego przez Tomasza Kołodziejczaka, który zbudował rzeczywistość „Ostatniej Rzeczpospolitej”. Na kartach takich książek jak "Czerwona mgła" czy "Czarny horyzont" czytamy o Polsce, którą również osaczają odmęty chaosu i armie żądnych krwi bestii. Kołodziejczak potraktował swoją opowieść jak najbardziej poważnie. Można nawet zaryzykować teorię, że jego cykl ilustruje tezę ukutą przez Jana Pawła II o świecie, w którym toczy się zażarta walka pomiędzy cywilizacją życia/miłości a cywilizacją śmierci. Kołodziejczak, mieszając elementy science fiction i fantasy, opowiedział o Polakach stojących na straży tradycyjnych wartości (wiary, tradycji, kultury), dających odpór nawałnicom mroku i barbarzyństwa. Wypisz wymaluj jest to narracja, w którą z łatwością uwierzą widzący Polskę jako kraj wybrany, mający wyjątkową misję do wykonania.

"Orłu białemu" pozornie po drodze z podobnymi wizjami, a jednak Przybyłek zupełnie inaczej rozmieszcza akcenty i od samego początku nie ukrywa, że jego książkę należy czytać z pewnym przymrużeniem oka, mając dystans zarówno do samej historii, jak i jej bohaterów. Galeria postaci jest naprawdę imponująca. Każdej z nich autor buduje mniej lub bardziej malowniczy życiorys. Znamy ich upodobania, fobie, nadzieje i słabości. Zresztą ta kwestia zasługuje na dodatkowe omówienie – przed napisaniem powieści autor zaproponował potencjalnym czytelnikom możliwość wystąpienia w książce pod własnym nazwiskiem. Tak więc przyjaciele pisarza, koledzy po piórze, znajomi z portali społecznościowych zaludnili karty "Orła białego"; jednym przypadła rola dzielnych polskich żołnierzy, innych uszczęśliwiło bycie krwiożerczym orkiem. Bohaterowie są do tego stopnia dobrze „zrobieni”, że szybko przestało mi zależeć na obserwowaniu rozwoju akcji, a bardziej ciekawiły mnie kolejne, coraz oryginalniejsze i intrygujące postaci.

Powieść ta ma przede wszystkim bawić i z tego zadania wywiązuje się doskonale. Militarna odmiana fantastyki błyszczy tutaj olśniewającym światłem, a opisy pojedynków, bitew, starć szczelnie wypełniają strony książki. Pierwsi czytelnicy zwracali uwagę nie tylko na niezwykle dynamiczną akcję, ale zachwycali się również eksplozjami poczucia humoru, które to najwyraźniej objawiało się w dialogach, szermierkach słownych pomiędzy kłócącymi się lub walczącymi żołnierzami. Cóż, być może to prawda, że każdego śmieszy coś innego, gdyż zaledwie kilka razy zdarzyło mi się podnieść kąciki ust. Najwyraźniej tak zwany humor koszarowy (w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego określenia) nie znajduje we mnie właściwego odbiorcy.

Zastanawiałem się, co może być tak zwanym „filozoficznym fundamentem” tej powieści. Co oprócz walki o fizyczne przetrwanie zmusza Polaków do oporu? W imię czego gotowi są poświęcić życie, zdrowie, prywatne szczęście? To odziedziczona po przodkach przekora? Gen niezgody na wszystko, co chce się nam narzucić? Przybyłek każe swoim bohaterom odepchnąć to, co łączy się z dziedzictwem chrześcijaństwa; nie brakuje w  powieści żartów z katolicyzmu, pojawiają się też poważniejsze partie, na przestrzeni których autor (ustami bohaterów) udowadnia, że w wyidealizowanej pogańszczyźnie należy szukać źródeł męstwa, odwagi i honoru. Pojazdy opancerzone, samoloty, broń – to wszystko ochrzczono imionami słowiańskich bóstw. Czyżby autor więc chciał dokonać swoistej rehabilitacji naszych pogańskich korzeni i starał się udowodnić, że w chwilach największej opresji przetrwać możemy jedynie wtedy, gdy wyrzekniemy się osłabiających ducha bojowego ideologii? Chrześcijaństwa?

Powieść już dość silnie rezonuje w środowisku czytelników fantastyki, a dzieje się to z kilku powodów. "Orzeł biały" to doskonała rozrywkowa lektura. Nie rozczarują się nią miłośnicy mocnej, chwytającej za trzewia literatury. Gdyby nie fakt, że zachwycają się nią również czytelniczki, napisałbym, że to prawdziwie męska fantastyka, która jeńców nie bierze. Powtórzę jednak wyraźnie – nie wszystkim tego typu pisanie będzie odpowiadało.

Mimo wszystkich swoich atutów książka zbyt często przypominała mi zbeletryzowany „zapis” gry komputerowej, coś w rodzaju „Warhammera” – mamy świetną grafikę, płynne ruchy postaci na ekranie, masę gadżetów do wyboru dla naszych wojowników, mamy kumpli, którzy wiedzą, co i jak, by zabawa się udała. Ale ja niestety nigdy nie byłem i chyba już nie będę „gamerem”…

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl. Tutaj.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Raczej nudny "Żywot człeka zmałpionego" Chmielewskiego

Tytus, Romek i A'Tomek zbudowali mu dzieciństwo. 

Jasne, czytałem przygody Kajka i Kokosza, Jonki, Jonka i Kleksa, ale to kolejne księgi Tytusa właśnie, które poznawałem w przypadkowej kolejności, potrafiły mnie porwać, rozbawić, zainspirować. 

Czułem związek, rodzaj bliskości w stosunku do trójki moich rysunkowych rówieśników, którzy nie chcieli dorosnąć, tkwili w niekończącym się dzieciństwie i w pełni korzystali z jego praw. Byli niewinni, nieco naiwni, pielęgnowali pewne niedzisiejsze teraz już wartości. 

A na dodatek poczucie humoru, którym skrzyła się każda książeczka (przynajmniej ta wydawana w PRL-u), było tak fantastyczne, że powiedzonkami, grepsami, rymowankami można było popisywać się na podwórku. 

Słowem - pycha, banany w czekoladzie!

Tak więc, gdy znalazłem w księgarni wspomnienia Papcia Chmiela opisujące historię powstania Tytusa oraz perypetie związane z wydawaniem komiksów w epoce słusznie minionej, nie zastanawiałem się ani sekundy. "Żywot człeka zmałpionego" znalazł się na półce "Przeczytać natychmiast!"



Zacząłem i ... cóż... To tyle dobrych wiadomości.

Książka ta potwierdziła dwie reguły, które obowiązują we wszechświecie. 

Po pierwsze, za każdym razem, gdy ktoś, kogo znam z niesamowitego poczucia humoru, bierze się za spisywanie swoich losów lub spowiada się komuś ze swojego życia (co nazywamy dziś wywiadem-rzeką), wtedy dzieje się rzecz dziwna. Humor ulatuje, śmiać się w sumie nie ma z czego, a całość zamienia się w jakąś smętną, przygnębiającą, snującą się ospale opowieść. 

