sobota, 9 czerwca 2018

Na bezrybiu taaaakie ryby, czyli "Miliard lat przed końcem świata" Strugackich

Nie miałem co czytać. A gdy nie mam co czytać, zawsze ratuje mnie to, że mam pod ręką kilku autorów, których książki nigdy nie będą stratą czasu. Z drugiej zaś strony wiem, że autorzy ci odkładani są na wieczne potem, bo prawie zawsze mam coś innego, nierozpoznanego jeszcze do przeczytania. Wiem, że niejako krzywdzę doskonałych pisarzy za to, że napisali dużo świetnych książek. 

I tak mam, proszę państwa, z braćmi Strugackimi - ich kilka ładnych książek mam już na koncie, ale po każdą kolejną sięgam w wyżej wymienionych przypadku - gdy nie mam co czytać. I tak więc z tak zwanego braku laku chwyciłem po "Miliard lat przed końcem świata."



Po przeczytaniu tej krótkiej powieści miałem wrażenie, że to bardzo...rosyjska książka. I to był zły znak, bowiem jak siebie znam, nie potrafiłem nigdy zdefiniować tak zwanej "rosyjskiej duszy." Tyle razy próbowałem, ale nie umiem. Poddaję się na tym odcinku robót. 

O wiele łatwiej przychodzi mi odkrycie w tym tekście nieprzebranych pokładów groteski spod znaku Czechowa lub Gogola. To oni są niewidzialnymi patronami Strugackich piszących "Miliard lat..." 

Dodam dla porządku, że groteska nigdy nie była dla mnie kategorią estetyczną, która miała śmieszyć. W grotesce zawsze widziałem element grozy, mniej lub bardziej wyraźny rys deformacji, która paraliżuje i przeraża. Pamiętacie "Przemianę" Kafki? Facet budzi się rano jako olbrzymi karaluch. Przez kilka pierwszych akapitów jeszcze jesteśmy skłonni się śmiać z tego przedziwnego konceptu, potem humor się ulatnia, a w nas rozrasta się olbrzymi sopel - to nie ma być śmieszne, to jest koszmar, z którego przebudzić się nie sposób.

Ok, ale od początku, przecież należą się Wam jakieś konkrety. 

Mamy lato. W ogłuszającym upale, w niewielkim mieszkaniu, w bloku, siedząc w samych gaciach, główny bohater pracuje nad skomplikowanym matematycznych problemem. Żona z dzieckiem wyjechali, warunki do pracy niemal idealne, a więc... Malanow zatrzymuje się u progu niezwykłego odkrycia. Obliczenia prowadzą go w niesamowitym kierunku, gdzie nie tylko Nagroda Nobla staje się możliwą, ale również pomniejsza rewolucja naukowa. Z chaosu obliczeń, wzorów, wykresów podnosi się powoli coś cudownego.

I w tym momencie zaczyna się koszmar, którego zrazu nie rozpoznajemy. Pukanie do drzwi, telefon, wizyta uroczej dalekiej krewnej, odwiedziny ekscentrycznego sąsiada... Wszystko zaczyna irytować, drażnić nie tylko swoją naturą, ale również zagęszczeniem tych zjawisk. Goście gośćmi, można ich jakoś przeżyć, ale gdy w ciągu popołudnia nie udaje nam się znaleźć sekundy wolnego czasu, by dokończyć coś, co jest sensem naszego zawodowego życia, wtedy zaczynamy się drapać po głowie. Czyżby cały wszechświat się sprzysiągł przeciwko nam? 

No właśnie...

Okazuje się bowiem, że nie tylko główny bohater musi zmierzyć się z tym pytaniem. Również inni, mniej lub bardziej znani mu naukowcy, mają swoje piętnaście minut i u progu epokowych odkryć (których sensu często nawet nie rozumieją) muszą opędzać się przed prawdziwym gradobiciem iście surrealistycznych wydarzeń. Oczywiście nie zdradzę, co dybało na naukowców, którzy mieli pecha być genialni, ale zaręczam, że wszystko zostało nam podane w duchu braci Marx skrzyżowanych z Bułhakowem.

A czynnik science fiction? - możecie zapytać. Cóż, jest, i to potężny. Frapujące spekulacje na temat prawdziwej natury wydarzeń wciągają czytelnika w prawdziwy wir niewiadomych X. Czym jest siła, która chce wydrzeć z rąk naukowców ich odkrycia? Obca cywilizacja? Nieokreśleni strażnicy "zrównoważonego rozwoju" ludzi, którzy czuwają nad tym, abyśmy zbyt szybko nie sięgnęli gwiazd? A może sam wszechświat ma w sobie zakodowane mechanizmy obronne i przy pomocy takich sił jak przypadek i przeznaczenie reguluje ruch rzeczywistości? (Gdzieś coś mi tu pachnie "Katarem" Lema, ale nie mam siły tego dalej rozkminiać.) Tego się nie dowiemy, obserwując wszystko z perspektywy małego mieszkanka w bloku, z perspektywy mrówki rzuconej na tory.

(Tak przy okazji wszystko to mocno może pachnieć również rozrachunkiem z totalitaryzmem, z opisem pozycji opozycjonistów, którzy guzik mogą w starciu z Systemem fundującym im najróżniejsze "atrakcje"...)

Najbardziej przerażała mnie w tej książce bezradność bohaterów. Nie mogą oni zrobić niczego, by pokonać bawiące się z nimi siły. W sumie są oni jak dzieci, które chwyciły maszynki do golenia, ale silna ojcowska ręka zdążyła szybko zareagować i skarcić.

(Powyższe porównanie jest nieprzypadkowe - dziecięciem będąc, dorwałem się do żyletek i usiłowałem się ogolić. Matka omal zawału nie dostała, bo już zaczynałem sobie jako tako radzić...)

Bardzo poleca się tę powieść. Kameralną, dającą się nawet wystawić na scenie. Już to sobie wyobrażam - blokowisko, pracujący wentylatorek nie jest w stanie przegonić upału, głodny kot ociera się o kolana swojego właściciela, potencjalnego geniusza, a tu przychodzi sąsiad z wódką i wszystko szlag trafia...

poniedziałek, 7 maja 2018

Tkanina bez szwów, czyli "Czerwony śnieg" MacLeoda

Bardzo wielu bardzo mądrych ludzi starało się mnie przekonać, że postaci wampira nie powinienem kojarzyć jedynie z odpustowymi straszydłami ubranymi w peleryny podszyte karminowym suknem. Chciano mi udowodnić, że stworzenia te to nie gadżety, przy pomocy których w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób napędza się strachu dzieciakom, ale istoty głęboko symboliczne, o których na przykład w swojej „pieśni pogańskiej” śpiewa Konrad z „Dziadów” Mickiewicza, o których czołowa badaczka polskiego romantyzmu, Maria Janion, napisała fundamentalną pracę pt. „Wampir, biografia symboliczna”.

Ja niestety mam uczulenie na postać wampira – kojarzę ją albo z dystyngowanym arystokratą, który nocami uprawia swój niecny proceder, albo z odczłowieczonym monstrum rodem z klasycznego niemieckiego ekspresjonistycznego dzieła. O całej reszcie skojarzeń nawet nie chcę wspominać, gdyż są one kwintesencją tego, co w popkulturze najpłytsze i najgłupsze. Muszę przypominać sagę „Zmierzch” o nastolatce zakochanej w przystojnym krwiopijcy? Chyba nie...



Ian MacLeod to jednak zupełnie inna liga. To autor, który eksplorując przestrzenie fantastyki, nigdy nie wyrzekł się charakterystycznych dla „poważnej” literatury narzędzi. Styl, sposób ujęcia tematu, pogłębione konteksty kulturowe, udana psychologizacja postaci, iście realistyczne zacięcie powodują, że jego książki da się przede wszystkim smakować, czytać powoli i uważnie. A z drugiej strony spotkałem się z zarzutami, że w pewnym momencie irytujący staje się fakt, że pisarz rejestruje każdy najdrobniejszy nawet bodziec docierający do czytelnika z głębin świata przedstawionego: szelest sukni, dziecięcy śmiech zza okna, fakturę muru, wzdłuż którego idą właśnie bohaterowie. Mnie to nie przeszkadza, ale drażnić może tych, którzy przyzwyczajeni są do galopujących (czasem na oślep) wydarzeń.

Gdy zaczynamy czytać Czerwony śnieg, nic nie zapowiada tego, co będzie nas czekało dalej. Wędrujemy po pustkowiach Dzikiego Zachodu wraz z ponurym rewolwerowcem, łowcą nagród, tropiącym dwóch odrażających typów. Powoli jednak odsłania się przed nami prawda o tożsamości Karla Hauptmanna (bowiem tak się on nazywa), za czasów wojny secesyjnej lekarza, który ukąszony na pobojowisku przez osobliwą istotę, szybko zatracił typowo ludzkie cechy. Potem zaczyna się robić ciekawiej – bohater albo salwuje się ucieczką przed dybiącymi na jego ludźmi, albo kilka dekad później prowadzi niezwykłe prywatne śledztwo na ulicach Nowego Jorku, w czym pomaga mu szantażowana przez niego młoda, naiwna komunistka…

Czerwony śnieg trudno nazwać typową powieścią – składa się ona z trzech części, które, rozrzucone w czasie (w kolejności chronologicznej to okres rewolucji francuskiej, „okolice” wojny secesyjnej, przełom lat dwudziestych i trzydziestych), zazębiają się z sobą i pozwalają czytelnikowi wyłuskać z każdej z historii garść informacji. Finalnie być może ułożą się w namiastkę odpowiedzi na pytanie o to, co spotkało Hauptmanna. Krótko mówiąc, dzieje się bardzo dużo i na tak skromnej przestrzeni recenzji nie sposób opisać większości perypetii bohatera i jednocześnie nie zdradzić zbyt szybko tajemnic książki.

Powieść MacLeoda to majstersztyk kompozycji. Bohater poszukując prawdy o swoim statusie ontologicznym, przeczesując biblioteki, zatęchłe katakumby, jaskinie, piwnice rozsiane na całym kontynencie europejskim, czyli poruszając się niejako „wprzód” powieści, odsłania przed czytelnikami to, co kryje się w mrokach przeszłości. Przeszłości tak odległej, tak barbarzyńskiej, że rządzonej przez bóstwa chtoniczne, na których opisanie nie ma słów w ludzkim języku. Pisarz na szczęście unika tanich „efektów specjalnych” i bardziej sugeruje, niż odtwarza pradawną grozę czasów, gdy ludzka świadomość dopiero wynurzała się z ciemności natury i próbowała zerwać z jej okrucieństwem.

