poniedziałek, 27 października 2014

Bądźcie płodni, czyli "Zamknięty świat" Silverberga

Ależ dziwacznymi ścieżkami błądzić mogą myśli czytającego… Siedzę sobie z „Zamkniętym światem” Silverberga i nagle kołują mi w głowie takie cuda: książka ukazała się w 1971 roku, jesteśmy tuż za progiem rewolucji obyczajowej, która uruchomiła lato miłości, dzieci-kwiaty, Woodstock, fale studenckich strajków, a także wprowadziła na rynek w 1966 roku pigułki antykoncepcyjne. Z drugiej strony swoje działa wytacza Watykan, publikując encyklikę Pawła VI „Humanea Vitae”, w której piętnuje się wszelkie nienaturalne metody regulacji poczęć, czym niejako powtarza biblijne wezwanie do bycia płodnym i rozmnażania się. Dodajmy do tego koktajlu docierające do nas z głębin XIX apokaliptyczne przepowiednie Malthusa, który wieszczył zagładę ludzkości, jeżeli ta nie poprzestanie na modelu rodziny „2+2.” I nie chodziło mu o mężczyznę, kobietę, kota i psa…

Wydaje się, że wszystkie te konteksty znalazły w powieści Silverberga wyjątkowo apetyczny wspólny mianownik. Autor zbudował klasyczny dystopijny porządek. Akcję umieścił w 2381 roku. Ziemię zaludnił 75 miliardami ludzi, których spakował w olbrzymich, wysokich na 3 kilometry budowlach zwanych monadami.

Ludzie kierowani świętym obowiązkiem mnożą się na potęgę, zawierają małżeństwa w wieku kilkunastu lat, by w ciągu kilku kolejnych zafundować sobie 5-6 dzieciaków. Ba! W ciasnych monadach zlikwidowano całkowicie „wyłączność cielesną” partnerów, więc noc w noc można pakować się do łóżek przypadkowym osobom i za obopólną zgodą (odmowy są źle widziane) współżyć bez najmniejszych konsekwencji.

Autor nieźle świntuszy. Opisy seksu, dość naturalistyczne, dodajmy, stanowią sporą część książki i gdyby jakiś ambitny filmowiec pokusił się o jej adaptację, mielibyśmy do czynienia z (bodajże) pierwszą poważną próbą połączenia filmu pornograficznego z fanatyczno-naukowym.

Filmowy (w duchu poetyki choćby Roberta Altmana) zdaje się być też sposób prowadzenia narracji. Nic nas nie pcha od punktu A do punktu Z. Odwrotnie – czytamy o kilku dniach z życia grupki bohaterów, których losy splatają się z sobą (sami bohaterowie splatają się również, gdyż prowadząc wybujałe seksualnie życie, prędzej czy później muszą natknąć się na siebie…) Poszczególne historie uzupełniają się wzajemnie, każdorazowo odsłaniając inny wymiar dystopijnego świata. Pokazując inne okaleczenia, inne rany, jakie zadaje człowiekowi życie w wyżej opisanym ekosystemie.

Z drugiej zaś strony spora część postaci kwitnie i owocuje pod sztucznym słońcem monady 116. W pełni akceptuje reguły, przyjmując je za oczywiste i naturalne. Nieliczni tylko nieszczęśnicy, wyalienowani, przygnieceni klaustrofobią mają dwa wyjścia: albo poddać się inwazyjnej psychoterapii, albo zginąć, kończąc w tak zwanej zsuwalni.

Nie łudźmy się – nic nie rozbije tego świata, nie będzie sabotażu, rewolucji, pierwszych jaskółek innego ładu społecznego. Ten świat jest dosłownie zamknięty.



Czym więc jest ta powieść Roberta Silverberga? Kwaśną satyrą? Groteską wycelowaną w wartość płodności? Krytyką rozpasania seksualnego lat 60? A może (co brzmi chyba najgroźniej) przypominać ma nam, że wolni jesteśmy i tak tylko w obrębie wyraźnie zarysowanych granic? Nie wiem i bardzo dobrze, że nie wiem, bo świetna książka nie powinna zamykać interpretacji zbyt wielu drzwi.


Na koniec perełka – każdy z poziomów monady mieszkalnej nosi nazwę pochodzącą od któregoś z nieistniejących w 2381 roku miast. Elita żyje bodajże w Louisville. A gdzie żyją robole, plebs, ciemna masa? Tak, w Warszawie…

wtorek, 14 października 2014

Niedyskretny urok odgrzewanych dań, czyli "Czerwone liście" Simons

Kiedy w piosence zespołu PULP „TV movie” padają słowa:

Without you my life has become a hangover without end.
A movie made for TV: bad dialogue,
bad acting, no interest.
Too long with no story & no sex.

nie mogę nie pomyśleć o nadesłanej mi do zrecenzowania powieści kryminalnej „Czerwone liście” Paulliny Simons. Stan, o którym śpiewa Jarvis Cocker, to bolesne i dojmujące poczucie porzucenia/tęsknoty zamieniające życie w parodię życia. Złe dialogi, złe aktorstwo, licha fabuła, dłużyzny, brak scen łóżkowych. Wszystko to jak ulał pasuje do tej nieszczęsnej książki. (Oprócz seksu, opisanego w sposób drętwy, nijaki, bezpłciowy…). Przeżyłem w życiu sporo rozstań i kac, jaki po nich miałem był podobny do tego, jaki pozostał po „Czerwonych liściach.”

Wielbicieli powieści kryminalnych ciężko zaskoczyć czymś nowym. Starzy wyjadacze spróbowali już zapewne każdej możliwej wariacji. Począwszy od klasycznych Sherlocków i Herculesów, skończywszy na wciąż penetrujących granice gatunku kryminałach skandynawskich. Liczba możliwych odmian jest przeogromna, co świadczy o uniwersalności formuły, a z drugiej strony grozić może zalewem dzieł w przedziwny sposób zniekształcających ramy kryminału, wtórnych, nieudanych, banalnych.

Ostatnia uwaga odnosi się niestety do powieści Paulliny Simons pt. „Czerwone liście” – książki nudnej i niewnoszącej niczego nowego do skarbnicy gatunku. Dzieła, które realizując wszelkie prawidła tworzenia kryminałów, rozczarowuje i na szczęście dość szybko ulatnia się z pamięci czytelnika.

Pierwszą część książki (bagatela, około 150 stron!) stanowi monotonna, pozbawiona tempa ekspozycja. Poznajemy bohaterów, którym szybko zaczynamy życzyć śmieci, gdyż są nieziemsko antypatyczni. Połączeni podejrzanymi związkami uczuciowo-miłosnymi prowadzą najczęściej miałkie rozmowy zbyt wolno posuwające akcję do przodu. Scena kawiarnianej rozmowy przyszłej ofiary mordercy z policjantem, który będzie mordercę śledził, jest tak upiornie „o niczym”, że mogłaby się z powodzeniem znaleźć we francuskim filmie nowofalowym. W kryminale, gdzie w sumie większość scen powinna nam coś sugerować lub ukrywać w sobie tropy, do których będziemy wracać odtwarzając okoliczności zbrodni, jest nie-do-pomyślenia. To takie żałosne obyczajowe ćwierkanie. 



Jeżeli ktoś w tym momencie nie odłoży książki, doczeka się na główne danie, którym będzie śmierć jednej z bohaterek. Wkrótce sympatyczny detektyw zabierze się za tropienie mordercy, a autorka zacznie przyrządza swoje dzieło wedle znanych i ponoć gwarantujących sukces receptur. Korzenie tajemnicy morderstwa tkwić będą głęboko w przeszłości, znajdzie się grono podejrzanych, wśród których każdy będzie miał powód, by uśmiercić nieszczęsną ofiarę. Śledzić będziemy mozolne śledztwo, w trakcie którego odsłonią się przed nami kolejne warstwy prawdy.

Nie spodziewajmy się jednak fajerwerków. Ta powieść jest co najwyżej przyzwoita i dziś, gdy od kryminału wymaga się nowatorstwa, nieszablonowych postaci, karkołomnych fabuł lub chociażby świetnie zarysowanego tła obyczajowego, razić może swoją poprawnością, stylistyczną nijakością, bezbarwnymi postaciami, scenami, które doskonale znamy z oglądanych jednym okiem telewizyjnych kryminałów. Drugim okiem przypatrujemy się bijącym się ze sobą dzieciom lub podziwiamy sprawność, z jaką sąsiadka wprowadza samochód do garażu…

Dodajmy, że „Czerwone liście” Paulliny Simons pierwotnie ukazały się w 1996 roku. W Polsce pierwszy raz znajdują swojego tłumacza, wydawcę i czytelnika w 2002, potem w 2014 roku. To dość zastanawiający fakt, który może potwierdzać moją małą spiskową teorię – mamy do czynienia z klasycznym przykładem odgrzewanego kotlet ze średniej jakości jadłodajni. Nie polecam.

czwartek, 2 października 2014

Na blogi recenzenckie

Kiedyś obiecałem sobie, że umieszczać na moim blogu będę tylko i wyłącznie omówienia książek, szkice, esejopodobne opowieści o lekturach, wreszcie recenzje, które spełniać będą wszelkie wymogi gatunku. Nie chciałem bawić się w teoretyzowanie na temat polskiej blogosfery książkowej, gdyż w innych miejscach dawałem upust pewnym przekonaniom. Teraz jednak zbieram do kupy swoje obserwacje z nadzieją, że nade wszystko samemu sobie jasno wytłumaczę, dlaczego nieziemsko irytuje mnie rodzime środowisko książkowych blogerów.