Być może to prawda, że najlepsi komicy, rasowi komedianci i humoryści najlepiej realizują się na polu uprawianej przez siebie sztuki, a to, co nazywamy zwykłym życiem, zamienia ich w szaroburych, nudnych i przewidywalnych osobników. 

Druga reguła jest taka - jeżeli podziwiam czyjąś pracę artystyczną, niech mnie ręka boska broni przez sięgnięciem po biografię danego twórcy. Ja tak bardzo nie lubię poznawać losów artystów, których życiorysy często psują mi odbiór dzieł wcześniej lubianych. I niby nie powinienem łączyć biografii ze sztuką, ale nie potrafię. Nie umiem i już!

Taki pisarz niech mi zostanie nazwiskiem, dźwiękiem, a nie człowiekiem z krwi i kości, który zbyt często upadał, miał trudny charakter, słabą wolę i popaprane upodobania. Wolę nie psuć sobie tymi historiami różnych nazwisk. 

(Chociaż erotyczne upodobania takiego Żeromskiego pasują mi do mąk, jakie jego dzieła zadają czytelnikom...)

Czytając wspomnienia twórcy Tytusa czułem narastające znużenie, irytację i rozczarowanie. Jak to możliwe - pytam sam siebie - że mój heros z młodości może tak nijako (to najlepsze słowo) opowiadać? Tak bez werwy, bez bigla. Powiedzmy, że się stara, ale nie wychodzi, no nie wychodzi.

Jest ciężko. Jakoś nieruchawo. Niby Papcio Chmiel ma fantastyczny materiał do zaprezentowania. Czasy, w których tworzył swoje najlepsze komiksy, były przecież komiczne, absurdalne, niemal surrealistyczne same w sobie, a jednak nie udało się autorowi zamknąć tego wszystkiego w ramy opowieści, która powinna mieć swoją dramaturgię, napięcie.

Jasne, my, fanatycy Tytusa, dostajemy najbogatszą i podaną z pierwszej ręki opowieść o narodzinach, rozwoju i perypetiach uczowieczającej się małpy, ale urodzaj wszelkiej maści szczegółów nie przekłada się na satysfakcję czytelniczą. 

Autor nie przeprowadza żadnej selekcji wśród wspomnień i tak obok naprawdę fascynujących historii, zabawnych dykteryjek znajdziemy pozbawione energii, nudne, zwalniające tempo relacje z podróży po krajach Bloku Wschodniego (i nie tylko), detale dotyczące pracy wydawniczej etc. Cenne i wzruszające są cytowane listy młodych wielbicieli Papciowego komiksu, ale już mniej obchodziły mnie poglądy Chmiela na małżeństwo i rodzicielstwo. Wzmianki o własnych dzieciach, dalszej rodzinie, rozwodzie...

Fakty, anegdoty, opinie, wspomnienia, mnóstwo ilustracji - wszystko to zmieszało się w niestety nieśmieszną całość. Nie jestem ponury jak kierowca Hitlera (to błyskotliwe porównanie świadczy o tym najlepiej), łatwo mnie rozśmieszyć lub wprawić w dobry nastrój, ale Papciowi niestety się to nie udało.

Być może wiekowemu już twórcy zacięło się poczucie humoru? Być może nie wszystko złoto, co podpisano inicjałami taty Tytusa? Wszak ortodoksyjni fani, do których i ja należę, prychają pogardliwie, gdy mają sięgnąć po księgi wydane już w wolnej Polsce, co może być dowodem na powoli ale stale obniżające możliwości twórcze. 

Nie chcę za bardzo glanować tej książki. Nie w czasach, gdy bohaterowie masowej wyobraźni, celebryci, artyści, sportowcy chętnie własne biografie wydają. Papcio ich deklasuje. Dlaczego? Dlatego że podjął się trudu własnoręcznego "spisania" życia, gdy inni podpierają się dziennikarzem, który moderuje rozmowę i nadaje całości ostateczny kształt. 

Podsumowując, "Żywot człeka zmałpionego" można przeczytać, gdy się jest miłośnikiem Tytusa, Romka i A'Tomka. To dla nich ta książka. I chyba tylko dla nich...

czwartek, 28 lipca 2016

Taki las, czyli "Las" Smitha

Kiedyś w każde wakacje czytałem powieści Agathy Christie. Klimat angielskiej sielskiej prowincji, którą na szczęście ożywia soczysta zbrodnia, idealnie komponował się z buzującą kanikułą. Nie robiłem nic, leżałem w ogrodzie rodziców i rozwiązywałem nierozwiązywalne zagadki kryminalne.

Tegoroczne wakacje ukradł mi Guy N. Smith, autor pulpowych horrorów, które święciły tryumfy w naszym kraju na początku lat 90.

Ja wiem, że są lepsze książki i mądrzejsi autorzy, ale ja nie zajechałem jeszcze kobyły nostalgii i funduję sobie te powieścidła z nadzieją na to, że uda się jakoś przenieść w przeszłość na zawsze utraconą, gdy traciłem czytelniczą niewinność, sięgając po książki wydawnictwa "Phantom Press".

Okładka zachodniego wydania jeszcze zachęca...


A polska?

"Las" sprawia nieco lepsze wrażanie niż spora część produkcji angielskiego autora. Dzieje się tak między innymi dlatego, że Smith tworzy dziwną, duszną, niepokojącą atmosferę, jaką może mieć tylko i wyłącznie las pogrążony w oparach mgły. Cóż, wiedział już o tym Goethe pisząc "Króla Olch", ale to temat na inną okazję... W powieści przeplatają się przeszłość z teraźniejszością, duchy ścigają przerażonych śmiertelników, a sen przenika jawę. I nawet jeżeli składniki  tej książki są marne, to Smith komponuje z nich wcale niezły cocktail.

Cóż więc my tu mamy?

Przeklęty zatopiony we mgle las.

Gwałciciela-mordercę, który zrobiwszy swoje, pada ofiarą sił zamieszkujących tytułowym lesie.

Typową prostą umęczoną sercowymi rozterkami biuściastą dziewczynę, która gubi się w tytułowym lesie, a jej tropem rusza narzeczony - strażnik przyrody.

Inną dziewczynę, też biuściastą, ale zapomniałem kim ona dla kogo była. Nieważne... Coś ją goni po tytułowym lesie.

Jest też hitlerowiec, który w czasie II wojny światowej został zestrzelony nad tytułowym lasem i stał się więźniem tytułowego lasu...

Są jeszcze przemytnicy z XVIII wieku, których wciąż na nowo łapią i torturują właściciele tytułowego lasu.

Na deser mamy półzgniłego trupa, który próbuje zgwałcić młodą kobietę, ale z braku przyrodzenia nie idzie mu najlepiej.

Cały Guy...

Przez całą książkę wymienione postacie uganiają się po tytułowym lesie. Raz gwałciciel goni dziewczynę, potem policjant goni gwałciciela, następnie strażnik leśny szuka pierwszej dziewczyny, a drugą dziewczynę gonią duchy, zaś policjanta gonią duchy...

