sobota, 16 stycznia 2016

Je suis Gałkiewicz

No i mamy aferkę nową. 

Rzecz tyczy się strony na Facebooku "Recenzje z Lubimy Czytać", która to strona wzięła na celownik nieudolne warsztatowo omówienia książek, jakie ukazały się na łamach najpopularniejszego w Polsce portalu czytelniczego. 

Aferka wybuchła, bo działalność strony (anonimowo prowadzonej) podżyrował swoim zainteresowaniem niejaki Wojciech Orliński, który w niejakiej "Gazecie Wyborczej" poszedł tropem szydery z domorosłych krytyków literackich i ową amatorkę jakoś połączył z samym "Lubimy Czytać", któremu chyba imputował psucie dorobku krytyczno-literackiego całych pokoleń poważnych znawców poezji i prozy, tudzież dramatu.

Na to "Lubimy Czytać" wystosowało stosowne oświadczenie, w którym mocno zdystansowało się wobec felietonu Orlińskiego i w elegancki sposób powiedziało mu "Spierdalaj." Na co w sumie zasłużył, bo zaznaczył, że wie, kim jest autor rzeczonej strony, ale nie powie, a ponoć to  "osoba zawodowo związana ze światem recenzencko-literackim." 

Znając realia polskiego światka kultury, założę się, że owa osoba piła ostatnio z Orlińskim wódkę. Chociaż, cóż, mogę się mylić...

Przejdę jednak do meritum, bo wojenki tego typu trwają zaledwie kilka dni, jednak sam problem wydaje się być ciekawy i godny szerszego spojrzenia.

Nie do końca rozumiem bowiem, co jest głównym daniem serwowanym nam przez stronę "Recenzję z Lubimy Czytać". 

Czy mamy śmiać się z niezgrabnych, kalekich, naturszczykowskich, pisanych łokciami refleksji na temat książek?

Czy mamy pękać ze śmiechu na widok "źle rozpoznanych" arcydzieł, które nie są wystarczająco docenione przez ludzi zmuszanych do ich poznawania?

A może mamy popaść w refleksję na temat pewnych przewartościowań dotykających kanonu książek narzucanych w szkołach przez świętą podstawę programową?

Nie wiem. Przynajmniej nie jestem tego do końca pewny. 

Najprościej jest śmiać się ze słabszych, niedouczonych, niedoinformowanych, z trudem dukających na temat... Cóż, na jakikolwiek temat. Jeżeli autorami cytowanych "dla beki" omówień są ludzie młodzi, którzy dopiero co szlifują język, można im wiele wybaczyć. Jeżeli już zdecydowali się naskrobać parę słów i wydobyć z siebie szczery jęk zawodu (lub głośne "Kurde, co ja czytam?"), też w pewnym stopniu jest to wartościowe, ponieważ mówi nam to coś o obrazie polskiego czytelnictwa. 

Większość, a może nawet wszystkie cytowane opisy czytelniczych frustracji dotyczą tak zwanego kanonu. Kanonu poznawanego w szkole, narzucanego przez nauczycieli (sam winny jestem tej patologi, gdyż w szkole pracuję), którzy z kolei muszą zrealizować wymagania podstawy programowej. Tak wygląda ten łańcuch.

Proszę mi wierzyć, że czasem razem z uczniami moimi (wcale zdolnymi bestiami) zastanawiamy się, jaki jest cel udręczania się archaicznymi tłumaczeniami "Króla Edypa", przegadanym i przeintelektualizowanym "Tangiem" lub mętną żeromszczyzną. Gdy uczniowie rok w rok pytają mnie o sens kolejnych wprowadzanych lektur (arcydzieł ponoć), coraz częściej łapię się na tym, że dołączam do chóru  w ów sens wątpiących. Mówię: "Widzicie, musimy to zrobić. Ja tej książki nie lubię, z wami może być różnie, ale to się może przydać na maturze." 

Uświadomienie istnienia egzaminu dojrzałości błyskawicznie zamienia nieprzekonanych w pilnych pokornie uznających wielkość lektury uczniów. Uznających oczywiście oficjalnie, pod kątem pracy klasowej, sprawdzianu lub wypracowania. Prywatnie mogą myśleć, co chcą...

Tak właśnie reagował polonista Bladaczka z "Ferdydurke", który obsztorcował nieszczęsnego Gałkiewicza, gdy ten dokonał coming outu i przyznał, że nie wzrusza go poezja Słowackiego. Gdy czytaliśmy te fragmenty w liceum, całym sercem byliśmy za owym uczniem, który nie tylko wykrzyczał ból istnienia, ale również obnażył fikcję i umowność każdego kanonu. 

(Myślicie, że w naszych ponowoczesnych czasach kanony mają się źle? Nie ma już hierarchii? To posłuchajcie sobie kultowej audycji słuchaczy Trójki - Topu Wszech Czasów. I spróbujcie przekonać kogoś z tysięcy odbiorców "Trójeczki", że "Brothers in arms" Dire Straits to nie jest najwybitniejsza porcja rocka napisana w XX wieku, a King Crimson to nie banda starych nudziarzy. Spróbujcie w takim towarzystwie być Gałkiewiczami...) 

Zmierzam powoli do centrum tej poszarpanej, pisanej od serca wypowiedzi. Być może składam w tym momencie donos na samego siebie, ale rozumiem tych czytelników, którzy nie dostają orgazmu w czasie lektury "Szewców", "Zbrodni i kary", "Pana Tadeusza", "Mistrza i Małgorzaty" czy innego "Hamleta". No co? Nie mają prawa? Jakim prawem nie mają prawa wygłosić swojego własnego, nieskażonego narzuconym im odczytaniem zdania? Dlaczego mają bać się wyrazić własną opinię? Nawet być może błędną.

Bo istnieją mądrale, prywatnie znienawidzeni przeze mnie arbitrzy (intelektualnej) elegancji, którzy poniżej Prousta nie schodzą? Którzy do toalety idą z kompletem dramatów Mrożka, a w wolnych chwilach szukają pocieszenia w słowiczych pieniach Keatsa? 

Pieprzyć ich. Tak jak to nakazywał Kant w swojej apoteozie Oświecenia. 

Fakt, że pieprzą arcydzieła literatury w sposób naiwny, pocieszny, daleki od pewnych standardów, to już kwestia edukacji. Ale edukacji czysto "technicznej", warsztatowej. To, przy odrobinie wysiłku i chęci, można wypracować. Niestety dużo trudniej naprawić złamany zdrowy czytelniczy rozsądek, który bardzo często słusznie alarmuje nas, że to blaga, ściema jakaś, ten cały kanon, te układy, układziki, hierarchie. 

A więc nie trzeba się bać tego, że się coś brzydko powie na Hemingwaya czy Witkacego. Pieprzyć ich, jeśli się nie podobają, nie zatruwaj sobie nimi życia. Te jest za krótkie na książki, które nie sprawiają przyjemności.

Pieprzyć, no chyba że się "Gazety Wyborczej" boicie...

niedziela, 10 stycznia 2016

Pomieszanie dobrego i złego, czyli "Łotrzyki" Martina & Dozoisa

Żyć zgodnie z prawem można tylko w jeden nudny i przewidywalny sposób i nie jest to na pewno najlepszy materiał na porywającą opowieść. Natomiast łamać prawo można na dziesiątki różnych sposobów, co dla pisarza jest już o wiele bardziej inspirujące. Z podobnego założenia wyszli najprawdopodobniej George R. R. Martin i Gardner Dozois, autorzy antologii opowiadań Łotrzyki, którzy zebrali w opasłym tomie (ponad 900 stron, 21 twórców) opowieści koncentrujące się wokół bohaterów mających mniejsze lub większe kłopoty z prawem. Niestety, uczciwie trzeba przyznać, że nie wszystkie teksty spełniają oczekiwania, jakie można mieć wobec znanych autorów.