Proza MacLeoda jest niczym wytrawne wino lub cygaro, którymi należy cieszyć się powoli. Wiem, że to banalne porównanie, ale chyba najlepiej oddaje jej „niespieszny” charakter. Pomimo tego, że książka nie jest specjalnie długa, a karuzela wydarzeń nieustannie wiruje, można odnieść wrażenie, że dokładnie poznajemy opisywaną rzeczywistość – nie tylko bohaterów (drugoplanowych i epizodycznych). Wierzymy również w ich realność, w to, że są dziećmi swoich czasów, mają takie, a nie inne światopoglądy wynikające z takich, a nie innych uwarunkowań. Dziki Zachód jest odpowiednio brudny i śmierdzący, a kontrastują z nim wspomnienia o kwitnącym życiu towarzyskim bostońskich elit. Przedrewolucyjna Francja przypomina trwającą w nieskończoność ciszę przed burzą, zaś hedonistyczny żywot młodych nowojorskich utracjuszy przyciąga i odpycha jednocześnie.

Gdyby, podsumowując te rozważania, pokusić się o próbę zdefiniowania gatunku, w obrębie którego Czerwony śnieg powstał, mielibyśmy pewien problem, gdyż w książce mieszają się z sobą horror z westernem, powieść historyczna z kryminałem, żeby wymienić tylko najbardziej oczywiste konwencje. Wspaniałe jest jednak to, że powieść ta przypomina materiał, na którym nie widać szwów łączących poszczególne fragmenty tkanin. Nie lada piórem MacLeod włada…

Recenzja pierwotnie ukazała się tu

środa, 2 maja 2018

Biegiem przez dystopię, czyli "Uciekinier" Kinga/Bachmana

Kiedyś, zanim King stał się Kingiem, publikował pod nazwiskiem Bachman i marzyła mu się kariera pisarza science fiction. Pisał wtedy albo przewidywalne dystopie, albo paraboliczne dystopie. W każdym razie ciągnęło go do mrocznej, odhumanizowanej rzeczywistości, w której bohaterowie muszą walczyć o przetrwanie. Różnie mu to wychodziło, nigdy na tyle dobrze, by klasycznie rozumiana fantastyka zatrzymała Kinga dla siebie. Dopiero horror pozwolił mu odkryć swoje powołanie, jak to w seminariach powiadają.

"Uciekinier" to najlepszy dowód na to, jak bardzo King rozwinął się jako pisarz. Czytając tę powieść, można sobie uświadomić z jak niskiego poziomu startował i (znając późniejsze dokonania) gdzie finalnie wylądował.



No ale do rzeczy. Mamy Amerykę początków XXI wieku. Kraj pogrążony jest w głębokim kryzysie ekonomicznym, skażenie środowiska dziesiątkuje lumpenproletariuszy, których nie stać na drogie "filtry nosowe", przestępczość jest normą a nie odstępstwem od niej. Gdzieś w tle majaczą bogate dzielnice zamieszkiwane przez elitę, której wolno cieszyć się reglamentowanym dobrobytem.

Ogromną rolę w tym świecie odgrywa telewizja, która transmituje brutalne teleturnieje. DYGRESJA Zawsze marzyło mi się uatrakcyjnienie nudnych dyscyplin sportowych. Na przykład po obu stronach kortu tenisowego zakopywano by kilka min, które eksplodowałyby pod wpływem uderzenia piłki... Albo skoczkowie narciarscy musieliby przeskoczyć wbite drewniane pale... Upiorna groteska tych pomysłów znalazłaby uznanie w oczach twórców telewizji opisanych przez Kinga. 

Główny bohater to zdesperowany młody ojciec, którego umierająca córka wymaga natychmiastowego leczenia. Bieda zmusza go do wzięcia udziału w najpopularniejszym programie, którego bardzo prosta formuła elektryzuje miliony odbiorców. Jeden człowiek ucieka, po 24 godzinach zaczynają ścigać go Łowcy, których zadaniem jest uśmiercenie go. Im dłużej ucieka, tym więcej pieniędzy wpada na konto rodziny uciekiniera. Proste? Proste.

Nie będę się wdawał w szczegóły fabuły. Powiem, że od połowy książki wiedziałem, czym się całość skończy. Powiem, że drażniła mnie skromna dekoracja przypominająca tekturowe tło z licealnych przedstawień. Irytowała mnie wieczna agresja bohatera, który nawet w chwilach wytchnienia nie przestaje warczeć. Rozwiązania fabularne niczym nie wyróżniają się na tle innych dystopijnych opowieści, styl jest kwadratowy, a bohaterowie siekierą ciosani. 

Krótka to recenzja krótkiej (na szczęście) książki. King płaci frycowe i tyle.

wtorek, 1 maja 2018

Po wszystkim trzeba założyć spodnie, czyli "Hańba" Coetzee

Gdy zdarza mi się psioczyć na nasz zramolały kanon lektur, w którym trudno znaleźć książki generujące żywsze emocje, często słyszę pytanie: "No dobra, ale co byś wstawił zamiast tego Sienkiewicza, Żeromskiego czy Nałkowskiej?" 

Zawsze mam wtedy problem, gdyż moje fascynacje czytelnicze bywają zbyt niszowe, by nimi częstować ogół i liczyć na cieplejszy odbiór. No ale czasem trafiam na książkę, która śmiało może stać się przyczynkiem do dyskusji wszelakich. "Hańba" taką powieścią jest.



Ruszyła mnie ta książka. Ruszyła z bardzo wielu powodów, na bardzo wielu różnych poziomach, z wielu względów, które niekoniecznie uznałbym za, powiedzmy, zdroworozsądkowe, lub przyzwoite. No ale o tym poniżej.

Już po kilku pierwszych stronach czytelnik wie, że Coetzee to prawdziwy majster. Nie, niewiele jeszcze wiemy o samej fabule, w sumie gdzieś tam majaczy zbliżające się nieszczęście, ale  rozkoszujemy się opisem leniwej, próżniaczej, hedonistycznej egzystencji głównego bohatera, profesora Davida Luriego. Żadnego tam geniusza, zwykłego wyrobnika intelektu, który dwie książki napisał, dwie żony uszczęśliwił rozwodem i jedną córkę spłodził. Pierwsze strony to kawał skupionej, zwartej prozy, która skrojona jest jak garnitur spod igły genialnego krawca. Każde zdanie, dialog, opis, obraz są po coś. Mają ciężar i esencjonalność godną aforyzmów. 

Zdumiewające jest to, jak niewiele czasu zabiera pisarzowi odtworzenie drogi, którą przeszedł jego bohater, by finalnie pogrążyć się w tytułowej hańbie. Dziewiętnastowieczny realista rozpisałby tę partię powieści na kilkadziesiąt instrumentów, wprowadziłby bohaterów drugoplanowych, epizodycznych, całość tonęłaby w szczegółach; poznalibyśmy dzieciństwo i młodość nie tylko Luriego, ale również jego bliskich.

Coetzee amputował wszystko, co mogłoby rozproszyć odbiorcę. Upadek bohatera to w sumie "zasługa" jednej pomyłki, jednego źle zainwestowanego pożądania, o jeden romans za daleko, chciałoby się rzec. Pamiętajcie więc, mówi pisarz, z kim idziecie do łóżka... 

A jeśli już jesteśmy przy "tych sprawach" - seks przedstawiony w powieści (fundamentalna kwestia przecież, bo gdyby nie obcowanie płciowe bohaterów, nie było by "Hańby" w ogóle) odsłania swoje upiorno-anielskie oblicze. Niemal jak Dziewica z "Nie-Boskiej komedii" Krasińskiego. 

Chwilę przed spełnieniem mężczyzna (i kobieta czasem też) staje się niewolnikiem Erosa, staje się narzędziem, posługują się nim siły, nad którymi panować nie potrafi. I nie chce. Jest mistrzem sztuki uwodzenia, ma wdzięk, błyszczą mu oczy, hipnotyzuje kobietę, która finalnie ulega. Opisy aktów miłosnych również doprowadza pisarz do granic lapidarności - to krótkie niczym męski orgazm sekwencje, po których następuje uspokojenie i powrót do rzeczywistości. Trzeba założyć spodnie i iść dalej. 

Tak to proszę państwa bardzo często wygląda... I za ten pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i uniesień stosunek do stosunków mocno szanuję "Hańbę" i nawet jakoś samego antypatycznego głównego bohatera.

Genialnym kontrapunktem tej sfery ludzkiej aktywności jest praca Luriego - nosi się on z zamiarem napisania opery kameralnej o romansie, jaki miał lord Byron w czasie swojego pobytu we Włoszech. Odrealnione nieco partie odtwarzające tamtą (powiedzmy) romantyczną opowieść kontrastują z opisem starzejącego się i sponiewieranego kochanka, którym jest bohater "Hańby." Czujecie? Wiecznie młody (bo młodo obumarł) i jurny, chociaż znudzony uwiedzioną mężatką, symbol romantyzmu, i pięćdziesięcioletni rozwodnik, który musi coraz częściej korzystać z usług prostytutek, by z nimi zaznać rozkoszy. Kapitalnie zestawione, kapitalnie.

Seks i starość to dwie płaszczyzny, których zgodnego współistnienia nie dopuszczamy do świadomości. I mamy rację. Coetzee wyświadcza nam przysługę i przypomina o tym, czego być może dożyjemy...

Sam bohater bywa nieprzyjemny i odpychający, ale jakoś imponuje mi jego stalowy wręcz charakter. Niepokojąco łatwo godzi się z losem, który stał się jego udziałem. Pomimo ewidentnej winy, nie ma zamiaru składać samokrytyki. Nie żałuje feralnego romansu. Konsekwentnie broni swojego prawa do korzystania z życia, do chwytania się kobiet, które traktuje w dość instrumentalny sposób. Oj, nie miałby łatwego życia w czasach "kultury gwałtu" i szaleństwa #metoo.

Żeby nie przeciążać tej rozedrganej recenzji (bo to w końcu recenzja, a nie krytyczna analiza tekstu), napiszę, że mój zboczony polonistycznie umysł już w trakcie lektury zaczął układać tematy hipotetycznych lekcji. Cały tydzień roboty byłby przed nami. Tematy lekcji? Seks i jego postacie, wykorzystywanie, miłość romantyczna i jej odbicia, relacje ojciec-córka, "odwrócony" apartheid w kontekście "Jądra ciemności", przypadek i przeznaczenie, miłość i miłosierdzie, wina i kara, starość...

A to tylko 270 stron druku. Tylko. Esencja esencji.

Koniecznie.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Owoc wielkiego, przerośniętego mózgu, czyli "Galapagos" Vonneguta

Traf chciał, że tę powieść Vonneguta zacząłem czytać, gdy akurat przedstawiałem dwóm prowadzonym przeze mnie klasom pierwszy renesans. Wyszliśmy z dusznego i mrocznego średniowiecza, by odetchnąć rześkim i orzeźwiającym powietrzem odrodzenia. W takich chwilach zawsze prezentuję uczniom wiązankę myśli zaczerpniętych z fundamentalnej rozprawy włoskiego myśliciela Pico della Mirandoli. "O godności człowieka" to jeden wielki pean sławiący koronę stworzenia - ludzi, którzy według filozofa są najszczęśliwszymi ze stworzeń. (A teraz, klaso, sięgnij do tekstu i udowodnij słuszność tej tezy.)