BLOGI NA PIASKU

Pięć lat polonistyki, setki przeczytanych książek, dziesiątki artykułów, setki haseł ze słowników, kurz z bibliotek, toner z ksero… Cała ta patologia, która zabija miłość do książek i nakazuje robić sekcje zwłok ukochanym istotom. Tak, tak kiedyś wyglądało. Stara dobra szkoła, której reżim zamieniał pasjonatów w chłodno analizujących teksty (mam nadzieję) zawodowców. Filologów.

Pod koniec studiów żonglowaliśmy pojęciami i terminami. Czytaliśmy na poziomie daleko wyższym i głębszym niż 5 lat wcześniej. (Mam przynajmniej nadzieję, że tak było.) Jeżeli coś nam się podobało, wiedzieliśmy dlaczego. Jeżeli coś odrzucało, również potrafiliśmy to nazwać, rozłożyć na elementy podstawowe. Mieliśmy narzędzia, którymi podważało się zamkniętą strukturę tekstu. Szło się na oślep. Często fałszywie interpretowało, rozumiało opacznie, jednak raz użyte narzędzia za każdym następnym razem spisywały się lepiej. Praktyka. Tak, na pewno.

Większość „recenzji” polskich blogerów książkowych nie zdradza najmniejszych nawet znamion znajomości teorii literatury. Ba! Kolejne i kolejne recenzje poszczególnych blogerów budowane są na tym samym grząskim piaszczystym gruncie, jakim jest satysfakcja lub brak satysfakcji czytelniczej. Próżno szukać choćby tak podstawowych kwestii jak świadomość gatunku opisywanej książki, rozumienie kontekstów okołoliterackich,  powoływanie się na tradycję… Sprawę załatwiają tzw. „misie” – „mi się podobało, polecam”, o wiele rzadziej „mi się nie podobało.” Prywatne gusta i guściki, pielęgnowane przeświadczenie o tym, że należy dać pierwszeństwo odczuciu, płynnym nastrojom, subiektywnym peanom lub zawodzeniom, zastępują obiektywny rzetelny ogląd sytuacji.

W sumie zignorować można ignorantów, co też robię za każdym razem, gdy czytam „recenzje” poskładane na poły ze streszczenia książki, na poły z przymiotników opisujących życie wewnętrzne „recenzenta” kwitnące za sprawą „urzekających historii”, pożądanej gramatury papieru i kolorowej okładki.

Zignorować nie można jednak cielęcego samozadowolenia ludzi, którzy pisząc o książkach nie mają zielonego pojęcia o czymś więcej niż to, jak połączyć przeczytane litery w sylaby, sylaby w wyrazy, wyrazy  w zdania i tak dalej…

FORMA? TAK, MAM KILKA W KUCHNI

Jedną z oznak szacunku dla czytelnika jest nie tylko kwestia tego, CO się pisze, ale również tego JAK się to robi. Forma, fundamentalny przecież element struktury każdej wypowiedzi, w przypadku absolutnej większości blogerów książkowych NIE ISTNIEJE. Przepraszam, istnieje, zamykając całą wypowiedź w jednym okrutnie nudnym, przewidywalnym i banalnym kształcie. Teksty są „kwadratowe”, wyprane z jakichkolwiek konceptów, pomysłów, zabiegów formalnych, zabójczo jednakowe. Brak indywidualnego piętna autora tekstu, nieistnienie jakichkolwiek ryzykownych dywagacji, dygresji przeróżnej natury, które pozwalałyby widzieć książkę w szerszej perspektywie, razi jak oglądanie zjeżdżających z taśmy fabrycznie nowych nocników. Choć w różnych kolorach, każdy jest identyczny.

W najlepszym razie o lenistwie intelektualnym świadczy ta dojmująca monotonia. Rozumiem, że komuś może się nie chcieć. Nie każda recenzja musi być wszak zaskakująca formalnie. Nie każda musi łączyć różne wszechświaty. Nie zawsze trzeba odbiorcę ująć, rozbawić, zaciekawić, porwać… Czasem trzeba napisać porządny wstęp, solidne rozwinięcie i silniejsze wnioski, bez bawienia się w cuda na kiju.

Jednak gdy wykluczymy lenistwo, pozostaje nam coś gorszego – brak predyspozycji intelektualnych, nazywając rzeczy po imieniu. Są ludzie, którzy choćby tydzień myśleli nad tytułem recenzji, nie wymyślą niczego. Tak to wygląda, moi drodzy.

NIE MA KSIĄŻEK BRZYDKICH, TYLKO…

Nie czarujmy się – światek blogów recenzenckich trawi ta sama choroba, co inne przestrzenie, w których jedni ludzie mówią drugim, co jest dobre a co złe. Patologicznych wymiarów wręcz nabiera przesadna ostrożność, z jaką blogerzy wyrażają swoje zdanie. Żyjąc (w Sieci) dzięki książkom, często nie ryzykują, by podcinać gałąź, na której chcą siedzieć i czerpać z tego siedzenia profity. Któż, mając podobne nastawienie, zrówna z ziemią książkę, którą za darmo otrzymał od wydawnictwa lub od portalu czytelniczego, z którym współpracuje? Pojawia się wtedy uroczy mechanizm samooszukiwania się lub oszukiwania odbiorców recenzji.

„Nie ma złych książek, są tylko nietrafieni czytelnicy” – mawia się na mieście. Nie ma książek źle napisanych, nudnych, banalnych, wtórnych, głupich, wulgarnych, anachronicznych. Krótko mówiąc, nie ma książek chujowych póki dostaje się je za darmo.

BO LUBIĘ I JUŻ

Motywacja zdaje się najlepiej i najszybciej rozgrzeszać każdego, kto pisze o książkach i robi to w sposób fatalny, mierny lub nijaki. „Kocham czytać i pisać, więc jakim prawem mnie oceniasz!” – taką kwestię często spotykałem, gdy pod czyjąś recenzją zdarzyło mi się umieścić negatywny komentarz. Przewrażliwienie środowiska domorosłych blogerów na swoim własnym punkcie jest ogromne. Wytknięcie (nawet życzliwe) komuś błędów, nieścisłości, nierzetelności zbyt często kończy się jatką. I niemal za każdym razem słychać oburzony ton kogoś, kto uważa, że pasja, z jaką oddaje się książkom, POWINNA usprawiedliwić KAŻDĄ niedoróbę recenzencką. 

Nie muszę chyba dodawać, że „lubienie czegoś” nie oznacza tego, że automatycznie zostajemy ekspertami w danej dziedzinie. To jest tylko pierwszy krok. Dla większości blogerów książkowych pierwszy i ostatni.

KOŃCZĄC,

piszący te słowa nie rości sobie żadnych pretensji do bycia jakimkolwiek arbitrem elegancji. Odwrotnie, piszę pielęgnując swój mały ogródek, robiąc swoje po prostu.

Być może nieliczni odbiorcy mojego bloga oskarżą mnie o bufonadę, o zrzędzenie, o niczym nieusprawiedliwione poczucie wyższości. Cóż, w czasach terroru subiektywizmu, w czasach, gdy „każdy swoją rację ma”, posiadanie poglądów może zakończyć się oskarżeniem o intelektualny faszyzm. Trudno, jakoś trzeba będzie sobie poradzić z tym odium.

środa, 10 września 2014

Szczygłopodobnie, czyli "Samotność Portugalczyka" Klementowskiej

Portugalia, jak zresztą większość krajów Starego Kontynentu, obłożona jest klątwą pewnych stereotypowych, głęboko zakorzenionych w świadomości obiegowych obrazów i skojarzeń, które najczęściej nie mają niczego wspólnego z prawdziwym obrazem danego miejsca, ludzi w nim żyjących oraz jego historii. Szlachetną pracę wykonują więc ci, którzy starają się zajrzeć pod powierzchnię tego, co oferują nam biura podróży i kolorowe foldery. Z założenia unikają oni miejsc skażonych masową turystyką. Penetrują peryferia. Starają się spojrzeć nie tylko szerzej, ale i głębiej. Podobną ambicją kierowała się z pewnością Iza Klementowska, autorka zbioru reportaży pt. „Samotność Portugalczyka.” Po przeczytaniu tej książki opisywany przez nią kraj na zawsze może przestać się kojarzyć tylko z fado oraz Cristiano Ronaldo…

Klementowska rzetelnie odrobiła lekcje z historii Portugalii i pokazała bolesne, wstydliwe a czasem chwalebne karty z jej dziejów. To kraj, który przez kilkaset lat istniał jako potężne imperium wzmocnione rozlicznymi koloniami, a skurczył się do rozmiarów dziesięciomilionowego państwa. Kraj objawień fatimskich, ponurej dyktatury Salazara, koszmaru wszechwładnych tajnych służb. Terytorium, na którym na stałe zadomowił się smutek, dziwna nostalgia za niegdysiejszą wielkością i duma, która zmusza Portugalczyków do akcentowania każdego sukcesu, jaki udało się osiągnąć.