Pierwsze z opowiadań, Czasy są ciężkie dla wszystkich autorstwa Joego Abercrombiego, to perełka, która w błyskotliwy sposób otwiera antologię i potrafi zaostrzyć apetyty na resztę tekstów. W ponurym, niebezpiecznym mieście Sipani, w labiryntach ulic i zaułków śledzimy zmagania pochodzących z półświatka osobników, którzy zrobią wszystko, by przejąć pewien fant. Akcja pędzi na łeb, na szyję, bohaterowie są plastyczni, intryga ciekawa. Abercrombie jest pomysłowy, więc ani przez chwilę nie odczuwamy znużenia.

Innym opowiadaniem, które zwraca uwagę osobliwym klimatem i fantastycznie wykreowanym światem przedstawionym, jest Tawny Petticoats Michaela Swanwicka. Czytamy o alternatywnej wersji Nowego Orleanu, gdzie na każdym kroku napotykamy prawdziwe bestiarium różnego rodzaju istot, wśród których nie brakuje między innymi klasycznych żywych trupów. W tej rzeczywistości swojej szansy na łatwy pieniądz szukają dwaj oszuści… Świat jest na tyle sugestywny i bogaty, że możemy żałować, iż Tawny Petticoats to tylko opowiadanie, nie zaś zalążek czegoś większego.

Z kolei Garth Nix, australijski autor zgrabnie łączący literaturę dla młodzieży z inteligentną fantasy, proponuje nam opowiadanie pt. Transport posążków. To błyskotliwa, ocierająca się o baśń opowieść o sir Herewardzie – błędnym rycerzu – i jego pomocniku, niezwykłym sędziwym czarodzieju. Całość, mimo że jest odrobinę przewidywalna, to zabawna przygodowa historia, która może w pełni usatysfakcjonować czytelników.

Karawana donikąd autorstwa Phyllis Eisenstein to nie tylko niezwykle sugestywna wizja ocierająca się o fantasy, ale nade wszystko przepięknie napisany tekst, który potrafi oczarować odbiorcę. Przedzieramy się przez pustynię wraz z minstrelem Alarykiem, jego oczami przyglądamy się mnożącym się mirażom, jakie zmęczonemu wędrowcowi funduje rozgrzane powietrze. Atmosfera z czasem gęstnieje, a pustynia pokazuje swoje nie do końca przyjazne oblicze…

Łotrzyki niestety potwierdzają pewną regułę dotyczącą antologii tematycznych – teksty są nierówne, czujemy, że obok opowiadań doskonałych, trzymających w napięciu lub budujących niezwykłą atmosferę, musimy przeczołgać się przez kilka utworów daleko słabszych, nudnych, wtórnych lub po prostu z różnych przyczyn nieudanych. Do takich niestety należy zamykający tom Królewski łotrzyk lub królewski brat autorstwa samego Martina. Ci, którzy nie załapali się na falę zachwytu Grą o tron, uznają ten tekst za klasyczny przykład odcinania kuponów. Z rzadka wzbogacona partiami dialogowymi, naszpikowana datami i trudnymi do wymówienia nazwiskami opowieść nuży po pierwszych stronach. Wielbiciele Martina być może już zacierają ręce, ale piszący te słowa do nich nie należy…

Zobaczyć Tyr i przeżyć Steven Saylor stara się rzucić na nas czar, jaki zazwyczaj roztaczają opowieści o starożytności. Antyczne miasto, opary tajemnicy, jakiś pomysł – to wszystko w rękach autora rozpada się jak zaprawa murarska, w której zabrakło cementu. Saylor przedobrzył – zbyt wiele atrakcyjnych skądinąd elementów tekstu zdaje się do siebie nie pasować, a opowiadanie odbiera się jako pisane na siłę.

W inną stronę poszedł David W. Ball. Jego Proweniencja jest historią pewnego podstarzałego handlarza dziełami sztuki, który wpada na trop zaginionego w czasie drugiej wojny światowej „pięknego i przeklętego” obrazu. Czytamy o fałszerstwach płócien, o złych nazistach, ale tak naprawdę opowieść najprawdopodobniej pozostawi czytelnika niespecjalnie wzruszonym. No, chyba że jest on miłośnikiem talentu Caravaggia.

Zmierzając w kierunku podsumowania, należy podkreślić, że nie jest to antologia zła. Może oszałamiać bogactwem stylów, światów przedstawionych, wizji – od niemal baśniowych po bardziej realistyczne. Ma swoje „momenty”, gdy porywa nas duch opowieści i zamyka w swoim niezwykłym świecie. Wzruszamy się, drżymy z emocji lub po prostu dobrze się bawimy, czytając co bardziej udane realizacje wyjściowego pomysłu całej książki. Niestety, zdarzają się też wcale liczne teksty, które kwitujemy wzruszeniem ramion lub przewracamy strony z narastającą irytacją. Lektura Łotrzyków przypomina podróż pociągiem – raz cieszymy się pięknym krajobrazem, raz odwracamy wzrok na widok zaniedbanych przedmieść.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach "Fantasty." O tutaj

środa, 30 grudnia 2015

Losować i powtarzać, czyli "Kardonia i Faber" Jarosza

Ja się tak naprawdę na poezji nie znam. 

Traktuję ją jak muzykę, której słucham z przyjemnością i nawet umiem zwrócić uwagę na takie kwestię jak "podziały" czy "strukturę", modląc się, by nikt mnie nie zapytał, czy owe podziały w muzyce są. Cieszę się melodią, rytmem, słowami, nastrojem... Nie analizuję, nie wnikam, nie zaglądam pod powierzchnię. Nie potrzebuję sobie teoretyzować, dlaczego coś się podoba. Naturszczyk jestem. I tyle. 

I rzadko się zdarza, bym przesłuchał daną płytę od pierwszego do ostatniego utworu. Nie umiem utrzymać uwagi. Skupić się. Gdzieś mnie pcha do przodu. Do czegoś innego, do kogoś nowego. 

Ja wiem, że autorzy tomików poezji całymi godzinami zastanawiają się nad układem tekstów. Uświęcają ten porządek przy pomocy słów-kluczy, motywów, narastającego napięcia, rytmu pewnej opowieści etc. Ja wiem, jak się męczą autorzy wszelkich antologii, którzy oglądają teksty pod milionem kątów, przez pryzmat miliona szkół interpretacyjnych. 

Ja wiem, a i tak robię swoje. W czasie lektury włączam przycisk "Shuffle" i skaczę sobie po tekstach jak pasikonik. Jeden z początku, dwa ze środka, potem ostatni. Potem cofam się, by wziąć rozpęd i wylądować gdzieś pod koniec tomiku. 



Tak czytałem też ostatni tomik Łukasza Jarosza "Kardonia i Faber". Piszę o tym dość późno, więc dotarły do mnie odgłosy recepcji tej książki. Recenzje bardzo pozytywne, przychylne, nawet entuzjastyczne. Nie dziwię się. To bardzo dobra, solidna i przewidywalna poezja eksplorująca fenomen widzialnego życia. Życia jako ciągu zdarzeń, obrazów, myśli i uczuć, które istnieją niejako na tej samej "płaszczyźnie istotności." 

U Jarosza równie istotne jest wspomnienie o dawno nieżyjącym koledze, co obraz ujrzany kątem oka w czasie jazdy samochodem. (Chyba) niczego ta poezja nie faworyzuje, nie wyciąga na plan pierwszy, niczego nie używa jako dekoracji, scenografii. Nic nie jest tylko i wyłącznie rekwizytem. Na tych samych zasadach istnieją obok siebie ludzie, przedmioty, zwierzęta, przyroda. I właśnie ta demokratyzacja w (przynajmniej w dwóch ostatnich tomach Jarosza) wybitnie mi odpowiada. 

