piątek, 19 czerwca 2015

Pokażę Wam "Świat fizyczny" Jarosza

Nie napiszę tej recenzji w sposób zawodowy. I nie dlatego, że osobiście znam autora "Świata fizycznego", i nie dlatego, że nasze córki mają tak samo na imię. (Proszę przeczytać sobie w książce jak). Nie umiem zdobyć się na akademicki niemal, naszpikowany naukowymi określeniami i polonistycznym żargonem, tekst. 

Najprościej o wierszach Łukasza Jarosza napisać tak: w nich wszystko jest "na wierzchu." Zdania, obrazy, całe ich sekwencje układają się w doskonale rozpoznawalne, swojskie i bliskie pejzaże. Panoramę, którą znają czytelnicy żyjący gdzieś na uboczu wielkiego świata, obok głównych arterii współczesności. 

Wolę sobie pogadać o tych wierszach, być może z sobą i o sobie. Bo w tomiku Jarosza jest pełno mnie samego. Jest ogrom szczegółów, gestów, dźwięków, faktur, wspomnień, jakie w sobie znajduję i jakie widzę w mały miasteczku, którego powolne tempo, skromna przestrzeń i nieliczni lokatorzy wypełnia moją codzienność.

Nauczyłem się lubić ten świat – świat mój i świat poety, bo to chyba to samo miejsce. Powoli sobie wrastamy w podobną ziemię, wodę, powietrze. Na pamięć znamy znaki szczególne budujące nam życie. Obaj zdajemy niekończący się egzamin z uważności.

Podglądamy bliskich i dalekich, znajomych i nieznajomych. Czasem wzrok ugrzęźnie w banalnym szczególe, innym razem pamięć przerzuci w rejony, o których istnieniu dawno zapomnieliśmy. Obrazy dominują nad refleksją, ale tym lepiej dla tych pierwszych.

Jarosz umie to nazwać, zdefiniować, związać przy pomocy najprostszych zdań, na których tle z siłą błyskawicy rodzą się metafory. W tych wierszach jest dużo wolnego miejsca. Poeta najczęściej rezygnuje z tworzenia dłuższych, rozwijających się powoli sekwencji. Najczęściej wystarczy mu kilka sztychów, parę pociągnięć piórkiem, by zbudować obraz pełnowartościowy wiersz.



Krytyk literacki Marian Stala usiłuje na czwartej stronie okładki tomiku przekonać czytelników, że poezja Jarosza kryje w sobie jakieś pokłady (powiedzmy) metafizyczne, które ujawniają się dopiero przy kolejnych lekturach wierszy. Nazywa to uczucie zagadką. Wkurzyło mnie przekonanie, że ta doskonała poezja musi mieć jakąś duchową podpinkę, bo gdzieżby mogła istnieć tak sama z siebie, dla siebie, dla fizycznego, sensualnego istnienia. 

W życiu nigdy, panie Stala! Poezja Jarosza to hymn ku widzialności i doskonale obywa się bez takich wielkich żyrantów jak Sens lub przeczucie Konieczności Istnienia. Nie musi podpierać się żadnymi wyrafinowanymi teoriami lub aplikować do jakiejś konkretnej szkoły poetyckiej. Oscar Wilde napisał: „Prawdziwą tajemnicą świata jest widzialne, a nie niewidzialne”, a Jarosz fenomenalnie zilustrował ten pozorny paradoks.

Rewelacyjnie czyta się te proste świetne teksty. Takie nic, ktoś powie, ale właśnie zwrócenie uwagi na to „nic” być może pozwoli bardziej świadomie przejść przez życie.

Na świecie są dwa rodzaje poetów. Jedni powiedzą: „Chodź, pokażę Ci miejsce, gdzie dwa razy uderzył piorun”, ci drudzy powiedzą: „Pokażę Ci miejsce, gdzie piorun nie uderzył ani razu.”


Zdecydowanie wolę tych drugich…

czwartek, 11 czerwca 2015

"Poranek poematu", czyli Schuyler revisited

Już kiedyś miałem przyjemność obcowania z tekstem tego obszernego, rozlewnego jak dorzecze Amazonki, poematu autorstwa jednego z klasyków współczesnej poezji, do dobra, współczesnej amerykańskiej poezji, no jeszcze bardziej dobra - poezji nowojorskiej.

Przyznać muszę, że prześlizgnąłem się wówczas po powierzchni tekstu, łowiąc tylko najgłośniejsze sygnały, by zbudować z nich wiarygodnie brzmiącą recenzję. Ostatnio jednak drugi raz sięgnąłem po Schyulera. Porządkowałem półkę z poezją i przypadkowo chwyciłem "Poranek poematu", który przeczytałem od początku do końca, snując się z tym tekstem po świecie.

Zacząłem czytać tak, jak Schuyler zaczął pisać (do czego się przed nami przyznaje – w samych majtkach naprzeciwko maszyny do pisania) – w najzwyklejszych, banalnych okolicznościach: w poczekalni u lekarza. Rzecz jasna nie byłem w samych majtkach… Miałem na sobie bokserki z Supermanem. Pod spodniami, oczywiście.



Wróciłem do domu, by usmażyć dzieciom naleśniki, i znów towarzyszył mi Schuyler. Udało mi się nie spalić kuchni. Potem przeniosłem się na taras, gdzie oczy z trudem wytrzymywały przerażającą biel stron, na które padały promienie słońca. Poemat skończyłem następnego dnia, leżąc w łóżku, pod grubą pierzyną.

Jako czytelnik zatoczyłem więc pewne osobliwe koło. „Poranek poematu” zaczyna się właśnie rano. Bohater budzi się. Jego kochanek-malarz (tak, proszę państwa, mamy tutaj zaawansowany homoseksualizm) wstał wcześniej i wyszedł w poszukiwaniu inspiracji. I chociaż możemy w pewnym stopniu śledzić kolejnych czynności, jakim poświęcił się podmiot liryczny, pracując nad tekstem, nie będzie dla nas istotne, co stało się wcześnie a co później. Dlaczego? Dlatego że poemat Schuylera rodzi się z powolnego, ale żarłocznego marszu myśli, których pożywką może być absolutnie wszystko, co zarejestrują zmysły lub co na swoją powierzchnię wyrzuci pamięć.

Kształty, barwy, ruch, ludzie widziani przez okno, zapachy, dźwięki, cisza… W końcu epizody, drobinki życiorysu, mniej lub bardziej wstydliwe fragmenty wydarzenia układają się w wielowątkową spowiedź podporządkowaną zasadzie dygresji. Zaduma miesza się ze smutkiem, a ten chwilami rozświetlony jest subtelnym humorem.

I powiem Wam jedno – żadna książka należąca do tzw. literatury popularnej, głównonurtowej, nie da mi tego, co dać mi może taki Schuyler. Po kilkudziesięciu stronach wynurzeń poety, poczułem, że jest mi bardzo blisko do tego kogoś, kto opowiadał, jak na przykład poderwał marynarza lub jak walczył z chorobami wenerycznymi. (Oczywiście mnie do takich przygód absolutnie nie ciągnie…)

Miałem tak czytając „Szumy, zlepy, ciągi” Białoszewskiego. Po kilkunastu krótszych lub dłuższych „wypisach z rzeczywistości”, bardzo często anegdotach bez pointy, opanowało mnie przedziwne wzruszenie. To nie dające się wytłumaczyć przeświadczenie, że o wszystkim, co spotkało Mirona i jego znajomych, opowiadał on właśnie mnie. Nikomu innemu. Niestety pojawiła się również dojmująca samotność, uczucie opuszczenia, gdy wyszedłem poza teren tekstu.

To chyba siła wielkiej, nie zatrutej komercyjną stęchlizną, literatury, która jest w stanie złamać barierę pomiędzy piszącym a czytającym. Kto wie, czy nie obcując właśnie z poezją, nie doświadczamy prawdy o człowieku. Nie o bohaterze literackim (choćby był najlepiej skonstruowany), ale właśnie o człowieku, który w sposób totalnie otwarty, bezwstydny opowiada nam o swoich słabościach, kompleksach, obsesjach i fantazjach.

