czwartek, 26 marca 2015

Uprawa zasobów ludzkich, czyli "Hodowanie troglodytów" Nowaka

Gdyby Immanuel Kant miał dziś na swoje nieszczęście pracować naukowo na jednym z polskich uniwersytetów, najprawdopodobniej jego słynna „Krytyka czystego rozumu” nie ujrzałaby światła dziennego. W najlepszym razie zawarte w niej idee zostałyby rozmienione na drobne, być może spieniężone, a już na pewno nie dotarłyby do nikogo poza wąskim gronem recenzentów naukowych. Ta wizja nie przypadkowo pojawia się na pierwszych stronach książki Piotra Nowaka pt. „Hodowanie troglodytów.” Pozycji mocnej, momentami drapieżnej, dającej wyraz raz gniewowi, raz bezradności wobec mechanizmów, jakie obowiązują w świecie.
Profesor filozofii białostockiego uniwersytetu nie przebiera w słowa wyliczając przeciwników, z jakimi musi ścierać się (i niestety finalnie im ulec) klasycznie rozumiany Uniwersytet. Całe zło, jakie dotyka polskie szkolnictwo wyższe, a jemu poświęcona jest lwia część tych rozważań, zrodziło się w 1999 roku, gdy wszedł w życie tzw. proces boloński. Na jego mocy wyższe wykształcenie stało się dostępne niemal dla każdego, a uczelnie zamieniły się w przedsiębiorstwa mające konkurować na wolnym rynku i działać na zasadach nieomal biznesowych.
O ile placówki kształcące specjalistów z dziedzin „ścisłych”, przyszłych inżynierów, architektów, ekonomistów przy odrobinie wysiłku odnalazły się w nowej rzeczywistości, to uczelnie kształcące humanistów wciąż nie mogą znaleźć swojego miejsca w nastawionym na utylitarność nowym wspaniałym świecie. Jak bowiem wolny rynek może zagospodarować potencjał filozofów, filologów klasycznych, historyków sztuki? Komu można sprzedać teorie na temat Formy, Chaosu, Bytu i Sensu?

Złe drzewo musi rodzić złe owoce – ogólny spadek jakości nauczania jest wynikiem bylejakości, jaka panuje na polskich uniwersytetach, które zamiast pielęgnować odwieczne święte wręcz przestrzenie wolności myśli, skupiają się na walce o pieniądze z grantów. Naukowcy zamiast spokojnej płodnej intelektualnie pracy zmuszeni są do kalkulowania, gdzie i w jakim języku najbardziej opłaci im się publikować. Paradoksalnie, jak udowadnia „Hodowanie troglodytów”, większa swoboda naukowa panowała w czasach PRL-u niż dzisiaj, 25 lat po odzyskaniu wolności…
Liczba opisanych przez autora patologii, ich rozmiar, a także niewesołe perspektywy, jakie rysują się przed kulturą oraz nauką, są przerażające. Okazuje się, że na naszych oczach rwą się nici łączące nas z poprzednimi pokoleniami. Stajemy się głusi i ślepi na to, co dostaliśmy w spadku. Nie umiemy odnieść się do dorobku tych, którzy przed nami powoli, żmudnie stawiali budowlę ludzkiej kultury. Żyjemy powierzchownie, konsumujemy, głupiejemy, co jest na rękę tym, którzy starają się kontrolować społeczeństwa.
Tego typu ponure rozważania wypełniają większą część książki, ale Nowak podejmuje również inne tematy. Ironizuje na przykład ze współczesnej tendencji do pogoni za nowościami wydawniczymi, kpi z „bulimii czytelniczej”, która objawia się fotografowaniem „stosików książek” i publikowaniem tychże zdjęć w Internecie. Forsuje, nie bez pewnej przekory jednak, niepopularną tezę mówiącą o tym, że istnieją pewne teksty kultury, które trzeba znać, ponieważ nie można bez nich pojąć pełni naszego dorobku cywilizacyjnego.
„Hodowanie troglodytów” to ważna książka analizująca przyczyny upadku pewnego sposobu istnienia w świecie. Zanika pogłębiona spokojna refleksja nad życiem. Nie do zasypania przepaść pojawiła się pomiędzy współczesnym człowiekiem a olbrzymią skarbnicą dorobku poprzednich pokoleń. Wyrwa, którą rozpaczliwie próbujemy zasypać substytutami prawdziwej kultury – czytadłami, serialami… Po lekturze tej książki nie będziemy mieli wątpliwości, że opisywanych w niej zjawisk nijak odwrócić się nie da. Można walczyć jedynie o to, by samemu nie stać się tytułowym troglodytą.

czwartek, 19 marca 2015

Co zrobiły Ci książki?

Nie ma chyba większego sensu kolejny raz opisywać stan, w jakim znajduje się nasza polska blogosfera książkowa. Mądrzejsi ode mnie się wypowiadali, głupsi też. Jedni i drudzy wskazywali podobne plusy i podobne minusy. Jedni krzyczeli, rozpaczając nad upadkiem etosu "krytyki literackiej", inni opłakiwali własną mikrą siłę rażenia, którą to siłę ponoć skutecznie osłabiają setki blogów prowadzonych przez pryszczate nastolatki... Każdy jakieś tam swoje żale wylał, ja też. Następnie każdy wrócił na swoje podwórko i na nowo zaczął uprawiać własny ogródek. 

Nic się nie zmieniło. Albo przynajmniej niewiele.

Wolę skupić się więc na tym, czego nie ma, nie zaś na tym, co jest. I chociaż pewnie pielęgnuję prywatne obsesje i potrzeby, to niech to pielęgnowanie zostanie tutaj zamknięte w słowach.

Gombrowicz kiedyś nieco buńczucznie stwierdził, co następuje: Opisuj tylko swoje reakcje. Nigdy nie pisz o autorze ani o dziele - tylko o sobie w konfrontacji z dziełem albo autorem. O sobie wolno ci pisać. I gdybyśmy nawet osłabili ogólny wydźwięk tych słów i sprowadzili je do pewnego dającego się zrealizować postulatu, to i tak stwierdzimy, że polskim internetowym recenzentom kosmicznie daleko do tego, o czym autor "Ferdydurke" mówi.

Recenzje internetowe (czyli  pewnie 99% recenzji pisanych dziś w języku polskim) stały się zakładnikami utylitarności. One mają czemuś służyć. Mają być pomocne, mają informować, doradzać, przestrzegać, kierować. Recenzja jest dziś niewolnikiem skostniałej formy, w której chrzęszczą, ocierając się o siebie pobieżne informacje o autorze i gatunku, kilka zdań o samej treści, wyliczone plusy i minusy tekstu. I jest naprawdę dobrze, gdy wymienione elementy ułożone są w określonych proporcjach i jeden nie przesłania drugiego. Wtedy jest idealnie, ale nudno, poprawnie i sztampowo.

Jakiś "rasowy" bloger napisał kiedyś, że guzik go obchodzi, pod jakim kocem czytana była książka, z jakiego kubka i jakiego koloru herbatę pił piszący recenzję, jaka była pora roku i jakiej muzyki akurat słuchał. Tak się pienił, tak warczał właśnie "zawodowy" recenzent w dyskusji na temat pleniących się jak chwasty blogów książkowych.

Natomiast właśnie ci "rasowi", oprócz (oby, oby) pewnego warsztatu i arsenału pojęciowego, są w stanie zaproponować mi niewiele więcej. Dają kanciasty konkret. Przedmiot przydatny, ale mający tyle wdzięku co krzesło z Ikei.

Mnie o wiele bardziej interesuje to, "co zrobiły komuś książki." Jakie myśli uruchomiły? Jak współgrają z zewnętrzną i wewnętrzną biografią? Jak korespondują ze światem czytającego? Czy poruszają się równolegle czy w poprzek tego, czym akurat się żyje? Kim byłem a kim może się stałem za sprawą tego czy innego utworu?

Pisać tyle samo o sobie, co o książce, która stała się na chwilę naszym gościem, znaczy stanąć do równej walki z tekstem. Nie sztuką jest poświęcić dziesięć akapitów jakiejkolwiek powieści lub zbiorowi wierszy. Sztuką jest przeczytać ją cierpliwie, wolno, nie czując oddechu innych książek czekających już "w stosiku z miesiąca stycznia, lutego, marca..." 

Przyjrzeć się trzeba, jak koresponduje z tym, kim jesteśmy, co myślimy. Proces czytania jest jednocześnie procesem odnajdywania w sobie (i wokół siebie) czegoś, czego być może nie dane nam było wcześniej zauważyć. 

Mój punkt widzenia rzecz jasna zakropiony jest idealizmem, ponieważ zakłada, że pisać o książkach powinni przede wszystkim ci, którzy mają coś do powiedzenia, coś przeżyli, przemyśleli i czegoś doświadczyli. Mają tak zwane "wewnętrzne zasoby" (jakby to nazwał amerykański poeta John Berryman). Tak, tak właśnie uważam. Chyba...

Innym problemem jest fakt, że nie zawsze dana książka jest na tyle istotna, że pobudzić nas może do pogłębionych medytacji i z tym również się trzeba pogodzić.

Żeby zamknąć te nieco pompatyczne rozważania nieco lżejszym akcentem, przytoczę pasującą idealnie do tematu historyjkę. Na trzecim roku polonistyki prowadzący "Teorię literatury" zaproponował nam napisanie eseju pt. "O sposobach kontaktu z książką."

Głowiliśmy się tydzień. Cała grupa przeżywała katusze, gdyż pewnym było, że parę osób będzie musiało na zajęciach swoje eseje przeczytać. Zaszczyt ten spotkał między innymi mojego kumpla, który dość swobodnie traktował wszelkie prace pisemne.

