piątek, 28 kwietnia 2017

Jak się bać, to tylko w "Slade House" Mitchella

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bałem się, czytając książkę. O ile oglądanie horrorów przypłacam niemal zawsze stanem przedzawałowym i często odwracam wzrok od ekranu, o tyle obcowanie z literaturą grozy nie grozi mi podobnymi atrakcjami. Słowa nie „wyświetlają” obrazów w głowie, samo czytanie zaś jest czynnością intelektualną, nie emocjonalną. Nie umiem czytać naiwnie, beztrosko taplać się w płytszych lub głębszych kałużach tekstów. Chcąc nie chcąc, analizuję, szukam motywów, umiejscawiam dane dzieło w konkretnych kontekstach, oceniam konstrukcję postaci, sonduję złożoność świata przedstawionego. Nie umiem inaczej i wiem, że na pewno coś z tej racji tracę.

A więc ostatni raz przestraszyłem się w szkole podstawowej, gdy na fali fascynacji pulpowymi horrorami zaczytywałem się między innymi Jamesem Herbertem i Grahamem Mastertonem, którzy potrafili wylać mi na głowę lodowate wiadro strachu. Po latach zacząłem odbierać horror jako mocno skonwencjonalizowany i przewidywalny gatunek, którego ani wyrobnicy (Guy N. Smith), ani uznani mistrzowie (Stephen King), ani klasycy (Lovecraft) nie są w stanie zaaplikować mi solidnej dawki pożądanego przecież strachu. Niespodziewanie ta sztuka udała się Davidowi Mitchellowi, wielokrotnie nagradzanemu brytyjskiemu pisarzowi. Jego „Atlas chmur” lub „Czasomierze” z powodzeniem rozsadzały ramy fantastyki, z którą Mitchell jest najczęściej kojarzony.


Slade House, jego najnowsza powieść, nie zadowoli miłośników tzw. cegieł, opasłych tomiszczy, które na przestrzeni setek stron powoli rozwijają przed czytelnikiem świat przedstawiony zaludniony przez dziesiątki postaci i tętniący od epizodów. Slade House ma mniej niż 200 stron i doprawdy trudno oddać tej znakomitej książce całą sprawiedliwość bez ryzykowania, że zdradzi się w recenzji coś, czego by sobie nie życzył przyszły czytelnik.

Tytułowy budynek to osobliwe miejsce gdzieś w angielskiej metropolii, które jak magnes przyciąga osoby o określonej konstrukcji psychicznej – słabych, skrzywdzonych, zakompleksionych „ludzi o pięknych duszach”, którym świat nie pozwolił rozkwitnąć, nie docenił ich. Ci, którzy miną typowy angielski pub „The Fox and Hounds”, znajdą się w wąskim ceglanym zaułku i przejdą przez niewielkie czarne drzwiczki, trafią do ogrodu otaczającego piękny, majestatyczny wiktoriański dom, którego nie ma prawa tam być…

Powieść składa się z pięciu rozdziałów – poznajemy w nich pięć ofiar tytułowego domu i jego mieszkańców, którzy regularnie co 9 lat pojawiali się w pobliżu „The Fox and Hounds”, by zwabić kolejnych nieszczęśników. Książka rozpoczyna się w roku 1979, a kończy w 2015. Mitchell doskonale oddaje atmosferę poszczególnych dekad – częstuje czytelników albo subtelnymi sygnałami, rozrzucając rekwizyty oddające koloryt czasów, albo jak w rozdziale opisującym lata 90. zanurza odbiorców w muzycznym zgiełku, w którym pulsują britpopowe i triphopowe hymny.

Bohaterowie poszczególnych części to ludzie z krwi i kości, dzieci swoich dekad, są wielowymiarowi i wiarygodni, a fakt, że narracja każdorazowo jest pierwszoosobowa sprawia, że każda z postaci mówi i myśli swoim własnym rozpoznawalnym językiem.

Nie wiem, czy Mitchell chciał napisać typowy horror, chociaż do pewnego momentu książka wzorcowo kontynuuje tradycję wiktoriańskich powieści grozy, których autorzy wyjątkowo często umieszczali mrożącą krew w żyłach akcję w potężnych domostwach, w rezydencjach na korytarzach których równie często można było spotkać usłużnego lokaja, co złośliwego ducha. Problem z tego typu opowieściami za każdym razem jest identyczny – źródłem grozy (a tak naprawdę zjawisk nadprzyrodzonych) jest owa niewidzialna strona rzeczywistości, która nacieka na nasz świat i daje się rozpoznać tylko przy pomocy takich narzędzi jak intuicja lub postrzeganie ponadzmysłowe. Jednak wielbiciele fantastyki rzadko kupują tego typu rozwiązania. Oni chcą czegoś innego, jakiegoś (powiedzmy) logicznego, pomysłu tłumaczącego nie tylko obecność zjawisk nadnaturalnych, ale również motywacje ich działania.

Mitchell zaspokaja tę potrzebę i w wirtuozerski sposób tłumaczy zjawiska mające miejsce w Slade House. Angażuje do tego okultystyczne narzędzia i tworzy imponującą literacką wizję, gdyż rozgałęzia się ona w kierunku budowania całej kosmologii, o której istnieniu mogą mieć szczątkowe pojęcie tylko wtajemniczeni i praktykujący adepci nauk tajemnych. Delikatny zapach prozy Lovecrafta unosi się znad powieści Mitchella, a podobna mroczna i nieludzka atmosfera gęstnieje ze strony na stronę.

Część czytelników kręciła nosami, żałując, że Slade House nie jest dłuższą książką. Ja jednak bronię w sumie odważnej decyzji autora – w czasach, gdy standardem stają się olbrzymich rozmiarów tomy, Mitchell proponuje nam skoncentrowaną i precyzyjną do granic możliwości (prozy) powieść. Każdy z rozdziałów wprowadza odmienną narrację, a usytuowanie miejsca akcji dokładnie w tej samej okolicy pozwala na śledzenie zmian, jakie zachodzą pod wpływem płynącego czasu. Na dodatek pisarz zgrabnie przemyca detale, które powtarzają się w kolejnych odsłonach powieści.

Matematyczna struktura tej książki jest doprawdy imponująca. Jako miłośnik muzyki zaryzykuję porównanie Slade House do utworu jazzowego. Znajdziemy tutaj temat (fatalna w skutkach wizyta w tytułowej nieruchomości), znajdziemy kolejne wariacje na temat usłyszanego na początku motywu, które to różnią się od siebie temperaturą emocjonalną i konkretnymi rozwiązaniami fabularnymi oraz nie powielają już raz zaproponowanego rozwiązania. Całość kończy się zaskakującą kodą, do której Mitchell powoli nas przygotowywał.

W tym momencie muszę powrócić do strachu, o którym wspominałem na początku tej recenzji. Przyjmuje się mówić, że boimy się tego, czego nie znamy. W Slade House dzieje się inaczej – wiedząc, co spotkało bohaterów w pierwszym rozdziale, i spodziewając się tego, co może czekać kolejne ofiary domu, drżałem, obserwując ich bezradność w konfrontacji z przerażającym budynkiem.

Sięgnijcie więc po tę niewielkich rozmiarów książkę. Jeżeli nawet przeczytacie ją (waszym zdaniem) za szybko, zawsze możecie za jakiś czas do niej wrócić. Tak gęstą i wyrafinowaną prozą można cieszyć się po wielokroć.

Recenzja ukazała się najpierw na łamach Fantasta.pl 

piątek, 14 kwietnia 2017

Są gogle, jest steampunk, czyli "Zatopić >>Niezatapialną<<" Hrycyszyn

Jako konwencja literacka steampunk jest apetyczny, ładny, estetyczny. Umownie rozumiana belle époque, fin de siècle’owa dekoracja, w której autorzy osadzają opowieści, same w sobie mogą być pociągające, a dla pisarza dość proste w obsłudze. Wystarczy wszak odwołać się do rozpoznawalnych rekwizytów epoki (powozy, falbaniaste suknie, cylindry, laseczki, monokle), zainstalować w tworzonej rzeczywistości technologię (opartą rzecz jasna na wszelkich możliwych modyfikacjach maszyny parowej), dodać szczyptę magii, która elementem obowiązkowym nie jest, ale wygląda dobrze, jak paląca się fajka w dłoni gestykulującego wykładowcy… I gotowe! Wszelkie zaś nieścisłości związane z odtwarzaniem realiów XIX wieku autor tłumaczyć może świętym prawem fantastyki do dowolnego rozmieszczania rekwizytów, naginania faktów, swoistą licentia poetica.
Można się zżymać, że steampunk jako owoc tęsknoty za wiktoriańską rzeczywistością, staromodną akuratnością, szybko stał się tylko ładnie skrojonym kostiumem przywdziewanym na okoliczność opowiedzenia mniej lub bardziej oryginalnej historii. A jednak jako konwencja często broni się sam – tło obyczajowe, scenografia, rekwizyty, technologia opisane są do tego stopnia sugestywnie i fascynująco, że daną powieść da się odbierać jako swoisty przewodnik po alternatywnym świecie.
Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że sukces steampunkowej prozy zależy od jej „gęstości”, od nasycenia tekstu detalami budującymi atmosferę. Sama intryga zaś może mieć znaczenie drugorzędne, gdy czytelnik zanurzy się wystarczająco głęboko w wykreowanej rzeczywistości, da mu się świat o poziomie złożoności zbliżonym do poziomu dziewiętnastowiecznych powieści realistycznych.
Ten obszerny wstęp wydał mi się niezbędnym, by móc opowiedzieć o powieści Zatopić „Niezatapialną” Anny Hrycyszyn i udowodnić, że książka charakteryzowana jako „przygodowy steampunk w pełnej krasie” tylko po części spełnia pokładane w niej nadzieje.