To taki Scooby Doo dla dorosłych, gdzie każdy każdego chce złapać jednocześnie uciekając przed innym zagrożeniem. Wrażenie radosnego chaosu ubarwiają oczywiście litry sztucznej krwi i wnętrzności, które specjaliści od efektów specjalnych znaleźliby w pierwszym lepszym sklepie mięsnym.

Czytelnicy, którzy nie pobrudzą sobie rąk takimi horrorami, a czytanie S. Kinga uważają na największy kompromis, na jaki mogą pójść ze swoimi czytelniczymi gustami, niech trzymają się od Guya z daleka.

On jest mój. Mój i podobnych do mnie perwersów.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Pochwała niewielkiej powieści, czyli "Opowieść o czynach Złego Ducha" Unswortha

Gdy dodamy do siebie 2 i 2, wyjdzie nam 4. Matematyka jest bezlitosna, a ja jako rasowy humanista coś o tym wiem... 

Natomiast gdy dodamy do siebie średniowiecze i powieść kryminalną, coś nam podpowiada, by powiedzieć "Imię róży" Umberto Eco. To narzucające się, pierwsze skojarzenie, którego zignorować w żaden sposób nie można. Ta doskonała, inspirująca, inteligentna powieść na stałe wpisała się w czytelniczą świadomość. 

Na szczęście w literaturze 2 i 2 nie zawsze daje 4. I tutaj pojawia się Barry Unsworth i jego niewielkich (jupi!) rozmiarów książka "Opowieść o czynach Złego Ducha". Powieść idealnie łapiąca balans pomiędzy czystą kryminalną intrygą, filozoficzną refleksją i historycznym tłem.

Trafiamy do XIII-wiecznej Anglii nadgryzanej przez Czarną Śmierć. Czujemy mdlący odór śmierci, tętno teocentryzmu. Zima, śnieg, nadchodzące Boże Narodzenie. Delikatnie naszkicowany, ale wyjątkowo sugestywny świat przedstawiony zostawia czytelnikowi sporo miejsca, by ten mógł dopowiedzieć sobie resztę średniowiecza.

Bohaterem książki jest ksiądz-renegat, który na skutek zbiegu okoliczności trafia do trupy aktorskiej. Przyłącza się do nich i szybko uświadamia sobie, że podoba mu się życie oberwańca i łachmyty, który na scenie może stać się tym, kim chce. 

Aktorzy trafiają do małego miasteczka, którego mieszkańcy żyją zbrodnia, o jaką oskarża się pewną młodą dziewczynę. Na drodze znaleziono ciało małego chłopca, a w domu dziewczyny pieniądze, które ów chłopiec niósł do domu. 2 i 2 daje 4, prawda?

Sprawa wydaje się oczywista, winowajczyni już czeka na egzekucję. Aktorzy jednak powoli uświadamiają sobie, jak wiele nieścisłości wkradło się w opowieść o śmierci chłopca, w którą wierzą mieszkańcy miasteczka. Bohaterowie postanawiają zebrać rozrzucone informacje o okolicznościach zbrodni i wystawić na scenie prawdziwszą wersję historii. 

Atmosfera gęstnieje, a gdy przedstawieniem zaczyna interesować się miejscowy wielmoża, aktorom grozi prawdziwe niebezpieczeństwo...

Okładka jednego z zachodnich wydań.

Ta niewielka książka dała mi sporo satysfakcji. Nie, nie chodzi o jakąś olbrzymią filozoficzną kwestię, którą okraszono rozważaniami na temat Losu i Ról odgrywanych na scenie Teatru Życia. I chociaż można pójść takimi poważnymi tropami, mnożyć odwołania (do chociażby "Hamleta"), sugerować, że "Opowieść..." Unswortha to poważna i dostojna próba pożenienia kultury wysokiej z kulturą popularną, to nic się nie stanie, gdy zatrzymamy się na poziomie pierwotnego i podstawowego czytelniczego odruchu i przeczytamy tę książkę jako dobrą niezobowiązującą lekturę.

Mógłbym, a jakże, mógłbym mnożyć tutaj te interpretacje i erudycyjne fajerwerki śmigałyby aż miło, ale szkoda na to Państwa uwagi. Mógłbym się mądrować na temat spięcia na linii zbrodni i sztuki, którą to sztuka stara się wywlec na światło dzienne i postawić przed obliczem sprawiedliwości, ale nie chcę tego robić.

Książka broni się nie jako wysublimowana i "wielka" literatura, ale przyciąga naturalizmem opisów, wiarygodnością intrygi i (tak, tak) skromną objętością. Przeczytacie w dwa dni, czasu nie zmarnujecie i podacie powieść dalej. 

Ja ją przeczytałem u rodziców i zostawiłem tacie. Powinno mu się podobać.

niedziela, 17 lipca 2016

Z czystym sumieniem, czyli "Drzwi do lata" Heinleina

Tak naprawdę skusił mnie tytuł, nie nazwisko autora, bo Heinlein rozczarował i znudził niemożebnie swoim klasycznym "Obcym w obcym kraju". Natomiast "Drzwi do lata" są po prostu... po prostu dobre. 

Powieść otwiera niezwykła jak na powieść science fiction ekspozycja. Niemal realizmem magicznym pachnie, gdy Heinlein tworzy obraz kota, który zimą obchodzi cały dom, zagląda za każde drzwi, licząc na to, że za którymiś w końcu znajdzie lato zamiast znienawidzonych ciemności, śniegu i mrozu.

Chwyciło mnie to za serce. Nie dlatego, że to akurat kot (od kiedy koty stały się bohaterami internetowej wyobraźni, zaczęły mnie nudzić i drażnić), ale dlatego że silny poetycki i piękny obraz.

Okładka pierwszego wydania. 

Zapytałem więc Heinleina, gdzie mnie prowadzi. Co chce mi pokazać? Gdzie zaprowadzić? Takie wprowadzenie może zwiastować absolutnie wszystko, przyznacie sami.

Na szczęście amerykański klasyk nie zapuścił się na tereny, które odwiedzam niechętnie - dzięki bogom literatury nie musiałem czytać o wojnach w kosmosie, o hiperodległej przyszłości ani o postapokaliptycznych koszmarach. Uff... Dostałem za to lekką przygodową opowieść o zemście oszukanego przez partnerów inżyniera specjalizującego się w konstruowaniu "robotów domowego użytku."

Heinlein w subtelny sposób wprowadza klasyczne dla sf elementy. Akcja dzieje się w nieodległej przyszłości (lata 70 dwudziestego stulecia, samą książkę wydano 20 lat wcześniej), dostępna jest technika umożliwiająca hibernację, podróże w czasie też w pewnym momencie leżą w zasięgu bohatera. Autor nie przesuwa jednak ciężaru powieści na stronę gadżetów, maszyn, futurystycznych wizji. Odwrotnie - czytelnika od samego początku interesuje fabuła, nie rozbuchana scenografia.

Główny bohater to sympatyczny, nieco naiwny życiowo (mógłby go grać główny idealista klasycznego amerykańskiego kina James Stuart) bystrzak, którego żyłka do konstruowania robotów owocuje nielichym sukcesem biznesowym. Jego mechaniczni służący podbijają serca pań domu, które mogą odpuścić sobie sprzątanie, pranie i gotowanie, by robić to, co lubią najbardziej - leżeć i pachnieć.

