poniedziałek, 17 lipca 2017

On jest Hiszpanią, czyli "Gips i jaśmin" Lorki

Czasami zdarza się, że jeden twórca staje się wyraźnym i rozpoznawalnym w świecie symbolem własnej ojczyzny, a jego losy splatają z jej trudną historią. Tak się właśnie stało w przypadku Lorki – jego liryka zarówno pod względem treści, jak i formy jest na wskroś „hiszpańska”, zaś życie oraz śmierć w czasie wojny domowej w 1936 roku stanowią idealne uzupełnienie twórczości. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Federico Garcia Lorca jest symbolem hiszpańskiej poezji i Hiszpanii jako takiej.
Jako syn swojego kraju (nie waham się użyć tutaj nieco pompatycznej stylistyki), Lorca zamyka w wierszach wszystko, co z Hiszpanią się wiąże. W jego lirykach znajdziemy nie tylko plastyczne opisy przestrzeni, cudownie skrojone śmiałe metafory, którymi nazywa ojczystą ziemię, ale również da się w nich uchwycić coś, co stanowi o esencji Hiszpanii – zapachy, kształty, barwy, linie architektury – coś, czego nie można znaleźć w żadnym innym zakątku świata. Dźwięki gitar flamenco, cygańskie zaśpiewy, niespiesznie kwitnące miłości, profile mijanych kobiet, słońce wypalające pola i bielące ściany domów – to wszystko buzuje w tych pięknych sensualnych wierszach.

Jego twórczość rozwijała się w burzliwych dla literatury pierwszych dekadach XX stulecia, jednak tryumfująca wtedy awangarda, która przeorała tradycyjne rozumienie i praktykowanie poezji, tylko po części odcisnęła piętno na Lorce. W poezji hiszpańskiego poety z rzadka pobrzmiewają echa nowoczesności (wyłączywszy rzecz jasna wstrząsający tom „Poeta w Nowym Jorku” będący gorzkim podsumowaniem pobytu autora w Stanach Zjednoczonych), częściej znajdziemy odwołania do folkloru, do wciąż obecnych w niektórych regionach Hiszpanii arabskich tradycji, do głęboko zakorzenionych w pamięci kulturowej Europy obrazów i motywów.
Pomimo tego, że Lorca rozluźnia związki pomiędzy wyrazami, wpuszcza bardzo dużo światła i powietrza pomiędzy poszczególne wersy, nigdy nie zrywa łączności z czytelnikami, zawsze szuka ścieżek do ich serc, pragnie wzruszać, czarować, zachwycać. Raz wystarczy mu krótki impresjonistyczny poetycki szkic, innym razem pozwala obrazom kołować, by te ułożyły się w zdumiewającą pełną dramaturgii opowieść.
Nowy wybór poezji Lorki pt. „Gips i jaśmin”, którego autorem i tłumaczem jest Leszek Engelking, to doskonała okazja, by na nowo zapoznać się z obecną już przecież w Polsce twórczością hiszpańskiego twórcy. Wiersze z różnych okresów życia poety tworzą zdumiewający liryczny krajobraz pełen słońca i ciemności, śmiechu i łez, życia i śmierci. Polecam najgoręcej. 
PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Lubimy Czytać.

niedziela, 16 lipca 2017

Niewesołe miasteczko, czyli "Joyland" Kinga

Kolejny, kolejny raz King jawi się jako autor straconych szans lub zawiedzionych nadziei. Nie wiem, co gorsze...

Po doskonałym "Sklepiku z marzeniami" (recenzja wkrótce), "Joyland" jest jak bezkofeinowa kawa lub bezalkoholowe piwo - ani to horror,  ani kryminał, ani (jak chce część bezkrytycznych recenzentów twórczości Kinga) nostalgiczna opowieść o Ameryce lat 70. To... Cóż, zacznijmy po kolei.



Autor zaczyna tak, jak lubię - pierwszoosobowa narracja sprzyja Kingowi. Potrafi on w lekki, pozbawiony ciężaru zbędnych psychologizmów lub dziwacznych reminiscencji opowiedzieć historię. Wydaje się, że narrator siada obok i od niechcenia zaczyna snuć opowieść - stara się nie nudzić, nie uciekać w piętrowe dygresje, od czasu do czasu rzuci żarcikiem, błyśnie bon motem. Tak właśnie jest w przypadku "Joyland" - snujący swoją gawędę bohater przenosi się pamięcią do czasu, gdy mając nieco ponad dwadzieścia lat doświadczył wątpliwych uroków złamanego serca i podjął się wakacyjnej pracy w tytułowym wesołym miasteczku. 

Szczerze powiedziawszy nie do końca wiem, dlaczego  starzejący się bohater wraca pamięcią akurat do takich a nie innych wydarzeń. Co motywuje tego człowieka, by roztoczyć przed odbiorcami skąpą panoramę przeszłości? Krótko mówiąc, King zgubił motyw, a że uwielbia paplać, szybko zagaduje nas, byśmy broń Boże nie zauważyli tej usterki. 

Potem teoretycznie jest lepiej. Poznajemy studenta, który uwierzywszy, że związek na odległość ma sens, pozwala swojej dziewczynie spędzić wakacje z przyjaciółkami, a sam zatrudnia się w wesołym miasteczku, by podreperować skromny budżet. Miło i dość wiarygodnie narrator dzieli się z nami swoim bólem, rozterkami, płonnymi nadziejami. Jest naiwny, wierzy w happy endy, bierze za dobrą monetę wszystko, co oferuje mu zbudowany na ruchowych piaskach związek. Been there, done that myślę sobie. Wszystko się zgadza. Tak właśnie czują się młodzi, głupi i zakochani mężczyźni. No ale nie pytajcie o więcej... 

King oprowadza nas po nieistniejącym już chyba świecie - świecie wesołych miasteczek, które w XX wieku krążyły od miasta do miasta, dając ludziom prostą rozrywkę - karuzele, beczki śmiechu, strzelnice, tunele strachu... Niestety, King poczęstował nas uproszczoną wizją wesołego miasteczka - kilka branżowych określeń, zarys mechanizmów pracy "Joylandu", niewiele więcej. To mocno rozczarowuje, gdyż autor potrafi zbudować świat pełny, trójwymiarowy, dając upust potrzebie realistycznego odtworzenia rzeczywistości, którą rzecz jasna demoluje przy pomocy grozy. 

A skoro już o grozie mowa. Cóż, jedynym jej objawem jest wspomniany tunel strachu, w którym manifestować ma się duch zabitej przez seryjnego mordercę młodej kobiety. Z czasem okazuje się, że ofiar mordercy było więcej i wszystkie one miały związek z różnymi parkami rozrywki. Nasz bohater z niewielką pomocą przyjaciół stopniowo zbliża się do rozwiązania kryminalnej zagadki, ale skoro "Joylandu" kryminałem nazwać nie wypada, rozwiązanie jest w sumie... niepotrzebne. Przy całym szacunku dla Kinga, przygody Scooby Doo są momentami bardziej ekscytujące, niż wątek kryminalny obecny w tej powieści.

Wisienką na tym jałowym torcie jest kreacja głównego bohatera - facet jest chodzącym wcieleniem przyzwoitości, nosicielem cnót wszelakich. Miły, niezepsuty, pomysłowy, potrafi zabawić najmłodszych, paradując w kostiumie psa będącego maskotką wesołego miasteczka.Wzruszają go niepełnosprawne dzieci. Po dżentelmeńsku traktuje kobiety i odważnie staje oko w oko z okrutnym mordercą. Tak nieznośnie wyidealizowanej postaci dawno nie spotkałem i nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie.

I wyobraźcie sobie, że to jeszcze nie wszystkie grzechy "Joylandu", ale nie mam już siły pastwić się nad upiornie dziwacznym motywem samotnej matki opiekującej się umierającym synkiem. To właśnie ona odkrywa przed bohaterem uroki miłości fizycznej, której poskąpiła mu wspominana na początku powieści dziewczyna. 

Cóż, można ten "Joyland" nawet przeczytać, krzywdy nam nie zrobi, na pewno. Ja jednak widzę w tej książce dowód na lenistwo Kinga. Nie chciało mu się rozwijać być może interesującego pomysłu. Jeżeli ta powieść miała ambicje odtworzyć przeszłość i zbudować samą siebie na skale nostalgii, zabrakło jej gęstości, nasycenia detalami, które uwiarygodniłyby świat i pozwoliłyby w nim zamieszkać naszej uwadze. Jeżeli "Joyland" miałby być kryminałem, King musiałby przesunąć śledztwo na pierwszy plan. A gdyby ta powieść miała być typową obyczajówką, nie należało upychać w niej na siłę grozy. 

Niby dużo tego wszystkiego, ale jednocześnie wszystkiego za mało, jak w źle doprawionym barszczu. 