Praca kolegi kończyła się takim oto stwierdzeniem: "Podsumowując zebrane przeze mnie przykłady, można śmiało stwierdzić, że możemy z książką mieć różnego rodzaju doświadczenia. Od siebie mogę dodać, że najsilniejszy kontakt z książką miałem wtedy, gdy w bibliotece uniwersyteckiej spadł mi na głowę Słownik rymów Adama Mickiewicza."

Czego i Wam życzę...

wtorek, 17 marca 2015

Jak przygoda to tylko, czyli "Mroczne materie" Pullmana

To był jak zwykle przypadek. Nic innego nie kierowało moim kolejnym czytelniczym wyborem. Leżałem w szpitalu, trzymałem czytnik wypchany wszystkim, co tylko możliwe – od poezji, przez episode guide’y „Star Treka” i twarde science fiction, do „Rodziny Połanieckich.” Kolejno eliminowałem co cięższe teksty, nie chcąc pogrążać się w odmętach skomplikowanych, wieloznacznych i enigmatycznych utworów. Chciałem rozrywki, akcji, emocji, napięcia i przygody… I nie celując, trafiłem w punkt.

Pierwsza część trylogii Philipa Pullmana „Mroczne materie” dostarczyła mi starej dobrej czytelniczej przyjemności, z którą już dawno do czynienia nie miałem. Coś pierwotnego i przesyconego duchem opowieści zagnieździło się na kartkach tej książki, nie pozwalając na dłużej się od niej oderwać.

Kiedy się budzą emocje? – zapytałem sam siebie po kilkudziesięciu stronach powieści i dość szybko sam sobie odpowiedziałem – kiedy wyłączymy intelekt i damy się porwać strumieniowi wypadków, energii obrazów, plastyczności wizji i galopadzie pomysłów. Pullman otworzył śluzy wyobraźni i spowodował, że jego dzieło błyszczy tym niezwykłym światłem, które odnajdujemy w szerokich baśniowych narracjach.

Na każdej niemal płaszczyźnie jesteśmy w stanie zostać odurzonymi potężną dawką „inności” – świat przedstawiony najlepiej ułożyć sobie gdzieś w okolicach dwudziestolecia międzywojennego, następnie dodajmy do tego odmienną geografię, historię, prawa fizyki, strukturę społeczną… Okraśmy to wszystko obecnością magicznych rekwizytów, pancernych niedźwiedzi, czarownic.

To wszystko Pullman kreśli jakby przy okazji, dając pierwszeństwo fabule – opowieści o przygodach Lary, niezwykłej dziewczynki wychowywanej w Oksfordzie w otoczeniu ekscentrycznych naukowców. Nasza bohaterka jednak częściej niż nauce oddaje się typowym dziecięcym rozrywkom – wspina się po dachach, penetruje katakumby uczelni, wiedzie typowo chuligański żywot. Sielanka trawa do czasu, gdy okazuje się, że w okolicznych miastach (a potem w samym Oksfordzie) zaczynają znikać dzieci… Wybitnie niebezpieczna przygoda stoi już u bram i zatoczy ona naprawdę szerokie koło.



Pullman bez wysiłku i zadyszki pcha akcję do przodu, meandruje, skręca w nieoczekiwanych miejscach, dla swojej bohaterki znajduje wyjście z każdej sytuacji, chociaż ani razu nie mamy wrażenia, że autor korzysta z jakiegoś topornego deus ex machina. Jak w każdej baśni (a książka ta chyba kryteria baśniowości spełnia) na bohatera czekają zagrożenia, którym z pozoru sprostać nie może. Jednak za sprawą bądź to sprytu, bądź to zaprzyjaźnionych sił udaje mu się wygrzebać z najgorszych nawet tarapatów. Nie będziemy mieli wątpliwości, że wszystko zmierza do (powiedzmy) szczęśliwego zakończenia, chociaż czystość intencji poszczególnych postaci będzie dla nas sprawą enigmatyczną.

Pierwszy tom „Mrocznych materii” potwierdza starą prawdę – nic tak nie przykuwa uwagi czytelnika jak niebezpieczeństwo grożące dziecku, magiczne artefakty i odrobina heretyckiego filozofowania (dostaje się Kościołowi, ale to Kościół z alternatywnej rzeczywistości, więc wielkiego bólu dupy u ortodoksów nie powinno być…).


Koniec.

niedziela, 15 marca 2015

Tylko raz w życiu byłem w cyrku, czyli "Syreny z Tytana" Vonneguta

Mam taki problem.

Mam taki problem z Pratchettem i Vonnegutem...

Ja naprawdę lubię się pośmiać, czytając książki. Może nie wyglądam, ale to prawda. Lubię ironię, sarkazm, nawet czarny cynizm zakrapiany nihilizmem. Bawi mnie nawet prosty szwejkowski koszarowy humor; ktoś w odpowiednim momencie użyje słowa DUPA i już jest weselej.

Jednak nie lubię, gdy całokształt świata przedstawionego - od fundamentów po strych tekstu - zbudowany jest na nieustającej zgrywie, na satyrze rugującej jakiekolwiek ślady powagi i realizmu. No nie lubię...

Dlatego wszem i wobec chwalona powieść "Syreny z Tytana" tylko częściowo odpowiadała moim gustom czytelniczym. Atmosfera nielitościwie rozciągniętego w czasie i przestrzeni skeczu rodem ze stajni Monty Pythona zaczęła mnie męczyć mniej więcej w połowie książki, chociaż z drugiej strony musiałem docenić to, co Vonnegut  czytelnikom zaoferował - gejzer kreatywności, misterną, pozornie chaotyczną narrację, drapieżną ironię. Pomysłami Vonneguta można by obdzielić tuzin innych książek, przedziwnej groteskowej atmosfery pozazdrościć mógłby Gombrowicz, jednak coś obcego mojej wrażliwości legło u podstaw "Syren z Tytana"...



Cała historia od początku zrywa się ze smyczy wszelkiego realizmu, a streścić jej niepodobna. Niewtajemniczonym wystarczy, że rzucę kilkoma mieszającymi się z sobą elementami:

- wędrujący przez czas i przestrzeń kosmiczną, materializujący się (i na odwrót) razem z psem tajemniczy Ziemianin,
- milioner, który trafia na Marsa, gdzie odbiera mu się pamięć, wciela do marsjańskiej armii zbierającej siły do inwazji na Ziemię,
- nowa religia, która opanowała naszą planetę - kult Boga Doskonale Obojętnego,
- społeczeństwo samobiczujące się w imię powszechnej równości wszystkich i każdego...

Nie zrozumcie mnie źle. Ja doskonale ten cały cynizm, antyhumanizm, mroczne przeczucie bezsensu istnienia odczytuję. Ja widzę kpinę z konsumpcjonizmu, amerykańskich (czy tylko?) ciągot imperialnych i fiksacji na punkcie religii. Chwytam też grę z konwencjami starej dobrej fantastyki naukowej.

Niestety moja ukształtowana przez realizm wrażliwość, przyzwyczajenie do "świata na serio", w którym wszelkie możliwe brewerie są dozwolone, wzięło górę. Irytacja narastała wraz z kolejnymi rozdziałami, bowiem uświadamiałem sobie, że ktoś tu sobie ze mnie jaja robi. Nie traktuje mnie poważnie, choć być może tylko ja tak odbieram tę absurdalną z gruntu opowieść.

Podejrzewam więc, że przygoda z kpiarskim pisarstwem Vonneguta zostanie odłożona na później, i gdyby nawet autor ten miał mi do powiedzenia masę oszałamiająco mądrych rzeczy, wolę, by o marnym losie człowieczym wykładał mi poeta lub filozof, nie klaun.

wtorek, 10 marca 2015

Wszędzie dobrze, ale w domu..., czyli "Spóźniony owoc radiofonizacji" Sośnickiego

Dariusza Sośnickiego nie trzeba chyba przedstawiać tym, którzy uważniej przyglądają się polskiej scenie poetyckiej. Można jednak dojść do smutnego wniosku, że ten znakomity autor chyba zawsze będzie tkwił w drugim rzędzie, za plecami bardziej utytułowanych wszelkimi nagrodami kolegów. Dzieje się tak dlatego, że poeta ten kroczyć zwykł raczej w poprzek niż równolegle do tego, co aktualnie promuje polska liryka. Omija go chwała, splendor i popularność, gdyż jego poetyka, sposób prowadzenia wierszy, nieoczywiste pointy i delikatna ironia doceniane są głównie przez wyrobionego odbiorcę.
W odróżnieniu od poprzedniego regularnego tomu wydanego w 2009 roku (znakomite „Państwo P.”), gdzie Sośnicki brawurowo analizuje polską współczesność i się z nią rozprawia, najnowszy zbiór wyjątkowo często pozwala nam spojrzeć wstecz, w otchłanie przeszłości, gdzie swoich korzeni poszukuje podmiot liryczny tych wierszy.
Od pierwszego do niemal ostatniego tekstu „Spóźniony owoc radiofonizacji” eksploruje motyw domu. Figura ta, fundamentalna przecież na wielu poziomach znaczeniowych, została podświetlona z różnych punktów. Dom staje się nie tylko oczywistym symbolem zakorzenienia we własnej, prywatnej historii, miejscem, gdzie wykluwały się rodzinne mity wiążące mówiącego z bliskimi. Dom to również zatrzymane w przestrzeni świadectwo kolejnych przemian zachodzących w świecie. Sośnicki sięga naprawdę głęboko – zrekonstruowane losy, w których zapewne odbijają się dzieje niejednej polskiej rodziny, zaczynają się wraz z powojennymi porządkami. Obserwujemy, jak następujące po sobie dekady definiują rozumienie domu, jakie problemy pojawiają się z jego dosłowną i symboliczną warstwą.
A to mój rodzinny dom.
W odróżnieniu od genialnego poety Josifa Brodskiego, który w architekturze widział zamrożony i po części odporny na upływ czasu owoc ludzkiego geniuszu, Sośnicki przygląda się budynkom, przyjmując inną perspektywę. Sama bryła staje się często smutnym (lecz ironicznym, rzadko cynicznym lub budzącym czarny humor) symbolem nietrwałości ludzkich starań, by związać swój los z konkretnym miejscem. Co więcej, domy Sośnickiego rozpadają się, wymagają stałej konserwacji, a ich losy związane są z procesami dziedziczenia. Natomiast otrzymuje się tu w spadku nie tylko fizycznie istniejące konstrukcje, ale także cały ciężar losów ich mieszkańców.
Sośnickiego od zawsze podziwiałem za elegancką linię wiersza – w poezji tej nikt nie krzyczy, nie zawodzi, nie rozdziera szat i nie przybiera wystudiowanych póz na potrzeby zilustrowania egzystencjalnych ekstremów. Poeta pisze w sposób czysty, buduje swoje teksty tak, by czytelnik poczuł się zaproszony do wędrówki śladami odkryć podmiotu lirycznego. Świeże, ożywcze metafory, doskonała technika, subtelna, nienegująca świata ironia, mądrość i żywa inteligencja – to niezaprzeczalne atuty tego bardzo dobrego zbioru wierszy.