Być może ta odarta z wszelkich zasłon i filtrów literatura będzie razić ekshibicjonizmem, być może jest dowodem na bardzo amerykańską tendencję do „otwierania się” przed wszelkiej maści psychoanalitykami – przed ojcem, matką, przyjacielem, kochanką, więc dlaczego nie przed czytelnikiem? Ja jednak z ogromną przyjemnością przedzierałem się przez gęstą plątaninę tej poezji i po cichu fantazjowałem sobie, że ludzie w poczekalni u lekarza nie będą „Gali” czy innego „Twojego Imperium” czytać, tylko sięgną po coś, co naprawdę powie im coś istotnego o życiu… 

środa, 27 maja 2015

Tylko aż podróże w czasie i przestrzeni, czyli "Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" North

Książkę „Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta” autorstwa Claire North spotkało w tym roku nieliche wyróżnienie – powieść nominowano do Arthur C. Clarke Award i chociaż ostatecznie nagrody tej nie zdobyła, zaistniała w pewien sposób w świadomości wielbicieli literatury fantastycznej. Czemu zresztą ciężko się dziwić, gdyż powieść ta odświeża w zaskakujący sposób kilka istniejących od dawien dawna schematów typowych dla szeroko rozumianej fantastyki.
Nad tytułowym bohaterem wisi klątwa i nie chodzi o dość przykre okoliczności, w jakich został spłodzony, a następnie się urodził – Harry August przeżywszy kilkadziesiąt lat, umiera a następnie odradza się jako ta sama osoba, pamiętając wszystko, co przytrafiło mu się w poprzednim wcieleniu. Cykl ten wydaje się nie mieć końca. A co najdziwniejsze, ludzi podobnych do Harry’ego jest całkiem sporo i tworzą oni tajemnicze istniejące od tysiącleci Bractwo Kronosa.
Kilka pierwszy rozdziałów powieści jest przytłaczającym i smutnym (a jednocześnie dość realistycznym) studium psychiki kogoś, kto egzystuje uwięziony w czasie i przestrzeni, nie opanował jeszcze reguł, którymi powinien się kierować, by znaleźć sens takiego istnienia. Harry stopniowo uczy się wykorzystywać możliwości dane mu przez los. Każdorazowo stara się inaczej popchnąć życie, by nie osiąść na mieliznach złych wyborów, mając jednak świadomość, że cokolwiek by nie uczynił, będzie musiał na nowo odegrać rolę w teatrze życia.
Będąc de facto nieśmiertelnym może sobie pozwolić na spokojne rozkoszowanie się upływającym czasem, chociaż częściej przychodzi mu mierzyć się z autentycznymi zagrożeniami, gdy na jego trop wpadają ludzie chcący wykorzystać zgromadzoną przez niego wiedzę na temat przyszłości. Autorka nie oszczędza swojego bohatera, przynajmniej kilkanaście razy czytamy o jego śmierci, która staje się raz dowodem gorzkiej klęski, innym razem paradoksalnie może być spektakularnym tryumfem nad dręczycielami.
Rzecz jasna na drodze Harry’ego Augusta musi znaleźć się czarny charakter, którego działalność może doprowadzić do nieobliczanych skutków. Tradycja literatury popularnej nakazuje również, byśmy poczytali o pościgach, strzelaninach, mrocznej zemście, żmudnym śledztwie toczącym się delikatnym świetle niebanalnych rozważań na temat natury świata, wolnej woli, odpowiedzialności za własne czyny… Wszystkimi tymi elementami Claire North żongluje niemal od pierwszego rozdziału i co zdumiewające, żaden z nich nie spada.
Pozorny chaos narracji jest jedynym możliwym sposobem na opowiedzenie tej niezwykłej historii, która zręcznie wymyka się wszelkim próbom zaszufladkowania. Mozaika wydarzeń, bohaterów i detali oszałamia czytelnika, dając mu choćby próbkę tego, co nagromadziło się w pamięci Harry’ego.
Autorka i jej powieść potwierdzają, że w sprawdzonych formułach gatunkowych wciąż drzemie niesamowity potencjał. Trzeba jedynie zaryzykować, by ułożyć interesujące nas elementy w nową (?) całość, a wtedy być może wydarzy się coś niezwykłego – rzadkiej urody książka. Właśnie taka jak ta.
***
To była oficjalna recenzja dla Lubimy Czytać. Egzemplarz recenzencki taki. I powiem Wam jedno, drodzy elitarni (czyt. nieliczni) odbiorcy tego bloga. Oddycham z ulgą, gdy sobie pomyślę, że 
a) nie mam w najbliższym czasie ŻADNYCH wiszących nad mną książek, które MUSZĘ przeczytać, by potem opisać,
b) mogę czytać sobie powoli, uważnie, 
c) mogę się wygłupiać, pisząc recenzje,
d) nie muszę czytać książek, które mają więcej niż 400 stron, bo takich gabarytów nienawidzę.
Kolejna kwestia to mój ambitny zamiar, by strzelić ilustrację/okładkę (?) do każdej przeczytanej książki. Nie starać się za bardzo. Machnąć swobodną impresję przy kuchennym stole (następna recenzja będzie właśnie tak "zilustrowana"), bym nie musiał wstawiać takich okropnych okładek jak ta:

I tym obrzydliwym akcentem mówię Państwu "Do widzenia."

środa, 6 maja 2015

Pastelowe dramaty, czyli "Pieśni dalekiej Ziemi" Clarke'a

Odtrutką na zalewający nas zewsząd potok  nowości wydawniczych wydaje się być tylko i wyłącznie spotkanie z solidnym, klasycznym tekstem, który nie musi się ścigać w zawodach o przelotną miłość czytelników. Zgodnie z przyjętą przeze mnie strategią, regularnie sięgam po starą dobrą fantastykę naukową, by dać odpór natręctwu, które zmusza mnie do tego, by wciąż trzymać rękę na pulsie, by się orientować, by wiedzieć, by łowić świeżynki.

(Szczerze powiedziawszy, ja tak naprawdę nowości nie lubię. Nie znam się, wkurzają mnie i proszę nigdy w żadnych okolicznościach nie pytać mnie o to, „co się teraz czyta.” A mój problem z tzw. „nowościami wydawniczymi” to już chyba osobna kwestia, której być może poświęcę osobny tekst…)

A więc czym ostatnio nasyciłem swój głód klasyki? O większego trudno zucha niż był Arthur C. Clarke – jeden z filarów, doktorów kościoła science fiction, którego teksty stanowią żelazny kapitał gatunku. Powieści, opowiadania, pomysły, wizje – Clarke pozostaje wciąż archetypem solidnego, godnego zaufania mistrza. „Pieśni dalekiej Ziemi” potwierdzają znakomitą markę autora, chociaż być może trudno w tej wydanej w 1986 roku powieści znaleźć coś, co zaspokoiłoby żarłoczne oczy współczesnych konsumentów literatury.


Planeta Thalassa jest światem zaludnionym przez potomków Ziemian, którzy wystrzelili ze spalanej Słońcem planety statki z „ziarnami ludzkości.” Thalassa okazała się mieć życzliwy człowiekowi klimat (oceany, kilometry plaż, no i tlen w atmosferze…), więc po czasie przedstawiciele naszego gatunku zaczynają na nowo budować cywilizację. Traf chce, że setki lat później do odizolowanej od wszelkich kosmicznych nieszczęść i katastrof planety zbliża się statek z Ziemianami pamiętającymi zagładę macierzystej planety.

Gdy przeczytamy podobną zapowiedź wydarzeń, będziemy mieli prawo podejrzewać, że powieść rozsadzi dramatyczny konflikt pomiędzy „nowymi” a „starymi” ludźmi. Jedni i drudzy pogrążą się w odmętach swoich racji, uprzedzeń, nieufności… Jednym słowem, czytać będziemy o klasycznym spotkaniu w atmosferze wzajemnego braku zaufania.

Autor konfrontuje ze sobą dwa różne „odłamy” ludzkości – łagodnych, życzliwych, wysportowanych, wypranych z niezdrowych ekstremizmów Thalassan i nieco zgorzkniałych pragmatycznych Ziemian. Nie obywa się bez pewnych tarć, sprzeczek, delikatnej podejrzliwości z obu stron, a jednak sympatyczni bohaterowie (tak, wszystkich ich można lubić) szybko dochodzą do niezbędnych kompromisów w imię powszechnej zgody. Nieczęsto to spotykany przypadek, gdy tekst science fiction z powodzeniem istnieje bez wyraźnie zarysowanej granicy pomiędzy Dobrymi a Złymi bohaterami. Ba! Wszelkiej maści dramaty w dość pastelowych barwach są nam rysowane.  

Obyć się również nie mogło bez typowej dla Clarke’a solidnej podbudowy naukowej – kwestie podróży międzygwiezdnych i ewolucji gatunków potraktowano poważnie i skonstruowano wokół nich istotne wątki fabularne. Dodatkowo autor z typową dla oświeceniowych racjonalistów swadą wygłasza antyreligijne kalumnie, oskarżając każdą z możliwych wiar o każde zło, jakie spotkało ludzkość od początków jej istnienia.