Obrazek malutki, bo okładka brzydka.

Tytułowa „Niezatapialna” to piracki parowiec, którego (niemal) całkowicie żeńską załogą dowodzi niejaka Jollienesse Rożnowski, renegatka , córka onegdaj skazanego przez rządzących buntownika-społecznika. Piracka jednostka zdążyła obrosnąć w legendę, napadając na kupieckie statki wożące towary w Krainie Tysiąca Jezior i Rzek i wymykając się z wszystkich pułapek, jakie strażnicy prawa nieudolnie na „Niezatapialną” zastawiali.
Brzmi, powiedzmy, zachęcająco, chociaż opowieści o sympatycznych banitach, o których prosty lud śpiewa ballady, jest na pęczki i rzadko zdarza się odkryć jakąś niezbadaną dotąd ścieżkę, którą mogła pójść wyobraźnia autora. Częściej obcujemy z doskonale rozpoznawalnym schematem, z mutacją historii o Robin Hoodzie czy innym Janosiku grającym władzy na nosie.
Świat książki Hrycyszyn jest niestety płaski i pomimo niemal 400 stron objętości, nie oferuje odbiorcom rozbudowanej rzeczywistości. Czytając dobrze napisaną powieść, możemy mieć wrażenie, że życie opisane na jej kartach toczy się nawet wtedy, gdy o nim nie czytamy. Bogactwo szczegółów, detale świata przedstawionego, bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni, motywacje pchające do działania jednostki i grupy społeczne, myśli i przelotne wrażenia budujące wnętrza postaci – to wszystko pozwala powieści ukorzenić się w świadomości czytającego. Natomiast Zatopić „Niezatapialną” nie oferuje niczego poza kilkoma podstawowymi informacjami mającymi zarysować dość ubogą scenografię, na którą składa się kilka nazw własnych krain, miast i rzek. Czytelnik niewiele wie o świecie, w którym dzielna piratka stawia czoła ścigającym ją żołnierzom – jest jakaś rzeka, jakaś jej delta, jakieś portowe miasta, jakieś potężne państwo połączone z innym państwem jakąś unią. Są uwarunkowania społeczne, które uprawdopodobniają wybory życiowe bohaterów, ale mają one charakter pretekstowy. Nie da się w nie uwierzyć lub uznać za na tyle istotne, by w ich imieniu albo łamać prawo, albo rzucać się w objęcia nieznajomych mężczyzn, albo zdradzać armię.
Same postacie również nie pozwalają łatwo w siebie uwierzyć. Trudno domyślić się ich motywacji, a nawet sama główna bohaterka, której poświęcono najwięcej miejsca, nie wydaje się wiarygodna. Walczy, romansuje, knuje, unosi się gniewem lub pokornieje pod dyktando doraźnych rozwiązań fabularnych. Miłość, którą zapałał do Jollienesse Rożnowski ścigający ją kapitan Feliks Ucelli, jest zbyt prostym chwytem i zdecydowanie zbyt łatwo autorka posługuje się tym motywem, by pchnąć akcję do przodu.
Powieść Hrycyszyn może budzić zrozumiały odruch niedowierzania. Uśmiech wywołują szczere zapewnienia autorki (wygłaszane ustami różnych bohaterów książki), która upiera się, że załoga złożona z samych niewiast może siać największy postrach na wodach, na których pływają również inne, daleko bardziej okrutne pirackie załogi.
W kontekście powyższych zarzutów sama fabuła jest najmocniejszą stroną powieści. Amatorzy przygodowych, awanturniczych historii znajdą tutaj i pościgi, i strzelaniny, i pojedynki. Mężczyźni są honorowi i szybko sięgają w dyskusjach po argument siły, kobiety są piękne i zabójczo niebezpieczne. Zwłaszcza gdy mają do dyspozycji parowiec uzbrojony w działa zdolne zatopić ścigające je jednostki. To się może spodobać. Komuś.
Zatopić „Niezatapialną” nie jest powieścią dobrą, ale może się obronić w kontakcie z mniej wyrobionym odbiorcą, który dopiero nabiera ogłady czytelniczej. Radzę więc pomyśleć o tej książce jak o pierwszym stopniu wtajemniczenia, tylko wtedy może ona objawić swoje atuty.

Recenzja najpierw ukazała się na łamach Fantasta.pl 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dziadek fantasy, czyli "Trzy serca i trzy lwy" Andersona

Nie powiem, żebym pałał jakąś szczególną miłością do literatury fantasy i po wielokroć dawałem wyraz mojemu chłodnemu stosunkowi do tego gatunku. Moim skromnym zdaniem im bardziej dzieło fantasy jest "przegięte", kampowe, drwiące sobie ze świętości gatunku, tyle lepsze - dla czytelników i dla samego siebie. "Prawdziwe" fantasy, w odróżnieniu od science fiction, nudzi mnie śmiertelnie. Szkoda moich pięknych oczu...



Zdziwiłem się więc niemożliwie, gdy chwyciwszy klasyczną, wydaną w 1961 roku powieść fantasy "Trzy serca i trzy lwy" Poula Andersona, zacząłem odczuwać swego rodzaju czytelniczą satysfakcję. A zacząłem tę książkę czytać, gdyż:

a) była szczupła (wolę szczupłe książki, z kobietami mam odwrotnie),
b) Anderson napisał rewelacyjną przewrotną "Podniebną krucjatę",
c) "Trzy serca i trzy lwy" nawiązują do jednej z moich ulubionych powieści, do "Jankesa na dworze króla Artura" Marka Twaina.

Powyższą kolejność należy traktować jako nieprzypadkową.

Powieść na konstrukcję klamrową - otwiera i zamyka ją (powiedzmy) współczesność. Bohaterem jest sympatyczny młody Duńczyk, dusza-człowiek, łagodny olbrzym, który na wieść o wybuchu II wojny światowej opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i wraca do okupowanej ojczyzny, W czasie jednej z akcji zostaje ranny i przygwożdżony ogniem hitlerowców, traci przytomność, by...ocknąć się w średniowiecznej Europie. No, lub w krainie mocno ją przypominającej.

Chyba nie ma większego sensu zastanawiać się nad mechanizmami, które uruchomiły silnik powieści. Ważniejsza jest przygoda, którą właśnie rozpoczyna bohater. Strumień wypadków jest naprawdę rwący, a rytm, w jakim pojawiają się kolejne atrakcje, przypomina jako żywo mechanikę gier przygodowych - postać pokonuje kolejnych wrogów (wiedźmę, upiory w zbrojach, trolla, wilkołaka, syrenę...), zdobywa niezbędne doświadczenie, otacza się przyjaciółmi, których umiejętności okażą się kluczowe w newralgicznych momentach. Wesoła kompania złożona z szlachetnego rycerza, ślicznej dziewczyny (zamieniającej się w łabędzia, taka tam umiejętność), krasnoluda-realisty i tajemniczego wojownika ze Wschodu to gromadka, jakiej nie powstydziłaby się żadna baśń lub gra fabularna.

Akcja pędzi na łeb, na szyję, jak koń popędzany ostrogami. Nie da się tu wyczuć głębszego intelektualnego zaplecza. No ale przecież nie o to chodzi, by czytelnik "Trzech serc..." zapadł w filozoficzną zadumę nad złożonością świata, chociaż sam bohater od czasu do czasu zaczyna się zastanawiać, czy zmagania pomiędzy Złem a Dobrem, w których chcąc nie chcąc uczestniczy, nie są przypadkiem odbiciem tego samego starcia mającego miejsce w mrocznych latach II wojny światowej. (Dobre pytanie, zapisać je sobie.)