sobota, 7 marca 2015

Nie otrzymał promocji, czyli "Osobliwość" Domagalskiego

Gdy kilka lat temu wpadła w moje ręce powieść Dariusza Domagalskiego Silentium Universi, nie wywarła ona na mnie największego wrażenia. Fabuła łączyła nieprzystające do siebie elementy – do klasycznych (stereotypowych, prawdę mówiąc) chwytów rodem z arsenału literatury science fiction w niezgrabny sposób dodano dziwaczne metafizyczne rozważania, których nie powstydziłby się wystrzelony w kosmos Dan Brown. Dostaliśmy kilka iście groteskowych wizji, takich jak na przykład pomysł, by Szatan w całej swojej przerażającej osobie zamieszkiwał obcą planetę i tam sobie katedrę gotycką postawił. Książka była nieudana i trudno znaleźć w niej coś, co chwyciłoby za serce bardziej wymagającego miłośnika gatunku.
W 2015 roku Domagalski znów próbuje zmierzyć się z podobną materią, publikując Osobliwość, i znów niestety ponosi klęskę, choć jest może ona nieco mniej spektakularna niż w przypadku wspomnianej wyżej powieści.
Zacznijmy więc od początku. W odległej przyszłości dzięki zakrzywieniom czasoprzestrzeni ludzie mogą dowolnie eksplorować i zasiedlać wszechświat, a Federacja Solarna (twór o totalitarnych rysach) żąda absolutnego posłuszeństwa od każdej z rozrzuconych w przestrzeni kolonii. Osią fabuły autor uczynił wyprawę statku zwiadowczo-badawczego Selene do gromady kulistej 47 Tucanae, bowiem to zgrupowanie gwiazd zadziwia pewnymi odstępstwami od reguł panujących w kosmosie. Jednak załoga Selene ma przede wszystkim ocenić, czy opłaca się wydobywać znajdujące się tam zasoby naturalne, nie zaś bawić się w astrofizyków.
Pierwszoosobową narrację poprowadzono z perspektywy jednego z członków załogi, który dość szybko orientuje się, że na pokładzie statku kosmicznego, mającego pomknąć w kierunku peryferii wszechświata, coś jest nie w porządku. W ostatniej chwili do całkowicie męskiej załogi dołącza seksowna młoda kobieta, co burzy porządek rutynowego lotu. (Czytelnik od samego początku czuje, że za kilkadziesiąt stron przeczyta scenę erotyczną z ową panią w roli głównej…) Pojawiają się pierwsze sygnały, że każdy z bohaterów ma coś do ukrycia.
Atmosfera szybko gęstnieje, gdy okazuje się, że docelowe miejsce w przestrzeni, które teoretycznie powinno być dziewiczym terytorium, nagle ujawnia swoją ponurą tajemnicę. Załoga dzielnych kosmicznych zwiadowców staje w obliczu olbrzymiej niewiadomej, która wkrótce przekroczy możliwości ich rozumienia procesów zachodzących w przestrzeni. 
Domagalski znów posługuje się znaną z Silentium Universi strukturą powieści, którą nazwijmy roboczo „zagrożenie wewnątrz, zagrożenie na zewnątrz.” Na naszych bohaterów czeka niebezpieczeństwo związane z eksploracją rubieży kosmosu. Niedające się zidentyfikować potężne siły dybią na życie postaci, stopniowo odsłaniając przed czytelnikiem swoje upiorne oblicza. Cienkie ściany Selene nie gwarantują choćby cienia bezpieczeństwa, a powierzchnia badanej planety za nic ma wysiłki przedstawicieli homo sapiens, którzy chcą wydrzeć jej skromne surowce naturalne. Słono płaci się tu za odkrywanie tajemnic wszechświata.
To, co w science fiction jest typowe, zostało wzbogacone o klasyczny dla literatury sensacyjnej (a dokładniej mówiąc kryminalnej) model „zamkniętego pokoju.” Członkowie załogi giną w tajemniczych okolicznościach. Każdy z bohaterów mógł mieć motyw i okazję, by pozbawić kogoś życia. Narrator co i rusz przygląda się swoim kompanom i drążą go wciąż te same wątpliwości – który z nich mógł zabić, skoro wszyscy mogą udawać kogoś, kim nie są? Niestety, rozterki te są podawane w sposób zbyt mechaniczny, wysilony, by nie budzić w czytelniku lekkiej irytacji.
Ponadto kolejne śmiertelne zejścia nie wywołują większych emocji, skoro na naszych bohaterów czyhają siły kosmicznych rozmiarów. Ten błąd położył „sensacyjną” warstwę Osobliwości, gdyż Domagalskiemu trudno utrzymać uwagę czytelnika na obu frontach. Powieść rozjeżdża się na zbyt szeroko rozstawionych torach i finalnie wykoleja się.





Co jednak najgorsze, to fakt, że Domagalski próbuje przemycić rozważania „wyższego rzędu”, ale robi to mało subtelnie. Problemy materii zyskującej samoświadomość, sztucznej inteligencji, procesów zachodzących w kosmosie, ba! nawet wykorzystany motyw teatru świata przybierają w Osobliwości zadziwiające kształty – albo bohaterowie (z głównym na czele) w mniej lub bardziej pompatyczny sposób rekapitulują nam to, co wiemy o świecie, streszczają po prostu pewien stan badań wycinka danej rzeczywistości, albo wymienione problemy służą domknięciu fabuły i wygląda na to, że użyte są w sposób pretekstowy.
Mroczny finał powieści Domagalskiego może przynieść niejaką satysfakcję odbiorcom, ale poprzedzony jest on niespodziewanym metafizycznym wtrętem. Autor wykłada wszystkie karty na stół, a czytelnik zadaje sobie pytanie, skąd pisarz wziął takie a nie inne rozwiązanie, które nijak nie wynika z całości utworu, a zaledwie z pewnej jego części. 
Piszący te słowa doskonale zdaje sobie sprawę, że literatura science fiction jest już od dawna składana z istniejących od dziesięcioleci podzespołów. Trzeba cudu, żeby w obrębie fantastyki naukowej znaleźć całkowicie świeży, odkrywczy motyw fabularny. Na co liczą więc czytelnicy, szukając kolejnej pozycji SF? Tego, czego oczekujemy od dobrej literatury – intrygującego pomysłu, przynajmniej jednego bohatera, któremu będziemy kibicować, poczucia humoru, rozpoznawalnego stylu, ryzyka, które podejmie autor, chcąc poprowadzić odbiorcę tam, gdzie on się tego nie spodziewa…
Tego wszystkiego niestety w Osobliwości zabrakło lub wystąpiło w ilościach śladowych.


Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach Fantasta.pl

wtorek, 3 marca 2015

Dlaczego mam czytać nudne książki, czyli "Zwodne światło" Kiplinga

Danina literackim bóstwom złożona. Sięgnąłem w otchłań czasu i posłużyłem się potrójnym kluczem wyboru książki: chwyciłem pozycję starą (rok pierwszego wydania 1890), klasycznego autora (Noblista Kipling) i niemającą w polskiej blogosferze żadnego chyba dłuższego omówienia.

Nie powiem, bym czytając „Zwodne światło”, debiutancką powieść autora „Księgi dżungli”, przeżył wielkie czytelnicze święto. Miałem wciąż pod górkę i pod wiatr – para głównych bohaterów była wielce irytująca, melodramatyczny ładunek był upiornie ciężki, choć być może kiedyś ściskał czyjeś serce. Rozwiązania fabularne, wybory postaci, gesty, dialogi były mi całkowicie obce. Jeżeli Kipling wiernie sportretował pewien stan świadomości Anglików epoki Imperium Brytyjskiego, to powiem szczerze, że nie chciałbym mieć z nimi za dużo do czynienia. Czułem się, jakbym czytał o zupełnie obcej rasie kierującej się irracjonalnymi pobudkami, dziwacznymi imperatywami, które zatruwają życie wszystkim naokoło.

Fabuła? Proszę: poznali się w młodości, potem on wyjechał na wojnę i wrócił do kraju opromieniony sławą „wojennego reportera” (nasz mistrz po prostu wysyłał do angielskich gazet rysunki z okropnościami). Przez moment rozkoszuje się sławą, ale w jego życiu pojawia się poznana w młodości dziewczyna, utalentowana plastycznie, ale w stopniu ciężkim… Niby się w sobie zakochują, ale ich rozmowy o uczuciach brzmią tak, że zęby bolą. Tyle chłodu, dystansu i certolenia się dawno nie uświadczyłem… Jeżeli takie są/były Angielki, to nic dziwnego, że Sherlock Holmes był starym kawalerem.



