piątek, 15 maja 2020

Robota to głupota, czyli "Całopalenie" Marasco

Dzięki fantastycznemu studium tanich (i tych ciut droższych) horrorów z lat 70 i 80 autorstwa Grandy'ego Hendrixa "Paperbacks from Hell , zacząłem nieco inaczej patrzeć na fenomen tego gatunku. Dostrzegłem jak precyzyjnie odbierał horror drgania, które telepały społeczeństwem. Jeżeli poeci bywają wieszczami i przewidzieć potrafią to, co może się wydarzyć, to pisarze grozy są czułymi sejsmografami, które odbierają ledwie co uświadomione i niemal nienazwane fobie, lęki, kompleksy, a następnie wzmacniają je do tego stopnia, że odbiorcy głuchną od krzyków, jęków i zawodzeń ofiar, o których czytamy, sięgając po horrory.



Tak właśnie mają się sprawy z „Całopaleniem” Roberta Marasco, które śmiało można uznać za pierwowzór głośnego „Lśnienia” Kinga. „Podbudowa” społeczna obu powieści jest niemal identyczna – kryzys lat 70, opłakany stan amerykańskich metropolii, z których biedniejsi obywatele nie mogą się wyrwać i tkwią uwięzieni w ciasnych celach dzielnic biedy, przemocy i braku perspektyw. Szczęśliwsi, a może bardziej zdesperowani, wyjeżdżają na prowincję, by tam zacząć od nowa lub skończyć to, czego nie mogli domknąć w mieście. Tak właśnie zaczyna się i „Całopalenie” i „Lśnienie”. Blisko, bardzo blisko do siebie tym powieściom.

Rodzina sportretowana przez Marasco jest nieliczna – ojciec nauczyciel, matka w domu, mały synek. Cała trójka (plus ciotka bohatera, podstarzała zażywna malarka-amatorka) zwietrzyli swoją życiową szansę i wynajęli na całe lato olbrzymią posiadłość położoną gdzieś na prowincji, daleko od spalin i wielkomiejskiego hałasu. Oferta jest niemal baśniowa, a składa ją para dziwacznych staruszków, którzy na całe lato wynoszą się, a gmaszysko musi być dopilnowane. Gdzie jest haczyk? W domu zostaje starsza pani, której trzy razy dziennie trzeba dostarczać jedzenie. To wszystko. „Najprawdopodobniej nawet jej nie zobaczycie…” – uspokajają i umowa zostaje podpisana.

Oczywiście to jest dopiero początek koszmaru, który tydzień po tygodniu rozgrywać się będzie w majestatycznych dekoracjach rodem z włoskiej opery… Jasne, horror jest to nielichy, chociaż takich naprawdę mrożących krew w żyłach chwil jest tylko kilka. Ważniejsze jest chyba to, co dzieje się jakby na marginesach powieści. Ważniejsze są moim zdaniem cienie przedmiotów niż same obiekty.

A co mi znowu chodzi? 

Przyjrzę się młodej bohaterce powieści, która zauroczona domostwem z dnia na dzień zaczyna coraz bardziej wcielać się w rolę pani domu, zamiast po prostu rozkoszować się słodkimi wakacjami w co by nie powiedzieć warunkach dużo bardziej luksusowych niż te, które znała z nowojorskiej kamienicy. Kobieta kompulsywnie sprząta, zamienia się w pracoholiczkę z nerwicą natręctw na punkcie utrzymania i/lub odrestaurowania ładu. Odkurza, sprząta, poleruje, nakręca zegary, przegląda się w czyszczonych srebrach, walczy z chwasta, pieści "antyczne" meble...

Znalazła się w lepszym, doskonalszy świecie, w którym mości sobie gniazdko. Gniazdko, w którym jest miejsce tylko dla jednej osoby. Czujecie? "Całopalenie" to opowieść o pasji, idei, która opanowuje człowieka i nigdy go nie zdradzi, nie uwolni, nie zostawi samego. (Słyszycie dalekie echo słów Ochockiego z "Lalki"?) Bohaterka odsuwa się powoli od męża i dziecka. Powtarza automatycznie: "Nie, ja wcale nie pracuję za dużo", a potem znowu rzuca się w wir roboty, od której dosłownie siwieje.

Najbardziej dramatyczna scena aż boli, gdy się ją czyta. Mąż próbuje wszystkich swoich męskich sztuczek, by zaciągnąć żonę do łóżka. Ma już dość przymusowego celibatu, jaki funduje mu małżonka. Nic z tego. Mąż napiera, argumentuje, uwodzi, prosi, żona wije się i wykręca, demonstruje cały zestaw wymówek, jaki mają do dyspozycji kobiety, gdy "boli je głowa". Brzmi to przerażająco autentycznie. Możecie mi zaufać.

Tak więc domostwo, które powoli "pożera" bohaterkę, najpierw odcina ją od rodziny, potem odbiera potrzeby seksualne, zastępując je gonitwą za doskonałym wywiązywaniem się z narzuconych sobie zadań. Tragiczny (w duchu horroru właśnie) finał opowieści jest pieczęcią, która zamyka tę historię o pochłaniającej człowieka pracy. Pracy, która jeńców nie bierze, dobija rannych i szuka kolejnych ofiar.

Rozumiecie teraz tytuł? "Całopalenie", bo człowieka składa siebie samego na ołtarzu pracy, pasji, idei, oddania. Takiej roboty nie polecam nikomu. 

poniedziałek, 4 maja 2020

Hodowla trzody chlewnej, czyli "Pod skórą" Fabera

Jeżeli chodzi o horrory, jestem dyletantem. Umiem rozpoznać, ale w subtelnościach gatunku tak średnio się orientuję. Gdy więc trafiłem kiedyś na kategorię „body horror”, zacząłem się zastanawiać, jakiż to zdeprawowany umysł poświęcałby całe książki (lub opowiadania) opisom niszczonych, deformowanych, przechodzących mutacje ludzkich ciał? Dlaczego ktoś miałby o tym czytać? Czy tylko i wyłącznie, by dać upust chorym fantazjom i potrzebom? Kiedyś tak mi się wydawało. No ale mi się wiele wydawało kiedyś i wciąż się uczę nieufności w stosunku do moich oczekiwań.

Po książkę sięgnąłem przypadkiem, bez wcześniejszych założeń najmniejszych, bez znajomości innych dokonań autora. Daję zawsze pierwszeństwo tekstom, nie autorom. Kobieta z fatalną fryzurą, deformującymi twarz okularami, z wyeksponowanym imponującym biustem poluje na autostopowiczów. Dobrze zbudowanych mężczyzn. Jeżeli takowy nie ma rodziny, znajomych, nie wydaje się być chorym, kobieta wstrzykuje mu truciznę i uprowadza na farmę, gdzie hoduje się ich na mięso. Zapakowane mięso trafia do odbiorców, którzy nie są ludźmi. Tak to wszystko w największym skrócie wygląda i odsłania się przed czytelnikami mniej więcej po 1/3 książki. Nie chodzi więc o typowe powolne odkrywanie tajemnicy, która dopiero na ostatnich stronach książki ma ogłuszyć odbiorcę. Nie. Chodzi raczej o nieustanne trzymanie tego garnka na wolnym ogniu. Czytelnik nawet nie zauważy, że się ugotował.



Powieść oferuje kilka cudownie intrygujących pytań, które brzmią na pozór tylko jednoznacznie. W większości powieści grozy ofiarami najczęściej padają osobnicy słabsi od mordercy/porywacza/potwora. Bezradna i bezsilna ofiara potęguje strach. Tutaj jest odwrotnie – łupem padają bez wyjątku silni, umięśnieni, wysportowani mężczyźni, którzy przypadkowo znaleźni się na poboczu drogi szybkiego ruchu, licząc na uśmiech losu. Co może niepokoić? Odczytałem to natychmiast jako metaforę końca tradycyjnie rozumianego patriarchatu. To właśnie ten męski typ zawieszający wzrok na odsłoniętym dekolcie musi w końcu zostać pożarty przez siły, których nie rozumie lub je fałszywie interpretuje. A z drugiej strony może to być po prostu przestroga, by nie jeździć autostopem?

Sama hodowla samców, których mięso ma trafić na stoły bogatych „obcych” to nic innego jak sprytnie odwrócony obraz mechanizmów przemysłu spożywczego, który opierając się na truchłach zabitych świń, krów, kur i gęsi dostarcza ludziom jedzonka na obiad. Wiem, że chwyt jest prostacki i ograny (co by było, gdyby to ludzi podawano z ziemniakami i sałatką?), ale Faber pisze o tym w wyjątkowo beznamiętny sposób przyjmując nie ludzką, ale konsumencką perspektywę. Brzmi to jak moralitet stworzony na potrzeby wojujących wegetarian, co jednak nie powinno odpychać. Nie ma w tym za grosz taniego sentymentalizmu lub tendencji.