Renesansowy hurraoptymizm kapitalnie skrzyżował się z "Galapagos", powieścią satyryczną, kwaśną, żrącą i toksyczną, napisaną w duchu (bo nie w stylu) wielkich mizantropów Swifta czy Sartre'a. Książką rozprawiającą się z mitem homo sapiens jako "gatunku wybranego." Potężny ładunek cynizmu, i nihilizmu być może tylko maskuje w przypadku tej książki jej elegijny ton. Być może "Galapagos" to tren napisany po śmierci wiary w to, że nie pożre nas autodestrukcyjny mechanizm wmontowany w człowieka u zarania dziejów?



Tak czy siak dzieje się bardzo dużo. Nasza planeta pogrąża się w chaosie kolejnych kryzysów i wojen (groteskowy konflikt pomiędzy Peru a Ekwadorem), ludzie tracą zdolność do rozmnażania się, a tymczasem w okolicach Galapagos organizowana jest ekskluzywna morska wycieczka o dumnej nazwie "Przyrodnicza wyprawa stulecia." Jej uczestnikami mają być gwiazdy, celebryci i ludzie biznesu, ale finalnie całe to towarzystwo wycofuje się ze strachu przed napiętą sytuacją w regionie. Cóż, cały świat jest niestety tym regionem...

Jedyni pasażerowie to mieszanina dziwacznych, groteskowych, upiornie głupich lub żałosnych indywiduów, których w rejs ma zabrać kapitan-idiota. Vonnegut przygląda się życiorysowi każdej z postaci i, proszę państwa, nie chcielibyśmy mieć takich osobników w rodzinie. Nieporadni, pokaleczeni, naiwni, błędnie przeświadczeni o swoim znaczeniu, ofiary przypadku, zbiegów okoliczności, typowe ofiary losu lub bezwzględni oszuści - to tylko niektóre z epitetów, którymi możemy ich opisać. Tragikomiczni w swojej wierze w to, że mogą na cokolwiek mieć wpływ.

Po zagładzie całej ludzkości to właśnie ta garstka rozbitków (dosłownie i w przenośni) będzie miała milion lat na odtworzenie gatunku, który jednak ludzi przypominać nie będzie...

Vonnegut jest brutalny. Narrator (trzymajcie się, duch robotnika portowego, który odmówił przejścia przez Świetlisty Tunel) przypomina sobą motyw deus ridens, śmiejącego się Boga, który mając nieograniczone niczym możliwości wglądu w przeszłość i przyszłość bohaterów, kpi sobie w żywe oczy z ich ambicji, starań i nadziei.

Co więcej, Vonnegut drwi z naszej humanistycznej słabości; serce nam mięknie, gdy słyszymy o ostatnich plemionach amazońskich, o ginących gatunkach, ale z perspektywy, z jakiej każe nam patrzeć "Galapagos", wszystko jest bez znaczenia. Absolutnie wszystko, a więc głowa do góry!

Odrębną kwestią jest oczywiście kpina z ludzkiej wiary w teorię ewolucji, która teoretycznie prowadzi od mniej do bardziej doskonałego egzemplarza danego gatunku. Niestety, mówi pisarz, "wielkie, przerośnięte mózgi" nie sprawiają, że człowiek się doskonali. Odwrotnie - staje się on patentowanym osłem.

No ale o tym to Wy już sobie sami poczytacie, bo "Galapagos" bardzo dobrą powieścią jest i być może Wasze przerośnięte mózgi wychwycą z tej powieści więcej niż mój centralny układ nerwowy.

Czołem!

(A może płatem czołowym? Sorry za suchar.)


sobota, 31 marca 2018

Obiady w sejmowej restauracji, czyli "W" Sendeckiego

Ja się z miejsca przyznam - nie lubię poezji Marcina Sendeckiego. O ile pierwszy, legendarny już tom ("Z wysokości"), był dla mnie prawdziwym odkryciem nowego idiomu - zimnej, chropowatej, zdystansowanej i (a jednak) zbudowanej na kontemplacji świata liryki, to kolejne tomy Sendeckiego ilustrowały coraz wyraźniej to, co mnie we współczesnej polskiej poezji drażni. Autor odwrócił się tyłem do czytelnika, wysyłał coraz bardziej zakodowane sygnały, hermetyczność tej poezji mnie odrzucała i sprawiała tyle samo przyjemności, co rozczytywanie kodów QR. Chcąc nie chcąc Sendecki i jemu podobni stali się dla mnie symbolami całego zła, jakie rozrosło się w literaturze, symbolami awangardowej ściemy, której nijak obiektywnie obronić się nie da, ba!, nawet nie da się przyzwoicie spozycjonować, gdyż nie ma czytelnych i wspólnych kryteriów jakiejkolwiek oceny.

(Stąd też poezją takiej Bargielskiej całe stado profesorów mogłoby się zachwycać, ale mnie nie ruszają te jej "przeszywające" teksty...)

Tak więc gdy Sendecki jakiś czas temu dostał sporo pieniędzy i Nagrodę Szymborskiej za tom pt. "W", chodziłem wściekły kilka dni. Z przecieków, jakie mnie dochodziły, wynikało jedno: wiersze z uhonorowanego tomu ściemą pachną na kilometr i w sumie każdy średnio utalentowany właściciel dowolnego edytora tekstu mógłby takie kawałki machnąć. Na dodatek całość mocno zalatywała znienawidzonym przeze mnie konceptualizmem, a więc wiecie...

Ostatnio jednak miałem okazję na spokojnie przeczytać "W" i muszę posypać głowę popiołem... Nie, nie wycofuję się ze swojego stanowiska - wciąż uważam, że książka ta nie jest na tyle istotną, by w jakiś istotny sposób ją nagradzać, ale zaczynam dostrzegać sens w tym akurat poetyckim projekcie Sendeckiego. (Nie twierdzę, że sens tam jest, ale że ja sobie jakieś kropki połączyłem i wyszedł mi ludzik...)

Zastanawiałem się kiedyś, jak to jest, że pamiętam akurat to, a nie coś innego. Banalne? No pewnie! Dlaczego akurat ten faul popełniony na moim rozpędzonym ciele, a nie inny, na innym meczu podwórkowej drużyny? Dlaczego imię tej zakonnicy przygotowującej mniej do Pierwszej Komunii, a nie nazwisko nauczyciela, który wystawił mi ocenę nieodpowiednią z zachowania pod koniec liceum? Pijackie mamroty znad trzeciego piwa, a nie mądre słowa wykładu z kultury antycznej (a obiecywałem sobie, że zapamiętam)?

Kiedyś właśnie pomyślałem sobie, że warto by napisać wiersz (albo cały tom) składający się z owych całkowicie pozbawionych znaczenia zapamiętanych sekwencji, obrazów, słów, nazwisk (konkretnych, ale zupełnie pozbawionych znaczenia dla przypadkowego odbiorcy). Napisać coś, co przychodzi w przypadkowym przebłysku bez związku z czymkolwiek, o czym się akurat myślało, rozmawiało, pisało nawet.



I tak Sendecki zrobił (moim zdaniem). Maszyna pamięci wypluła poecie kilkanaście nazw, nazw własnych, nazwisk, scen, scenografii, a on ułożył z tego pasjans. Od pierwszego do ostatniego wiersza, któremu amputowano kropkę, czytamy specyficzną autobiograficzną układankę zmontowaną właśnie z odpadów, odprysków, ścinków i obierzyn. Czy jest to kolejny głos w niekończącej się dyskusji na temat procesu zapamiętywania i odtwarzania wspomnień? Być może. Nie czuję się kompetentny to rozstrzygać, ale też nie będę wmawiał nikomu, że jestem całkowicie bezbronny w obliczu tych wierszy.

A więc uznajmy roboczo, że "W" (co za wkurzający i jednak pretensjonalny gest z tym tytułem ksiażki!) jest poszatkowanym zapisem podróży do źródeł osobniczego czasu. Co otrzymamy? Serię przyjemnie drażniących wątpliwości: cóż z tego, że bohater tych wierszy spotkał na swojej drodze Wielkie Nazwiska, skoro zazwyczaj wzruszeniem ramion spotkania te się kończyły? Cóż z tego, że ślady Przełomu (1989 rok i okolice) zbiegły się z wchodzeniem w dorosłość podmiotu lirycznego, skoro Przełom ów kojarzy się z kilkoma wypranymi z doniosłości spotkaniami, dialogami?

Nie podejrzewamy oczywiście, że u czołowego przedstawiciela pokolenia bruLionu Historia będzie traktowana z nabożną czcią, no bo nie będzie, a jednak jej ślady znajdują w tych wierszach odbicie - odpowiednio pomniejszone i przepuszczone przez filtr zamysłu autorskiego.

Sam projekt Sendeckiego widzę właśnie w ten sposób - unieważnia się tu nie tylko język dyskursu (ho ho ho, ależ słowo) charakterystyczny dla odtwarzania przeszłości, ale również samą przeszłość przestaje się widzieć jako drogocenny depozyt, czas hartującej się stali. Przeszłość to kilkanaście losowo zapamiętanych zdarzeń, które na mocy naszego widzimisię albo urastają do rangi budujących naszą tożsamość sytuacji, albo przypominają zdjęcia, na których niby jesteśmy, ale za żywy Bóg nie jesteśmy w stanie przywołać okoliczności ich powstania.

Był taki kolega mojego ojca, który za jeden z najważniejszych epizodów swojego życia uważał obiad zjedzony w restauracji sejmowej w towarzystwie prominentnego polityka starej daty. Sendecki również uczyniłby to wydarzeniem kanwą wiersza, ale całkowicie pozbawiłby je znaczenia. Podałby nazwiska, "stopień pokrewieństwa", czas i miejsce akcji, rozparcelowałby uwagę czytelników pomiędzy kilka nieistotnych szczegółów i finito! Tak wygląda spora część wierszy w tym tomie zawartych.

Czasem Sendecki brzmi niepokojąco jednoznacznie i składnie. Kilka elegijnych (niemal sentymentalnych) nut jak kilka kropel z ciemnego nieba użyźnia przestrzeń tej enigmatycznej książki, ale dalej jak okiem sięgnąć terytorium obce, naszpikowane zagadkowymi totemami, które czytelne są tylko dla Marcina Sendeckiego et consortes.

Korciło mnie, by znaleźć i podać do publicznej wiadomości receptę na ten tom: jak należy czytać "W", by rozwiać wątpliwości i pokonać poczucie dezorientacji. Finalnie zrezygnowałem z realizacji tego zamysłu. Kto ciekawy, przeczyta. Zgodzi się? Nie zgodzi z tymi moimi spostrzeżeniami? To nie ma większego znaczenia.