Część mądrzejszych ode mnie recenzentów zwracała uwagę na przewijający się w najnowszym tomiku motyw śmierci. Zgodnie z przyjętą metodą, znalazło się słowo-klucz, motyw-wytrych i podporządkowało się jemu rozważania obejmujące cały tekst książki. Recenzenci chcą widzieć w najnowszym tomie przede wszystkim opowieść o śmierci wkraczającej coraz szerszymi krokami do świata tej poezji. I pewnie tak jest. Jednak ja nie przykładam większej wagi do tych odkryć. Być może i słusznych.


Materią, jaką Jarosz wykorzystuje do budowy wierszy, jest rzeczywistość. Ta, w której autor fizycznie istnieje i każdorazowo daje jej pierwszeństwo. Od początku ścieżki twórczej Jarosza możemy towarzyszyć bohaterowi tych wierszy i widzieć w nich samego autora. To on jeździ po Polsce i to on zajmuje się swoją córką, to on odwiedza rodziców i to on zagląda ukradkiem do kościoła. Wchodzenie w kolejne dekady życia, daty graniczne, rytuały związane z cyklem pór roku, celebrowanie kolejnych świąt – to wszystko spotyka zarówno Jarosza, jak i bohatera tych tekstów.

Nic więc dziwnego, że ktoś powoli zbliżający się do czterdziestego roku życia zaczyna zauważać śmierć, która sięga po bliższych i dalszych, znajomych i nieznajomych. W przypadku tego autora dziwne by było, gdyby funeralne tony (delikatne, przyznajmy) kiedyś się nie pojawiły. Pojawiły się, bo w życiu się pojawiły. Jaśniej nie wyjaśnię.

Lubię te wiersze z powodu ich szczerości – nie mam wątpliwości, że czytam o czymś, co zaiskrzyło w rzeczywistości i stało się na tyle cenne, by zamienić to coś w zdanie, czasem pół wersu, czasem opasać delikatną metaforą. „Kardonia i Faber” jak każdy kolejny tomik dokumentuje pewien etap życia. Czytamy więc intymny, choć w najmniejszym nawet stopniu nie ekshibicjonistyczny dziennik. Z takiej perspektywy śmierć nie jest żadnym ważnym motywem poezji Jarosza. Jest po prostu jeszcze jednym elementem. Kolejnym żywiołem, w którym zanurza się bohater tych wierszy.

A ja? Skaczę dalej. Czytam sobie niedzielę, potem środę, potem sobotę, wracam do czwartku, a potem kolejna niedziela…

Losuję i powtarzam tę czynność z największą przyjemnością. 

czwartek, 26 listopada 2015

W przybliżeniu, czyli "Folklor świata Dysku" Simpson

Cieszyłem się i nie cieszyłem, czytając „Folklor świata Dysku” Jacqueline Simpson. Przyznam, że jestem świeżo upieczonym wielbicielem Pratchetta i przede mną wciąż więcej do odkrycia niż przed czytelnikami, którzy wiele wieczorów spędzili na ulicach Ankh Morpork lub w ostępach Ramtopów. Zachwyt neofity nie gaśnie we mnie, gdy przewracam strony kolejnych opowieści o strażnikach miejskich, wiedźmach lub Śmierci i jej pomagierach. Świat mozolnie konstruowany przez angielskiego autora jest skomplikowany, wielowymiarowy i zdumiewająco bogaty w nawiązania do kultury i literatury.

Jacqueline Simpson uzbrojona w oręż kulturoznawstwa, podpierając się fenomenalną znajomością folkloru różnych części świata i literatury, w udany sposób odkrywa przed nami tajemnice świata Dysku. Zaczynając od początku (tak ponoć jest najlepiej), czytamy o kosmogonii świata Dysku, o pierwotnych siłach rządzących tą rzeczywistością, o bogach i demonach. Jak udowadnia autorka, Pratchett pełnymi garściami czerpał ze skarbnicy mitologii, zaciągając jednak tego typu długi, robi to z charakterystycznym dla siebie wdziękiem i lekkością. Poczucie humoru i dystans pozwalają Pratchettowi zdjąć ciężar gatunkowy z przyswajanych inspiracji, a jednocześnie ani razu nie obniżyć poziomu pisarstwa. Nie mamy wrażenia, że angielski autor z nas żartuje. On pokazuje tylko, jaki potencjał drzemie w klasycznych, aczkolwiek często zapomnianych przestrzeniach kultury.
„Folklor świata Dysku” podzielony jest w typowy dla dzieł naukowych sposób – autorka bierze pod lupę poszczególne istoty zamieszkujące Dysk, przygląda się im z wnikliwością, cytuje co smakowitsze fragmenty poszczególnych książek, w których istoty owe odgrywają istotne role, a następnie odsłania przed nami źródła inspiracji Pratchetta – raz jest to Szekspir, innym razem mitologia germańska lub średniowieczne podania.
Nie należy obawiać się przesadnej naukowości rozważań Jacqueline Simpson. Autorka ma lekkie pióro i zgrabnie prowadzi nas meandrami Dysku, udowadniając, że literaturę popularną (w tym przypadku fantastyczną) może rozczytać przy pomocy narzędzi daleko poważniejszych niż mogłoby się to nam wydawać na pierwszy rzut oka.
Przyszła pora, by zdradzić, dlaczego nie mogłem do końca cieszyć się lekturą tej ciekawej książki – otóż autorka zbyt często „spoileruje.” Zbyt wiele szczegółów książek Pratchetta, które czekają w kolejce do przeczytania, zostało nadgryzionych rozważaniami pani Simpson, a część niespodzianek została zepsuta. Cóż, można więc z czystym sumieniem polecić tę pozycję koneserom twórczości angielskiego pisarza, którzy jak własną kieszeń znają Dysk i jego mieszkańców. Nowym miłośnikom Pratchetta polecam zapoznać się najpierw z jego kilkoma powieściami. Myślę, że wybranych dwadzieścia książek powinno na początku wystarczyć…  

czwartek, 19 listopada 2015

Midasowe paluchy i fetysz opowiadania, czyli "Rzeczy ulotne" Gaimana

Być miłośnikiem fantastyki i nie znać twórczości Neila Gaimana lub nie kojarzyć nazwiska tego angielskiego autora wydaje się niemożliwością. Gaiman jest nie tylko laureatem rozlicznych nagród i wyróżnień, które zdobył za książki będące wyraźnymi punktami orientacyjnymi na mapie współczesnej fantastyki, ale również z powodzeniem realizuje się jako scenarzysta komiksowy (słynna seria o Sandmanie to w końcu jego dzieło). Ciut gorzej idzie mu pisanie wierszy, ale najwidoczniej nie można być doskonałym…


Gaimana można jednak nie lubić. Nie wszystkim podoba się artystyczna płodność pisarza, jego Midasowy dotyk, który nierzadko zamienia tekst w tombakową błyskotkę zamiast w szczerozłoty i unikatowy przedmiot zachwytu. Lekkie pióro autora a chyba zbyt często wygrywa z krytyczną autorefleksją, czego przykładem są teksty zebrane w drugim tomie „rozsianych” dzieł angielskiego autora pt. Rzeczy ulotne. Cuda i zmyślenia. Wbrew zachwytom zagorzałych wielbicieli Gaimana, trzeba od samego początku podkreślić, że książka ta jest nierówna i obok utworów wyśmienitych prezentuje nam historie na pierwszy rzut oka dobre, ale wewnętrznie puste, oferujące powierzchowne emocje.