I tą kulinarną konkluzją żegnam Was do następnego razu.

piątek, 14 lipca 2017

Rozmiar nie ma znaczenia, czyli "Koralina" Gaimana

Nazwisko Neila Gaimana elektryzuje miłośników literatury fantastycznej. Ten wszechstronny i niezwykle utalentowany pisarz doskonale sprawdza się jako scenarzysta komiksowy (jest twórcą klasycznej już serii „Sandman” oraz „Marvel 1602” – oszałamiającej wizji komiksowego uniwersum osadzonego w alternatywnej rzeczywistości za czasów panowania królowej Elżbiety I), ale dla wielbicieli literatury pozostanie autorem wyrafinowanych „Amerykańskich bogów”, baśniowego „Gwiezdnego pyłu” czy onirycznego „Oceanu na końcu drogi” – tekstów, którymi zaskarbił sobie szacunek krytyków i miłość czytelników. Gaiman, wolny duch, wielki bajarz, czuje się jak ryba w wodzie tam, gdzie nic nie hamuje wyobraźni, gdzie fantastyka krzyżuje się z baśnią, horrorem, mitem, przypowieścią.

Gdy przyzwyczajony do opasłych tomiszczy czytelnik weźmie do rąk skromniutkich gabarytów Koralinę, być może poczuje pewien rodzaj rozczarowania. Współczesne standardy rynku wydawniczego kazałyby widzieć w tym dziełku Gaimana zaledwie zapowiedź większej całości, szkic, w najlepszym razie opowiadanie, którego nie powinno się wydawać osobno, ale wcisnąć pomiędzy inne podobnych rozmiarów teksty, by finalnie otrzymać grube, atrakcyjniejsze wydawniczo dzieło. Te niecałe 200 stron można przeczytać w spacerowym tempie w ciągu jednego dnia. Moim zdaniem jednak bardzo dobrze się stało, że Koralina nie obrosła w tłuszcz epizodów, zbędnych opisów, przypadkowych postaci snujących się gdzieś po marginesach tekstu. Gaiman okroił swój pomysł do absolutnie niezbędnych rozmiarów – nie rozsiał dygresji ani niepotrzebnych szczegółów. Dostajemy zwarty tekst napisany zgodnie z poetyką baśni, w której wszystko jest możliwe i nikt nie dziwi się pojawiającym się co i rusz nierealistycznym elementom. Z drugiej zaś strony nie mamy najmniejszych wątpliwości, że pisarz umieścił Koralinę w dzisiejszym świecie, w łatwo rozpoznawalnym „tu i teraz”, we współczesności, której niedoszłą ofiarą w pewnym sensie staje się tytułowa bohaterka.

Niestety, nieco manieryczna okładka tego wydania.

Koralina to nie do końca szczęśliwe dziecko dwojga zapracowanych rodziców. Ojciec i matka przeprowadzają się na prowincję, ale nie po to, by zwolnić tempo życia, ale by nic ich nie rozpraszało, gdy cały dzień stukają w klawiatury komputerów. Dom, do którego wprowadziła się rodzina dziewczynki, dzielony jest z ekscentrycznymi sąsiadami – dwiema emerytowanymi aktorkami i podstarzałym treserem… myszy. Okolica wygląda na zaniedbaną i wyludnioną, na większe zakupy trzeba jeździć samochodem. Nuda, poczucie osamotnienia i beznadziei błyskawicznie pochłaniają naszą bohaterkę, która w pojedynkę musi oswoić świat. Spokojna, ładnie opisująca monotonię ekspozycja szybko jednak zostaje przerwana za sprawą zawiązania akcji – Koralina w czasie eksplorowania domu odnajduje w jednym z pokojów prowadzące donikąd drzwiczki i pasujący do nich czarny, zimny klucz… Od tego momentu nuda staje się najmniejszym ze zmartwień dziewczynki.

Gaiman nie byłby sobą, gdyby w tej opowieści o smutnym dzieciństwie i nieobecnych rodzicach nie pozwolił dominować fantastyce. Jej elementy błyskawicznie zaczynają wysuwać się na pierwszy plan i zamieniają Koralinę w baśń z prawdziwego zdarzenia – baśń mroczną, skomponowaną wedle klasycznych, nieugrzecznionych wzorców, które kojarzymy na przykład ze spuścizną braci Grimm. Ta książka ma zasiać w sercach czytelników niepokój, zaś Gaiman z niezwykłym wyczuciem balansuje na granicy, po przekroczeniu której powieść ta stałaby się rasowym horrorem, a nieroztropni rodzice, którzy przeczytaliby tę opowieść dzieciom, mogliby się liczyć z nocnymi koszmarami swoich pociech. Koralina jest również niedalekim echem „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Jednak w porównaniu z ponurym i onirycznym dziełem Gaimana historia snu Alicji o świecie istniejącym w zwierciadle jest w sumie grzeczną, bezpieczną i uładzoną opowieścią. Rzeczywistość, którą Koralina odkrywa „po drugiej stronie domu”, przeraża, a zamieszkujące ją istoty, początkowo przyjazne, szybko odsłaniają swoje prawdziwe oblicze i niebezpieczne intencje.

Zastanawiać się można, dla kogo Gaiman napisał Koralinę, skoro młodsi czytelnicy z pewnością okupiliby jej lekturę nocnymi koszmarami. Zaryzykuję tezę, że książkę tę powinni przede wszystkim przeczytać rodzice, którzy być może nie zauważyli, jak mało czasu poświęcają własnym dzieciom. Czyż wszystkie kłopoty tytułowej bohaterki (i jej rodziców również) nie zaczęły się w chwili, gdy osamotniona dziewczynka zaczęła samodzielnie, bez większego przygotowania i doświadczenia, eksplorować wrogi jej świat? Czy przerażająca nowa matka, wyidealizowana wersja niedoskonałej prawdziwej matki, nie jest symbolem niezliczonych sił, które chcą zawładnąć opuszczonymi przez najbliższych dzieci, by uczynić je niewolnikami i zmusić do miłości? Taka właśnie interpretacja Koraliny bardzo mi odpowiada.

Ta znakomita książka to również opowieść o odwadze, która pomaga słabym pokonać zło, choć zdawać by się mogło silniejsze i sprytniejsze. Pocieszający finał i czytelny morał sprawiają, że Koralina jest krótką, ale emocjonującą przygodą czytelniczą, zaś narracja poprowadzona z perspektywy tytułowej bohaterki pozwala naprawdę polubić tę rezolutną dziewczynkę.

PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

PS następne - okładka jest wybitnie manieryczna i nie podoba mi się. I już!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Więcej retro, mniej futuro, czyli "Amnezjak" Nowaka

Kiedy na czwartej stronie okładki zbioru opowiadań Jakuba Nowaka Amnezjak przeczytałem słowa, którymi nie kto inny jak Jacek Dukaj zachęca do lektury, przecierałem oczy ze zdumienia. Dukaja, oprócz oczywistych literackich konotacji, kojarzę z wyrażoną przez niego onegdaj tęsknotą za rozlewną epickością książek („cegieł”), które jego zdaniem zaspokajają fundamentalną potrzebę czytelniczą i pozwalają odbiorcom zatonąć w świecie przedstawionym. Nie mam pojęcia, czy Dukaj zmienił zdanie w sprawie rzeczonych „cegieł”, ale opowiadania Nowaka okrasił entuzjastycznymi słowami, a przy okazji niejako nobilitował ten gatunek, widząc w nim jedyne świadectwo niezależności artystycznej pisarza, który nie szuka ani taniego poklasku, ani tym bardziej wymiernego zysku.

Dukaj ma rację, gdy w bardzo przychylny sposób odnosi się do tekstów zebranych w Amnezjaku. To naprawdę porządny zbiór opowiadań, które w przeważającej większości mogą spodobać się miłośnikom różnych odmian fantastyki i choć zabrzmi to banalnie, każdy znajdzie tutaj coś miłego – i zwolennicy „twardego” science fiction starającego się sondować bliższą lub dalszą przyszłość, i wielbiciele historii alternatywnych, a nawet ci, którzy szukają w literaturze próby odpowiedzi na trudne egzystencjalne pytania.



Już pierwszy tekst Nowaka pt. Karnawał rzuca czytelnika na naprawdę głęboką wodę. Gęsty styl przypomina po części tzw. czarny romantyzm, po części młodopolską rozbuchaną prozę ekspresjonistyczną. Nowak posłużył się nim nieprzypadkowo, gdyż akcja opowiadania dzieje się w drugiej połowie XIX wieku w rozrywanej konfliktami politycznymi, wojennymi i społecznymi Europie. W samym środku historycznej zawieruchy polscy spiskowcy (jak to zawsze mieli w zwyczaju) knują, by pokrzyżować plany wrogich zniewolonej ojczyźnie sił. Płonne nadzieje, szaleńcze plany, skrajny idealizm oraz wieczna gotowość do poświęcenia (własnego lub cudzego) życia składają się na wiarygodny portret irracjonalnych patriotów, wiecznych konspiratorów. Swoje niemal historiozoficzne rozważania Nowak wzbogaca o elementy charakterystyczne dla literatury fantastycznej – pojawiają się potężne i obce organizmy trawiące całe miasta, bohaterowie po przejściu progu śmierci zyskują nadnaturalne możliwości, zaś tytułowy karnawał, zbieranina różnej maści wynaturzonych, żądnych krwi istot, krąży po całej Europie i symbolizuje obłęd historii, której wściekłe spazmy, orgie zniszczenia mogliśmy niemal od zawsze obserwować na starym kontynencie. Siła tego tekstu drzemie w plastycznym i niemal poetyckim języku, który przeobraża wizje autora w wielowymiarową i oddziałującą na zmysły całość. A gdyby Jacek Malczewski mógł zilustrować Karnawał, mielibyśmy do czynienia z dziełem skończonym.

Dziwne dni to alternatywna wizja historii XX wieku. Polska i inne kraje Europy Środkowej po drugiej wojnie światowej szczęśliwie znalazły się poza strefą wpływów Związku Radzieckiego i pławią się w ciepłych promieniach słodkich lat 60., kołyszą się na falach łagodnej kontestacji systemu. W takiej właśnie Polsce powstaje zespół The Doors, którego wokalistą jest Jim Morrison – syn oficera amerykańskiej marynarki wojennej, której baza znajduje się na bałtyckim wybrzeżu. Zespół odnosi oszałamiające sukcesy, a czytelnik zagląda za kulisy sławy, towarzyszy muzykom pomiędzy koncertami i na samej scenie, stopniowo również poznaje ciemniejszą stronę życia rockowych bożyszczy… Autor naszpikował swój tekst rozlicznymi nawiązaniami do popkultury, do polskiej i światowej muzyki rozrywkowej lat 60. Rodzimego miłośnika rock n’ rolla mogą cieszyć (a jednocześnie napawać delikatnym smutkiem) sugestywnie opisane sukcesy polskich wykonawców, które, niestety, zaistniały jedynie w alternatywnej rzeczywistości. Gdyby pisarz „zatrzymał” opowiadanie w tym miejscu, otrzymalibyśmy naprawdę sympatyczną wariację na temat tego, „co by było gdyby?” Nowak jednak nakłada na swój tekst dodatkową warstwę – opowiadanie o polskich The Doors rozwija się równolegle z opowieścią o prl-owskim superbohaterze, dzielnym kapitanie milicji Żbiku. Zabieg nie tylko w sprytny sposób zmusza odbiorcę do namysłu nad mnogością możliwych ścieżek, którymi mogła pójść historia Polski, ale również w wyrafinowany sposób oddaje hołd Człowiekowi z Wysokiego Zamku, jednej z najlepszych wizji alternatywnych autorstwa Philipa Dicka. To dzięki znajomości tej właśnie powieści czytelnik ma możliwość delektowania się opowiadaniem Nowaka.

Amerykański autor pojawia się również w Rychu, stanowiącym intrygującą wariację na temat jednego z najbardziej „odjechanych” pomysłów Dicka, któremu wydawało się, że Stanisław Lem nie jest pisarzem z krwi i kości, ale zespołem autorów zza żelaznej kurtyny. Dick tłumaczył swoje podejrzenia arbitralnym przeświadczeniem, że żaden „pojedynczy” pisarz nie umiałby posługiwać się piórem z taką sprawnością, wykorzystując przy okazji tyle różnych stylów, gatunków i języków. Nowak odtwarzając nierzeczywisty, zanurzony w narkotykowej mgiełce świat przypominający Californię, zastanawia się, jak mogłoby wyglądać spotkanie tytana amerykańskiego science fiction z prawdziwą radziecką komórką szpiegowską zwaną SLEM rezydującą tymczasowo w Stanach Zjednoczonych. Miłośnicy Dicka znajdą w tym opowiadaniu mnóstwo odniesień do jego biografii, przede wszystkim do na poły religijnych doświadczeń, które prześladowały pisarza i kazały mu zwątpić we wszystko, co do tej pory wiedział o świecie.

Jeśli miałbym szukać czegoś, co spaja przynajmniej większość tekstów Nowaka, byłaby to szeroko rozumiana przeszłość, z której czerpie on pełnymi garściami. Umiejętnie odwołuje się do stylistyki przywodzącej na myśl daną epokę literacką lub zasypuje czytelnika lawiną rekwizytów charakterystycznych dla łatwo rozpoznawalnych czasów; takie Retro w znakomity sposób oddaje przerażająco beznadzieją atmosferę schyłkowego PRL-u, a dzieje się tak dlatego, że Nowak pieczołowicie odtwarza rzeczywistość tamtych czasów. Gromadzi dziesiątki motywów charakterystycznych dla epoki, nakazuje bohaterom mierzyć się z problemami, jakie fundowały swoim obywatelom demokracje ludowe. Połączył to z cyberpunkową poetyką, co znowu zaowocowało intrygującą całością.

Inaczej historię potraktowano w tytułowym Amnezjaku – kaskaderskiej i chyba nie do końca udanej próbie diagnozy polskości. Nowak w osobliwy sposób odtwarza nasze mity założycielskie („Wanda, co Niemca nie chciała”), dodaje do nich postacie polskich królów, każe swoim bohaterom zatonąć w groteskowo odtworzonej kibicowskiej subkulturze, by zabrać (być może) głos w sprawie kształtu naszej tożsamości narodowej, której nieodłączną cechą wydaje się być niechęć do obcych – obcych nacji i obcych-swoich (kibiców zwaśnionych klubów piłkarskich). Nie przekonało mnie to opowiadanie, miałem wrażenie, że Nowak próbuje ożenić Gombrowiczowską groteskę z wyrachowaną wulgarnością debiutanckiej powieści Doroty Masłowskiej. I nawet umiejscowienie akcji gdzieś w otchłaniach kosmosu nie mogło uratować tego tekstu.

Zmierzając do finału moich rozważań, zaryzykuję tezę, że najprawdopodobniej jesteśmy (zarówno jako odbiorcy, jak i piszący) skazani na odwoływanie się do przeszłości. Nawet autorzy science fiction, gatunku predysponowanego do patrzenia w przyszłość, bardzo często sięgają do mniej lub bardziej umownego „wczoraj”. Zawłaszczają niegdysiejszych bohaterów, rekwizyty, idee, wydarzenia, teksty kultury i przetwarzają je, by powiedzieć coś (nowego?) o człowieku i świecie. Zaś sam Nowak, paradoksalnie, częściej woli mówić o naszej teraźniejszości, niż szukać odpowiedzi na pytania, jaka może być czekająca nas przyszłość. Amnezjak jako zbiór opowiadań chyba będzie mógł potwierdzić moje spostrzeżenia.

piątek, 19 maja 2017

Po dżentelmeńsku, czyli "Opowieści z dziesięciu światów" Clarke'a

Od dłuższego czasu mam wrażenie, że nie ma sensu pisać "prawdziwego" wstępu do recenzji książek autorstwa klasyków literatury science fiction. Każdy, kto zrobił już drugi lub trzeci krok na drodze poznania tego gatunku, musiał zetknąć się z takimi nazwiskami jak Heinlein, Asimov, Dick, Le Guin czy Lem... Ojcowie założyciele (albo doktorzy kościoła fantastyki) są na tyle silnie umocowani w świadomości kolejnych generacji czytelników, że pisanie o nich bezosobowego i obiektywnego wstępu przypomina każdorazowo wyważanie otwartych od pół wieku drzwi. Chcecie wiedzieć, kim był, kiedy debiutował i jakie nagrody zdobył Clarke? To sobie sprawdźcie. Krótko mówiąc (zamiast wstępu) - Clarke, jaki jest, każdy widzi.

Gdy kończyłem lekturę "Opowieści z dziesięciu światów" byłem bardziej niż zadowolony. Tak właśnie powinny wyglądać opowiadania. Ma być krótko, zwięźle, z pointą, elegancko. W większości przypadków finał tekstu rozwiązuje nabrzmiewający powoli problem, czytelnik nie ma szans domyślić się błyskotliwego i jednak prawdopodobnego rozwiązania akcji, które jak nożem ucina całą fabułę i zostawia odbiorcę z uczuciem błogiego niedosytu. Wszyscy adepci pióra mogliby na tekstach Clarke'a uczyć się sztuki panowania nad pomysłem wyjściowy i prowadzenia go do punktu kulminacyjnego.

Co osobliwe, Clarke ani razu nie rozwija motywów typowych dla pulpowych opowiastek. Nie znajdziemy tu ani inwazji obcych, ani podróży w czasie, ani opowiadań, które ilustrowałyby prawidła losu przy pomocy parabolicznego sztafażu. Pisarz po prostu robi swoje i pokazuje, co mogłoby w przyszłości spotkać człowieka, gdy ten wybierze się w kosmos lub gdy ten kosmos postanowi przypomnieć mu o panujących w przestrzeni prawach. Jasne, trafimy tutaj również na skromne bo skromne,  ale obecne rozważania o człowieku, jego powinnościach moralnych, słabościach, marzeniach, jednak Clarke pisząc swoje opowiadania, zakłada siedmiomilowe buty i za każdym razem błyskawicznie przechodzi do pointy. Nie dla niego pogłębiona psychologia i niuanse życia wewnętrznego. Trudno jednak uznać to za jakąkolwiek słabość tych tekstów.

Dla porządku przypomnę tylko, że "Opowieści z dziesięciu światów" to zbiór opowiadań opublikowanych w latach 50 i 60, w heroicznych czasach fantastyki, gdy wszystko wydawało się możliwe, kosmos stał przed ludzkością otworem, a latające samochody i spacery po powierzchni skolonizowanego Marsa były w zasięgu jednego, no może dwóch pokoleń Ziemian... 



Czym częstuje nas autor? Krótka lista "pomysłów" przed Państwem:

* astronauta uwięziony na planetoidzie, którą powoli pożera słońce,

* astronauta uwięziony w nawiedzonym kosmicznym skafandrze (zabójcza pointa),

* pechowy złodziej na Marsie,

* udana okrutna zemsta na radzieckim kosmonaucie,

* awaria komputera uniemożliwiająca powrót na macierzystą planetę,

* pies z księżycowej bazy ratujący swego pana...

Opowiadań mamy 15 i niemal każde z nich gwarantuje nam albo uśmiech, albo chwilę refleksji, albo delikatny dreszczyk emocji, albo konieczność nabrania głębokiego oddechu. Nie znajdziemy tu przemocy, seksu, nieracjonalnej udziwnionej fantastyki. Całość jest taka... hmm... dżentelmeńska, tak powiem. Ten tom opowiadań nadaje się idealnie, by poprowadzić kogoś korytarzami muzeum fantastyki naukowej. Być może zgromadzone w "Opowieściach..." eksponaty nie pokryły się jeszcze kurzem i mogą dostarczyć solidnej porcji wrażeń. 

Cóż rzec więcej? Książkę onegdaj wydało w Polsce "Wydawnictwo Literackie" i przy odrobinie trudu, można ją znaleźć w bibliotekach lub na aukcjach internetowych. Ja polecam serdecznie. 

sobota, 6 maja 2017

Na zero, czyli "Realizm" Wilczyka

Nazwisko Wojciecha Wilczyka kojarzone jest raczej z fotografią, gdyż jego poetyckie dokonania migoczą gdzieś w oddali, w muzealnych gablotach, w których umieszczono większość reprezentantów tzw. pokolenia bruLionu. Autor istnienie jednak z powodzeniem jako dokumentalista polskiej rzeczywistości i z iście pedagogicznym zacięciem podporządkowuje swoją sztukę jednemu celowi - chce uświadomić Polakom, że drzemie w nich antysemityzm, że akceptują oni bierną agresję wymierzoną przeciwko Żydom. Wilczykowi nie podobają się zarówno kibicowskie bazgroły na murach ("Polska dla Polaków", "Jude raus!") jak i odpustowe portrety lub figury Żydów, którzy ściskając w spracowanych dłoniach pieniążki, mają przynosić szczęście w interesach.*

Parę razy wdawałem się w dyskusje z samym autorem (prowadzi on blog HIPERREALIZM), który dosyć często na swoim łamach zamieszcza materiały dokumentujące antysemickie ekscesy (najczęściej graficzne) naszych rodaków, jednak nigdy nie udawało nam się dojść do porozumienia. On wie swoje, ja wiem swoje na temat Polski, w której nie widzę aż tak mrocznej podszewki. Rozchodziliśmy się bez porozumienia i to się chyba nigdy nie zmieni.



Z tomikiem poetyckim Wilczyka mam podobne doświadczenie - też się rozchodzimy bez większego porozumienia, chociaż spotkanie z tymi wierszami było na pewno dużo bardziej satysfakcjonującym doświadczeniem, niż odbiór fotografii tego samego autora, które uważam za po prostu nudne. No ale nie o tym dzisiaj...

Tytuł tomiku jakoś jednak zobowiązuje, więc Wilczyk unikając jakichkolwiek skomplikowanych ekwilibrystycznych figur stylistycznych, uciekając przed mgławicowymi introspekcjami, uparcie oddaje hołd widzialnemu światu i w swoich najlepszych tekstach kontynuuje tradycję amerykańskich obiektywistów. Czuć tutaj i Williamsa, i Reznikoffa, a nawet Cendrars (chociaż to Francuz) by się jakoś zmieścił w szerokie ramy kontekstu.

Wszystko ładnie pozamykane w krótkich nomen omen migawkowych wierszach skupionych wokół pojedynczych izolowanych scen. A tu jakaś rozmowa na ulicy, a to urywek obserwacji, a to wzrok przeniesiony z punktu na punkt w przestrzeni. Ludzie, przedmioty, miejsca. Polaroidowo się dzieje. 

Jasne, wiersze te mogą sprawiać przyjemność swoimi ostrymi pointami, ale niestety gwoździe tych point (ależ mi wyszła metafora) wbite są zbyt płytko, nie zaskakują. W odróżnieniu od swojego bliskiego kolegi po piórze Grzegorza Wróblewskiego, Wilczyk nie zderza w przestrzeni jednego wiersza różnych, czasem całkowicie sobie obcych rejestrów, Wróblewskiemu wystarczy kilka linijek, by spiąć  w jedną całość romantyzm z grozą, sarkazm z powagą, drgnięcia duszy z wiadomościami "z kraju i ze świata." Wilczka nie stać również na obezwładniający cynizm, dezaprobatę w stosunku do życia jako takiego. Autorowi "Realizmu" jednak o coś chodzi, a chodzi mu tak bardzo, że łatwo może osunąć się w stronę obsesji na punkcie wspomnianego wcześniej antysemityzmu...

Cóż, widzę w tych wierszach niezły materiał, który mógłby wzbogacić licealne podręczniki do języka polskiego. Taki "Mendel Gdański" Konopnickiej mógłby zostać z powodzeniem skomentowany którymś z bardziej zaangażowanych wierszy Wilczyka. Ta demaskatorska postawa poety nie do końca mi odpowiada, tak jak nie odpowiada mi jakakolwiek społecznie zaangażowana liryka, która już zdążyła wypatrzeć wroga i wciąż uparcie kopie przeciwnika w tę samą kostkę. Wilczyk jako spadkobierca pozytywistów walczących o asymilację Żydów? Być może... Chociaż nie wiem, czy nie mam w tym przypadku do czynienia z pedagogiką wstydu - czytając te wiersze, czuję, że komuś bardzo by zależało na tym, bym spowiadał się nie ze swoich grzechów, bym odsłonił się jako antysemita i posypał sobie głowę popiołem.

Ech, kupiłem tę książkę, przeczytałem i odłożyłem. Anim nią zyskał, anim stracił. Bywa...

__________________________________________________________________________

* Mój dobry kumpel kiedyś zaprosił mnie do swojego nowego mieszkania. Patrzę, a tam na półce stoi drewniany Żyd z grosikiem w drewnianych palcach. 
- Stary, a ty co z tym Żydem? - pytam,
- Niby nic, ale wyobraź sobie, że dostałem tego Żyda i dwa dni później sprzedałem kask na motor dwa razy drożej, niż kupiłem. 

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak się bać, to tylko w "Slade House" Mitchella

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bałem się, czytając książkę. O ile oglądanie horrorów przypłacam niemal zawsze stanem przedzawałowym i często odwracam wzrok od ekranu, o tyle obcowanie z literaturą grozy nie grozi mi podobnymi atrakcjami. Słowa nie „wyświetlają” obrazów w głowie, samo czytanie zaś jest czynnością intelektualną, nie emocjonalną. Nie umiem czytać naiwnie, beztrosko taplać się w płytszych lub głębszych kałużach tekstów. Chcąc nie chcąc, analizuję, szukam motywów, umiejscawiam dane dzieło w konkretnych kontekstach, oceniam konstrukcję postaci, sonduję złożoność świata przedstawionego. Nie umiem inaczej i wiem, że na pewno coś z tej racji tracę.

A więc ostatni raz przestraszyłem się w szkole podstawowej, gdy na fali fascynacji pulpowymi horrorami zaczytywałem się między innymi Jamesem Herbertem i Grahamem Mastertonem, którzy potrafili wylać mi na głowę lodowate wiadro strachu. Po latach zacząłem odbierać horror jako mocno skonwencjonalizowany i przewidywalny gatunek, którego ani wyrobnicy (Guy N. Smith), ani uznani mistrzowie (Stephen King), ani klasycy (Lovecraft) nie są w stanie zaaplikować mi solidnej dawki pożądanego przecież strachu. Niespodziewanie ta sztuka udała się Davidowi Mitchellowi, wielokrotnie nagradzanemu brytyjskiemu pisarzowi. Jego „Atlas chmur” lub „Czasomierze” z powodzeniem rozsadzały ramy fantastyki, z którą Mitchell jest najczęściej kojarzony.


Slade House, jego najnowsza powieść, nie zadowoli miłośników tzw. cegieł, opasłych tomiszczy, które na przestrzeni setek stron powoli rozwijają przed czytelnikiem świat przedstawiony zaludniony przez dziesiątki postaci i tętniący od epizodów. Slade House ma mniej niż 200 stron i doprawdy trudno oddać tej znakomitej książce całą sprawiedliwość bez ryzykowania, że zdradzi się w recenzji coś, czego by sobie nie życzył przyszły czytelnik.

Tytułowy budynek to osobliwe miejsce gdzieś w angielskiej metropolii, które jak magnes przyciąga osoby o określonej konstrukcji psychicznej – słabych, skrzywdzonych, zakompleksionych „ludzi o pięknych duszach”, którym świat nie pozwolił rozkwitnąć, nie docenił ich. Ci, którzy miną typowy angielski pub „The Fox and Hounds”, znajdą się w wąskim ceglanym zaułku i przejdą przez niewielkie czarne drzwiczki, trafią do ogrodu otaczającego piękny, majestatyczny wiktoriański dom, którego nie ma prawa tam być…

Powieść składa się z pięciu rozdziałów – poznajemy w nich pięć ofiar tytułowego domu i jego mieszkańców, którzy regularnie co 9 lat pojawiali się w pobliżu „The Fox and Hounds”, by zwabić kolejnych nieszczęśników. Książka rozpoczyna się w roku 1979, a kończy w 2015. Mitchell doskonale oddaje atmosferę poszczególnych dekad – częstuje czytelników albo subtelnymi sygnałami, rozrzucając rekwizyty oddające koloryt czasów, albo jak w rozdziale opisującym lata 90. zanurza odbiorców w muzycznym zgiełku, w którym pulsują britpopowe i triphopowe hymny.

Bohaterowie poszczególnych części to ludzie z krwi i kości, dzieci swoich dekad, są wielowymiarowi i wiarygodni, a fakt, że narracja każdorazowo jest pierwszoosobowa sprawia, że każda z postaci mówi i myśli swoim własnym rozpoznawalnym językiem.

Nie wiem, czy Mitchell chciał napisać typowy horror, chociaż do pewnego momentu książka wzorcowo kontynuuje tradycję wiktoriańskich powieści grozy, których autorzy wyjątkowo często umieszczali mrożącą krew w żyłach akcję w potężnych domostwach, w rezydencjach na korytarzach których równie często można było spotkać usłużnego lokaja, co złośliwego ducha. Problem z tego typu opowieściami za każdym razem jest identyczny – źródłem grozy (a tak naprawdę zjawisk nadprzyrodzonych) jest owa niewidzialna strona rzeczywistości, która nacieka na nasz świat i daje się rozpoznać tylko przy pomocy takich narzędzi jak intuicja lub postrzeganie ponadzmysłowe. Jednak wielbiciele fantastyki rzadko kupują tego typu rozwiązania. Oni chcą czegoś innego, jakiegoś (powiedzmy) logicznego, pomysłu tłumaczącego nie tylko obecność zjawisk nadnaturalnych, ale również motywacje ich działania.

Mitchell zaspokaja tę potrzebę i w wirtuozerski sposób tłumaczy zjawiska mające miejsce w Slade House. Angażuje do tego okultystyczne narzędzia i tworzy imponującą literacką wizję, gdyż rozgałęzia się ona w kierunku budowania całej kosmologii, o której istnieniu mogą mieć szczątkowe pojęcie tylko wtajemniczeni i praktykujący adepci nauk tajemnych. Delikatny zapach prozy Lovecrafta unosi się znad powieści Mitchella, a podobna mroczna i nieludzka atmosfera gęstnieje ze strony na stronę.

Część czytelników kręciła nosami, żałując, że Slade House nie jest dłuższą książką. Ja jednak bronię w sumie odważnej decyzji autora – w czasach, gdy standardem stają się olbrzymich rozmiarów tomy, Mitchell proponuje nam skoncentrowaną i precyzyjną do granic możliwości (prozy) powieść. Każdy z rozdziałów wprowadza odmienną narrację, a usytuowanie miejsca akcji dokładnie w tej samej okolicy pozwala na śledzenie zmian, jakie zachodzą pod wpływem płynącego czasu. Na dodatek pisarz zgrabnie przemyca detale, które powtarzają się w kolejnych odsłonach powieści.

Matematyczna struktura tej książki jest doprawdy imponująca. Jako miłośnik muzyki zaryzykuję porównanie Slade House do utworu jazzowego. Znajdziemy tutaj temat (fatalna w skutkach wizyta w tytułowej nieruchomości), znajdziemy kolejne wariacje na temat usłyszanego na początku motywu, które to różnią się od siebie temperaturą emocjonalną i konkretnymi rozwiązaniami fabularnymi oraz nie powielają już raz zaproponowanego rozwiązania. Całość kończy się zaskakującą kodą, do której Mitchell powoli nas przygotowywał.

W tym momencie muszę powrócić do strachu, o którym wspominałem na początku tej recenzji. Przyjmuje się mówić, że boimy się tego, czego nie znamy. W Slade House dzieje się inaczej – wiedząc, co spotkało bohaterów w pierwszym rozdziale, i spodziewając się tego, co może czekać kolejne ofiary domu, drżałem, obserwując ich bezradność w konfrontacji z przerażającym budynkiem.

Sięgnijcie więc po tę niewielkich rozmiarów książkę. Jeżeli nawet przeczytacie ją (waszym zdaniem) za szybko, zawsze możecie za jakiś czas do niej wrócić. Tak gęstą i wyrafinowaną prozą można cieszyć się po wielokroć.

Recenzja ukazała się najpierw na łamach Fantasta.pl 

piątek, 14 kwietnia 2017

Są gogle, jest steampunk, czyli "Zatopić >>Niezatapialną<<" Hrycyszyn

Jako konwencja literacka steampunk jest apetyczny, ładny, estetyczny. Umownie rozumiana belle époque, fin de siècle’owa dekoracja, w której autorzy osadzają opowieści, same w sobie mogą być pociągające, a dla pisarza dość proste w obsłudze. Wystarczy wszak odwołać się do rozpoznawalnych rekwizytów epoki (powozy, falbaniaste suknie, cylindry, laseczki, monokle), zainstalować w tworzonej rzeczywistości technologię (opartą rzecz jasna na wszelkich możliwych modyfikacjach maszyny parowej), dodać szczyptę magii, która elementem obowiązkowym nie jest, ale wygląda dobrze, jak paląca się fajka w dłoni gestykulującego wykładowcy… I gotowe! Wszelkie zaś nieścisłości związane z odtwarzaniem realiów XIX wieku autor tłumaczyć może świętym prawem fantastyki do dowolnego rozmieszczania rekwizytów, naginania faktów, swoistą licentia poetica.
Można się zżymać, że steampunk jako owoc tęsknoty za wiktoriańską rzeczywistością, staromodną akuratnością, szybko stał się tylko ładnie skrojonym kostiumem przywdziewanym na okoliczność opowiedzenia mniej lub bardziej oryginalnej historii. A jednak jako konwencja często broni się sam – tło obyczajowe, scenografia, rekwizyty, technologia opisane są do tego stopnia sugestywnie i fascynująco, że daną powieść da się odbierać jako swoisty przewodnik po alternatywnym świecie.
Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że sukces steampunkowej prozy zależy od jej „gęstości”, od nasycenia tekstu detalami budującymi atmosferę. Sama intryga zaś może mieć znaczenie drugorzędne, gdy czytelnik zanurzy się wystarczająco głęboko w wykreowanej rzeczywistości, da mu się świat o poziomie złożoności zbliżonym do poziomu dziewiętnastowiecznych powieści realistycznych.
Ten obszerny wstęp wydał mi się niezbędnym, by móc opowiedzieć o powieści Zatopić „Niezatapialną” Anny Hrycyszyn i udowodnić, że książka charakteryzowana jako „przygodowy steampunk w pełnej krasie” tylko po części spełnia pokładane w niej nadzieje.

Obrazek malutki, bo okładka brzydka.

Tytułowa „Niezatapialna” to piracki parowiec, którego (niemal) całkowicie żeńską załogą dowodzi niejaka Jollienesse Rożnowski, renegatka , córka onegdaj skazanego przez rządzących buntownika-społecznika. Piracka jednostka zdążyła obrosnąć w legendę, napadając na kupieckie statki wożące towary w Krainie Tysiąca Jezior i Rzek i wymykając się z wszystkich pułapek, jakie strażnicy prawa nieudolnie na „Niezatapialną” zastawiali.
Brzmi, powiedzmy, zachęcająco, chociaż opowieści o sympatycznych banitach, o których prosty lud śpiewa ballady, jest na pęczki i rzadko zdarza się odkryć jakąś niezbadaną dotąd ścieżkę, którą mogła pójść wyobraźnia autora. Częściej obcujemy z doskonale rozpoznawalnym schematem, z mutacją historii o Robin Hoodzie czy innym Janosiku grającym władzy na nosie.
Świat książki Hrycyszyn jest niestety płaski i pomimo niemal 400 stron objętości, nie oferuje odbiorcom rozbudowanej rzeczywistości. Czytając dobrze napisaną powieść, możemy mieć wrażenie, że życie opisane na jej kartach toczy się nawet wtedy, gdy o nim nie czytamy. Bogactwo szczegółów, detale świata przedstawionego, bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni, motywacje pchające do działania jednostki i grupy społeczne, myśli i przelotne wrażenia budujące wnętrza postaci – to wszystko pozwala powieści ukorzenić się w świadomości czytającego. Natomiast Zatopić „Niezatapialną” nie oferuje niczego poza kilkoma podstawowymi informacjami mającymi zarysować dość ubogą scenografię, na którą składa się kilka nazw własnych krain, miast i rzek. Czytelnik niewiele wie o świecie, w którym dzielna piratka stawia czoła ścigającym ją żołnierzom – jest jakaś rzeka, jakaś jej delta, jakieś portowe miasta, jakieś potężne państwo połączone z innym państwem jakąś unią. Są uwarunkowania społeczne, które uprawdopodobniają wybory życiowe bohaterów, ale mają one charakter pretekstowy. Nie da się w nie uwierzyć lub uznać za na tyle istotne, by w ich imieniu albo łamać prawo, albo rzucać się w objęcia nieznajomych mężczyzn, albo zdradzać armię.
Same postacie również nie pozwalają łatwo w siebie uwierzyć. Trudno domyślić się ich motywacji, a nawet sama główna bohaterka, której poświęcono najwięcej miejsca, nie wydaje się wiarygodna. Walczy, romansuje, knuje, unosi się gniewem lub pokornieje pod dyktando doraźnych rozwiązań fabularnych. Miłość, którą zapałał do Jollienesse Rożnowski ścigający ją kapitan Feliks Ucelli, jest zbyt prostym chwytem i zdecydowanie zbyt łatwo autorka posługuje się tym motywem, by pchnąć akcję do przodu.
Powieść Hrycyszyn może budzić zrozumiały odruch niedowierzania. Uśmiech wywołują szczere zapewnienia autorki (wygłaszane ustami różnych bohaterów książki), która upiera się, że załoga złożona z samych niewiast może siać największy postrach na wodach, na których pływają również inne, daleko bardziej okrutne pirackie załogi.
W kontekście powyższych zarzutów sama fabuła jest najmocniejszą stroną powieści. Amatorzy przygodowych, awanturniczych historii znajdą tutaj i pościgi, i strzelaniny, i pojedynki. Mężczyźni są honorowi i szybko sięgają w dyskusjach po argument siły, kobiety są piękne i zabójczo niebezpieczne. Zwłaszcza gdy mają do dyspozycji parowiec uzbrojony w działa zdolne zatopić ścigające je jednostki. To się może spodobać. Komuś.
Zatopić „Niezatapialną” nie jest powieścią dobrą, ale może się obronić w kontakcie z mniej wyrobionym odbiorcą, który dopiero nabiera ogłady czytelniczej. Radzę więc pomyśleć o tej książce jak o pierwszym stopniu wtajemniczenia, tylko wtedy może ona objawić swoje atuty.

Recenzja najpierw ukazała się na łamach Fantasta.pl 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dziadek fantasy, czyli "Trzy serca i trzy lwy" Andersona

Nie powiem, żebym pałał jakąś szczególną miłością do literatury fantasy i po wielokroć dawałem wyraz mojemu chłodnemu stosunkowi do tego gatunku. Moim skromnym zdaniem im bardziej dzieło fantasy jest "przegięte", kampowe, drwiące sobie ze świętości gatunku, tyle lepsze - dla czytelników i dla samego siebie. "Prawdziwe" fantasy, w odróżnieniu od science fiction, nudzi mnie śmiertelnie. Szkoda moich pięknych oczu...



Zdziwiłem się więc niemożliwie, gdy chwyciwszy klasyczną, wydaną w 1961 roku powieść fantasy "Trzy serca i trzy lwy" Poula Andersona, zacząłem odczuwać swego rodzaju czytelniczą satysfakcję. A zacząłem tę książkę czytać, gdyż:

a) była szczupła (wolę szczupłe książki, z kobietami mam odwrotnie),
b) Anderson napisał rewelacyjną przewrotną "Podniebną krucjatę",
c) "Trzy serca i trzy lwy" nawiązują do jednej z moich ulubionych powieści, do "Jankesa na dworze króla Artura" Marka Twaina.

Powyższą kolejność należy traktować jako nieprzypadkową.

Powieść na konstrukcję klamrową - otwiera i zamyka ją (powiedzmy) współczesność. Bohaterem jest sympatyczny młody Duńczyk, dusza-człowiek, łagodny olbrzym, który na wieść o wybuchu II wojny światowej opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i wraca do okupowanej ojczyzny, W czasie jednej z akcji zostaje ranny i przygwożdżony ogniem hitlerowców, traci przytomność, by...ocknąć się w średniowiecznej Europie. No, lub w krainie mocno ją przypominającej.

Chyba nie ma większego sensu zastanawiać się nad mechanizmami, które uruchomiły silnik powieści. Ważniejsza jest przygoda, którą właśnie rozpoczyna bohater. Strumień wypadków jest naprawdę rwący, a rytm, w jakim pojawiają się kolejne atrakcje, przypomina jako żywo mechanikę gier przygodowych - postać pokonuje kolejnych wrogów (wiedźmę, upiory w zbrojach, trolla, wilkołaka, syrenę...), zdobywa niezbędne doświadczenie, otacza się przyjaciółmi, których umiejętności okażą się kluczowe w newralgicznych momentach. Wesoła kompania złożona z szlachetnego rycerza, ślicznej dziewczyny (zamieniającej się w łabędzia, taka tam umiejętność), krasnoluda-realisty i tajemniczego wojownika ze Wschodu to gromadka, jakiej nie powstydziłaby się żadna baśń lub gra fabularna.

Akcja pędzi na łeb, na szyję, jak koń popędzany ostrogami. Nie da się tu wyczuć głębszego intelektualnego zaplecza. No ale przecież nie o to chodzi, by czytelnik "Trzech serc..." zapadł w filozoficzną zadumę nad złożonością świata, chociaż sam bohater od czasu do czasu zaczyna się zastanawiać, czy zmagania pomiędzy Złem a Dobrem, w których chcąc nie chcąc uczestniczy, nie są przypadkiem odbiciem tego samego starcia mającego miejsce w mrocznych latach II wojny światowej. (Dobre pytanie, zapisać je sobie.)

Jasne, miłośnicy cynicznych i niejednoznacznych moralnie bohaterów Sapkowskiego czy innego Martina będą kręcić nosem, ale ja tam lubię proste rozwiązania w prostych książkach, lubię te opowieści o Dobru i Złu, o Porządku i Chaosie, chociaż gdy patrzę na blat mojego biurka i pulpit komputera, zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zaprzedałem się tej ostatniej sile...

poniedziałek, 27 marca 2017

Pozioma hierarchia, czyli "Najazd z przeszłości" Hogana

Pewnie nie jeden raz już zaczynałem w podobny sposób, ale zacznę jeszcze raz - gdybym miał kogoś przekonać do literatury science fiction, to "Najazd z przeszłości" byłby jedną z pierwszych książek, które użyłbym w roli solidnego argumentu. To zdumiewające, ale w jednej powieści Hogan zebrał niemal wszystko to, co najatrakcyjniejsze (w każdym tego słowa znaczeniu) w fantastyce naukowej. 

Znajdziemy kosmiczne podróże i Ziemię pognębioną wojnami i biedą. Znajdziemy nienarzucające się elementy militarnej fantastyki i pogłębioną socjologiczną refleksję. Znajdziemy przyzwoitych sympatycznych bohaterów i prawdziwe świnie, którymi gardzimy od pierwszych stron książki. Autor, jak przystało na znakomitego fachowca, całość uwiarygadnia obszernymi partiami opisującymi technikę przyszłości, ograniczenia i możliwości, jakie pojawią się wraz z oderwaniem się człowieka od Ziemi.



Historia zaczyna się tak: dawno dawno temu w przestrzeń kosmiczną wystrzelono statek z "zarodkami", które miały przyjść na świat i zostać wychowane przez roboty na planecie Chiron. Stało się tak, ponieważ rozszarpywana nieszczęściami Ziemia przestała oferować atrakcyjne warunki mieszkaniowe. Krótko mówiąc, trzeba znaleźć drugą Ziemię i przygotować ją do sprowadzenia większej ilości Ziemian. Gdy na planecie Chiron spokojnie dojrzewa "nowa" ludzkość, "starzy" ludzie wyruszają w mającą potrwać około czterdziestu lat podróż w kierunku oferującej niezliczone możliwości rozwoju drugiej Ziemi.

Cały wic polega jednak na tym, że Chirończycy wykształcili zupełnie różne od ziemskich formy istnienia społecznego i nie za bardzo chcą się dostosować do przybyszy, którzy roili sobie, że pojawią się na Chironie, zdominują mieszkańców i skutecznie wprowadzą tradycyjnie rozumiane formy sprawowania władzy.

Przekomicznie wypadła scena, w której ziemska delegacja, korpus dyplomatyczny, najważniejsi dygnitarze spotykają się, a może raczej chcą się spotkać ze swoimi chirońskimi odpowiednikami, a muszą przywitać się ze zwykłym technikiem, gdyż na Chironie nie istnieje coś takiego jak wertykalna struktura władzy. Nie ma szefa wszystkich szefów, nie ma zwierzchników. Ziemscy przywódcy, reprezentanci najgorszych ludzkich cech, znaleźli się nagle w całkowicie obcym środowisku, którym nie mogą rządzić, gdyż coś takiego, jak hierarchia na Chironie nie istnieje. Uczta dla intelektu, mówię Wam!

Sporo w tej powieści utopijnej satyry na największe bolączki naszych (i nie tylko naszych) czasów. Obrywa się przede wszystkim kapitalizmowi i militaryzmowi, które muszą uciec z podwiniętymi ogonami z rzeczywistości, w której nie istnieją pieniądze, a wszystkie agresywne odruchy traktowane są jako aberracje, które trzeba natychmiast wyeliminować.

Na dodatek Hogan w tej całej mądrej i społecznie "czujnej" powieści prezentuje nam galerię fantastycznie skrojonych postaci - kobiet i mężczyzn, Ziemian i Chirończyków, cywilów i żołnierzy. Robi to na tyle dobrze, że ja - uprzedzony do militarnej odmiany sf - polubiłem tych twardych i honorowych wojskowych, facetów z krwi i kości, którzy najszybciej chyba zaczynają rozumieć, jak patogenny jest System, który w ich asyście sprowadzono z Ziemi.

Nie będę zdradzał oczywiście wszystkich przyjemnych niespodzianek, jakie niesie ta doskonała powieść, a wszystko, co o niej napiszę, i tak będzie od niej głupsze.

Tak więc poszukajcie tej książki i wiecie, co z nią zrobić.

wtorek, 21 marca 2017

Co było, a nie jest, czyli nie żal mi małych księgarni

Wiem, że pewnie część z Was mnie znielubi po tym wpisie. Trudno. 

Zacznę z grubej rury. Nie lubię księgarń i nie kupuję książek w księgarniach. Ani w dużych, ani w małych, ani w sieciowych, ani w rodzinnych. Nie. I mam swoje powody, których nie obawiam się użyć jako argumentów.

Nawet w największych księgarniach rzadko kiedy znajdę coś, co mnie skłoni do zakupu i szczerze powiedziawszy nie pamiętam już, kiedy ostatnio z jakiejś księgarni wyszedłem ściskając egzemplarz wypatrzonego dzieła. I nie chodzi tutaj o to, że w sumie najbliższa jako taka księgarnia odległa jest o około 20 kilometrów. Nie. Ja po prostu nie widzę na tych wszystkich półkach czegokolwiek, co mogłoby mnie zaciekawić. Nie ma nic, czego bym pragnął. Nic, bez czego nie mógłbym się obyć. 

(Dodajmy, że miesięcznie spływa do mnie z 5-6 książek. Z rzadka nowości, częściej antykwaryczne znaleziska.)

W mojej mieścince istniała przez parę lat malutka księgarnia. Pawilonik szczelnie wypchany wszelkiego rodzaju książkami. Od biografii, przez akwarystykę po fantastykę dla młodzieży i książki kucharskie. Wchodziłem tam czasem, zamawiałem coś (oczywiście zamawiałem, bo księgarz nie miał na miejscu tego, co by mnie interesowało) i czekałem parę dni na przyjście towaru. Księgarnia jednak nie mogła utrzymywać się z nielicznych zamówień wiernych klientów. 

Gdy księgarnia przeżywała swoją agonię (wieczna przecena tego, czego nikt nie chciał czytać), przechodziłem obok, odwracając wzrok. Robiło mi się niewymownie smutno. Żal jakiś ściskał serce. A potem przyszło zrozumienie. Jaki sens mają tego typu miejsca, w których teoretycznie jest WSZYSTKO, a tak naprawdę nie ma NIC? Czym różni się taka księgarnia od innych punktów handlowych, w których znajdziemy "1001 drobiazgów"? Chyba niczym, Oprócz tego, że zamiast dupereli z Chin znajdziemy książkowe buble pomieszane z wartościowymi tekstami. No ale te wartościowe w większości albo już znamy, albo nas nie interesują... 

Księgozbiór uzupełniam myszkując w Internecie. Tanie księgarnie, antykwariaty, strony samych wydawnictw - to tam znajduję książki, których szukam. I tam wszystko znajduję.

Wszystkie te myśli zaczęły się kłębić, gdy w Sieci zawrzało na temat jednolitej cen książki. Książka ma mieć roczny okres ochronny przez pierwszy rok. Zwolennicy tego pomysłu zakładają, że dzięki temu zyskają małe księgarnie, które nie mogły do tej pory konkurować z molochami. Molochy miały zawsze niższe ceny i liczne promocje. 

A moim zdaniem tego typu pomysły wcale nie uratują archaicznej koncepcji księgarni. Ja (i myślę, że nie tylko ja) omijam księgarnie (małe i duże) nie dlatego, że ceny są takie, a nie inne. Omijam, bo księgarnie stacjonarne nie oferują mi niczego, czego nie mógłbym znaleźć w Sieci. Nie da się zawrócić kijem Wisły. 

Ja wiem, ja wiem... Małe księgarnie, miasteczka żydowskie, klimat, zapach, usłużny miły księgarz, kot śpiący na rzędach starych woluminów...Rozumiem, ale już nie czuję.

Powiem Wam tak - gdybym trafił szóstkę w Dużego Lotka i kupiłbym sobie księgarnię (o czym kiedyś marzyłem), to mój los byłby przykładem najromantyczniejszego bankructwa w historii cywilizacji...

poniedziałek, 20 marca 2017

Tanie wino, czyli "Nienasycony" Radeckiego

Tomek - Po co Ty w ogóle kupiłaś tę książkę? Przecież Ty nie czytasz horrorów.




Wanda X - I już teraz wiem, dlaczego… A tak naprawdę to horrory też czytam, ale nie pamiętam, bym tak nisko upadła czytelniczo od czasu… Nie, nigdy tak nisko jeszcze nie upadłam, a czytałam bardzo dużo chłamu, uwierz mi.

- Ja kupiłem z sentymentu. Wiesz, „Phantom Press”, lata 90, tanie horrory z koszmarnymi okładkami, niegramotny język, prosta erotyka, naturalistycznie ujęta przemoc, barokowe opisy Zła (demonów, duchów, potworów wszelkiej maści, wilkołaków, wampirów, przeklętych cmentarzy i nawiedzonych domów...). Fabuła ma być prosta, dziewczyny mają chodzić do łóżka na pierwszej randce, a silni i pomysłowi faceci mają zaprowadzać porządek w świecie skazanym na konfrontację z (najczęściej) nadnaturalnym zagrożeniem.
- Te książki były jak filmy video czytane przez Tomasza Knapika. Głupie, źle napisane, żerujące na najniższych instynktach.
- Hej! Ale one takie miały być przecież! Masz pretensje do hamburgera, że nie jest kawiorem?
- Ale ja w życiu jadłam dobre hamburgery. „Nienasycony” Radeckiego to zapiekanka odgrzana w mikrofalówce i polana starym sosem czosnkowym.


- Naprawdę aż tak źle to wyglądało? Ja miałem niezły ubaw. "Nienasycony" to typowy horror. Horror klasy B. I jest swojej B-klasowości niesamowicie świadomy (mam przynajmniej taką nadzieję). Radecki wziął swoją opowieść w tak ogromny cudzysłów, że nie mam podstaw wierzyć, by napisał tę książkę na serio. Dlaczego? Dlatego, że autor tyle razy puszcza oko do koneserów tego typu produkcji i odwołuje się nie tylko do powszechnych wyobrażeń na temat tanich horrorów, ale również stara się odtwarzać nastrój heroicznych czasów (słodkie lata 90) horroru pulpowego w Polsce.
- I nic mu z tego odtwarzania nie wychodzi. Gdybym nie znała tej dekady z autopsji, na pewno nie poznałabym jej dzięki "Nienasyconemu." Uproszczony do granic możliwości obraz nie buduje klimatu, nie tworzy atmosfery. To wycięte z tektury dekoracje. Niestety...
- No a bohaterowie? Ja tam lubię taki zbyt wyraźny rysunek. Trzech zwykłych chłopaków. Prowincjonalnych metalowców, satanistów-ateistów, amatorów tanich win, którzy całą wiedzę na temat zaświatów i sił nadprzyrodzonych czerpią z tanich horrorów właśnie oraz z tekstów black metalowych kawałków. Chodzą w skórzanych kurtkach, mają długie włosy i plują pod nogi przechodniom... Wypisz wymaluj typowi czytelnicy dzieł Guya N. Smitha lub Mastertona. Są mocno przegięci, przerysowani.


- Ok., ale co z tego, skoro postacie są absolutnie niewiarygodne. Wywołałbyś krzyżackiego demona, by ten zemścił się na dziewczynie, która Cię zostawiła dla innego?
- Ja tam wyznaję hasło: „Gdy ci smutno, gdy ci źle, idź do kuchni, nażryj się.” To jest mój sposób rozwiązywania problemów.
- No widzisz. Myślę, że powinniśmy nieco rozjaśnić mrok tej skomplikowanej opowieści. Rzecz ma się tak: mamy tych trzech mało rozsądnych kumpli, którzy w ramach zemsty za złamane serce jednego z nich, decydują się sprowadzić do naszej rzeczywistości demona. Tytułowy demon nie tylko morduje byłą narzeczoną jednego z bohaterów, ale cała wioska pada ofiarą wygłodniałego potwora... To jednak nie wszystko - chłopaki uciekają przed demonem do Torunia, gdzie ich losy rozdzielają, ale żaden z domorosłych satanistów nie może uwolnić się od mrocznej przeszłości... Po latach demon upomina się o kolejne ofiary.
- Właśnie, demon… Autor robi, co może, by plastycznie odmalować Nienasyconego, który przypomina chmurę-wir wysysającą z ludzi życie i rozdzierających swoje ofiary na strzępy. Nie wiem, czy Radecki kierował się zasadą, że "mniej znaczy więcej", ale w przypadku tego typu horroru trzeba przynajmniej pokazać jeśli nie samego potwora, to chociaż efekty jego działań lub strach ofiar. Jednego i drugiego zabrakło. To jest faktycznie słaba strona tej książki. A pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z alkoholem?
- Nie. I chyba niekoniecznie dobrze to o mnie świadczy. Dlaczego pytasz?
- Bo lektura "Nienasyconego" przypomina picie taniego wina, które posłużyło z 20 lat temu naszej inicjacji alkoholowej. Smak niby ten sam, i siarczany takie jak kiedyś, ale ekscytacji nie czujemy, gdyż i świat się zmienił, i my się zmieniliśmy. Ja tam dałem Radeckiemu spory kredyt zaufania i całej serii "nowych polskich pulpowych horrorów" też.
- A ja nie. Tak bezczelnego żerowania na nostalgii za pulpą dawno nie spotkałam, więc proszę Cię o jedno – nie umawiajmy się więcej na żaden horror.
- Idźmy na kompromis. Nigdy więcej polskich horrorów. Ok.?
- Ok. 
- Już się boję zapytać, co Ty zaproponujesz do przeczytania...
- Spokojnie, może nie będzie Cię aż tak bolało, jak mnie bolał ten "Nienasycony." Lubisz ambitną polską prozę?
- Nie.
- No to przeczytasz "Upał" Michała Olszewskiego.

poniedziałek, 6 marca 2017

Literatura jak fake news, czyli casus Remigiusza M.

Od kilku dni książkowe internety żyją sprawą niejakiego Remigiusza M., który podszywając się pod skandynawskiego pisarza o swojsko (dla Skandynawów) brzmiącym nazwisku  Ove Løgmansbø wydał trylogię powieści kryminalnych dziejących się na Wyspach Owczych. 

Remigiusz M. (ustami wydawnictwa) w następujący sposób tłumaczy swoje zachowanie: 

Pisanie pod pseudonimem ma w literaturze długą historię, a autorzy decydują się ukryć swoją tożsamość z różnych względów. Można tu przywołać chociażby J.K. Rowling i jej powieści napisane pod pseudonimem Robert Galbraith, które ukazują się w naszym wydawnictwie. Autorka chciała sprawdzić swoje pisarskie umiejętności, nie będąc ocenianą przez pryzmat znanego nazwiska. Na podobny pomysł wpadł Remigiusz Mróz – chciał sprawdzić się w roli autora skandynawskich kryminałów. Wydaliśmy dwie książki napisane pod pseudonimem Ove Løgmasnbø, które spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem, wkrótce ukaże się „Prom”, czyli trzecia część cyklu. Okazuje się jednak, że utrzymywanie tajemnicy przez tak długi czas, nie jest łatwe, zwłaszcza przy zainteresowaniu mediów. Nie było łatwo cały czas tłumaczyć, dlaczego Ove nie może osobiście udzielić wywiadu.

Cóż więc tutaj mamy? Same słodycze. Coś, nad czym nie można przejść obojętnie. 

1) Tragiczny nieporozumieniem jest porównywanie występku Remigiusza M. do działania pani Rowling lub innych pisarzy, którzy rezygnując ze swojego najbardziej rozpoznawalnego oblicza, zaczynają "od zera" w zupełnie innej stylistyce, innym gatunku, innym rodzaju nawet.

Maciej Słomczyński napisał pod pseudonimem Joe Alex kilka kryminałów - absolutnie klasycznie zbudowanych, matematycznych niemal, wzorcowo realizujących formułę "zamkniętego pokoju." Pisał kryminały pod przyciągającym wzrok pseudonimem, bowiem w czasach PRL-u "zachodnio" brzmiące nazwisko miało wabić, elektryzować. Sam Słomczyński zaś nie przestawał oddawać się swojej największej pasji - tłumaczeniu. Joyce'a i Szekspira. Widać różnicę? 

Remigiusz M., kierowany zapewne pierwszym z siedmiu grzechów głównych (dla leniwych - pychą), chciał się po prostu sprawdzić na tym polu, na którym czuje się najlepiej. Nie zrzucił skóry autora powieści kryminalno-sensacyjnych. Niczym nie zaryzykował. Nie musiał. Nie ma obowiązku ryzyka w literaturze, ale niesmak, wywołany podobnymi intencjami, pozostaje na długo. 

Równie dobrze można pomalować sobie twarz na czarno i spróbować swoich sił w gangsta rapie. I gdy nam wydadzą jako taką płytę, którą kupią ziomki z polskich blokowisk, zmyć makijaż i powiedzieć: "A ku ku! To ja!"  

2) Magiczna literka  ø Znak rozpoznawczy skandynawskich autorów. Egzotyka, tajemnica i dreszcz. Polscy czytelnicy zostali uwiedzeni skandynawskimi kryminałami, skandynawską prozą w ogóle. Sąsiedzi zza Bałtyku skusili nas posępną atmosferą, zgrabnie ujętym tłem obyczajowym, pewnym eleganckim spleenem. Kiedyś też to lubiłem, ale przestałem, gdy dotarło do mnie, że szwedzki kryminał jest zbudowany na kłamstwie, które pomija prawdziwe, a nie wyimaginowane problemy Skandynawii. A kryminałom "społecznym" nie wolno zamykać na pewne sprawy oczu...

A więc literka sponsorująca ten post miała zahipnotyzować czytelników i zmusić ich do zakupu. No bo czyż nie o to w tym całym sporcie chodzi? Ma się sprzedać, a więc obstawiamy szybkiego zawodnika, nie czarnego konia, który niekoniecznie musi czytelnikom odpowiadać. 

(Remigiusz M. musiałby wtedy swój kryminał umieścić na Kurylach, na Wyspach Zielonego Przylądka lub na jakiejkolwiek innej smutnej jak pizda wyspie, no ale wtedy naszym czytelnikom nie otworzyłaby się klapka z napisem "SKANDYNAWSKI KRYMINAŁ" i wydawcy nie zwróciłyby się koszty...) 

Wydawca był do tego stopnia sprytny (no dobra, wyrachowany), że szata graficzna książek pisarza z literką ø w nazwisku ewidentnie nawiązuje do okładek prawdziwych, a nie farbowanych skandynawskich kryminałów. Czytelnik siłą rozpędu rzuca się na powieść wystylizowaną w 100%, od nazwiska przez blubry po fabułę i grafikę, powieść, łykając z całym dobrodziejstwem inwentarza ten produkt. Zasłony fikcji były bardzo grube i nie wierzę, że odkrycie prawdziwej tożsamości autora było wymuszone przez niemożliwość utrzymywania tej mistyfikacji w tajemnicy. 

Po prostu Wydawca i Remigiusz M. doszli zapewne do wniosku, że odpalą bombę (w wiadomym celu, $$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$) i angażując w to wszystko telewizję, wyspowiadali się publicznie z zabawy, jaką zafundowali czytelnikom. Wszyscy mieli klaskać i wiwatować, ale najwidoczniej nie wszyscy lubią być oszukiwani...

3) Któryś z klasyków literatury sensacyjne (wiecie, jakiś Follett czy Ludlum) powiedział, że jeżeli chce się napisać powieść dziejącą się na platformie wiertniczej, powinno się przynajmniej przez miesiąc popracować na platformie wiertniczej. Proste? Nie dla wszystkich najwidoczniej. 

Remigiusz M. przyznaje się bez większego poczucia zażenowania, że wszelkie potrzebne informacje dotyczące Wysp Owczych (a tam umieścił swoje farbowane kryminały) zebrał z Internetu:

Przygotowywałem się do pisania czytając po polsku i angielsku wszystko, co było dostępne. Oglądając zdjęcia zamieszczane w internecie przez Farerów, kręcone przez nich filmiki, prowadzone blogi etc. Słuchając rozgłośni bez pojęcia o tym, co mówią prezenterzy. Analizując mapy, historię i zależności z Danią, które na początku wydawały się enigmą. Słuchając farerskiej muzyki podczas biegania, oglądając ichniejsze programy telewizyjne, przeglądając codzienne newsy i zbierając wszystkie wrażenia tych, którzy pewien wulkaniczny archipelag na Morzu Norweskim odwiedzili…

Jeżeli jeszcze nie widzicie komizmu sytuacji, to radzę poczytać recenzje zachwyconych czytelników, którzy docenili walory Wysp Owczych, ich "tajemniczą atmosferę, egzotykę, klimat, malowniczość." Zacytowałby co lepsze kawałki, ale nie będę robił wstydu ludziom, których Remigiusz M. oszukał.  Jeśli mają oni odrobinę samoświadomości, powinni swoje recenzje czym prędzej usunąć. Wszak liczyli oni na kawałek "autentycznej" prozy, a dostali tylko wyrób czekoladopodobny, efekt internetowych wojaży, owoc płaszczenia tyłka przed monitorem. 

4) Remigiuszowi M. udało się jednak zrobić jedną wartościową rzecz, nieświadomie ale jednak. Odsłonił przed czytelnikami nie tylko mechanizmy wabienia czytelników, którzy tylko klientami są i nigdy nie byli czymkolwiek innym. Ale również polscy czytelnicy powieści głównonurtowych mogli przejrzeć się w krzywym zwierciadle całej afery, by ujrzeć własne głupie miny.

Mój kolega miał takie powiedzenie - "Zrobić kogoś jak chłopa w sądzie." Tak, polscy czytelnicy zostali tak właśnie potraktowani. I od nich teraz zależy, co z tym zrobią. Mogą odwrócić się od nieciekawych praktyk wydawniczo-autorskich lub dalej udawać, że czytają "skandynawskie powieści kryminalne z bogatym obyczajowym tłem."

PS

Dużo powietrza zostawiłem w tym poście. Jest co dopowiadać lub komentować. Zapraszam, ale się nie narzucam.