Podsumowując, „Pieśni dalekiej Ziemi” to melancholijna i optymistyczna opowieść ufundowana na wierze w humanizm i racjonalizm, którego nie zniekształcają takie fanaberie jak chociażby religia. W Clarke’u kolejny raz odnajduję niezłą dawkę poezji. Z uwagą, nawet troską przygląda się on tęsknotom, obawom, płonnym nadziejom swoich bohaterów, którzy patrząc w odległe gwiazdy nagle uświadamiają sobie własną śmiertelność i marność. Autentycznie wzruszają ostatnie rozdziały tej powieści.

Kto by pomyślał…

czwartek, 23 kwietnia 2015

Tonąc w szumie, czyli "Kosmonauci" Wróblewskiego

Grzegorz Wróblewski z całą pewnością należy do najwybitniejszych przedstawicieli tzw. pokolenia „bruLionu” – autorów debiutujących na początku lat 90., a skupionych wokół wspomnianego pisma. Takie nazwiska jak Świetlicki, Sendecki, Jaworski lub Podsiadło na trwale wpisały się w polski krajobraz poetycki, dzieląc między siebie różne, często skrajnie odległe, przestrzenie. Wróblewskiemu pisana była inna droga niż jego kolegom – od 1985 roku żyje w Kopenhadze, gdzie oprócz poezji z powodzeniem zajmuje się malarstwem.
W Polsce jego poezja długo pozostawała nierozpoznaną, a tylko nieliczni krytycy widzieli we Wróblewskim kogoś istotniejszego niż ekscentrycznego ulicznego wierszokletę za jakiego uchodził. Na szczęście dla samego autora okazało się, że „miejscowym” niedowidzącym obserwatorom życia literackiego umknęło to, co stosunkowo szybko dostrzegli zagraniczni profesjonaliści. Wróblewski jest regularnie tłumaczony (głównie na angielski i duński), publikowany w ważnych branżowych pismach, a jego książki zyskują bardzo pozytywne recenzje. Proszę sprawdzić.
Autor „Kosmonautów” zdaje się być spadkobiercą takich twórców jak chociażby Andrzej Bursa, od którego przejął ostrą cyniczną postawę wobec rzeczywistości, lub Miron Białoszewski - skupiony na zwykłości i codzienności renowator języka poetyckiego. W ostatnich tomach Wróblewski przyjmuje niezwykłą strategię pisania polegającą na pewnej specyficznej perspektywie. Podmiot liryczny unosi się jakby ponad dachami świata, łowi przypadkowe, krzyżujące się z sobą, nieuporządkowane przez żadne hierarchie sygnały. Jednak tym razem abdykujący papież, zamachy terrorystyczne, strzelaniny w odległych tylko pozornie częściach planety stanowią tło dla o wiele bardziej osobistych, chciałoby się rzec prywatnych, wypowiedzi.
Najnowszy tom poety potraktować można jako dramatyczny, pozbawiający nadziei, rozpisany na kilkanaście przejmujących krótkich tekstów dziennik oswajania się z nieobecnością bliskiej osoby. Osobisty ton tych wierszy paraliżuje, gdyż skromne przestrzenie tekstów nie są w żaden sposób wygłuszone zabiegami stylistycznymi. Zdanie typu „Pierdolisz się już beze mnie” to nie wulgarne, „ulicznym” określenie, w świecie „Kosmonautów” to jedna z możliwych i wiarygodnych form wyrażenia żalu i straty. Jeden ze sposobów nazywania bólu. Dla pełnego obrazu dodajmy, że gorycz samotności wywołuje nie tylko głuchą bezradność. Bohater tych wierszy wielokrotnie zastyga, zamiera na dłuższą chwilę, zapada się w głąb siebie, machinalnie wykonując banalne czynności.

„Kosmonauci” są również zobiektywizowanym zapisem stanu świadomości człowieka powoli schodzącego ze sceny życia, obserwującego z precyzją badacza samego siebie, starzejące się ciało, które czeka prędzej czy później wiadomy koniec. Nic jednak nie sugeruje, że istnieje coś później, wyżej. Wiersze Wróblewskiego podszyte są jakimś egzystencjalistycznym rysem, który każe widzieć w człowieku przedstawiciela najbardziej samotnego gatunku zamieszkującego Ziemię. Niewiele różnimy się od krabów, delfinów i pająków. A nasze nieszczęście rodzi się w chwili uświadomienia sobie miejsca, jakie zajmuje w Kosmosie.
To bardzo smutny zbiór wierszy. „Kosmonauci” jako metafora ludzi – szczelnie zamkniętych w skafandrach, dryfujących ponad planetą, szukających łączności, a zbierających jedynie nieprzesiany szum informacyjny.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Krótka piosenka o błocie, czyli "Burza lodowa" Moody'ego

Być może miałem szczęście. Nie wiem… Być może… 

Żyłem w swoistej dziurze pokoleniowej. Starsi ode mnie koledzy byli starsi o jakieś 3-4 lata, a dobrze wiecie, że taka różnica wieku to istna przepaść, gdy jest się dzieckiem. W prawdzie mogłem szwendać się z nimi i grać w piłkę (byłem grubawy, więc stałem na bramce), ale nigdy nie dopuszczano mnie do „dorosłych” przygód. Żyliśmy w czasach, gdy starsi nie demoralizowali jakoś specjalnie młodszych, więc ominęły mnie gwałtowne wtajemniczenia w alkohol, papierosy, dziewczyny… Wszystko przyszło później. Natomiast młodsi ode mnie byli młodsi o jakieś 3-4 lata. Odpowiednio bardziej dziecinni, naiwni, czasem głupkowaci.

Tkwiłem więc po kolana w tej pauzie między pokoleniami. Za młody dla starszych, za stary dla młodszych. Dyskomfortu takiego położenia nie mogłem nie zauważyć. Przeklinałem te popołudnia, tygodnie, miesiące i lata, gdy chcąc spotkać się z rówieśnikami, musiałem wyruszać na wędrówkę w kierunku obcych podwórek i dzielnic. A byłem na to zbyt leniwy.

Dziś jednak widzę drugą stronę tego medalu. Widzę błogosławioną nudę, która pozwalała mi spokojnie i bez pośpiechu, spacerkiem wchodzić w dorosłość. Nie narażać się na szok zbyt brutalnie traconych złudzeń.

Myślałem o tym wszystkim, czytając „Burzę lodową” Ricka Moody’ego. Niewielką brzydką książkę, która zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Książkę gorzką, cyniczną, wypełnioną po brzegi antypatycznymi bohaterami, których splatające się (dosłownie) losy układają się w nielichy dramat i przejmujący obraz przemian pokoleniowych, jakie zaszły w drugiej połowie XX stulecia.

Moody szarpie wiele strun – koncentrując się na życiu dwóch rodzin żyjących w niewielkim New Canaan, widzi w nich wycinek społeczeństwa amerykańskiego pogrążonego odmętach wielkiego nieuporządkowania, jakie nastało po tryumfalnym marszu rewolucji seksualnej lat 60. Tożsamość takich instytucji jak małżeństwo lub rodzina zostaje zdefiniowana na nowo. Poddane próbie wierność i miłość nie wychodzą z niej obronną ręką. Ani dorośli, ani dzieci nie potrafią odnaleźć się w świecie przedstawionym, który najłatwiej porównać do gigantycznego pobojowiska, gdzie stygną trupy fundamentalnych wartości.

Wiem, brzmi to pompatycznie, ale nie umiem opowiedzieć tego „szybciej.”

Poznajemy męża romansującego z żoną sąsiada. Podglądamy (to doskonałe słowo) dorastającą młodzież, która z okrutną ciekawością testuje dojrzewające ciała. Dorośli zaś spotykają się na parties, których najciekawszym punktem (oprócz rzygających nieprzetrawionym alkoholem nieszczęśników) jest wymiana partnerów (bynajmniej nie do tańca) – nowinka z wielkiego świata, za którym z mniejszą lub większą ochotą starają się nadążyć mieszkańcy New Canaan.

Tęsknotę za bliskością Moody zamyka w żałośnie nieudanych romansach. Potrzebę czułości w groteskowych wręcz scenach erotycznych. Nawet śmierć w tym świecie odarta jest z godności i przypomina głupawy żart sił wyższych. Sens całej rzeczywistości jeden z młodocianych bohaterów odnajduje w 141 numerze „Fantastycznej Czwórki” – w odcinku, w którym Richard Reed strzela do swojego malutkiego synka, by nie dopuścić do tego, by dziecko eksplodowało jako bomba atomowa. Cóż z tego, że brzmi to absurdalnie, skoro autor ugrał to znakomicie i poprzez pryzmat popkultury pokazał patologiczny wymiar rodziny, w której dziedziczy się wszelkie zło, uprzedzenia, nienawiść i całą resztę tego bagna…



Niewielkich rozmiarów książeczka potrafi nieźle pogryźć. Mimo tego, że „Burza lodowa” opisywana jest jako satyra, nie znajdziemy w niej zbyt wiele momentów, w których podniosą nam się kąciki ust. W zasadzie cały ten świat to żart.