Okładka ładna, nie powiem


Gaimana najłatwiej ochrzcić jednym z najzdolniejszych postmodernistów literatury fantastycznej. I jeżeli postmodernizm będziemy rozumieli jako skłonność do łączenia wszystkiego z wszystkim, zdolność żonglowania znanymi i doskonale rozpoznawalnymi elementami świata literatury i kultury, budowania teoretycznie nowych treści przy pomocy starych prefabrykatów, to autorAmerykańskich bogów idealnie wpasuje się w ten schemat.


Pierwsze (i jedno z najlepszych w książce) opowiadanie pt. Studium w szmaragdzie doskonale ilustruje mechanizm, w jakim Gaiman czuje się najlepiej. Łącząc realia opowieści o Sherlocku Holmesie z grozą świata wykreowanego przez Lovecrafta, pisarz tworzy zupełnie nową jakość – opowieść jest fantastycznie skrojona, oszczędnie zarysowuje realia świata przedstawionego, tym samym mobilizuje czytelnika do eksploracji tegoż świata na własną rękę. A co najważniejsze – powierzchnia Studium w szmaragdzienie ma najmniejszej rysy; splot dwóch, wydawałoby się całkowicie odmiennych światów przedstawionych, jest fenomenalny.


Fabuły opowiadań bardzo często krążą wokół ulubionych przez Gaimanatematów – czytamy o duchach i innych mieszkańcach zaświatów, którzy pojawiając się w naszej rzeczywistości (Pora zamykania, dziwny, nieco pretensjonalny Październik w fotelu), sieją zamęt lub wyrywają bohaterów z błogostanu. Czytamy „dodatki”, jakimi autor wzbogaca wcześniej stworzone teksty – Władca górskiej doliny jest ciekawym uzupełnieniem doskonale znanych Amerykańskich bogówGaiman zasypuje czytelnika bogactwem pomysłów, potrafi oszołomić paletą przeróżnych nastrojów, które rozciągają się od mrocznych infernalnych przestrzeni (To inni) do lekkich przewrotnych wariacji na temat ulubionych lektur z dzieciństwa (Problem Zuzanny).


Gaiman jest konceptualistą – chwyciwszy pomysł, owoc krótkiego przebłysku inwencji, trzyma się go i buduje wokół niego krótszą lub dłuższą opowieść. Niestety, nie wszystkie pomysły bywają dobre. Zbyt często teksty wydają się jałową przeintelektualizowaną grą obliczoną na olśnienie odbiorcy. Są jak sztuczki techniczne, które nawet na metr nie przybliżają napastnika do bramki przeciwnika. Niejednokrotnie możemy odnieść wrażenie, że czynność pisania jest tak silnie zakorzeniona w naturze angielskiego autora, że gubi on zdrowy dystans do swojej twórczości – najlepszym przykładem tego są wiersze umieszczone w Ulotnych rzeczach. Pachnące grafomanią, starają się poruszyć serca i wyobraźnię, choć tak naprawdę są nieznośnie pretensjonalne i archaiczne w porównaniu z tym, co mówi i jak mówi współczesna angielska poezja.


Dla fanów Gaimana (i chyba nie tylko dla nich) wyjątkowo atrakcyjnie wyglądać będzie wstęp, w którym sam autor komentuje poszczególne teksty, budując wokół nich ciekawe konteksty. Śledzimy więc losy opowiadań, poznajemy zawiłe ścieżki, jakimi potrafi podążać natchnienie, ze zdumieniem i narastającą zazdrością czytać będziemy o przebogatym rynku czytelniczym, na którym Gaiman zajmuje ugruntowaną pozycję.


Podsumowując, Rzeczy ulotne są całkiem przyzwoitym uzupełnieniem portretu twórcy, którego powinno poznać się wcześniej, sięgając po jego klasyczne już dzieła. Forma powieści służy angielskiemu pisarzowi, który rozwija wtedy skrzydła i potrafi oszołomić czytelnika nadzwyczajną fabułą i solidną dawką fantastyki. Krótsze formy zaś często pozostawiają niedosyt lub mogą irytować z wyżej wymienionych powodów. Na szczęście wśród kilku słabszych lub średnich tekstów znajdziemy prawdziwe perełki. I to dzięki nim spotkanie z tym zbiorem opowiadań może być satysfakcjonujące.

sobota, 7 listopada 2015

Da się? Da się napisać o historii bez smęcenia, czyli "Może Estera" Petrowskiej

Są dwa typy książek, których szczerze nie znoszę. Snucie rodzinnych opowieści, odtwarzanie losów Kowalskich czy innych Nowaków śmiertelnie mnie nudzi i nie znajduję niczego interesującego w czytaniu o losach ludzi, którzy żyli zanim ja się urodziłem. Unikam też jak ognia relacji o II wojnie światowej – zbyt słabe mam nerwy, by czytać o autentycznych bestialstwach, jakich zaznali ci, którzy należeli do pokolenia moich dziadków. Jak więc widzicie wolę starą dobrą fikcję literacką, bo wystarczającą dawkę realizmu oferuje mi samo życie.
Chwytając więc za książkę Katii Petrowskiej „Może Estera”, byłem pełny jak najgorszych obaw, skoro łączy ona w sobie dwie wyżej opisane przeze mnie cechy. Cóż z tego, że tekst ten zebrał bardzo pochlebne opinie wśród krytyków i czytelników, skoro z dziełem tym jest mi (teoretycznie) wybitnie nie po drodze? Jakież jednak było moje zdumienie, gdy po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron stwierdziłem, że książka ta sprawia mi o wiele większą przyjemność niż mogłem to podejrzewać.
W czym więc upatruję siłę debiutu Petrowskiej? Ano w formie tej opowieści. Gdyby ktoś inny pokusił się o przeprowadzenie swoistego śledztwa w poszukiwaniu własnych korzeni (i pewnie również tożsamości), mielibyśmy pewnie do czynienia z mniej lub bardziej przewidywalną biograficzną opowieścią o losach żydowskiej rodziny, którą zawierucha historii XX wieku okrutnie sponiewierała. Takich na poły brutalnych, na poły wzruszających sag literatura oferuje nam sporo.

Natomiast „Może Estera” jest arcydziełem formy i stylu. Autorka ma niezwykły zmysł poetycki, a to oznacza, że potrafił łączyć w obrębie jednego akapitu (ba! nawet zdania) zjawiska, informacje, z różnych przestrzeni – Petrowska fantastycznie żongluje odwołaniami do kultury, literatury, historii, biografii i tworzy z tego wszystkiego niesamowitą migotliwą powierzchnię tekstu. Prywatną odyseję, której etapy wyznaczają wizyty w kolejnych miastach (Berlin, Warszawa, Kalisz, Kijów…), ilustruje topograficznymi danymi, precyzyjnymi portretami spotykanych ludzi, dygresjami, które jak łodzie podwodne schodzą w głębiny historii.
Autorka powoli kruszy lód czasu, z którego wydobywa fakty, anegdoty, domysły na temat swojej rodziny, ale równocześnie zgrabnie porusza się we współczesności – wyszukiwarki internetowe, portale społecznościowe czy serwisy aukcyjne pomagają odbudować dawno utraconą przeszłość. „Może Estera” nie skupia się więc na prostym mechanicznym katalogowaniu strat i na opisywaniu bólu związanego z nimi. Paradoksalnie to wciąż kształtująca się, półgotowa teraźniejszość może w tej opowieści odgrywać najistotniejszą rolę.
W książce Petrowskiej wyjątkowo atrakcyjna wydaje się być niejednorodność literackiej materii. Pisarka posiadła umiejętność szukania ścieżek łączących nie tylko odległe względem siebie wydarzenia i ludzkie losy, ale również zdolność do podejmowania ryzyka, by różnymi językami przemawiać do czytających, podrzucać im zaskakujące skojarzenia. „Może Estera” udowadnia, że literatura próbująca mierzyć się z fenomenem historii – tej wielkiej zmiatającej z powierzchni ziemi całe narody i tej dotykającej konkretnych ludzi – nie powiedziała swojego ostatniego słowa.
W powodzi "arcydzieł literatury" o bardzo krótkim terminie przydatności do spożycia, ta książka jest po prostu dobra. I dlatego jest bardzo dobra.