Jasne, miłośnicy cynicznych i niejednoznacznych moralnie bohaterów Sapkowskiego czy innego Martina będą kręcić nosem, ale ja tam lubię proste rozwiązania w prostych książkach, lubię te opowieści o Dobru i Złu, o Porządku i Chaosie, chociaż gdy patrzę na blat mojego biurka i pulpit komputera, zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zaprzedałem się tej ostatniej sile...

poniedziałek, 27 marca 2017

Pozioma hierarchia, czyli "Najazd z przeszłości" Hogana

Pewnie nie jeden raz już zaczynałem w podobny sposób, ale zacznę jeszcze raz - gdybym miał kogoś przekonać do literatury science fiction, to "Najazd z przeszłości" byłby jedną z pierwszych książek, które użyłbym w roli solidnego argumentu. To zdumiewające, ale w jednej powieści Hogan zebrał niemal wszystko to, co najatrakcyjniejsze (w każdym tego słowa znaczeniu) w fantastyce naukowej. 

Znajdziemy kosmiczne podróże i Ziemię pognębioną wojnami i biedą. Znajdziemy nienarzucające się elementy militarnej fantastyki i pogłębioną socjologiczną refleksję. Znajdziemy przyzwoitych sympatycznych bohaterów i prawdziwe świnie, którymi gardzimy od pierwszych stron książki. Autor, jak przystało na znakomitego fachowca, całość uwiarygadnia obszernymi partiami opisującymi technikę przyszłości, ograniczenia i możliwości, jakie pojawią się wraz z oderwaniem się człowieka od Ziemi.



Historia zaczyna się tak: dawno dawno temu w przestrzeń kosmiczną wystrzelono statek z "zarodkami", które miały przyjść na świat i zostać wychowane przez roboty na planecie Chiron. Stało się tak, ponieważ rozszarpywana nieszczęściami Ziemia przestała oferować atrakcyjne warunki mieszkaniowe. Krótko mówiąc, trzeba znaleźć drugą Ziemię i przygotować ją do sprowadzenia większej ilości Ziemian. Gdy na planecie Chiron spokojnie dojrzewa "nowa" ludzkość, "starzy" ludzie wyruszają w mającą potrwać około czterdziestu lat podróż w kierunku oferującej niezliczone możliwości rozwoju drugiej Ziemi.

Cały wic polega jednak na tym, że Chirończycy wykształcili zupełnie różne od ziemskich formy istnienia społecznego i nie za bardzo chcą się dostosować do przybyszy, którzy roili sobie, że pojawią się na Chironie, zdominują mieszkańców i skutecznie wprowadzą tradycyjnie rozumiane formy sprawowania władzy.

Przekomicznie wypadła scena, w której ziemska delegacja, korpus dyplomatyczny, najważniejsi dygnitarze spotykają się, a może raczej chcą się spotkać ze swoimi chirońskimi odpowiednikami, a muszą przywitać się ze zwykłym technikiem, gdyż na Chironie nie istnieje coś takiego jak wertykalna struktura władzy. Nie ma szefa wszystkich szefów, nie ma zwierzchników. Ziemscy przywódcy, reprezentanci najgorszych ludzkich cech, znaleźli się nagle w całkowicie obcym środowisku, którym nie mogą rządzić, gdyż coś takiego, jak hierarchia na Chironie nie istnieje. Uczta dla intelektu, mówię Wam!

Sporo w tej powieści utopijnej satyry na największe bolączki naszych (i nie tylko naszych) czasów. Obrywa się przede wszystkim kapitalizmowi i militaryzmowi, które muszą uciec z podwiniętymi ogonami z rzeczywistości, w której nie istnieją pieniądze, a wszystkie agresywne odruchy traktowane są jako aberracje, które trzeba natychmiast wyeliminować.

Na dodatek Hogan w tej całej mądrej i społecznie "czujnej" powieści prezentuje nam galerię fantastycznie skrojonych postaci - kobiet i mężczyzn, Ziemian i Chirończyków, cywilów i żołnierzy. Robi to na tyle dobrze, że ja - uprzedzony do militarnej odmiany sf - polubiłem tych twardych i honorowych wojskowych, facetów z krwi i kości, którzy najszybciej chyba zaczynają rozumieć, jak patogenny jest System, który w ich asyście sprowadzono z Ziemi.

Nie będę zdradzał oczywiście wszystkich przyjemnych niespodzianek, jakie niesie ta doskonała powieść, a wszystko, co o niej napiszę, i tak będzie od niej głupsze.

Tak więc poszukajcie tej książki i wiecie, co z nią zrobić.

wtorek, 21 marca 2017

Co było, a nie jest, czyli nie żal mi małych księgarni

Wiem, że pewnie część z Was mnie znielubi po tym wpisie. Trudno. 

Zacznę z grubej rury. Nie lubię księgarń i nie kupuję książek w księgarniach. Ani w dużych, ani w małych, ani w sieciowych, ani w rodzinnych. Nie. I mam swoje powody, których nie obawiam się użyć jako argumentów.

Nawet w największych księgarniach rzadko kiedy znajdę coś, co mnie skłoni do zakupu i szczerze powiedziawszy nie pamiętam już, kiedy ostatnio z jakiejś księgarni wyszedłem ściskając egzemplarz wypatrzonego dzieła. I nie chodzi tutaj o to, że w sumie najbliższa jako taka księgarnia odległa jest o około 20 kilometrów. Nie. Ja po prostu nie widzę na tych wszystkich półkach czegokolwiek, co mogłoby mnie zaciekawić. Nie ma nic, czego bym pragnął. Nic, bez czego nie mógłbym się obyć. 

(Dodajmy, że miesięcznie spływa do mnie z 5-6 książek. Z rzadka nowości, częściej antykwaryczne znaleziska.)

W mojej mieścince istniała przez parę lat malutka księgarnia. Pawilonik szczelnie wypchany wszelkiego rodzaju książkami. Od biografii, przez akwarystykę po fantastykę dla młodzieży i książki kucharskie. Wchodziłem tam czasem, zamawiałem coś (oczywiście zamawiałem, bo księgarz nie miał na miejscu tego, co by mnie interesowało) i czekałem parę dni na przyjście towaru. Księgarnia jednak nie mogła utrzymywać się z nielicznych zamówień wiernych klientów. 

Gdy księgarnia przeżywała swoją agonię (wieczna przecena tego, czego nikt nie chciał czytać), przechodziłem obok, odwracając wzrok. Robiło mi się niewymownie smutno. Żal jakiś ściskał serce. A potem przyszło zrozumienie. Jaki sens mają tego typu miejsca, w których teoretycznie jest WSZYSTKO, a tak naprawdę nie ma NIC? Czym różni się taka księgarnia od innych punktów handlowych, w których znajdziemy "1001 drobiazgów"? Chyba niczym, Oprócz tego, że zamiast dupereli z Chin znajdziemy książkowe buble pomieszane z wartościowymi tekstami. No ale te wartościowe w większości albo już znamy, albo nas nie interesują... 

Księgozbiór uzupełniam myszkując w Internecie. Tanie księgarnie, antykwariaty, strony samych wydawnictw - to tam znajduję książki, których szukam. I tam wszystko znajduję.

Wszystkie te myśli zaczęły się kłębić, gdy w Sieci zawrzało na temat jednolitej cen książki. Książka ma mieć roczny okres ochronny przez pierwszy rok. Zwolennicy tego pomysłu zakładają, że dzięki temu zyskają małe księgarnie, które nie mogły do tej pory konkurować z molochami. Molochy miały zawsze niższe ceny i liczne promocje. 

A moim zdaniem tego typu pomysły wcale nie uratują archaicznej koncepcji księgarni. Ja (i myślę, że nie tylko ja) omijam księgarnie (małe i duże) nie dlatego, że ceny są takie, a nie inne. Omijam, bo księgarnie stacjonarne nie oferują mi niczego, czego nie mógłbym znaleźć w Sieci. Nie da się zawrócić kijem Wisły. 

Ja wiem, ja wiem... Małe księgarnie, miasteczka żydowskie, klimat, zapach, usłużny miły księgarz, kot śpiący na rzędach starych woluminów...Rozumiem, ale już nie czuję.

Powiem Wam tak - gdybym trafił szóstkę w Dużego Lotka i kupiłbym sobie księgarnię (o czym kiedyś marzyłem), to mój los byłby przykładem najromantyczniejszego bankructwa w historii cywilizacji...

poniedziałek, 20 marca 2017

Tanie wino, czyli "Nienasycony" Radeckiego

Tomek - Po co Ty w ogóle kupiłaś tę książkę? Przecież Ty nie czytasz horrorów.