Nieudany, bez pointy.

A co z mną samym z początku tego wpisu? Proszę pomyśleć, jeśli ktoś ma ochotę…

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Spodnie dziadka, czyli "Jasnowidzenie inżyniera Szarka" Borunia

Mój zapał samozwańczego badacza starej polskiej fantastyki co i rusz bywa skutecznie studzony. Zanim jednak tak się stanie, buzują we mnie fantazmaty, urojenia, fatamorgany krążące wokół PRL-u, który okazał się całkiem przyjaznym matecznikiem science fiction.

Wyobrażam sobie mniej lub bardziej biedne lata 70 i 80. Miasta i miasteczka wolne od szpecących reklam. Kolejki do sklepów mięsnych, duże i małe fiaty, wczasy zakładowe, braki w kolejnych sektorach… - w takich właśnie dekoracjach rozstawiam „swoich” pisarzy. Stukają w klawisze maszyn do pisania, gaszą papierosy w „kryształowych” popielniczkach, dopijają resztę kawy ze szklanek. Ze szklanek właśnie… Na ich oczach kwitną lub dogorywają sojusze robotniczo-chłopskie, a oni piszą o kosmosie, podróżach w czasie, Ufo i cudownych wynalazkach.

W takich chwilach czuję się podwójnie oderwanym od rzeczywistości budowniczym piętrowej fikcji. Bo nie dość, że myślę o PRL-owskiej fantastyce być może potrzebą eskapizmu napędzanej, to jeszcze sam fikcję solidną uprawiam i buduję w swojej głowie okoliczności (zapewne całkowicie wydumane) istnienia owej literatury.

Staję się niewiarygodny, nierzetelny. Nie można mi ufać jako badaczowi. Jestem amatorem, dyletantem, leniem, który woli nagiąć fakty niż pokusić się o ich sprawdzenie.

Wiecie już, na czym stoicie? A więc posłuchajcie kolejnej gawędy, tym razem o powieści legendy polskiego science fiction Krzysztofa Borunia pt. „Jasnowidzenie inżyniera Szarka.” Sam tekst obiecuje nam dokładnie tyle, ile możemy wywnioskować z dosłownego sensu tytułu. I niestety jest to dla nas zła wiadomość, gdyż motywy przewidywania przyszłości oraz Wypadku w Zakładzie Pracy zostały już po wielokroć przećwiczone na przeróżnych poligonach, zaś Boruń nie tchnął w te pomysły wystarczającej ilości życia, stąd całość niestety trąci starzyzną. Obawiam się, że było tak już nawet w chwili wydania książki...



Tytułowy bohater za sprawą wypadku w elektrowni zaczyna widzieć przyszłość, co jest raczej przyczyną jego utrapienia niż powodem zadowolenia. Przez większość książki głowi się on, co też się naprawdę stało, a swoimi rozterkami szybko zaczyna męczyć bliźnich. Co gorsza, również czytelnik powoli obojętnieje na szamotaninę inżyniera Szarka.

Wynika to niestety z jakiegoś błędu u podstaw samego tekstu. Autor prowadzi bohatera od Annasza do Kajfasza, nakazując mu w kółko przedstawiać zagadkową opowieść różnym osobom. Rozmowy z poznawanymi postaciami z rzadko pchają akcję do przodu, częściej służą prezentacji „środowisk”, w jakich zaczął Szarek się obracać. A to domorośli praktykujący okultyzm zapaleńcy, a to „wypoczywający” w areszcie śledczym, a to sprytny prokurator słyszą mniej więcej identyczną relację o niesamowitych doświadczeniach, jakich ofiarą stał się nasz bohater.

Pojawiające się rytmicznie wizje przyszłości oraz nadprzyrodzone istoty przestają nas zajmować, gdy po raz nie wiadomo który Boruń wprowadza je na scenę utworu.

Paradoksalnie najciekawsze rzeczy znalazłem na marginesach tej historii. Dość wiarygodnie brzmią opisy PRL-owskiej rzeczywistości. Czytamy o machlojkach i intrygach w zakładach pracy, o niezdrowych relacjach generowanych zazdrością o przywileje pracownicze. Boruń przemycił nawet cierpkie obserwacje marnych warunków socjalnych, szkice z legendarnych „błędów i wypaczeń” słusznej idei. Pojawiają się nawet echa komicznej z perspektywy czasu polskiej-swojskiej fascynacji ezoteryką i filozofią New Age, która o ile mnie pamięć nie myli osiągnęła swoje apogeum w latach 70.

Nieco sowizdrzalsko dodam, że w literaturze (około)fantastycznej liczba wypadków, katastrof lub usterek, jakie zdarzyły się w fabrykach lub laboratoriach,  jest tak obfita, że miejsca pracy wydają się być bardziej niebezpieczne niż serce Trójkąta Bermudzkiego. Nie przez przypadek bodajże Pascal napisał, że wszelkie nieszczęścia zaczynają się od wyjścia z domu…

sobota, 4 kwietnia 2015

Proszę Państwa...

...dziwna to sytuacja, gdy recenzent książkę wydaje. Oj dziwna. Proszę rozważyć samemu ją. Sytuację tę. Jednak stało się i cóż Państwo na to? Aż się boję zapytać.


Książka pt. "Antipolis" (szeroko rozumiana fantastyka) ukazała się nakładem wydawnictwa Czwarta Strona  i kupić można ją już dziś TUTAJ.

A jeśli Państwo wolą pomyszkować w księgarniach (oczywiście dobrych) na terenie całego kraju, to 8 kwietnia odbędzie się właściwa premiera.

Życzę miłego odbioru.

czwartek, 26 marca 2015

Uprawa zasobów ludzkich, czyli "Hodowanie troglodytów" Nowaka

Gdyby Immanuel Kant miał dziś na swoje nieszczęście pracować naukowo na jednym z polskich uniwersytetów, najprawdopodobniej jego słynna „Krytyka czystego rozumu” nie ujrzałaby światła dziennego. W najlepszym razie zawarte w niej idee zostałyby rozmienione na drobne, być może spieniężone, a już na pewno nie dotarłyby do nikogo poza wąskim gronem recenzentów naukowych. Ta wizja nie przypadkowo pojawia się na pierwszych stronach książki Piotra Nowaka pt. „Hodowanie troglodytów.” Pozycji mocnej, momentami drapieżnej, dającej wyraz raz gniewowi, raz bezradności wobec mechanizmów, jakie obowiązują w świecie.
Profesor filozofii białostockiego uniwersytetu nie przebiera w słowa wyliczając przeciwników, z jakimi musi ścierać się (i niestety finalnie im ulec) klasycznie rozumiany Uniwersytet. Całe zło, jakie dotyka polskie szkolnictwo wyższe, a jemu poświęcona jest lwia część tych rozważań, zrodziło się w 1999 roku, gdy wszedł w życie tzw. proces boloński. Na jego mocy wyższe wykształcenie stało się dostępne niemal dla każdego, a uczelnie zamieniły się w przedsiębiorstwa mające konkurować na wolnym rynku i działać na zasadach nieomal biznesowych.
O ile placówki kształcące specjalistów z dziedzin „ścisłych”, przyszłych inżynierów, architektów, ekonomistów przy odrobinie wysiłku odnalazły się w nowej rzeczywistości, to uczelnie kształcące humanistów wciąż nie mogą znaleźć swojego miejsca w nastawionym na utylitarność nowym wspaniałym świecie. Jak bowiem wolny rynek może zagospodarować potencjał filozofów, filologów klasycznych, historyków sztuki? Komu można sprzedać teorie na temat Formy, Chaosu, Bytu i Sensu?