wtorek, 27 października 2015

Macając egzotyczne towary, czyli "Kochając" Greena

Świat służących i świat arystokratycznych pracodawców był wielokrotnie portretowany przez literaturę. Z jednej strony opisywany los służby był ponurą ilustracją niesprawiedliwości stale obecnej w zhierarchizowanym społeczeństwie, był wołaniem o przywrócenie godności „ludziom spod schodów.” Na drugim biegunie znajdziemy historie zgoła inne – utrzymane w lekkim komediowym tonie opowieści o sprytnych rezolutnych podwładnych i dużo mniej rzutkich, choć wciąż sympatycznych, panach domów. Pomiędzy tymi dwoma skrajnymi punktami znajduje się cały wszechświat, w którym służący są zaledwie cieniami, postaciami epizodycznymi, marginalnymi. Z rzadka powiernikami tajemnic, częściej niemymi świadkami wydarzeń.

Przydałby mi się taki szwadron co sobotę, gdy trzeba chatę ogarnąć...


„Kochając” Henry’ego Greena wydało w Polsce Biuro Literackie kojarzące się z ambitną, wysublimowaną, adresowaną do wyrobionego odbiorcy poezją. I niech to będzie pierwszym sygnałem ostrzegawczym dla kogoś, kto będzie szukał w omawianej książce spokojnej, relaksującej i bezpretensjonalnej lektury. Powieść angielskiego prozaika będąca oryginalnym spojrzeniem na świat służących pracujących w wielkiej rezydencji gdzieś w Irlandii, gdzieś u progu II wojny światowej, stawia przed czytelnikiem nieliche wymagania.
Lwią część książki stanowią zapisy rozmów, jakie pod nieobecność właścicieli posiadłości, prowadzą ze sobą służący. Partii czysto narracyjnych znajdziemy w sumie niewiele i mają one zarysować niezbędne dla rozeznania się fabule fakty - umiera stary lokaj, nowy sposobi się, by zająć jego miejsce, pokojówki plotkują, kucharki gotują… Cała reszta rozgrywa się w dialogach, z których autor (a co za tym idzie, tłumacz) pousuwał większość przecinków, a także nakazał postaciom posługiwać się specyficzną gwarą sugerującą ich niższe pochodzenie. Celowość tego ciekawego zabiegu artystycznego nie może jednak zrekompensować wysiłku, jaki potencjalny czytelnik włoży w przedzieranie się przez nieoznakowany przyzwoicie teren powieści.
Ponadto powieść nie ma tradycyjnie rozumianej fabuły. Śledzimy montaż scen, okruchy zanotowanej codzienności, szkice czegoś większego, co być może prowadzi nas w znanym tylko autorowi kierunku. Oczywiście, obserwacje obyczajowe dotyczące egzotycznego przecież dla nas świata służących mogą być cenne i pouczające, o ile uda nam się zaakceptować warunki narzucone nam przez Greena.
Cóż więc dostanę w zamian za przedarcie się przez tę powieść? – zapyta czytelnik, trzymając w rękach dzieło angielskiego autora – co będzie w garncu na końcu tej tęczy? Na pewno odpychający i brzydki portret przedstawicieli niższych warstw społecznych, których los zanurzył w świecie arystokracji. Na pewno obraz drobnych złośliwości i cynizmu, niskich pobudek i żądz z trudem tłumionych przez namiastki ogłady. Żaden z bohaterów nie budzi sympatii. Odwrotnie, postacie książki mogą być ilustracją naturalistycznych teorii jakoby klasa społeczna, miejsce pochodzenia i środowisko determinowały człowieka i nie pozwalały mu aspirować do czegokolwiek wyższego.
Piszący te słowa zdaje sobie sprawę, że wciela się w rolę książkowego trybuna ludowego i występuje w obronie „zwykłych” czytelników przed dziełami skazującymi ich na „męki wyższego rzędu.” Walory powieści Greena są niezaprzeczalne, ale w pełni cieszyć się nimi mogą zaprawieni w bojach z trudną prozą cierpliwi odbiorcy. „Kochając”, powieść doceniana w kręgu literatury angielskiej, można traktować jako luksusowy i egzotyczny towar, jednak śmiem wątpić, czy może ona podbić serca rodzimych miłośników czytania.

czwartek, 8 października 2015

Co tam, panie, na Marsie, czyli "Dżungla" Sypenia

Już od dawna literatura fantastyczna (nie tylko polska) przypomina wcale nieskomplikowany labirynt luster, w których odbijają się rekwizyty, schematy, motywy w większości stworzone w heroicznych czasach kształtowania się gatunku. Rzecz jasna zdarzają się niekiedy dzieła, które potrafią wpuścić sporo świeżego powietrza do doskonale znanego i delikatnie zatęchłego wnętrza, ale dzieje się to rzadziej niż częściej. 
„Dżungla” Dariusza Sypenia jest dobrym przykładem tego, że bazując na doskonale znanych i lubianych pomysłach ze skarbnicy science fiction, można stworzyć przyjemną w odbiorze, składającą hołd Wielkim Cieniom, powieść. Bo w debiutanckiej powieści młodego autora znajdziemy i echa „marsjańskich” opowieści Philipa Dicka, i żarłoczną puszczę kojarzącą się z „Cieplarnią” Aldissa, i problematykę obecną w dziełach cyberpunkowych.

Scenerią swojej powieści Sypeń uczynił planetę Mars, która jak chyba żadna inna pozaziemska przestrzeń zadomowiła się w wyobraźni autorów fantastyki. Jest ona uniwersalnym i najłatwiej rozpoznawalnym synonimem inności, obcego człowiekowi miejsca. Autor „Dżungli” nie obiecuje nam przyjemnej i lekkiej marsjańskiej egzystencji. Osiedlonych na Czerwonej Planecie ludzi czeka trudne, pozbawiające nadziei, puste życie, które mogą rozjaśnić na chwilę narkotyki, swoboda obyczajowa, miałkie rozmowy o niczym; technologia pozwala zapomnieć o starzeniu się ciała i dostarcza niezbędnej dawki rozrywki, ale również uzależnia od siebie i ubezwłasnowolnia.
Planetą rządzą siły polityczne, na które zwykły obywatel nie ma najmniejszego wpływu. Wszelki sprzeciw wobec władz jest skutecznie tępiony. Opis napięć społecznych i apatii, w jakiej pogrążają się A na domiar złego tytułowa dżungla, tajemnicza strefa, przed której siłą musi cofać się cywilizacja, powoli pożera kolejne skolonizowane tereny Marsa.
W tym świecie żyją Daniel, zajmujący się zawodowo odtwarzaniem ludziom wspomnień, oraz Francesca, której praca naukowa koncentruje się wokół tajemniczego projektu związanego ze sztuczną inteligencją. Ta para bohaterów to nasi przewodnicy po świecie przedstawionym. Wywiązują się z tego zadania nieźle, ale czytelnik może mieć czasem wrażenie, że zostali oni potraktowani nieco po macoszemu. Zbyt często są tylko obserwatorami wydarzeń, procesów, krajobrazów. Jako ludzie są dużo mniej interesujący, nawet wtedy gdy autor za ich sprawą chce przemycić kilka własnych przemyśleń na temat świata
„Dżungla” jest bardziej niż poprawną wariacją na temat kolonizacji Marsa, patologii społecznych drążących odcięte od macierzystej planety ludzkie siedziby. Stopniowo wprowadzany wątek sensacyjny z łatwością przykuwa uwagę czytelników. Język powieści, wystarczająco komunikatywny, by nie zatrzymywać na sobie uwagi czytelnika, jest w rękach autora prostym i skutecznym narzędziem przekazywania treści.
Nic nowego pod słońcem, powtarzałem sobie, czytając „Dżunglę”, ale nigdy nie czyniłem z tego zarzutu pod adresem książki. Odwrotnie, odbiorcy literatury science fiction doskonale wiedzą, w jakiej grze będą brali udział i bardzo często lubią „piosenki, które już kiedyś słyszeli.” 

czwartek, 17 września 2015

Po kiego grzyba czytać "Fungusa" Knighta?