Niestety nasz bohater wiąże się z niewłaściwą kobietą. Podłe babsko knuje intrygę z przyjacielem i wspólnikiem bohatera, by pozbawić go:

a) pieniędzy,

b) patentów do własnych wynalazków,

c) wiary w człowieka.

Bohater poprzysięga zemstę i "Drzwi do lata" są tej zemsty kroniką. Nie spodziewajmy się jednak feerii okrucieństwa, nawet tego psychicznego. Gdyby tę powieść zekranizować, można by seans obejrzeć po niedzielnym obiedzie.

Dziś już się chyba takich książek nie pisze. Nie znajdziemy w "Drzwiach do lata" za grosz mocnych drażniących odbiorcę scen, nie ma brutalnych siłowych rozwiązań, brakuje erotyki, nikt nie przeklina zbyt dosadnie. Świat jest pastelowy, nawet przyszłość odmalowana jest jakoś tak pocieszająco i ...familijnie (?). Podróże w czasie, zawiłości robotyki, hibernacja traktowane są jak naturalne elementy rzeczywistości, które nie budzą żadnego większego zdziwienia.

Postacie, wyłączywszy podłą intrygantkę i jej kochanka, są sympatyczne i ciepłe. Zaś sam główny bohater to takie ucieleśnienie amerykańskiego pierwszoosobowego narratora - opowiada nam ze swadą, lekko, z obowiązkową nutą cynizmu i ironii o swoich staraniach, by wyrównać rachunki z nieuczciwym przyjacielem. Jest uniwersalny - i kobietę uwiedzie, i robota zbuduje, by ten pozmywał po romantycznej kolacji...

A kot? Ten kot z pierwszych stron książki? Cóż, jest powiernikiem naszego inżyniera, pije piwo imbirowe, walczy o terytorium (nie tylko) z obcymi kocurami i tak naprawdę jest chyba jednym z lepiej sportretowanych w literaturze czworonogów.

Nie umiałem znaleźć patentu dla tej recenzji, spisałem tylko krótkie zanotowane na marginesach tekstu uwagi. Brakuje mi tu formy, ale trudno. Mam nadzieję, że i bez tego zdążyłem Was przekonać, że "Drzwi do lata" to fantastyczny kawałek klasycznej już sf, która jeśli już się miała zestarzeć, to zrobiła to z wyjątkowym wdziękiem.

Polecam. Z czystym sumieniem. Jak najbardziej. 

środa, 6 lipca 2016

12 x Kasandra, czyli "Punkty zapalne" Borowczyka i Larka

Nikogo chyba nie trzeba specjalnie przekonywać, że na świecie dzieje się źle. Ilość przerażających, wstrząsających, wytrącających z równowagi lub w najlepszym razie przejmujących informacji rośnie z dnia na dzień, a dni, gdy nie docierają do nas informacje o zamachach, kryzysach i dramatach, skłonni jesteśmy uznać za szczęśliwe. Historia ewidentnie ruszyła do przodu. Sytuacja jest dynamiczna. Bez wątpienia żyjemy w ciekawych czasach.
Dzieląc to doświadczenie Jerzy Borowczyk i Michał Larek (dwaj badacze literatury związani z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu) skomponowali cykl dwunastu rozmów, które miały przybliżyć czytelnikom opinie znakomitych reporterów, dziennikarzy, polityków na temat stanu świata.

Czy dowiadujemy się z „Punktów zapalnych” czegoś nowego? I tak, i nie. Najatrakcyjniejsze partie tej książki opisują kulisy pracy reporterów wojennych, szpiegów, dziennikarzy wysyłanych na pierwszą linię frontu; wszędzie tam, gdzie pchane ku sobie masy ludzkie gotowe są zabić w imię religii, władzy, ideologii lub przestrzeni życiowej. Śmierć, o którą bohaterowie tej książki ocierali się zdecydowanie zbyt często, ogołociła ich z wrażliwości i pchnęła w otchłań zimnego profesjonalizmu. Mrożą krew w żyłach opisy nieszczęść, degeneracji i barbarzyństwa, które zilustrowano kilkoma celnymi zdjęciami, by te obiegły światowe media.
Ciekawie brzmią kwestie dotyczące roli dziennikarzy i fotoreporterów, którzy zbyt często są wykorzystywani do manipulowania opinią publiczną oraz rozważania dotyczące niejednoznacznej moralnie pracy szpiega.
Rozmówców udało się nakłonić nie tylko do odkrycia tajemnic własnych profesji. Dużą część książki stanowią mniej lub bardziej przekonujące analizy rzeczywistości – konfrontujemy się z teoriami na temat pochodzenia islamskiego terroryzmu, czytamy o błędach Stanów Zjednoczonych i Rosji, a nawet prowadzi się nas meandrami polskiej polityki. I, niestety, jest to słabszy element całości – jeżeli jesteśmy w stanie z zaciśniętymi zębami przetrwać histerycznie brzmiącego Wojciecha Tochmana, który wszędzie wietrzy unoszący się zapach potencjalnego ludobójstwa, to już gorzej sprawa wygląda w przypadku Ludwika Dorna, którego analizy rzeczywistości podszyte literackimi aluzjami zwyczajnie mogą nużyć każdego, kto nie interesuje się siermiężną polską polityką.
„Punkty zapalne” jednak nie do końca mnie przekonały. Nie dlatego, że mówiący w niej zawodowi przecież obserwatorzy świata grają na rozstrojonych instrumentach. Nie. Wybrana dwunastka z pełną odpowiedzialnością wypowiada się na zaproponowane im tematy, a czytelnik może podzielać lub odrzucać ich punkty widzenia. Problem polega na tym, że zebrane głosy stanowią niewielki wycinek pochodzący z przekrzykującego się tłumu rożnej maści analityków, specjalistów i dyżurnych mędrców. Nic nie utwierdza mnie w przekonaniu, że przepytywani przez Borowczyka i Larka wiedzą więcej i widzą dalej. Wszyscyśmy tak samo mądrzy, myślę sobie, zamykając tę książkę.
Jeżeli ktoś chce widzieć w „Punktach zapalnych” lekturę, którą umili sobie wakacyjną labę, gorzko się rozczaruje. Całość książki raczej przygnębia niż pociesza. Jeżeli zaś w czyimś wnętrzu przesiaduje miniaturowy Artur Schopenhauer, który wciąż powtarza, że wszyscy i tak umrzemy, wtedy książka ta idealnie wpasuje się w pesymistyczne nastroje.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Lubimyczytać.pl

sobota, 2 lipca 2016

Dlaczego Kingowi pękają spodnie?

Ilekroć dam szansę Kingowi, tyle razy się sparzę. No ile razy można?! Stąd też należę do nielicznych szaleńców, którzy uważają ekranizacje książek Kinga za lepsze od samych książek. Tak było w przypadku "To", "Martwej ciszy", "Stukostrachów" czy "Sklepiku z marzeniami." 

I tak samo było z "Christine"...