Pisarz na dodatek zawiesza tradycyjnie rozumiane rozróżnienie natury ontologicznej. Człowiekiem nazywany jest ten, kto po prostu stoi wyżej na drabinie rozwoju. Tak więc gdyby psy, koty lub konie były inteligentniejsze od nas, to one automatycznie stałyby się ludźmi. Nasza umiejętność pisania, konstruowania prostych mechanizmów, noszenie ubrań wcale nie czyni z nas korony stworzenia. Hodujących nas w klatkach „obcych” nie wzruszą niezgrabne próby porozumienia, bełkoty obciętych języków lub skreślone na klepisku słowo „litości”.

Czy Faber nie stara się zabrać głosu w dyskusji o tym, czy nie nadać statusu równego człowiekowi tym istotom, które potrafią się z nami porozumiewać? W czym są gorsze od nas orangutany czy szympansy? Dlaczego trzymamy je w klatkach? A czy gdy na niebie pojawi się pojazd kosmiczny z „wyższymi i lepszymi” od nas, to wtedy ludzie spadną do poziomu zwierząt? Hodowlanych?

Jedyny „obcy”, który upomina się o godność zwierząt (czyli nas, homo sapiens), robi to niejako z przekory, buntuje się przeciwko starszym, ale jego opór ma w sumie dość kabotyński wymiar a la Zbyszek Dulski znany z dramatu Zapolskiej. Wychodzi więc na to, że wszelki bunt zawsze skażony jest egoistyczną potrzebą bycia po prostu innym. Potrzebą, z której po prostu się wyrasta.

Na koniec muszę wspomnieć o nieopuszczającym czytelników ani przez moment depresyjnej klaustrofobicznej atmosferze. Bohaterką jest już wspomniana wcześniej młoda dziewczyna, której całym sensem życia jest ciężka praca. Faber precyzyjnie rekonstruuje niemal pustelnicze życie istoty, która musi przynajmniej sprawiać wrażenie człowieka, by oszukać swoje potencjalne ofiary. Dziewczynie wystarczy stare zakurzone łóżko, cieknący prysznic, jeden komplet ubrań, miniaturowy telewizor i samochód. Jako nie-człowiek niczego więcej nie potrzebuje. Ale… jeśli popatrzymy na nią jak na jeszcze jedną sezonową robotnicę lub sprzątaczkę, która trafiła do „lepszego” miejsca, by odmienić swój uchodźczy los i nie odmienia go nawet o jeden procent?

I pomyśleć, że zabierałem się za tę książkę jak za pierwszy z brzegu horror z pewnymi ambicjami.

środa, 22 kwietnia 2020

Ta kawa to nie jest kawa, czyli "Trawa" Tepper


Tak książka była typowym wyrzutem sumienia – kupiona lata temu, czekała aż dzisiaj na to, aż łaskawie po nią sięgnę. Nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. A na dodatek informacja o tym, że „Trawa” Sheri Tepper  jest jedną z ciekawszych, mądrzejszych i ambitniejszych powieści fantastyczno-naukowych wcale nie ułatwiała pozbycia się czytelniczych wyrzutów sumienia.



Zacząłem czytać i… najpierw się odbijam od stylu. Mocno zagęszczona, „kobieca” proza, która koncentruje się na drobiazgowym rejestrowaniu nie tylko szczegółów rzeczywistości, ale również drgnień, drżeń dusz bohaterów. Odzwyczaiłem się od takiego wyrafinowanego frazowania. Drażniły mnie „przestoje” – bohater zadaje pytanie, autorka wstawia cały akapit będący zapisem myśli, pomniejszym strumieniem świadomości, i dopiero teraz drugi bohater odpowiada na pytanie, którego treść zdążyłem już zapomnieć. 

Czytałem więc powoli, cierpliwie, chyba zbyt często tracąc zimną krew, bo wciąż podejrzewałem samego siebie, że coś przeoczyłem. Trzeba przyznać, że Tepper bardzo powoli otwiera drzwi do świata przedstawionego. No ale ma w tym swój cel…

Gdyby ktoś się zdecydował na ekranizację „Trawy”, musiałby stawić czoła czemuś, co najogólniej nazwać można „literackością”. Otóż powieść amerykańskiej pisarki znakomicie igra z przyzwyczajeniami poznawczymi czytelników. Dzieje się to za sprawą obcości – akcja rozgrywa się na planecie Trawa, która tylko z nazwy kojarzyć się może ze swojskimi łąkami. I tak to się rozkręca – na Trawie żyją w sąsiadujących ze sobą domostwach arystokraci, którzy regularnie urządzają Polowania na Lisy. Pomagają im w tym Ogary i Wierzchowce. Czytelnicza wyobraźnia, ze zrozumiałych względów przyspawana do naszego świata, natychmiast podsuwa oswojone wizerunki chartów, koni i rudych stworzeń z puszystymi ogonami… Ależ się zdziwimy! Te igraszki znajdują dodatkowe umocowanie w fabule – główną bohaterką jest kobieta, która wraz z rodziną zostaje wysłana na Trawę, by przeprowadzić pewne śledztwo, od którego powodzenia zależy przyszłość rasy ludzkiej. Przyjęta na egzotycznej planecie przez zblazowane wyższe sfery, doświadcza całej serii nieporozumień poznawczych. To, co na Trawie nazywa się kawą, wcale kawą nie jest. I tak dalej, i tak dalej… Cóż za pole do rozważań natury niemal filozoficznej.

A co jeszcze czeka czytelników? Wyliczę:

- bardzo dobrze sportretowana rodzina głównej bohaterki; rozorana nie tylko przez konflikty międzypokoleniowe, ale również fundamentalne, niemożliwe do pokonania lub ominięcia „błędy w założeniu”. Smutna to wizja – nieszczęśliwa uwięziona w związku kobieta, której religia nie pozwala zrzucić kajdan i znaleźć szczęścia w ramionach właściwego człowieka.

- mroczna niepokojąca wizja totalnej obcości – istot, które na pozór tolerują człowieka, a tak naprawdę stają się siłą dominującą, podporządkowującą sobie „panów”. Czy należy traktować to jako metaforę? Byłoby dobrze widzieć w tym obraz naszych relacji z przyrodą jako taką. Zapraszam do refleksji. „Trawa” to też powieść ekologiczna.

- ludzkość ginie, dziesiątkowana przez wirusa, który ma 100% skuteczności jeżeli chodzi o uśmiercanie przedstawicieli naszego gatunku. Trwa szaleńczy wyścig z chorobą. Kiedyś w tej zarazie widziano metaforę AIDS („Trawa” ukazała się w 1989 roku), teraz narzuca się nieco inna zaraza…

- W powieści Tepper znakomicie rozgrywa się również element „klasowości”, a najśmieszniejsze jest to, że kapitalnie postawiono ten motyw na głowie. Elita planety uważa siebie za koronę stworzenia, arystokraci nie zadają się z pospólstwem, ze zwykłymi ludźmi żyjącymi w jedynym dużym mieście planety. Ale gdy na skutek biegu wydarzeń jeden z błękitnokrwistych dżentelmenów trafia pomiędzy „zwykłych” ludzi, ze wstydem konstatuje, że sam jest zacofany, głupi, ograniczony… Dużo w tej powieści stoi na głowie. I bardzo dobrze.

Polecam z czystym sumieniem tę znakomitą powieść. Uważny i nieco otrzaskany kulturowo odbiorca znajdzie tam naprawdę wiele skarbów – począwszy od języka i koronkowego stylu, a skończywszy na inteligentnych i nieco heretyckich próbach wytłumaczenia obecności zła w świecie.

Kto ma oczy, niechaj czyta.

piątek, 10 kwietnia 2020

Na metafizycznym dopingu, czyli "Requiem dla lalek" Zbierzchowskiego

Zbiór jedenastu opowiadań Cezarego Zbierzchowskiego pt. Requiem dla lalek powinien zadowolić najbardziej wymagającego miłośnika science fiction. Ja jednak mam wrażenie, że autor mierzył gdzieś powyżej tego celu, że wirtualnym czytelnikiem miał być odbiorca wyrobiony intelektualnie, obeznany nie tylko z klasykami samego gatunku, ale również (a może przede wszystkim) z kulturą wysoką, elitarną. Innymi słowy, Zbierzchowski podjął się ambitnej próby przerzucenia pomostu pomiędzy doskonale rozpoznawalnymi, niemal kanonicznymi elementami typowymi dla dystopijnie zabarwionej fantastyki, a kulturą wysoką. Czy autorowi udało się zbudować solidny kamienny most? A może jego zbiór to efektownie wyglądająca, ale niestabilna pontonowa przeprawa? Sprawdźmy.



Opowiadania Zbierzchowskiego dzielą jedną wspólną przestrzeń – miasto Rammę, jego rubieże, sąsiednie państewka pożerane przez wojnę. Gdyby pochylić się nad organizacją przestrzeni, miejscem akcji większości tekstów, to doszlibyśmy do wniosku, że pisarz naprawdę przyzwoicie przyłożył się do tego, by uczynić swój świat swojskim, a jednocześnie odpychająco obcym. Ramma i okolice przypominają bowiem pękające plastikowe worki wypełnione odpadami naszej cywilizacji.