Lubię grzyby. Z wyrachowaniem ignoruję opinie dietetyków, którzy wciąż rozprawiają o znikomych wartościach odżywczych grzybów. Lubię zupę grzybową, farsz w pierogach, grzyby baraszkujące w bigosie. Grzybów najwyraźniej jednak nie lubi Harry Adam Knight, autor powieści „Fungus”, bo to właśnie grzyby stały się przyczyną zagłady niemal całego świata.



Wszystko zaczyna się w laboratorium, gdzie pewna pani doktor pracuje nad taką modyfikacją grzybów, by te nie tylko rozmnażały się z szaloną prędkością, ale również miały wybitne wartości odżywcze. Wiecie, wszystko w imię walki z głodem w krajach trzeciego świata i takie tam… 

Oczywiście dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Naszej pani doktor ręka się omsknęła, co z kolei doprowadziło do narodzin krwiożerczych organizmów, które w dość malowniczy sposób zabijają kolejnych bohaterów. Ludzie na przykład eksplodują, a to dość trudno potem posprzątać, lub grzyby porastają całe ciała człowieka i zamieniają go w przedziwną istotę żywiącą się trawą.

Grzyby powoli pochłaniają całą Wielką Brytanię. Londyn pokryła mięciutka warstewka pleśni, reszta grzecznie czeka na swoją kolej, a wszelkie próby militarnej konfrontacji z grzybami kończą się kompromitacją armii należącej przecież do NATO. Cała nadzieja spoczęła w rękach trójki bohaterów, którzy zamknięci w czołgu-bestii ruszają bezdrożami Anglii do Londynu, gdzie spodziewają się znaleźć ratunek dla pożeranej powoli ludzkości.

Macie dość? Pewnie tak. To czysta patologia czytać podobne książki. Przyznawać się światu, że skacze się z radości, czytając sceny opisujące lesbijski seks, który kończy wizja pleśni powoli trawiącej ciała kochanek. Knight jest uroczo pulpowy. Niezgrabny, ale mimo swojej niegramotności, umiejętnie serwuje nam specjały z kuchni literatury klasy B i C – krew, bebechy, seks, krew, cycki, bijatyki, krew, seks…  Powieść kończy się jakoś tak bez wyraźnego finału. Tak, jakby Knight znudził się swoją własną i chciał jak najszybciej wywiązać się z umowy wiążącej go z wydawcą.

Z pewnością „Fungus” nie znajdzie się na liście 100 książek, które trzeba przeczytać przed śmiercią. No, chyba że się akurat odsiaduje dożywocie, a więzienna biblioteka zaopatrzona jest w księgozbiór wzbogacony w latach 90 dzięki uprzejmości takich wydawnictw jak Phantom Press.

Dobrze będę wspominał tę upiorną (pod różnymi względami) opowieść o zabójczych grzybach, zaś pisząc tę recenzję, uświadomiłem sobie, jak trudno znaleźć w języku polskim synonim słowa „grzyb.”

sobota, 5 września 2015

Dlaczego mój blog o książkach jest kiepski, czyli "Pan ciemności" Smitha

Czasem człowiek musi się sponiewierać. Napić się piwa z Biedronki i nażreć chipsów o smaku zielonej cebulki. Potem wbić do najbliższej dyskoteki, potupać w rytm przebojów RMF-u, znaleźć jakąś mało oporną pannę, by wślizgnąć się z nią do pożyczonego od kolegi samochodu stojącego na parkingu...

Mnie nie dane było przeżyć podobnych atrakcji (choć tak bardzo się starałem), więc staram się uatrakcyjnić życie, czytając tanie horrory klasy B i C. Taki Guy N. Smith, niezwykle żywotny i płodny autor zbudował swoje specyficzne miejsce w szeroko rozumianej literaturze dzięki pisaniu o rzeczach, którymi brzydzi się "normalny" czytelnik. 

Znamy jego cykl o gigantycznych krabach pałaszujących cycate plażowiczki, znamy historie o byłym księdzu-komandosie, w którego "wnętrzu" mieszka dusza jego zmarłego złego brata bliźniaka. Bez trudu znajdziemy inne absurdalne, ale atrakcyjne z punktu widzenia miłośnika taniego horroru rozrywki.

Nie przeliczyłem się więc, gdy chwyciłem po jego króciutką książeczkę "Pan ciemności." Horror tak zły, że aż dobry. Tak kaleki, momentami nieudolny, przewidywalny, że mój zepsuty czytelniczy gust poczuł krew i ruszył na poszukiwanie dalszych atrakcji.



Jesteśmy w szkole. W elitarnej placówce położonej gdzieś w górzystej Szkocji, gdzie kształcić się ma ją młodzi, silni fizycznie i psychicznie uczniowie. Szkołą zarządza sadystyczny, przewrotny zwyrodnialec, który, jak się z czasem okazuje, czci szatana i uwielbia lekcje wychowania fizycznego. Serio.

W szkolnej kaplicy odbywają się regularne czarne msze, w czasie których pije się krew ukradzionych pewnemu dziadkowi kur. Dodatkową atrakcją są cyklicznie podejmowane próby zapłodnienia dziewicy, by ta wydała na świat jakieś mroczne potomstwo. Tytułowy zaś "Pan ciemności" to jakieś rozkładające się ze starości truchło przetrzymywane w pobliskiej krypcie i regularnie dokarmiane ciałami ginących czasem uczniów.

Czujecie ten klimat? Te kartonowe dekoracje? Potwory w gumowych kostiumach? Krew z sosu pomidorowego? Jeśli to coś dla Was, lektura nasyci Wasze perwersyjne gusta.

Podsumuję nieco przewrotnie - ostatnio kilka obserwowanych przeze mnie blogów książkowych zostało uhonorowanych umieszczeniem na liście wybitnie wartościowych przestrzeni internetowych, gdzie rozmawia się o literaturze.

Chyba będę musiał więc zmienić moje "pole widzenia" i na dobre pożegnać się z takimi autorami jak Guy N. Smith, by móc starać się o zaistnienie w jakimkolwiek poważnym gronie... 

środa, 26 sierpnia 2015

Co się przyśni, to się wyśni, czyli "Jesteśmy snem" Le Guin

Stare indiańskie przysłowie głosi: "Nie możesz być jednocześnie wybitnym piłkarzem i mistrzem koszykówki." Tak samo pewnie cokolwiek trudno być równocześnie klasykiem science fiction i wielkim autorem fantasy. Niewielu udała się taka sztuka, zbyt wielu poległo, próbując podobnego szpagatu.

Ech, coś nie pasuje mi ten wstęp... Uznajmy więc bez żadnych zbędnych formalności, że Ursula Le Guin to mistrzyni, która równie dobrze pływa w oceanach fantasy jak i w morzach science fiction. Kropka.

Jako umiarkowany miłośnik fantasy, sięgam więc po jej powieść fantastyczno-naukową pt. "Jesteśmy snem" i okazuje się, że to doskonały ruch, Rzadko kiedy udaje się znaleźć historię tak precyzyjną, oszczędną, a jednocześnie wypełnioną do ostatniej strony elektryzującą intrygą, która niemal do samego końca utrzymuje czytelnika w stanie przyjemnej niepewności.