Bohater powieści to Arnie Cunningham, szkolny wyrzutek, twarz jak pizza, okulary, kujon, szachista, uzdolniony technicznie geek. Obiekt agresji miejscowych chuliganów. Archetypiczny wręcz typ, który zawsze w jakiejś amerykańskiej produkcji na temat szkoły i okresu dojrzewania MUSI się znaleźć. Nie może być inaczej.

Arnie ma przyjaciela. Danny to całkowite przeciwieństwo Arniego. Danny to futbolista, członek szkolnej drużyny pływackiej, sympatyczny i umięśniony (znowu) typowy złoty chłopiec, z którego wyrośnie za parę lat ucieleśnienie amerykańskiego snu o sukcesie.

Mamy więc na samym początku parę stereotypowych do granic możliwości bohaterów, których King wrzuca w sam środek fabularnej zawieruchy - łamaga Arnie  przyciągany jakąś mroczną magnetyczną siłą trafia na rdzewiejący wrak samochodu. Uwiedziony (zaczarowany?) możliwościami drzemiącymi w tej kupie złomu, wydaje ostatnie pieniądze i kupuje tytułową Christine - plymoutha fury.

Krok po kroku, powolutku, Arnie ulega fatalnemu wpływowi maszyny, która zdaje się rzucać urok na swojego nowego właściciela. Chłopak zmienia się - wygładza mu się cera, znikają pryszcze, staje się agresywny, a jednocześnie pociągający dla płci przeciwnej. Zdobywa serce (i nie tylko serce) jednej z piękniejszych dziewczyn w szkole.

Wszystko bardzo ładnie nasiąka czernią i czerwienią - barwami horroru.

Sam rysowałem. 

Dodatkowym atutem jest pierwszoosobowa narracja poprowadzona z punktu widzenia Danny'ego. To świetna próbka prozy. King opowiada ze swadą, lekko, rzuca niewymuszonymi żartami, podtyka celne obserwacje obyczajowe i przypomina czytelnikowi, jak to dziwnie jest być nastolatkiem. Ta część powieści ratuje moim zdaniem całą "Christine". Narrator-nastolatek nie może przecież mądrować się, filozofować, szafować pseudopsychologicznymi odkryciami. Po prostu opowiada i brzmi jak stary dobry kumpel.

Niestety czar pryska, gdy King przenosi ciężar narracji na trzecioosobowego pretensjonalnego mądralę, który przygląda się Arniemu i jego piekielnemu samochodowi. I to mnie zawsze w Kingu uwierało - to zasypywanie czytelnika zbędnymi informacjami, szczegółami, detalami... Ten rejestr drgnień duszy, który jest w stanie rozwodnić najszybszą fabułę, nie wnosi tak naprawdę niczego.

Niby akcja pchana jest jakoś do przodu, mamy kilka obowiązkowych zgonów, parę sugestywnych scen, do których pisarz angażuje i morderczą maszynę, i duchy, jednak (niestety) równie wiele miejsca poświęca się tu zbędnemu psychoanalitycznemu gadulstwu.

King staje w rozkroku pomiędzy solidną powieścią grozy, która rzecz jasna nie powinna mieć pretensji do sondowania dusz ludzkich, a na pozór tylko istotnymi rozważaniami na temat fenomenu przyjaźni, miłości, dojrzewania i roli rodziców w życiu młodego człowieka. Niestety, ale zbyt szeroki rozkrok kończy się w przypadku "Christine" pęknięciem spodni.

I dlatego wolę ekranizacje powieści Kinga. Jasne, gubią one sporo z książek, ale przynajmniej idą prostą drogą wytyczoną przez konwencję gatunkową. Straszą i starają się to straszenie wmontować w rzeczywistość dla horroru przeznaczoną.

A same książki? Powtórzmy - straszą, oferują bardzo nośny pomysł na Zło wkradające się do świata przestawionego, jednak zdecydowanie zbyt często strach tonie w mało interesujących psychologizmach i jest przytłoczony grubą pierzyną obyczajowości.

sobota, 25 czerwca 2016

Żaden madafaka nie podskoczy do Polaka, czyli "Smocze koncerze" Sawickiego

Pomysł, by rozegrać stary dobry motyw inwazji obcych na Ziemię w dekoracjach odległych epok, jest niebywale atrakcyjny, a nawet znalazł gatunkowe imię – fantastyka historyczna. Zderzenie zaawansowanej kosmicznej technologii z przaśną, często prymitywną cywilizacją człowieka może uruchomić bardzo ciekawe rozwiązania fabularne; to samograj, który bardzo trudno zepsuć. Do głowy przychodzi chociażby znakomite Eifelheim Michaela Flynna lub stosunkowo mało znana, ale lekka i przewrotna Podniebna krucjata Poula Andersona.

Andrzej Sawicki, pisząc Smocze koncerze, w następujący sposób rozłożył karty: do siedemnastowiecznego Stambułu, stolicy imperium osmańskiego, przybywa delegacja polskich posłów, która ma zamiar uprosić sułtana o złagodzenie narzuconych Rzeczpospolitej warunków pokoju. W tym samym czasie z nieba spadają obcy, którzy powoli przejmują kontrolę nad miastem. W Stambule wybucha panika, a czytelnik powinien zacierać ręce w oczekiwaniu na konfrontację pomiędzy krwiożerczymi obcymi a naszą husarią, u boku której walczą Turcy.



Sawicki, co pokazał już w poprzedniej powieści wydanej w serii „Horyzonty zdarzeń” (mowa o Aposiopesis), wprowadza na scenę ciekawych, nieszablonowych bohaterów. Poznajemy Polkę Dorotę (jej pierwowzorem była awanturnica, która spisała swoje losy w znalezionym w budapeszteńskiej bibliotece pamiętniku). W Smoczych koncerzach kobieta, która przeszła na islam, zajmuje się handlem niewolnikami, a na dodatek jest podwójną agentką, współpracującą zarówno z Turkami, jak i Polakami. Dodajmy do tego fakt, że jest zręczną, obdarzoną intuicją lekarką.

Czytelnicza uwaga skupia się również na jednym z obcych, który opanowawszy ciało tureckiego żołnierza, informuje nas (w partiach prowadzonych w narracji pierwszoosobowej) o celach i naturze najeźdźców. Sawicki sprytnie wymyślił tę postać, gdyż w jednym ciele znajduje się zarówno świadomość i inteligencja kosmicznej istoty, jak i wrażliwość charakterystyczna dla człowieka.

W galopującej fabule, pośród wybuchów, wystrzałów, jęków i zawodzenia miażdżonych Ziemian, udaje się Sawickiemu nieźle rozpisać motywacje postaci, zarysować psychologiczne podłoże i stworzyć wiarygodne portrety ludzi żyjących w XVII wieku. Mamy do czynienia z bohaterami z krwi i kości. Oczywiście na potrzeby literatury popularnej autor powiela stereotypowe wyobrażenia dotyczące sarmatów, polskiej waleczności i brawury. Momentami możemy odnosić wrażenie, że nad Smoczymi koncerzami unosi się duch Sienkiewicza – galeria szlachciców, którzy i wypić potrafią, i zaklną siarczyście, a przy okazji, świszcząc szablami, wroga powalą – to wszystko brzmi swojsko, jakoś tak „naszo”.