Wanda X - I już teraz wiem, dlaczego… A tak naprawdę to horrory też czytam, ale nie pamiętam, bym tak nisko upadła czytelniczo od czasu… Nie, nigdy tak nisko jeszcze nie upadłam, a czytałam bardzo dużo chłamu, uwierz mi.

- Ja kupiłem z sentymentu. Wiesz, „Phantom Press”, lata 90, tanie horrory z koszmarnymi okładkami, niegramotny język, prosta erotyka, naturalistycznie ujęta przemoc, barokowe opisy Zła (demonów, duchów, potworów wszelkiej maści, wilkołaków, wampirów, przeklętych cmentarzy i nawiedzonych domów...). Fabuła ma być prosta, dziewczyny mają chodzić do łóżka na pierwszej randce, a silni i pomysłowi faceci mają zaprowadzać porządek w świecie skazanym na konfrontację z (najczęściej) nadnaturalnym zagrożeniem.
- Te książki były jak filmy video czytane przez Tomasza Knapika. Głupie, źle napisane, żerujące na najniższych instynktach.
- Hej! Ale one takie miały być przecież! Masz pretensje do hamburgera, że nie jest kawiorem?
- Ale ja w życiu jadłam dobre hamburgery. „Nienasycony” Radeckiego to zapiekanka odgrzana w mikrofalówce i polana starym sosem czosnkowym.


- Naprawdę aż tak źle to wyglądało? Ja miałem niezły ubaw. "Nienasycony" to typowy horror. Horror klasy B. I jest swojej B-klasowości niesamowicie świadomy (mam przynajmniej taką nadzieję). Radecki wziął swoją opowieść w tak ogromny cudzysłów, że nie mam podstaw wierzyć, by napisał tę książkę na serio. Dlaczego? Dlatego, że autor tyle razy puszcza oko do koneserów tego typu produkcji i odwołuje się nie tylko do powszechnych wyobrażeń na temat tanich horrorów, ale również stara się odtwarzać nastrój heroicznych czasów (słodkie lata 90) horroru pulpowego w Polsce.
- I nic mu z tego odtwarzania nie wychodzi. Gdybym nie znała tej dekady z autopsji, na pewno nie poznałabym jej dzięki "Nienasyconemu." Uproszczony do granic możliwości obraz nie buduje klimatu, nie tworzy atmosfery. To wycięte z tektury dekoracje. Niestety...
- No a bohaterowie? Ja tam lubię taki zbyt wyraźny rysunek. Trzech zwykłych chłopaków. Prowincjonalnych metalowców, satanistów-ateistów, amatorów tanich win, którzy całą wiedzę na temat zaświatów i sił nadprzyrodzonych czerpią z tanich horrorów właśnie oraz z tekstów black metalowych kawałków. Chodzą w skórzanych kurtkach, mają długie włosy i plują pod nogi przechodniom... Wypisz wymaluj typowi czytelnicy dzieł Guya N. Smitha lub Mastertona. Są mocno przegięci, przerysowani.


- Ok., ale co z tego, skoro postacie są absolutnie niewiarygodne. Wywołałbyś krzyżackiego demona, by ten zemścił się na dziewczynie, która Cię zostawiła dla innego?
- Ja tam wyznaję hasło: „Gdy ci smutno, gdy ci źle, idź do kuchni, nażryj się.” To jest mój sposób rozwiązywania problemów.
- No widzisz. Myślę, że powinniśmy nieco rozjaśnić mrok tej skomplikowanej opowieści. Rzecz ma się tak: mamy tych trzech mało rozsądnych kumpli, którzy w ramach zemsty za złamane serce jednego z nich, decydują się sprowadzić do naszej rzeczywistości demona. Tytułowy demon nie tylko morduje byłą narzeczoną jednego z bohaterów, ale cała wioska pada ofiarą wygłodniałego potwora... To jednak nie wszystko - chłopaki uciekają przed demonem do Torunia, gdzie ich losy rozdzielają, ale żaden z domorosłych satanistów nie może uwolnić się od mrocznej przeszłości... Po latach demon upomina się o kolejne ofiary.
- Właśnie, demon… Autor robi, co może, by plastycznie odmalować Nienasyconego, który przypomina chmurę-wir wysysającą z ludzi życie i rozdzierających swoje ofiary na strzępy. Nie wiem, czy Radecki kierował się zasadą, że "mniej znaczy więcej", ale w przypadku tego typu horroru trzeba przynajmniej pokazać jeśli nie samego potwora, to chociaż efekty jego działań lub strach ofiar. Jednego i drugiego zabrakło. To jest faktycznie słaba strona tej książki. A pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z alkoholem?
- Nie. I chyba niekoniecznie dobrze to o mnie świadczy. Dlaczego pytasz?
- Bo lektura "Nienasyconego" przypomina picie taniego wina, które posłużyło z 20 lat temu naszej inicjacji alkoholowej. Smak niby ten sam, i siarczany takie jak kiedyś, ale ekscytacji nie czujemy, gdyż i świat się zmienił, i my się zmieniliśmy. Ja tam dałem Radeckiemu spory kredyt zaufania i całej serii "nowych polskich pulpowych horrorów" też.
- A ja nie. Tak bezczelnego żerowania na nostalgii za pulpą dawno nie spotkałam, więc proszę Cię o jedno – nie umawiajmy się więcej na żaden horror.
- Idźmy na kompromis. Nigdy więcej polskich horrorów. Ok.?
- Ok. 
- Już się boję zapytać, co Ty zaproponujesz do przeczytania...
- Spokojnie, może nie będzie Cię aż tak bolało, jak mnie bolał ten "Nienasycony." Lubisz ambitną polską prozę?
- Nie.
- No to przeczytasz "Upał" Michała Olszewskiego.

poniedziałek, 6 marca 2017

Literatura jak fake news, czyli casus Remigiusza M.

Od kilku dni książkowe internety żyją sprawą niejakiego Remigiusza M., który podszywając się pod skandynawskiego pisarza o swojsko (dla Skandynawów) brzmiącym nazwisku  Ove Løgmansbø wydał trylogię powieści kryminalnych dziejących się na Wyspach Owczych. 

Remigiusz M. (ustami wydawnictwa) w następujący sposób tłumaczy swoje zachowanie: 

Pisanie pod pseudonimem ma w literaturze długą historię, a autorzy decydują się ukryć swoją tożsamość z różnych względów. Można tu przywołać chociażby J.K. Rowling i jej powieści napisane pod pseudonimem Robert Galbraith, które ukazują się w naszym wydawnictwie. Autorka chciała sprawdzić swoje pisarskie umiejętności, nie będąc ocenianą przez pryzmat znanego nazwiska. Na podobny pomysł wpadł Remigiusz Mróz – chciał sprawdzić się w roli autora skandynawskich kryminałów. Wydaliśmy dwie książki napisane pod pseudonimem Ove Løgmasnbø, które spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem, wkrótce ukaże się „Prom”, czyli trzecia część cyklu. Okazuje się jednak, że utrzymywanie tajemnicy przez tak długi czas, nie jest łatwe, zwłaszcza przy zainteresowaniu mediów. Nie było łatwo cały czas tłumaczyć, dlaczego Ove nie może osobiście udzielić wywiadu.

Cóż więc tutaj mamy? Same słodycze. Coś, nad czym nie można przejść obojętnie. 

1) Tragiczny nieporozumieniem jest porównywanie występku Remigiusza M. do działania pani Rowling lub innych pisarzy, którzy rezygnując ze swojego najbardziej rozpoznawalnego oblicza, zaczynają "od zera" w zupełnie innej stylistyce, innym gatunku, innym rodzaju nawet.

Maciej Słomczyński napisał pod pseudonimem Joe Alex kilka kryminałów - absolutnie klasycznie zbudowanych, matematycznych niemal, wzorcowo realizujących formułę "zamkniętego pokoju." Pisał kryminały pod przyciągającym wzrok pseudonimem, bowiem w czasach PRL-u "zachodnio" brzmiące nazwisko miało wabić, elektryzować. Sam Słomczyński zaś nie przestawał oddawać się swojej największej pasji - tłumaczeniu. Joyce'a i Szekspira. Widać różnicę? 

Remigiusz M., kierowany zapewne pierwszym z siedmiu grzechów głównych (dla leniwych - pychą), chciał się po prostu sprawdzić na tym polu, na którym czuje się najlepiej. Nie zrzucił skóry autora powieści kryminalno-sensacyjnych. Niczym nie zaryzykował. Nie musiał. Nie ma obowiązku ryzyka w literaturze, ale niesmak, wywołany podobnymi intencjami, pozostaje na długo. 

Równie dobrze można pomalować sobie twarz na czarno i spróbować swoich sił w gangsta rapie. I gdy nam wydadzą jako taką płytę, którą kupią ziomki z polskich blokowisk, zmyć makijaż i powiedzieć: "A ku ku! To ja!"  