Tam, gdzie Klementowska zmaga się z historią, tam „Samotność Portugalczyka” brzmi intrygująco i mocno. Najlepsze teksty swoją siłę zawdzięczają potędze przerażających historii, osobistych świadectw bohaterów zaplątanych w meandry historii kraju. Z zgrozą czytać możemy o mrocznych mechanizmach władzy, o odczłowieczeniu, o przemocy i zbrodni. Także o odruchach buntu, które z czasem przerodziły się w tryumf nad materią zła. 

W tym momencie można litanię pochwał urwać... Uświadomiłem sobie, że siłą tej książki wcale nie jest niepowtarzalne pióro autorki, ale wydarzenia, które te pióro opisuje. A pióro to zbyt często kreśli obrazy w sposób bezosobowy, beznamiętny. Dostajemy do rąk produkt, który mówi nam wiele (i chwała mu za to) o kraju położonym na "wylocie" Europy,ale mam wrażenie, że każdy miłośnik Portugalii przy odrobinie wysiłku potrafiłby złożyć podobną książkę. Wystarczyłoby pogrzebać w dobrych tekstach źródłowych i wio!

Autorka chciała również uchwycić coś tak eterycznego jak dusza Portugalii. Czy jej się udało? – możemy zapytać. Całość książki wieńczy cytat niemieckiego reżysera Wima Wendersa, który pracując nad filmem „Lisbon story”, doszedł do wniosku, że im dłużej wypatrywał ducha stolicy Portugalii, tym głębiej chował się on przez spojrzeniem obcokrajowca. 

Podobną refleksją można podsumować te partie książki, które chcą uchwycić nieuchwytne. Portrety ludzi, węzły ich losów Klementowska stara się opisać zgodnie prawidłami sztuki reporterskiej – paroma kreskami szkicuje swoich bohaterów, zwraca uwagę na detale, buduje widowiskowe skróty perspektywiczne, gdy pozwala o Portugalczykach mówić pomnikom, architekturze, przedmiotom, cmentarzom.

Jednak momentami ma się wrażenie, że zbyt daleko odsunęła się od swoich bohaterów. Robi się chłodno. Reportaże polskiej autorki zaczynają momentami przypominać ćwiczenia stylistyczne; bardzo dobre formalnie, ale nie wnoszące niczego nowego do tego, co już wiemy o świecie. 

Miłośnik popularnej w naszym kraju literatury faktu może czuć pewne znużenie tematem, gdyż „Samotność Portugalczyka” można czytać jako  kolejną opowieść o losach społeczeństwa, wcześniej udręczonego dyktaturą, teraz liżącego rany i oswajającego traumy. A takich historii miłośnicy reportaży wydawanych przez „Czarne” znają bez liku…




Dodajmy, że autorka dziękuje "naczelnemu polskiemu reportażyście", Mariuszowi Szczygłowi, za pomoc w powstaniu tej książki. Cóż, mam dość niejasne przeczucie, że Szczygieł ze swoją manierą reporterską zbyt mocno chyba Klementowką zainspirował i niektóre jej teksty wyglądają jak próby chodzenia w za dużych męskich butach.

Cokolwiek znaczyłaby ta moja dziwaczna metafora...

sobota, 30 sierpnia 2014

Emulgatory, wszędzie emulgatory, czyli "Światło cieni" Dębskiego

Czytam sporo starej polskiej fantastyki. Karmię tym potwora nostalgii, jaki zagnieździł się we mnie i zmusza do sięgania po starocie, które swoją młodość przeżywały wtedy, gdy i ja dzieckiem byłem. Kusi mnie ta przaśność, umowność, kicz, wiara w istnienie lepszej przyszłości, gdy rozstrzygnięcia naukowe pchną człowieka na drogę ku lepszemu życiu…

Rozwiązania fabularne bywają wymuszone, bohaterowie noszą dziwaczne jednosylabowe imiona/nazwiska, technologia łamie wszelkie prawa fizyki, ale jest coś, co nie pozwala mi zgasić miłości do tych często kulawych tekstów. One są stare i dlatego drogie mojemu czytelniczemu sercu.

Czasami zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje spotkanie z podobnym typem prozy, napisanym jednak dziś, tu i teraz. No i się dowiedziałem, niestety… Powieść „Światło cieni” Rafała Dębskiego to książka anachroniczna, źle skomponowana i stylistycznie płaska jak naleśnik. A zakręty fabularne i bohaterowie budzą słuszne skojarzenia z filmami klasy B i niżej…

Sam początek, a przecież nietrudno w s-f o miłą i intrygującą ekspozycję, razi  wtórnością, wygląda jak sponiewierany znoszony kombinezon roboczy. Na obcej planecie ląduje ziemska ekspedycja naukowa. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy – wojskowi piloci widzą kłębiące się wokół ich pojazdów żywe cienie, których jednak obecności nie rejestrują żadne urządzenia. Oho, myślę sobie – czeka mnie spotkanie  ze starą dobrą historią o kontakcie z pozaziemską inteligencją.

Dobrze, czytamy dalej, by spotkać drętwego głównego bohatera, którego szczegóły z życia, wspomnienia, rozważania niby mają uplastycznić tę postać,  ale guzik z tego wychodzi, bo nijak nie pasują do proponowanej fabuły i zdają się na siłę rozpychać książkę. Czytamy o dziwacznych, niezrozumiałych zachowaniach bohaterów, których zmusza się do tego, by na siebie wrzeszczeli bez powodu lub uprawiali ze sobą seks, również bez powodu. (Omijałem te zawstydzające fragmenty, chociaż z reguły sceny erotyczne czytam po kilka razy…)

Nawet zagadka cieni, o której czytamy przez większość powieści i która powinna nas zaintrygować, jest tak rozczarowująca i tak karygodnie rozwiązana, że czytelnik może jedynie machnąć ręką: „E tam, takie coś?” – mruczy zdegustowany.

Chyba nic nie mogłoby uratować tej książki – jej słabość nie tkwi w jednej pojedynczej przypadłości. Ona cała jest skażona jakimś okrutnym grzechem pierworodnym. Sam pomysł – rzecz fundamentalna – nie wytrzymuje próby konfrontacji z czytelnikiem. Jest po prostu nieciekawy, a wszelkie próby uatrakcyjnienia fabuły (zabójstwa, szaleństwo, konflikty, tajemnicze zjawiska) nie dają się w żaden logiczny sposób uzasadnić, stają się więc jałowymi spulchniaczami opowieści. Emulgatorami…




Nie polecam, chyba że dałoby się „Światło cieni” zekranizować w latach 80, a jedynym kanałem dystrybucji byłyby wypożyczalnie kaset video. I jeszcze jedno – całość jako lektor musiałby czytać Tomasz Knapik.

wtorek, 26 sierpnia 2014

I niech rozdziobią nas kruki, wrony, czyli "Wieczne życie" Heinricha

Nie wiem, jak zareagowałbym, gdyby przyjaciel poprosił mnie, bym po jego śmierci zostawił jego ciało w lesie na pastwę dzikich zwierząt. Nie wiem… Z podobną niecodzienną rozterką musiał zmierzyć się Bernd Heinrich, wybitny amerykański biolog, który w swoich książkach łączy głęboką erudycję, naukową dyscyplinę i filozoficzną zadumę, autor „Wiecznego życia.”

To niezwykłe dzieło błyskawicznie ustawia perspektywę, z jakiej autor obserwuje i analizuje fenomen życia i śmierci. Zaproponowana optyka niemal całkowicie pomija metafizyczne odniesienia, duchowość, religię, w których kontekście zwykliśmy myśleć o sprawach ostatecznych. Heinrich w bardzo przekonujący sposób uświadamia czytelnikom, że życie jako takie nigdy się nie kończy, a śmierć jest tylko momentem przejścia pomiędzy jedną formą istnienia a drugą. Taka właśnie perspektywa niemal całkowicie anuluje tabu, jakim jest koniec fizycznej egzystencji.

Ba! Heinrich idzie dalej; bierze na swój biologiczny warsztat obyczaje pogrzebowe starożytnych Egipcjan i w brawurowy sposób tłumaczy je cyklem rozwojowym żuka gnojarza. A to nie jedyny fajerwerk, jaki eksploduje w tym fascynującym zbiorze esejów.