W podobnym stylu pisało się w czasach PRL-u fantastykę socjologiczną – pomimo kilku gadżetów niezbędnych do tego, by zaistniał czynnik fantastyczny, czytelnik miał wrażenie, że upiorna brzydota, tandeta, toporna architektura brudnych miast to rzeczywistość, z którą miał na co dzień do czynienia. To była jego rzeczywistość. U Zbierzchowskiego jest podobnie: nowoczesne samochody, broń, automaty, media – te fetysze cywilizacji nie są w stanie zamaskować odpychających realiów naszego świata – wojen, agresji, migracji, czy chaosu światopoglądowego. Autor lubuje się w detalach, kataloguje rozsypujący się na oczach czytelnika świat.

Na tle tej przygnębiającej scenografii dzieją się historie niemal bez wyjątku smutne, pozbawiające nadziei na jakiekolwiek pozytywne rozstrzygnięcia. Bohaterom wydaje się, że mają coś do powiedzenia, ugrania, załatwienia, wywalczenia, ale tak naprawdę o wszystkim decydują kłębiące się wokół nich siły – polityka, historia, uwarunkowania społeczne, a nawet siły wyższe.

W jednym z najlepszych tekstów zbioru, otwierającym całość – Innego nie będzieZbierzchowski zgrabnie odwołuje się do Miłoszowskiego obrazu końca świata, który przyjdzie niezauważony i przetoczy się ponad ślepymi i głuchymi na niego nieszczęśnikami. Wizja pierwiastka boskiego opuszczającego ziemski padół i pozostawiającego tę skorupę na pożarcie miażdżących ją powoli mocy jest wstrząsająca. Ten świat nie zostanie uratowany ani zbawiony, gdyż przestał już interesować siły, które przyczyniły się do jego powstania. W takim kontekście proza Zbierzchowskiego wygląda na deistyczną, pesymistyczną do szpiku kości, a na dodatek osadzoną na solidnych filozoficznych fundamentach.

Kolejne opowiadania powoli ukazują czytelnikowi „świat po Bogu” i niemal za każdym razem autor inaczej kładzie akcenty. Miejsce na drodze to zapis śledztwa w sprawie tajemniczej hipnotyzującej siły, która psychicznie i fizycznie niszczy ludzi, w Monecie pisarz podejmuje kwestię eutanazji, zaś Mr Fiction przygląda się podglądactwu cechującemu naszą cywilizację rozmiłowaną w rozmaitych reality shows.

Problem z Requiem dla lalek widzę w natarczywie podsuwanych czytelnikowi metafizycznych rozwiązaniach. Najczęściej przybierają one formę pointy wieńczącej rozwijany według kanonów „twardej” science fiction bardzo przyzwoity pomysł. Odbiorca, w tym piszący te słowa, może czuć rozczarowanie i zakłopotanie, gdy okazuje się, że ścieżka intrygi prowadząca do rozstrzygnięcia fabularnego nagle skręca w kierunku szeroko rozumianej eschatologii lub teologii. Wkrada się zamęt. Tego typu wybieg może tłumaczyć absolutnie wszystko, każdą zagadkę, nad której rozwiązaniem głowią się zarówno bohaterowie opowiadań, jak i sam czytelnik. Ale odbiorca zasługuje jednak na logiczne wyjaśnienie mechanizmów rządzących rzeczywistością świata przedstawionego. Metodzie twórczej autora patronuje przede wszystkim Philip Dick, ale z żalem trzeba stwierdzić, że Zbierzchowski zbyt mechanicznie posługuje się narzędziami, których obsługę do perfekcji opanował Amerykanin.

Nawiązywany co i rusz romans z metafizyką przeplatany jest odwołaniami do literatury wysokiej. Wspomniany wcześniej wiersz Czesława Miłosza stał się kapitalnym fundamentem pierwszego opowiadania tomu – tutaj autor trafił w sam środek tarczy. Mottem innego tekstu jest cytat z wiersza Rafała Wojaczka. Jednak gdy w tytułowym opowiadaniu (skądinąd bardzo dobrym) odnajdujemy cytaty z Małej Apokalipsy Konwickiego, możemy mieć wrażenie, że to klasyczne dzieło zostało zbyt grubymi nićmi zszyte z tekstem reprezentującym przecież literaturę gatunkową. Być może przemawia przeze mnie purysta, ale nie wydaje mi się, by ktokolwiek skorzystał na takim sparowaniu treści. Opowiadanie Requiem dla lalek zyskało być może drugie dno i zamieniło się w sympatyczny przykład intertekstualności, ale nie wierzę, by po jego lekturze Konwicki znalazł nowych czytelników wśród miłośników fantastyki. Potraktujmy więc te nawiązania jak rodzaj prywatnego hołdu złożony ważnym dla autora twórcom.

Zbliżając się do podsumowania tych rozważań, muszę rozwiać wszelkie wątpliwości. Opowiadania Zbierzchowskiego to naprawdę bardzo dobra próbka prozy fantastyczno-naukowej. Ich mroczny ton oraz styl łączący w sobie wulgarny i prosty język dialogów z niemal lirycznymi partiami narracyjnymi to niezaprzeczalne atuty Requiem dla lalek. Warto więc sięgnąć po tę książkę, by przekonać się również, że odbijają się w niej problemy, z którymi walczy, a być może już przegrywa, współczesny świat.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

sobota, 21 marca 2020

Kiedy będziemy tęsknić za spamem, czyli "Zasady śmiesznego zachowania" Hakla

Musiałem w końcu sięgnąć po książkę, która będzie odskocznią od skrojonych pod masowe gusta powieścideł, z którymi ostatnio było mi dane się spotykać. Miałem już serdecznie dosyć tekstów... Wiecie jakich? Wystarczało, że czytałem dialogi i dwa, trzy zdania bezosobowego i nijakiego stylu narratora, a już człowiek galopował na przez kolejne rozdziały. 

Irytowało mnie, że mogę bez żadnej straty pomijać całe akapity zbędnych opisów krajobrazów i wnętrz, ubrań i gestów, kolorów oczu i długości paznokci. Jakiś pisarz(yna) męczył się, bym o tym wszystkim przeczytał, a ja wzruszam ramionami, bo guzik mnie interesuje, jakiej długości sukienkę nosiła hrabianka i o której wyszła z domu. Wiem, jestem podły.

Znalazłem więc tekst, który nie pozwolił się przeczytać w biegu - "Zasady śmiesznego zachowania" czeskiego pisarza Emila Hakla. Gdybym w czasie lektury pozwolił sobie na chwilę dekoncentracji, na drogę na skróty, umknęłyby mi zdania najzwyczajniej w świecie piękne, egzotyczne, poetyckie i dziwne. Porównałbym to do jazdy pociągiem; wystarczy tylko na chwilę odwrócić wzrok, by oczom umknęły niepowtarzalne detale krajobrazu. No powiedzmy, że mniej więcej o to chodzi...



Książka podzielona jest na trzy części, które opisują trzy epizody z życia starzejącego się pisarza. Najpierw korzysta z wątpliwej przyjemności paraglidingu (unosząc się na spadochronie, przypomina sobie własną młodość, dziwaczną służbę w wojsku, relacje z jeszcze dziwniejszą dziewczyną), potem odwiedza w szpitalu umierającego ojca, w ostatniej części wybiera się z kolegami na ryby, by przy okazji spełnić ostatnią wolę zmarłego. 

Tak naprawdę nic się nie dzieje - samotny bohater rozmawia, wspomina, podsumowuje,  spowiada się przed czytelnikiem. Pielęgnuje zużyte prywatne rytuały. Dawno przekroczył smugę cienia, przeżył kryzys wieku średniego, ale nie nastąpiło po nim żadne nowe rozdanie, a druga młodość okazała się mitem. 

Żenujące próby dogonienia życia są raczej wymuszane przez innych. Bohater jest pchany, prowadzony, mobilizowany, ale niewiele się aktywności podejmuje sam z siebie. Ci, którzy mają do niego jeszcze odrobinę cierpliwości, walczą o jego uwagę, o to by choć przez chwilę skoncentrował na nich spojrzenie. 

"Za dziesięć lat zesrasz się z przerażenia, że wszystko zmarnowałeś. Przyjdzie czas, że będziesz wdzięczny za każdy przypadkowy spam, bo będzie ci odwalało z samotności” - ostrzega jeden z sms-ów, jakie otrzymuje bohater. Myślicie, że zrozumiał przekaz?

Smutne to jest życie. Największym osiągnięciem jest własna gęba na billboardach, jedynym członkiem rodziny, z którym trzeba porozmawiać, jest leżący w szpitalu ojciec, miejscem, do którego jest sens się wybrać, jest delta Dunaju - cywilizacyjny śmietnik pełen chwastów, żelbetonu i natrętnych owadów. 

W sumie niczego nowego od Hakla nie usłyszałem. Kilka razy rozśmieszyły mnie żenujące przygody bohaterów, wiele razy westchnąłem głucho, gdy pisarz przypomniał mi o nijakości i banale życia, najczęściej jednak przecierałem oczy ze zdumienia. Fantastycznie prowadzona narracja utkana jest z całej masy środków poetyckich. Odkrywcze i ożywcze metafory lub porównania ("Zły jak diabeł morski" zapisuję w pamięci i będę się posługiwał) potwierdzają, że proza jako taka może bez większych problemów wchłonąć to, co we współczesnej poezji brzmiałoby w za mało wyrafinowany sposób. (Chrzanić współczesną  poezję!)