Kiedyś to były okładki...

Pomysł wyjściowy jest naprawdę prosty - główny bohater dysponuje niezwykłą umiejętnością: śni, a to, co wyśni, zaistnieje w rzeczywistości. Przykładowo śni o tym, nie ma na świecie rasizmu, budzi się, a Ziemię zaludniają homo sapiens o szarej jak popiół skórze. Nikt się nie wyróżnia, więc problem teoretycznie przestaje istnieć. Na szczęście dla czytelników nic w przyrodzie nie ginie i jednn rozwiązany problem uruchamia niespodziewane komplikacje... Dla porządku dodajmy, że naszym bohaterem manipuluje psycholog-szarlatan, który widząc, jak potężnym pacjentem się opiekuje, wykorzystuje go do swoich niecnych celów.


Powieść w sumie przygodowa zadaje nam całkiem poważne pytania na temat natury świata. Czy naprawdę da się go naprawić, zastanawia się Le Guin. Czy człowiek dysponujący nawet nieograniczoną mocą może pchnąć rzeczywistość na właściwe tory? I czy te właściwe tory naprawdę istnieją?


Gdzieś pod powierzchnią druku pobłyskiwała mi wypowiedziana przez Leibnitza pewność, że żyjemy na najlepszym z możliwych światów. Zaś wszelkie pragnienia różnej maści idealistów, którzy chcieliby majstrować przy strukturze rzeczywistości, muszą rozregulować jego skomplikowaną maszynerię.


Miałem spory problem z tą recenzją. Jak zwykle zresztą, gdy czytam książki doskonałe, świeże mimo swoich niemal emerytalnych uprawnień, mam olbrzymie trudności, by zamknąć w słowach zachwyt, radość i podniecenie intelektualne.


Nie wiem, czy się udało. Po prostu zdałem Wam raport z fascynującej przygody lekturowej.


Czołem!

czwartek, 13 sierpnia 2015

Doskonale dwoi się w oczach, czyli "Rozłąka" Priesta

Gdy zagłębimy się w treść krótkiej notki, którą wydawnictwo MAG opatrzyło powieść Christophera Priesta pt. Rozłąka, możemy (jako wielbiciele fantastyki) poczuć lekki niedosyt, być może nawet dyskomfort. Czytamy bowiem zapowiedź historii o braciach bliźniakach, którzy w roku 1936 wzięli udział w Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie. Jako wioślarze wywalczyli brązowy medal, a sam Adolf Hitler zaszczycił swoją obecnością uroczystość wręczania trofeów. Opuszczając faszystowskie Niemcy, jeden z bohaterów (pacyfista Joe) wywozi młodą Żydówkę – Brigit, którą w ojczyźnie czekałby ponury los. Trzy lata później wybucha wojna światowa, zaś bracia rozdzielają się za sprawą skrajnie różnych wyborów życiowych. Joe zostaje pracownikiem Czerwonego Krzyża i na ulicach bombardowanego Londynu angażuje się w pomoc rannym. Natomiast Jack wstępuje do sił lotniczych, by brać udział w nalotach na niemieckie miasta.





Brzmi to wszystko „zbyt normalnie”, zważywszy na fakt, że Rozłąka ukazuje się jako kolejna pozycja w serii „Uczta wyobraźni”. Na szczęście dla miłośników fantastyki nie mamy do czynienia ze snującą się flegmatycznie historią obyczajową. Priest proponuje nam niesamowicie złożoną maszynerię powieści; z matematyczną precyzją rozrysowuje nieoczywistą fabułę układającą się w alternatywną wersję dziejów Europy i świata XX wieku.


Książki spod znaku „co by było, gdyby Hitler wygrał wojnę” można by ułożyć w pokaźny stos lub zapełnić nimi kilka metrów bieżących półek w domowych biblioteczkach. Klasyczne już utwory, takie jak Człowiek z Wysokiego Zamku Philipa Dicka lub Dźwięk rogu Sarbana, roztaczały przed czytelnikami ponure wizje rzeczywistości, u której podstaw leżała tryumfująca zbrodnicza faszystowska ideologia. Natomiast Priest modyfikuje podobne wizje i skupia się tylko na jednym, nieco zapomnianym wydarzeniu z roku 1941.


Wtedy właśnie niejaki Rudolf Hess, zastępca Hitlera, jeden z najpotężniejszych ludzi w Niemczech, udał się z szaloną misją do Wielkiej Brytanii. Jako orędownik pokoju pomiędzy państwami znajdującymi się w stanie wojny liczył na to, że jego z nikim niekonsultowana wyprawa zaowocuje podpisaniem przez angielski rząd rozejmu. Ku jego zaskoczeniu nie potraktowano go poważnie. Niemca uwięziono, stał się on źródłem żartów i kpin. Ten groteskowy niemal epizod zapłodnił wyobraźnię autora Rozłąki, który zadał sobie pytanie: „A co by było, gdyby misja Hessa zakończyła się powodzeniem?”


Próbą odpowiedzi na postawione pytanie jest ta niezwykła powieść. Perfekcyjnie utkana, może wręcz onieśmielać bogactwem zastosowanych przez autora środków literackiego wyrazu. Bohater, którego poznajemy na początku dzieła, pisze książki historyczne i niejako towarzyszymy mu w procesie gromadzenia materiałów do kolejnej z nich. Lwią część Rozłąki stanowią jednak wspomnienia pierwszoplanowych postaci, listy, fragmenty protokołów, zapiski z dzienników… Z tej plątaniny krzyżujących się głosów i perspektyw czytelnik musi samodzielnie złożyć obraz alternatywnej rzeczywistości. Niecierpliwych odbiorców będzie drażnić nieco niespieszny rytm powieści – nie może to dziwić, skoro o większości wydarzeń opowiada się przynajmniej dwa razy. Priest jednak od początku do końca metodycznie realizuje swój plan – . rozszczepia obraz świata przedstawionego, prowadząc narrację z punktu widzenia dwóch kontrastujących ze sobą postaci.


Czyni bohaterami Rozłąki parę bliźniaków, którzy mają identyczne inicjały, ale skrajnie różne poglądy (w tym miejscu powinniśmy uświadomić sobie wszelkie symboliczne konsekwencje takiego ukształtowania postaci). Joe to pacyfista skłonny poświęcić honor, by być wiernym własnym przekonaniom. Jack to pilot bombowca, który za jedyną racjonalną odpowiedź na niemiecką agresję uznaje odwet. Zgodnie z przyjętą strategią Priest „rozdwaja historię” – czytelnik, a wraz z nim jeden z bohaterów, prowadzony jest przez lustrzany labirynt odbić, symetrii, wizji i halucynacji. Nie jesteśmy pewni, co jest prawdziwą, a co tylko potencjalną wersją dziejów. Towarzyszy nam drażniąca a jednocześnie zapładniająca intelektualnie myśl – czyżby szalona wyprawa Hessa za sprawą nieznanych nam mechanizmów rozgałęziła historię II wojny i pchnęła losy świata dwoma opozycyjnymi względem siebie torami?


Autor zręcznie żongluje podobnymi wątpliwościami, rozrzuca tropy, którymi może pójść czytelnik i jednocześnie nie daje jednoznacznej odpowiedzi na żadne z pojawiających się pytań. Ba! Priest dodatkowo miesza szyki czytającym, gdy wyraźnie sugeruje, że zarówno Hess, jak i Churchill (obaj zaangażowani w rozmowy pokojowe opisane w Rozłące) mogą nie być tymi, za jakich uważają ich zwykli obywatele. Kto tak naprawdę pociąga za sznurki całej tej historii? – pytamy samych siebie i uświadamiamy sobie, że nigdy się tego nie dowiemy.