(Ciekawe,nawiasem mówiąc, jak Heinrich zinterpretowałby opowieść o zmartwychwstaniu Chrystusa...)



W następujących po sobie rozdziałach zapoznajemy się z kolejnymi obserwacjami, jakie poczynił autor będąc świadkiem przeróżnych „śmierci.” Heinrich znajduje wspólny mianownik dla myszy, jelenia, słonia, wieloryba, drzewa, by połączyć te wszystkie organizmy w majestatycznym dance macabre, w którym rolę wodzirejów przejmują  żerujące na zezwłokach organizmy. To właśnie ci pogardzani przez nas padlinożercy utrzymują świat w równowadze, oddając Matce Ziemi nieocenioną przysługę, oddając jej doczesne szczątki doniedawnych gości.

Jak na rasowego biologa przystało, Heinrich wypełnia swoją opowieść rzetelnymi, zdystansowanymi historiami – taksuje rozkładające się zezwłoki, kataloguje spostrzeżenia, szkicuje kształty owadów. Jednak tylko na pierwszy rzut oka „Wieczne życie”  można uznać za trudną naukową książkę, która wymaga czasu i cierpliwości. Jest zupełnie inaczej, gdyż autor każdorazowo wplata w naukowe eseje bezcenny pierwiastek osobisty. Mnoży konteksty, wspominając swoje dzieciństwo i pisząc o własnych dzieciach, piętnując niszczycielskie ślady człowieka na Ziemi, finalnie zastanawiając się nad własnym pochówkiem.


Zwieńczeniem całej książki jest rzadkiej urody filozoficzny fragment, dzięki któremu mamy szansę obcować ze szlachetnej próby myślą. Śmierć jest wpisana w naturę świata, więc wzorem starożytnych filozofów powinniśmy przyjąć ją za oczywistość. Nie ma w niej smutku, grozy ani straty. Ona po prostu jest. 

środa, 13 sierpnia 2014

Porządnie naoliwiona powieść, czyli "Apasiopesis" Sawickiego

Żyje w konsumentach kultury pewien obiegowy obraz belle epoque, który łączy w sobie elegancję, delikatny rys romantyzmu, dystyngowane gesty, odruchy serca skrępowane konwenansem lub skażone nutą dekadencji. I jeżeli w taki wszechświat wkleimy owoce „nowoczesnej” myśli technicznej – maszyny, często nie samą parą napędzane, wynalazki rodem z robotycznych pracowni – otrzymujemy piękny, pachnący oliwą i błyszczący jak świeżo naoliwione tłoki świat przedstawiony.
Steampunk jest ładny. Jeżeli nasza wyobraźnia nie ma problemu z przekładaniem słowa pisanego na sekwencje obrazów, wtedy rozkoszować się będziemy światem szeleszczących krynolin, sukien zamiatających posadzki, gorsetów ściskających osie talie niewiast, dżentelmenów paradujących we frakach i cylindrach.

Ciężko polskiemu czytelnikowi nie wpasować rodzimej wersji steampunka w ramy, jakie zakreśla sobą pozytywistyczna literatura realistyczna, stąd też „Aposiopesis” Andrzeja Sawickiego czyta się doskonale, gdy znamy choćby pobieżnie realia takich dzieł, jak przykładowo „Lalka” Prusa.
Autor tłem przygodowo-szpiegowskiej powieści kryminalnej uczynił Warszawę drugiej połowy XIX wieku. Miasto niepodzielnie rządzone przez Rosjan, którzy, dysponując najnowocześniejszymi zdobyczami techniki, wybili Polakom z głów wszelkie mrzonki o kolejnej próbie wybicia się na niepodległość. Sawicki, tworząc coś na kształt powieści panoramicznej, kieruję uwagę czytelnika raz na eleganckie wnętrza opery, gdzie zbiera się elita Warszawy, innym razem na targowisko, gdzie możemy niemal poczuć zaduch gnijących warzyw. Plastycznie odmalowana rzeczywistość to mocna strona tej książki.
Główni bohaterowie to też nielichy zestaw ciekawych postaci. Piękna, chłodna, choć tęskniąca za romansem Prusaczka, która jako żołnierka w stanie spoczynku z godnością nosi na czole dwie śruby regulujące płynące w jej ciele życiodajne fluidy. Podkochuje się w niej polski inżynier, w którego ciało wszczepiono onegdaj układ mechaniczny, rozwiązując tym samym problem nawracających chorób płuc. Służącym inżyniera jest autentyczny dżin, który nie dość, że pamięta czasy biblijnych patriarchów, to na zawołanie potrafi zamieniać się w kłąb dymu.
Cała ta menażeria uczestniczyć będzie w zwariowanej przygodzie kryminalnej. Jej osią jest próba odnalezienia demona-mordercy, który zabił wysoko postawionego dyplomatę. Wypróbowany chwyt fabularny, jakim jest śledztwo, to tylko jeden z elementów tej powieści, bowiem bardzo szybko Sawicki dorzuca do paleniska fabuły kolejne drwa i kolejne epizody wybuchają z całą gwałtownością. Pościgi, strzelaniny, bijatyki… Jest to atrakcyjne, ale po pewnym czasie może budzić w czytelniku mieszane uczucia – wydarzeń okazuje się być paradoksalnie aż dużo. 
„Apasiopesis” wydaje się stać w rozkroku pomiędzy tęsknotą za stworzeniem dobrze umocowanego i opisanego alternatywnego świata, a chęcią poprowadzenia szybkiej pełnej zwrotów akcji fabuły. Sawicki stworzył interesujące mechanizmy rządzące rzeczywistością w jego powieści. Narrację prowadzi bardzo dobrze. Dokładnie opisany świat, jego detale, mniejsze i większe popisy wyobraźni autora, poczucie humoru, ironia, i ładnie wplatana intertekstualność nie dociążają powieści, której lekki styl może porywać. Pozwolę sobie więc wyrazić nadzieję, że „Apasiopesis” będzie pierwszą częścią serii przygód Henrietty von K., która pod koniec powieści opuszcza Warszawę, by podjąć się kolejnej, zapewne ryzykownej misji. Szkoda byłoby porzucić w tym miejscu tak ładnie dojrzewający świat przedstawiony…

wtorek, 5 sierpnia 2014

Teoretycznie klasyk, czyli "Kwestia sumienia" Blisha

Niektóre książki przychodzą w porę. Chcą nie chcąc zaczynają płynąć kursem równoległym do naszego życia. Komentują je dużo lepiej niż my byśmy to kiedykolwiek zrobili. Pointują je celnie. Zapowiadają to, czego my jeszcze nie widzimy, nie uświadamiamy sobie. Nie śnimy w najgorszych lub najlepszych snach. 

Cóż… Życie oferuje nam przecież pewną skończoną liczbę wariacji, więc niczego dziwnego nie ma w tym, że w końcu spotkają się ze sobą – książka ze swoim czytelnikiem. To czysta matematyka, żadnej magii. 

Nic więc dziwnego, że obserwując własną skorodowaną wiarę trafiłem na „Kwestię sumienia” Jamesa Blisha. Klasyczną powieść science fiction zaliczaną do nurtu teologicznego. Jednak gdybym miał odwołać się do optymistycznego przecież obrazu spotkania z książką, to z przykrością muszę stwierdzić, że „Kwestia sumienia” nie zapewniła mi miłego towarzystwa. Jej czytanie przypominało podróż z mało interesującą osobą, która z minuty na minutę coraz bardziej potwierdza nasze najgłębsze obawy – nie uciekniemy z tego przedziału przed końcem podróży, a ta będzie trwała i trwała…



Punkt wyjścia powieści jest co najmniej intrygujący – planeta Lithia zamieszkiwana przez gadopodobnych istoty, pozbawiona jest wszelkich patologii, jakich mamy w bród tu, na Ziemi. Nie istnieją zazdrość, przemoc, chciwość, pożądanie. Zło nie ma swojego korzenia…System moralny mieszkańców planety zdaje się być wszczepiony w genotyp. Wiodą spokojne, pozbawione napięć i konfliktów życie. 

Na planetę przybywa ziemska ekspedycja badawcza, w skład której wchodzi między innymi jezuita. Duchowny po dłuższej obserwacji tubylców dochodzi do przewrotnego wniosku, że niemożliwym jest, aby istniało Dobro, którego źródłem nie byłby Bóg. Ergo, Lithianie jako z gruntu istoty areligijne muszą być dziećmi samego Szatana… 

To dość łopatologiczne wnioskowanie głównego bohatera powieści poprowadzić mogłoby Blisha w kierunku ciekawych i niejednoznacznych wniosków, chociaż amerykański autor i tak nachalnie wpisywałby się w dyskusję, której ton narzucali francuscy egzystencjaliści. Blish mógł zapytać o źródło moralności. Czy istnieje ona w oderwaniu od Sacrum? Czy uniwersalna moralność może obejmować sobą nie tylko istoty ludzkie ale również istniejące potencjalnie we wszechświecie rozumne życie? Blish mógł, ale nie każdy Albertem Camusem się rodzi…

Na domiar złego tytułowa kwestia zbyt szybko rozmywa się w beznamiętnym i bezbarwnym opisie Ziemi przyszłości, gdzie w oparach zimnowojennych obsesji ludzkość wiedzie swój nędzny żywot pod ziemią, w sieci schronów. Bohaterowie niemal bez wyjątku są niesympatyczni lub nie pozwalają się polubić na dłużej. Ich niepowodzenia, katastrofy życiowe, rozterki obchodzą nas tyle, co ateistę ogłoszenia parafialne w pobliskim kościele. Natomiast ostatnia scena (ok., zdradzam – egzorcyzmowanie całej planety) jest kuriozalna i zostawia czytelnika z dojmującym uczuciem: „Co ja właściwie przeczytałem?!”