Oczywiście najciekawsze jest to, co stanowi o fantastycznym obliczu książki. Bardzo apetycznie jawi się koncepcja inwazji, jaką przedstawił Sawicki. Wielojaźń, którą powołał do życia, to mordercza ekspansywna świadomość, która wchłania w siebie całe cywilizacje, kultury, napotkane we wszechświecie gatunki. Stąd też armia, jaka przybyła podbić Ziemię, składa się z kosmicznych szumowin, sadystycznych, pozbawionych ludzkich uczuć bestii, które w brutalny sposób poczynają sobie z homo sapiens. Tutaj Sawicki wykazuje się sporymi umiejętnościami w kreowaniu atmosfery grozy – jego opisy tortur i groteskowych niemal deformacji, jakimi zostali poddani ludzie, mogą przyprawić o gęsią skórkę. Są autentycznie przerażające i budzą skojarzenia z piekielnymi otchłaniami rodem z Boskiej komedii Dantego.

Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że nie powinniśmy czuć się oszukani zbyt (powiedzmy) łatwym finałem. Smocze koncerze można odczytywać jako rodzaj baśni, opowieść o brutalnej walce Dobra ze Złem, o dwóch zwaśnionych siłach (chrześcijaństwo i islam, Polska i Turcja), które muszą wznieść się ponad animozje, by pokonać przerażającego nieprzyjaciela. Czyż inaczej było w przypadku przywoływanej już Trylogii Sienkiewicza? Tam też przecież obserwowaliśmy zmagania bohaterów z siłami zgoła nie do pokonania.

Jedyny zarzut, jaki można mieć w stosunku do powieści Sawickiego, dotyczyć będzie stylu książki. Nie, nie jest on zły, nieporadny, kulawy. Odwrotnie – rzeczowy i beznamiętny, pełen szczegółów, znakomicie oddaje świat przedstawiony, a jednak czuję (zupełnie podskórnie), że brakuje tej książce ducha – nie związałem się emocjonalnie z żadną z postaci, chociaż uwierzyłem w ich papierowe istnienie. Wszystko, co spotykało naszych bohaterów, teoretycznie powinno mnie jakoś obejść, ale tak się nie stało. Nawet najbardziej zaskakujące zwroty akcji były raczej przewidywalne – nie z fabularnego punktu widzenia, ale jako stałe, typowe dla literatury przygodowej elementy obowiązkowe.

Rzecz jasna moje zarzuty mogą być tylko klasycznym szukaniem dziury w całym i mało kogo interesować będzie jeden drobny mankament, który z pewnością zostanie przesłonięty całą, bardzo dobrą przecież, resztą książki.

+++

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl.

środa, 8 czerwca 2016

Samospełniające się przekleństwo, czyli "...i ujrzeli człowieka" Moorcocka

Kiedy tak czytam książki science fiction napisane w latach 60 i 70, uderzające jest to, jak wyraźnie widać w nich echa ruchów kontrkulturowych demolujących wszelkie kanony, kody kulturowe, hierarchie, tradycje etc. To, co przetaczało się przez ulice, place i uniwersytety znalazło też swoje odbicie w interesującym nas gatunku.

Seks, łamanie norm obyczajowych, narkotyki, patologie... Tym przyprawiali fabuły lub wokół tego układały się całe opowieści autorów, którzy w getcie literatury fantastycznej szarpali, gryźli i pluli, by zaszokować czytelnika, a chyba rzadziej dać do myślenia.

Ta szamotanina czasem bywała inspirująca, ale równie często była smutnym dowodem indolencji i pustej strategii skandalu.

Tak właśnie widzę "... i ujrzeli człowieka" Michaela Moorcocka, powieść napisaną 50 lat temu, ale wciąż mogącą bulwersować i budzić dyskomfort. Użyty przez angielskiego autora motyw podróży w czasie został użyty w celu przeprowadzenia pewnego dość prostego eksperymentu, który miał ilustrować paradoksy pojawiające się w trakcie tego typu eskapad.

Okładka pierwszego wydania

Zafascynowany duchowością bohater (wszelkimi jej przejawami, od klasycznego jungizmu po radykalne chrześcijaństwo) za sprawą wehikułu czasu postanawia stanąć twarzą w twarz z Chrystusem. Jego pojazd rozbija się, a rannego bohatera znajduje sekta, której przewodzi nie kto inny niż Jan Chrzciciel. Widok roztrzaskującej się kuli zbudowanej w XX wieku, a spadającej z nieba w czasach, gdy rozgrywa się historia zbawienia, musiał namieszać w głowach opiekunom naszego bohatera, bowiem zaczęli go traktować jak mesjasza.

Czujecie już bluesa, prawda? Bohater trafia w końcu do domu Józefa i Maryi, ale Jezus, którego tam zastaje, okazuje się być imbecylem. Na dodatek Maryja to niedopieszczona kura domowa, z którą finalnie bohater... No wiecie.. Ten tego...

Głęboko rozczarowany swoimi odkryciami postanawia nauczać tego, czego dowiedział się z Ewangelii, a więc tak naprawdę staje się osobą, której poszukiwał. To on teraz będzie "Jezusem" i weźmie na siebie ciężar krzyża.

W sumie nie wiem, czego Moorcock chciał dowieść. Jego krótka powieść sugeruje, że Chrystus nie istniał. A więc co z tym dalej robimy? Chrystus nie istniał, ale jego nauki przetrwały aż 20 stuleci? Czyżby chodziło mu tylko o prostą, ale czasem widowiskową zabawę polegającą na mnożeniu paradoksów związanych z podróżowaniem w czasie?

A może chciał między wierszami zasugerować, że nauki Jezusa są czymś absolutnie "koniecznym" i musiałyby zaistnieć w świecie nawet gdyby nie pojawił się zbawiciel?

A może to jednak wielka szydera z chrześcijaństwa, które na dwa tysiące lat potrafiło przejąć rząd dusz nie dysponując żadnymi solidnymi dowodami na istnienie syna Bożego?

Nie wiem. Nie wiem i szczęśliwy jestem, że "...i ujrzeli człowieka" to króciutka książka. Męczyłem się niemożliwie, czytając partie powieści opisujące szamotaninę duchową bohatera. Był on wyjątkowo antypatycznym, toksycznym, pogubionym na ścieżkach współczesności człowiekiem, któremu absolutnie nie współczułem tych wszystkich kryzysów i przesileń duchowych.

Pomyślałem sobie o nim jak o człowieku Zachodu, któremu spod nóg wykopnięto twardy fundament kulturowy i religijny i zostawiono go samemu sobie, by jakoś spróbował ogarnąć chaos świata, poczucie bezsensu i rezygnacji.

I tak to się, proszę państwa, kończy, a nie mówię tylko o losie bohatera...

sobota, 14 maja 2016

...mam w dupie promocje książek

Parę dni temu obiegła "książkową Sieć" informacja sformułowana zgodnie z współczesnymi kanonami relacjonowania o tego typu wydarzeniach. Otóż "Takiej promocji jeszcze nie było" - krzyczały nagłówki.

Cytuję: "W środę 11 maja niemal 500 kolejnych stron najnowszej powieści Jaume Cabrégo pojawiło się na billboardach w metrze, plakatach, kawiarnianych kubkach, sklepowych witrynach, podłogach bibliotek, magnesach na latarniach oraz na chodnikach. Aby przeczytać całą książkę, trzeba odbyć wycieczkę po kilkuset miejscach w Warszawie.

To pierwszy przypadek, kiedy premiera literacka odbywa się w przestrzeni całego miasta."

Pod tekstem wili się w ekstazie miłośnicy książek, którzy podziwiali kreatywność, zazdrościli stolicy takich kulturalnych atrakcji, życzyliby sobie przewodnika, który poprowadziłby ich śladem kolejnych rozrzuconych stron. 

Krótko mówiąc, bomba.

Ja natomiast poczułem pewien absmak. Pierwszą myślą było przeświadczenie graniczące z pewnością, że wrodzono przekora nie pozwoliłaby mi na zachwycanie się czymś, czym zachwycają się wszyscy. To po pierwsze. Choćby ten promowany tekst był powieścią niemal noblowską, ja broniłbym się przed jej lekturą, by być czystym w swoich oczach. Nie chcę się zachwycać w grupie, stadzie, kółku nawet. Nie bo nie.

Drugim powodem mojego dystansu jest bolesna świadomość tego, że do zakupu (no bo o to w tym wszystkim chodzi, jak byście jeszcze nie wiedzieli) książki „zmusza” mnie akcja promocyjna. I to nie promocja czytania jako takiego, ale promocja jednego tytułu. Na to nie ma mojej czytelniczej zgody. Być może to utopijne, idealistyczne, naiwne i niedzisiejsze, ale ja naprawdę traktuję książkę nie jako TOWAR, ale jako coś, co daleko wykracza poza prostą rynkową definicję CZEGOŚ, czym się handluje. I nie umiem inaczej. W moim rozumieniu książka nie mieści się w granicach „usług dla ludności”, „rzeczy”, którą się promuje, reklamuje, przecenia, finalnie niszczy.

Książka nie układa się na dnie kosza obok marchewki, majtek i zgrzewki piwa. Nie kupuje się jej na kilogramy. Książka nie jest bajerem dodawanym w promocji do telefonu, zakupów na stacji benzynowej. Książka nie jest też gadżetem, do którego dodamy bezpłatny bilet na tramwaj, by lepiej samą książkę sprzedać*.

To jest moja filozofia, na straży której stoi wewnętrzny Czytelnik, który woli kupić na dworcu kolejowym horror z lat 90 (całe 5 złotych, sprawdziłem), niż wydać 40 złotych na wypromowane wszędzie „współczesne arcydzieło”.

I zaręczam, że nie chodzi o pieniądze…

Gdy się przypatrzeć choćby tej jednej promocji, dojedziemy być może do wniosku, że ci, którzy promocją są zachwyceni, są najmniej istotną częścią „systemu literatury”, który opiera się o prawa rynku.

Pomyślcie, ile razy zostaliście oszukani przez wydawcę, który obiecywał Wam złote góry, a finalnie otrzymaliście jedynie tombakowe pagórki. Przypomnijcie sobie wszystkie orgazmiczne pienia, jakie na czwartych stronach okładek zamieścili redaktorzy – „Znakomite! Hipnotyzujące! Niezapomniane doświadczenie! Jedna z najważniejszych książek roku, a może i dekady! Oszałamiający debiut dwunastoletniego transseksualisty z Nowej Zelandii!”

Ile zapowiedzi potwierdziła lektura? Ile razy maszyna promocyjna zatrzasnęła za Wami paszczękę, a Wy już staliście z kupioną książką, a może już nawet przeczytaną i budziła się w Was świadomość, która jest bliska emerytowi, który zrozumiał swój błąd już po skończonej prezentacji „garnków nowej technologii.”

Było tak? Było?

Swoje za uszami mają również piszący o książkach. „Prawdziwa” krytyka literacka chyba na dobre zatrzasnęła się za spiżowymi bramami uniwersytetów i tworzy natchnione elaboraty, by mieć kilka publikacji w ramach zdobywania szlifów doktorskich lub profesorskich. Zresztą nikt nie czyta „profesorków” – nie ma poważnych nieniszowych pism literackich, a sieciowe przejawy akademickiej krytyki literackiej są ciężkie, nudne i w sumie potrzebne dziesięciu ludziom na krzyż. Być może zawyżam dane…

A blogerzy książkowi? Cóż, już dosyć łez wylano nad poziomem recenzenckiej blogerki. Nie o tym dziś mowa. Blogerzy książkowi też są elementem promocyjnym. Wydawnictwa albo podsyłają zaufanym ludziom kolejne tytuły, licząc na właściwe opinie, ale sami blogerzy chwytają za nowości książkowe i wzdychają lub przeklinają dane dzieło.

Gdzie jest problem? Ano w tym, że o randze książki decyduje zazwyczaj wypadkowa ocen iluś tam osób, które niekoniecznie mogą mieć rację, właściwe spojrzenie, zdrowy rozsądek lub chociażby przyzwoitość. Zawyżając, zaniżając, zakładając fałszywe konta na portalach czytelniczych (słyszałem o takich praktykach), by odpowiednio ocenić tekst, uniemożliwia się czytelnikowi dostęp do rzetelnej wiedzy o tekście.

Kiedyś jednak mieliśmy czystszą sytuację – gdy biorę do ręki książki wydane w latach 90 i wcześniej, na ich okładkach rzadko kiedy pojawiały się hasła wartościujące dzieło. Mieliśmy zarys fabuły, kilka słów o gatunku i pisarzu. Koniec. Żadnych tam obietnic na wyrost, żadnych czeków bez pokrycia.

Dziś szukając wiedzy o danej książce (oczywiście nowości wydawniczej, bo kto by tam czytał książki wydane w XX wieku?), wpadamy w mgławicę informacji, których rzetelności nie jesteśmy w stanie sprawdzić, dopóki sami po książkę nie sięgniemy. Toniemy w niemerytorycznych „ochach i achach”, grzęźniemy w „recenzjach patronackich”, które ze swej natury są takie a nie inne. Cóż, nie twierdzę, że każdy bloger jest sprzedajny, że każda nowość zasługuje na baty, ale…

…z narastającym zdumieniem obserwowałem fetyszyzację nowości wydawniczych. Teraz przestaję się dziwić. Żyjemy wszak w czasach, gdy nowe jest lepsze od starego, książki po trzech miesiącach od debiutu muszą ustąpić miejsca nowszym nowościom, a czytelnicy z wypiekami śledzą zapowiedzi – „Co mi dziś przyniesiesz, słoneczko?” Blogosfera nowościami wydawniczymi stoi, a czytelnik zaczyna żyć w przeświadczeniu, że istnieje tylko literatura teraźniejsza lub lektury szkolne.

Na deser dodajmy nagrody literackie. Książki z przepaską „Nagroda Nobla”, „Nominacja do Nike”, „Pulitzer” ponoć sprzedają się lepiej, ale czy znów czytelnik nie zostaje wpuszczony w maliny, gdy Wielki Pisarz okazuje się wydmuszką? Przykład Donny Tratt lub Modiano powinien dać nam do myślenia.

Nike, Gdynia, Silesius… Nie ufam jak obcym psom. I Wam też nie radzę ufać.

Cóż nam zostało, którzy już wszystko wiemy? Cóż Wam zostało, gdy już jesteście u kresu tych moich niesprawiedliwych, paranoicznych, chaotycznych, uogólniających rozważań, które mieszają z błotem i recenzentów (którym jestem), i blogerów (jak widać), i czytelników samych?

Nie wiem.

No przecież nie będę Was przekonywał, żebyście nowości książkowe czytali po kilku latach od premiery, żebyście ignorowali wszelkie akcje promocyjne, żebyście podejrzliwie i na przekór wszystkim i wszystkiemu czytali po swojemu, nie bacząc na zachwyty i nagrody…

Nie będę, chociaż sam tak robię.



* I stąd mój bardzo ciepły stosunek do mało „legalnych” e-booków krążących na gryzoniowatych portalach… 

niedziela, 24 kwietnia 2016

Bardzo dobrze, ale... czyli "Stop prawa" Sandersona

Czasami dobrze chwycić za książkę autora, którego zna już cały świat. Cały świat, tylko nie ja… Z reguły unikam łatwych wyborów lekturowych, które są wynikiem mody lub uzasadnionej fascynacji danym pisarzem, która ogarnia czytelników. Ja szukam po omacku, pod prąd i wbrew.

Na przykład nigdy z własnej woli nie sięgnąłbym po prozę Brandona Sandersona, gdyż wrodzona przekora kazałaby mi odczekać parę lat, aż jego sława okrzepnie, a ja będę mógł cieszyć się takim Archiwum burzowego światła, nie słysząc dobiegających zewsząd „achów” i „ochów”. Okoliczności zmusiły mnie jednak do konfrontacji ze Stopem prawa tegoż autora, z czego składam niniejszą relację.

Wielbiciele Sandersona potrafią bez trudu umieścić tę powieść w kontekście wcześniejszych dzieł Amerykanina. Jest ona pchniętą trzysta lat do przodu swoistą kontynuacją opowieści snutych w trylogii Zrodzony z mgły. Cyklu, który udowodnił, że świat przedstawiony fantasy niekoniecznie trzeba budować w oparciu o wzorce, jakie otrzymaliśmy w spadku po Tolkienie, Howardzie lub Martinie.

Egzotyczne realia planety Scadrial, wymyślne reguły rządzące jej fizyką i plastycznie odmalowane postacie oczarowały odbiorców. Nic więc dziwnego, że Sanderson zdecydował się na dalszą eksplorację swoich pomysłów. Tym razem oryginalne i nietuzinkowe fantasy zostało wzbogacone o elementy charakterystyczne dla innych gatunków, nie tylko fantastyki i samej literatury popularnej.

Gdy akcję powieści fantastycznej odnajdujemy w realiach przypominających wiek XIX, to możemy być niemal pewni, że będziemy mieli do czynienia z mniej lub bardziej typowym steampunkiem i ta charakterystyczna dla wieku pary i elektryczności aura unosi się nad całą powieścią. Broń palna, którą z upodobaniem posługują się bohaterowie, kieruje naszą uwagę w stronę klasycznych westernów i kryminałów (ach te napady na pociągi, dość istotne przecież dla fabuły książki). Niezwykłe moce, jakimi dysponują poszczególni bohaterowie, i sposoby ich wykorzystania (walka Dobrych ze Złymi) natychmiast powinny skojarzyć się z opowieściami o superbohaterach, którzy pod osłoną nocy wędrują ulicami miast, by w zarodku dławić lęgnące się zło. Taką oto mieszankę serwuje nam Sanderson w Stopie prawa.



Rzecz jasna poza czytelnymi odwołaniami do głównych nurtów „literatury dla dużych chłopców”, istnieje w książce Sandersona mnóstwo innych wartościowych elementów, o których nie można nie wspomnieć. Przede wszystkim postać głównego bohatera może budzić sympatię – Waxillium Ladrian to arystokrata, którego dramatyczne okoliczności i obowiązki wobec własnej, potężnej rodziny zmusiły do ustatkowania się. Nieudolne próby dostosowania do towarzyskich reguł panujących w wielkim, podzielonym pomiędzy arystokratyczne rody mieście mogą wywoływać delikatny uśmiech u czytelników. Świat wyrafinowanych konwenansów i gierek salonowych staje się dla głównego bohatera miejscem prawdziwej udręki. Na szczęście dla niego (i czytelnika) w mieście pojawia się siła, której nasz Waxillium wraz ze swoimi niezwykłymi towarzyszami musi stawić czoła. Gang tak zwanych Znikaczy rabuje pociągi i porywa dla okupu piękne kobiety.

Przygoda goniąca przygodę, brawurowo opisane pojedynki elektryzujące odbiorcę, zaskakujące zwroty akcji, galeria ciekawych pełnokrwistych postaci – tak w największym skrócie możemy wypunktować zalety Stopu prawaSanderson nie byłby jednak sobą, gdyby nie zaoferował nam skomplikowanej, wielowymiarowej, oryginalnej wizji samego świata przedstawionego.

Obraz miasta, które przeistacza się w napędzaną elektrycznością metropolię, gdzie pną się ku niebu pierwsze drapacze chmur, jest plastyczny i pulsuje dynamiką. Zasady istnienia drzemiących w bohaterach niezwykłych sił, które pozwalają manipulować metalami, czytelnicy poznali już we wspomnianej wcześniej trylogii, ale jak się okazuje allomancja i ferruchemia doskonale sprawdzają się w epoce rewolwerowych kul świszczących w powietrzu. To dzięki tajemniczym mocom bohaterowie potrafią zakrzywiać czas, poruszać się z niezwykłą prędkością, zmieniać tor wystrzelonych pocisków.

Kończąc lekturę Stopu prawa, miałem mieszane uczucia. Sanderson stworzył majestatyczną, naszpikowaną plastycznymi opisami, wypełnioną po brzegi przygodami powieść, w której w idealnych proporcjach mieszają się drobiazgowe opisy rzeczywistości, soczyste postacie, którym od samego początku tekstu kibicujemy i śledzimy, w jaki sposób radzą sobie z przygotowanymi dla nich atrakcjami. Jednak gdy rozłożymy tę książkę na czynniki pierwsze, okaże się, że pod spodem niczego nie ma. Pozostajemy z prostą, posiadającą kilka charakterystycznych dla literatury popularnej elementów fabułą, która koncentruje się wokół walki Dobrych ze Złymi. Nie kryje się pod tym żadne drugie dno, nie mamy o czym myśleć. Zamykamy książkę i sięgamy po kolejną.

Sanderson jest bez wątpienia wyśmienitym autorem, ale jeżeli chce się w fantastyce odnaleźć coś więcej – intrygującą ideę, zapładniającą intelektualnie myśl, metaforę lub namysł nad naturą człowieka – wtedy Stop prawa może nas rozczarować.

Ta bardzo dobra, ale... recenzja pierwotnie ukazała się łamach portalu Fantasta.pl.