2) Magiczna literka  ø Znak rozpoznawczy skandynawskich autorów. Egzotyka, tajemnica i dreszcz. Polscy czytelnicy zostali uwiedzeni skandynawskimi kryminałami, skandynawską prozą w ogóle. Sąsiedzi zza Bałtyku skusili nas posępną atmosferą, zgrabnie ujętym tłem obyczajowym, pewnym eleganckim spleenem. Kiedyś też to lubiłem, ale przestałem, gdy dotarło do mnie, że szwedzki kryminał jest zbudowany na kłamstwie, które pomija prawdziwe, a nie wyimaginowane problemy Skandynawii. A kryminałom "społecznym" nie wolno zamykać na pewne sprawy oczu...

A więc literka sponsorująca ten post miała zahipnotyzować czytelników i zmusić ich do zakupu. No bo czyż nie o to w tym całym sporcie chodzi? Ma się sprzedać, a więc obstawiamy szybkiego zawodnika, nie czarnego konia, który niekoniecznie musi czytelnikom odpowiadać. 

(Remigiusz M. musiałby wtedy swój kryminał umieścić na Kurylach, na Wyspach Zielonego Przylądka lub na jakiejkolwiek innej smutnej jak pizda wyspie, no ale wtedy naszym czytelnikom nie otworzyłaby się klapka z napisem "SKANDYNAWSKI KRYMINAŁ" i wydawcy nie zwróciłyby się koszty...) 

Wydawca był do tego stopnia sprytny (no dobra, wyrachowany), że szata graficzna książek pisarza z literką ø w nazwisku ewidentnie nawiązuje do okładek prawdziwych, a nie farbowanych skandynawskich kryminałów. Czytelnik siłą rozpędu rzuca się na powieść wystylizowaną w 100%, od nazwiska przez blubry po fabułę i grafikę, powieść, łykając z całym dobrodziejstwem inwentarza ten produkt. Zasłony fikcji były bardzo grube i nie wierzę, że odkrycie prawdziwej tożsamości autora było wymuszone przez niemożliwość utrzymywania tej mistyfikacji w tajemnicy. 

Po prostu Wydawca i Remigiusz M. doszli zapewne do wniosku, że odpalą bombę (w wiadomym celu, $$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$$) i angażując w to wszystko telewizję, wyspowiadali się publicznie z zabawy, jaką zafundowali czytelnikom. Wszyscy mieli klaskać i wiwatować, ale najwidoczniej nie wszyscy lubią być oszukiwani...

3) Któryś z klasyków literatury sensacyjne (wiecie, jakiś Follett czy Ludlum) powiedział, że jeżeli chce się napisać powieść dziejącą się na platformie wiertniczej, powinno się przynajmniej przez miesiąc popracować na platformie wiertniczej. Proste? Nie dla wszystkich najwidoczniej. 

Remigiusz M. przyznaje się bez większego poczucia zażenowania, że wszelkie potrzebne informacje dotyczące Wysp Owczych (a tam umieścił swoje farbowane kryminały) zebrał z Internetu:

Przygotowywałem się do pisania czytając po polsku i angielsku wszystko, co było dostępne. Oglądając zdjęcia zamieszczane w internecie przez Farerów, kręcone przez nich filmiki, prowadzone blogi etc. Słuchając rozgłośni bez pojęcia o tym, co mówią prezenterzy. Analizując mapy, historię i zależności z Danią, które na początku wydawały się enigmą. Słuchając farerskiej muzyki podczas biegania, oglądając ichniejsze programy telewizyjne, przeglądając codzienne newsy i zbierając wszystkie wrażenia tych, którzy pewien wulkaniczny archipelag na Morzu Norweskim odwiedzili…

Jeżeli jeszcze nie widzicie komizmu sytuacji, to radzę poczytać recenzje zachwyconych czytelników, którzy docenili walory Wysp Owczych, ich "tajemniczą atmosferę, egzotykę, klimat, malowniczość." Zacytowałby co lepsze kawałki, ale nie będę robił wstydu ludziom, których Remigiusz M. oszukał.  Jeśli mają oni odrobinę samoświadomości, powinni swoje recenzje czym prędzej usunąć. Wszak liczyli oni na kawałek "autentycznej" prozy, a dostali tylko wyrób czekoladopodobny, efekt internetowych wojaży, owoc płaszczenia tyłka przed monitorem. 

4) Remigiuszowi M. udało się jednak zrobić jedną wartościową rzecz, nieświadomie ale jednak. Odsłonił przed czytelnikami nie tylko mechanizmy wabienia czytelników, którzy tylko klientami są i nigdy nie byli czymkolwiek innym. Ale również polscy czytelnicy powieści głównonurtowych mogli przejrzeć się w krzywym zwierciadle całej afery, by ujrzeć własne głupie miny.

Mój kolega miał takie powiedzenie - "Zrobić kogoś jak chłopa w sądzie." Tak, polscy czytelnicy zostali tak właśnie potraktowani. I od nich teraz zależy, co z tym zrobią. Mogą odwrócić się od nieciekawych praktyk wydawniczo-autorskich lub dalej udawać, że czytają "skandynawskie powieści kryminalne z bogatym obyczajowym tłem."

PS

Dużo powietrza zostawiłem w tym poście. Jest co dopowiadać lub komentować. Zapraszam, ale się nie narzucam.

czwartek, 2 marca 2017

Z daleka i z bliska, czyli "Środek wyrazu" Dąbrowskiego


Jako poeta Tadeusz Dąbrowski dał się rozpoznać jeszcze w XX wieku. Dokładnie w 1999 roku ukazał się jego debiutancki tomik wierszy, który autor opublikował mając lat dwadzieścia. Od tamtej pory Dąbrowski cierpliwie buduje swoją pozycję jednego z najciekawszych polskich współczesnych poetów – regularnie publikuje, jest nagradzany i nominowany, tłumaczony i zapraszany na festiwale literackie. W odróżnieniu od hołdującym neoawangardowej manierze kolegów po piórze, Dąbrowski stara się znaleźć nić porozumienia ze swoimi czytelnikami, dostosowuje język do możliwości percepcyjnych przeciętnego zjadacza lirycznego chleba. Wiersze te od zawsze wyciągały rękę w stronę odbiorcy, zapraszały go na swoje terytorium i subtelnie starały się powiedzieć coś mądrego o świecie i człowieku.

Wiersze zgromadzone w tomie pt. „Środek wyrazu” potwierdzają znakomitą formę poety. Liryka ta zdradza wyraźną tendencję do diagnozowania kondycji moralnej współczesnego świata, ale wiersze te nigdy nie piętnują i nie oceniają obserwowanych zjawisk. Bohater liryczny Dąbrowskiego, nieco staroświecki i pielęgnujący pewien rodzaj wyważonego konserwatyzmu, wędruje ścieżkami Wielkiego Świata i pozwala sobie zajrzeć pod jego podszewkę.



Świat ten powinien teoretycznie porywać i oszałamiać, ale bohater „Środka wyrazu” czuje się w nim źle, a już nie na pewno nie u siebie. Dalekie miasta, filary cywilizacji Zachodu (Nowy Jork, Berlin, Zurych...) odsłaniają swoje ukrywane przed turystami ponure oblicza. Są jedynie zbiorem brył zamieszkałych przez ludzi sponiewieranych współczesnością. Pod pocztówkową powierzchnią kryje się pustka, rozpacz i cynizm...

Autor jest zbyt mądry, by krzyczeć, lamentować lub obrażać się na podglądaną rzeczywistość. Pomimo poważnego tonu, wiersze te są jasne i klarowne. Potrafią porwać wymyślnym konceptem, który odświeża stare jak sama poezja motywy – Dąbrowski potrafi mówić pięknie, ściszonym głosem, o miłości, poczuciu utraconej bliskości, zaufaniu, zwątpieniu... Często najsubtelniejsza liryka wyrasta z zaledwie kilku zdań kreślących krótką przejmującą scenę, na którą nikt poza poetą nie zwróciłby uwagi.

Gdybym miał kogoś przekonywać do przełamania wrodzonej (lub zaszczepionej) niechęci do poezji, „Środek wyrazu” były naprawdę przekonującym argumentem, by zmienić przyzwyczajenia czytelnicze. Mocno polecam.



niedziela, 26 lutego 2017

Fantastyka realistyczna, czyli "Brzegi zapomnianego morza" McDevitta

Oj, czytałem tę książkę długie, długie miesiące. Zacząłem, przerwałem, zacząłem, przerwałem... Chyba z rok pokonywałem spokojny, leniwy nurt powieści Jacka McDevitta pt. "Brzegi zapomnianego morza". W międzyczasie kilka innych książek przeskoczyły z półki "do przeczytania" na półkę "przeczytane." A McDevitt stał w miejscu...