Blish mógł wiele, ale potencjał jego książki pozostał karygodnie niewykorzystany. „Kwestia sumienia”, nie wiedzieć czemu uhonorowana Hugo Award w 1959 roku, to klasyk już tylko z definicji. Szkoda czasu. Serio…

środa, 30 lipca 2014

Kosmos to nuda, czyli "Cicha wojna" McAuleya

W dzisiejszych czasach, w świecie, w którym „wszystko już było”, gatunkowość, o której mówimy przy okazji jakiejkolwiek z dziedzin sztuki, przestaje być czymś jednoznacznym. Wyczerpanie formuły „klasycznej komedii”, „klasycznego horroru” lub „klasycznego melodramatu” owocuje śmiałymi (choć nie zawsze udanymi) projektami polegającymi na mieszaniu wszystkiego z wszystkim. A im silniejsze opozycje pożenimy w jednym dziele, tym zyskać może ono chociażby pozory oryginalności.

Zdarza się, że szukając „starej dobrej fantastyki naukowej” trafiamy na dzieła zaprawione elementami wywodzącymi się z innych gatunków szeroko rozumianej fantastyki. Toteż na statkach podbijających kolejne planety podróżują elfy, wehikuły czasu obsługują mrukliwe krasnoludy, a w cyberpunkowej rzeczywistości znajdziemy rozgadane smoki. Miłośnicy czystości gatunkowej z ulgą czytają więc takie książki jak „Cicha wojna” McAuleya, który jako pisarz konsekwentnie broni granic wytyczonych niegdyś przez tradycyjnie rozumianą science fiction.

Ziemia w XXIII wieku będzie areną tytanicznych zmagań o przywrócenie jej naturalnego przedindustrialnego kształtu. Światem de facto rządzi kilka potężnych rodzin, które mają decydujący głos w dyskusji o przyszłości planety. Ludzkość została zmuszona do niemal niewolniczej pracy na rzecz rewitalizacji Matki Ziemi, a głęboka ekologia nabrała religijnego kształtu.  

W przestrzeni kosmicznej jest równie ciekawie; księżyce Saturna i Jowisza – drugi odłam ludzkości – tętnią genetycznie modyfikowanym życiem i stają się konkurencją dla odzyskujących siły Ziemian. Rządząc się zupełnie innymi zasadami społecznymi, wyznając odmienne wartości, wkrótce mogą w naturalny sposób dążyć do konfrontacji z Ziemią. Wojna, mogąca zniszczyć kruchy pokój, wisi w powietrzu…

Atrakcyjnym zabiegiem jest rozmnożenie punktów widzenia – mając do dyspozycji kilku bohaterów i kilka perspektyw prowadzenia narracji w pełni smakujemy rzeczywistości, jaką raczy nas McAuley. To wyjątkowo gęsta proza. Szczelnie wypełniają ją nazwiska postaci, opisy ich profesji, detale życiorysów, nie wspominając już o tak oczywistym składniku opowieści fantastycznonaukowych jak detale świata przyszłości.


Autor mnoży szczegóły, które raz budują  atmosferę, innym razem, niestety, spowalniają akcję i na zbyt długo przyklejają czytelnika do jednego epizodu. Zbyt często niestety zdarza się, że dowiadujemy się więcej niż byśmy tego chcieli i niż byłoby to konieczne do poprowadzenia powieści dalej. 

Umordowałem się piekielnie, czytając „Cichą wojnę”, wynudziłem na potęgę. Ja rozumiem – space opera wymaga rzetelnego zarysowania przestrzeni, ale  ponad pięćset stron wstępu może sfrustrować sporą część czytelników… Dlatego też nie polecam „Cichej wojny” nikomu, kto zbyt szybko traci cierpliwość w obliczu sukcesywnie ale niezwykle powoli budowanej narracji. 

Może całość rozwinie się w drugim tomie cyklu, w "Ogrodach słońca." Ja jednak sprawdzać tego nie zamierzam...

wtorek, 15 lipca 2014

Keep calm and keep calm, czyli "Sztuka życia według stoików" Stankiewicza

W zalewie różnej maści podręczników, które mają nasze życie uczynić idealnym, a ciała wydajnymi maszynami, z których wyeliminowano każdy gram tłuszczu; 







w powodzi poradników pisanych przez dyletantów, gwiazdy seriali lub aerobiku, które starają się przekonać, że buty odpowiednio dobrane do sukienki lub przyzwoity współczynnik BMI mogą uczynić nas na dłuższy czas szczęśliwymi, książka Piotra Stankiewicza "Sztuka życia według stoików" wygląda jak pewny siebie, spokojny mędrzec w otoczeniu rozwydrzonej hałastry.
Każdy przynajmniej raz w życiu posłużył się związkiem frazeologicznym "stoicki spokój", jednak wątpię, by za tym obiegowym wyrażeniem każdorazowo szła głębsza refleksja na temat tego, czym tak naprawdę stoicyzm jest. Filozofia, która powstała w starożytnej Grecji grubo ponad dwa tysiące lat temu, nie ma niczego wspólnego z czczą żonglerką słowami, definicjami i nazwami, a z tym zwykli zjadacze chleba zazwyczaj kojarzą filozofię.
Stankiewicz przypomina, że umiłowanie mądrości jest przede wszystkim praktyczną sztuką dobrego i szczęśliwego życia, upartym systematycznym ćwiczeniem wszystkiego, co może uczynić naszą egzystencję właśnie taką. Stąd książka staje się skarbnicą porad, sugestii, napomnień, które każdorazowo przypominają, że jesteśmy odpowiedzialni za własne życie i powinniśmy rozporządzać sobą wbrew okolicznościom, które mogłyby zburzyć wewnętrzny spokój i racjonalne myślenie.
Książka Stankiewicza koncentruje się na drodze, którą wytyczyli tacy tytani myśli jak Seneka, Marek Aureliusz czy Epiktet. Posiłkując się wyimkami z ich pism i listów polski autor stworzył rozbudowany, mieniący się przykładami, precyzyjny wywód na temat stoicyzmu. Orzeźwiająco brzmią słowa, które zachęcają odbiorców do naginania opornej woli, do wdrażania się w codzienne obowiązki, nieulegania podszeptom wyobraźni, która roztacza przed nami negatywne wersje przyszłości.
Cóż, zawsze można mieć pewne wątpliwości, na ile nawet najatrakcyjniejsza filozofia stworzona NIE przez nas samych nadaje się do jakiegokolwiek skutecznego praktykowania. Piszący te słowa wielkim szacunkiem darzy stoickie idee, ale wie też, że lista okoliczności, ludzi i sytuacji, które go irytują, jest w zasadzie nieskończona i wciąż pojawiają się na niej nowe pozycje. 
Przestałem już dawno wierzyć w to, że człowiek może się zmienić, nie mając ku temu zachomikowanych gdzieś głęboko predyspozycji. Natomiast najszlachetniejszym uczuciem, jakie mogę żywić do bliźnich, z którymi mi nie po drodze, jest spokojna obojętność. Być może to ta wypatrywana przez starożytnych apatheia? Stan niepodatności na wzruszenia czyimś losem, cudzymi nieszczęściami lub radościami. Kto wie, być może nasz Adam Mickiewicz, chcąc nie chcąc, ujął to najprecyzyjniej w końcówce wiersza "Nowy Rok":
Kochać świat, sprzyjać światu-z daleka od ludzi.
Wracając do książki, można mieć pod jej adresem tylko jedno zastrzeżenie. Chciałoby się, że miała nieco inne gabaryty. By można ją było zawsze mieć przy sobie jak wiernego i solidnego towarzysza, który w zmieniających się okolicznościach życiowych będzie nas uczył spokoju oraz dzielności. Niestety, dziełem mającym około pięciuset stron najwygodniej będzie nam się delektować w wygodnym fotelu…

środa, 9 lipca 2014

Drzewa zabijają stojąc, czyli "Cieplarnia" Aldissa

Klasyk literatury s-f, który skutecznie utwierdza moją szczerą platoniczną niechęć do roślin jako takich. Florę toleruję na zewnątrz - trawniki, parki, lasy, rezerwaty, łąki, puszcze, dżungle i ogrody - tam jest moim zdaniem miejsce roślin. Dom moich marzeń jest strefą PLANT FREE. Kąty proste, szkło, drewno, metal. Minimalistycznie i futurystycznie.

Kiedy z przeróżnych okazji dostaję kwiaty (zakończenie roku szkolonego, Walentynki, Dzień Ojca, bukiety od zabłąkanych wielbicieli), nie widzę wysublimowanych linii wijących się roślin, nie czuję odurzającego zapachu, nie napawam się kształtem kielichów i pręcików – dla mnie to więdnący symbol wyrzuconych na kompost pieniędzy.

Podejrzewam, że Brian Aldiss pisząc w roku 1962 "Cieplarnię" musiał pielęgnować w sobie choćby minimalną, homeopatyczną ilość podobnych uczuć.



Z całą pewnością jest to jedna z najbardziej ponurych wizji przyszłości świata, z jaką przyszło mi obcować. Mroczna, mimo że jej partyturę rozpisano na szmaragdowym papierze - wybaczcie pompatyczną metaforę.

Sytuacja wyjściowa? Proszę bardzo: Słońce zatrzymało się w swoim biegu, mijają kolejne stulecia, ludzie powoli przestają  być dominującym gatunkiem na Ziemi. Rośliny przeżywają swój renesans, opanowując całą nasłonecznioną stronę planety, tworząc przedziwny, krwiożerczy, drapieżny, przesycony grozą, dyszący żądzą zabijania ekosystem. Jak łatwo się domyślić, człowiek egzystuje w tym świecie na samym początku łańcucha pokarmowego. Jako istota jest półdebilem, którego jedynym przeznaczeniem jest spłodzić potomstwo zanim zostanie się zjedzonym w mniej lub bardziej malowniczy sposób.

Nawiasem mówiąc, początek powieści, gdy Aldiss zasypuje nas niemal encyklopedycznymi opisami nowych gatunków, jakie wyewoluowały krzyżując w sobie cechy zwierzęce i roślinne, jest znakomity. Wyobraźnia bezgraniczna, pachnie „naukowością” w stylu charakterystycznym dla s-f i brzmi autentycznie groźnie. Nikt z Was nie chciałby spotkać na swojej drodze osicy, wargokapa, małżożuja lub glistogluta… (Chwała tłumaczowi, Markowi Marszałowi, za ponazywanie w języku Lecha Wałęsy i Czesława Miłosza tych wszystkich okropieństw)

Toteż początek historii wygląda jak klasyczny survival horror, gdzie na bohaterów wędrujących po sięgającej horyzontu dżungli czekają kolejne i kolejne zagrożenia. Jest mocno, sugestywnie. Nerwowo patrzymy przez okno, czy aby na pewno drzewo sąsiada nie…

Z czasem Aldiss wyłuskuje z grupy pozbawionych cech indywidualnych postaci głównego bohatera, daje mu towarzystwo zaiste przedziwne – kobietę (ok., to może dziwne jakoś nie jest)oraz… ultrainteligentnego grzyba, który zaczyna pasożytować na mało rozgarniętych ludziach.

Osią fabuły autor uczynił wędrówkę. Drogę poprzez przeróżne okropieństwa, wynaturzenia, groteskowe aberracje, jakie Matka Natura zgotowała swoim niechcianym już gościom – gatunkowi homo sapiens. Jest coś „Darwińskiego” w tej w sumie dość okrutnej, ale niekończącej się jednoznacznie źle, powieści. I nie ma chyba większego sensu udowadniać dłużej, że warto wejść do „Cieplarni” – książka broni się znakomicie nawet po upływie ponad 50 lat od jej wydania. 

Taki już los klasyków.  

wtorek, 1 lipca 2014

Gdy brakuje zasobów wewnętrznych, czyli "Podniebna krucjata" Andersona

Swego czasu Jacek Dukaj ogłosił swoisty manifest, w którym wyłuszczył precyzyjnie (aczkolwiek arbitralnie) swój podgląd na temat preferowanych gabarytów czytanych książek: „Lubię powieści. Lubię powieści z prawdziwego zdarzenia - długie, rozlane szeroko na setkach stron, z epickim oddechem, wciągające tak, że człowiek zupełnie się w lekturze zatraca i wraca do niej, wieczór za wieczorem, zapadając w fikcyjny świat fikcyjnych postaci na godziny i godziny, smakując maestrię konstrukcji fabularnych na równi z maestrią języka.”

Prześwietliwszy pod tym kątem własne upodobanie lekturowe, z pełną odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że nie lubię powieści z prawdziwego zdarzenia. Nie znoszę ciężaru setek stron papierowych światów przedstawionych wypchanych po brzegi detalami, bohaterami pierwszo/drugo/trzecioplanowymi, epizodami. Nie znoszę tych szerokich epickich pastwisk, na których autorzy rozpuszczają całą wymyśloną przez siebie czeredę postaci.

Moja wyobraźnia szybko się męczy, gdy musi „zobaczyć” zbyt gęsto plecione opisy, poradzić sobie z natłokiem rekwizytów, nazw własnych, miejsc. Pamięć zaś nie przywiązuje się do personaliów. 

Nie, obszerne konstrukcje fabularne w połączeniu z maestrią języka, są dla mnie synonimem narastającej ze strony na stronę nudy. Wybaczcie, że zrobię wyjątek zaledwie dla kilku wielkich powieści z XIX wieku i, żeby być sprawiedliwym, kilku innych z czasów nam bliższych. A cała reszta? Hmmm… Jakby to napisał wielki amerykański poeta John Berryman: „Być może brak mi Zasobów Wewnętrznych.”



Dlatego z niekłamanym zadowoleniem ocierającym się o entuzjazm czytałem zaledwie dwustustronicową opowieść Poula Andersona pt. „Podniebna krucjata.” Historię poprowadzoną wręcz wzorcowo – od błyskawicznej ekspozycji, gdzie poznajemy głównych bohaterów powieści, poprzez galopujące wydarzenia będące owocami ich wariackich decyzji – wszystko porusza się płynnym ruchem od punktu A do punktu Z. Akcja nie zatrzymuje się ani przez chwilę. Uwodzi szybkim nurtem. Nie zadaje zbędnych z punktu widzenia fabuły pytań. Nie zanieczyszcza przejrzystej narracji setkami spowalniających obrazów, detali, medytacji. Retardacji nie stwierdzam. 

Ktoś obdarzony cięższym piórem zamieniłby tę historie w opasłą księgę, z którego wyparowałaby cała frajda, jaką daje łobuzerski wręcz pomysł Andersona. Odwraca on bowiem typowy dla s-f motyw – kontakt wrogo nastawionych kosmitów z (pozornie) nie mającymi żadnych szans w tej konfrontacji Ziemianami. Jednostka bojowa obcej cywilizacji szukająca kolejnych światów do zagospodarowania, trafia w sam środek średniowiecznej Europy, do Anglii, której rycerstwo ostrzy sobie właśnie miecze, by skrzyżować je ze znienawidzonymi żabojadami. 

Na skutek całego szeregu przedziwnych zrządzeń losu oraz determinacji bohaterów, których napędza bezbrzeżna ambicja i odwaga, to Ziemianie przejmują inicjatywę, lądują na planecie swoich potencjalnych władców i, cóż, zaczyna się prawdziwa jesień średniowiecza. Krew się leje, a miecze szczerbią na karkach obcych obezwładnionych bezczelnością ludzi. A to dopiero początek tej historii, która wcale nie zmierza w oczywistym kierunku…

Anderson okrasza „Podniebną krucjatę” kilkoma nieoczekiwanymi przebłyskami komizmu; przezabawnie wyglądają chociażby próby zaszczepienia w przybyszach dogmatów chrześcijaństwa. 

- Masz duszę czy nie masz? – pyta zniecierpliwiony zakonnik.
- Nie wiem – odpowiada z rozbrajającą szczerością Obcy. 

Ja natomiast wiem jedno – książeczka mimo skromnych gabarytów daje nieoczekiwanie dużo satysfakcji. Bohaterowie są plastyczni, a ich poczynania doskonale wpisują się w mentalność ukształtowaną w Wiekach Średnich. Brawura, bezczelność, szaleńcza odwaga początkowo uzbrojonych tylko w miecze i łuki napawają nas, Ziemian, optymizmem.

Być może w starciu z przeważającymi siłami obcych cywilizacji wystarczą nam płyty chodnikowe i płonące opony?