Tak jak większego znaczenia nie ma "W", nie mają go zawarte w nim wiersze, które właśnie z tego powodu znaczenie mają.

Jakieś, jednak...

poniedziałek, 26 marca 2018

Utopić się w piwie, czyli "Pijane banany" Šabacha

Coś mam ostatnio szczęście do autorów, którzy za bardzo szarżują - doprowadzają wybrane przez siebie gatunki lub charakterystyczne cechy danej literatury do takich stężeń, że przestaje mi to wszystko smakować. Za dużo cukru w cukrze, rozumiecie, prawda? 

Tak więc sięgam sobie po kupioną lata temu wspomnieniową powieść Petra Šabacha pt. "Pijane banany" i już sobie ostrzę zęby, gdyż spodziewam się prawdziwej uczty przygotowanej dla mnie w typowej czeskiej gospodzie. Tak... Ja tak bardzo lubię literaturę naszych południowych sąsiadów i moja miłość bywa bezkrytyczna. Zresztą bycie Polakiem niejako skazuje nie na bycie oczarowanym akurat tym, czego na brakuje i widzimy to za płotem. Zazdrościmy dystansu, ironii, rubaszności, miłości do wszelkich przejawów życia, nawet tych durnych, niskich, niemal fizjologicznych. Taki rodzaj zazdrości...Szukam słowa... O! Jakbym widział, że ktoś bezceremonialnie klepie po tyłku pulchną kelnerkę niosącą piwo, ona grozi palcem, ale się śmieje. "Tak trzeba żyć!" - myślę sobie o tym klepaniu, ale nie umiem.



No więc zaczynam czytać te "Pijane banany" - teoretycznie wszystko mi się zgadza. Mamy lata 80, trzech kolegów z jednego podwórka we właściwy sposób przeżywa swoją młodość: piją piwo, rozbijają się "pożyczonymi" samochodami, rozmawiają o dziewczynach i onanizmie, planują wielkie eskapady, z których rzecz jasna nic nie wychodzi, snują się po okolicy i wypatrują okazji, by "coś się działo." Pierwszoosobowy narrator (jeden z chłopaków, rzecz jasna) mieszka z matką i ojczymem-alkoholikiem-rzeźbiarzem, którego deliryczne przygody również przyjdzie nam poznać. 

W gratisie otrzymamy kilka wiarygodnych obrazków z kraju realnego socjalizmu: podszytą strachem pogardę dla reżimu, alkohol, który skutecznie znieczula ludzi zbyt wrażliwych, by pogodzić się z wszechobecnym zakłamaniem, rozwarstwienie społeczeństwa budzące słuszny pomruk niezadowolenia - tak to mogło wyglądać, temu wierzę.

Nie powiem, momentami śmiałem się jak nienormalny, gdyż ilość autentycznie komicznych scen, dialogów i monologów wewnętrznych jest olbrzymia. "Czy rozumiesz fenomen łyżki? To dzieło geniusza!" - mówi pijany bohater, obracając w palcach rzeczony przedmiot. "Jaki znowu fenomen?! A czym byś chciał jeść zupę? Widelcem?!" Tego typu dialogi zawsze mnie bawiły, tym bardziej że w stanie wskazującym też zdarzała mi się z głębinową fascynacją obserwować na przykład złożoną naturę klucza nasadowego... Ech, stare dobre czasy.

Ta niewielka książeczka odsłoniła mi jednak pewną prawdę o mnie-czytelniku. Nie daję rady udźwignąć zbyt dużej ilości zgrywy. Šabach wciąż się wygłupia, zatapia każde doświadczenie egzystencjalne w hektolitrach piwa, finalnie osławiony czeski dystans sprawia, że rozwadnia się to, co dla człowieka jest ważne. Wzniosłość nie tylko kojarzy się z kategoriami estetycznymi, ale kwitnie w nas w pewnych szczególnych momentach życia. "Pijane banany" niestety wykreśliłyby z naszych biografii tego typu doświadczenia.

Ja wiem, że to nie do końca uczciwe oskarżać autora w sumie humorystycznych opowieści o to, że nie jest poważny, ale uwierzcie mi - ja już taki nienormalny jestem, że nawet w książkach o stalinowskich łagrach chciałbym znaleźć coś, co podniesie mi do góry kąciki ust...

środa, 7 marca 2018

Steampunk przedawkowany, czyli "Światy Alonbee" Maszczyszyna

Gdy kończyłem czytać pierwszą część trylogii Jana Maszczyszyna pt. Światy solarne, miałem wrażenie, że poprawnie rozszyfrowałem zamiar autorski twórcy. Chciał on zbudować świat przedstawiony, który w pełni realizowałby założenia steampunkowej poetyki, dostosować sposób prowadzenia narracji oraz język do rzeczywistości, którą czytelnicy uznaliby za dziewiętnastowieczną, okrasić całość nawiązaniami do ojców założycieli fantastyki: Verne’a i Wellesa. Gdy zmieszać te wszystkie składniki, teoretycznie otrzyma się tekst, który uznamy za steampunkowy. Tak naiwnie sądziłem… A jednak coś nakazywało mi jeszcze raz przemyśleć sprawę. Zacząłem się zastanawiać, czy może istnieć coś takiego jak zbyt duża ilość steampunku w samym steampunku? Czy można przeszarżować, przelicytować się? Czy, w końcu, można zagłaskać czytelnika oferowanymi mu atrakcjami?

Pierwsza powieść Maszczyszyna przenosiła nas w rzeczywistość rodem z rojeń i majaczeń, w mniejszym zaś stopniu z fantazji i świadomie snutych wizji, twórców karmiących się obiegowymi wyobrażeniami utworzonymi w XIX wieku. Pierwszy tom wrzucał czytelników na naprawdę głęboką wodę, w której musieli się szybko nauczyć pływać, by czerpać przyjemność z obcowania z tą niezwykłą i dziwną książką. Na każdym bowiem piętrze tekstu Maszczyszyn stworzył dopiętą na ostatni guzik trójwymiarową wizję, którą przedstawiał przy pomocy precyzyjnych i szczegółowych opisów. Ktoś (niestety nie ja) obdarzony wyobraźnią umożliwiającą złożenie sobie tego świata „w głowie”, poczułby się zaproszony na fantastyczną ucztę, na której odurzono by go gęstą, zawiesistą koncepcją.

Fabularne nawiązania do klasyków gatunku były bardzo czytelne i w sumie oczywiste (inwazja z kosmosu, podróże międzygwiezdne, życie na obcych planetach zamieszkanego Układu Słonecznego), ale całość zręcznie broniła się za sprawą kreacji głównych bohaterów oraz osobliwego stylu, który starał nadążyć za wyobrażeniami na temat tego, jak powinien wyglądać język i sposób myślenia dżentelmenów rodem z belle époque.



Druga część trylogii Maszczyszyna pt. Światy Alonbee kontynuuje szaleńczą podróż, którą zafundował czytelnikom pisarz. Dostają oni dokładnie to, czego mogli się spodziewać, mając w pamięci część pierwszą. Dostają to, a nawet dużo więcej, gdyż autor podniósł do potęgi wszystkie elementy, które sprawdziły się w poprzedniej odsłonie cyklu. Znów będziemy mogli towarzyszyć sir Ashleyowi Brownhole’owi, naszemu przewodnikowi po iście surrealistycznej rzeczywistości Układu Słonecznego, chociaż pewną odmianą stanie się wyczuwalne przesunięcie punktu ciężkości powieści na jego córkę – Asperię, której dojrzewanie będzie obserwować.

Nawet w „normalnym” świecie przedstawionym moment wychodzenia z dzieciństwa, odkrywania samego siebie, burza hormonów jest katalizatorem przeróżnych pełnych napięcia sytuacji, a więc możemy sobie wyobrazić jak może wyglądać ten proces w niemal onirycznej rzeczywistości Maszczyszyna. Nie chcąc psuć przyjemności potencjalnym czytelnikom, zaznaczę tylko, że ani Asperia zwykłą młodą dziewczyną nie jest, ani jej ojciec nie będzie radził sobie z problemami natury wychowawczej w uświęcony tradycją sposób. Odbiorcy przyzwyczajeni do schematów obowiązujących tam, gdzie pojawia się motyw konfliktu pokoleń, poczują obłędną satysfakcję, gdy zacznie do nich docierać, jak bardzo można go zmodyfikować i odkształcić.

Rzecz jasna powieść mająca niemal pięćset stron, dla której autor chce znaleźć miejsce w szeroko rozumianej literaturze popularnej musi zaproponować czytelnikom coś więcej niż tylko opisy relacji ojciec-córka. Ci, którzy liczą na silniejsze podniety, nie zawiodą się. Światy Alonbee rysują bowiem panoramę wszechświata wypełnionego eterem, dzięki któremu możliwe są podróże pomiędzy zaludnionymi planetami. Pluton, jego satelita, Mars – miejsca te pęcznieją od osobliwości, z którymi konfrontuje się główny bohater. Duch wielkiej, nieco staromodnej przygody, napędza całą historię. Co i rusz czytać będziemy o międzygwiezdnych bitwach, potyczkach, wojażach, dzięki którym w pełni docenimy nieskrępowaną wyobraźnię pisarza. Niebezpieczne eskapady szybko stają się chlebem powszednim bohaterów, a niedające się przewidzieć rozwiązania fabularne dość długo podtrzymują uwagę czytelników.

W tym miejscu muszę wrócić do wątpliwości, które zacząłem sygnalizować na początku omówienia. Wydaje mi się, że Światy Alonbee stworzył ktoś, komu tak naprawdę fabuła do szczęścia potrzebna nie jest, gdyż o wiele bardziej przejęty bywa tak zwanym światotwórstwem, badaniem granic wytrzymałości świata przedstawionego, który składa się nie tylko ze swoich oczywistych elementów, ale wypełniają go również pierwiastki dziwne, zaskakujące, momentami zbyt osobliwe, by czytelnik mógł poczuć się proszonym gościem w miejscu zaprojektowanym przez Maszczyszyna. Teoretycznie pomiędzy okładkami powieści odkrywamy steampunkową rzeczywistość, ale kto wie, czy ta odmiana fantastyki pod naciskiem konceptu autora nie zmieniła się w jakąś nową, zupełnie efemeryczną jakość? Być może jest to już „poststeampunk”, wynik nie tylko poszukiwań wewnątrz gatunku, ale bardziej świadectwo tego, że dalej już po prostu nie można poprowadzić tej konwencji?

Proszę mnie źle nie zrozumieć – tę powieść czyta się naprawdę dobrze, ale niestety może istnieć ryzyko, że poczujemy znużenie, gdy nasza wyobraźnia zacznie męczyć się gonitwą za wyobraźnią autora. Przypominam, że prawdziwe i dobre espresso podaje się ze szklaneczką wody. Maszczyszyn zaś wody nie przyniósł...

niedziela, 4 marca 2018

Shopping w piekle, czyli "Sklepik z marzeniami" Kinga

Z podań i legend, którymi częstowały mnie panie nauczycielki w podstawówce szczególnie zapamiętałem sobie opowieść o szukającym skarbów młodzieńcu, który trafił pewnego razu do niezwykle tajemniczego zamczyska, gdzie przywitano go z honorami; panowie upudrowanych perukach i damy bladolice kłaniali mu się zapraszali do wspólnego biesiadowania. Ucztowano przy suto zastawionych stołach, lało się wino, parujące michy pełne jedzenia pojawiały się znikąd. Naiwny bohater zaczynał czuć się częścią tego cudownego świata, gdy nagle zapiał kogut (wszyscy wiemy, co w baśniach oznacza ten moment). Oczom przerażonego młodzieńca ukazał się taki oto widok: dostojne towarzystwo zamieniło się w grupę potrząsających kośćmi szkieletów, słodkie wino stało się breją zaczerpniętą z gnijącej kałuży, potrawy, którymi wcześniej raczył się śmiałek, stały się najzwyczajniejszym gównem.

Mogłem coś pomylić, pomieszać szczegóły, ale morał pozostaje ten sam: gonitwa za złotem zawsze kończy się w ten sam sposób. W tej ludowej wizji świata widać echa ewangelicznych słów świętego Pawła o tym, że wszystko bez Chrystusa jest krótko mówiąc odchodami. Innymi słowy, chciwość nie ma zbyt dobrej pracy prasy i co chwilę jakiś moralizator zdejmuje pasa i sprawia tęgie lanie temu grzechowi głównemu.

Zabawnym może się wydać fakt, że King, który jest dyżurnym krytykiem zinstytucjonalizowanej religii oraz tego, co robi ona z ludźmi, napisał powieść, którą (przy zachowaniu pewnych proporcji i kilku interwencjach cenzury) mogliby czytać uczniowie w ramach katechezy lub zajęć z etyki.



Pisarz przenosi nas do swojego ulubionego stanu, do Maine, do niewielkiego miasteczka Castle Rock, które w żaden sposób nie ma się wyróżniać spośród innych mieścinek rozsianych na przestrzeni całych Stanów Zjednoczonych. W znakomitej ekspozycji King oddaje głos anonimowemu przewodnikowi, który chwyta nas za rękaw (nas, przyjezdnych) i oprowadza po nie mającej dla niego tajemnic przestrzeni. Rzuca nazwiskami, szkicuje relacja, widzimy wszystko jednocześnie z „góry” i z „dołu.”Mamy przed sobą panoramę, ale gdy skupimy wzrok, odsłaniają się przed nami szczegóły: sekrety, niezabliźnione rany, niskie pobudki, brudne pragnienia. Gdy nie czynnik mocno nadprzyrodzony, King mógłby snuć obyczajową opowieść bez wyraźnego początku i o mglistym finale.

„Sklepik z marzeniami” to jednak horror i coś musi zakłócić powierzchowną sielankę miasteczka. Wszystko zaczyna się zmieniać za sprawą gościa z zewnątrz. Pamiętajmy, że małe miasteczka zawsze zagrożone są detonację, gdy element z zewnątrz zakłóci delikatną równowagę mikroświata takiego Castle Rock na przykład. Ową iskrą jest elegancki światowiec, handlarz starzyzną, który otwiera w miasteczku sklep, a na szyldzie sklepu pysznią się słowa „Przydatne rzeczy.” Od początku czujemy, że ów obcy nie może być kimś zwyczajnym – posiada przedmioty, za którymi tęsknią od zawsze mieszkańcy Castle Rock, a przedmioty te są symbolami ich marzeń, pragnień, stłumionych obsesji, dziecięcych fantazji.

Jak każdy handlarz, pan Gaunt chce ubić dobry interes, a więc wykorzystując słabości, obsesje i namiętności swoich klientów, proponuje im osobliwy interes: w zamian za przedmioty pożądania żąda jedynie niewielkich psikusów spłatanych znajomym, przełożonym, rodzinie… W mieście wybucha więc epidemia bezsensownych na pozór złośliwości, która szybko przeobraża się w lawinę agresji. Akty zemsty doprowadzają do kolejnych i kolejnych tragedii, a mieszkańcy Castle Rock albo rozkoszują się nabytymi przedmiotami, albo idą właśnie spłacić dług zaciągnięty u diabelskiego sprzedawcy, który trzyma w szachu coraz większą liczbę ludzi nie zdających sobie sprawy z tego, że wpadli w iście szatański pułapkę pożądania...

Ja mam z Kingiem wybitnie nie po drodze. Najczęściej. I masę mam argumentów, by unikać jego książek. A jednak czasem potrafi on napisać powieść, którą da się czytać na niemalże poziomie przypowieści. „Sklepik z marzeniami” jest takim właśnie tekstem – obszerną, miejscami niestety przegadaną przypowieścią o durnym pożądaniu durnych rzeczy – kolekcjonerskich kart baseballowych, wędki, lisiej kity przyczepianej do anteny samochodowej… W imię tych przedmiotów i ulotnych wizji szczęścia zwykli ludzie gotowi są wydrapać oczy każdemu, kto wejdzie im w paradę. A handlarz o ujmujących manierach i zadbanych dłoniach potrafi zamienić się w prawdziwą bestię (w rynsztunku godnym horroru), gdy którykolwiek z usidlonych klientów próbuje zerwać przedwcześnie umowę… Tak to już bywa z cyrografami.

Grozy mamy pod dostatkiem – i tej dosłownej (krew, dużo krwi, demoniczna natura Gaunta, krew, Gaunt zjadający surowe szczury… Czujecie, takie w ten deseń atrakcje), i tej bardziej wyrafinowanej, polegającej na powolnym, ale nieustannym zagęszczaniu atmosfery zagrożenia, przed którym uciec nie sposób. Zło zdaje się tryumfować. Jak wiele razy w historii – historii małych miasteczek i olbrzymich imperiów, które szarpane są tymi samymi zepsutymi instynktami.

Minusy? Nie, zakończenia nie zdradzę. Nie powiem, że jest nadspodziewanie słabe i blade w porównaniu resztą powieści. Niestety, King znów pozwolił rozleźć się znakomitemu pomysłowi. Nie dość, że wprowadził na scenę zbędnych i męczących bohaterów (twórcy ekranizacji na szczęście zrezygnowali z kilku wątków), to jeszcze ostatnie partie powieści zahaczają o groteskę – wszystko spływa krwią, płonie, wybucha, a kule świszczą nad głowami mieszkańców, którzy wydali sobie wzajemnie ostateczną bitwę. Niestety, wizja regularnej potyczki pomiędzy katolikami a babtystami raczej śmieszy swoim nieprawdopodobieństwem, niż przeraża lub zmusza do jakiejkolwiek refleksji. (Tak mi się wydaje, że King po prostu cieszył się jak dziecko, gdy mógł opisać wyznawców zorganizowanych kościołów, którzy skaczą sobie do gardeł.) Tak więc znakomity horror pod koniec skręca w stronę dzikiego i niezorganizowanego finału, który tylko przy ogromnej ilości dobrej woli uznamy za przemyślany i celowy.

A jednak należy po tego Kinga sięgnąć. To na pewno jedna z lepszych powieści tego autora i gdybyście szukali historii, która piętnuje pożądanie (a może nieokiełznany konsumpcjonizm), to proszę bardzo.

Dodatkowym smaczkiem jest hołd oddany Lovecraftowi. Gdzie? Jak? Szukajcie, a znajdziecie. W pewnym garażu.

Czołem!

piątek, 2 marca 2018

...i nie zmienia się nic, czyli "Tatko i ja" Sawaszkiewicza

Nie wiem, co Państwo o tym myślą, ale moim zdaniem im ktoś bardziej rzetelnie i werystycznie stara się oddać rzeczywistość, w której żyje, tym boleśniejszą finalnie porażkę może ponieść. Lądują takie teksty na cmentarzysku literatury wśród innych książek, które starały się uchwycić "puls epoki" i nikt po nie nie sięga.

Są też utwory, które ubierają epokę w bezpieczną otulinę wspomnień, snują raczej fantazje o przeszłości, niż wiarygodnie ją opisują. Autorzy takich tekstów wydają się być rozgrzeszeni z nieścisłości i przeinaczeń, wszak nikt nie powinien się czepiać dowodów rzeczowych znalezionych w odmętach pamięci.

Są też książki, które chyba przypadkiem stały się dokumentami swoich czasów. Jakoś tak od niechcenia uchwyciły ich wibrację i chyba więcej o nich mówią, niż poważne relacje poważnych twórców.

Można w tym miejscu pomyśleć o wielkim Stanisławie Barei, który zrazu niedoceniony przez współczesnych mu krytyków, dziś wspominany jest jako niezrównany obserwator PRL-u i jego absurdów. Tak, takie "Alternatywy 4" więcej chyba mówią o tamtych czasach niż pół tuzina filmów spod znaku moralnego niepokoju.

Dlaczego piszę ten nudny wstęp? Ano dlatego, że przeczytałem kiedyś w kolejce u lekarza króciutką książeczkę Jacka Sawaszkiewicza pt. "Tatko i ja", która jest zbiorem satyr portretujących Polskę przełomu lat 70 i 80. Sawaszkiewicz kojarzony jest przede wszystkim jako autor opowiadań i powieści science fiction, ale lepiej zapisał się w mojej pamięci za sprawą wspomnianego powyżej dziełka.



Bohaterami są... No, tytuł mówi wszystko. Pracujący fizycznie, samotnie wychowujący dziecko ojciec i jego syn, dziecko (na moje oko) dziesięcioletnie. Tej (nie)zwykłej parze zdarzyło się żyć w kraju, który przypomina połączenie drogi krzyżowej z labiryntem.

Prawem satyry jest odkształcanie rzeczywistości tak, by wyśmiewane wady znalazły się na pierwszym planie, niemal podnosiły się z kartki i skakały do oczu. Ma być przegięcie, ma być groteska. Sawaszkiewicz doskonale wywiązał się z tego zadania. Czytamy więc o ludziach, których odbiły krzywe zwierciadła.

Tytułowi bohaterowie to skrajnie naiwna para dobrodusznych i uczynnych idealistów, którzy z całym dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to, że żyją w takim a nie innym świecie. Coś (przy zachowaniu odpowiednich proporcji) z Kandyda (z "Kandyda") znajdziemy w tych niepoprawnych optymistach, którzy dają się wykorzystywać i wierząc w dobre intencje, gotowi są pomóc każdemu i zawsze bez względu na to, jaki obrót przejmowałyby sprawy.

Sąsiad prosi o skombinowanie gipsu z budowy? Proszę bardzo! Dziennikarz chce przeprowadzić wywiad na temat sposób spędzania wolnego czasu w karnawale? Mówisz-masz.

Cóż z tego, że finalny obrót spraw najczęściej jest niekorzystny dla naszej pary, skoro nieugięta dobrotliwość i nie dająca się złamać wiara w drugiego człowieka bezustannie generują następne i następne komiczne sytuacje. Śmiech to jednak przez łzy, niestety...

Galeria osobliwych sąsiadów, kolegów z pracy, przełożonych, sprzedawców to wypisz wymaluj "typy" z PRL-u: ludzie głupi, prymitywni, cwani, fałszywi, tchórzliwi, leniwi, żyjący ponad stan lub na pokaz. Sawaszkiewicz bezbłędnie celuje i wbija szpile tam, gdzie boli - nie tylko w cechy charakterystyczne dla "umocowanych i podwieszonych" w poprzednim systemie, ale, co najgorsze, w sam rdzeń naszej "abośmy to jacy tacy" polskości. Nie tej wielkiej i dumnej, ale tej pokracznej, żywcem z obrazów Dudy-Gracza wyrwanych. I nieśmiertelnych chyba.

Brzmi dość ponuro, prawda? Ale proszę się nie martwić. "Tatko i ja" to znakomita i w sumie lekka literatura, która nawet po dekadach broni się poczuciem humoru, chwilami cudownego absurdu, kreacją tytułowych bohaterów, których po prostu się lubi, chociaż są zaledwie papierowymi konstruktami.

Cóż, polecam. Chociaż ta książka to nisza, muzeum, zabytek niemal, to być może komuś z Was uda się znaleźć to skromne dziełko. 1,5 godziny dobrej zabawy gwarantowane.

sobota, 10 lutego 2018

Bo przyprowadzę starszego brata, czyli "Wydrążony człowiek" Simmonsa

Ja mam chyba jakąś fobię - boję się, gdy autorzy książek zaczynają zbyt głośno i wyraźnie odwoływać do kanonu literatury światowej. Zawsze (taki już podły jestem) podejrzewam, że tropy wiodące do Szekspira, Kafki, Homera czy innego Balzaka mają najczęściej podpierać teksty, które nie ustałyby na własnych nogach. Ci wielcy, ich nazwiska i teksty, mają po prostu siłą autorytetu żyrować teksty najzwyczajniej słabsze, niżej celujące. No nie umiem inaczej, nie umiem. 

Chwytam więc po "Wydrążonego człowieka" Dana Simmonsa - książkę z kategorii "Wyrzut sumienia", kupioną dawno temu, przeczytaną do końca dopiero parę dni temu. Chwytam i nie mogę nie zauważyć, że Simmons szarpię za nogawkę Eliota i zaciska paluchy na jednym z najważniejszych tekstów poety, na "The Hollowed Men." Klasyk fantastyki porwał się na naprawdę wielki tekst, bowiem trudno przecenić i całą poezję Eliota, i znaczenie kilkunastu jego wersów-cytatów powtarzanych niemal od stu lat w kręgach oczytanych ludzi. W sumie nie ma poezji anglojęzycznej bez Eliotowej "Ziemi jałowej" i bez tego klasycznego "świat kończy się nie hukiem, ale skowytem."

Widzicie więc, że to nie przelewki - Eliot wymaga godnego partnera do "rozmowy" i nie wydaje mi się, że znalazł go akurat w postaci powieści Simmonsa. 



Bohaterem tej książki jest matematyk, który ma dar/przekleństwo* "odbierania" myśli całej reszty ludzkości. Myśli, nawet najskrytsze i najintymniejsze, wyraźne są jak prowadzone głośno rozmowy. Każda emocja, nastrój, przelotne wrażenie staje się udziałem bohatera. Pomimo tego dość osobliwego sposobu istnienia w świecie mężczyzna wiedzie raczej udane życie u boku miłej inteligentnej kobiety. Prawdziwy dramat rozpoczyna się z chwilą, gdy w głowie ukochanej lekarze odnajdują nieoperacyjnego guza. Śmierć odbiera mężczyźnie resztki sensu życia i zmusza do pozbawionej celu wędrówki po Stanach Zjednoczonych. 

Po drodze mężczyzna trafia w łapska mafii, ledwie uchodzi z życiem, gdy lituje się nad nim oferująca mu pracę tajemnicza kobieta (najlepszy, podszyty autentyczną grozą moment powieści), rozprawia się z obrzydliwym pedofilem, rozkoszuje się urokami hazardu... Nie ma co - dzieje się i to dzieje się mocno.

Cóż jednak z tego, skoro Simmons tnie tę apetyczną przygodową opowieść na plasterki, pomiędzy które wstawia:

a) nudne, chociaż pewnie bardzo ważne opowieści o matematycznej pasji bohatera, niezwykłych odkryciach dotyczących tzw. matematyki chaosu, która, o ile zrozumiałem, tłumaczy istnienie ludzkiej świadomości,
b) obrazy z życia głęboko upośledzonego chłopca, który sponiewierany przez ojczyma trafia w agonalnym stanie do szpitala,
c) słodko-gorzkie scenki z pożycia naszego bohatera i jego ukochanej.

Ja wiem, że Simmons miał dużo ważnych powodów, by tak a nie inaczej rozwinąć swój pomysł, ale moim skromnym zdaniem wystarczyłoby poprzestać na opisie eskapady zmiażdżonego żałobą mężczyzny, który zamiast głosu najbliższej kobiety słyszy jedynie myśli całej obcej ludzkości. Tak, to ma swoją wagę, potencjał, ba! nawet nośną metaforą samotności i opuszczenia się staje. Gdy jednak autor rozbudowuje tę przestrzeń o niepotrzebne pomieszczenia, schody donikąd i okna, które wychodzą na puste i jałowe przestrzenie, robi się po prostu... pretensjonalnie. 

No poobijałem się mocno, czytając kilkadziesiąt ostatnich stron, które w jakieś dziwne metafizyczne rejony przenosiły czytelnika, tworzyły bieda-odwołania do wspomnianego na początku Eliota, rozpraszały dobre wrażenie, jakie fundowały najbardziej atrakcyjne partie powieści. Zły byłem, po prostu zły, gdy pomyślałem sobie, że ktoś mnie zmusza do rozplątywania tych wszystkich supłów, do błądzenia po korytarzach koncepcji, do której nie czułem się w żaden sposób przekonany. 

Wiem już teraz, czego chcę od książki - prostoty, która byłaby w stanie udźwignąć nawet najbardziej wysublimowane koncepty. "Wydrążony człowiek" nie poradził sobie niestety z tym moim egotycznym widzimisię...

No i ten Eliot, który powinien się na Simmonsa obrazić za to, że został wybrany patronem tak nierównej książki. 

Ech...

piątek, 26 stycznia 2018

Wiking i sex bomba, czyli "Filmowy wehikuł czasu" Harrisona

Są takie książki, od których nie oczekuje się niczego poza inteligentną i chuligańską nieco rozrywką. Takie książki ani gór nie chcą przenosić, ani wytrącać z równowagi, nikogo nie pouczają, nie diagnozują rzeczywistości. Nie stają na palcach i nie biorą wysokiego C. Bawią się gatunkiem i są dowodem na to, że autor również musiał nieźle się bawić w rozbudowując mniej lub bardziej absurdalne pomysły fabularne. Taką książką jest właśnie "Filmowy wehikuł czasu" Harry'ego Harrisona, któremu udało się zapewnić mi kilka ładnych godzin uczciwej, pozbawionej głębszej refleksji rozrywki.



Pisarz w bezczelny sposób wykorzystał motyw podróży w czasie, by napisać fantastyczną komediową opowieść, która kpi z każdego po równo - z "szalonych" naukowców, z goniących za  kasowymi hitami filmowców, z muskularnych szkolonych w wojsku twardzieli, a nade wszystko chyba z samego science fiction.

Na czym stoimy? Punkt wyjścia jest wybitnie osobliwy: stojące na krawędzi bankructwa studio filmowe jak tlenu potrzebuje przeboju, który pomoże spłacić kolosalne długi. Seria kinowych klap nie jest pomyślną wróżbą i wydaje się, że już nic nie jest w stanie uchronić wytwórni przed finalnym upadkiem. Nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje naukowiec prezentujący tytułowy wehikuł, za pomocą którego można dowolnie przenosić się w czasie i przestrzeni. Grzech nie skorzystać z podobnej okazji, więc całe towarzystwo (od dźwiękowca po biuściastą sex bombę) wysłane jest  w odmęty czasu, w pobliże osady Wikingów, by posłużyć się nie tylko znakomitymi plenerami, ale również wykorzystać brodatych wojowników jako statystów. Oczywiście Wikingowie początkowo traktują gości z XX wieku z typową dla siebie gościnnością i usiłują zarąbać toporami naszych filmowców i gdyby nie broń palna, książka dość szybko by się skończyła... 

Karuzela wydarzeń zaczyna się kręcić na dobre - filmowcy przy pomocy whiskey przekonują jednego z Wikingów, by zagrał główną rolę w ich romansie historycznym, komplikacje związane z naturą podróży w czasie pogrążają w totalnym chaosie plan filmowy, sex bomba wpada w oko Wikingowi, Wiking za bardzo wczuwa się w rolę namiętnego kochanką i tak dalej, i tak dalej... Fabuła rwie do przodu jak koń kłuty ostrogami i szkoda psuć potencjalnym czytelnikom przyjemność czytania, opowiadając zbyt szczegółowo o wszystkich wirażach tej zwariowanej historii.

"Filmowy wehikuł czasu" obfituje w iście komediowe momenty i gdyby podjęto się ekranizacji tejże powieści, sale kinowe wybuchałyby śmiechem. Ciąg nielogicznych lub kompletnie absurdalnych sytuacji oszałamia i nie mamy wątpliwości, że Harrison pękał ze śmiechu, gdy wymyślał kolejne łamiące wszelkie reguły hard science fiction zawirowania fabularne. Na dodatek książka ta jest swoistym hołdem złożonym złotej erze hollywoodzkich produkcji historycznych - ci wszyscy rycerze, rzymscy legioniści w technikolorze, pięknie ufryzowane heroiny, błyszczące rydwany i zachodzące słońce podświetlające napis THE END - temu kłania się Harrison, dobrotliwie śmiejąc się z ułomności historii wykładanej przez Fabrykę Snów. 

Polecam uwadze. Niby nic wielkiego, ale jednak przyjemna i bezpretensjonalna to lektura. Podejrzewam, że sam Mark Twain (jako autor "Jankesa na dworze króla Artura") serdecznie uścisnąłby Harrisonowi rękę. 

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Jak to jest być zegarkiem, czyli "Everyman" Rotha

Jeszcze w starym roku wdałem się w krótką dyskusję na temat tego, czy każda książka jest polityczna. Moja adwersarka stwierdziła, że tak, że każda książka jest polityczna, tylko trzeba umieć to dostrzec. Ja nie lubię takich wytrychów, nie lubię zbyt ciężkich maszyn, które się wytacza, by przy ich pomocy włamać się do wnętrza dowolnego tekstu. Po wymianie kilku komentarzy spór umarł, a ja miałem wrażanie, że zostałem potraktowany jak dyletant, który nic nie widzi, nic nie wie, na niczym się nie zna i czyta jak uczniak. (Autorka bloga pisuje recenzje książek dla "Polityki", więc do kogo ja startuję w ogóle...)

Powinienem uznać swoją głupotę, no ale nie umiałem. Myślałem, myślałem i wymyśliłem, że Polityka jako klucz do otwierania lektur to równie dobre narzędzie, co pryzmat Miłości, Filozofii czy Boga, przez które dany tekst się ogląda. Tak więc równie dobrze można powiedzieć, że każda książka jest o Bogu na przykład. Co swoją drogą pasuje mi o wiele bardziej niż polityka (Bóg wie jak rozumianą...)

A więc przeczytany na przełomie 2017 i 2018 roku "Everyman" Philipa Rotha jest opowieścią o świecie bez Boga. Nie umiałem (a może nie chciałem) inaczej odebrać tej książki siłując się z nią w oktawie Bożego Narodzenia.



Powieść zaczyna się tam, gdzie większość z nas skończy - na cmentarzu. Nad grobem zmarłego mężczyzny, całkowicie niereligijnego Żyda, zbierają się żałobnicy. Najbliższa rodzina, która zaznała z jego strony więcej zła niż dobra, której zafundował więcej rozczarowań niż spełnionych oczekiwań i dotrzymanych obietnic. Rzucona na wieko trumny ziemia, wcześniej kilka słów pożegnania (podsumowania), trzask zamykanych drzwi samochodów, którymi uczestnicy pogrzebu rozjadą się do domów. Tyle. Suchy i wymuszony obrzęd dobiega końca.

Reszta książki odtwarza losy głównego bohatera, który dochrapał się kilku (zdradzanych kolejno) żon, niecierpiących go synów, wysokiego stanowiska "w reklamie", domku na "osiedlu spokojnej starości." Dzieciństwo upłynęło bohaterowi na pracy w zakładzie jubilerskim ojca, młodość zakłóciła jedna drobna operacja przepukliny, której cień (operacji, nie przepukliny) rzucał się na kolejne dekady życia, wypełniając powoli puste wnętrze anonimowego bohatera strachem przed kolejnymi dolegliwościami zdrowotnymi.

A te w końcu przychodzą i łączą się w swoistym dance macabre z porażkami, jakie w życiu mężczyzny coraz częściej zastępują odnoszone wcześniej sukcesy. Zdrady wychodzą na jaw, talent malarski, o który siebie podejrzewał, budzi obojętność, a w najlepszym razie protekcjonalne uśmiechy. Ciało powoli odmawia posłuszeństwa, nie da się już wypływać daleko w morze, nie da się uwodzić kobiet, nie mając nad nimi władzy, nie można wyrwać się z potrzasku, którym jest starość.

Roth doskonale panuje nad piórem - opisy kolejnych zabiegów, którym poddawany jest umęczony organizm, przypominają bezosobowe instrukcje zamieszone w poradniku dla zegarmistrzów-amatorów ("Odkręć. Przykręć. Dociśnij. Naciągnij. Wymień. Uszczelnij"). Te zegarki nie przyszły mi do głowy przez przypadek - bohater w dzieciństwie zbierał stare zegarki i z różnym skutkiem je naprawiał.

Ciało bez duszy to taki właśnie zegarek...

Cóż, smutna to książka. Obnaża bezlitośnie pustą egzystencję człowieka, który z "przyszedł z niczego i w nic odejdzie" (Monty Python o tym śpiewał i nie dam głowy, czy przypadkiem nie czytałem podobnego rzymskiego napisu nagrobnego). Każdy sukces, tryumf nad materią, pokonywane szczeble kariery, w kontekście czekającego nas finału potęgują jedynie ból rozstania ze światem. A rozstanie owo Roth przedstawia tak dobitnie, że finał powieści brzmi jak pointa makabrycznego żartu, którym jest starość i umieranie człowieka.

Przypominam tylko, że kategoria everymana pochodzi ze średniowiecznego moralitetu, którego bezimienny główny bohater prowadzi na deskach sceny zażartą psychomachię. Świadkami tych wewnętrznych zmagań, złych i dobrych wyborów, są widzowie obserwujący przedstawienie. Każdy z nich miał ujrzeć w głównym bohaterze samego siebie i niejako "na własnej skórze" zaznać radości Nieba lub płomieni Piekła.

Puste, wyjałowione, cielesne (w wielu rozumieniach i na wielu płaszczyznach) życie głównego bohatera powieści Rotha być może być przestrogą. Ostrzeżeniem przed dramatem egzystencji pozbawionej choćby namiastki duchowości (nie wspominając już o praktykowaniu wiary), której nie zastąpią ani kruche skażone pretensjami relacje rodzinne, ani dawni partnerzy w interesach, ani przelotne miłostki.

Książka doskonała, ale na najważniejsze pytanie ("Co z nami będzie, gdy wyłączą światło?") Roth jednak nie odpowie.

Średniowieczne moralitety były w tej kwestii chyba odważniejsze...

wtorek, 26 grudnia 2017

Trzeba umieć obijać sobie mordę, czyli "Dziennik zimowy" Austera

Nie lubię wspomnień. Czyichś. Sam to bym się pławił w przeszłości, mitologizował, uwznioślał, sto wierszy napisał o dzieciństwie i dziesięć opowiadań o dojrzewaniu. Natomiast obcych ludzi przeszłości są dla mnie jak obce mieszkania, w których często przeszkadzają mi nieokreślony ale charakterystyczny zapach, egzotyczne reguły życia, rodzinne powiedzonka, których nie rozumiem. "Wszystko, co nie jest mną, jest obce" - napisał kiedyś Louis Aragon w "Przygodach Telemacha" i słowa te jakoś nieźle definiują jakąś część mnie samego i moje wybory czytelnicze.

Bronię się przed pogrążaniem się w cudzych wspomnieniach, gdy są one tylko i wyłącznie zapisem czyjejś przeszłości, nie mają literackiego szlifu, nie są efektem kreacji, gry z odbiorcą, nie odsączono z nich banału, trywialności i szlamu codzienności. 

Co innego, gdy za pisanie wspomnień zabiera się powszechnie uznany literat. Powinniśmy mieć nadzieję na to, że będzie on układał przed nami swoje wspomnienia tak, jak się układa pasjans - każda karta trafi w końcu na swoje właściwe miejsce. Każdemu wydarzeniu nada się sens, każde zwiąże z poprzednim i następnym. Wymagam więc od memuarysty kreacji, nie zaś wiernopoddańczej w stosunku do życiorysu relacji. Powtórzę - wspomnienia to dla mnie przede wszystkim organizacja, by uczynić z opowieści o własnym życiu opowieść właśnie.

Czytam więc "Dziennik zimowy" Paula Austera. Ten amerykański pisarz cieszy się w Polsce popularnością, chociaż dla mnie będzie on zawsze symbolem najgorszych postmodernistycznych tradycji. Nawet jego najważniejsze dzieło ("Trylogia nowojorska") wydało mi się atrakcyjnie opakowaną pustką; wystarczyło podrapać paznokciem, by przebić się przez warstwę pudru, różu i szminki, którymi Auster upiększał swoje nijakie córki. Być może jestem niesprawiedliwy, ale tak właśnie go odbieram.



"Dziennik zimowy" trafił przez przypadek w moje spracowane ręce i kilka dobrych lat czekał na półce. Wziąłem, myśląc sobie, że "o ho ho, mam kontakt z wyższą literaturą, zobaczymy, jak na tym wyjdziemy - ja i ona." A więc nie wyszło nam to na dobre...

Książka jest najzwyczajniej w świecie nudna, a autor nie potrafił zaleźć żadnego czytelnego i poprowadzonego konsekwentnie konceptu, który pozwoliłby mu zamknąć doświadczenia sześćdziesięcioletniego życia. Zrazu wydaje się nam, że wspomnienia zostaną poprowadzone przez opisy kolejnych metamorfoz ciała (opisy ran, blizn, zmieniających się potrzeb, dojrzewania, symptomów starości) - proste to i skuteczne, miejscami widowiskowe. 

Jednak pisarz zostawia nie wiedzieć czemu swoje ciało i zaczyna pleść opowieść rozpinając wątki na innej już ramie - pojawia się kilkunastostronicowa, obłędnie monotonna litania adresów, pod którymi pomieszkiwał Auster. Każde mieszkanie lub dom łączy się z jakimś drobnym wydarzeniem, zaś to niemal nigdy nie mówi niczego istotnego na temat życia pisarza - a to jakaś kłótnia z sąsiadami, a to opis widoku zza okna, a to kilka scenek rodzajowych podkreślających koloryt lokalny zamieszkiwanego miejsca. Takie notatki na marginesach umów wynajmu.

I tu kolejna wolta - długie passusy na temat rodziców Austera. Kolejne małżeństwa matki, związki ojca. Opisy charakterów, wad, zalet, słabości. Niczym niewyróżniające się postacie, które gdyby pojawiły się w "prawdziwej" literaturze, byłyby bezbarwne jak krupnik i istotne niemal wyłącznie dlatego, że umarły i osierociły autora wspomnień. 

A ha, a pomyślcie jeszcze o tym, że Auster pisząc autobiografię niemal całkowicie pomija swoją twórczość. Ta osobliwa strategia miałaby szansę powodzenia, gdyby życie pozaliterackie pisarza byłoby w jakimś stopniu fascynujące lub fascynująco zostałoby opisane. Niestety, Auster spektakularnie skiksował i gdyby ktoś chciał przy pomocy "Dziennika zimowego" pogłębić wiedzę o pisarstwie być może ulubionego autora, może się rozczarować. Podobne rozczarowanie czekałoby fanów takiego Andrzeja Gołoty, który w swojej potencjalnej autobiografii skupiłby się na opisie prywatnych fascynacji czytelniczych zamiast na tajemnicach i zawiłościach zawodowego boksu.

Czytałem ostatnio takie zdanie: "In some ways, writing a memoir is knocking yourself out with your own fist, if it’s done right", co nieudolnie tłumaczę tak "Jeżeli człowiek pisze wspomnienia we właściwy sposób, przypomina to pranie się po pysku własną ręką." Fakt, parę razy Auster dał sobie  mocno po mordzie - bez większego zażenowania opisuje kontakty z paryskimi prostytutkami, przygodne powierzchowne fascynacje, aborcję, do której namówił jedną z zaciągniętych do łóżka dziewczyn, choroby weneryczne... 