Czy polecam? Tak. Na tle innych, pewnie bardziej rozpoznawalnych tekstów czeskich pisarzy, "Zasady śmiesznego zachowania" nie wyróżniają się czymś szczególnym. Ale wystarczy, że dacie tej książce szansę, a wtedy na pewno się  ze sobą dogadacie. 

poniedziałek, 24 lutego 2020

Do przerwy 1:0, czyli "Możemy cię zbudować" Dicka

Philip K. Dick jest jednym z najważniejszych twórców fantastyki naukowej. To żadna prawda objawiona, lecz fakt, z którym trudno dyskutować. Oszałamiająca liczba opowiadań i powieści, ich mniej lub bardziej udane ekranizacje, mnóstwo tłumaczeń, wznowień, kolejne pokolenia odkrywające urok dziwacznych światów pisarza, szalone życie, w którym Dickowi nie było łatwo odróżnić prawdy od wytworów paranoicznego, karmionego narkotykami umysłu – jak wielu tak ekscentrycznych i inspirujących autorów zna XX wiek?

Większości jego pomysłów nie sposób zakwalifikować do tak zwanej twardej science fiction. Dick systematycznie odrzucał wszystko, co zmuszałoby go do naukowej weryfikacji własnych wizji. Pierwsze opowiadania i powieści trzymały się jeszcze reguł obowiązujących w przestrzeni gatunku, ale stopniowo (być może na skutek nadużywania substancji psychoaktywnych, znudzenia lub, co najbardziej tajemnicze, doświadczeń religijnych) pisarstwo Dicka stawało się coraz bardziej groteskowe, kpiło z czytelniczych przyzwyczajeń, a być może również zaczęło zjadać własny ogon.

O twórczości Amerykanina powiedziano, że stawia ona jedno pytanie – co jest rzeczywiste? Dick zadawał je wiele razy i po wielokroć udzielał na nie odpowiedzi. Raz poważnych i głęboko filozoficznych, innym razem bardziej rozrywkowych. Kolejne uogólniające stwierdzenie dotyczące Dicka brzmi następująco: jako niespełniony (być może na szczęście dla literatury) pisarz głównego nurtu bardzo często nasycał powieści treściami typowymi dla dzieł obyczajowych i psychologicznych. Bohaterowie jego prozy zmagają się z problemami każdej możliwej natury – uzależnieniami, kompleksami, nieszczęśliwymi związkami… Wszystko to można żartobliwie skwitować słowami: „cóż z tego, że Marsjanie atakują Ziemię, skoro rozpada mi się małżeństwo?”.

Tajemnicą również nie jest to, że Dick był pisarzem nierównym. Do legendy przeszło tempo jego pracy (potrafił napisać powieść w kilka tygodni), które to niestety zbyt często pozwalało zmarnować się bardzo wielu dobrym pomysłom. Toteż obok fundamentalnych tekstów takich jak Człowiek z Wysokiego ZamkuUbik lub Trzy stygmaty Palmera Eldritcha znajdziemy dzieła mniej dopracowane, obiecujące bardzo wiele, ale finalnie rozczarowujące. Autorowi ponad czterdziestu powieści chyba jednak można wybaczyć chwilowe spadki formy.



Możemy cię zbudować to powieść z 1972 roku. Dick zdążył już napisać swoje kanoniczne teksty, przed nim wciąż były te najbardziej intymne, w których połączył namysł nad niezrozumiałym dla siebie doświadczeniem o zabarwieniu religijnym z postępującym paranoicznym poczuciem zagrożenia, którego wciąż odczuwał w rządzonej przez Nixona Ameryce. Tak więc Możemy cię zbudować istnieje gdzieś na literackiej „ziemi niczyjej”, w przedpokoju.

Bohaterem książki jest typowy dickowski rzemieślnik-idealista, Louis Rosen, który wraz z biznesowym partnerem produkuje elektroniczne klawikordy. Interesy idą średnio, więc jeden z panów zaczyna się zastanawiać, jak odbić się od dna, w kierunku którego ewidentnie zmierzają. I tutaj pojawia się charakterystyczny dla pisarza pomysł – firma tworzy robota, wierną kopię polityka z czasów wojny secesyjnej. Potem zaś pojawia się kolejny robot – tym razem to elektroniczny odpowiednik Abrahama Lincolna. Na scenę powieści wkraczają bezlitosny rekin finansjery Sam Barrows oraz chora psychicznie córka partnera Louisa – Pris, w której nieszczęśliwie zakochuje się główny bohater.

Powieść początkowo zaczyna poruszać się w bardzo atrakcyjnym kierunku – rozważania na temat sztucznej inteligencji w świecie ludzi, którzy okazują się być bardziej bezduszni i chłodni od samych maszyn, najczęściej prowokują do namysłu nad samym człowieczeństwem. Czym ono jest? Konstrukcją raz na zawsze związaną z naszym biologicznym istnieniem? Teoretyczną obecnością duszy zamkniętej w klatce kości i ścięgien? A może człowieka można „wyhodować” i uczynić go lepszym od ludzi, bowiem istnieje szansa, że konstruktorzy nie wszczepią w taką istotę typowych dla homo sapiens wad i niedoskonałości? Konfrontacja między „Lincolnem” upominającym się o swoje prawa a biznesmenem, który traktuje go wyłącznie jak maszynę, jest znakomitą próbką Dickowskiego humanizmu. Pisarz (niejako wbrew przekonaniom wyrażanym w innych tekstach) chyba usiłuje nas przekonać, że człowieczeństwo jest „przeszczepialne”, można je wdrukować w istotę, która żywą nigdy nie była. Maszyna może być delikatna, a jej świadomość zabarwiona subtelnymi uczuciami, które potrafią owocować melancholią, niekiedy wręcz depresją.

Jeszcze ciekawszym i niestety porzuconym pomysłem jest motyw diabolicznego planu czarnego charakteru, który zakupiwszy działki na Księżycu, zaczyna się zastanawiać, czy nie zwabić na Srebrny Glob niezdecydowanych Ziemian, pokazując im osiedla zamieszkane już przez… androidy wyprodukowane w fabryczce, która wcześniej stworzyła Lincolna. Dick urywa ten arcyciekawy wątek i przenosi ciężar narracji na zawiłą historię toksycznej i skazanej na porażkę miłości głównego bohatera i powieściowej femme fatale – Pris Frauzimmer.

Chora psychicznie kobieta jest okrutną i chłodną istotą, o której nie może przestać myśleć bohater. Uzależniony od jej kapryśnej, nieprzewidywalnej osobowości popełnia kolejne życiowe błędy, zdając sobie sprawę z finalnej klęski, jaką na pewno zakończyłby się jego wyśniony związek. Dick, sam mający problemy emocjonalne, przelewa na karty powieści wszystkie możliwe rozterki, prywatne dramaty, fantazje, kompleksy, obawy dotyczące nie tylko relacji z kobietami, ale również z całym społeczeństwem. Ta płaszczyzna Możemy cię zbudować potrafi zniechęcić odbiorcę przygotowanego na kolejne wizje pisarza. Szaleństwo pojawia się, ale zostaje potraktowane w subtelniejszy sposób – Dick sonduje amerykańską słabość do psychoanalizy, wyszukiwania w bliźnich psychicznych defektów. Ba! Nawet powołuje (na kartach powieści) odpowiednią instytucję, która w opresyjny sposób zajmuje się wszelkimi odstępstwami od normy.


Podsumowując rozważania, chętnie odwołam się do słów Theodore’a Sturgeona (kolejnego klasyka amerykańskiej fantastyki), który zauważył, że ta powieść Dicka została osłabiona porzuceniem rozwijanych w pierwszej części motywów. Nie znaczy to oczywiście, że książka jest nieudana. Możemy cię zbudować to dobra próbka prozy Dicka, który równie łatwo budował intrygujące i inspirujące wizje, co zapominał o nich, zanim zdążyły dojrzeć.

sobota, 1 lutego 2020

Książka to nie pies

Co jakiś czas na czytelniczych stronach pojawiają się brzmiące w niepokojący sposób posty o wyrzucaniu książek. Gros komentarzy wypełnia poczucie bezsilności, bezradności, rozczarowania, złości nawet. "Jak można wyrzucać książki?!" - zdają się wołać ci, którzy po chwili przywołują mroczne sceny z historii cywilizacji - palenie całych bibliotek, cenzurowanie, trzeci obieg... Jak można?!



No właśnie można.

Reminiscencja 1:

ponad 10 lat temu w szkole, w której pracuje moja żona, remontowano bibliotekę. Stare, zakurzone wnętrze wypełnione szczelnie książkami w okładkach z szarego papieru, trzeba było odświeżyć. Znalazły się fundusze na nowy księgozbiór, nowe lektury, stanowiska komputerowe... Kilkadziesiąt kartonów książek wyniesiono na szkolne boisko. Przejrzałem prawie wszystko i zlitowałem się nad wieloma. Uratowałem albo klasyczne teksty (Różewicz, Kott, Kafka...), albo książki sprzed II wojny światowej, a nawet starsze. 

Ustawiłem na półkach w domu licząc na to, że kiedyś pewnie do tego sięgnę. Przyda się. 