środa, 25 czerwca 2014

Literatura z magla, czyli "W szpilkach na tropie" Jane

Książka Rebeki Jane pt. „W szpilkach na tropie” stanowi doskonałą wakacyjną lekturę (głównie jednak dla kobiet) i jej pojawienie się u progu lata to znakomite posunięcie wydawnicze. Rebecca Jane opisuje w niej najciekawsze, najbardziej charakterystyczne sprawy, z jakimi musiała zmierzyć się jako szefowa Damskiej Agencji Detektywistycznej, na pomysł założenia której wpadła w wyjątkowo dramatycznym momencie życia – odkryła, że mąż ją zdradza, a praca zawodowa przestaje zaspokajać podstawowe potrzeby. W tok opowieści autorka wplata historie o swoim nieudanym małżeństwie, trudach oraz rozkoszach macierzyństwa, o nowym partnerze, który przywrócił jej wiarę w sens miłości, w jaką wcześniej zwątpiła.
Rdzeniem książki są rzecz jasna śledztwa, jakie z upodobaniem Jane opisuje. Sama praca prywatnego detektywa, której kuchnię obserwujemy, nie ma wiele wspólnego z mniej lub bardziej romantycznymi wyobrażeniami, jakie pielęgnujemy w sobie po lekturach przygód Sherlocka Holmesa lub Herculesa Poirot. Bohaterka z jednej strony zamienia się w powiernika, na którego ramieniu można się wypłakać, w psychologa, który stara się wyjaśnić postępowanie innych, z drugiej zaś strony jest nieustępliwą tropicielką niewiernych małżonków, opieszałych alimenciarzy, potencjalnie niewiernych partnerów. Raz zwietrzywszy trop, nie odpuszcza aż nie dopadnie ofiary.
Metody pracy też zmieniły się od czasów detektywa z Baker Street 221b. Dziś najpotężniejszą bronią w poszukiwaniu prawdy o człowieku stał się Internet, w którego przestrzeniach każdy przy odrobinie wysiłku może znaleźć niemal wszystko o wszystkich. Zdjęcia, statusy, komentarze lekkomyślnie zostawiane na najbardziej popularnych serwisach społecznościowych, stanowią doskonałe źródła dowodów lub chociażby poszlak, na których można oprzeć podejrzenia o zdradę.
Styl tej biograficznej opowieści jest żywy, bohaterowie plastyczni, nakreśleni kilkoma szybkimi zdaniami; autorka potrafi przemycić nieco humoru, zdarzają się więc sceny nawet zabawne. Całość czyta się szybko, kolejne rozdziały pojawiają się i znikają z zawrotną prędkością.
Jeśli wierzyć znalezionym w sieci informacjom, „W szpilkach na tropie” to bestseller, a jej autorka stała się postacią rozpoznawalną, chętnie zapraszaną do programów telewizyjnych kobietą sukcesu. Gdy jednak uważniej przyjrzeć się temu fenomenowi, okazałoby się, że ów literacki sukces zbudowany został na bardzo niejednoznacznych fundamentach. Rebecca Jane chcąc nie chcąc obnaża przed nami sekrety pożycia intymnego innych ludzi, podsyca w nas niezdrową fascynację prywatnością. Kiedyś o podobnych ekscesach naszych bliźnich z wypiekami na twarzy rozprawiano w przysłowiowym maglu. Dziś – okazuje się, że to pomysł na nieźle sprzedającą się książkę. 
A najbardziej mnie boli to, że tę popową jednorazową książczynę puściło w obieg wielce zasłużone Wydawnictwo Literackie. To jest dopiero zdrada (pewnych priorytetów i własnej zacnej historii).

wtorek, 17 czerwca 2014

Morze zdań wielokrotnie złożonych, czyli "Dokąd bądź" Siwczyka

Krzysztof Siwczyk zapracował sobie jak rzadko kto na miano klasyka współczesnej polskiej poezji. Debiutuje w roku 1995 mając zaledwie 17 lat. Tomik „Dzikie dzieci”, nagradzany, wyróżniany, doceniony zarówno przez krytykę, jak i przez czytelników, zamienił młodego autora w pierwszoplanową postać polskiej sceny poetyckiej. Debiutanckie wiersze, silnie zakorzenione w realiach zwykłego banalnego blokowiska, dokumentujące dojrzewanie, pożegnanie z dzieciństwem i mrowiące się przeczucia dorosłości, preferowały konkret, silnie ukorzeniały się w rzeczywistości, widzialnej i namacalnej.
Jednak kolejne tomy skutecznie mogły zniechęcić do siebie czytelników przyzwyczajonych do wychodzącej im naprzeciw obrazowej poezji. Zdawało się, że Siwczyk raz na zawsze wziął rozbrat z widzialną rzeczywistością, coraz szerszym łukiem omijał to, co jest owocem pracy naszych zmysłów, i zaprzągł wehikuły wierszy do filozoficznego dyskursu.
Myśl prowadziła myśl, ulotne i kapryśne stany ducha zamieniały poezję w wyrafinowany dyskurs poety z samym sobą. Wszystko to działo się jakby pod nieobecność czytelnika, gdyż poezja tak potężna, enigmatyczna, z czasem coraz bardziej ponura, niosąca za sobą metaliczny posmak „ostateczności”, musiała stawiać niewyobrażalne wręcz kłopoty interpretacyjne. Pejzaż wewnętrzny krzyżował się z krajobrazem zewnętrznym, którego chaotyczne elementy przypominały porzuconą scenografię postapokaliptycznego filmu.
Najnowsze dzieło Siwczyka, zbudowany z dziewięciu części poemat „Dokąd bądź”, zdaje się łagodzić majestatyczną, monochromatyczną lirykę i wprowadza do niej (nieliczne, przyznajmy) sygnały neutralizujące jej trudny charakter.
Zdania, bo właśnie one są nośnikami sensu tej poezji, rozwijają się powoli. Autor zamienia je w wielopiętrowe, wielokrotnie złożone konstrukcje, w których gubi się uwaga odbiorcy. Nie jest to jednak zarzut. Poezji tej sprzyja wyciszona wnikliwa kontemplacja, która niekoniecznie musi zakończyć się jakimikolwiek wiążącymi wnioskami. Rozumienie jej w znaczeniu odkrywania poszczególnych sensów składających się na Sens całości, może być zadaniem nie tyle niewykonalnym, co wręcz niepożądanym.


Wystarczająco satysfakcjonująca jest już sama obserwacja tego morza poezji. Spokojnie falujące frazy, których pozorne monotonne kołysanie raz po raz pozwala wyłowić konkretne elementy rzeczywistości. Wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Nieprzyjazny industrialny krajobraz. Imiona dawnych bohaterów popkultury, które brzmią jak nazwy zatopionych statków. Wreszcie niezwykłej urody, przedziwne, jednocześnie surowe i czułe partie opisujące fenomen miłości.
Nie jest to poezja dla wszystkich. Nie dajmy się zwieść – awangardowy rys tej liryki odstraszyć może nieprzygotowanego, przypadkowego odbiorcę. „Dokąd bądź” to podróż, w jaką może ruszyć czytelnik poezji, który kondycję zdobył w czasie długich forsownych lektur. Zdumiewająca książka, która każdorazowo będzie mądrzejsza i większa od wszystkiego, co się na jej temat napisze.

PS

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Lubimyczytać.pl

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Są rzeczy na niebie i ziemi, i na niebie, czyli "Radio Wolne Albemuth" Dicka


Dla Philipa Dicka świat, jaki znał przez ponad 40 lat, skończył się na początku 1974 roku, gdy pisarz stał się świadkiem, ofiarą, uczestnikiem (proszę wybrać opcję)wydarzeń, które wymknęły się rozumieniu nawet kogoś takiego jak autor powieści fantastyczno-naukowych. Kogoś, kto miał zapewne kontakt z wszelkimi możliwymi substancjami stymulującymi – od tabaki po LSD. Kogoś, kto żył w tyglu mieszających się ideologii, religii i filozofii, jakim była/jest Kalifornia.

Nawet ktoś taki miał problemy ze zrozumieniem fenomenu „żywego różowego światła”, które nie dość, że nauczyło Dicka rozumieć grekę koine, objawiło prawdę o stanie zdrowia synka pisarza (niezdiagnozowana grożąca życiu wada, którą należało operacyjnie usunąć), to przede wszystkim uświadomiło mu, że cała rzeczywistość, wszystko, w co wierzył, jest złudą. Imperium Rzymskie nie upadło, żyjemy wciąż w jego łonie i przypominamy w naszej walce o wolność i prawdę pierwszych chrześcijan…

A skoro już o chrześcijaństwie mowa – nie można nie skojarzyć tej historii z losami świętego Pawła i tym, co spotkało go na drodze do Damaszku. Subtelną różnicę wyczujemy, gdy uświadomimy sobie, że Paweł z Tarsu wiedział, kto zrzucił go z konia, natomiast Dick pozostał z niczym. A raczej z setką teorii, narastającą paranoją i nieszczęśliwą duszą…



Skłonni do religijnych afektacji czytelnicy zobaczą w wydarzeniach z 1974 roku zagadkowe objawienia, a „Radio Wolne Albemuth” będzie kolejną próbą ubrania w garnitur narracji tego, co nienazwane. Podobnych prób mieliśmy zresztą więcej – najbardziej znany „Valis” to wstrząsająca na poły psychologiczna, na poły mistyczna podróż w poszukiwaniu prawdy oraz jej rozsianych w świecie depozytariuszy. „Bożej inwazji” z kolei najbliżej do klasycznej s-f (jeżeli Dick kiedykolwiek takie pisał…) „Radio Wolne Albemuth” zaś to popisowo rozpisana dystopijna wizja Ameryki, która wpadła w szpony totalitarnych rządów.