Być może szczerość jest dla kogoś wartością samą w sobie, dla mnie jednak tego typu wynurzenia trącą już pewnym ekshibicjonizmem, z którym kompletnie jest mi nie po drodze. Granicę intymności i smaku można łatwo przekroczyć, a Auster nakazuje swoim wspomnieniom poruszać się czołgiem...

Nie, to nie jest dobra książka, chociaż i z niej dało się wykroić kilka niezepsutych i dojrzałych elementów. Zapamiętać na całe życie:
  • "Nigdy nie zmarnuj żadnej okazji, żeby się wysikać."
  • Francuzi to prawdziwe gnojki.
  • Czasy, gdy wszędzie można było palić papierosy, były lepsze, niż czasy, gdy nigdzie nie można palić.
Cóż, chyba nic więcej nie zostało do dodania. Nie polecam, bo słabych książek popularnych autorów jest wystarczająco dużo. A z drugiej strony rzadko można trafić na tekst, z którego pisarz wypreparował poczucie humoru, komizm lub zwykłe ludzkie ciepło. Już więcej tych wartości znajdziecie w "Procesie" Kafki niż w "Dzienniku zimowym."

Odrzucił mnie Auster-pisarz, który zrobił naprawdę dużo, by obrzydzić Austera-człowieka. I niech to będzie pointą tych cierpkich rozważań.

czwartek, 21 grudnia 2017

Pomału, pomału, czyli "Powolność" Kundery

Zraziłem się kiedyś do Kundery, a rana była o tyle głęboka, że zadano ją ostrzem rozczarowania. "Nieznośna lekkość bytu" była powieścią fenomenalną, hipnotyzującą, natomiast chwycone w porywie zauroczenia "Życie jest gdzie indziej" wkurzyło mnie i tyle. Na całe lata odwróciłem się od czeskiego pisarza, by niedawno sięgnąć po "Powolność" - specyficzną powieść-esej - i znów cieszyć się poważną literaturą, nie zaś gatunkowym czytadłem. 

"Powolność" przygląda się fenomenowi konającej na naszych oczach powolności właśnie. Po-wolność, swoboda snucia się, łazikowanie, włóczęga, sobiepaństwo. Jako że taka postawa jest mi wyjątkowo bliska, z entuzjazmem wczytywałem się w peany, jakie Kundera wygłasza na temat tytułowego zjawiska. Czytałem i coraz wyraźniej docierało do mnie, że ów powolny tryb życia, świat chyba już na zawsze odszedł do przeszłości. Ten nasz świat, więzienie, które sami sobie postawiliśmy, nie ułatwia życia niebieskim ptakom, co to nie sieją, nie orzą, a Pan dba o nich. Cóż, mamy to, co mamy.



Kundera na mocy praw danych mu przez literaturę, łączy z sobą twardy realistyczny, chociaż ociekający groteską obraz współczesnego człowieka z eseistyczną refleksją o naturze polityki, o relacjach damsko-męskich... Czarny humor zabarwia poszczególne sceny, intertekstualne gry spinają kolejne partie książki, odrobina uroczego realizmu magicznego przenosi opowieść w rejony prawdziwie poetyckie, strzępy typowych dla Kundery refleksji o losach emigrantów z Europy Środkowej na Zachodzie... Uff... Trzeba maestrii czeskiego prozaika, by w tekście nie mającym nawet dwustu stron spleść te wszystkie elementy w ciasny powróz i spętać nim uwagę czytelnika.

A gdyby ktoś mnie zapytał: "No dobra, ale o czym to wszystko jest?", odpowiedziałbym tak: "Kundera opisuje dwie równolegle dziejące historie - osiemnastowieczny króciutki romans pewnego młodego mężczyzny, który uwodząc piękną arystokratkę, nie do końca jest świadomy tego, że sam bierze udział w o wiele większej intrydze; romans sam w sobie nie jest istotny, ważne jest jego celebrowanie, zestaw obowiązkowych niedomówień, figur, gestów, jakie musi wykonać kochanek, zanim zaciągnie kobietę do łóżka. To jest oblicze owej powolności, na którą mogli sobie kiedyś pozwolić (dobrze sytuowani) ludzie... Jednocześnie poznajemy groteskową opowieść o zalotach współczesnych nam bohaterów - średniej klasy polityk uwodzi młodszą naiwną pannę, a ich finalny stosunek na brzegu hotelowego basenu staje się śmieszno-strasznym zwieńczeniem erotycznej degrengolady, o której czytamy. 

Dodajmy, że akcja obu historii dzieje się w tym samym miejscu (wspólny mianownik) - w zamku (XVIII wiek) zamienionym dziś na hotel."

Nie ma chyba sensu opisywać wszystkich drobnych uchwyconych przez Kunderę gestów, myśli, drgnień egzystencji - autorowi nie trzeba wiele słów, jego proza miewa gęstość i substancjalność poezji. Do tego wszystkiego dodajmy jako obecność (powiedzmy) autora, który również w rzeczonym hotelu przebywa i daje upust swojej fantazji,wyobrażając sobie opisaną w "Powolności" historię. Powieść zaczyna więc apetycznie pachnieć nie tylko autotematyzmem, ale również czynnik oniryczny daje się łatwo zlokalizować.

Dodam jeszcze jedno - dawno nie czytałem tak dobre opisanego spleenu po nieprzespanej upojnej nocy. Obojętnie, czy wyczerpuje nas pijaństwo, noc z kochanką, czy dławiąca bezsenność (co gorsze? nie wiem), rankiem i tak dochodzimy do siebie w oparach mgły, w ciszy, wilgotni od rosy. Podnosimy się i ruszamy powoli dalej...

środa, 20 grudnia 2017

Beznadzieja nadziei, czyli "Stacja tranzytowa" Simaka

Jeżeli można posługiwać się taką kategorią jak "fantastyka humanistyczna", to "Stacja tranzytowa" Simaka będzie się w 100% wpasowywać w podobne kryterium. W tej wydanej w 1963 roku klasycznej już powieści "czuć powiew wielkich problemów", które science fiction starała się nazywać i rozwiązywać przy pomocy dostępnych sobie narzędzi, rekwizytów i chwytów fabularnych. Pomimo tego, że mam słabość do tego typu w końcowym rozrachunku pocieszających historii, coraz trudniej przychodzi mi tolerować podobne wizje, które łączą w sobie achetypiczny dla gatunku obraz Ziemi jako peryferii Wszechświata oraz samego Wszechświata, który uparł się widzieć w naszej zapyziałej planecie jakiegoś istotnego gracza na skalę kosmiczną.

Okładka, przyznaję, dobra.

Gdyby ktoś się pogubił na tym etapie moich rozważań, już tłumaczę. Bohaterem powieści jest niejaki Enoch Wallace, który nie starzeje się od czasów wojny secesyjnej. Żyje w małym domku gdzieś tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, nikomu nie wchodzi w paradę, nie rzuca się w oczy. Jego pozornie bezbarwna egzystencja zwraca na siebie uwagę odpowiednich służb, które zauważyły, że nasz bohater regularnie (korespondencyjnie) sprzedaje szlachetne kamienie i od dekad prenumeruje ważniejsze periodyki. Aha, jeszcze jedno - w jego chałupie znajduje się stacja tranzytowa, w której zatrzymują się w swojej podróży przez międzygwiezdne otchłanie mieszkańcy innych planet. Taki tam drobny szczegół, nic nadzwyczajnego przecież...

Dlaczego Wielkie Siły wybrały sobie akurat Enocha, by był jedynym Ziemianinem wtajemniczonym w kosmiczne podróże? Dlaczego akurat jego dopuszczono do wiedzy przekraczającej możliwości poznawcze człowieka? Simak tłumaczy to wyjątkowymi walorami charakteru postaci. Wallace jest wybitnie moralny, tak bym to napisał w skrócie i w sumie pisząc te słowa już w nie nie wierzę. Nie dlatego, że jestem cynikiem, ale dlatego, że to zbyt proste, zbyt łatwe. To wytrych. A jedyną dopuszczalną okolicznością, która usprawiedliwia tego typu rozwiązania, jest paraboliczność opowieści. "Stacja tranzytowa" przypowieścią jednak nie jest, ergo w głównego bohatera nie wierzę i koniec.

Do pewnego momentu powieść czyta się bardzo przyjemnie.Opisy istot odwiedzających tytułową stację są niebanalne i przyjemnie łaskoczą wyobraźnię. Próby, jakie podejmują sąsiedzi Enocha, by włamać się do jego domostwa, również należą do najlepszych w całej książce. Czuć nerw, napięcie. Trzymamy kciuki za bohatera, który zmuszony jest do konfrontacji z agentami bezpieczeństwa oraz z głupimi i złośliwymi sąsiadami. Tak, to było satysfakcjonujące. Nawet bardzo.

Jednak Simak w pewnym momencie zabiera wycieczkę tam, gdzie szybko przestało mi się podobać. Stacja staje się zarzewiem potencjalnego konfliktu pomiędzy włodarzami kosmosu a Ziemią, która (co najlepsze) nie uświadamia sobie powagi sytuacji. W sumie niczego sobie nie uświadamia, ponieważ o stacji wie w sumie tylko Enoch... Powieść staje się pompatyczna, duszno się robi od powinności, obowiązków i odpowiedzialności, jaka spoczywa na naszej planecie z powodu rzekomej przynależności do Wielkiej Kosmicznej Rodziny. 

Nie lubię tak. Nie lubię, gdy skromna opowieść żegluje nagle w stronę potężnych na skalę Wszechświata problemów. Gdybym był takim Simakiem, napisałby historię o peryferyjnym zawiadowcy kosmicznego ruchu, który musi zmagać się z wrednymi sąsiadami (typowymi amerykańskimi red necks) i z wścibskimi służbami, które nie mogą rozgryźć zagadki wiecznej młodości bohatera. Pokazałbym ciężar, jaki od dekad niemal musi nosić ktoś wybrany do roli, która ostatecznie mu obrzydła. 

Autor jednak wpompował w "Stację tranzytową" za dużo nadziei. Całość kończy się dobrze, łagodnie, niemal idyllicznie. Nowe słońce ma szansę wstać nad ludzkością, która być może swoje błędy zrozumie i właściwy użytek zrobi z rozumu, który posłuży człowiekowi nie do projektowania coraz bardziej śmiercionośnych broni, ale ku dobru piąć się będzie. 

Przyznam bez bicia, że klasyk gatunku broni się nie najgorzej, a moje zarzuty do czepianie się kogoś, kto w literaturze woli unhappy endy. Gdybym skupił się bardziej i pogłówkował dłużej, być może ładniej ubrałbym w słowa to, co mnie drażniło. 

Porzućcie jednak nadzieję na to, że będę miał dosyć cierpliwości...