Nie przydało się nigdy. W międzyczasie dokonała się rewolucja - Allegro przestało być miejscem, w którym można było szybko i skutecznie sprzedać książki. Na początku lat 2000 błyskawicznie to szło - wystawiałem na aukcję i po tygodniu szedłem z 5 lub 6 książkami na pocztę, by je wysłać. Teraz nawet nowości "porecenzenckie" nie cieszą się wzięciem. 

Kilka lat patrzyłem na te zbierające kurz tomiszcza. W końcu w geście bezradności i wściekłości wyrzuciłem tych rozbitków życiowych na makulaturę. Już bez żalu.


Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył, informuję, że książki stały się takimi samymi towarami jak spodnie, samochody czy telefony. Wyprodukowane, przechodzą przez promocje, regularną sprzedaż, są przeceniane, w końcu trafiają do budy nad morzem, gdzie dostają naklejkę "-70%". Po drodze być może biblioteka. Na końcu przemiał. Takie życie tworów kultury.

Czasem czytam o tym, że Polacy nie mają w domach biblioteczek, nie zbierają książek, nie przekazują dalej kolejnym pokoleniom dzieł, które gromadzi się przez całe lata. No dobrze... Ale chcielibyście, by kolejne pokolenia dziedziczyły po sobie kryminały Mroza lub erotyki Blanki Jakiejśtam? Jaki los przewidujecie dla tych książek? Czy za 10-15 lat dzisiejsze bestsellery nie wypełnią koszy z makulaturą? Dlaczego mam się zżymać, gdy widzę w śmietniku pulpę sprzed 20-30 lat? Kto chciałby taki spadek? 

Reminiscencja 2:

Recenzuję książki. Liczba tych, które dostałem do recenzji, sięgnęła już pewnie połowy setki. Książki dostałem, uczciwie napisałem recenzje i te wartościowe książki zatrzymałem. A co z tymi, które mi nie pasowały? Najwygodniej wynieść do biblioteki. "Czytelniczy dar" - piękny tytuł można zdobyć. I tak robiłem. Ale czasem człowieka dopada wewnętrzny Harpagon i myśli sobie, czy nie sprzedać takiego egzemplarza. No przecież to nowa książka, czytana raz, bez plam po kawie, sosie bolońskim czy kociej sierści. No więc sprzedajemy. I... Moje przygody z handlem książkami są dość nużące i mają jeden morał - niewielu kupuje książki. A ci, którzy kupują, kupują nowe. Nawet na grupach poświęconych tylko i wyłącznie handlowi udawało się coś sprzedać od wielkiego dzwonu. 

Mamy tyle kanałów dystrybucji, że znaleźć akurat moją ofertę jest bardzo trudno. Moje propozycje toną w morzu innych, czasem lepszych, czasem gorszych ofert. Harpagon musiał ustąpić wrodzonemu lenistwu - książki trafiały do bibliotek lub bywały pożyczane znajomym. Na zawsze pożyczane. Książka jako gorący kartofel? Tego jeszcze nie grali.


Finałem tych moich chaotycznych rozważań niech będzie myśl, że chyba pora rozstać się z przeświadczeniem o tym, że książka jest czymś wyjątkowym, a więc należy jej się szacunek tylko i wyłącznie dlatego, że jest książką. Mijam w różnych galeriach handlowych półki z "wymianą" książek. Zatrzymuję się i patrzę. 3/4 tytułów pochodzi z lat 90 lub początku 2000. Te książki nie są "na wymianę", one są do wyrzucenia. 

Ktoś może natychmiast odesłać mnie do wielu miejsc, które przyjmują książki - szpitale, więzienia, domy dziecka, Polacy za granicą. Zgadza się. Tylko trzeba mieć pewność, że ma się siłę, czas i ochotę, by stworzyć listę książek, opisać je, znaleźć placówkę, zapakować, wysłać lub zapakować do własnego samochodu... 

Tak sobie myślę, że książki to jednak nie psy. Nie trzeba chyba szukać im nowego domu, nowych właścicieli. Można bez wyrzutów sumienia wyrzucić te, z którymi nie łączy nas żaden sentyment, nie są ponadczasowymi klasykami, a zawarta w nich wiedza zdezaktualizowała się po kilku latach. 

Tak samo się robi z ubraniami. Marynarki, garnitury, koszule mają nam służyć przez długie lata. Koszulki z głupimi hasłami, robocze bluzy, szorty po kilku sezonach można bez żalu wyrzucić i kupić nowe. 

Tyle. 

wtorek, 21 stycznia 2020

Nic już nie musisz, czyli "Poczuj grunt pod nogami" Brinkmanna

Ta książka to klasyczny przykład paradoksu - z jednej strony reklamowana jest jako antidotum na zalewającą nas falę psychologii pozytywnej, hokus-pokus couchingu, a z drugiej strony idzie ona dokładnie taką samą ścieżką, tylko w przeciwnym kierunku. Radzi, jak nie dać się złapać na lep innych rad. Szczerze powiedziawszy kupiłem tę pozycję w nadziei na uraczenie się pamfletem, na ostrą krytykę, na brutalną rozprawę z myśleniem w stylu: "Jesteś zwycięzcą!" Jestem dość podłą kreaturą i lubię, gdy nie bierze się jeńców.



Troszkę się rozczarowałem, gdyż autor otwiera niemal wszystkie drzwi kluczem, który sam od dawna noszę w kieszeni (co nie znaczy, że umiem się nim posługiwać) - sięga po zdobycze filozofii stoickiej, która również w ostatnich latach stała się tematem kilku "podręczników dobrego życia". Tak nawiasem mówiąc, to boleję nad tym, że stoicyzm tak się spopularyzował i został sprowadzony do paru poręcznych haseł w stylu bądź spokojny, zdystansuj się, zaakceptuj bieg rzeczy. Brzmi to tak, jakby chrześcijaństwo spakować do walizki z napisem "bądź miły dla innych".
No ale nie będę za bardzo marudził, powiedziałem sobie, gdyż na szczęście autor nie buduje swoich koncepcji tylko i wyłącznie w oparciu o mechaniczne przepisywanie antycznych recept współczesnym pacjentom.
Najmilej w moich uszach brzmiał kpiący ton, w jakim autor wypowiada się na temat fetyszy dzisiejszych czasów. Spróbujcie powiedzieć swoim przełożony lub ewentualnym pracodawcom, że nie macie już ochoty dalej się rozwijać, doskonalić, szlifować umiejętności. Że wystarczy Wam to, co już osiągnęliście i co już umiecie. No właśnie... To czystej wody herezja. A spróbujcie zasygnalizować, że Wasza szkoła lub firma nie powinna się "sięgać gwiazd", a po prostu zaakceptować fakt, że samej siebie nie przeskoczy? No właśnie...
Autor również w sympatyczny sposób dowodzi, że narzekanie powinno wejść nam w krew (Polaków nie musi przekonywać, prawda?), gdyż terror naiwnego i automatycznego optymizmu oparty jest na piramidalnej obłudzie. Z drugiej strony zaś zachęca do zakładania i wytrwałego noszenia wszelkich masek społecznych, które czynią nas znośnymi dla otoczenia. Brzmi to nieco jak konkluzja "Ferdydurke". Teoretycznie nic odkrywczego, ale zawsze warto o tym pamiętać, by nie zachłysnąć się "prawdziwym ja", które być może też jest tylko spreparowaną przez nas samych konstrukcją.
Myślmy o śmierci. O przeszłości. Odrzućmy cielęce zauroczenie teraźniejszością (osławiony mindfulness). To kolejne postulaty autora. Jak na moje całkiem sensowne.
Żadne to wielkie, reorganizujące życie, dzieło. Po prostu zgrabnie skrojona i w przystępny sposób podana próbka przemyśleń, w których miesza się chyba jednak trzeźwa ocena naszych czasów, spora dawka filozoficznej wiedzy, szczypta badań naukowych, humor i delikatna zgryźliwość.
Problem z tego typu książkami mam taki, że zawsze szukam w nich potwierdzenie tego, w co już od dawna wierzę. Jeżeli więc nie macie ochoty się dalej rozwijać, cieszy Was miejsce w połowie peletonu, narzekacie na wszystko i w tym szukacie wspólnoty, ta książka potwierdzi, że jesteście we właściwym miejscu swojego życia.

piątek, 3 stycznia 2020

Patointeligencja, czyli "Wiek męski" Leirisa

A wiecie, co jest najzabawniejsze? Ja naprawdę nie pamiętam, dlaczego kupiłem tę książkę. Od roku mniej więcej stała na półce, przeżyła remont, wędrowała z kąta w kąt, aż w końcu ją złapałem i w trzy dni przeczytałem. 

To pamiętnik. Specyficznie rozumiane memuary Michela Leirisa, francuskiego pisarza, etnologa, krytyka sztuki, przyjaciela awangardowych malarzy i poetów. Pamiętnik-sesja terapeutyczna, który miał pomóc autorowi w pełni zrozumieć samego siebie, dotrzeć do najgłębszych pokładów jestestwa, być może uleczyć... "Wiek męski" powstał bowiem jako efekt długiej terapii psychoanalitycznej, której poddał się Leiris w latach 1929-35.

Być może jest to najzwyklejszy w świecie ekshibicjonizm, ale zawsze podejrzewałem siebie o skłonności do odsłaniania się (już samo to zdanie jest tego dowodem). Jednak czy w dzisiejszych czasach owo odsłanianie się ma jakikolwiek sens i wartość? Wydaje się być nudnym rytuałem potwierdzającym, że wszyscy jesteśmy tacy sami, podobne fobie i traumy możemy w sobie nosić, łączą nas nerwice, depresje, niezagospodarowane pragnienia. Odsłanianie się staje się walutą, przy pomocy której płacimy za uwagę innych. A tej chorobliwie potrzebujemy.

Mój ojciec pił, matka wyszła po fajki i nie wróciła, bracia wąchali klej, w wieku dwunastu lat pierwszy raz odprawiłem czarną mszę... Takimi opowieściami wabi się i kaptuje dziś bliźnich. To już nie dziwi. Nic a nic. 

Tak więc "Wiek męski" uznany wszem i wobec za wstydliwe świadectwo młodości francuskiego intelektualisty jawi się dzisiaj jako dość niewinny, raczej bezpieczny zbiór "odkryć". Mogą one rozczulić współczesnego odbiorcę przyzwyczajonego przecież do wszelkiej maści prywatnych obrzydliwości, jakie serwuje mu dzisiejsza kultura. 



Ok, do rzeczy. Książka nie wzbudziła we mnie entuzjazmu, chociaż miała kilka naprawdę fascynujących momentów. Na przykład wzruszająca wyliczanka/litania kobiet lekkich obyczajów, z którymi nie udało się autorowi stracić dziewictwa. Bywał za to przez panny te pogryziony, poturbowany, rozpijany, oszukiwany, zarzygiwał gotowe na miłosne uniesienia łóżko, często nie udało się dowieść męskości w newralgicznym momencie. 

Przyszło mi do głowy, że przed II wojną światową burdele stanowiły wyjątkowo często odwiedzane przybytki i młodzi mężczyźni nie widzieli w podobnych wizytach niczego nadzwyczaj niemoralnego, zaś syfilis (lub inna malownicza dolegliwość) był po prostu wpisany w koszty. 

Z innych przyjemności Leiris opisuje niesamowitą atmosferę panującą w Paryżu po zakończeniu I wojny światowej. Nam data 11 listopada kojarzy się bez wyjątku pozytywnie, pompatycznie i "na baczność", dla francuskiego autora jest to początek hipnotyzującego energetycznego spleenu lat dwudziestych, które kojarzył z inwazją muzyki jazzowej (przypomnijmy sobie "Dancing" Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), snuciem się od knajpy do knajpy, piciem na umór, nawiązywaniem przelotnych platonicznych romansów. Leiris znajduje wtedy przyjaciół - mężczyznę i kobietę - z którymi tworzy przedziwny pozbawiony cienia erotyzmu związek, którego fundamentami była miłość do tańca, igranie ze śmiercią (co i rusz ktoś z tego towarzystwa deklaruje, że idzie popełnić samobójstwo) oraz szeroko rozumiany ekscentryzm. 

Duch "Słońce też wschodzi" Hemingwaya wieje nad tą partią wspomnień Leirisa, ale Amerykanin przy całym swoim mistrzostwie formalnym wydaje się być rozwodniony. Francuz na kilku zaledwie stronach dotknął absolutu, uchwycił tę wzruszającą melancholię młodości, która nie ma z sobą co zrobić. Oj, to jest inspirujące, jest...

Dodajmy do tego jeszcze cudownie poetycki opis Aleksandrii, kilkanaście dziwacznych historii z dzieciństwa autora i... I to wszystko, co uznałbym za godne uwagi. I tak dużo.

Reszta, wciśnięta pomiędzy wyżej wymienione fantastyczne fragmenty, nie budzi już takiego zachwytu. Pisarz znęca się nad mitologicznymi i biblijnymi postaciami, rozpracowuje przy ich pomocy prywatne obsesje, dopasowuje do wydarzeń z młodości, czyni z nich patronów wyborów życiowych. Ciężkie to jak wyjątkowo wytrawne czerwone wino, którym delektują się znawcy i koneserzy. Ja wolę lżejsze, białe, półsłodkie.

Tak czy siak polecam dla wyżej wymienionych atutów. Poważna książka. Można się z nią pokazać w towarzystwie i wzbudzić nielichy szacunek.

Czołem!

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Rzuciłem, zdradziłem, rozwiodłem się z tymi książkami

Dobrym zwyczajem staje się podsumowanie czytelniczego roku. Bilans strat, zysków, rozczarowań, nadziei. Litania tytułów lub nazwisk, które wbiły się w pamięć - na dobre lub złe wspomnienia. U mnie znajdą Państwo listę książek, które mnie pokonały. Padłem w nierównym boju z ich stylem, problematyką, najczęściej liczbą stron. Nie dałem rady sforsować tych rzek, cofnąłem się w połowie lub w ogóle machnąłem ręką, gdy tylko zanurzyłem się po kolana. 



Stawiam sprawę uczciwie - będę pisał o dobrych lub przyzwoitych książkach, które najzwyczajniej w świecie mnie sobą znudziły lub arbitralnie, pewnie niesprawiedliwie, stwierdziłem, że niczym nie są w stanie mnie zaskoczyć. Zgodnie z praktykowaną filozofią będę mógł swobodnie rozmawiać na ich temat w towarzystwie kulturalnych i wykształconych ludzi, którzy nijak nie zorientują się, że ja zaprezentowanych poniżej tytułów nie przeczytałem do końca. Ba! Nawet często nie dotrwałem do połowy... 

No to jedziemy!

Marcel Proust, W stronę Swanna.

Gdy przeczytałem wywiad z jednym z moich ulubionych poetów Johnem Ashberym, okazało się, że jego ulubioną powieścią jest właśnie cykl Prousta. Ashbery mniej więcej wyraził się tak: "Po jego przeczytaniu będzie się mądrzejszym i smutniejszym." A że lubię oba stany, z czego łatwiej mi osiągnąć smutek niż mądrość, zakasałem rękawy i wziąłem stojący na półce pierwszy tom cyklu.

Przeczytałem grubo ponad połowę. Początkowo fascynujące były próby udźwignięcia przez Prousta materii pamięci. Drobiazgowe, jubilersko wręcz bogate zdania potrafiły hipnotyzować, porywać. Opisy rzeczywistości - domów, obyczajów, kościołów, gestów, przedmiotów... Drobinki humoru, subtelny komizm, życzliwe pochylenie się nad słabościami bliźnich - to było naprawdę znakomite. Ale... 

I to jest ból - miłość. Ja mam z tym problem. Nie wierzę po prostu, że ludzie, nawet najbardziej wysublimowani i czuli, są w stanie osiągnąć ten poziom złożoności uczuć, tę skalę półtonów. Czułem się, czytając o duszy Swanna tak, jakby mnie postawiono przed wzornikiem kolorów w markecie budowlanym i zmuszano do szukania różnic pomiędzy kolorem żółtym zwanym "cytrusową energią" a kolorem żółtym zwanym "banana split". 

Dodam, że jestem nieomal daltonistą...

John Wydham, Poczwarki

Lubię tego autora i gdy gdzieś dzieliłem się tym uczuciem, to zaraz wciskano mi tę jego książkę. Przeczytałem połowę. Nie zapaliłem się do reszty. Przerobiłem już w swoim życiu wiele opowieści o postapokaliptycznym świecie, w którym zaczynają panować fundamentalistyczne zasady gry. Małe społeczności, restrykcyjne prawa rodem z biblijnych sekt, opresja w stosunku do inności. 

No i dzieci, które za sprawą tajemniczych mutacji są obdarzone nadnaturalnymi umiejętnościami. Wiecie, czytają sobie w myślach, przesyłają sobie na odległość uczucia. Drżą, by to wszystko nie wyszło na jaw, by dorośli się nie połapali, bo wtedy będzie źle.

Przyznam się, że zacząłem czytać, by dać się przekonać. "To najlepsza książką Wydhama! Naprawdę!" Cóż, miałem odruch jak uczeń, któremu zachwalają dobrodziejstwa Żeromskiego. 

James Herbert, Mgła.

Horror, jakich wiele poznaliśmy w latach 90 za sprawą boomu wydawniczego, który zapewnił dostęp do takich autorów jak Guy N. Smith, Graham Masterton czy wspomniany powyżej Herbert właśnie. 

Fabułka jest prosta jak drut - z rozpadliny (chyba ktoś próbował dowiercić się do złóż ropy czy coś w ten deseń) wydobywa się mgła. Na wyspach brytyjskich to nic nadzwyczajnego, ale mgła ta zamienia ludzi w krwiożercze bestie, które są w stanie w wyjątkowo obrzydliwy, sadystyczny sposób ukatrupić człowieka. Co więcej, nawet krowy rzucają się na okolicznych farmerów, by zadeptać ich kopytami.

Gdy przeczytałem 1/3 książki, zrozumiałem, że nie interesuje mnie, w jaki sposób bohaterowie poradzą sobie ze złowieszczym oparem i ile jeszcze osób zostanie wyeliminowane. Sorry, James...

Poul Anderson, Dzieci wodnika.

Kolejna gorzka nauczka, by nie sięgać po książkę autora, którego poprzednia książka mi się podobała. To bardzo skutecznie osłabia czytelniczy zapał. 

Mamy do czynienia z fantasy, a ja ten gatunek nie za bardzo ten teges. Zaryzykowałem i się doigrałem. Opowieść o ludzie żyjącym na dnie morza i starająca się przetrwać w chrystianizującym się świecie ma wszelkie szanse, by stać się naprawdę fascynującą i wciągającą, ale... Tempo tej powieści jest upiornie powolne. 

Przypominają mi się wszystkie zakłady, jakie przegrywałem z kolegami o to, kto dłużej będzie trzymał głowę pod wodą. Wydawało mi się, że całą wieczność byłem w stanie zatrzymać oddech w płucach, a tak naprawdę było to 20 sekund. Tutaj mam podobnie - czytam i czytam, a tu dopiero 50 stron. 

Stephen King, Bastion.

Czuję się usprawiedliwiony, gdyż powieść ta jest naprawdę kolosalnych rozmiarów. I to mnie przygwoździło. Z definicji nie lubię takich cegieł, nie ufam własnym siłom, więc nie porywam się z motyką cierpliwości na słońce opasłych tomiszczy. Ponadto ze strony na stronę gubiłem wiarę w sens opowieści o sile moralnej ludzi dobrych, ale słabych i nieuzbrojonych, którzy walczyć mają z przerażającą, zorganizowaną armią złożoną z kryminalistów i szaleńców. Nie, po prostu nie...

Wszystko to takie tasiemcowe, prowadzące momentami donikąd, sumiennie katalogujące nikomu do szczęścia niepotrzebne psychologizmy. 

Dziękuję.

Elizabeth Strout, Olive Kitteridge.

Dzięki tej książce udało mi się zadać samemu sobie pytanie, czego tak naprawdę oczekuję od literatury. Po kilku tygodniach spędzonych pewnie nad fantastyką lub horrorami, zatęskniłem za prozą obyczajową. Zwykli ludzie w zwykłych sytuacjach. Realizm, być może coś w duchu "romansu mieszczańskiego", prawdopodobieństwo, życie tu i teraz. 

No i się rozczarowałem. Dlaczego? Nie wiem. Znów ktoś mi polecił. Dobra autorka, podziwu godna tytułowa bohaterka, której sama obecność, niczym dobrego (choć momentami złośliwego) ducha, wystarcza, by rozwiązać problemy bohaterów pewnego małego amerykańskiego miasteczka. Solidna dawna "życiowości", wystarczająco interesujące historie, czułość i wyrozumiałość w stosunku do ludzi i świata. 

I nie dałem rady. Bez powodu. Tego typu książki czytam w ciągu kilku dni lub zostawiam na długie lata. Być może wrócę...


Od 2020 nowe książki, następne rozczarowania lub zachwyty. Wniosek? Słuchać samego siebie, swoich instynktów i przeczuć. I bez wahania rzucać, gdy coś zaczyna nam stawiać bezpodstawny opór.

wtorek, 24 grudnia 2019

Pamiętam, bo przeczytałem "Pamiętam" Brainarda

Na motywie pochodzącym z książki Joe Brainarda "Pamiętam".

Pamiętam wigilię.

Pamiętam, że mieszkaliśmy w dwupiętrowym domu. Na parterze kuchnia, łazienka. Malutkie. Pokój moich rodziców. Na piętrze mój pokój, pokój moich braci i pokój babci.

Pamiętam, że babcia złamała biodro i od lat poruszała się tylko trzymając się ścian. Nigdy już nie wyszła poza dom i podwórko. Nawet do kościoła.

Pamiętam, że cały dzień mama smażyła ryby. Dla mnie i moich braci filety. Nie smakowały nam karpie. Pamiętam zapach oleju i gotowanej kapusty z grzybami.

Pamiętam, że czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. Wypatrywaliśmy jej. Ojciec wychodził na papierosa. To była najbliższa gwiazda.

Pamiętam, że wigilia zaczynała się, gdy usmażone już były ryby. Rodzice wręczali nam opłatki. Nadchodził ten krępujący moment, gdy trzeba było spojrzeć w oczy (nigdy mi się nie udawało) i życzyć sobie wszystkiego. Potem, powłócząc nogami, szło się do babci. 

Pamiętam, że siadaliśmy w trójkę (ja i bracia)  przy stole w kuchni i jedliśmy ryby. Przy stole mogły siedzieć najwyżej trzy osoby jednocześnie. Gdy skończyliśmy, rodzice przynosili nam prezenty. Każdy dostawał to samo - w foliowym worku cukierki, mandarynki, czekolady... Dziękowaliśmy, zwalnialiśmy miejsce w kuchni dla rodziców, a sami szliśmy na telewizję. Być może była to "Szklana pułapka"?

Pamiętam, że około godziny 20 szykowaliśmy się na pasterkę. O 21 była msza, przed którą dzieci odgrywały sceny z historii o narodzeniu Chrystusa. Teatr w teatrze. Kapitalnie się nasiąkało buzującym w powietrzu napięciem. Nie, nie chodziło o mszę. Chodziło o to, by dziecięcy aktorzy nie pomylili swoich kwestii, by nikt niczego nie zapomniał, nie wszedł nikomu w słowo.

Pamiętam, że około 22:30 leżeliśmy już w łóżkach. Bez mycia zębów, podjadając ostatnie mandarynki.

Pamiętam, że nie mogłem przestać tęsknić za takim świętowaniem.

I do dzisiaj nie mogę.

środa, 18 grudnia 2019

Hrabia Henryk z "Panoramy", czyli "Lśnienie" Kinga

Jaki jest sens pisania o tej klasycznej już powieści grozy, która na zawsze wpisała się na wszystkie możliwe listy najbardziej przerażających i sugestywnych dzieł literackich wszech czasów? Nawet w bardzo bogatym i różnorodnym dorobku samego Kinga "Lśnienie" jest "top of the tops"; nie można pominąć go w jakimkolwiek zestawieniu najistotniejszych prac amerykańskiego pisarza. 

Dodajmy do tego obezwładniającą ekranizację Kubricka, który (przyznajmy) nieco zmodyfikował materiał wyjściowy, ale stworzył za to filmowy majstersztyk do dziś analizowany przez różnego rodzaju łowców ukrytych przekazów.

Cóż więcej można dodać skoro ta autentycznie przerażająca opowieść o nawiedzonym miejscu opatulona jest tysiącami recenzji, omówień, interpretacji... Patrzymy na "Lśnienie" z perspektywy tradycji gatunku i z punktu widzenia rozwoju pisarstwa Kinga, przez pryzmat biografii twórcy i.... i tak dalej, i tak dalej...

"Lśnienie" jest jak dotąd chyba najlepszym tekstem Kinga, jaki miałem okazję przeczytać. Nie dziwi mnie pozycja, którą zdobył pisarz, skoro w tak wirtuozerski sposób stopniuje napięcie, rozsiewa powoli sygnały grozy, delikatnie, nie cofając się ani o milimetr, podnosi temperaturę i ciśnienie (jak w piecu pracującym w czeluściach nawiedzonego hotelu). Koncert horroru (jak w "Bolero" Ravela) z każdą stroną brzmi coraz wyraźniej i głośniej. 

No ale to już wszyscy wiemy.




Znamy też ten schemat - rodzina, demony początkowo uśpione w duszy bohatera, podlewane alkoholem, klaustrofobią, pretensjami, zaczynają podnosić łby, kłapać zębami, w końcu gryźć. Znamy też głębinowe zapuszczanie sondy do wnętrza życiorysów postaci w poszukiwaniu zaznanych w przeszłości krzywd, nieprzepracowanych traum, na pozór tylko porozwiązywanych problemów. Ta psychologizacja w przypadku "Lśnienia" nie raziła mnie aż tak bardzo. 

Horrory na szczęście da się również czytać wbrew ich tradycyjnemu emploi. Nie musimy widzieć w nich maszynek do produkcji strachu. To zbyt proste, płaskie, chociaż jak najbardziej naturalne i czasem wystarczające, by rozkoszować się możliwościami literatury gatunkowej. Nie każdy przecież dreszczowiec to "pod spodem" subtelna analiza,  gra z przyzwyczajeniami krytyków i czytelników, autotematyczna zabawka, psychologiczny portret pokolenia, płci czy czegokolwiek, co przyjdzie nam do głowy. 

A więc uparłem się i popatrzyłem sobie na "Lśnienie" jak na dramat psychologiczny. Obdarłem tę historię z wszelkich makabrycznych, nadnaturalnych, czasem groteskowo wręcz przerażających warstw. Przesunąłem na drugi, być może nawet trzeci plan tę ponurą historię hotelu "Panorama", która sama w sobie budzić może niepokój. Cóż mi zostało? Wstrząsająco banalna (co nie znaczy zła lub trywialna) opowieść o aspirującym pisarzu, któremu w rozwoju przeszkadza rodzina. 

Jack coś tam pisał, gdzieś publikował, stukał do (literackiego) nieba bram, aż w końcu ktoś delikatnie uchylił drzwi i pokazał mu świat, do którego chciał wparadować. Stukot maszyny do pisania i szelest papieru tworzyły najsłodszą melodią, wizja demaskatorskiej sztuki, której miał być autorem, przyprawiała skrzydła. Nic dziwnego więc, że perspektywa spędzenia w odciętym od świata hotelu kilku miesięcy była przynajmniej kusząca. 

A jednak wszystko psuje rodzina... Syn cierpiący na niemal katatoniczne ataki, wymagający lekarskiej obserwacji, sikający w portki pod wpływem niejasnych wizji. Żona, której miłość bywa zaborcza, rozpamiętująca wciąż alkoholowe ekscesy męża, jego nieprzewidywalność i porywczość. Obecność kobiety i dziecka unosi się nad Jackiem jak rój much, których nie można przegonić ruchem ręki, trzeba z nimi żyć, tolerować ich słabości, potrzeby, obawy. 

Od samego początku widziałem w "Lśnieniu" odbicie katastrofy, jaka dotknęła hrabiego Henryka, bohatera "Nie-Boskiej komedii". Chłop też miał pod górkę - najprawdopodobniej mierny poeta wymarzył sobie, że będzie w stanie pogodzić obowiązki głowy rodziny z pasją literacką. Przysięgał wierność kobiecie, a romansował z piersiastym widmem, którego prawdziwe, diabelskie, oblicze widziała tylko zdradzana żona. Marzenie o poetyckiej sławie wygasza ludzkie odruchy, zamraża uczucia. Drapieżna obojętność hrabiego popycha żonę wprost w paszczę szaleństwa, zaś syn, jeszcze w łonie matki skażony "poezyjnością", w swoim krótkim życiu zaznaje iście "romantycznych" epifanii - widuje ducha zmarłej matki. Czyż nie jest to dalekie odbicie Danny'ego, synka głównego bohatera "Lśnienia"?

"Lśnienie" kończy się upadkiem Jacka, żona i dziecko ocaleją. Dramat polskiego romantyka odwrotnie - matka i Orcio pierwsi schodzą ze sceny. Te dwa teksty przeglądają się w sobie jak dwa lustra postawione na przeciwko siebie. Pomiędzy zwierciadłami krąży fundamentalny problem - ile ofiar trzeba złożyć na ołtarzu sztuki? Jack i Henryk składają na nim własne rodziny, co jest pewnie ostrzeżeniem udzielonym wszystkim potencjalnym artystom, którzy naiwnie wierzą w to, że można pożenić ogień z wodą, szczęśliwe życie i twórczą pasję.


Niczego nie kończę. Być może ktoś podejmie wątek, podyskutuje, pomyśli. To wystarczy. 

Tradycyjnego, uświęconego tradycją kompozycji, zakończenia nie będzie.

Czołem!

piątek, 29 listopada 2019

Wielogłosy, czyli "Fuga" Szostaka

Wit Szostak jest jednym z najciekawszych współczesnych polskich pisarzy. Droga, którą przeszedł od bycia oryginalnym twórcą szeroko pojętej fantastyki do osiągnięcia statusu cenionego, nominowanego do najważniejszych nagród literackich autora głównego nurtu, jest dowodem wciąż rozwijającego się olbrzymiego talentu i możliwości.

Fuga to powieść zamykająca tzw. trylogię krakowską – cykl książek, przy pomocy których autor stara się sondować polską duszę, zakamarki kultury, kompleksy, zawiedzione nadzieje, (niewykorzystany) potencjał, strukturę naszej zbiorowej pamięci. Tomy trylogii w luźny sposób łączą się ze sobą, ale tworzą spójną całość – przejmującą poetycką i elegijną opowieść.



Tytułowa fuga to słowo wieloznaczne. Miłośnicy muzyki kojarzą fugę z kunsztowną formą, której charakterystyczną cechą będzie powtarzalność pewnych struktur. W psychologii oznacza reakcję ucieczkową pod wpływem silnych, najczęściej negatywnych bodźców. Najbardziej przyziemne znaczenie odnosi się do materiału wypełniającego szczeliny, przerwy pomiędzy poszczególnymi elementami.

Forma tej książki jest precyzyjnie, po zegarmistrzowsku przemyślaną całością i to właśnie ta jej warstwa jest ogromnym atutem. Muzyczność osiągnięta dzięki powtarzaniu określonych fraz, zdań, nawet elementów fabularnych hipnotyzuje czytelnika, a jednocześnie w pewnym momencie lektury zmusza do uważnego śledzenia tekstu, gdyż Szostak umiejętnie moduluje opowieść i pozwala sobie na „odstępstwa” od spodziewanego rozwinięcia – zarówno stylistycznego, jak i fabularnego. Historia (jeśli można posłużyć się tak ogólnikowym określeniem) nie układa się w sposób linearny, nie da się rozpocząć jej rekonstrukcji od zwykłego odtworzenia w pamięci pierwszych opisywanych przez autora wydarzeń. Fuga jest raczej rodzajem literackiego koncertu, w środku którego zajmujemy miejsce i wychodzimy przed jego finałem. Złożoną z ośmiu części opowieścią prezentującą kolejne potencjalne, alternatywne, a jednocześnie uzupełniające się wzajemnie wcielenia głównego bohatera – Bartłomieja Chochoła.

Bohater Fugi przedstawia się czytelnikom jako ostatni król Polski. W tej jednej informacji, po wielokroć powtarzanym oznajmującym zdaniu, kryje się cały smutek powieści Szostaka. Zamknięte są w nim nie tylko patos, z jakim zdarza się Polakom myśleć o swojej przeszłości, jak i ćmiący ból wynikający z przeświadczenia o tym, że już nigdy nie odrodzi się siła, która może nas podźwignąć i, jakby powiedział to Konrad w Wielkiej Improwizacji, „cały świat zadziwić”. Tęsknota za dobrym, światłym, kojarzącym się z mocarstwowością renesansowej Polski, władcą tkwi w nas jak wspomnienie niejasnego, ale głębokiego dobra, którego zaznaliśmy w dzieciństwie.

„Ostatni król Polski” jest starcem, ledwie powłóczącym nogami mieszkańcem Krakowa, którego dość szybko czytelnik zacznie podejrzewać o mitomanię, życie w świecie urojeń do tego stopnia sugestywnych, że mogą odrywać od szarej, mdłej egzystencji i przenosić „duszę utęsknioną” w przestrzenie szlachetniejsze, pełne sensu i znaczenia. Stąd też bohaterowi wydaje się, że ma realny wpływ na politykę, i to nie tylko krajową… Czyż nie odnajdziemy tutaj subtelnego nawiązania do Konradowego marzenia o władzy, jaką tajemnie można sprawować? Czyż snucie wielopiętrowych fantazji na temat własnej (niedocenionej i nie do przecenienia) roli w świecie nie będzie cechą charakterystyczną samych Polaków? Jak się okazuje ten eskapizm, ucieczka przed własną słabością i starością, cechuje nie tylko Bartłomieja Chochoła.

W kolejnych rozdziałach Szostak przedstawia okoliczności, w jakich bohater mógł nasiąknąć przeświadczeniem o własnej, dość egzotycznej tożsamości. Opisuje dzieciństwo, młodość, rodzinny dom… Jednak czy aby na pewno pisze o tej samej postaci? A może rozszczepia jej życiorys, przepisuje na nowo, dodając epizody, modyfikując je, by otworzyć drzwi kolejnym możliwościom fabularnym? Fuga na szczęście na to pytanie nie udziela jednoznacznej odpowiedzi i pozwala cieszyć się obserwowaniem zręczności, z jaką pisarz żongluje kolejnymi „żywotami” Chochoła. Gdy czytamy o tajnym klubie założonym przez zaprzyjaźnionych chłopaków, pobrzmiewają w powieści wcale nie tak dalekie echa literatury kojarzącej się z klasycznymi tekstami Bahdaja lub Niziurskiego. Innym razem, gdy zetkniemy się z narastającym szaleństwem ojca głównego bohatera, bez trudu wychwycimy charakterystyczną dla Brunona Schulza deformację rzeczywistości, zagęszczoną groteskową atmosferę.

Jednak gdy odłożymy na bok zachwyty nad formą i możliwościami stylistycznymi Szostaka, znajdziemy być może nagi sens tej opowieści, przejmująco smutnej, niemal rozliczeniowej. Nad czym pochyla się pisarz? Nad Polską. Nad jej duszą, którą zrodziła tęsknota za wielkością i wyjątkowością. Tęsknota za czymś, co było już niemal w zasięgu Polaków, a potem rozpadło się za sprawą zaprzepaszczonych szans, głupich decyzji, niebezpieczeństw, które ujrzeliśmy za późno.

W ten sposób widziana Fuga kontynuuje szlachetne tradycje polskiej literatury, której przeznaczeniem jest medytacja nad losem zbiorowości i sensem jej istnienia. Szostak cierpliwie przygląda się Polsce i jeżeli nawet nie wyciąga zbyt pocieszających wniosków, nie można przemilczeć tego typu artystycznych wypowiedzi.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl