czwartek, 28 lipca 2016

Taki las, czyli "Las" Smitha

Kiedyś w każde wakacje czytałem powieści Agathy Christie. Klimat angielskiej sielskiej prowincji, którą na szczęście ożywia soczysta zbrodnia, idealnie komponował się z buzującą kanikułą. Nie robiłem nic, leżałem w ogrodzie rodziców i rozwiązywałem nierozwiązywalne zagadki kryminalne.

Tegoroczne wakacje ukradł mi Guy N. Smith, autor pulpowych horrorów, które święciły tryumfy w naszym kraju na początku lat 90.

Ja wiem, że są lepsze książki i mądrzejsi autorzy, ale ja nie zajechałem jeszcze kobyły nostalgii i funduję sobie te powieścidła z nadzieją na to, że uda się jakoś przenieść w przeszłość na zawsze utraconą, gdy traciłem czytelniczą niewinność, sięgając po książki wydawnictwa "Phantom Press".

Okładka zachodniego wydania jeszcze zachęca...


A polska?

"Las" sprawia nieco lepsze wrażanie niż spora część produkcji angielskiego autora. Dzieje się tak między innymi dlatego, że Smith tworzy dziwną, duszną, niepokojącą atmosferę, jaką może mieć tylko i wyłącznie las pogrążony w oparach mgły. Cóż, wiedział już o tym Goethe pisząc "Króla Olch", ale to temat na inną okazję... W powieści przeplatają się przeszłość z teraźniejszością, duchy ścigają przerażonych śmiertelników, a sen przenika jawę. I nawet jeżeli składniki  tej książki są marne, to Smith komponuje z nich wcale niezły cocktail.

Cóż więc my tu mamy?

Przeklęty zatopiony we mgle las.

Gwałciciela-mordercę, który zrobiwszy swoje, pada ofiarą sił zamieszkujących tytułowym lesie.

Typową prostą umęczoną sercowymi rozterkami biuściastą dziewczynę, która gubi się w tytułowym lesie, a jej tropem rusza narzeczony - strażnik przyrody.

Inną dziewczynę, też biuściastą, ale zapomniałem kim ona dla kogo była. Nieważne... Coś ją goni po tytułowym lesie.

Jest też hitlerowiec, który w czasie II wojny światowej został zestrzelony nad tytułowym lasem i stał się więźniem tytułowego lasu...

Są jeszcze przemytnicy z XVIII wieku, których wciąż na nowo łapią i torturują właściciele tytułowego lasu.

Na deser mamy półzgniłego trupa, który próbuje zgwałcić młodą kobietę, ale z braku przyrodzenia nie idzie mu najlepiej.

Cały Guy...

Przez całą książkę wymienione postacie uganiają się po tytułowym lesie. Raz gwałciciel goni dziewczynę, potem policjant goni gwałciciela, następnie strażnik leśny szuka pierwszej dziewczyny, a drugą dziewczynę gonią duchy, zaś policjanta gonią duchy...

To taki Scooby Doo dla dorosłych, gdzie każdy każdego chce złapać jednocześnie uciekając przed innym zagrożeniem. Wrażenie radosnego chaosu ubarwiają oczywiście litry sztucznej krwi i wnętrzności, które specjaliści od efektów specjalnych znaleźliby w pierwszym lepszym sklepie mięsnym.

Czytelnicy, którzy nie pobrudzą sobie rąk takimi horrorami, a czytanie S. Kinga uważają na największy kompromis, na jaki mogą pójść ze swoimi czytelniczymi gustami, niech trzymają się od Guya z daleka.

On jest mój. Mój i podobnych do mnie perwersów.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Pochwała niewielkiej powieści, czyli "Opowieść o czynach Złego Ducha" Unswortha

Gdy dodamy do siebie 2 i 2, wyjdzie nam 4. Matematyka jest bezlitosna, a ja jako rasowy humanista coś o tym wiem... 

Natomiast gdy dodamy do siebie średniowiecze i powieść kryminalną, coś nam podpowiada, by powiedzieć "Imię róży" Umberto Eco. To narzucające się, pierwsze skojarzenie, którego zignorować w żaden sposób nie można. Ta doskonała, inspirująca, inteligentna powieść na stałe wpisała się w czytelniczą świadomość. 

Na szczęście w literaturze 2 i 2 nie zawsze daje 4. I tutaj pojawia się Barry Unsworth i jego niewielkich (jupi!) rozmiarów książka "Opowieść o czynach Złego Ducha". Powieść idealnie łapiąca balans pomiędzy czystą kryminalną intrygą, filozoficzną refleksją i historycznym tłem.

Trafiamy do XIII-wiecznej Anglii nadgryzanej przez Czarną Śmierć. Czujemy mdlący odór śmierci, tętno teocentryzmu. Zima, śnieg, nadchodzące Boże Narodzenie. Delikatnie naszkicowany, ale wyjątkowo sugestywny świat przedstawiony zostawia czytelnikowi sporo miejsca, by ten mógł dopowiedzieć sobie resztę średniowiecza.

Bohaterem książki jest ksiądz-renegat, który na skutek zbiegu okoliczności trafia do trupy aktorskiej. Przyłącza się do nich i szybko uświadamia sobie, że podoba mu się życie oberwańca i łachmyty, który na scenie może stać się tym, kim chce. 

Aktorzy trafiają do małego miasteczka, którego mieszkańcy żyją zbrodnia, o jaką oskarża się pewną młodą dziewczynę. Na drodze znaleziono ciało małego chłopca, a w domu dziewczyny pieniądze, które ów chłopiec niósł do domu. 2 i 2 daje 4, prawda?

Sprawa wydaje się oczywista, winowajczyni już czeka na egzekucję. Aktorzy jednak powoli uświadamiają sobie, jak wiele nieścisłości wkradło się w opowieść o śmierci chłopca, w którą wierzą mieszkańcy miasteczka. Bohaterowie postanawiają zebrać rozrzucone informacje o okolicznościach zbrodni i wystawić na scenie prawdziwszą wersję historii. 

Atmosfera gęstnieje, a gdy przedstawieniem zaczyna interesować się miejscowy wielmoża, aktorom grozi prawdziwe niebezpieczeństwo...

Okładka jednego z zachodnich wydań.

Ta niewielka książka dała mi sporo satysfakcji. Nie, nie chodzi o jakąś olbrzymią filozoficzną kwestię, którą okraszono rozważaniami na temat Losu i Ról odgrywanych na scenie Teatru Życia. I chociaż można pójść takimi poważnymi tropami, mnożyć odwołania (do chociażby "Hamleta"), sugerować, że "Opowieść..." Unswortha to poważna i dostojna próba pożenienia kultury wysokiej z kulturą popularną, to nic się nie stanie, gdy zatrzymamy się na poziomie pierwotnego i podstawowego czytelniczego odruchu i przeczytamy tę książkę jako dobrą niezobowiązującą lekturę.

Mógłbym, a jakże, mógłbym mnożyć tutaj te interpretacje i erudycyjne fajerwerki śmigałyby aż miło, ale szkoda na to Państwa uwagi. Mógłbym się mądrować na temat spięcia na linii zbrodni i sztuki, którą to sztuka stara się wywlec na światło dzienne i postawić przed obliczem sprawiedliwości, ale nie chcę tego robić.

Książka broni się nie jako wysublimowana i "wielka" literatura, ale przyciąga naturalizmem opisów, wiarygodnością intrygi i (tak, tak) skromną objętością. Przeczytacie w dwa dni, czasu nie zmarnujecie i podacie powieść dalej. 

Ja ją przeczytałem u rodziców i zostawiłem tacie. Powinno mu się podobać.

niedziela, 17 lipca 2016

Z czystym sumieniem, czyli "Drzwi do lata" Heinleina

Tak naprawdę skusił mnie tytuł, nie nazwisko autora, bo Heinlein rozczarował i znudził niemożebnie swoim klasycznym "Obcym w obcym kraju". Natomiast "Drzwi do lata" są po prostu... po prostu dobre. 

Powieść otwiera niezwykła jak na powieść science fiction ekspozycja. Niemal realizmem magicznym pachnie, gdy Heinlein tworzy obraz kota, który zimą obchodzi cały dom, zagląda za każde drzwi, licząc na to, że za którymiś w końcu znajdzie lato zamiast znienawidzonych ciemności, śniegu i mrozu.

Chwyciło mnie to za serce. Nie dlatego, że to akurat kot (od kiedy koty stały się bohaterami internetowej wyobraźni, zaczęły mnie nudzić i drażnić), ale dlatego że silny poetycki i piękny obraz.

Okładka pierwszego wydania. 

Zapytałem więc Heinleina, gdzie mnie prowadzi. Co chce mi pokazać? Gdzie zaprowadzić? Takie wprowadzenie może zwiastować absolutnie wszystko, przyznacie sami.

Na szczęście amerykański klasyk nie zapuścił się na tereny, które odwiedzam niechętnie - dzięki bogom literatury nie musiałem czytać o wojnach w kosmosie, o hiperodległej przyszłości ani o postapokaliptycznych koszmarach. Uff... Dostałem za to lekką przygodową opowieść o zemście oszukanego przez partnerów inżyniera specjalizującego się w konstruowaniu "robotów domowego użytku."

Heinlein w subtelny sposób wprowadza klasyczne dla sf elementy. Akcja dzieje się w nieodległej przyszłości (lata 70 dwudziestego stulecia, samą książkę wydano 20 lat wcześniej), dostępna jest technika umożliwiająca hibernację, podróże w czasie też w pewnym momencie leżą w zasięgu bohatera. Autor nie przesuwa jednak ciężaru powieści na stronę gadżetów, maszyn, futurystycznych wizji. Odwrotnie - czytelnika od samego początku interesuje fabuła, nie rozbuchana scenografia.

Główny bohater to sympatyczny, nieco naiwny życiowo (mógłby go grać główny idealista klasycznego amerykańskiego kina James Stuart) bystrzak, którego żyłka do konstruowania robotów owocuje nielichym sukcesem biznesowym. Jego mechaniczni służący podbijają serca pań domu, które mogą odpuścić sobie sprzątanie, pranie i gotowanie, by robić to, co lubią najbardziej - leżeć i pachnieć.

Niestety nasz bohater wiąże się z niewłaściwą kobietą. Podłe babsko knuje intrygę z przyjacielem i wspólnikiem bohatera, by pozbawić go:

a) pieniędzy,

b) patentów do własnych wynalazków,

c) wiary w człowieka.

Bohater poprzysięga zemstę i "Drzwi do lata" są tej zemsty kroniką. Nie spodziewajmy się jednak feerii okrucieństwa, nawet tego psychicznego. Gdyby tę powieść zekranizować, można by seans obejrzeć po niedzielnym obiedzie.

Dziś już się chyba takich książek nie pisze. Nie znajdziemy w "Drzwiach do lata" za grosz mocnych drażniących odbiorcę scen, nie ma brutalnych siłowych rozwiązań, brakuje erotyki, nikt nie przeklina zbyt dosadnie. Świat jest pastelowy, nawet przyszłość odmalowana jest jakoś tak pocieszająco i ...familijnie (?). Podróże w czasie, zawiłości robotyki, hibernacja traktowane są jak naturalne elementy rzeczywistości, które nie budzą żadnego większego zdziwienia.

Postacie, wyłączywszy podłą intrygantkę i jej kochanka, są sympatyczne i ciepłe. Zaś sam główny bohater to takie ucieleśnienie amerykańskiego pierwszoosobowego narratora - opowiada nam ze swadą, lekko, z obowiązkową nutą cynizmu i ironii o swoich staraniach, by wyrównać rachunki z nieuczciwym przyjacielem. Jest uniwersalny - i kobietę uwiedzie, i robota zbuduje, by ten pozmywał po romantycznej kolacji...

A kot? Ten kot z pierwszych stron książki? Cóż, jest powiernikiem naszego inżyniera, pije piwo imbirowe, walczy o terytorium (nie tylko) z obcymi kocurami i tak naprawdę jest chyba jednym z lepiej sportretowanych w literaturze czworonogów.

Nie umiałem znaleźć patentu dla tej recenzji, spisałem tylko krótkie zanotowane na marginesach tekstu uwagi. Brakuje mi tu formy, ale trudno. Mam nadzieję, że i bez tego zdążyłem Was przekonać, że "Drzwi do lata" to fantastyczny kawałek klasycznej już sf, która jeśli już się miała zestarzeć, to zrobiła to z wyjątkowym wdziękiem.

Polecam. Z czystym sumieniem. Jak najbardziej. 

środa, 6 lipca 2016

12 x Kasandra, czyli "Punkty zapalne" Borowczyka i Larka

Nikogo chyba nie trzeba specjalnie przekonywać, że na świecie dzieje się źle. Ilość przerażających, wstrząsających, wytrącających z równowagi lub w najlepszym razie przejmujących informacji rośnie z dnia na dzień, a dni, gdy nie docierają do nas informacje o zamachach, kryzysach i dramatach, skłonni jesteśmy uznać za szczęśliwe. Historia ewidentnie ruszyła do przodu. Sytuacja jest dynamiczna. Bez wątpienia żyjemy w ciekawych czasach.
Dzieląc to doświadczenie Jerzy Borowczyk i Michał Larek (dwaj badacze literatury związani z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu) skomponowali cykl dwunastu rozmów, które miały przybliżyć czytelnikom opinie znakomitych reporterów, dziennikarzy, polityków na temat stanu świata.

Czy dowiadujemy się z „Punktów zapalnych” czegoś nowego? I tak, i nie. Najatrakcyjniejsze partie tej książki opisują kulisy pracy reporterów wojennych, szpiegów, dziennikarzy wysyłanych na pierwszą linię frontu; wszędzie tam, gdzie pchane ku sobie masy ludzkie gotowe są zabić w imię religii, władzy, ideologii lub przestrzeni życiowej. Śmierć, o którą bohaterowie tej książki ocierali się zdecydowanie zbyt często, ogołociła ich z wrażliwości i pchnęła w otchłań zimnego profesjonalizmu. Mrożą krew w żyłach opisy nieszczęść, degeneracji i barbarzyństwa, które zilustrowano kilkoma celnymi zdjęciami, by te obiegły światowe media.
Ciekawie brzmią kwestie dotyczące roli dziennikarzy i fotoreporterów, którzy zbyt często są wykorzystywani do manipulowania opinią publiczną oraz rozważania dotyczące niejednoznacznej moralnie pracy szpiega.
Rozmówców udało się nakłonić nie tylko do odkrycia tajemnic własnych profesji. Dużą część książki stanowią mniej lub bardziej przekonujące analizy rzeczywistości – konfrontujemy się z teoriami na temat pochodzenia islamskiego terroryzmu, czytamy o błędach Stanów Zjednoczonych i Rosji, a nawet prowadzi się nas meandrami polskiej polityki. I, niestety, jest to słabszy element całości – jeżeli jesteśmy w stanie z zaciśniętymi zębami przetrwać histerycznie brzmiącego Wojciecha Tochmana, który wszędzie wietrzy unoszący się zapach potencjalnego ludobójstwa, to już gorzej sprawa wygląda w przypadku Ludwika Dorna, którego analizy rzeczywistości podszyte literackimi aluzjami zwyczajnie mogą nużyć każdego, kto nie interesuje się siermiężną polską polityką.
„Punkty zapalne” jednak nie do końca mnie przekonały. Nie dlatego, że mówiący w niej zawodowi przecież obserwatorzy świata grają na rozstrojonych instrumentach. Nie. Wybrana dwunastka z pełną odpowiedzialnością wypowiada się na zaproponowane im tematy, a czytelnik może podzielać lub odrzucać ich punkty widzenia. Problem polega na tym, że zebrane głosy stanowią niewielki wycinek pochodzący z przekrzykującego się tłumu rożnej maści analityków, specjalistów i dyżurnych mędrców. Nic nie utwierdza mnie w przekonaniu, że przepytywani przez Borowczyka i Larka wiedzą więcej i widzą dalej. Wszyscyśmy tak samo mądrzy, myślę sobie, zamykając tę książkę.
Jeżeli ktoś chce widzieć w „Punktach zapalnych” lekturę, którą umili sobie wakacyjną labę, gorzko się rozczaruje. Całość książki raczej przygnębia niż pociesza. Jeżeli zaś w czyimś wnętrzu przesiaduje miniaturowy Artur Schopenhauer, który wciąż powtarza, że wszyscy i tak umrzemy, wtedy książka ta idealnie wpasuje się w pesymistyczne nastroje.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Lubimyczytać.pl

sobota, 2 lipca 2016

Dlaczego Kingowi pękają spodnie?

Ilekroć dam szansę Kingowi, tyle razy się sparzę. No ile razy można?! Stąd też należę do nielicznych szaleńców, którzy uważają ekranizacje książek Kinga za lepsze od samych książek. Tak było w przypadku "To", "Martwej ciszy", "Stukostrachów" czy "Sklepiku z marzeniami." 

I tak samo było z "Christine"...

Bohater powieści to Arnie Cunningham, szkolny wyrzutek, twarz jak pizza, okulary, kujon, szachista, uzdolniony technicznie geek. Obiekt agresji miejscowych chuliganów. Archetypiczny wręcz typ, który zawsze w jakiejś amerykańskiej produkcji na temat szkoły i okresu dojrzewania MUSI się znaleźć. Nie może być inaczej.

Arnie ma przyjaciela. Danny to całkowite przeciwieństwo Arniego. Danny to futbolista, członek szkolnej drużyny pływackiej, sympatyczny i umięśniony (znowu) typowy złoty chłopiec, z którego wyrośnie za parę lat ucieleśnienie amerykańskiego snu o sukcesie.

Mamy więc na samym początku parę stereotypowych do granic możliwości bohaterów, których King wrzuca w sam środek fabularnej zawieruchy - łamaga Arnie  przyciągany jakąś mroczną magnetyczną siłą trafia na rdzewiejący wrak samochodu. Uwiedziony (zaczarowany?) możliwościami drzemiącymi w tej kupie złomu, wydaje ostatnie pieniądze i kupuje tytułową Christine - plymoutha fury.

Krok po kroku, powolutku, Arnie ulega fatalnemu wpływowi maszyny, która zdaje się rzucać urok na swojego nowego właściciela. Chłopak zmienia się - wygładza mu się cera, znikają pryszcze, staje się agresywny, a jednocześnie pociągający dla płci przeciwnej. Zdobywa serce (i nie tylko serce) jednej z piękniejszych dziewczyn w szkole.

Wszystko bardzo ładnie nasiąka czernią i czerwienią - barwami horroru.

Sam rysowałem. 

Dodatkowym atutem jest pierwszoosobowa narracja poprowadzona z punktu widzenia Danny'ego. To świetna próbka prozy. King opowiada ze swadą, lekko, rzuca niewymuszonymi żartami, podtyka celne obserwacje obyczajowe i przypomina czytelnikowi, jak to dziwnie jest być nastolatkiem. Ta część powieści ratuje moim zdaniem całą "Christine". Narrator-nastolatek nie może przecież mądrować się, filozofować, szafować pseudopsychologicznymi odkryciami. Po prostu opowiada i brzmi jak stary dobry kumpel.

Niestety czar pryska, gdy King przenosi ciężar narracji na trzecioosobowego pretensjonalnego mądralę, który przygląda się Arniemu i jego piekielnemu samochodowi. I to mnie zawsze w Kingu uwierało - to zasypywanie czytelnika zbędnymi informacjami, szczegółami, detalami... Ten rejestr drgnień duszy, który jest w stanie rozwodnić najszybszą fabułę, nie wnosi tak naprawdę niczego.

Niby akcja pchana jest jakoś do przodu, mamy kilka obowiązkowych zgonów, parę sugestywnych scen, do których pisarz angażuje i morderczą maszynę, i duchy, jednak (niestety) równie wiele miejsca poświęca się tu zbędnemu psychoanalitycznemu gadulstwu.

King staje w rozkroku pomiędzy solidną powieścią grozy, która rzecz jasna nie powinna mieć pretensji do sondowania dusz ludzkich, a na pozór tylko istotnymi rozważaniami na temat fenomenu przyjaźni, miłości, dojrzewania i roli rodziców w życiu młodego człowieka. Niestety, ale zbyt szeroki rozkrok kończy się w przypadku "Christine" pęknięciem spodni.

I dlatego wolę ekranizacje powieści Kinga. Jasne, gubią one sporo z książek, ale przynajmniej idą prostą drogą wytyczoną przez konwencję gatunkową. Straszą i starają się to straszenie wmontować w rzeczywistość dla horroru przeznaczoną.

A same książki? Powtórzmy - straszą, oferują bardzo nośny pomysł na Zło wkradające się do świata przestawionego, jednak zdecydowanie zbyt często strach tonie w mało interesujących psychologizmach, ale przytłacza je gruba kołdra obyczajowości.

sobota, 25 czerwca 2016

Żaden madafaka nie podskoczy do Polaka, czyli "Smocze koncerze" Sawickiego

Pomysł, by rozegrać stary dobry motyw inwazji obcych na Ziemię w dekoracjach odległych epok, jest niebywale atrakcyjny, a nawet znalazł gatunkowe imię – fantastyka historyczna. Zderzenie zaawansowanej kosmicznej technologii z przaśną, często prymitywną cywilizacją człowieka może uruchomić bardzo ciekawe rozwiązania fabularne; to samograj, który bardzo trudno zepsuć. Do głowy przychodzi chociażby znakomite Eifelheim Michaela Flynna lub stosunkowo mało znana, ale lekka i przewrotna Podniebna krucjata Poula Andersona.

Andrzej Sawicki, pisząc Smocze koncerze, w następujący sposób rozłożył karty: do siedemnastowiecznego Stambułu, stolicy imperium osmańskiego, przybywa delegacja polskich posłów, która ma zamiar uprosić sułtana o złagodzenie narzuconych Rzeczpospolitej warunków pokoju. W tym samym czasie z nieba spadają obcy, którzy powoli przejmują kontrolę nad miastem. W Stambule wybucha panika, a czytelnik powinien zacierać ręce w oczekiwaniu na konfrontację pomiędzy krwiożerczymi obcymi a naszą husarią, u boku której walczą Turcy.



Sawicki, co pokazał już w poprzedniej powieści wydanej w serii „Horyzonty zdarzeń” (mowa o Aposiopesis), wprowadza na scenę ciekawych, nieszablonowych bohaterów. Poznajemy Polkę Dorotę (jej pierwowzorem była awanturnica, która spisała swoje losy w znalezionym w budapeszteńskiej bibliotece pamiętniku). W Smoczych koncerzach kobieta, która przeszła na islam, zajmuje się handlem niewolnikami, a na dodatek jest podwójną agentką, współpracującą zarówno z Turkami, jak i Polakami. Dodajmy do tego fakt, że jest zręczną, obdarzoną intuicją lekarką.

Czytelnicza uwaga skupia się również na jednym z obcych, który opanowawszy ciało tureckiego żołnierza, informuje nas (w partiach prowadzonych w narracji pierwszoosobowej) o celach i naturze najeźdźców. Sawicki sprytnie wymyślił tę postać, gdyż w jednym ciele znajduje się zarówno świadomość i inteligencja kosmicznej istoty, jak i wrażliwość charakterystyczna dla człowieka.

W galopującej fabule, pośród wybuchów, wystrzałów, jęków i zawodzenia miażdżonych Ziemian, udaje się Sawickiemu nieźle rozpisać motywacje postaci, zarysować psychologiczne podłoże i stworzyć wiarygodne portrety ludzi żyjących w XVII wieku. Mamy do czynienia z bohaterami z krwi i kości. Oczywiście na potrzeby literatury popularnej autor powiela stereotypowe wyobrażenia dotyczące sarmatów, polskiej waleczności i brawury. Momentami możemy odnosić wrażenie, że nad Smoczymi koncerzami unosi się duch Sienkiewicza – galeria szlachciców, którzy i wypić potrafią, i zaklną siarczyście, a przy okazji, świszcząc szablami, wroga powalą – to wszystko brzmi swojsko, jakoś tak „naszo”.

Oczywiście najciekawsze jest to, co stanowi o fantastycznym obliczu książki. Bardzo apetycznie jawi się koncepcja inwazji, jaką przedstawił Sawicki. Wielojaźń, którą powołał do życia, to mordercza ekspansywna świadomość, która wchłania w siebie całe cywilizacje, kultury, napotkane we wszechświecie gatunki. Stąd też armia, jaka przybyła podbić Ziemię, składa się z kosmicznych szumowin, sadystycznych, pozbawionych ludzkich uczuć bestii, które w brutalny sposób poczynają sobie z homo sapiens. Tutaj Sawicki wykazuje się sporymi umiejętnościami w kreowaniu atmosfery grozy – jego opisy tortur i groteskowych niemal deformacji, jakimi zostali poddani ludzie, mogą przyprawić o gęsią skórkę. Są autentycznie przerażające i budzą skojarzenia z piekielnymi otchłaniami rodem z Boskiej komedii Dantego.

Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że nie powinniśmy czuć się oszukani zbyt (powiedzmy) łatwym finałem. Smocze koncerze można odczytywać jako rodzaj baśni, opowieść o brutalnej walce Dobra ze Złem, o dwóch zwaśnionych siłach (chrześcijaństwo i islam, Polska i Turcja), które muszą wznieść się ponad animozje, by pokonać przerażającego nieprzyjaciela. Czyż inaczej było w przypadku przywoływanej już Trylogii Sienkiewicza? Tam też przecież obserwowaliśmy zmagania bohaterów z siłami zgoła nie do pokonania.

Jedyny zarzut, jaki można mieć w stosunku do powieści Sawickiego, dotyczyć będzie stylu książki. Nie, nie jest on zły, nieporadny, kulawy. Odwrotnie – rzeczowy i beznamiętny, pełen szczegółów, znakomicie oddaje świat przedstawiony, a jednak czuję (zupełnie podskórnie), że brakuje tej książce ducha – nie związałem się emocjonalnie z żadną z postaci, chociaż uwierzyłem w ich papierowe istnienie. Wszystko, co spotykało naszych bohaterów, teoretycznie powinno mnie jakoś obejść, ale tak się nie stało. Nawet najbardziej zaskakujące zwroty akcji były raczej przewidywalne – nie z fabularnego punktu widzenia, ale jako stałe, typowe dla literatury przygodowej elementy obowiązkowe.

Rzecz jasna moje zarzuty mogą być tylko klasycznym szukaniem dziury w całym i mało kogo interesować będzie jeden drobny mankament, który z pewnością zostanie przesłonięty całą, bardzo dobrą przecież, resztą książki.

+++

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl.

środa, 8 czerwca 2016

Samospełniające się przekleństwo, czyli "...i ujrzeli człowieka" Moorcocka

Kiedy tak czytam książki science fiction napisane w latach 60 i 70, uderzające jest to, jak wyraźnie widać w nich echa ruchów kontrkulturowych demolujących wszelkie kanony, kody kulturowe, hierarchie, tradycje etc. To, co przetaczało się przez ulice, place i uniwersytety znalazło też swoje odbicie w interesującym nas gatunku.

Seks, łamanie norm obyczajowych, narkotyki, patologie... Tym przyprawiali fabuły lub wokół tego układały się całe opowieści autorów, którzy w getcie literatury fantastycznej szarpali, gryźli i pluli, by zaszokować czytelnika, a chyba rzadziej dać do myślenia.

Ta szamotanina czasem bywała inspirująca, ale równie często była smutnym dowodem indolencji i pustej strategii skandalu.

Tak właśnie widzę "... i ujrzeli człowieka" Michaela Moorcocka, powieść napisaną 50 lat temu, ale wciąż mogącą bulwersować i budzić dyskomfort. Użyty przez angielskiego autora motyw podróży w czasie został użyty w celu przeprowadzenia pewnego dość prostego eksperymentu, który miał ilustrować paradoksy pojawiające się w trakcie tego typu eskapad.

Okładka pierwszego wydania

Zafascynowany duchowością bohater (wszelkimi jej przejawami, od klasycznego jungizmu po radykalne chrześcijaństwo) za sprawą wehikułu czasu postanawia stanąć twarzą w twarz z Chrystusem. Jego pojazd rozbija się, a rannego bohatera znajduje sekta, której przewodzi nie kto inny niż Jan Chrzciciel. Widok roztrzaskującej się kuli zbudowanej w XX wieku, a spadającej z nieba w czasach, gdy rozgrywa się historia zbawienia, musiał namieszać w głowach opiekunom naszego bohatera, bowiem zaczęli go traktować jak mesjasza.

Czujecie już bluesa, prawda? Bohater trafia w końcu do domu Józefa i Maryi, ale Jezus, którego tam zastaje, okazuje się być imbecylem. Na dodatek Maryja to niedopieszczona kura domowa, z którą finalnie bohater... No wiecie.. Ten tego...

Głęboko rozczarowany swoimi odkryciami postanawia nauczać tego, czego dowiedział się z Ewangelii, a więc tak naprawdę staje się osobą, której poszukiwał. To on teraz będzie "Jezusem" i weźmie na siebie ciężar krzyża.

W sumie nie wiem, czego Moorcock chciał dowieść. Jego krótka powieść sugeruje, że Chrystus nie istniał. A więc co z tym dalej robimy? Chrystus nie istniał, ale jego nauki przetrwały aż 20 stuleci? Czyżby chodziło mu tylko o prostą, ale czasem widowiskową zabawę polegającą na mnożeniu paradoksów związanych z podróżowaniem w czasie?

A może chciał między wierszami zasugerować, że nauki Jezusa są czymś absolutnie "koniecznym" i musiałyby zaistnieć w świecie nawet gdyby nie pojawił się zbawiciel?

A może to jednak wielka szydera z chrześcijaństwa, które na dwa tysiące lat potrafiło przejąć rząd dusz nie dysponując żadnymi solidnymi dowodami na istnienie syna Bożego?

Nie wiem. Nie wiem i szczęśliwy jestem, że "...i ujrzeli człowieka" to króciutka książka. Męczyłem się niemożliwie, czytając partie powieści opisujące szamotaninę duchową bohatera. Był on wyjątkowo antypatycznym, toksycznym, pogubionym na ścieżkach współczesności człowiekiem, któremu absolutnie nie współczułem tych wszystkich kryzysów i przesileń duchowych.

Pomyślałem sobie o nim jak o człowieku Zachodu, któremu spod nóg wykopnięto twardy fundament kulturowy i religijny i zostawiono go samemu sobie, by jakoś spróbował ogarnąć chaos świata, poczucie bezsensu i rezygnacji.

I tak to się, proszę państwa, kończy, a nie mówię tylko o losie bohatera...

sobota, 14 maja 2016

...mam w dupie promocje książek

Parę dni temu obiegła "książkową Sieć" informacja sformułowana zgodnie z współczesnymi kanonami relacjonowania o tego typu wydarzeniach. Otóż "Takiej promocji jeszcze nie było" - krzyczały nagłówki.

Cytuję: "W środę 11 maja niemal 500 kolejnych stron najnowszej powieści Jaume Cabrégo pojawiło się na billboardach w metrze, plakatach, kawiarnianych kubkach, sklepowych witrynach, podłogach bibliotek, magnesach na latarniach oraz na chodnikach. Aby przeczytać całą książkę, trzeba odbyć wycieczkę po kilkuset miejscach w Warszawie.

To pierwszy przypadek, kiedy premiera literacka odbywa się w przestrzeni całego miasta."

Pod tekstem wili się w ekstazie miłośnicy książek, którzy podziwiali kreatywność, zazdrościli stolicy takich kulturalnych atrakcji, życzyliby sobie przewodnika, który poprowadziłby ich śladem kolejnych rozrzuconych stron. 

Krótko mówiąc, bomba.

Ja natomiast poczułem pewien absmak. Pierwszą myślą było przeświadczenie graniczące z pewnością, że wrodzono przekora nie pozwoliłaby mi na zachwycanie się czymś, czym zachwycają się wszyscy. To po pierwsze. Choćby ten promowany tekst był powieścią niemal noblowską, ja broniłbym się przed jej lekturą, by być czystym w swoich oczach. Nie chcę się zachwycać w grupie, stadzie, kółku nawet. Nie bo nie.

Drugim powodem mojego dystansu jest bolesna świadomość tego, że do zakupu (no bo o to w tym wszystkim chodzi, jak byście jeszcze nie wiedzieli) książki „zmusza” mnie akcja promocyjna. I to nie promocja czytania jako takiego, ale promocja jednego tytułu. Na to nie ma mojej czytelniczej zgody. Być może to utopijne, idealistyczne, naiwne i niedzisiejsze, ale ja naprawdę traktuję książkę nie jako TOWAR, ale jako coś, co daleko wykracza poza prostą rynkową definicję CZEGOŚ, czym się handluje. I nie umiem inaczej. W moim rozumieniu książka nie mieści się w granicach „usług dla ludności”, „rzeczy”, którą się promuje, reklamuje, przecenia, finalnie niszczy.

Książka nie układa się na dnie kosza obok marchewki, majtek i zgrzewki piwa. Nie kupuje się jej na kilogramy. Książka nie jest bajerem dodawanym w promocji do telefonu, zakupów na stacji benzynowej. Książka nie jest też gadżetem, do którego dodamy bezpłatny bilet na tramwaj, by lepiej samą książkę sprzedać*.

To jest moja filozofia, na straży której stoi wewnętrzny Czytelnik, który woli kupić na dworcu kolejowym horror z lat 90 (całe 5 złotych, sprawdziłem), niż wydać 40 złotych na wypromowane wszędzie „współczesne arcydzieło”.

I zaręczam, że nie chodzi o pieniądze…

Gdy się przypatrzeć choćby tej jednej promocji, dojedziemy być może do wniosku, że ci, którzy promocją są zachwyceni, są najmniej istotną częścią „systemu literatury”, który opiera się o prawa rynku.

Pomyślcie, ile razy zostaliście oszukani przez wydawcę, który obiecywał Wam złote góry, a finalnie otrzymaliście jedynie tombakowe pagórki. Przypomnijcie sobie wszystkie orgazmiczne pienia, jakie na czwartych stronach okładek zamieścili redaktorzy – „Znakomite! Hipnotyzujące! Niezapomniane doświadczenie! Jedna z najważniejszych książek roku, a może i dekady! Oszałamiający debiut dwunastoletniego transseksualisty z Nowej Zelandii!”

Ile zapowiedzi potwierdziła lektura? Ile razy maszyna promocyjna zatrzasnęła za Wami paszczękę, a Wy już staliście z kupioną książką, a może już nawet przeczytaną i budziła się w Was świadomość, która jest bliska emerytowi, który zrozumiał swój błąd już po skończonej prezentacji „garnków nowej technologii.”

Było tak? Było?

Swoje za uszami mają również piszący o książkach. „Prawdziwa” krytyka literacka chyba na dobre zatrzasnęła się za spiżowymi bramami uniwersytetów i tworzy natchnione elaboraty, by mieć kilka publikacji w ramach zdobywania szlifów doktorskich lub profesorskich. Zresztą nikt nie czyta „profesorków” – nie ma poważnych nieniszowych pism literackich, a sieciowe przejawy akademickiej krytyki literackiej są ciężkie, nudne i w sumie potrzebne dziesięciu ludziom na krzyż. Być może zawyżam dane…

A blogerzy książkowi? Cóż, już dosyć łez wylano nad poziomem recenzenckiej blogerki. Nie o tym dziś mowa. Blogerzy książkowi też są elementem promocyjnym. Wydawnictwa albo podsyłają zaufanym ludziom kolejne tytuły, licząc na właściwe opinie, ale sami blogerzy chwytają za nowości książkowe i wzdychają lub przeklinają dane dzieło.

Gdzie jest problem? Ano w tym, że o randze książki decyduje zazwyczaj wypadkowa ocen iluś tam osób, które niekoniecznie mogą mieć rację, właściwe spojrzenie, zdrowy rozsądek lub chociażby przyzwoitość. Zawyżając, zaniżając, zakładając fałszywe konta na portalach czytelniczych (słyszałem o takich praktykach), by odpowiednio ocenić tekst, uniemożliwia się czytelnikowi dostęp do rzetelnej wiedzy o tekście.

Kiedyś jednak mieliśmy czystszą sytuację – gdy biorę do ręki książki wydane w latach 90 i wcześniej, na ich okładkach rzadko kiedy pojawiały się hasła wartościujące dzieło. Mieliśmy zarys fabuły, kilka słów o gatunku i pisarzu. Koniec. Żadnych tam obietnic na wyrost, żadnych czeków bez pokrycia.

Dziś szukając wiedzy o danej książce (oczywiście nowości wydawniczej, bo kto by tam czytał książki wydane w XX wieku?), wpadamy w mgławicę informacji, których rzetelności nie jesteśmy w stanie sprawdzić, dopóki sami po książkę nie sięgniemy. Toniemy w niemerytorycznych „ochach i achach”, grzęźniemy w „recenzjach patronackich”, które ze swej natury są takie a nie inne. Cóż, nie twierdzę, że każdy bloger jest sprzedajny, że każda nowość zasługuje na baty, ale…

…z narastającym zdumieniem obserwowałem fetyszyzację nowości wydawniczych. Teraz przestaję się dziwić. Żyjemy wszak w czasach, gdy nowe jest lepsze od starego, książki po trzech miesiącach od debiutu muszą ustąpić miejsca nowszym nowościom, a czytelnicy z wypiekami śledzą zapowiedzi – „Co mi dziś przyniesiesz, słoneczko?” Blogosfera nowościami wydawniczymi stoi, a czytelnik zaczyna żyć w przeświadczeniu, że istnieje tylko literatura teraźniejsza lub lektury szkolne.

Na deser dodajmy nagrody literackie. Książki z przepaską „Nagroda Nobla”, „Nominacja do Nike”, „Pulitzer” ponoć sprzedają się lepiej, ale czy znów czytelnik nie zostaje wpuszczony w maliny, gdy Wielki Pisarz okazuje się wydmuszką? Przykład Donny Tratt lub Modiano powinien dać nam do myślenia.

Nike, Gdynia, Silesius… Nie ufam jak obcym psom. I Wam też nie radzę ufać.

Cóż nam zostało, którzy już wszystko wiemy? Cóż Wam zostało, gdy już jesteście u kresu tych moich niesprawiedliwych, paranoicznych, chaotycznych, uogólniających rozważań, które mieszają z błotem i recenzentów (którym jestem), i blogerów (jak widać), i czytelników samych?

Nie wiem.

No przecież nie będę Was przekonywał, żebyście nowości książkowe czytali po kilku latach od premiery, żebyście ignorowali wszelkie akcje promocyjne, żebyście podejrzliwie i na przekór wszystkim i wszystkiemu czytali po swojemu, nie bacząc na zachwyty i nagrody…

Nie będę, chociaż sam tak robię.



* I stąd mój bardzo ciepły stosunek do mało „legalnych” e-booków krążących na gryzoniowatych portalach… 

niedziela, 24 kwietnia 2016

Bardzo dobrze, ale... czyli "Stop prawa" Sandersona

Czasami dobrze chwycić za książkę autora, którego zna już cały świat. Cały świat, tylko nie ja… Z reguły unikam łatwych wyborów lekturowych, które są wynikiem mody lub uzasadnionej fascynacji danym pisarzem, która ogarnia czytelników. Ja szukam po omacku, pod prąd i wbrew.

Na przykład nigdy z własnej woli nie sięgnąłbym po prozę Brandona Sandersona, gdyż wrodzona przekora kazałaby mi odczekać parę lat, aż jego sława okrzepnie, a ja będę mógł cieszyć się takim Archiwum burzowego światła, nie słysząc dobiegających zewsząd „achów” i „ochów”. Okoliczności zmusiły mnie jednak do konfrontacji ze Stopem prawa tegoż autora, z czego składam niniejszą relację.

Wielbiciele Sandersona potrafią bez trudu umieścić tę powieść w kontekście wcześniejszych dzieł Amerykanina. Jest ona pchniętą trzysta lat do przodu swoistą kontynuacją opowieści snutych w trylogii Zrodzony z mgły. Cyklu, który udowodnił, że świat przedstawiony fantasy niekoniecznie trzeba budować w oparciu o wzorce, jakie otrzymaliśmy w spadku po Tolkienie, Howardzie lub Martinie.

Egzotyczne realia planety Scadrial, wymyślne reguły rządzące jej fizyką i plastycznie odmalowane postacie oczarowały odbiorców. Nic więc dziwnego, że Sanderson zdecydował się na dalszą eksplorację swoich pomysłów. Tym razem oryginalne i nietuzinkowe fantasy zostało wzbogacone o elementy charakterystyczne dla innych gatunków, nie tylko fantastyki i samej literatury popularnej.

Gdy akcję powieści fantastycznej odnajdujemy w realiach przypominających wiek XIX, to możemy być niemal pewni, że będziemy mieli do czynienia z mniej lub bardziej typowym steampunkiem i ta charakterystyczna dla wieku pary i elektryczności aura unosi się nad całą powieścią. Broń palna, którą z upodobaniem posługują się bohaterowie, kieruje naszą uwagę w stronę klasycznych westernów i kryminałów (ach te napady na pociągi, dość istotne przecież dla fabuły książki). Niezwykłe moce, jakimi dysponują poszczególni bohaterowie, i sposoby ich wykorzystania (walka Dobrych ze Złymi) natychmiast powinny skojarzyć się z opowieściami o superbohaterach, którzy pod osłoną nocy wędrują ulicami miast, by w zarodku dławić lęgnące się zło. Taką oto mieszankę serwuje nam Sanderson w Stopie prawa.



Rzecz jasna poza czytelnymi odwołaniami do głównych nurtów „literatury dla dużych chłopców”, istnieje w książce Sandersona mnóstwo innych wartościowych elementów, o których nie można nie wspomnieć. Przede wszystkim postać głównego bohatera może budzić sympatię – Waxillium Ladrian to arystokrata, którego dramatyczne okoliczności i obowiązki wobec własnej, potężnej rodziny zmusiły do ustatkowania się. Nieudolne próby dostosowania do towarzyskich reguł panujących w wielkim, podzielonym pomiędzy arystokratyczne rody mieście mogą wywoływać delikatny uśmiech u czytelników. Świat wyrafinowanych konwenansów i gierek salonowych staje się dla głównego bohatera miejscem prawdziwej udręki. Na szczęście dla niego (i czytelnika) w mieście pojawia się siła, której nasz Waxillium wraz ze swoimi niezwykłymi towarzyszami musi stawić czoła. Gang tak zwanych Znikaczy rabuje pociągi i porywa dla okupu piękne kobiety.

Przygoda goniąca przygodę, brawurowo opisane pojedynki elektryzujące odbiorcę, zaskakujące zwroty akcji, galeria ciekawych pełnokrwistych postaci – tak w największym skrócie możemy wypunktować zalety Stopu prawaSanderson nie byłby jednak sobą, gdyby nie zaoferował nam skomplikowanej, wielowymiarowej, oryginalnej wizji samego świata przedstawionego.

Obraz miasta, które przeistacza się w napędzaną elektrycznością metropolię, gdzie pną się ku niebu pierwsze drapacze chmur, jest plastyczny i pulsuje dynamiką. Zasady istnienia drzemiących w bohaterach niezwykłych sił, które pozwalają manipulować metalami, czytelnicy poznali już we wspomnianej wcześniej trylogii, ale jak się okazuje allomancja i ferruchemia doskonale sprawdzają się w epoce rewolwerowych kul świszczących w powietrzu. To dzięki tajemniczym mocom bohaterowie potrafią zakrzywiać czas, poruszać się z niezwykłą prędkością, zmieniać tor wystrzelonych pocisków.

Kończąc lekturę Stopu prawa, miałem mieszane uczucia. Sanderson stworzył majestatyczną, naszpikowaną plastycznymi opisami, wypełnioną po brzegi przygodami powieść, w której w idealnych proporcjach mieszają się drobiazgowe opisy rzeczywistości, soczyste postacie, którym od samego początku tekstu kibicujemy i śledzimy, w jaki sposób radzą sobie z przygotowanymi dla nich atrakcjami. Jednak gdy rozłożymy tę książkę na czynniki pierwsze, okaże się, że pod spodem niczego nie ma. Pozostajemy z prostą, posiadającą kilka charakterystycznych dla literatury popularnej elementów fabułą, która koncentruje się wokół walki Dobrych ze Złymi. Nie kryje się pod tym żadne drugie dno, nie mamy o czym myśleć. Zamykamy książkę i sięgamy po kolejną.

Sanderson jest bez wątpienia wyśmienitym autorem, ale jeżeli chce się w fantastyce odnaleźć coś więcej – intrygującą ideę, zapładniającą intelektualnie myśl, metaforę lub namysł nad naturą człowieka – wtedy Stop prawa może nas rozczarować.

Ta bardzo dobra, ale... recenzja pierwotnie ukazała się łamach portalu Fantasta.pl.

wtorek, 15 marca 2016

Nadążacie?, czyli "Łagodna kobieta" Priesta

Uwielbiam tę chwilę, gdy czytając książkę, zaczynam odczuwać paranoję buzującą wokół głównego bohatera. Ma on coraz większe wątpliwości dotyczące fundamentów  świata, wciąż wypatruje oznak tego, że rzeczywistość jest „sfałszowana”, zbudowana na jakimś założycielskim kłamstwie, a zahipnotyzowani ludzie wierzą w solidność przestrzeni, w jakiej żyją. 

Lubię, gdy w realistycznie opisanym świecie przedstawionym odnajdujemy dowody na to, że tylko na pozór jest on „nasz”, bo zbyt często przekonujemy się, że coś tu bardzo brzydko pachnie.

"Zachodnie" wydanie, bo polska okładka jest obrzydliwa.


Główna bohaterka „Łagodnej kobiety” to pisarka specjalizująca się w biografiach kobiet właśnie. Mając na koncie niewielkie sukcesy, stara się wydać kolejną książkę, ale ma z tym niewielki problem, ponieważ maszynopis jej ostatniego dzieła został zarekwirowany przez rząd. Nie wiadomo dlaczego. Na dodatek sąsiadka naszej bohaterki pada ofiarą morderstwa, co jest nieco podejrzane, ponieważ starsza już pani była aktywistką-pacyfistką, która nieźle zalazła władzom za skórę. Oczywiście w czasach, gdy była piękna i młoda…

Pisarka powoli odkrywa tajemnice kłębiące się w życiu nieżyjącej już znajomej, a tymczasem pojawia się jej syn (nie głównej bohaterki, ale tej drugiej, martwej. Nadążacie?), by uporządkować dom matki. Syn, niesympatyczny i małomówny osobnik, przy pomocy narracji pierwszoosobowej opowiada o dziwacznym i monotonnym życiu, jakie wiódł w rodzinnym domu. Synek z czasem okazuje się niezłym świrusem, a na dodatek jest potężny, wpływowy i uwielbia inwigilować bliźnich.

Priest powoli zagęszcza atmosferę. Pozwala powoli toczyć się akcji, od czasu do czasu wehikuł powieści podskakuje na wybojach niesamowitości, grozy i absurdu rodem z Franza Kafki. Autor otwiera mnóstwo okien, rozrzuca liczne tropy, którymi może iść wyobraźnia czytelnika. Wiele razy jesteśmy świadkami scen pozornie błahych, zrazu niewiele wnoszących do fabuły, które dopiero pod koniec książki być może ułożą się w intrygującą całość. Być może…

Nie jestem pewny, czy Priest wykorzystał w tej rozgrywce wszystkie silne karty, jakie miał do dyspozycji. Parę razy zdarzyło się, że dany epizod, scena, obraz, które autor wyeksponował, nie odgrywały już potem żadnej roli lub to my sami musieliśmy nadać im głębszego znaczenia. Z jednej strony jest to ciekawy zabieg, przy pomocy którego zaprasza się czytelnika do współtworzenia opowieści. Z drugiej zaś strony można się czuć nabitym w butelkę, gdy czytamy o UFO, które objawiło się bohaterowi, a następnie aż do końca tekstu nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym dość niecodziennym przecież spotkaniu.

„Łagodna kobieta” to powieść, która uczy cierpliwości. Mimo jej skromnych rozmiarów (książki, nie kobiety), nagromadzenie rzucających się w oczy elementów jest zdumiewające. Intryga, która rozwija się ślamazarnie, nie należy być może do najbardziej porywających, ale książka zyskuje dzięki temu, że poszczególne jej plany, punkty widzenia, rzucane niby przypadkiem informacje, obszerne retrospekcje stopniowo układają się w panoramę naszej-nienaszej rzeczywistości. Rzeczywistości, przy której Priest uwielbia majstrować.

Na koniec kilka mądrych i oświeconych słów godnych wnikliwego recenzenta. „Łagodna kobieta” stawia pytania, które bez przerwy zadają sobie rasowi (literaccy) paranoicy – co jest prawdziwe? Czy to, co widzę, istnieje? Czy ja sam jestem prawdziwy? A może jestem bohaterem opowieści snutej przez kogoś innego? A może ja, a mocy wyobraźni, powołuję do życia rzeczywistość? 

Jeśli znacie odpowiedź na te pytania, dajcie znać.

piątek, 26 lutego 2016

Ssący dołek, czyli "Trzęsawisko II" Smitha

Wbrew trendom obowiązującym w książkowej blogosferze, nie czytam ani nowości wydawniczych (no chyba że mnie ktoś o to zmolestuje), ani książek kultowych, ani klasyków, ani niczego, co by mnie odepchnęło po kilku pierwszych stronach, choćby wszystkie Noble, Pulitzery i Nike zdobyło.

Czytam sobie znienawidzonego, a przynajmniej pogardzanego przez oświeconych odbiorców, Guya N. Smitha, klasyka pulpowego taniego horroru. Książki Smitha można z łatwością dostać na każdym portalu aukcyjnym, swoich kilka egzemplarzy kupiłem za około minus 5 złotych. To znaczy sprzedający zapłacił mi, bym je od niego zabrał...

No więc wziąłem drugą część "Trzęsawiska", znajomość pierwszego tomu tej wstrząsającej opowieści nie okazała się wymagana. Wszystko zrozumiałem, chociaż Smith ukrył cały sens opowieści w potokach krwi, bebechów, płynów ustrojowych i innych tego typu ciekawostek.

Tytułowe trzęsawisko to tak naprawdę spore oczko wodne ukryte na terenie żwirowiska będącego terenem przygotowywanym pod budowę osiedla mieszkaniowego. Legenda głosi, że na terenie wykupionym przez pazernego dewelopera żyła banda ponurych Cyganów, którzy jakieś nieludzkie brewerie wyczyniali.

Echa tych wydarzeń odnajdujemy w omawianej książce. Piekielne bajoro w samym środku teren przeznaczonego pod zabudowę przyciąga przeróżnych osobników i nawet nudnego jak flaki z olejem księgowego jest w stanie przeistoczyć w zboczeńca i psychopatycznego mordercę. Stary dobry Smith powtarza więc swój popisowy numer - niewinnych, banalnych, szarych obywateli zaraża złem, a to zatacza coraz szersze kręgi zmuszając ludzi do tego, by okaleczali siebie i bliźnich, gwałcili, wypruwali wnętrzności...

W sumie niewiele więcej znajdziemy w "Trzęsawisku" - czekają nas orgie sadyzmu, niedającego się niczym uzasadnić erotyzmu opisanego zgodnie z regułami pulpowej literatury (komuś coś tam pulsuje w okolicach krocza i tak dalej...), dziwaczne rozwiązania, do których Smith zatrudnia duchy, demony i bogowie wiedzą co tam jeszcze.

Całą książeczkę można przeczytać w czasie oczekiwania na zabieg dentystyczny (czekając na wizytę u specjalisty "na NFZ" uda nam się spokojnie "Wojnę i pokój" zaliczyć...), a potem wyrzucić lub podesłać "znanemu blogerowi książkowemu" w ramach niewinnego sabotażu.

Najlepszą rzeczą, jaką można powiedzieć o tej książce, jest niewątpliwie tłumaczenie tytułu. Oryginał brzmi "The sucking pit", czyli "Ssący dołek". Przyznacie, że brzmi to intrygująco i niemal zajeżdża perwersyjną erotyką, ale mniejsza o moje prywatne obsesje...

Popatrzcie jeszcze na okładkę zachodniego wydania. To rzadka okazja, bym znalazł na jednym obrazku wszystko, co mnie w literaturze pociąga:



sobota, 16 stycznia 2016

Je suis Gałkiewicz

No i mamy aferkę nową. 

Rzecz tyczy się strony na Facebooku "Recenzje z Lubimy Czytać", która to strona wzięła na celownik nieudolne warsztatowo omówienia książek, jakie ukazały się na łamach najpopularniejszego w Polsce portalu czytelniczego. 

Aferka wybuchła, bo działalność strony (anonimowo prowadzonej) podżyrował swoim zainteresowaniem niejaki Wojciech Orliński, który w niejakiej "Gazecie Wyborczej" poszedł tropem szydery z domorosłych krytyków literackich i ową amatorkę jakoś połączył z samym "Lubimy Czytać", któremu chyba imputował psucie dorobku krytyczno-literackiego całych pokoleń poważnych znawców poezji i prozy, tudzież dramatu.

Na to "Lubimy Czytać" wystosowało stosowne oświadczenie, w którym mocno zdystansowało się wobec felietonu Orlińskiego i w elegancki sposób powiedziało mu "Spierdalaj." Na co w sumie zasłużył, bo zaznaczył, że wie, kim jest autor rzeczonej strony, ale nie powie, a ponoć to  "osoba zawodowo związana ze światem recenzencko-literackim." 

Znając realia polskiego światka kultury, założę się, że owa osoba piła ostatnio z Orlińskim wódkę. Chociaż, cóż, mogę się mylić...

Przejdę jednak do meritum, bo wojenki tego typu trwają zaledwie kilka dni, jednak sam problem wydaje się być ciekawy i godny szerszego spojrzenia.

Nie do końca rozumiem bowiem, co jest głównym daniem serwowanym nam przez stronę "Recenzję z Lubimy Czytać". 

Czy mamy śmiać się z niezgrabnych, kalekich, naturszczykowskich, pisanych łokciami refleksji na temat książek?

Czy mamy pękać ze śmiechu na widok "źle rozpoznanych" arcydzieł, które nie są wystarczająco docenione przez ludzi zmuszanych do ich poznawania?

A może mamy popaść w refleksję na temat pewnych przewartościowań dotykających kanonu książek narzucanych w szkołach przez świętą podstawę programową?

Nie wiem. Przynajmniej nie jestem tego do końca pewny. 

Najprościej jest śmiać się ze słabszych, niedouczonych, niedoinformowanych, z trudem dukających na temat... Cóż, na jakikolwiek temat. Jeżeli autorami cytowanych "dla beki" omówień są ludzie młodzi, którzy dopiero co szlifują język, można im wiele wybaczyć. Jeżeli już zdecydowali się naskrobać parę słów i wydobyć z siebie szczery jęk zawodu (lub głośne "Kurde, co ja czytam?"), też w pewnym stopniu jest to wartościowe, ponieważ mówi nam to coś o obrazie polskiego czytelnictwa. 

Większość, a może nawet wszystkie cytowane opisy czytelniczych frustracji dotyczą tak zwanego kanonu. Kanonu poznawanego w szkole, narzucanego przez nauczycieli (sam winny jestem tej patologi, gdyż w szkole pracuję), którzy z kolei muszą zrealizować wymagania podstawy programowej. Tak wygląda ten łańcuch.

Proszę mi wierzyć, że czasem razem z uczniami moimi (wcale zdolnymi bestiami) zastanawiamy się, jaki jest cel udręczania się archaicznymi tłumaczeniami "Króla Edypa", przegadanym i przeintelektualizowanym "Tangiem" lub mętną żeromszczyzną. Gdy uczniowie rok w rok pytają mnie o sens kolejnych wprowadzanych lektur (arcydzieł ponoć), coraz częściej łapię się na tym, że dołączam do chóru  w ów sens wątpiących. Mówię: "Widzicie, musimy to zrobić. Ja tej książki nie lubię, z wami może być różnie, ale to się może przydać na maturze." 

Uświadomienie istnienia egzaminu dojrzałości błyskawicznie zamienia nieprzekonanych w pilnych pokornie uznających wielkość lektury uczniów. Uznających oczywiście oficjalnie, pod kątem pracy klasowej, sprawdzianu lub wypracowania. Prywatnie mogą myśleć, co chcą...

Tak właśnie reagował polonista Bladaczka z "Ferdydurke", który obsztorcował nieszczęsnego Gałkiewicza, gdy ten dokonał coming outu i przyznał, że nie wzrusza go poezja Słowackiego. Gdy czytaliśmy te fragmenty w liceum, całym sercem byliśmy za owym uczniem, który nie tylko wykrzyczał ból istnienia, ale również obnażył fikcję i umowność każdego kanonu. 

(Myślicie, że w naszych ponowoczesnych czasach kanony mają się źle? Nie ma już hierarchii? To posłuchajcie sobie kultowej audycji słuchaczy Trójki - Topu Wszech Czasów. I spróbujcie przekonać kogoś z tysięcy odbiorców "Trójeczki", że "Brothers in arms" Dire Straits to nie jest najwybitniejsza porcja rocka napisana w XX wieku, a King Crimson to nie banda starych nudziarzy. Spróbujcie w takim towarzystwie być Gałkiewiczami...) 

Zmierzam powoli do centrum tej poszarpanej, pisanej od serca wypowiedzi. Być może składam w tym momencie donos na samego siebie, ale rozumiem tych czytelników, którzy nie dostają orgazmu w czasie lektury "Szewców", "Zbrodni i kary", "Pana Tadeusza", "Mistrza i Małgorzaty" czy innego "Hamleta". No co? Nie mają prawa? Jakim prawem nie mają prawa wygłosić swojego własnego, nieskażonego narzuconym im odczytaniem zdania? Dlaczego mają bać się wyrazić własną opinię? Nawet być może błędną.

Bo istnieją mądrale, prywatnie znienawidzeni przeze mnie arbitrzy (intelektualnej) elegancji, którzy poniżej Prousta nie schodzą? Którzy do toalety idą z kompletem dramatów Mrożka, a w wolnych chwilach szukają pocieszenia w słowiczych pieniach Keatsa? 

Pieprzyć ich. Tak jak to nakazywał Kant w swojej apoteozie Oświecenia. 

Fakt, że pieprzą arcydzieła literatury w sposób naiwny, pocieszny, daleki od pewnych standardów, to już kwestia edukacji. Ale edukacji czysto "technicznej", warsztatowej. To, przy odrobinie wysiłku i chęci, można wypracować. Niestety dużo trudniej naprawić złamany zdrowy czytelniczy rozsądek, który bardzo często słusznie alarmuje nas, że to blaga, ściema jakaś, ten cały kanon, te układy, układziki, hierarchie. 

A więc nie trzeba się bać tego, że się coś brzydko powie na Hemingwaya czy Witkacego. Pieprzyć ich, jeśli się nie podobają, nie zatruwaj sobie nimi życia. Te jest za krótkie na książki, które nie sprawiają przyjemności.

Pieprzyć, no chyba że się "Gazety Wyborczej" boicie...

niedziela, 10 stycznia 2016

Pomieszanie dobrego i złego, czyli "Łotrzyki" Martina & Dozoisa

Żyć zgodnie z prawem można tylko w jeden nudny i przewidywalny sposób i nie jest to na pewno najlepszy materiał na porywającą opowieść. Natomiast łamać prawo można na dziesiątki różnych sposobów, co dla pisarza jest już o wiele bardziej inspirujące. Z podobnego założenia wyszli najprawdopodobniej George R. R. Martin i Gardner Dozois, autorzy antologii opowiadań Łotrzyki, którzy zebrali w opasłym tomie (ponad 900 stron, 21 twórców) opowieści koncentrujące się wokół bohaterów mających mniejsze lub większe kłopoty z prawem. Niestety, uczciwie trzeba przyznać, że nie wszystkie teksty spełniają oczekiwania, jakie można mieć wobec znanych autorów.



Pierwsze z opowiadań, Czasy są ciężkie dla wszystkich autorstwa Joego Abercrombiego, to perełka, która w błyskotliwy sposób otwiera antologię i potrafi zaostrzyć apetyty na resztę tekstów. W ponurym, niebezpiecznym mieście Sipani, w labiryntach ulic i zaułków śledzimy zmagania pochodzących z półświatka osobników, którzy zrobią wszystko, by przejąć pewien fant. Akcja pędzi na łeb, na szyję, bohaterowie są plastyczni, intryga ciekawa. Abercrombie jest pomysłowy, więc ani przez chwilę nie odczuwamy znużenia.

Innym opowiadaniem, które zwraca uwagę osobliwym klimatem i fantastycznie wykreowanym światem przedstawionym, jest Tawny Petticoats Michaela Swanwicka. Czytamy o alternatywnej wersji Nowego Orleanu, gdzie na każdym kroku napotykamy prawdziwe bestiarium różnego rodzaju istot, wśród których nie brakuje między innymi klasycznych żywych trupów. W tej rzeczywistości swojej szansy na łatwy pieniądz szukają dwaj oszuści… Świat jest na tyle sugestywny i bogaty, że możemy żałować, iż Tawny Petticoats to tylko opowiadanie, nie zaś zalążek czegoś większego.

Z kolei Garth Nix, australijski autor zgrabnie łączący literaturę dla młodzieży z inteligentną fantasy, proponuje nam opowiadanie pt. Transport posążków. To błyskotliwa, ocierająca się o baśń opowieść o sir Herewardzie – błędnym rycerzu – i jego pomocniku, niezwykłym sędziwym czarodzieju. Całość, mimo że jest odrobinę przewidywalna, to zabawna przygodowa historia, która może w pełni usatysfakcjonować czytelników.

Karawana donikąd autorstwa Phyllis Eisenstein to nie tylko niezwykle sugestywna wizja ocierająca się o fantasy, ale nade wszystko przepięknie napisany tekst, który potrafi oczarować odbiorcę. Przedzieramy się przez pustynię wraz z minstrelem Alarykiem, jego oczami przyglądamy się mnożącym się mirażom, jakie zmęczonemu wędrowcowi funduje rozgrzane powietrze. Atmosfera z czasem gęstnieje, a pustynia pokazuje swoje nie do końca przyjazne oblicze…

Łotrzyki niestety potwierdzają pewną regułę dotyczącą antologii tematycznych – teksty są nierówne, czujemy, że obok opowiadań doskonałych, trzymających w napięciu lub budujących niezwykłą atmosferę, musimy przeczołgać się przez kilka utworów daleko słabszych, nudnych, wtórnych lub po prostu z różnych przyczyn nieudanych. Do takich niestety należy zamykający tom Królewski łotrzyk lub królewski brat autorstwa samego Martina. Ci, którzy nie załapali się na falę zachwytu Grą o tron, uznają ten tekst za klasyczny przykład odcinania kuponów. Z rzadka wzbogacona partiami dialogowymi, naszpikowana datami i trudnymi do wymówienia nazwiskami opowieść nuży po pierwszych stronach. Wielbiciele Martina być może już zacierają ręce, ale piszący te słowa do nich nie należy…

Zobaczyć Tyr i przeżyć Steven Saylor stara się rzucić na nas czar, jaki zazwyczaj roztaczają opowieści o starożytności. Antyczne miasto, opary tajemnicy, jakiś pomysł – to wszystko w rękach autora rozpada się jak zaprawa murarska, w której zabrakło cementu. Saylor przedobrzył – zbyt wiele atrakcyjnych skądinąd elementów tekstu zdaje się do siebie nie pasować, a opowiadanie odbiera się jako pisane na siłę.

W inną stronę poszedł David W. Ball. Jego Proweniencja jest historią pewnego podstarzałego handlarza dziełami sztuki, który wpada na trop zaginionego w czasie drugiej wojny światowej „pięknego i przeklętego” obrazu. Czytamy o fałszerstwach płócien, o złych nazistach, ale tak naprawdę opowieść najprawdopodobniej pozostawi czytelnika niespecjalnie wzruszonym. No, chyba że jest on miłośnikiem talentu Caravaggia.

Zmierzając w kierunku podsumowania, należy podkreślić, że nie jest to antologia zła. Może oszałamiać bogactwem stylów, światów przedstawionych, wizji – od niemal baśniowych po bardziej realistyczne. Ma swoje „momenty”, gdy porywa nas duch opowieści i zamyka w swoim niezwykłym świecie. Wzruszamy się, drżymy z emocji lub po prostu dobrze się bawimy, czytając co bardziej udane realizacje wyjściowego pomysłu całej książki. Niestety, zdarzają się też wcale liczne teksty, które kwitujemy wzruszeniem ramion lub przewracamy strony z narastającą irytacją. Lektura Łotrzyków przypomina podróż pociągiem – raz cieszymy się pięknym krajobrazem, raz odwracamy wzrok na widok zaniedbanych przedmieść.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach "Fantasty." O tutaj

środa, 30 grudnia 2015

Losować i powtarzać, czyli "Kardonia i Faber" Jarosza

Ja się tak naprawdę na poezji nie znam. 

Traktuję ją jak muzykę, której słucham z przyjemnością i nawet umiem zwrócić uwagę na takie kwestię jak "podziały" czy "strukturę", modląc się, by nikt mnie nie zapytał, czy owe podziały w muzyce są. Cieszę się melodią, rytmem, słowami, nastrojem... Nie analizuję, nie wnikam, nie zaglądam pod powierzchnię. Nie potrzebuję sobie teoretyzować, dlaczego coś się podoba. Naturszczyk jestem. I tyle. 

I rzadko się zdarza, bym przesłuchał daną płytę od pierwszego do ostatniego utworu. Nie umiem utrzymać uwagi. Skupić się. Gdzieś mnie pcha do przodu. Do czegoś innego, do kogoś nowego. 

Ja wiem, że autorzy tomików poezji całymi godzinami zastanawiają się nad układem tekstów. Uświęcają ten porządek przy pomocy słów-kluczy, motywów, narastającego napięcia, rytmu pewnej opowieści etc. Ja wiem, jak się męczą autorzy wszelkich antologii, którzy oglądają teksty pod milionem kątów, przez pryzmat miliona szkół interpretacyjnych. 

Ja wiem, a i tak robię swoje. W czasie lektury włączam przycisk "Shuffle" i skaczę sobie po tekstach jak pasikonik. Jeden z początku, dwa ze środka, potem ostatni. Potem cofam się, by wziąć rozpęd i wylądować gdzieś pod koniec tomiku. 



Tak czytałem też ostatni tomik Łukasza Jarosza "Kardonia i Faber". Piszę o tym dość późno, więc dotarły do mnie odgłosy recepcji tej książki. Recenzje bardzo pozytywne, przychylne, nawet entuzjastyczne. Nie dziwię się. To bardzo dobra, solidna i przewidywalna poezja eksplorująca fenomen widzialnego życia. Życia jako ciągu zdarzeń, obrazów, myśli i uczuć, które istnieją niejako na tej samej "płaszczyźnie istotności." 

U Jarosza równie istotne jest wspomnienie o dawno nieżyjącym koledze, co obraz ujrzany kątem oka w czasie jazdy samochodem. (Chyba) niczego ta poezja nie faworyzuje, nie wyciąga na plan pierwszy, niczego nie używa jako dekoracji, scenografii. Nic nie jest tylko i wyłącznie rekwizytem. Na tych samych zasadach istnieją obok siebie ludzie, przedmioty, zwierzęta, przyroda. I właśnie ta demokratyzacja w (przynajmniej w dwóch ostatnich tomach Jarosza) wybitnie mi odpowiada. 

Część mądrzejszych ode mnie recenzentów zwracała uwagę na przewijający się w najnowszym tomiku motyw śmierci. Zgodnie z przyjętą metodą, znalazło się słowo-klucz, motyw-wytrych i podporządkowało się jemu rozważania obejmujące cały tekst książki. Recenzenci chcą widzieć w najnowszym tomie przede wszystkim opowieść o śmierci wkraczającej coraz szerszymi krokami do świata tej poezji. I pewnie tak jest. Jednak ja nie przykładam większej wagi do tych odkryć. Być może i słusznych.


Materią, jaką Jarosz wykorzystuje do budowy wierszy, jest rzeczywistość. Ta, w której autor fizycznie istnieje i każdorazowo daje jej pierwszeństwo. Od początku ścieżki twórczej Jarosza możemy towarzyszyć bohaterowi tych wierszy i widzieć w nich samego autora. To on jeździ po Polsce i to on zajmuje się swoją córką, to on odwiedza rodziców i to on zagląda ukradkiem do kościoła. Wchodzenie w kolejne dekady życia, daty graniczne, rytuały związane z cyklem pór roku, celebrowanie kolejnych świąt – to wszystko spotyka zarówno Jarosza, jak i bohatera tych tekstów.

Nic więc dziwnego, że ktoś powoli zbliżający się do czterdziestego roku życia zaczyna zauważać śmierć, która sięga po bliższych i dalszych, znajomych i nieznajomych. W przypadku tego autora dziwne by było, gdyby funeralne tony (delikatne, przyznajmy) kiedyś się nie pojawiły. Pojawiły się, bo w życiu się pojawiły. Jaśniej nie wyjaśnię.

Lubię te wiersze z powodu ich szczerości – nie mam wątpliwości, że czytam o czymś, co zaiskrzyło w rzeczywistości i stało się na tyle cenne, by zamienić to coś w zdanie, czasem pół wersu, czasem opasać delikatną metaforą. „Kardonia i Faber” jak każdy kolejny tomik dokumentuje pewien etap życia. Czytamy więc intymny, choć w najmniejszym nawet stopniu nie ekshibicjonistyczny dziennik. Z takiej perspektywy śmierć nie jest żadnym ważnym motywem poezji Jarosza. Jest po prostu jeszcze jednym elementem. Kolejnym żywiołem, w którym zanurza się bohater tych wierszy.

A ja? Skaczę dalej. Czytam sobie niedzielę, potem środę, potem sobotę, wracam do czwartku, a potem kolejna niedziela…

Losuję i powtarzam tę czynność z największą przyjemnością.