Punktem zwrotnym opowieści staje się wyzwanie, jakie podejmują nasi bohaterowie. Kto z nas lepiej namaluje Melancholię? Pretensjonalnie brzmi, prawda? On zaczyna malować, ale nagle dostrzega, że pojawiają się u niego kłopoty z oczami. Widzi coraz gorzej na skutek odniesionej onegdaj rany. Jedynym ratunkiem jest (uwaga, uwaga) wódka, która przywraca mu na chwilę ostrość widzenia.

Nawet tego nie komentuję, bo czerstwe dowcipasy to ponoć moja specjalność…

Malarz kończy dzieło, definitywnie ślepnąc. Natomiast jego narzeczona (czy Bóg wie, kim ona tam dla niego jest…) sprowadzona specjalnie z Paryża z tej okazji, nie decyduje się zaopiekować niewidomym malarzem. Ten zaś usłyszawszy o wybuchu kolejnego konfliktu w Afryce, pakuje się na statek, potem na wielbłąda, z którego zsiada, by zostać trafionym kulą na pierwszej linii frontu.

Proszę. To prawie całość.

Ciężko mieć sentyment do tych zamrożonych w czasie wiktoriańskich typów. To, co wbiła nam do głowy kultura na temat eleganckich i honorowych dżentelmenów oraz pięknych i inteligentnych dam, nijak ma się do tego, czym częstuje nas Kipling. „Zwodne światło” to pompatyczna, pozbawiona pozytywnych bohaterów opowieść. Żadnej nauki z tej historii wyciągnąć nie umiem. Najchętniej kijem rozgoniłbym to całe towarzystwo, dzięki któremu zmarnowałem kilka godzin życia.

A z drugiej strony pomyślałem sobie, że czasem warto spędzić czas z książką, o której wiemy, że niczego nie zaoferuje nam w zamian za nasze zainteresowanie. Zmęczy nas, znudzi, nauczy szukać sobie innych interesujących zajęć takich jak na przykład pastowanie podłogi. Z ludźmi będziemy mieli podobnie, wpadło mi do głowy – przyjdzie nam spędzać czas z (teoretycznie) przedstawicielami tego samego gatunku, ale ich problemy, ambicje, historie, przyjemności obchodzić nas będą tyle co nic. 

Mając na czytelniczym koncie takie dzieła jak „Zwodne światło” być może będziemy  w pewnym stopniu uodpornienia na ich trudne towarzystwo.


Powiedziałem. 

wtorek, 27 stycznia 2015

Klęska urodzaju, czyli "Chór zapomnianych głosów" Mroza

Jako powieść, Chór zapomnianych głosów Remigiusza Mroza zbudowana jest z najłatwiej i  najszybciej rozpoznawalnych schematów literatury science fiction i idealnie wpasowuje się w główny nurt literatury popularnej. Na kartach książki znajdziemy między innymi szeroki oddech typowy dla przyzwoitej space opery, niewielką dawkę horroru, rozważania na temat miejsca człowieka w, na pierwszy rzut oka, pustej kosmicznej przestrzeni. I choć w przypadku literatury środka żonglerka klasycznymi motywami niekoniecznie musi być powodem krytyki, to jednak powieść Mroza zdaje się być zbyt szczelnie wypełniona mieszającymi się ze sobą pomysłami, pochodzącymi ze skarbnicy gatunku. Sama zaś fabuła podporządkowana jest ich kolejnym emanacjom do tego stopnia, że szybko zapominamy, od czego się książka zaczęła. Musimy, chcąc nie chcąc, bez ustanku trzymać rękę na pulsie galopującej akcji, by nie zgubić się w jej otchłaniach.

Całość zaczyna się mocno i krwawo. Na pokładzie mknącego na podbój nowych światów statku kosmicznego budzą się dwaj astronauci poddani wcześniejszej hibernacji. Pobudka ta nie była jednak przewidziana w rozkładzie lotu, a korytarze statku usłane są zmasakrowanymi ciałami towarzyszy podróży…

Szybko okazuje się, że za masakrą na pokładzie ISS Accipitera stoi mroczna, obca siła, która dopiero zaczęła popisywać się swoimi morderczymi skłonnościami. Inne statki, które stara poczciwa Ziemia wysłała w celu odnalezienia innych form życia, również zdają się być ofiarami podobnej kosmicznej rzezi. Cała ta dość krwawa ekspozycja to tylko początek, który nie zapowiada innych atrakcji, jakie przygotował dla czytelników Remigiusz Mróz.



Chór zapomnianych głosów to wyjątkowo męska proza. Dwóch głównych bohaterów, astrofizyka Håkona Lindberga i nawigatora Diję Udina Alhassana, łączy szorstka przyjaźń, stąd też najczęściej zwracają się do siebie, używając wiązanek malowniczych przekleństw. Dość szybko zaczynamy kibicować im na drodze do poznania prawdy o tym, co stało się naprawdę na pokładzie macierzystego statku. Zdolni jesteśmy nawet polubić tych dogadujących sobie na każdym kroku mężczyzn, którzy, poddani presji przeróżnych zadziwiających zdarzeń, rzadko tracą rezon w ich obliczu. Dodajmy też, że ten pierwszy to skupiony i racjonalnie myślący Skandynaw, drugi – choleryczny muzułmanin.

Oni oraz pozostali bohaterowie tworzą typowy dla fantastyki naukowej kolektyw ludzi twardych, zaprawionych w bojach, dysponujących niezbędnym sprzętem, intuicją i wyobraźnią. A fakt, że przyjdzie im się zmierzyć z siłami, których potęgi wyobrazić sobie nie sposób, zapowiada niezłą zabawę. Gdy do tego wszystkiego dodamy przewijający się nieśmiertelny motyw obcych cywilizacji oraz podróży w czasie, które stają się okazją do rozważań na temat możliwości, jakie oferują komuś, kto chce zmienić przeznaczenie zapisane w przyszłości, otrzymamy wyjątkowo bogatą prozę.

Jednak fabuła tej obszernej książki bierze ostre zakręty i wyjątkowo często meandruje. Pomysł goni pomysł. W pewnym momencie wydawać się może, że kolejne zwroty akcji są zaledwie trampolinami, przy pomocy których powieść wjeżdża na nowe tory. Z czasem ta pogoń za utrzymaniem uwagi odbiorcy paradoksalnie może znużyć. Mróz nie zatrzymuje się na dłużej, by czytelnik mógł nacieszyć się serwowanymi mu po drodze rozwiązaniami. Nie pogłębia perspektywy, ale uparcie podrzuca kolejne pomysły, które zostają szybko przesłonięte następnymi. Z  jednej strony cieszyć może fakt, że Chór zapomnianych głosów stanowi przenośną skarbnicę elementarnych dla gatunku szablonów, a z drugiej powieść można skwitować oskarżeniem o klęskę urodzaju.

Książki takie jak ta nie mają zbyt wielkich ambicji, co rzecz jasna nie oznacza, że nie ma ich sam autor. Język dzieła jest czysty, pozbawiony zbędnych ozdobników stylistycznych, nie zatrzymuje na sobie uwagi czytelnika, tylko pozwala w jak najkrótszym czasie zorientować się w przestrzeni opowieści. Razić mogą mnożące się wulgaryzmy; zdaje się, że Mróz nie wierzy, by mężczyźni mogli rozmawiać ze sobą, nie używając kilku mniej lub bardziej wyszukanych przekleństw.

Cała powieść może zadowolić wielbicieli gatunku – jest w niej wszystko, za co kocha się fantastykę naukową. Zapewne odbiorcy, którzy już z niejednego pieca chleb jedli, mogą zżymać się, odnajdując znane już im od dawien dawna pomysły. Jednak sprawność wykonania rekompensuje wszelkie wątpliwości i wynagradza w dużym stopniu przyjemny trud lektury. Być może, przerzuciwszy ostatnią kartkę książki, pokusimy się o refleksję na temat kondycji samej literatury fantastycznej. Czy faktycznie trzeba na siłę szukać nowych, bardzo często zbyt wydumanych i karkołomnych pomysłów? A może wystarczy przyzwoicie odrobić lekcję i dać czytelnikom to, czego się spodziewają, wyciągając rękę w kierunku półki z napisem „science fiction”?


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

czwartek, 1 stycznia 2015

Etap wysokogórski, czyli "Droga serca" Harrisona

Truizmem jest pisać, że książki M. Johna Harrisona należą do trudnych. Proza tego angielskiego autora czytelnikom się nie kłania. Uchodzi za dziwną, enigmatyczną, manieryczną, wymagającą nadprzeciętnego skupienia. Pozorny chaos i częsta nieobecność klasycznych rozwiązań fabularnych bywają przeszkodami trudnymi do pokonania. Pisarz nie stara się przypodobać masowym gustom, nie ma zamiaru niczego ułatwiać i uparcie kroczy swoją ścieżką, ignorując utyskiwania przyzwyczajonych do „normalnej” fantastyki fanów.

Droga serca, powieść wydana w 1992 roku, zdaje się doskonale potwierdzać wszystko, co o  Harrisonie do tej pory wiemy. Trzonem fabuły (jeśli można posłużyć się tak nieprecyzyjnym terminem) są zmagania trójki bohaterów, którzy przez większość dorosłego życia muszą uciekać przed zgubnymi skutkami pewnego rytuału, w jaki onegdaj zaangażowali się za sprawą parającego się magią ezoteryka. Pełznące za postaciami Zło, cień przeszłości, który kładzie się na każdym elemencie teraźniejszości, to motyw często występujący w klasycznych powieściach grozy, w horrorach wszelkiej maści. Jednak Droga serca horrorem z pewnością nie jest. Jest czymś dużo większym, głębszym i poważniejszym.