*

Gdyby znaleźć jakieś określenie dla tego typu powieści, byłby to "realizm fantastyczny" albo "fantastyka realistyczna." Historia dzieje się mniej więcej tu i teraz, a cały ładunek charakterystyczny dla science fiction to WYDARZENIE, które ma niebagatelny wpływ na rzeczywistość.

Na swoim polu farmer odkopuje dziwną konstrukcję - jacht, który pomimo tego, że przeleżał w ziemi przynajmniej kilkadziesiąt lat, wygląda jak nowy. Co więcej, niezniszczalny materiał, z którego jest wykonany kadłub i żagle, szybko okazuje się być produktem nieznanej ludziom. Naukowcy badający odkrycie szybko zyskują rozgłos dzięki występom w telewizjach śniadaniowych, a potem w poważniejszych programach. Przez całe Stany, a potem świat przetacza się informacja, która szybko przestaje być tylko ciekawostką, a staje się najpoważniejszym od dawna wyzwaniem, przed którym stoi ludzkość. Tym bardziej, że w pobliżu jachtu znaleziono budowlę, który okazuje się być bramą prowadzącą na inną planetę...

Okładka wyjątkowo niewyjściowa


McDevitt rozwija akcję zgodnie z prawidłami logiki - pojawienie się na naszym świecie nieulegającego zniszczeniu materiału powoduje, że gospodarka oparta na ciągłej produkcji i zastępowaniu zużytych produktów nowymi traci rację bytu. Plajtują kolejne fabryki, pracownicy trafiają na bruk, rośnie niepokój społeczny. Powtarza się stara dobra historia z epoki pary i węgla, które zastąpiły pracę ludzkich i zwierzęcych mięśni...

Autor naprawdę powoli snuje tę opowieść. Jak rasowy realista każdą z ważniejszych postaci szczelnie otula grubą warstwą wszelkiego rodzaju informacji - znamy rodzinę, przeszłość, plany zawodowe, marzenia, przeszłość, uczucia każdego, kto miał pojawić się w powieści częściej niż jeden raz. Oczywiście przesadzam nieco, ale skłonność McDevitta do długich, rodem z powieści obyczajowej opisów i dialogów o kawie i pączkach irytowała mnie zbyt często.

Przeskakiwałem przez te partie powieści, które wprawiały mnie w głęboką zadumę (czytaj-wywoływały senność) i polowałem na bardziej apetyczne kąski. Uczciwie muszę zaznaczyć, że jest ich całkiem sporo. Uwielbiam science fiction, które dotyka dnia dzisiejszego i za sprawą rzetelnych spekulacji pokazuje, jak "czynnik fantastyczny" demoluje to, co znamy i rozpoznajemy.

W "Brzegach zapomnianego morza" najlepiej sprawdza się "gdybanie" na temat wpływu technologii na obecny kształt rzeczywistości. Wnioski, do których dochodzi autor, nie są pocieszające - ludzie nigdy nie będą gotowi na rewolucyjne globalne zmiany, a jednostki o słabszej konstrukcji psychicznej, wszelkiej maści fanatycy, sięgną po rozwiązania siłowe, by zachować status quo. Podobnie zachowują się rządzący - w imię spokoju, bezpiecznego bezruchu gotowi są zniszczyć każde odkrycie, którego konsekwencje mogłyby zepchnąć cywilizację na nowe tory.

Powieść chwilami łapie doskonały nerwowy rytm, McDevitt rzuca czytelnikami od lewej do prawej - w krótkich, nieomal migawkowych scenach, obserwujemy jak przeróżni, często epizodyczni bohaterowie, mierzą się z ciśnieniem obecności w świecie "czynnika fantastycznego." Ta cała mozaika układa się w obraz wielowymiarowy i wiarygodny.

Niestety, zakończenie książki rozczarować może swoim wysilonym optymizmem. Ja wiem, że mamy do czynienia z fantastyką i w sumie każde rozwiązanie powinno się przyjmować z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale wiem też, że świat, w którym żyjemy nie ugiąłby się tak łatwo pod presją nawet największych autorytetów, powiedzmy, moralnych. A w finale powieści to właśnie postacie takie jak Ursula Le Guin czy Stephen Hawking stając naprzeciw uzbrojonym... Ok, nie zdradzam, sami sobie może przeczytacie.

*

Kończę.

Nie pytajcie nawet, ile czasu pisałem tę recenzję, bo długo...

poniedziałek, 20 lutego 2017

Od techno można z nudów zdechnąć, czyli "7ew" Stephensona

Zarazy, bomby atomowe, kosmiczne katastrofy, degradacja środowiska, nieudane eksperymenty naukowe – to wszystko może w mniej lub bardziej bolesny sposób zaprowadzić nasz gatunek na krawędź zniszczenia, a czytelnikowi dzieł opisujących koniec świata zapewnić sporą dawkę emocji. Twórcy literatury fantastycznej uwielbiają dręczyć odbiorców podobnymi wizjami i wciąż znajdują kolejne pomysły, jak przestraszyć (lub przestrzec) ludzi, pokazując im to, co może przynieść przyszłość, jeżeli w porę się nie opamiętamy lub nie zabezpieczymy przed konsekwencjami błędnych wyborów.

Pomimo tego, że motyw zagłady Ziemi jest literackim samograjem i ma potężny filozoficzny (żeby nie powiedzieć eschatologiczny) potencjał, to twórcy fantastyki stosunkowo rzadko starają się ukazać ową zagładę w bardziej wysublimowany sposób. Z reguły epatują przerażającymi scenami, zasypują czytelnika opisami zniszczenia, malowniczej degeneracji, śmierci w jej najróżniejszych postaciach. A gdy przypomnimy o nurcie postapokaliptycznym, który zdradza chyba najmniejszą skłonność do wprowadzania odbiorców w zadumę, a jest raczej zbeletryzowanym mokrym snem wszelkiej maści preppersów i dyżurnych czarnowidzów, możemy zaryzykować tezę, że fantastyka odebrała wizjom końca świata ich metafizyczny ładunek i zastąpiła go mniej lub bardziej wyrafinowaną rozrywką.


W swojej ostatniej powieści zatytułowanej 7ew Neal Stephenson rozwinął wspomniany wyżej motyw z iście technokratycznym zacięciem i teoretycznie powinien rzucić na kolana wielbicieli hard science fiction. Niestety, słowo „teoretycznie” nie pojawia się w tej recenzji przez przypadek...

Zacznijmy jednak od początku – punktem wyjścia fabuły staje się eksplozja Księżyca, który za sprawą niezrozumiałych kosmicznych sił rozpada się na siedem ogromnych części. Ta sensacja na galaktyczną wręcz skalę szybko przestaje być dla Ziemian li tylko atrakcją nocnego nieba, gdyż olbrzymie bryły obijając się o siebie, zaczynają dzielić się na mniejsze części i spadać na Ziemię. Zgodnie z prawami matematyki (nie każcie mi tego tłumaczyć) w ciągu mniej więcej dwóch lat naszą planetę czeka deszcz asteroid, które przechodząc przez atmosferę, podniosą temperaturę Ziemi, spalą ją wraz z całym życiem, jakie na niej istnieje. Perspektywa jest, przyznajmy, mało optymistyczna, ale pozwala za to pisarzowi na uchwycenie dramatu ludzi, których czeka nieunikniona śmierć.

Na szczęście naukowcy wpadają na pomysł budowy tak zwanej Arki w Chmurze – rodzaju skomplikowanej stacji kosmicznej zdolnej pomieścić kilka tysięcy wyselekcjonowanych przedstawicieli naszego gatunku, którzy będą musieli przetrwać w przestrzeni, by po setkach lat spróbować na powrót osiedlić się na macierzystej planecie.

Pierwszych kilkaset (!) stron powieści poświęcono opisom technicznych komplikacji, do jakich wciąż dochodzi w czasie budowy owego ambitnego projektu. Stephenson jest konsekwentny i kolejne treści wprowadza w niemal identyczny sposób – najpierw pojawia się problem (istotny dla powodzenia całej misji i bardzo szczegółowo opisany), następnie wkracza ktoś wykształcony, doświadczony i odważny (najczęściej taki bohater łączy w sobie dwie z trzech wymienionych cech). Precyzyjnie zrekonstruowana walka o rozwiązanie problemu zostaje wzbogacona o całą masę mniej lub bardziej fascynujących naukowych dywagacji, technicznych ciekawostek, teorii.

Miłośnicy tej odmiany fantastyki, która bazuje na rzetelnym i wiarygodnym ujęciu nauki, powinni czuć się wniebowzięci, dosłownie. Stephenson, gromadzi w swojej prozie niezliczone techniczne gadżety, odwołując się do aktualnych stanów badań dotyczących astronautyki i astronomii. Pierwsza część powieści (umiejscowiona w bardzo niedalekiej przyszłości) chwyta rytm życia naszej planety – bohaterowie książki z upodobaniem posługują się wszelkimi dostępnymi nowinkami związanymi z komunikacją internetową, mają swoje kanały na You Tube, a wieść o zagładzie czekającej świat jest przekazywana w błyskawicznym tempie właśnie dzięki możliwościom technicznym. Na Ziemi nie ma nikogo, kto nie dowiedziałby się o czekającym go losie.

Niektórzy czytelnicy mogą jednak czuć spore rozczarowanie. Nie dość, że tempo akcji ma tendencję do zwalniania, to na dodatek ilość technicznych szczegółów po pewnym czasie może męczyć lub irytować. Ponadto Stephensona (obrazowo rzecz ujmując) bardziej interesuje kwestia wypróżniania się astronautów w przestrzeni kosmicznej niż los skazanej na śmierć ludzkości, której poświęca dużo mniej uwagi.

Te dziwnie rozłożone akcenty dość szybko zaczęły mnie drażnić, ale z racji tego, że 7ew zbierało raczej pozytywne recenzje, potraktowałem moje wątpliwości i zastrzeżenia jako niezobowiązujące do niczego marudzenie. Być może się mylę i 7ew  wcale nie jest powieścią o końcu świata, ale raczej chłodną analizą szans, jakie ma człowiek, by ocalić cywilizację, której grozi całkowita zagłada. Stephenson nie ma dla nas najlepszych wiadomości. Zabrzmi to wręcz nieludzko, ale autor mówi wprost – nigdy nie uratujemy wszystkich ludzi, miliardy zginą na żarzącej się skorupie planety, a nieliczni wybrańcy ewakuowani w przestrzeń kosmiczną będą żyć w koszmarnych warunkach...

Żeby oddać sprawiedliwość tej w sumie przyzwoitej powieści, trzeba dodać, że autor umieścił finał około 5000 lat później w stosunku do początku książki. Stephenson na przestrzeni około trzystu stron opisuje trudy ponownego zaludniania Ziemi. Fantastyka zaczyna w końcu dominować nad nauką, a czytelnicy mogą poczuć prawdziwy dreszcz ekscytacji, gdy autor rozwija skrzydła wyobraźni i tworzy natchnione wizje odległej przyszłości, których nie powstydziłaby się sama Ursula Le Guin.

7ew jest książką nierówną. Ma świetne naukowe zaplecze i dostarcza czytelnikom sporej dawki wiedzy z różnych dziedzin, ale fabuła i konstrukcja postaci mogą cierpieć na pewne „niedoinwestowanie.” Na szczęście finał rozwiewa większość wątpliwości, jakie narodziły się w głowie odbiorcy, którego zmęczyły drobiazgowe sprawozdania z budowy stacji kosmicznej, i pozwala 7ew  zapamiętać na dłużej.


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl

niedziela, 29 stycznia 2017

Nieskładnie o arcydziele, czyli notki z "Rebeki" du Maurier

Sięgnąłem po szkic recenzji, jakim starałem się uporządkować myśli, które krążyły mi po głowie w czasie lektury powieści pt. "Rebeka". Tak, to ta sama książka, którą kapitalnie przeniósł na ekran Hitchcock, tworząc niejako wzór thrillera psychologicznego podszytego grubą warstwą kryminalnej intrygi.

O czym to ja... Już wiem! Ogłaszam wszem i wobec, że "Rebeka" Daphne du Maurier (nigdy nie zapamiętam tego przeklętego nazwiska!) jest arcydziełem i nie znajdzie się żaden mędrzec, które by mi podobne odkrycia mógł wybić z głowy.

Olbrzymią krzywdę tej powieści robią okładki, które sugerują, że będziemy mieli do czynienia z powieścią ze stajni Danielle Steele czy innego cyborga. No sami popatrzcie:





Gdyby nie fantastyczna robota angielskiego reżysera, nawet nie dotknąłby tej książki, która może mieć przecież okładkę zgodną z jej ciemnym i dusznym wnętrzem. 


Do rzeczy jednak. 

Pewnie już kiedyś obiła się Wam o uszy ta historia. Młoda dziewczyna poznaje owdowiałego bogatego arystokratę, który proponuje nieboraczce małżeństwo. Ta się zgadza i po krótkim miesiącu miodowym młoda para sprowadza się do ogromnej posiadłości wspomnianego arystokraty. W olbrzymim i zimnym domu młoda żona musi skonfrontować się z panią Danvers, "gospodynią", która wciąż pielęgnuje pamięć po poprzedniej pani domu. A to tylko początek...

Mnożą się tajemnice, niedomówienia, subtelne sygnały ostrzegające przed niebezpieczeństwem. Atmosfera, jak to mówią, gęstnieje ze strony na stronę...

I tutaj wchodzę ja z moimi notatkami o "Rebece":

Główną bohaterkę prześladuje litera R. R jak Rebeka, pierwsza żona Maxima de Winter. R jest groźne, drapieżne i ostre. Przypominam sobie jedno z opowiadań z cyklu powiastek filozoficznych o profesorze Tutce. Opowiadanie, z którego tytułowy profesor (i jednocześnie narrator) usunął wszystkie wyrazy z literą R. Zrobił tak, by uniknąć tematu przeżyć więziennych. 

Niepokój w związku z literą R. Narastająca obsesja. Domostwo waRczy na biedną nową panią domu.
_________________________________________________________________________________

Powieść napisaną w pierwszej osobie liczby pojedynczej odbieramy w dość osobliwy sposób. Widząc świat czyimiś oczami, skłonni jesteśmy utożsamiać się z narratorem. Nie chcemy, by był głupi, naiwny, prostolinijny do granic wytrzymałości, nudny i bezwładny...Sami przecież też nie chcemy tacy być. 

Trzeba się jednak pogodzić z faktem, że bezimienna (cóż za kapitalny pomysł!) bohaterka "Rebeki" taka właśnie jest. Oglądamy więc doskonały portret kobiety szarej, przypadkowej, wtrąconej w czeluści wiktoriańskiego domostwa, którego ściany przesiąknięte są mrokiem i tajemnicą.

A gdyby to wcale nie była powieść grozy (oczywiście subtelniejsza i bardziej wysmakowana niż jakakolwiek powieść takiego Kinga Stefana), ale zakamuflowana opowieść o erozji arystokratycznego etosu, którego najwierniejszymi obrońcami są służący (!)? Co nam to powie o umarłym już świecie? Co nam to powie o ludziach, którzy obserwując ekstrawagancje swoich panów (Maxim de Winter plami się nielichym mezaliansem z anonimową narratorką), sami są jednocześnie correct i zapięci szczelnie w swoje pałacowe uniformy? Czy są jak przysłowiowe psy ogrodników, które nie mogąc awansować społecznie, bronią dziedziców przed spuszczeniem z tonu?

Czy to nie przypadkiem powieść antyproletariacka?

_________________________________________________________________________________

"Rebeki" to wspaniała powieść o postrzeganiu czasu, jego nieuchwytności, kruchej głębi. Bohaterka od samego początku książki wspomina (słynne "Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley" waży dla mnie tyle samo, co Proustowskie maczanie ciastek w herbacie czy Mickiewiczowskie "Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną...") przeszłość. Wie to, czego my będziemy dowiadywali się stopniowo, powoli. Będzie bolało, bo boli powolne tempo zrywania plastra lub ściągania szwów. 

Nostalgię za przeszłością można zagłuszyć jedynie odtwarzając rytm dawno minionych dni lub narkotyzując się obecnością nielicznych rekwizytów przypominających o minionej chwale. 

Uwaga narratora zatrzymuje się, by opisać krótkie migotliwe izolowane chwile. Uczy nas niejako, że zawsze żyjemy w przeszłości, będąc nawet najbardziej gorliwymi obserwatorami teraźniejszości. To, co mam teraz, już nie istnieje. Im mocniej żyjemy chwilą (to horacjańskie kłamstwo o chwytaniu dnia!), tym silniej odbieramy ją jako minioną. Im mocniej przytulamy małe dziecko, tym wyraźniej czujemy, że drapie nas swoim dorosłym zarostem.

_________________________________________________________________________________

Fantastyczna powieść, która niezasłużenie drzemie sobie na półkach obok płaskich i wtórnych romansideł czy innych wyciskaczy łez. To znakomita książka. Nie tylko jedno z największych osiągnięć literatury gotyckiej, ale również kapitalnie (choć obok głównego nurtu tekstu) poddaje refleksji naszą percepcję czasu, przemijania... 

Sama zaś zagadka kryminalna jest wisienką na gorzkim torcie tekstu.

Poleca się mocno, mimo chaotycznego peanu, jaki wzniosłem na cześć tej powieści.

środa, 18 stycznia 2017

Pan A i Pan B, czyli "Człowiek z dwóch czasów" Shawa

Miałem mieszane uczucia, gdy sięgnąwszy po tę raczej zapomnianą krótką powieść Boba Shawa, nieopatrznie przeczytałem jej kilka recenzji - polskich i niepolskich czytelników. Niby klasyk fantastyki naukowej, a zaserwował swoim wielbicielom raczej romans i melodramatyczne grymasy, niż pełnokrwistą i mięsistą prozę fantastyczną. Zasmuciłem się i pomyślałem, że może być kiepsko; już parę razy znalazłem się w sytuacji, gdy całkiem przyzwoitą książkę kładły na łopatki pretensjonalne, głupie i wymuszone miłosne perypetie bohaterów. Ja naprawdę nie potrzebuję do szczęścia miłości (w literaturze).



"Człowiek z dwóch światów" sprawił mi jednak niespodziankę. Miłą, jak już pewnie przeczuwacie.

Pomysł jest prosty - bohater kłóci się z żoną i pozwala jej wracać samej do domu. Kobieta jednak zostaje napadnięta w pobliskim parku i zamordowana. Mąż obarcza samego siebie winą za śmierć żony i za sprawą pewnego eksperymentu, cofa się w czasie do feralnego wieczoru. W decydującym momencie zabija napastnika, żona ratuje życie, a... świat rozszczepia się na dwie alternatywne rzeczywistości. W Świecie A bohater jest pogrążonym w żałobie mężem, który uratował życie żonie ze Świata B. W Świecie B żona żyje i to żyje u boku męża, który nic o żadnym Świecie B rzecz jasna nie wie. 

Szkopuł polega na tym, że Pan A przenosi się do Świata B i zaczyna rościć sobie prawa do żony Pana B. No bo skoro uratował jej życie, to dlaczego ma nie mieć z tego żadnych profitów. Tym bardziej, że małżeństwo Pana B przechodzi kolejny kryzys...

(Skomplikowane? To powinniście poczytać zadania z treścią z podręcznika do trzeciej klasy szkoły podstawowej...)

Muszę przyznać, że początek powieści nie zapowiadał takiego dziwnego splotu (i apetycznego) wydarzeń. Jeden dom, dwa mężczyźni (niby ci sami, ale zupełnie różni, bo z dwóch różnych torów czasu), pomiędzy nimi żona, kompletnie zdezorientowana, i policjant, który na nowo rozgrzebuje sprawę tego zastrzelonego przez Pana A bandziora... Jest w tej książce jakiś nerw, napięcie, które de facto nie wynika z obecności czynnika fantastycznego, ale z samej zapętlonej emocjonalnie sytuacji. 

Oczywiście nie zdradzę, w jaki sposób Shaw rozwiązuje ten ciasny węzeł, ale w pewnym momencie niezłą "Kobrę" mamy. (Pamięta ktoś jeszcze, czym "Kobra" była?)

A co ja sobie wziąłem z tej książeczki? Autor fantastycznie odniósł się do starego jak świat problemu - co sprawia, że jesteśmy, kim jesteśmy. Konfrontacja dwóch wersji "tego samego" (Pan A stracił żonę, pożądał zemsty i tęsknił za martwą ukochaną; Pan B żył spokojnie u jej boku i pozwalał, by jego małżeństwo pogrążyło się w stagnacji i nudzie) człowieka przynosi zaskakujące wnioski. 

No bo pomyślmy, jak wyglądałoby spotkanie różnych wersji nas samych. W jednym świecie jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. W innym spotyka nas lawina nieszczęść. W jeszcze innym zaciągamy się do wojska albo idziemy na medycynę, albo wstępujemy do klasztoru, albo się rozwodzimy, albo po starokawalersku żyjemy razem z kotem, pielęgnując kolekcję kaktusów... Już sama ta wizji milutko łaskocze moją wyobraźnię. Proszę dać się połaskotać.

A druga kwestia - żona obu panów jest do tego stopnia antypatyczną flądrą, że gdybym miał taką moc, krzyknąłby do walczących o nią mężczyzn: "Chłopaki! Idźcie lepiej na ryby! Szkoda waszego życia na taką zołzę!"

Oj, odkrył we mnie autor prawdziwe pokłady mizoginizmu.  Być może rację miał Franz Kafka pisząc, że "Książka musi być siekierą dla zamarzniętego morza wewnątrz nas." Tak, ta książka uwolniła mojej wewnętrzne morze, ale na plażę kobiety mają wstęp wzbroniony.


czwartek, 5 stycznia 2017

Akurat tyle, ile trzeba, czyli "Koniec eksperymentu ARKA" Strugackich

Na początku mały fun fact - oryginalny tytuł powieści Strugackich brzmi "Małysz" ( Малыш - "młody", "mały"), a to może prowokować do wielu zabawnych wizualizacji. Przed oczami czytelnika co i rusz stawać może mikrej postury polski skoczek narciarski, co z kolei mocno utrudnia koncentrowanie się na samej książce.

Ok, bądźmy poważni przez chwilę, jak powiedziała promotorka po lekturze konspektu mojej pracy magisterskiej.

W tej skromne powieści (jak na dzisiejsze standardy, w opowiadaniu) znajdziemy wszystko to, co charakterystyczne dla klasycznego science fiction: kosmos, obcą planetę, nie mniej obce formy życia, ludzi starających się jakoś ogarnąć całą tę menażerię. 

Wszystko skomponowane z niemal aptekarską precyzją, wyważone, skupione i oszczędne w środkach wyrazu. Bez większych fajerwerków, które uradowałyby różnej maści wielbicieli militarnych space oper. Szybka jak sparing z mistrzem książka.


Czytamy o zespole badawczym, którego zadaniem jest przystosowanie planety Arka do przesiedlenia na nią ludzi, którym w innym miejscu kosmosu grozi zagłada. Warunkiem powodzenia tego typu misji jest wykluczenie istnienia na planecie jakichkolwiek lokalnych form inteligentnego życia. Nie ma kosmitów=jest miejsce dla ludzi. Całkiem uczciwy układ, prawda?

Arka wydaje się być zimna, jałowa i pusta, spełnia zatem wszystkie wyjściowe założenia. Sprowadzamy więc homo sapiens? Sprowadza... Chwileczkę! Coś się zaczyna dziać. Bohaterowie odkrywają rozbity ponad dziesięć lat wcześniej niewielki statek kosmiczny, a nawet identyfikują jego pasażerów, którymi okazują się być międzygwiezdni włóczędzy, samozwańczy poszukiwacze obcych cywilizacji. Jednocześnie główny bohater doświadcza szeregu halucynacji (słyszy Bóg wie skąd płacz dziecka, jakieś krzyki, widzi jakieś niewyraźne postacie), które powodują, że ten zaczyna powątpiewać we własne psychiczne zdrowie...

Na szczęście Strugaccy nie poszli na skróty i nie ruszyli drogą, którą często obierają słabsi autorzy. Nie zbudowali ciekawej, pełnej intrygujących zjawisk ekspozycji tylko po to, by wytłumaczyć ich istnienie mniej lub bardziej mętnymi metafizycznymi pierdołami. Strugaccy są na to za mądrzy. Żadnych duchów nie ma, cudów też zbyt wielu nie uświadczymy. Dostaniemy za to logiczną i spełniającą wszelkie wymagania gatunku opowieść. 

Korci mnie, by zdradzić nieco szczegółów, ale jeśli zepsuję komuś radość z poznawania tej książeczki, będzie to bardzo nie w porządku. Powiem tylko tyle, że rosyjscy autorzy zgrabnie wykorzystali jeden z bardziej znanych motywów występujących w "Księdze dżungli" Kiplinga. Wiecie, Mowgli i te klimaty... Dziecko wychowane w dżungli przez dżunglę.

Kończąc już, muszę zrobić drobną wzmiankę o głównym bohaterze, którego pierwszoosobowa narracja pozwala nam śledzić wypadki na osobliwej planecie. Zawsze mam ten sam problem - nie umiem opisać trzech zjawisk: zapachów, kolorów i bohaterów Strugackich. Składają się oni z przedziwnej mieszaniny dystansu do świata, serdeczności, zdrowego rozsądku zakropionego odrobiną fantazji i czegoś, co wciąż mi ucieka. Być może jest to ta legendarna rosyjska dusza? Nie wiem. Jedno jest pewne - bohaterowie Strugackich to porządne chłopy i na tym możemy chyba poprzestać.

Poleca się mocno.