Prezydent Ferris F. Freemont (3 x szósta litera alfabetu, patrzcie!) za pomocą całej armii donosicieli, tajnych agentów i zwyczajnych sługusów podporządkowuje sobie kolejne sfery życia, ogranicza prawa obywatelskie. Czujemy tutaj zaduch prezydentury McCarthy’ego, Nixona z niejasnym przeczuciem atmosfery rządów Reagana. Kraj powoli zatapiają fale propagandy, która każe widzieć w każdym potencjalnego wroga kraju, ani chybi szpiegującego na rzecz śmiertelnego wroga Ameryki – Związku Radzieckiego.

W tym upiornym świecie jedynym sprzymierzeńcem wolności i prawdy jest… starożytny satelita krążący od tysiącleci ponad Ziemią i posyłający wybrańcom strumienie „żywych informacji.” Główny bohater, alter ego samego Dicka, stał się jednym z „wtajemniczonych”, któremu odsłonięto przerażający stan rzeczywistości.

Dick nie byłby sobą, gdyby nie splótł fabuły z iście gnostyckimi teoriami, elementami chrześcijańskiej teologii, echami przeróżnych podejmowanych już wcześniej przez pisarza rozważań. Nie byłby też sobą, gdyby nie stworzył znów zdumiewająco smutnej, zamykającej nadziei drzwi, powieści. Po jej przeczytaniu człowiek ma prawo czuć się jak uczeń Chrystusa przeżywający pierwsze godziny po Jego ukrzyżowaniu. (Nie za mocne porównanie?) Rozczarowany, ogłuszony niesprawiedliwością i bezradnością.

Gdyby spojrzeć na „Radio Wolne Albemuth” z racjonalistycznego punktu widzenia, nie ma wątpliwości, że dzieło to jest jedną z najlepszych znanych literaturze prób zamknięcia w fabularnej strukturze biograficznego doświadczenia. Dick dał nam doskonałe świadectwo rozpaczliwych prób rozerwania przezroczystego worka, w jakim się znalazł za sprawą epifanii z roku 1974. Niech o tej heroicznej walce świadczy choćby fakt, że rozszczepił samego siebie na „dwóch” bohaterów (jeden z nich jest pisarzem s-f i nazywa się Philip Dick) i kazał im zawzięcie dyskutować o naturze i sensie przesłania „z góry.”


Prób rzecz jasna nieudanych, gdyż autor nie znalazł języka ani kształtu, dzięki którym wytłumaczyłby swoje doświadczenie. Nie oznacza to oczywiście, że „Radio…” jest powieścią nieudaną – odwrotnie. Formalnie ciekawa, fabularnie zaskakująca stanowi jeden z ważniejszych utworów w dorobku „późnego” Dick i uświadamia dotkliwą stratę, jaką była śmierć pisarza, który domknąwszy kolejny rozdział swojego twórczego życia, rozpocząłby następną, zapewne fascynującą podróż.  

środa, 4 czerwca 2014

Na przeczekanie, czyli "Tajemna historia" Tartt

Od czasu do czasu zdarzy mi się obejrzeć taki mecz piłki nożnej, którego pierwsza połowa kipi od zdumiewających akcji, porywających ataków i kontrataków, szaleńczej gry napastników i pewnych interwencji obrońców. Sypią się gole, kibice wiwatują, sędzia odgwizduje przerwę. Po wznowieniu gry zawodnicy grają tak, jakby satysfakcjonował ich osiągnięty przed przerwą wynik. Poruszają się niemrawo, nie męczą się bieganiem, nie szukają gry. Chcą dowieźć wynik do końca, nie zwracając uwagi na zniecierpliwionych kibiców.

Donna Tartt wie, jak uwieść czytelnika. Pierwsza część powieści realizuje motyw, jakim często skutecznie posługuje się literatura masowa, nakierowana na skuteczny i bezlitosny podbój czytelniczych serc. Główny bohater trafia do collage’u, gdzie po krótkim czasie udaje mu się dostać do elitarnego grona kilkorga studentów prowadzonych przez ekscentrycznego profesora, fascynata kultury antycznej, wyrafinowanego i czarującego, hipnotyzującego swoją erudycją i koneksjami, nieomal geniusza. Jego studenci to też elita intelektualna uczelni, a przy okazji grupka ekstrawaganckich i zmanierowanych młodych ludzi, których łączy (jak się potem okaże) dużo więcej niż tylko biegła znajomość łaciny i greki. 

Czujecie już? Kłania nam się stary jak świat motyw „inicjacyjny” – główny bohater powoli zaskarbia sobie przyjaźń i zaufanie obcego wcześniej grona rówieśników, natomiast ci odwdzięczają mu się, wprowadzając go do swojego zepsutego mikrokosmosu, którym rządzą egoizm, hedonizm i emocjonalne okrucieństwo. Schemat inicjacyjny sprawdza się doskonale. Działa niemal zawsze, gdy przy odrobinie wysiłku wraz z bohaterem zaczniemy zdzierać kolejne warstwy rzeczywistości, by dotrzeć do prawdy o świecie.

Uczciwie muszę dodać, że doskonale się czyta pierwszą połowę książki. Bohaterowie są niebanalnie skrojeni i przypominają grupę intelektualnych superbohaterów. Poszczególne punkty węzłowe fabuły mogą wbić w fotel, bo w atrakcyjny sposób dotykają spraw ostatecznych – życia, śmierci, moralności, kultury… Krótko mówiąc – uczta. Lekkostrawna, ale bardzo intensywna lektura.

Dodajmy do tego śmierć. W sumie dwie ofiary. Doskonałe paliwo, na którym silnik każdej powieści może przejechać dodatkowy dystans. Okraśmy tajemnicą, mrocznymi opowieściami o pogańskich rytuałach, o zwierzęcej stronie natury człowieka, o krwawym dziedzictwie antyku, a zbudujemy fascynującą, porywającą historię o ludziach, którzy zapragnęli (w duchu „Zbrodni i kary” Dostojewskiego) sprawdzić, jak daleko można się posunąć i jakie mogą być tego konsekwencje. 



„Tajemna historia” miała więc szansę być ambitną próbą pożenienia schematów powieści popularnych z rozważaniami na daleko poważniejsze tematy. Coś jednak pękło, pokruszyło się mniej więcej w połowie książki. Akcja, do tej pory zwarta i pozbawiona balastu niepotrzebnych scen, nagle zaczęła deptać w miejscu. Rozgałęziająca się fabuła, zbędne epizody, szczegóły, partie pozbawione emocjonalnego żaru, ba! nawet pokojowej temperatury, skutecznie zaczynały leczyć mój ocierający się o patologię zachwyt pierwszą częścią „Tajemnej historii.” 

Cóż się stało? Chyba pisarka nie poradziła sobie z ciężarem problemu, z którym musiał zmagać się przywołany wcześniej Dostojewski. No bo jak długo można kazać bohaterom zalewać się w (nomen omen) trupa, by zilustrować kłębiące się w nich wyrzuty sumienia po dokonaniu Bardzo Złej Rzeczy? Po cóż kazać im dyskutować o niczym? Jeździć donikąd? Po cóż odsłaniać ich coraz bardziej i bardziej upiorne przyzwyczajenia i słabości, a jednocześnie nie mieć pomysłu, jak ugrać fabularnie te okropieństwa? Zawiesić wszystkich w jakimś na poły inferalnym cieniu poczucia winy, której nawet sobie zbyt dobrze nie uświadamiają? Mamy sobie sami dopowiedzieć, że wszyscy są aż tak zepsuci i wyzuci z moralności, skoro im "nie żal rozboju,/Ale tylko strach kary?" Same złe pomysły, moim skromnym zdaniem.

Pod koniec książki świat przedstawiony nagle zaczął tracić swoją trójwymiarowość, stał się płaski i pretekstowy jak Hogwart. Realia spłynęły jak niezaschnięta farba spłukana wodą z ogrodowego węża. Fabuła okroiła samą siebie do kilkunastu scen, które równie dobrze można odegrać w kameralnych warunkach pierwszego lepszego szkolnego teatru. 

Szkoda, pomyślałem sobie z żalem. „Tajemna historia” dała mi dużo satysfakcji. I nawet tam, gdzie tonęła jako spójna i skoncentrowana fabuła, potrafiła błysnąć od czasu do czasu jakąś drobnostką, okruchem, iskierką prawdziwej melancholijnej poezji… 

Chociażby zamykający powieść sen. No ale trzeba przeczytać ponad 500 stron, by uświadomić sobie jego piękno, niejednoznaczność i smutek.