Czytając tę pozycję, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że autor podejmuje wyzwanie rzucone fantastyce przez naczelnego paranoika science fiction – Philipa Dicka. Takie powieści jak Valis, w literacki sposób tłumaczące mistyczne doświadczenia i epifanie, jakie obserwował amerykański pisarz, miały potwierdzać przeświadczenie, że świat jest systemem znaków, które odczytać mogą jedynie wtajemniczeni. Znaki te rozsiane są wszędzie. Dick szukał ich, spacerując zaśmieconymi ulicach San Francisco lub oglądając reklamy telewizyjne. Drogę serca można uznać za równie dobre studium paranoi. Różni się jednak ono od owoców zmagań Dicka. Autor Valisa przelał na papier bardzo osobiste doświadczenia, które (ponoć) naprawdę miały miejsce. Paranoja u Harrisona ma charakter konceptu fabularnego, jest przemyślaną strukturą, pod dyktando której rozwija się cała powieść.

Bohaterowie Harrisona szukają tajemniczej Pleromy – mistycznej, wywodzącej się z gnostycznych rozważań Pełni – przeczesując tonące w mroku przeszłości odnogi historii Europy, dłubiąc w genealogiach królewskich rodów, po omacku chwytając strzępy rozrzuconych informacji. Jednak podróż do źródeł prawdy, jak to często w tego typu opowieściach bywa, może być okupiona klęską na każdej z możliwych płaszczyzn. Bohaterów prześladują więc nie tylko halucynacje, niemal mistyczne wizje, są również miażdżeni chorobami, wegetują w źle rokujących związkach. Nie od dziś literatura przekonuje nas, że wyprawa po złote runo wiedzy kończy się źle.

Dzieło Harrisona nie ma klasycznej, linearnej struktury. Serie epizodów raz łączą się ze sobą, innym razem tworzą osobliwy collage, w którym mieszają się odległa przeszłość z teraźniejszością, partie o charakterze czysto sprawozdawczym z miejscami przesyconymi poetyckim, odrealnionym klimatem. Powieść więc co i rusz zmienia tempo, szarpie do przodu i zwalnia. Delektujemy się spokojnymi, rozlewnymi opisami przyrody, mając świeżo w pamięci sceny, w których brutalny, perwersyjny seks łączył się z magią i bogowie wiedzą z czym tam jeszcze.

Kilka drobnych scen, opisów, na pierwszy rzut oka przypadkowo obecnych na powierzchni tekstu, znajduje swoje niepokojące odbicie w kolejnych partiach książki. Mistrzostwo Harrisona polega więc również na tym, że paranoja, która stoi u fundamentów świata przedstawionego tej powieści, przenosi się z czasem na sam proces lektury Drogi serca. Od pewnego momentu zaczniemy sami siebie pytać, czy dany epizod, obraz mają jakiekolwiek związek z poszukiwaniami prowadzonymi przez bohaterów, czy poprowadzą nas dalej na ścieżce interpretacji, czy są jednak ślepymi zaułkami, w których ugrzęźnie nasza uwaga?

Powieść angielskiego autora nie należy do łatwych. Trzeba przedzierać się przez prawdziwy gąszcz szczegółów, w jakie obfituje narracja, zmusić się do przeczytania kilku naprawdę mocnych drastycznych scen, wydobyć z plątaniny informacji te, dzięki którym zrozumiemy intencje bohaterów, przyzwyczaić się do nagłych, niezapowiedzianych niczym zakrętów fabuły. Gdy przygotujemy się na to wszystko, wtedy u kresu lektury być może pojawi się przyjemna świadomość tego, że obcowało się z dziełem niezwykłym, unikatowym i trudnym.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl. 

piątek, 19 grudnia 2014

Dylu-dylu na skrzypkach, czyli "Oberki do końca świata" Szostaka

Raz na jakiś czas trafić można na książkę, która wymyka się jednoznacznym kryteriom gatunkowym. Czytelnicy, pchani dość naturalną potrzebą nazywania i katalogowania, stają bezradni wobec dzieła stapiającego w sobie szlachetne, ale unikatowo połączone elementy. Tekst czaruje, obezwładnia urodą, lecz broni dostępu do swoich sekretów. Jest niepowtarzalny. Trudno się nim nawet inspirować, gdyż każda próba nawiązania do niego może skończyć się oskarżeniem o naśladownictwo. Można tylko rozkoszować się jego pięknem, mądrością i tajemnicą.


Taką książką są właśnie Oberki do końca świata Wita Szostaka, które traktują temat polskiej wsi z nieczęsto spotykanym w naszej literaturze szacunkiem i atencją. Jednak motyw ten nie służy w przypadku Szostakakomentarzowi społecznemu, nie jest mniej lub bardziej malowniczym tłem, autor niczego wsią „nie załatwia.” On oddaje jej hołd. Piórem odmalowuje zamkniętą, spójną wewnętrznie przestrzeń, która rządzi się własnymi regułami. Opisuje żarliwie pielęgnowane obyczaje, rozpaczliwą obronę przed miażdżącym naporem czasu, który niestety finalnie tryumfuje.





W opowieści tej z jednej strony spotykają się uniwersalne, stare jak ludzkość dramaty i emocje, niemalże archetypiczne postawy wobec życia i świata, a z drugiej strony Szostak głęboko zanurza swoją książkę w kulturze naszej prowincji. Oberki do końca świata są do bólu polskie, słowiańskie, zakorzenione w tradycjach ginącej rzeczywistości, której przed popadnięciem w nicość broni właśnie ta proza. Ciężki chłopski los staje się ilustracją przemian kulturowych, których świadkiem stał się wiek XX.


Śledząc losy bohaterów, przede wszystkim członków muzykanckiego rodu Wichrów, cenionych skrzypków ogrywających wesela we wsi Rokiciny i okolicach, czytamy tak naprawdę przepiękny, chwytający za serce poetycki zapis ostatnich skurczów świata, którego już nie ma. Książka podzielona jest na kilkanaście krótkich rozdziałów. Zamknięte w sobie całości korespondują ze sobą i wzajemnie się uzupełniają, tworząc panoramę ludzkich wzlotów i upadków, przedwczesnych nadziei i gorzkich zwycięstw. Poszczególne historie mają własną dramaturgię, wewnętrzne napięcie, które pozwala czytać je jak opowiadania otwierane ciekawą ekspozycją, zamykane zaś logiczną z punktu widzenia narracji puentą.


W powieści nie brakuje elementów fantastycznych, momentami metafizycznych – bohaterów co i rusz spotykają niezwykłe wydarzenia, które nie mieszczą się w racjonalistycznej wizji rzeczywistości, za to doskonale ilustrują ludowe przeświadczenie o tym, że świat żyje, czuje, da się z nim pertraktować, a nawet narzucić mu swoją wolę. Stąd też jednemu z muzykantów udaje się przy pomocy dźwięków skrzypiec zabezpieczyć rodzinną wieś przed tragicznym strumieniem wypadków – przed II wojną światową, która stanowi swoistą cezurę dla całej powieści, gdyż nic po jej zakończeniu nie będzie takie, jakie do tej pory było.


Zniknie gdzieś magia, gdy tradycje zaczną ustępować pola nowoczesności, która wdziera się do bezpiecznej, wcześniej niemal arkadyjskiej przestrzeni. Bohaterowie początkowo starają się dać odpór nowemu, ale szybko muszą uznać wyższość potężniejszych od siebie sił. Po latach na wsiach zjawią się etnografowie-pasjonaci próbujący rozdmuchać żar tlący się w dogasającym palenisku kultury ludowej. Czasu jednak zatrzymać się nie da. Duch łagodnej, spokojnej rezygnacji przenika całą książkę.


Zachowując odpowiednie proporcje, możemy śmiało stwierdzić, że Szostak czerpie z tego samego czystego źródła, z którego na początku XIX wieku pili zafascynowani ludowością polscy romantycy. Oni też widzieli w kulturze ludowej nieodkryte, trudne piękno błyszczące własnym – nieodbitym blaskiem.


Tworząc całą galerię fantastycznych postaci, autor pozwala im dojrzewać i starzeć się, obserwować rozpadający się na ich oczach świat oraz starania tych, którzy chcą odroczyć jego ostateczną zagładę. Unikalna surowa poezja i silnie zrytmizowana, pozbawiona dialogów proza Oberków do końca świata łączą się w całość, która potrafi zauroczyć, zahipnotyzować i porwać. Przepiękna, ale dojmująco smutna to opowieść.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta, którego jestem nierozgarniętym recenzentem.

czwartek, 20 listopada 2014

Przeczytałem, czyli ".byłem" Jaworskiego

W polskiej literaturze mamy kilka silnych, doskonałych przykładów zmagania się poetów z własnym niszczonym przez choroby i leczenie ciałem. A to Miron Białoszewski opisuje nam z ironią i czarnym humorem swoje perypetie na oddziale urologicznym (cykl wierszy „Spotkanie z nożem”), a to Kazimierz Ratoń z całą brutalnością, na jaką stać poetę przeklętego, pluje jadem, opisuje graniczne stany, w jakie wpędziła go między innymi galopująca gruźlica.
Dziś Krzysztof Jaworski, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. „pokolenia bruLionu”, lewicujący chuligański autor, mierzy się z doświadczeniem choroby nowotworowej. Tomik „.byłem” jest zwartym skoncentrowanym zbiorem drapieżnych wierszy, które mogą ranić, kaleczyć a nawet obrażać tradycyjnie rozumiane gusta poetyckie. Nie ma w tych tekstach (napisanych przecież na pierwszej linii frontu wojny z rakiem) najmniejszej nawet dawki ckliwości, użalania się nad sobą, wymuszonego przez sytuację patetycznego zestawu gestów.

Jest bolesna niepewność (...powiedz, kochanie,/chcesz się ze mną pierdolić,/czy chcesz się ze mną zestarzeć?), poczucie powolnego znikania w smudze cienia, kryzys wieku średniego (Za moich czasów,/wszystko było inne./Nigdy nie myślałem, że dożyję/moich czasów.). Zdarzają się nawet liryczne podsumowania odległych czasów, gdy Nic nie było zapisane na pendrivach./Wszystko było zapisane w gwiazdach.
Jednak w książce obserwujemy najczęściej szeroki wachlarz zawadiackich gestów, słyszymy warczenie, odszczekiwanie się... Jaworski ani przez moment nie myśli neutralizować tonu, który jest przecież charakterystyczny dla jego poetyki. Wiersze z tomu „.byłem” bazują na nieustannej kontestacji nie samej choroby przecież, ale pewnych form „życia w chorobie.” Arsenał spodziewanych gestów obronnych zastąpiony został więc przez cynizm, gorzką ironię sąsiadującą z nihilizmem. Poczucie bezradności i turpistyczne wręcz dekoracje, w jakich rozgrywają się wiersze, często rozsadza dawka smoliście czarnego humoru.
Te teksty nie niosą pocieszenia. Nie mają wartości terapeutycznej. Heroizmu w nich jak na nomen omen lekarstwo. A z drugiej strony czyż heroiczną nie jest chwila, gdy dekonstruuje się własny ból, strach rozkłada na czynniki pierwsze, by można było sobie z nich dworować, kpić? Być może, o paradoksie, cierpienie uczyć ma dystansu do siebie samego i innych?

wtorek, 18 listopada 2014

Sławianie, my lubim horrory, czyli "Szczęśliwa ziemia" Orbitowskiego

Od czasu do czasu lubię obracać w głowie pewną hipotetyczną sytuację - zastanawia mnie, jak wyglądałby polski romantyzm, gdyby nie musiał rozwijać się, kwitnąć i owocować w cieniu zaborów i przegranych powstań narodowych? Czym byłaby ta fascynująca epoka, gdyby Mickiewicz, Słowacki i ich epigoni nie zabazgrolili jej swoimi fantazmatami z mesjanizmem na czele?

Być może (nie wiem, przypuszczam, igram sobie) konkurowałyby w niej dwie potężne tendencje - czytalibyśmy albo o kolejnych malowniczych katastrofach miłosnych, albo drżelibyśmy ze strachu nad opowieściami o duchach, upiorach i diabłach. Być może takie fundamentalne dla polskiego romantyzmu mroczne dzieła jak "Zamek kaniowski" Goszczyńskiego albo "Maria" Malczewskiego stanowiłyby tylko preludium erupcji niesamowitości. Być może zapracowalibyśmy na swojego Lovecrafta? Poego? Kto wie...

Dziś, gdy kończę czytać powieść tak hołubionego autora, jakim jest Orbitowski, nie mogę pomyśleć o niej inaczej niż w kategoriach czarnego romantyzmu właśnie - ignorowanej przez masową świadomość czytelniczą odnogi rzeczonej epoki.

"Szczęśliwa ziemia", podobnie jak przywołane wcześniej dziewiętnastowieczne dzieła, ma u swoich podstaw ideę bliską romantykom - transcendencję włamującą się do naszej rzeczywistości. Jednak w przypadku tej powieści jest ona wroga, grzebie kopytami u podstaw świata, zaburza jego równowagę, by wprowadzić ład oparty na bezlitosnym prawie klątwy; fatum wiszącego zarówno nad jednostkowymi losami bohaterów, jak i historią miasta, w którym zagnieździło się zło.

Orbitowski bierze naprawdę szeroki zamach, otwierając opowieść scenami z otchłani czasu, czyli z przełomu lat 80 i 90 ubiegłego stulecia. Małomiasteczkowa zatęchła atmosfera, skrzętnie katalogowane rekwizyty nieistniejącego już świata, wachlarz momentami groteskowych, momentami boleśnie realistycznych postaci w niezauważalny sposób buduje nam scenę, na której rozegra się dramat - opowieść o grupce młodych przyjaciół, która zapłaciła wyjątkowo wysoką cenę za realizację dość stereotypowych marzeń. No i  jak to w tego typu historiach bywa, Zło wciąż domaga się od ludzi spłaty długu wdzięczności i nie pozwala się od siebie uwolnić.

"Szczęśliwa ziemia" w swoich najlepszych momentach pulsuje pradawnym rytmem opowieści. To magia narracji prowadzi nas wciąż do przodu. Nic nie zatrzymuje nas na dłużej. Pochłaniamy kolejne partie tekstu tak, jakbyśmy słuchali przerażającej legendy, która nie ma czasu na retardacje. Słów, obrazów, bohaterów i wydarzeń jest tyle, ile trzeba.



Czar słabnie, gdy Orbitowski opuszcza przeszłość swoich bohaterów i zaczyna przyglądać się ich "współczesnym" losom. Narracja rozszczepia się. Wędrujemy do Kopenhagi, do Warszawy, Krakowa. Śledzimy kariery i bolesne katastrofy tych, którym wydawało się, że są w stanie uciec przed ścigającą ich klątwą. I o ile warstwa fabularna drugiej części powieści znów jest bez zarzutu, to styl zaczyna być męczący.

Autor zasypuje nas lawiną niczego nie wnoszących do fabuły opisów. Proste zdania oznajmujące składają nam raporty o stanie świata, ale dotykają zaledwie jego naskórka. Zagracają przestrzeń powieści dziesiątkami niepotrzebnych detali. Orbitowski być może chciał nakreślić tło obyczajowe, zilustrować coś, co za chwilę umrze, przekształci się, zrzuci poprzednie wcielenie, ale poświęcił temu tyle miejsca i energii, jakby "Szczęśliwa ziemia" miała być powieścią obyczajową. A taką z pewnością nie jest.

Orbitowski przede wszystkim straszy i robi to w sposób wyrafinowany - raz rzuca bohaterów na pastwę konkretnego nadludzkiego zła, innym razem mnoży zagadkowe szczegóły (kapitalny motyw z uszkodzoną książką, proszę przeczytać), by przeorać serca dojmującą niepewnością. Atmosfera gęstnieje. Mnożą się niewiadome, krzyżują losy tych, którzy też złu w drogę weszli. Przeczucia najgorszego muszą się w końcu spełnić.

I nawet jeżeli nie będziemy czuć zimnych dreszczy wędrujących wzdłuż kręgosłupa, to nastrój książki jest na tyle mroczny i przytłaczający, że silniej za gardło chwyta świadomość braku nadziei i ratunku dla bohaterów niż kolejna manifestacja zła.

Poleca się.

Pierwsze rozdanie, czyli "Dzikie karty" pod red. Martina

Jest taka odnoga historii, jest taki jej boczny tor, na który wjechały dzieje (wszech)świata, by zamienić się w uniwersum Dzikich kart – gargantuicznych rozmiarów projekt, nad którym czuwał George R. R. Martin. Zebrał on zacne grono autorów, którzy pisząc kolejne opowiadania, dobudowywali piętra tej imponującej budowli, poszerzali ją, mnożyli korytarze, pokoje i tajemne przejścia pomiędzy nimi.

Kamieniem węgielnym całego zbioru opowieści jest pomysł rodem z arsenału pulpowej odmiany science fiction. Wirus pochodzący z obcej planety, mający zdolność modyfikowania kodu genetycznego człowieka, dziesiątkuje populację. Większość jego ofiar umiera, jednak cała zabawa polega na tym, że wirus może również zamienić osobę w karykaturalne monstrum (tzw. dżokera) lub w obdarzonego nadludzkimi mocami asa. W mechanizm działania wirusa wpisana jest przypadkowość, czynnik losowy. Żaden człowiek nie zareaguje identycznie na jego obecność w  organizmie, stąd świat przedstawiony zaludniają całe tabuny przedziwnych istot, nadnaturalnie uzdolnionych mutantów, groteskowych dziwolągów.

Nie wiem, jak inni czytelnicy odbiorą ten opasły zbiór opowiadań różnych autorów, ja jednak, czytając Dzikie karty, czułem zamkniętą w nim olbrzymią tęsknotę za rozwiązaniami obecnymi w  amerykańskiej popkulturze przynajmniej od połowy lat 50, od czasów srebrnej ery komiksów o  superbohaterach, która na wznoszącej fali przyniosła takie tytuły jak X-men lub Fantastyczna Czwórka. Zbeletryzowane przygody tychże postaci brzmiałyby bardzo podobnie do tych opisanych przez twórców spod bandery Dzikich kart.



Bo z czym mamy do czynienia? Z opowieściami o zwykłych ludziach, którzy za sprawą anomalii genetycznych zaczynają mutować. Zmuszeni są do konfrontacji ze swoim nowym ja, muszą jednocześnie mierzyć się z niezrozumieniem otoczenia, które zbyt często reaguje podejrzliwie, a w  najgorszym razie wrogo; zdumiewające moce odsłaniają głęboko skrywane ciągoty do czynienia zła lub dobra. Znamy to? Znamy.

Gra talią takich kart wymaga nie lada mistrzostwa. Uniwersum zaprezentowane przez Martina oraz panujące w tymże świecie reguły nie są przecież żadnym novum dla czytelników poznających dziś Dzikie karty. Wszystko zatem rozbija się o atrakcyjność poszczególnych historii, o styl, o umiejętność opowiadania, o budowanie napięcia lub błyszczenie poczuciem humoru. Dzikie karty odeprą zarzut wtórności wobec takiego medium jak komiks tylko wtedy, gdy opowieści będą korzystały z dobrodziejstw literatury, z bogactwa jej środków wyrazu, a nie zatrzymają się na galopadzie wydarzeń, typowej dla przygód komiksowych superbohaterów.

A jak radzą sobie poszczególni autorzy? Różnie, chciałoby się rzec. Najczęściej opowieści bazują na starych dobrych chwytach wykorzystywanych w literaturze popularnej. Bohaterowie zazębiających się ze sobą opowiadań ścigają pogrobowców Hitlera, wprowadzają amerykańskie standardy demokratyczne w odległych zakątkach Ziemi, korzystają z chwilowej popularności, zanim nie zmiażdży ich bardziej nieludzki od najbardziej zdeformowanych dżokerów świat wielkiej polityki (Świadek Waltera Jona Williamsa). Pojawiają się motywy znane z kryminału noir (Kapitan Katoda i tajemniczy as Michaela Cassutta), z melodramatów (Procedura łamania Melindy M. Snodgrass), z powieści szpiegowskich(Powers Davida D. Levine’a)… Styl tekstów jest poprawny, ale rzadko porywający – wydaje się, że część autorów stara się przy pomocy jak najmniejszej ilości słów zamknąć w jednym opowiadaniu , scharakteryzować bohaterów, naszkicować tło, zawiązać intrygę i poprowadzić ją w kierunku finału.

Sam Martin flirtuje z doskonale znanymi schematami komiksów o superbohaterach. Opisuje nieśmiałego, zakochanego w obrazkowych historiach samotnika, który odkrywszy w sobie moc, decyduje się walczyć z przestępczością. Brzmi znajomo, prawda? I nie jestem pewien, czy pisarz celowo celebruje uświęconą tradycję budowania podobnych narracji, czy też ironicznie komentuje skamieniałe formuły, trzymając się ich w kurczowy sposób.

Tych ponad sześćset stron, kilkanaście opowiadań mniej lub bardziej znanych autorów, powinno usatysfakcjonować fanów akcji i przygody. Teksty na szczęście podbite są również niejednoznacznymi gorzkimi refleksjami o ludzkiej naturze, tolerancji, polityce, a ich wymowa często wymyka się jednoznacznej interpretacji. Ułożone zgodnie z chronologią wydarzeń, jakie miały miejsce po II wojnie światowej, stanowią smaczny komentarz do co bardziej dramatycznych zakrętów dziejowych.

***
Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach portalu Fantasta.pl

poniedziałek, 27 października 2014

Bądźcie płodni, czyli "Zamknięty świat" Silverberga

Ależ dziwacznymi ścieżkami błądzić mogą myśli czytającego… Siedzę sobie z „Zamkniętym światem” Silverberga i nagle kołują mi w głowie takie cuda: książka ukazała się w 1971 roku, jesteśmy tuż za progiem rewolucji obyczajowej, która uruchomiła lato miłości, dzieci-kwiaty, Woodstock, fale studenckich strajków, a także wprowadziła na rynek w 1966 roku pigułki antykoncepcyjne. Z drugiej strony swoje działa wytacza Watykan, publikując encyklikę Pawła VI „Humanea Vitae”, w której piętnuje się wszelkie nienaturalne metody regulacji poczęć, czym niejako powtarza biblijne wezwanie do bycia płodnym i rozmnażania się. Dodajmy do tego koktajlu docierające do nas z głębin XIX apokaliptyczne przepowiednie Malthusa, który wieszczył zagładę ludzkości, jeżeli ta nie poprzestanie na modelu rodziny „2+2.” I nie chodziło mu o mężczyznę, kobietę, kota i psa…

Wydaje się, że wszystkie te konteksty znalazły w powieści Silverberga wyjątkowo apetyczny wspólny mianownik. Autor zbudował klasyczny dystopijny porządek. Akcję umieścił w 2381 roku. Ziemię zaludnił 75 miliardami ludzi, których spakował w olbrzymich, wysokich na 3 kilometry budowlach zwanych monadami.

Ludzie kierowani świętym obowiązkiem mnożą się na potęgę, zawierają małżeństwa w wieku kilkunastu lat, by w ciągu kilku kolejnych zafundować sobie 5-6 dzieciaków. Ba! W ciasnych monadach zlikwidowano całkowicie „wyłączność cielesną” partnerów, więc noc w noc można pakować się do łóżek przypadkowym osobom i za obopólną zgodą (odmowy są źle widziane) współżyć bez najmniejszych konsekwencji.

Autor nieźle świntuszy. Opisy seksu, dość naturalistyczne, dodajmy, stanowią sporą część książki i gdyby jakiś ambitny filmowiec pokusił się o jej adaptację, mielibyśmy do czynienia z (bodajże) pierwszą poważną próbą połączenia filmu pornograficznego z fanatyczno-naukowym.

Filmowy (w duchu poetyki choćby Roberta Altmana) zdaje się być też sposób prowadzenia narracji. Nic nas nie pcha od punktu A do punktu Z. Odwrotnie – czytamy o kilku dniach z życia grupki bohaterów, których losy splatają się z sobą (sami bohaterowie splatają się również, gdyż prowadząc wybujałe seksualnie życie, prędzej czy później muszą natknąć się na siebie…) Poszczególne historie uzupełniają się wzajemnie, każdorazowo odsłaniając inny wymiar dystopijnego świata. Pokazując inne okaleczenia, inne rany, jakie zadaje człowiekowi życie w wyżej opisanym ekosystemie.

Z drugiej zaś strony spora część postaci kwitnie i owocuje pod sztucznym słońcem monady 116. W pełni akceptuje reguły, przyjmując je za oczywiste i naturalne. Nieliczni tylko nieszczęśnicy, wyalienowani, przygnieceni klaustrofobią mają dwa wyjścia: albo poddać się inwazyjnej psychoterapii, albo zginąć, kończąc w tak zwanej zsuwalni.

Nie łudźmy się – nic nie rozbije tego świata, nie będzie sabotażu, rewolucji, pierwszych jaskółek innego ładu społecznego. Ten świat jest dosłownie zamknięty.



Czym więc jest ta powieść Roberta Silverberga? Kwaśną satyrą? Groteską wycelowaną w wartość płodności? Krytyką rozpasania seksualnego lat 60? A może (co brzmi chyba najgroźniej) przypominać ma nam, że wolni jesteśmy i tak tylko w obrębie wyraźnie zarysowanych granic? Nie wiem i bardzo dobrze, że nie wiem, bo świetna książka nie powinna zamykać interpretacji zbyt wielu drzwi.


Na koniec perełka – każdy z poziomów monady mieszkalnej nosi nazwę pochodzącą od któregoś z nieistniejących w 2381 roku miast. Elita żyje bodajże w Louisville. A gdzie żyją robole, plebs, ciemna masa? Tak, w Warszawie…

wtorek, 14 października 2014

Niedyskretny urok odgrzewanych dań, czyli "Czerwone liście" Simons

Kiedy w piosence zespołu PULP „TV movie” padają słowa:

Without you my life has become a hangover without end.
A movie made for TV: bad dialogue,
bad acting, no interest.
Too long with no story & no sex.

nie mogę nie pomyśleć o nadesłanej mi do zrecenzowania powieści kryminalnej „Czerwone liście” Paulliny Simons. Stan, o którym śpiewa Jarvis Cocker, to bolesne i dojmujące poczucie porzucenia/tęsknoty zamieniające życie w parodię życia. Złe dialogi, złe aktorstwo, licha fabuła, dłużyzny, brak scen łóżkowych. Wszystko to jak ulał pasuje do tej nieszczęsnej książki. (Oprócz seksu, opisanego w sposób drętwy, nijaki, bezpłciowy…). Przeżyłem w życiu sporo rozstań i kac, jaki po nich miałem był podobny do tego, jaki pozostał po „Czerwonych liściach.”

Wielbicieli powieści kryminalnych ciężko zaskoczyć czymś nowym. Starzy wyjadacze spróbowali już zapewne każdej możliwej wariacji. Począwszy od klasycznych Sherlocków i Herculesów, skończywszy na wciąż penetrujących granice gatunku kryminałach skandynawskich. Liczba możliwych odmian jest przeogromna, co świadczy o uniwersalności formuły, a z drugiej strony grozić może zalewem dzieł w przedziwny sposób zniekształcających ramy kryminału, wtórnych, nieudanych, banalnych.

Ostatnia uwaga odnosi się niestety do powieści Paulliny Simons pt. „Czerwone liście” – książki nudnej i niewnoszącej niczego nowego do skarbnicy gatunku. Dzieła, które realizując wszelkie prawidła tworzenia kryminałów, rozczarowuje i na szczęście dość szybko ulatnia się z pamięci czytelnika.

Pierwszą część książki (bagatela, około 150 stron!) stanowi monotonna, pozbawiona tempa ekspozycja. Poznajemy bohaterów, którym szybko zaczynamy życzyć śmieci, gdyż są nieziemsko antypatyczni. Połączeni podejrzanymi związkami uczuciowo-miłosnymi prowadzą najczęściej miałkie rozmowy zbyt wolno posuwające akcję do przodu. Scena kawiarnianej rozmowy przyszłej ofiary mordercy z policjantem, który będzie mordercę śledził, jest tak upiornie „o niczym”, że mogłaby się z powodzeniem znaleźć we francuskim filmie nowofalowym. W kryminale, gdzie w sumie większość scen powinna nam coś sugerować lub ukrywać w sobie tropy, do których będziemy wracać odtwarzając okoliczności zbrodni, jest nie-do-pomyślenia. To takie żałosne obyczajowe ćwierkanie. 



Jeżeli ktoś w tym momencie nie odłoży książki, doczeka się na główne danie, którym będzie śmierć jednej z bohaterek. Wkrótce sympatyczny detektyw zabierze się za tropienie mordercy, a autorka zacznie przyrządza swoje dzieło wedle znanych i ponoć gwarantujących sukces receptur. Korzenie tajemnicy morderstwa tkwić będą głęboko w przeszłości, znajdzie się grono podejrzanych, wśród których każdy będzie miał powód, by uśmiercić nieszczęsną ofiarę. Śledzić będziemy mozolne śledztwo, w trakcie którego odsłonią się przed nami kolejne warstwy prawdy.

Nie spodziewajmy się jednak fajerwerków. Ta powieść jest co najwyżej przyzwoita i dziś, gdy od kryminału wymaga się nowatorstwa, nieszablonowych postaci, karkołomnych fabuł lub chociażby świetnie zarysowanego tła obyczajowego, razić może swoją poprawnością, stylistyczną nijakością, bezbarwnymi postaciami, scenami, które doskonale znamy z oglądanych jednym okiem telewizyjnych kryminałów. Drugim okiem przypatrujemy się bijącym się ze sobą dzieciom lub podziwiamy sprawność, z jaką sąsiadka wprowadza samochód do garażu…

Dodajmy, że „Czerwone liście” Paulliny Simons pierwotnie ukazały się w 1996 roku. W Polsce pierwszy raz znajdują swojego tłumacza, wydawcę i czytelnika w 2002, potem w 2014 roku. To dość zastanawiający fakt, który może potwierdzać moją małą spiskową teorię – mamy do czynienia z klasycznym przykładem odgrzewanego kotlet ze średniej jakości jadłodajni. Nie polecam.

czwartek, 2 października 2014

Na blogi recenzenckie

Kiedyś obiecałem sobie, że umieszczać na moim blogu będę tylko i wyłącznie omówienia książek, szkice, esejopodobne opowieści o lekturach, wreszcie recenzje, które spełniać będą wszelkie wymogi gatunku. Nie chciałem bawić się w teoretyzowanie na temat polskiej blogosfery książkowej, gdyż w innych miejscach dawałem upust pewnym przekonaniom. Teraz jednak zbieram do kupy swoje obserwacje z nadzieją, że nade wszystko samemu sobie jasno wytłumaczę, dlaczego nieziemsko irytuje mnie rodzime środowisko książkowych blogerów.

BLOGI NA PIASKU

Pięć lat polonistyki, setki przeczytanych książek, dziesiątki artykułów, setki haseł ze słowników, kurz z bibliotek, toner z ksero… Cała ta patologia, która zabija miłość do książek i nakazuje robić sekcje zwłok ukochanym istotom. Tak, tak kiedyś wyglądało. Stara dobra szkoła, której reżim zamieniał pasjonatów w chłodno analizujących teksty (mam nadzieję) zawodowców. Filologów.

Pod koniec studiów żonglowaliśmy pojęciami i terminami. Czytaliśmy na poziomie daleko wyższym i głębszym niż 5 lat wcześniej. (Mam przynajmniej nadzieję, że tak było.) Jeżeli coś nam się podobało, wiedzieliśmy dlaczego. Jeżeli coś odrzucało, również potrafiliśmy to nazwać, rozłożyć na elementy podstawowe. Mieliśmy narzędzia, którymi podważało się zamkniętą strukturę tekstu. Szło się na oślep. Często fałszywie interpretowało, rozumiało opacznie, jednak raz użyte narzędzia za każdym następnym razem spisywały się lepiej. Praktyka. Tak, na pewno.

Większość „recenzji” polskich blogerów książkowych nie zdradza najmniejszych nawet znamion znajomości teorii literatury. Ba! Kolejne i kolejne recenzje poszczególnych blogerów budowane są na tym samym grząskim piaszczystym gruncie, jakim jest satysfakcja lub brak satysfakcji czytelniczej. Próżno szukać choćby tak podstawowych kwestii jak świadomość gatunku opisywanej książki, rozumienie kontekstów okołoliterackich,  powoływanie się na tradycję… Sprawę załatwiają tzw. „misie” – „mi się podobało, polecam”, o wiele rzadziej „mi się nie podobało.” Prywatne gusta i guściki, pielęgnowane przeświadczenie o tym, że należy dać pierwszeństwo odczuciu, płynnym nastrojom, subiektywnym peanom lub zawodzeniom, zastępują obiektywny rzetelny ogląd sytuacji.

W sumie zignorować można ignorantów, co też robię za każdym razem, gdy czytam „recenzje” poskładane na poły ze streszczenia książki, na poły z przymiotników opisujących życie wewnętrzne „recenzenta” kwitnące za sprawą „urzekających historii”, pożądanej gramatury papieru i kolorowej okładki.

Zignorować nie można jednak cielęcego samozadowolenia ludzi, którzy pisząc o książkach nie mają zielonego pojęcia o czymś więcej niż to, jak połączyć przeczytane litery w sylaby, sylaby w wyrazy, wyrazy  w zdania i tak dalej…

FORMA? TAK, MAM KILKA W KUCHNI

Jedną z oznak szacunku dla czytelnika jest nie tylko kwestia tego, CO się pisze, ale również tego JAK się to robi. Forma, fundamentalny przecież element struktury każdej wypowiedzi, w przypadku absolutnej większości blogerów książkowych NIE ISTNIEJE. Przepraszam, istnieje, zamykając całą wypowiedź w jednym okrutnie nudnym, przewidywalnym i banalnym kształcie. Teksty są „kwadratowe”, wyprane z jakichkolwiek konceptów, pomysłów, zabiegów formalnych, zabójczo jednakowe. Brak indywidualnego piętna autora tekstu, nieistnienie jakichkolwiek ryzykownych dywagacji, dygresji przeróżnej natury, które pozwalałyby widzieć książkę w szerszej perspektywie, razi jak oglądanie zjeżdżających z taśmy fabrycznie nowych nocników. Choć w różnych kolorach, każdy jest identyczny.

W najlepszym razie o lenistwie intelektualnym świadczy ta dojmująca monotonia. Rozumiem, że komuś może się nie chcieć. Nie każda recenzja musi być wszak zaskakująca formalnie. Nie każda musi łączyć różne wszechświaty. Nie zawsze trzeba odbiorcę ująć, rozbawić, zaciekawić, porwać… Czasem trzeba napisać porządny wstęp, solidne rozwinięcie i silniejsze wnioski, bez bawienia się w cuda na kiju.

Jednak gdy wykluczymy lenistwo, pozostaje nam coś gorszego – brak predyspozycji intelektualnych, nazywając rzeczy po imieniu. Są ludzie, którzy choćby tydzień myśleli nad tytułem recenzji, nie wymyślą niczego. Tak to wygląda, moi drodzy.

NIE MA KSIĄŻEK BRZYDKICH, TYLKO…

Nie czarujmy się – światek blogów recenzenckich trawi ta sama choroba, co inne przestrzenie, w których jedni ludzie mówią drugim, co jest dobre a co złe. Patologicznych wymiarów wręcz nabiera przesadna ostrożność, z jaką blogerzy wyrażają swoje zdanie. Żyjąc (w Sieci) dzięki książkom, często nie ryzykują, by podcinać gałąź, na której chcą siedzieć i czerpać z tego siedzenia profity. Któż, mając podobne nastawienie, zrówna z ziemią książkę, którą za darmo otrzymał od wydawnictwa lub od portalu czytelniczego, z którym współpracuje? Pojawia się wtedy uroczy mechanizm samooszukiwania się lub oszukiwania odbiorców recenzji.

„Nie ma złych książek, są tylko nietrafieni czytelnicy” – mawia się na mieście. Nie ma książek źle napisanych, nudnych, banalnych, wtórnych, głupich, wulgarnych, anachronicznych. Krótko mówiąc, nie ma książek chujowych póki dostaje się je za darmo.

BO LUBIĘ I JUŻ

Motywacja zdaje się najlepiej i najszybciej rozgrzeszać każdego, kto pisze o książkach i robi to w sposób fatalny, mierny lub nijaki. „Kocham czytać i pisać, więc jakim prawem mnie oceniasz!” – taką kwestię często spotykałem, gdy pod czyjąś recenzją zdarzyło mi się umieścić negatywny komentarz. Przewrażliwienie środowiska domorosłych blogerów na swoim własnym punkcie jest ogromne. Wytknięcie (nawet życzliwe) komuś błędów, nieścisłości, nierzetelności zbyt często kończy się jatką. I niemal za każdym razem słychać oburzony ton kogoś, kto uważa, że pasja, z jaką oddaje się książkom, POWINNA usprawiedliwić KAŻDĄ niedoróbę recenzencką. 

Nie muszę chyba dodawać, że „lubienie czegoś” nie oznacza tego, że automatycznie zostajemy ekspertami w danej dziedzinie. To jest tylko pierwszy krok. Dla większości blogerów książkowych pierwszy i ostatni.

KOŃCZĄC,

piszący te słowa nie rości sobie żadnych pretensji do bycia jakimkolwiek arbitrem elegancji. Odwrotnie, piszę pielęgnując swój mały ogródek, robiąc swoje po prostu.

Być może nieliczni odbiorcy mojego bloga oskarżą mnie o bufonadę, o zrzędzenie, o niczym nieusprawiedliwione poczucie wyższości. Cóż, w czasach terroru subiektywizmu, w czasach, gdy „każdy swoją rację ma”, posiadanie poglądów może zakończyć się oskarżeniem o intelektualny faszyzm. Trudno, jakoś trzeba będzie sobie poradzić z tym odium.