Złe drzewo musi rodzić złe owoce – ogólny spadek jakości nauczania jest wynikiem bylejakości, jaka panuje na polskich uniwersytetach, które zamiast pielęgnować odwieczne święte wręcz przestrzenie wolności myśli, skupiają się na walce o pieniądze z grantów. Naukowcy zamiast spokojnej płodnej intelektualnie pracy zmuszeni są do kalkulowania, gdzie i w jakim języku najbardziej opłaci im się publikować. Paradoksalnie, jak udowadnia „Hodowanie troglodytów”, większa swoboda naukowa panowała w czasach PRL-u niż dzisiaj, 25 lat po odzyskaniu wolności…
Liczba opisanych przez autora patologii, ich rozmiar, a także niewesołe perspektywy, jakie rysują się przed kulturą oraz nauką, są przerażające. Okazuje się, że na naszych oczach rwą się nici łączące nas z poprzednimi pokoleniami. Stajemy się głusi i ślepi na to, co dostaliśmy w spadku. Nie umiemy odnieść się do dorobku tych, którzy przed nami powoli, żmudnie stawiali budowlę ludzkiej kultury. Żyjemy powierzchownie, konsumujemy, głupiejemy, co jest na rękę tym, którzy starają się kontrolować społeczeństwa.
Tego typu ponure rozważania wypełniają większą część książki, ale Nowak podejmuje również inne tematy. Ironizuje na przykład ze współczesnej tendencji do pogoni za nowościami wydawniczymi, kpi z „bulimii czytelniczej”, która objawia się fotografowaniem „stosików książek” i publikowaniem tychże zdjęć w Internecie. Forsuje, nie bez pewnej przekory jednak, niepopularną tezę mówiącą o tym, że istnieją pewne teksty kultury, które trzeba znać, ponieważ nie można bez nich pojąć pełni naszego dorobku cywilizacyjnego.
„Hodowanie troglodytów” to ważna książka analizująca przyczyny upadku pewnego sposobu istnienia w świecie. Zanika pogłębiona spokojna refleksja nad życiem. Nie do zasypania przepaść pojawiła się pomiędzy współczesnym człowiekiem a olbrzymią skarbnicą dorobku poprzednich pokoleń. Wyrwa, którą rozpaczliwie próbujemy zasypać substytutami prawdziwej kultury – czytadłami, serialami… Po lekturze tej książki nie będziemy mieli wątpliwości, że opisywanych w niej zjawisk nijak odwrócić się nie da. Można walczyć jedynie o to, by samemu nie stać się tytułowym troglodytą.

czwartek, 19 marca 2015

Co zrobiły Ci książki?

Nie ma chyba większego sensu kolejny raz opisywać stan, w jakim znajduje się nasza polska blogosfera książkowa. Mądrzejsi ode mnie się wypowiadali, głupsi też. Jedni i drudzy wskazywali podobne plusy i podobne minusy. Jedni krzyczeli, rozpaczając nad upadkiem etosu "krytyki literackiej", inni opłakiwali własną mikrą siłę rażenia, którą to siłę ponoć skutecznie osłabiają setki blogów prowadzonych przez pryszczate nastolatki... Każdy jakieś tam swoje żale wylał, ja też. Następnie każdy wrócił na swoje podwórko i na nowo zaczął uprawiać własny ogródek. 

Nic się nie zmieniło. Albo przynajmniej niewiele.

Wolę skupić się więc na tym, czego nie ma, nie zaś na tym, co jest. I chociaż pewnie pielęgnuję prywatne obsesje i potrzeby, to niech to pielęgnowanie zostanie tutaj zamknięte w słowach.

Gombrowicz kiedyś nieco buńczucznie stwierdził, co następuje: Opisuj tylko swoje reakcje. Nigdy nie pisz o autorze ani o dziele - tylko o sobie w konfrontacji z dziełem albo autorem. O sobie wolno ci pisać. I gdybyśmy nawet osłabili ogólny wydźwięk tych słów i sprowadzili je do pewnego dającego się zrealizować postulatu, to i tak stwierdzimy, że polskim internetowym recenzentom kosmicznie daleko do tego, o czym autor "Ferdydurke" mówi.

Recenzje internetowe (czyli  pewnie 99% recenzji pisanych dziś w języku polskim) stały się zakładnikami utylitarności. One mają czemuś służyć. Mają być pomocne, mają informować, doradzać, przestrzegać, kierować. Recenzja jest dziś niewolnikiem skostniałej formy, w której chrzęszczą, ocierając się o siebie pobieżne informacje o autorze i gatunku, kilka zdań o samej treści, wyliczone plusy i minusy tekstu. I jest naprawdę dobrze, gdy wymienione elementy ułożone są w określonych proporcjach i jeden nie przesłania drugiego. Wtedy jest idealnie, ale nudno, poprawnie i sztampowo.

Jakiś "rasowy" bloger napisał kiedyś, że guzik go obchodzi, pod jakim kocem czytana była książka, z jakiego kubka i jakiego koloru herbatę pił piszący recenzję, jaka była pora roku i jakiej muzyki akurat słuchał. Tak się pienił, tak warczał właśnie "zawodowy" recenzent w dyskusji na temat pleniących się jak chwasty blogów książkowych.

Natomiast właśnie ci "rasowi", oprócz (oby, oby) pewnego warsztatu i arsenału pojęciowego, są w stanie zaproponować mi niewiele więcej. Dają kanciasty konkret. Przedmiot przydatny, ale mający tyle wdzięku co krzesło z Ikei.

Mnie o wiele bardziej interesuje to, "co zrobiły komuś książki." Jakie myśli uruchomiły? Jak współgrają z zewnętrzną i wewnętrzną biografią? Jak korespondują ze światem czytającego? Czy poruszają się równolegle czy w poprzek tego, czym akurat się żyje? Kim byłem a kim może się stałem za sprawą tego czy innego utworu?

Pisać tyle samo o sobie, co o książce, która stała się na chwilę naszym gościem, znaczy stanąć do równej walki z tekstem. Nie sztuką jest poświęcić dziesięć akapitów jakiejkolwiek powieści lub zbiorowi wierszy. Sztuką jest przeczytać ją cierpliwie, wolno, nie czując oddechu innych książek czekających już "w stosiku z miesiąca stycznia, lutego, marca..." 

Przyjrzeć się trzeba, jak koresponduje z tym, kim jesteśmy, co myślimy. Proces czytania jest jednocześnie procesem odnajdywania w sobie (i wokół siebie) czegoś, czego być może nie dane nam było wcześniej zauważyć. 

Mój punkt widzenia rzecz jasna zakropiony jest idealizmem, ponieważ zakłada, że pisać o książkach powinni przede wszystkim ci, którzy mają coś do powiedzenia, coś przeżyli, przemyśleli i czegoś doświadczyli. Mają tak zwane "wewnętrzne zasoby" (jakby to nazwał amerykański poeta John Berryman). Tak, tak właśnie uważam. Chyba...

Innym problemem jest fakt, że nie zawsze dana książka jest na tyle istotna, że pobudzić nas może do pogłębionych medytacji i z tym również się trzeba pogodzić.

Żeby zamknąć te nieco pompatyczne rozważania nieco lżejszym akcentem, przytoczę pasującą idealnie do tematu historyjkę. Na trzecim roku polonistyki prowadzący "Teorię literatury" zaproponował nam napisanie eseju pt. "O sposobach kontaktu z książką."

Głowiliśmy się tydzień. Cała grupa przeżywała katusze, gdyż pewnym było, że parę osób będzie musiało na zajęciach swoje eseje przeczytać. Zaszczyt ten spotkał między innymi mojego kumpla, który dość swobodnie traktował wszelkie prace pisemne.

Praca kolegi kończyła się takim oto stwierdzeniem: "Podsumowując zebrane przeze mnie przykłady, można śmiało stwierdzić, że możemy z książką mieć różnego rodzaju doświadczenia. Od siebie mogę dodać, że najsilniejszy kontakt z książką miałem wtedy, gdy w bibliotece uniwersyteckiej spadł mi na głowę Słownik rymów Adama Mickiewicza."

Czego i Wam życzę...

wtorek, 17 marca 2015

Jak przygoda to tylko, czyli "Mroczne materie" Pullmana

To był jak zwykle przypadek. Nic innego nie kierowało moim kolejnym czytelniczym wyborem. Leżałem w szpitalu, trzymałem czytnik wypchany wszystkim, co tylko możliwe – od poezji, przez episode guide’y „Star Treka” i twarde science fiction, do „Rodziny Połanieckich.” Kolejno eliminowałem co cięższe teksty, nie chcąc pogrążać się w odmętach skomplikowanych, wieloznacznych i enigmatycznych utworów. Chciałem rozrywki, akcji, emocji, napięcia i przygody… I nie celując, trafiłem w punkt.

Pierwsza część trylogii Philipa Pullmana „Mroczne materie” dostarczyła mi starej dobrej czytelniczej przyjemności, z którą już dawno do czynienia nie miałem. Coś pierwotnego i przesyconego duchem opowieści zagnieździło się na kartkach tej książki, nie pozwalając na dłużej się od niej oderwać.

Kiedy się budzą emocje? – zapytałem sam siebie po kilkudziesięciu stronach powieści i dość szybko sam sobie odpowiedziałem – kiedy wyłączymy intelekt i damy się porwać strumieniowi wypadków, energii obrazów, plastyczności wizji i galopadzie pomysłów. Pullman otworzył śluzy wyobraźni i spowodował, że jego dzieło błyszczy tym niezwykłym światłem, które odnajdujemy w szerokich baśniowych narracjach.