Ta wyborna powieść to wysublimowana lektura dla cierpliwego i skupionego odbiorcy. Priest ucieka przed łatwymi, schematycznymi opowieściami o tryumfujących faszystach. Zanurza nas w precyzyjnie i na pozór beznamiętnie opisanym marzeniu sennym o świecie, który nie potrafił ukorzenić się w rzeczywistości, jaką znamy.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Fantasta.pl

niedziela, 19 lipca 2015

Mój wielki grecki poeta, czyli Ritsosa przybliżam nieco

Poezję Yannisa Ritsosa poznałem w sumie przypadkiem - sięgnąłem kiedyś po stojącą na półce niewielką antologię poezji greckiej, gdzie Ritsos ukrywał się wśród bardziej utytułowanych i znanych autorów - Kawafisa, Seferisa i Elitisa. Ci dwa ostatni to Nobliści, dodajmy dla ścisłości...

Ritsos tak nieśmiało reprezentowany dotarł do mnie jednym krótkim szarpnięciem - tak jakby ktoś złapał mnie za rękaw i wciągnął w głąb podwórka, o którym nie miałem pojęcia. Pokazał miejsce, które natychmiast uznałem za swoją drugą ojczyznę, i opowiedział o nim językiem, który stał się bliski jak polszczyzna. 

Mógłbym o Ritsosie pisać długo. Pokazać jego polityczne zaangażowanie - poeta był wielokrotnie więziony przez reżimy rządzące Grecją. Jako gorący komunista, a na pewno autentyczny socjalista, był solą w oku tych, którzy zwalczali wszelkie robotnicze ruchy i solidaryzm społeczny. Urodził się 1 maja, a to przecież zobowiązuje...

Wiem, w Polsce to skrajnie niepopularna postawa, ale serce Ritsosa zawsze było po lewej stronie, a jednym z największych dramatów jego życia było obserwowanie, jak pod koniec lat 80 wali się konstrukcja tzw. Bloku Wschodniego. 



Cóż, być może po prostu poeta był naiwny i wierzył, że ZSRR i jego satelity to idylliczne krainy mlekiem, miodem i benzyną płynące. Wolę tak to widzieć. Być może Ritos po prostu zapadł na ten rodzaj ślepoty, który nie pozwalał zachodnim intelektualistom dostrzec prawdy o "naszym obozie." Nie wiem...

Grecki poeta był tytanem pracy - w ciągu długiego życia napisał około 120 tomów wierszy, esejów, dramatów. Pisał bez przerwy - w czasie wojny i pokoju, na wygnaniu i ciesząc się wolnością w ojczyźnie, pisał, przepisywał, poprawiał... Potrafił machnąć długi wysublimowany poemat mieniący się od mitologicznych nawiązań, by po chwili naszkicować kilkoma zdaniami scenkę z życia ulicy, portu, wsi... Był poetą kompletnym. Pisał do końca. Umarł we śnie. Napracował się...

W Polsce znamy go przede wszystkim za sprawą tłumaczeń Michała Sprusińskiego zebranych w tomie "Sonata księżycowa.Poematy i wiersze." Jeszcze w paru miejscach się gdzieś tam pokazał, ale tak naprawdę mamy spolszczony tylko procent tego, co oferuje nam ta niezrównana poezja. Mam jednak szczęście, że anglojęzyczne wydania Ritsosa są o wiele bardziej reprezentatywne i na ich podstawie buduje sobie obraz tej twórczości.

No dobra, ale do czego zmierzam, możecie zapytać. Ano zmierzam w kierunku ostatniego zbioru wierszy poety pt. "Late into the night." 


Ta niewielkich rozmiarów książeczka zbiera teksty napisane przez schodzącego już z tego świata poetę. Osiemdziesięcioletni Ritsos nie przestaje zadziwiać precyzją spojrzenia - zamyka w nim wszystko: pustkę nocnych ulic i gwar zatłoczonych turystami greckich plaż, samotność starego mającego kłopoty ze snem człowieka, na oczach którego odchodzą kolejni bliscy, znajomi, sąsiedzi. 

Obudziliście się kiedyś w środku nocy, by tarzać się w łóżku, przeklinając własną bezsenność? Paliliście kiedyś papierosa, tak mocno nie myśląc o niczym, aż w końcu przypełzały do Was dawno zapomniane wydarzenia, osoby, krajobrazy? Widzieliście jak osuwa się w niebyt Wasza mała ojczyzna, którą powoli pochłaniają koszmary brzydkiej nowoczesności? 

Ritsos to czuje całym sobą - widzi, jak jego "stara dobra Grecja", kraj w sumie zacofany, prowincjonalny, staje się ofiarą ataku okrutnej zimnej współczesności. Stada turystów zapełniły miasta, ryczące silniki przepłoszyły konie ciągnące wozy z arbuzami, poławiacze gąbek ustąpili miejsca płetwonurkom uzbrojonym w akwalungi. Stare domy wyburza się. Starzy ludzie machinalnie powtarzają wyuczone odruchy. Młodym zdarza się umrzeć, a ich śmierć sprzęga się z dojmującym uczuciem przemijania.

To wiersze pełne ciemności, ciszy, bezruchu, milczenia. 

Taki przykład/przekład: 

"Gwoździe"

Kto potrzebuje tego, tamtego czy tamtego?
Najpierw zdechł pies, potem koń.
Pod schodami puste wiadro.
Rybacy niosą dzisiejszy połów.
Dom podzwania nieobecnością.
W lustrze blady ukrzyżowany Chrystus
chciwie ściska dwa gwoździe. 

Język Ritsosa jest boleśnie oszczędny. Okrojony do najprostszych sformułowań. Nazywa. Nie maskuje. Z rzadka trafia się jakaś metafora, wybujałe porównanie. Najczęściej czytamy spokojną wyciszoną medytację. 

Na przykład taka "Równowaga" w moim tłumaczeniu:

Dwa martwe ptaki w siatce myśliwego.
Widziałem krew na kamieniach.
Widziałem smutek łodzi znikającej za horyzontem.
Poczekałem aż do siódmej wieczorem. 
Wtedy przyszła ulewa i zaczęło wiać. 
Muzycy zaczęli się rozchodzić, jeden po drugim,
trzymając na głowami rozłożone gazety.
Zostawili instrumenty na stołach.
W końcu byłem wolny, mogłem spać lub latać.
Zamiast tego założyłem jedną skarpetkę.
Teraz wszystko jest na swoim miejscu.


Wiersze te są mi niesamowicie bliskie. Za każdym razem, gdy wracam na parę dni, tydzień lub dwa, do mojego rodzinnego Kalisza, teksty te we mnie pracują. Budzą się. Nazywają po swojemu takie na przykład miejsca jak to:


Te wiersze opisują mi starych ludzi (w tym moich rodziców), opustoszałe boiska, ciche podwórka, płaty tynku sypiące się ze ścian zaniedbanych kamienic... Taka moja starzejąca się Grecja ten mój Kalisz.

Chcecie jeszcze mocniej? Pod koniec jednego z najlepszych wierszy w całym tomie padają takie słowa dotyczące podmiotu lirycznego: 

Wstaje. Otwiera okno i patrzy na ulicę.
Nikogo. Ani ludzi, ani samochodów.
Tylko martwe zimne miasto pobłyskuje z oddali.

To miasto to martwa Grecja nowych czasów (wiemy dobrze, jak teraz wygląda), które to czasy w jakimś przerażającym prorockim niemal przebłysku widzi Ritsos na progu śmierci. Poeta odszedł wraz z epoką starych rybaków, rzemieślników, rolników. Zanurzonych w tradycyjnym spokojnym życiu Greków. Na szczęście nie doczekał epoki, która rozdarła na strzępy wszelkie marzenia o wolności i braterstwie ludzi. 

Pozostały wiersze. Świadectwa starości, ciszy i bezsenności...