Na każdej niemal płaszczyźnie jesteśmy w stanie zostać odurzonymi potężną dawką „inności” – świat przedstawiony najlepiej ułożyć sobie gdzieś w okolicach dwudziestolecia międzywojennego, następnie dodajmy do tego odmienną geografię, historię, prawa fizyki, strukturę społeczną… Okraśmy to wszystko obecnością magicznych rekwizytów, pancernych niedźwiedzi, czarownic.

To wszystko Pullman kreśli jakby przy okazji, dając pierwszeństwo fabule – opowieści o przygodach Lary, niezwykłej dziewczynki wychowywanej w Oksfordzie w otoczeniu ekscentrycznych naukowców. Nasza bohaterka jednak częściej niż nauce oddaje się typowym dziecięcym rozrywkom – wspina się po dachach, penetruje katakumby uczelni, wiedzie typowo chuligański żywot. Sielanka trawa do czasu, gdy okazuje się, że w okolicznych miastach (a potem w samym Oksfordzie) zaczynają znikać dzieci… Wybitnie niebezpieczna przygoda stoi już u bram i zatoczy ona naprawdę szerokie koło.



Pullman bez wysiłku i zadyszki pcha akcję do przodu, meandruje, skręca w nieoczekiwanych miejscach, dla swojej bohaterki znajduje wyjście z każdej sytuacji, chociaż ani razu nie mamy wrażenia, że autor korzysta z jakiegoś topornego deus ex machina. Jak w każdej baśni (a książka ta chyba kryteria baśniowości spełnia) na bohatera czekają zagrożenia, którym z pozoru sprostać nie może. Jednak za sprawą bądź to sprytu, bądź to zaprzyjaźnionych sił udaje mu się wygrzebać z najgorszych nawet tarapatów. Nie będziemy mieli wątpliwości, że wszystko zmierza do (powiedzmy) szczęśliwego zakończenia, chociaż czystość intencji poszczególnych postaci będzie dla nas sprawą enigmatyczną.

Pierwszy tom „Mrocznych materii” potwierdza starą prawdę – nic tak nie przykuwa uwagi czytelnika jak niebezpieczeństwo grożące dziecku, magiczne artefakty i odrobina heretyckiego filozofowania (dostaje się Kościołowi, ale to Kościół z alternatywnej rzeczywistości, więc wielkiego bólu dupy u ortodoksów nie powinno być…).


Koniec.

niedziela, 15 marca 2015

Tylko raz w życiu byłem w cyrku, czyli "Syreny z Tytana" Vonneguta

Mam taki problem.

Mam taki problem z Pratchettem i Vonnegutem...

Ja naprawdę lubię się pośmiać, czytając książki. Może nie wyglądam, ale to prawda. Lubię ironię, sarkazm, nawet czarny cynizm zakrapiany nihilizmem. Bawi mnie nawet prosty szwejkowski koszarowy humor; ktoś w odpowiednim momencie użyje słowa DUPA i już jest weselej.

Jednak nie lubię, gdy całokształt świata przedstawionego - od fundamentów po strych tekstu - zbudowany jest na nieustającej zgrywie, na satyrze rugującej jakiekolwiek ślady powagi i realizmu. No nie lubię...

Dlatego wszem i wobec chwalona powieść "Syreny z Tytana" tylko częściowo odpowiadała moim gustom czytelniczym. Atmosfera nielitościwie rozciągniętego w czasie i przestrzeni skeczu rodem ze stajni Monty Pythona zaczęła mnie męczyć mniej więcej w połowie książki, chociaż z drugiej strony musiałem docenić to, co Vonnegut  czytelnikom zaoferował - gejzer kreatywności, misterną, pozornie chaotyczną narrację, drapieżną ironię. Pomysłami Vonneguta można by obdzielić tuzin innych książek, przedziwnej groteskowej atmosfery pozazdrościć mógłby Gombrowicz, jednak coś obcego mojej wrażliwości legło u podstaw "Syren z Tytana"...



Cała historia od początku zrywa się ze smyczy wszelkiego realizmu, a streścić jej niepodobna. Niewtajemniczonym wystarczy, że rzucę kilkoma mieszającymi się z sobą elementami:

- wędrujący przez czas i przestrzeń kosmiczną, materializujący się (i na odwrót) razem z psem tajemniczy Ziemianin,
- milioner, który trafia na Marsa, gdzie odbiera mu się pamięć, wciela do marsjańskiej armii zbierającej siły do inwazji na Ziemię,
- nowa religia, która opanowała naszą planetę - kult Boga Doskonale Obojętnego,
- społeczeństwo samobiczujące się w imię powszechnej równości wszystkich i każdego...

Nie zrozumcie mnie źle. Ja doskonale ten cały cynizm, antyhumanizm, mroczne przeczucie bezsensu istnienia odczytuję. Ja widzę kpinę z konsumpcjonizmu, amerykańskich (czy tylko?) ciągot imperialnych i fiksacji na punkcie religii. Chwytam też grę z konwencjami starej dobrej fantastyki naukowej.

Niestety moja ukształtowana przez realizm wrażliwość, przyzwyczajenie do "świata na serio", w którym wszelkie możliwe brewerie są dozwolone, wzięło górę. Irytacja narastała wraz z kolejnymi rozdziałami, bowiem uświadamiałem sobie, że ktoś tu sobie ze mnie jaja robi. Nie traktuje mnie poważnie, choć być może tylko ja tak odbieram tę absurdalną z gruntu opowieść.

Podejrzewam więc, że przygoda z kpiarskim pisarstwem Vonneguta zostanie odłożona na później, i gdyby nawet autor ten miał mi do powiedzenia masę oszałamiająco mądrych rzeczy, wolę, by o marnym losie człowieczym wykładał mi poeta lub filozof, nie klaun.

wtorek, 10 marca 2015

Wszędzie dobrze, ale w domu..., czyli "Spóźniony owoc radiofonizacji" Sośnickiego

Dariusza Sośnickiego nie trzeba chyba przedstawiać tym, którzy uważniej przyglądają się polskiej scenie poetyckiej. Można jednak dojść do smutnego wniosku, że ten znakomity autor chyba zawsze będzie tkwił w drugim rzędzie, za plecami bardziej utytułowanych wszelkimi nagrodami kolegów. Dzieje się tak dlatego, że poeta ten kroczyć zwykł raczej w poprzek niż równolegle do tego, co aktualnie promuje polska liryka. Omija go chwała, splendor i popularność, gdyż jego poetyka, sposób prowadzenia wierszy, nieoczywiste pointy i delikatna ironia doceniane są głównie przez wyrobionego odbiorcę.
W odróżnieniu od poprzedniego regularnego tomu wydanego w 2009 roku (znakomite „Państwo P.”), gdzie Sośnicki brawurowo analizuje polską współczesność i się z nią rozprawia, najnowszy zbiór wyjątkowo często pozwala nam spojrzeć wstecz, w otchłanie przeszłości, gdzie swoich korzeni poszukuje podmiot liryczny tych wierszy.
Od pierwszego do niemal ostatniego tekstu „Spóźniony owoc radiofonizacji” eksploruje motyw domu. Figura ta, fundamentalna przecież na wielu poziomach znaczeniowych, została podświetlona z różnych punktów. Dom staje się nie tylko oczywistym symbolem zakorzenienia we własnej, prywatnej historii, miejscem, gdzie wykluwały się rodzinne mity wiążące mówiącego z bliskimi. Dom to również zatrzymane w przestrzeni świadectwo kolejnych przemian zachodzących w świecie. Sośnicki sięga naprawdę głęboko – zrekonstruowane losy, w których zapewne odbijają się dzieje niejednej polskiej rodziny, zaczynają się wraz z powojennymi porządkami. Obserwujemy, jak następujące po sobie dekady definiują rozumienie domu, jakie problemy pojawiają się z jego dosłowną i symboliczną warstwą.
A to mój rodzinny dom.
W odróżnieniu od genialnego poety Josifa Brodskiego, który w architekturze widział zamrożony i po części odporny na upływ czasu owoc ludzkiego geniuszu, Sośnicki przygląda się budynkom, przyjmując inną perspektywę. Sama bryła staje się często smutnym (lecz ironicznym, rzadko cynicznym lub budzącym czarny humor) symbolem nietrwałości ludzkich starań, by związać swój los z konkretnym miejscem. Co więcej, domy Sośnickiego rozpadają się, wymagają stałej konserwacji, a ich losy związane są z procesami dziedziczenia. Natomiast otrzymuje się tu w spadku nie tylko fizycznie istniejące konstrukcje, ale także cały ciężar losów ich mieszkańców.
Sośnickiego od zawsze podziwiałem za elegancką linię wiersza – w poezji tej nikt nie krzyczy, nie zawodzi, nie rozdziera szat i nie przybiera wystudiowanych póz na potrzeby zilustrowania egzystencjalnych ekstremów. Poeta pisze w sposób czysty, buduje swoje teksty tak, by czytelnik poczuł się zaproszony do wędrówki śladami odkryć podmiotu lirycznego. Świeże, ożywcze metafory, doskonała technika, subtelna, nienegująca świata ironia, mądrość i żywa inteligencja – to niezaprzeczalne atuty tego bardzo dobrego zbioru wierszy.

sobota, 7 marca 2015

Nie otrzymał promocji, czyli "Osobliwość" Domagalskiego

Gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce powieść Dariusza Domagalskiego Silentium Universi, nie wywarła ona na mnie największego wrażenia. Fabuła łączyła nieprzystające do siebie elementy – do klasycznych (stereotypowych, prawdę mówiąc) chwytów rodem z arsenału literatury science fiction w niezgrabny sposób dodano dziwaczne metafizyczne rozważania, których nie powstydziłby się wystrzelony w kosmos Dan Brown. Dostaliśmy kilka iście groteskowych wizji, takich jak na przykład pomysł, by Szatan w całej swojej przerażającej osobie zamieszkiwał obcą planetę i tam sobie katedrę gotycką postawił. Książka była nieudana i trudno znaleźć w niej coś, co chwyciłoby za serce bardziej wymagającego miłośnika gatunku.
W 2015 roku Domagalski znów próbuje zmierzyć się z podobną materią, publikując Osobliwość, i znów niestety ponosi klęskę, choć jest może ona nieco mniej spektakularna niż w przypadku wspomnianej wyżej powieści.
Zacznijmy więc od początku. W odległej przyszłości dzięki zakrzywieniom czasoprzestrzeni ludzie mogą dowolnie eksplorować i zasiedlać wszechświat, a Federacja Solarna (twór o totalitarnych rysach) żąda absolutnego posłuszeństwa od każdej z rozrzuconych w przestrzeni kolonii. Osią fabuły autor uczynił wyprawę statku zwiadowczo-badawczego Selene do gromady kulistej 47 Tucanae, bowiem to zgrupowanie gwiazd zadziwia pewnymi odstępstwami od reguł panujących w kosmosie. Jednak załoga Selene ma przede wszystkim ocenić, czy opłaca się wydobywać znajdujące się tam zasoby naturalne, nie zaś bawić się w astrofizyków.
Pierwszoosobową narrację poprowadzono z perspektywy jednego z członków załogi, który dość szybko orientuje się, że na pokładzie statku kosmicznego, mającego pomknąć w kierunku peryferii wszechświata, coś jest nie w porządku. W ostatniej chwili do całkowicie męskiej załogi dołącza seksowna młoda kobieta, co burzy porządek rutynowego lotu. (Czytelnik od samego początku czuje, że za kilkadziesiąt stron przeczyta scenę erotyczną z ową panią w roli głównej…) Pojawiają się pierwsze sygnały, że każdy z bohaterów ma coś do ukrycia.
Atmosfera szybko gęstnieje, gdy okazuje się, że docelowe miejsce w przestrzeni, które teoretycznie powinno być dziewiczym terytorium, nagle ujawnia swoją ponurą tajemnicę. Załoga dzielnych kosmicznych zwiadowców staje w obliczu olbrzymiej niewiadomej, która wkrótce przekroczy możliwości ich rozumienia procesów zachodzących w przestrzeni. 
Domagalski znów posługuje się znaną z Silentium Universi strukturą powieści, którą nazwijmy roboczo „zagrożenie wewnątrz, zagrożenie na zewnątrz.” Na naszych bohaterów czeka niebezpieczeństwo związane z eksploracją rubieży kosmosu. Niedające się zidentyfikować potężne siły dybią na życie postaci, stopniowo odsłaniając przed czytelnikiem swoje upiorne oblicza. Cienkie ściany Selene nie gwarantują choćby cienia bezpieczeństwa, a powierzchnia badanej planety za nic ma wysiłki przedstawicieli homo sapiens, którzy chcą wydrzeć jej skromne surowce naturalne. Słono płaci się tu za odkrywanie tajemnic wszechświata.
To, co w science fiction jest typowe, zostało wzbogacone o klasyczny dla literatury sensacyjnej (a dokładniej mówiąc kryminalnej) model „zamkniętego pokoju.” Członkowie załogi giną w tajemniczych okolicznościach. Każdy z bohaterów mógł mieć motyw i okazję, by pozbawić kogoś życia. Narrator co i rusz przygląda się swoim kompanom i drążą go wciąż te same wątpliwości – który z nich mógł zabić, skoro wszyscy mogą udawać kogoś, kim nie są? Niestety, rozterki te są podawane w sposób zbyt mechaniczny, wysilony, by nie budzić w czytelniku lekkiej irytacji.
Ponadto kolejne śmiertelne zejścia nie wywołują większych emocji, skoro na naszych bohaterów czyhają siły kosmicznych rozmiarów. Ten błąd położył „sensacyjną” warstwę Osobliwości, gdyż Domagalskiemu trudno utrzymać uwagę czytelnika na obu frontach. Powieść rozjeżdża się na zbyt szeroko rozstawionych torach i finalnie wykoleja się.





Co jednak najgorsze, to fakt, że Domagalski próbuje przemycić rozważania „wyższego rzędu”, ale robi to mało subtelnie. Problemy materii zyskującej samoświadomość, sztucznej inteligencji, procesów zachodzących w kosmosie, ba! nawet wykorzystany motyw teatru świata przybierają w Osobliwości zadziwiające kształty – albo bohaterowie (z głównym na czele) w mniej lub bardziej pompatyczny sposób rekapitulują nam to, co wiemy o świecie, streszczają po prostu pewien stan badań wycinka danej rzeczywistości, albo wymienione problemy służą domknięciu fabuły i wygląda na to, że użyte są w sposób pretekstowy.
Mroczny finał powieści Domagalskiego może przynieść niejaką satysfakcję odbiorcom, ale poprzedzony jest on niespodziewanym metafizycznym wtrętem. Autor wykłada wszystkie karty na stół, a czytelnik zadaje sobie pytanie, skąd pisarz wziął takie a nie inne rozwiązanie, które nijak nie wynika z całości utworu, a zaledwie z pewnej jego części. 
Piszący te słowa doskonale zdaje sobie sprawę, że literatura science fiction jest już od dawna składana z istniejących od dziesięcioleci podzespołów. Trzeba cudu, żeby w obrębie fantastyki naukowej znaleźć całkowicie świeży, odkrywczy motyw fabularny. Na co liczą więc czytelnicy, szukając kolejnej pozycji SF? Tego, czego oczekujemy od dobrej literatury – intrygującego pomysłu, przynajmniej jednego bohatera, któremu będziemy kibicować, poczucia humoru, rozpoznawalnego stylu, ryzyka, które podejmie autor, chcąc poprowadzić odbiorcę tam, gdzie on się tego nie spodziewa…
Tego wszystkiego niestety w Osobliwości zabrakło lub wystąpiło w ilościach śladowych.


Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach Fantasta.pl

wtorek, 3 marca 2015

Dlaczego mam czytać nudne książki, czyli "Zwodne światło" Kiplinga

Danina literackim bóstwom złożona. Sięgnąłem w otchłań czasu i posłużyłem się potrójnym kluczem wyboru książki: chwyciłem pozycję starą (rok pierwszego wydania 1890), klasycznego autora (Noblista Kipling) i niemającą w polskiej blogosferze żadnego chyba dłuższego omówienia.

Nie powiem, bym czytając „Zwodne światło”, debiutancką powieść autora „Księgi dżungli”, przeżył wielkie czytelnicze święto. Miałem wciąż pod górkę i pod wiatr – para głównych bohaterów była wielce irytująca, melodramatyczny ładunek był upiornie ciężki, choć być może kiedyś ściskał czyjeś serce. Rozwiązania fabularne, wybory postaci, gesty, dialogi były mi całkowicie obce. Jeżeli Kipling wiernie sportretował pewien stan świadomości Anglików epoki Imperium Brytyjskiego, to powiem szczerze, że nie chciałbym mieć z nimi za dużo do czynienia. Czułem się, jakbym czytał o zupełnie obcej rasie kierującej się irracjonalnymi pobudkami, dziwacznymi imperatywami, które zatruwają życie wszystkim naokoło.

Fabuła? Proszę: poznali się w młodości, potem on wyjechał na wojnę i wrócił do kraju opromieniony sławą „wojennego reportera” (nasz mistrz po prostu wysyłał do angielskich gazet rysunki z okropnościami). Przez moment rozkoszuje się sławą, ale w jego życiu pojawia się poznana w młodości dziewczyna, utalentowana plastycznie, ale w stopniu ciężkim… Niby się w sobie zakochują, ale ich rozmowy o uczuciach brzmią tak, że zęby bolą. Tyle chłodu, dystansu i certolenia się dawno nie uświadczyłem… Jeżeli takie są/były Angielki, to nic dziwnego, że Sherlock Holmes był starym kawalerem.



Punktem zwrotnym opowieści staje się wyzwanie, jakie podejmują nasi bohaterowie. Kto z nas lepiej namaluje Melancholię? Pretensjonalnie brzmi, prawda? On zaczyna malować, ale nagle dostrzega, że pojawiają się u niego kłopoty z oczami. Widzi coraz gorzej na skutek odniesionej onegdaj rany. Jedynym ratunkiem jest (uwaga, uwaga) wódka, która przywraca mu na chwilę ostrość widzenia.

Nawet tego nie komentuję, bo czerstwe dowcipasy to ponoć moja specjalność…

Malarz kończy dzieło, definitywnie ślepnąc. Natomiast jego narzeczona (czy Bóg wie, kim ona tam dla niego jest…) sprowadzona specjalnie z Paryża z tej okazji, nie decyduje się zaopiekować niewidomym malarzem. Ten zaś usłyszawszy o wybuchu kolejnego konfliktu w Afryce, pakuje się na statek, potem na wielbłąda, z którego zsiada, by zostać trafionym kulą na pierwszej linii frontu.

Proszę. To prawie całość.

Ciężko mieć sentyment do tych zamrożonych w czasie wiktoriańskich typów. To, co wbiła nam do głowy kultura na temat eleganckich i honorowych dżentelmenów oraz pięknych i inteligentnych dam, nijak ma się do tego, czym częstuje nas Kipling. „Zwodne światło” to pompatyczna, pozbawiona pozytywnych bohaterów opowieść. Żadnej nauki z tej historii wyciągnąć nie umiem. Najchętniej kijem rozgoniłbym to całe towarzystwo, dzięki któremu zmarnowałem kilka godzin życia.

A z drugiej strony pomyślałem sobie, że czasem warto spędzić czas z książką, o której wiemy, że niczego nie zaoferuje nam w zamian za nasze zainteresowanie. Zmęczy nas, znudzi, nauczy szukać sobie innych interesujących zajęć takich jak na przykład pastowanie podłogi. Z ludźmi będziemy mieli podobnie, wpadło mi do głowy – przyjdzie nam spędzać czas z (teoretycznie) przedstawicielami tego samego gatunku, ale ich problemy, ambicje, historie, przyjemności obchodzić nas będą tyle co nic. 

Mając na czytelniczym koncie takie dzieła jak „Zwodne światło” być może będziemy  w pewnym stopniu uodpornienia na ich trudne towarzystwo.


Powiedziałem. 

wtorek, 27 stycznia 2015

Klęska urodzaju, czyli "Chór zapomnianych głosów" Mroza

Jako powieść, Chór zapomnianych głosów Remigiusza Mroza zbudowana jest z najłatwiej i  najszybciej rozpoznawalnych schematów literatury science fiction i idealnie wpasowuje się w główny nurt literatury popularnej. Na kartach książki znajdziemy między innymi szeroki oddech typowy dla przyzwoitej space opery, niewielką dawkę horroru, rozważania na temat miejsca człowieka w, na pierwszy rzut oka, pustej kosmicznej przestrzeni. I choć w przypadku literatury środka żonglerka klasycznymi motywami niekoniecznie musi być powodem krytyki, to jednak powieść Mroza zdaje się być zbyt szczelnie wypełniona mieszającymi się ze sobą pomysłami, pochodzącymi ze skarbnicy gatunku. Sama zaś fabuła podporządkowana jest ich kolejnym emanacjom do tego stopnia, że szybko zapominamy, od czego się książka zaczęła. Musimy, chcąc nie chcąc, bez ustanku trzymać rękę na pulsie galopującej akcji, by nie zgubić się w jej otchłaniach.

Całość zaczyna się mocno i krwawo. Na pokładzie mknącego na podbój nowych światów statku kosmicznego budzą się dwaj astronauci poddani wcześniejszej hibernacji. Pobudka ta nie była jednak przewidziana w rozkładzie lotu, a korytarze statku usłane są zmasakrowanymi ciałami towarzyszy podróży…

Szybko okazuje się, że za masakrą na pokładzie ISS Accipitera stoi mroczna, obca siła, która dopiero zaczęła popisywać się swoimi morderczymi skłonnościami. Inne statki, które stara poczciwa Ziemia wysłała w celu odnalezienia innych form życia, również zdają się być ofiarami podobnej kosmicznej rzezi. Cała ta dość krwawa ekspozycja to tylko początek, który nie zapowiada innych atrakcji, jakie przygotował dla czytelników Remigiusz Mróz.



Chór zapomnianych głosów to wyjątkowo męska proza. Dwóch głównych bohaterów, astrofizyka Håkona Lindberga i nawigatora Diję Udina Alhassana, łączy szorstka przyjaźń, stąd też najczęściej zwracają się do siebie, używając wiązanek malowniczych przekleństw. Dość szybko zaczynamy kibicować im na drodze do poznania prawdy o tym, co stało się naprawdę na pokładzie macierzystego statku. Zdolni jesteśmy nawet polubić tych dogadujących sobie na każdym kroku mężczyzn, którzy, poddani presji przeróżnych zadziwiających zdarzeń, rzadko tracą rezon w ich obliczu. Dodajmy też, że ten pierwszy to skupiony i racjonalnie myślący Skandynaw, drugi – choleryczny muzułmanin.

Oni oraz pozostali bohaterowie tworzą typowy dla fantastyki naukowej kolektyw ludzi twardych, zaprawionych w bojach, dysponujących niezbędnym sprzętem, intuicją i wyobraźnią. A fakt, że przyjdzie im się zmierzyć z siłami, których potęgi wyobrazić sobie nie sposób, zapowiada niezłą zabawę. Gdy do tego wszystkiego dodamy przewijający się nieśmiertelny motyw obcych cywilizacji oraz podróży w czasie, które stają się okazją do rozważań na temat możliwości, jakie oferują komuś, kto chce zmienić przeznaczenie zapisane w przyszłości, otrzymamy wyjątkowo bogatą prozę.

Jednak fabuła tej obszernej książki bierze ostre zakręty i wyjątkowo często meandruje. Pomysł goni pomysł. W pewnym momencie wydawać się może, że kolejne zwroty akcji są zaledwie trampolinami, przy pomocy których powieść wjeżdża na nowe tory. Z czasem ta pogoń za utrzymaniem uwagi odbiorcy paradoksalnie może znużyć. Mróz nie zatrzymuje się na dłużej, by czytelnik mógł nacieszyć się serwowanymi mu po drodze rozwiązaniami. Nie pogłębia perspektywy, ale uparcie podrzuca kolejne pomysły, które zostają szybko przesłonięte następnymi. Z  jednej strony cieszyć może fakt, że Chór zapomnianych głosów stanowi przenośną skarbnicę elementarnych dla gatunku szablonów, a z drugiej powieść można skwitować oskarżeniem o klęskę urodzaju.

Książki takie jak ta nie mają zbyt wielkich ambicji, co rzecz jasna nie oznacza, że nie ma ich sam autor. Język dzieła jest czysty, pozbawiony zbędnych ozdobników stylistycznych, nie zatrzymuje na sobie uwagi czytelnika, tylko pozwala w jak najkrótszym czasie zorientować się w przestrzeni opowieści. Razić mogą mnożące się wulgaryzmy; zdaje się, że Mróz nie wierzy, by mężczyźni mogli rozmawiać ze sobą, nie używając kilku mniej lub bardziej wyszukanych przekleństw.

Cała powieść może zadowolić wielbicieli gatunku – jest w niej wszystko, za co kocha się fantastykę naukową. Zapewne odbiorcy, którzy już z niejednego pieca chleb jedli, mogą zżymać się, odnajdując znane już im od dawien dawna pomysły. Jednak sprawność wykonania rekompensuje wszelkie wątpliwości i wynagradza w dużym stopniu przyjemny trud lektury. Być może, przerzuciwszy ostatnią kartkę książki, pokusimy się o refleksję na temat kondycji samej literatury fantastycznej. Czy faktycznie trzeba na siłę szukać nowych, bardzo często zbyt wydumanych i karkołomnych pomysłów? A może wystarczy przyzwoicie odrobić lekcję i dać czytelnikom to, czego się spodziewają, wyciągając rękę w kierunku półki z napisem „science fiction”?


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl