środa, 18 stycznia 2017

Pan A i Pan B, czyli "Człowiek z dwóch czasów" Shawa

Miałem mieszane uczucia, gdy sięgnąwszy po tę raczej zapomnianą krótką powieść Boba Shawa, nieopatrznie przeczytałem jej kilka recenzji - polskich i niepolskich czytelników. Niby klasyk fantastyki naukowej, a zaserwował swoim wielbicielom raczej romans i melodramatyczne grymasy, niż pełnokrwistą i mięsistą prozę fantastyczną. Zasmuciłem się i pomyślałem, że może być kiepsko; już parę razy znalazłem się w sytuacji, gdy całkiem przyzwoitą książkę kładły na łopatki pretensjonalne, głupie i wymuszone miłosne perypetie bohaterów. Ja naprawdę nie potrzebuję do szczęścia miłości (w literaturze).



"Człowiek z dwóch światów" sprawił mi jednak niespodziankę. Miłą, jak już pewnie przeczuwacie.

Pomysł jest prosty - bohater kłóci się z żoną i pozwala jej wracać samej do domu. Kobieta jednak zostaje napadnięta w pobliskim parku i zamordowana. Mąż obarcza samego siebie winą za śmierć żony i za sprawą pewnego eksperymentu, cofa się w czasie do feralnego wieczoru. W decydującym momencie zabija napastnika, żona ratuje życie, a... świat rozszczepia się na dwie alternatywne rzeczywistości. W Świecie A bohater jest pogrążonym w żałobie mężem, który uratował życie żonie ze Świata B. W Świecie B żona żyje i to żyje u boku męża, który nic o żadnym Świecie B rzecz jasna nie wie. 

Szkopuł polega na tym, że Pan A przenosi się do Świata B i zaczyna rościć sobie prawa do żony Pana B. No bo skoro uratował jej życie, to dlaczego ma nie mieć z tego żadnych profitów. Tym bardziej, że małżeństwo Pana B przechodzi kolejny kryzys...

(Skomplikowane? To powinniście poczytać zadania z treścią z podręcznika do trzeciej klasy szkoły podstawowej...)

Muszę przyznać, że początek powieści nie zapowiadał takiego dziwnego splotu (i apetycznego) wydarzeń. Jeden dom, dwa mężczyźni (niby ci sami, ale zupełnie różni, bo z dwóch różnych torów czasu), pomiędzy nimi żona, kompletnie zdezorientowana, i policjant, który na nowo rozgrzebuje sprawę tego zastrzelonego przez Pana A bandziora... Jest w tej książce jakiś nerw, napięcie, które de facto nie wynika z obecności czynnika fantastycznego, ale z samej zapętlonej emocjonalnie sytuacji. 

Oczywiście nie zdradzę, w jaki sposób Shaw rozwiązuje ten ciasny węzeł, ale w pewnym momencie niezłą "Kobrę" mamy. (Pamięta ktoś jeszcze, czym "Kobra" była?)

A co ja sobie wziąłem z tej książeczki? Autor fantastycznie odniósł się do starego jak świat problemu - co sprawia, że jesteśmy, kim jesteśmy. Konfrontacja dwóch wersji "tego samego" (Pan A stracił żonę, pożądał zemsty i tęsknił za martwą ukochaną; Pan B żył spokojnie u jej boku i pozwalał, by jego małżeństwo pogrążyło się w stagnacji i nudzie) człowieka przynosi zaskakujące wnioski. 

No bo pomyślmy, jak wyglądałoby spotkanie różnych wersji nas samych. W jednym świecie jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. W innym spotyka nas lawina nieszczęść. W jeszcze innym zaciągamy się do wojska albo idziemy na medycynę, albo wstępujemy do klasztoru, albo się rozwodzimy, albo po starokawalersku żyjemy razem z kotem, pielęgnując kolekcję kaktusów... Już sama ta wizji milutko łaskocze moją wyobraźnię. Proszę dać się połaskotać.

A druga kwestia - żona obu panów jest do tego stopnia antypatyczną flądrą, że gdybym miał taką moc, krzyknąłby do walczących o nią mężczyzn: "Chłopaki! Idźcie lepiej na ryby! Szkoda waszego życia na taką zołzę!"

Oj, odkrył we mnie autor prawdziwe pokłady mizoginizmu.  Być może rację miał Franz Kafka pisząc, że "Książka musi być siekierą dla zamarzniętego morza wewnątrz nas." Tak, ta książka uwolniła mojej wewnętrzne morze, ale na plażę kobiety mają wstęp wzbroniony.


czwartek, 5 stycznia 2017

Akurat tyle, ile trzeba, czyli "Koniec eksperymentu ARKA" Strugackich

Na początku mały fun fact - oryginalny tytuł powieści Strugackich brzmi "Małysz" ( Малыш - "młody", "mały"), a to może prowokować do wielu zabawnych wizualizacji. Przed oczami czytelnika co i rusz stawać może mikrej postury polski skoczek narciarski, co z kolei mocno utrudnia koncentrowanie się na samej książce.

Ok, bądźmy poważni przez chwilę, jak powiedziała promotorka po lekturze konspektu mojej pracy magisterskiej.

W tej skromne powieści (jak na dzisiejsze standardy, w opowiadaniu) znajdziemy wszystko to, co charakterystyczne dla klasycznego science fiction: kosmos, obcą planetę, nie mniej obce formy życia, ludzi starających się jakoś ogarnąć całą tę menażerię. 

Wszystko skomponowane z niemal aptekarską precyzją, wyważone, skupione i oszczędne w środkach wyrazu. Bez większych fajerwerków, które uradowałyby różnej maści wielbicieli militarnych space oper. Szybka jak sparing z mistrzem książka.


Czytamy o zespole badawczym, którego zadaniem jest przystosowanie planety Arka do przesiedlenia na nią ludzi, którym w innym miejscu kosmosu grozi zagłada. Warunkiem powodzenia tego typu misji jest wykluczenie istnienia na planecie jakichkolwiek lokalnych form inteligentnego życia. Nie ma kosmitów=jest miejsce dla ludzi. Całkiem uczciwy układ, prawda?

Arka wydaje się być zimna, jałowa i pusta, spełnia zatem wszystkie wyjściowe założenia. Sprowadzamy więc homo sapiens? Sprowadza... Chwileczkę! Coś się zaczyna dziać. Bohaterowie odkrywają rozbity ponad dziesięć lat wcześniej niewielki statek kosmiczny, a nawet identyfikują jego pasażerów, którymi okazują się być międzygwiezdni włóczędzy, samozwańczy poszukiwacze obcych cywilizacji. Jednocześnie główny bohater doświadcza szeregu halucynacji (słyszy Bóg wie skąd płacz dziecka, jakieś krzyki, widzi jakieś niewyraźne postacie), które powodują, że ten zaczyna powątpiewać we własne psychiczne zdrowie...

Na szczęście Strugaccy nie poszli na skróty i nie ruszyli drogą, którą często obierają słabsi autorzy. Nie zbudowali ciekawej, pełnej intrygujących zjawisk ekspozycji tylko po to, by wytłumaczyć ich istnienie mniej lub bardziej mętnymi metafizycznymi pierdołami. Strugaccy są na to za mądrzy. Żadnych duchów nie ma, cudów też zbyt wielu nie uświadczymy. Dostaniemy za to logiczną i spełniającą wszelkie wymagania gatunku opowieść. 

Korci mnie, by zdradzić nieco szczegółów, ale jeśli zepsuję komuś radość z poznawania tej książeczki, będzie to bardzo nie w porządku. Powiem tylko tyle, że rosyjscy autorzy zgrabnie wykorzystali jeden z bardziej znanych motywów występujących w "Księdze dżungli" Kiplinga. Wiecie, Mowgli i te klimaty... Dziecko wychowane w dżungli przez dżunglę.

Kończąc już, muszę zrobić drobną wzmiankę o głównym bohaterze, którego pierwszoosobowa narracja pozwala nam śledzić wypadki na osobliwej planecie. Zawsze mam ten sam problem - nie umiem opisać trzech zjawisk: zapachów, kolorów i bohaterów Strugackich. Składają się oni z przedziwnej mieszaniny dystansu do świata, serdeczności, zdrowego rozsądku zakropionego odrobiną fantazji i czegoś, co wciąż mi ucieka. Być może jest to ta legendarna rosyjska dusza? Nie wiem. Jedno jest pewne - bohaterowie Strugackich to porządne chłopy i na tym możemy chyba poprzestać.

Poleca się mocno.

piątek, 30 grudnia 2016

Koniecznie, czyli "Rybak znad Morza Wewnętrznego" Le Guin


Na czwartej stronie okładki "Rybaka znad Morza Wewnętrznego" przeczytamy krótki biogram Ursuli K. Le Guin podsumowany informacją o tym, że Amerykańska Biblioteka Kongresu nazwała pisarkę Żyjącą Legendą. Może brzmi to pompatycznie, ale nie jestem w stanie sobie wyobrazić innego żyjącego twórcy szeroko rozumianej fantastyki, który by bardziej na to miano zasługiwał. Le Guin to postać pomnikowa i punkt odniesienia dla całych zastępów pisarzy i wielbicieli fantastyki, autorka zarówno kanonicznych tekstów fantasy, jak i klasycznych powieści science fiction.


"Rybak znad Morza Wewnętrznego" to monumentalny zbiór opowiadań, w którym znajdziemy krótsze teksty, które weszły w skład wydanych wcześniej zbiorów – tytułowego oraz "Wszystkich stron świata", "Czterech dróg ku przebaczeniu" i "Urodzin świata". Całą książkę wieńczy krótka powieść "Opowiadanie świata".


Fantastyczna okładka, jak zawsze przy zbiorówkach Le Guin. 

"Wszystkie strony świata" zawierają najstarsze teksty Le Guin. Autorka zbiera doświadczenie i choć w części opowiadań w dość konwencjonalny sposób traktuje problemy podejmowane przez literaturę fantastyczną, nie brak tu utworów, które mogą sprawić przyjemną niespodziankę. Taki "Kwiecień w Paryżu" to urocza opowiastka o podróżach w czasie, "Mistrzowie" podejmują problem miejsca nauki w postapokaliptycznym świecie, a "Dziewięć śmierci" to przejmująca wariacja na temat konsekwencji klonowania ludzi.


Część z najwcześniejszych tekstów już „pachnie” tym, co stanie się znakiem rozpoznawczym Le Guin – światy, które buduje, mają niezwykłą, trudną do zdefiniowania aurę. Z jednej strony tworzą ją bliżej nieokreślona dawność, umowna odległa przeszłość i „baśniowość”, która jest typową scenografią większości utworów fantasy. Z drugiej zaś strony czytelnik widzi, że pisarce nie chodzi o odtwarzanie wieków średnich – Le Guin kreuje alternatywną rzeczywistość będącą wynikiem namysłu nad potencjalnymi drogami, którymi mogłaby pójść cywilizacja. Rzecz jasna, pisarka pochyla się przede wszystkim nad konsekwencjami i sposobami życia w takim a nie innym świecie; z biegiem lat namysł ten przerodzi się we wnikliwą refleksję o niemal filozoficznym zabarwieniu, antropologiczną zadumę.



Dodajmy, że w pierwszym ze zbiorów pojawiają się już zapowiedzi najistotniejszych dla Le Guin światów przedstawionych – akcja kilku utworów dzieje się w Ziemiomorzu i w Ekumenie, dwóch przestrzeniach, w których pisarka w przyszłości umieści najważniejsze dla swojej twórczości teksty.



Tytułowy zbiór rozpoczyna się od bardzo istotnego z punktu widzenia rozważań o fantastyce wprowadzenia pióra samej autorki. Le Guin opowiada nie tylko o swoim sposobie pisania, ale przede wszystkim dzielnie odpiera wszelkie zarzuty stawiane literaturze fantastycznej; obala argumenty mówiące o jej eskapizmie, elitaryzmie lub przesadnym czarnowidztwie.



Drugi tom opowiadań również przynosi kilka niezwykłych, zapadających w pamięć opowieści. Krótki "Pierwszy kontakt z Gorgonidami" to satyra, której ostrze skierowane jest przeciwko pysze cywilizacji Zachodu konfrontującej się z innymi kulturami, zaś zaskakujące "Wejście północną ścianą" brzmi niemal jak zaginiony tekst… Terry’ego Pratchetta. "Sen Newtona" to z kolei rasowe science fiction, historia nieudanej ucieczki z pogrążonej w wojennym chaosie Ziemi, opowieść zadająca bardzo mądre pytania o prawdziwą wartość człowieka i miejsce każdego z nas w systemie społecznym. "Kerastion" to opowiadanie z drugiego bieguna twórczości Le Guin – krótka rozprawa o instrumencie muzycznym, którego nie słychać. Ten dość absurdalny punkt wyjścia prowadzi czytelnika w kierunku poważnej antropologicznej refleksji.



Niezaprzeczalnym arcydziełem są "Cztery drogi ku przebaczeniu" – zbiór czterech dłuższych opowiadań, których akcja rozgrywa się w kosmicznej rzeczywistości Ekumeny. Czytamy o niewolniczym społeczeństwie planety Werel i jej kolonii na Yeowe, o buncie i miłości, o płynności prawd i względności wszelkich racji. Le Guin, skupiając się na konkretnych rodzajach relacji (niewolnik i pan, kolonizatorzy i kolonie, kobiety i mężczyźni), tak naprawdę opowiada o starej, dobrej Ziemi, która w drugiej połowie XX wieku cierpi z powodu niezliczonych przypadłości – imperializmu światowych mocarstw, apartheidu, nierówności płci, nietolerancji. Wystrzelone w kosmos ziemskie problemy nabierają wyrazistości, a pisarka przyglądając im się z punktu widzenia odkryć antropologii, zdaje się potwierdzać smutną prawdę – gdziekolwiek we wszechświecie znajdą się istoty podobne do człowieka, tam prędzej czy później ukażą one sobie własne ponure oblicza. Na szczęście autorka od czasu do czasu rozprasza mrok przygnębiających konstatacji i pozwala swoim bohaterom na cieszenie się miłością, intymnością, bliskością.



"Urodziny świata", czwarty zbiór ujęty w "Rybaku…", znów zawiera typowe dla Le Guin problemy. Krążymy wokół takich zagadnień jak seksualność człowieka, pytań dotyczących jego kulturowych i społecznych uwarunkowań oraz ograniczeń, wiary i racjonalizmu. W "Niechcianej miłości" czytamy o czteroosobowych małżeństwach, które zawiera się na planecie O. Wynika z niego, że natura (ludzka) pozostaje taka sama niezależnie od praktykowanych norm kulturowych. „Dawna Muzyka i niewolnica” jest przejmującą historią o zniewoleniu, dumie i odwadze. W tytułowym opowiadaniu zbioru autorka oddaje głos starej kobiecie. Odtwarzając najważniejsze wydarzenia z młodości, wspomina królewską rodzinę, która uwierzyła we własną boskość.



Gdybym musiał komuś udowadniać, że fantastyka nie jest wyłącznie rozrywką dla dużych chłopców marzących o laserowych pistoletach i gwiezdnych potyczkach, podsunąłbym takiej osobie ten właśnie zbiór opowiadań Le Guin. Dzieło to przekonuje, że literatura jako taka ma nie tylko niemal nieskończony potencjał, może tworzyć wyrafinowane i wiarygodne konstrukcje intelektualne, ale również potrafi powiedzieć człowiekowi więcej o prawdziwym świecie niż niejedna „prawdziwa” (realistyczna) książka.



Stendhal napisał kiedyś słynne słowa: „Powieść jest to zwierciadło, które obnosi się po gościńcu”. Pisząc, Le Guin wysyła w przestrzeń kosmiczną dziesiątki zwierciadeł, ale to, co się w nich odbija, zrazu obce i egzotyczne, okazuje się zdumiewająco bliskie i aktualne.

Tekst ten pierwotnie ukazał się na łamach portalu Fantasta.pl, o TU

niedziela, 25 grudnia 2016

Nie mówcie, że nie ostrzegałem, czyli "Dom z liści" Danielewskiego

Wielbicielom filmowego horroru nieobca jest konwencja „found footage”. Widz ogląda materiał stylizowany na znalezione amatorskie nagranie prezentujące wydarzenia z perspektywy kamery, którą operuje jeden z bohaterów filmu. Przedstawiana historia jest upiorna, przerażająca i z reguły bardzo źle się kończy dla obserwowanych przez nas postaci.

Tego typu filmy wystawiają odbiorców na prawdziwą próbę cierpliwości – aby zbudować wrażenie „autentyczności” znalezionej taśmy, obraz musi się trząść i być nieostry, dźwięk nieobrobiony, rozmowy często zagłuszane odgłosami otoczenia (ewentualnie krzykami ofiar), montaż chaotyczny. Całość ma przekonać o swojej „prawdziwości”, ma być reportażem z nieszczęścia, dokumentem grozy.

Twórcy posługujący się omawianą konwencją chcą zatrzeć granice pomiędzy rzeczywistością i fikcją prezentowaną przez film, a przecież wykorzystując typowo filmowe środki wyrazu, tworzą dzieła „sztuczne” do potęgi. Udając prawdę w filmie, musimy fikcję udrapować na jej podobieństwo, a więc wszystko bierzemy w podwójny cudzysłów.

Dlaczego w ten sposób zaczynam recenzję książki? Dlatego, że "Dom z liści" Marka Z. Danielewskiego to właśnie taki literacki „found footage”. Powieść jest wybitnie skomplikowana, wielowymiarowa, otoczona tyloma kontekstami, że chyba tylko David Lynch u szczytu swoich możliwości twórczych mógłby zmierzyć się z próbą wizualizacji tego tekstu.



Zacznijmy jednak od początku: był sobie niezwykły dom, zamieszkała w nim rodzina, której głową jest ekscentryczny i utalentowany fotograf. Po pierwszej krótkiej nieobecności nowych gospodarzy w rzeczonym domu pojawiło się dodatkowe pomieszczenie. Pokój? Korytarz?

A to tylko początek niesamowitych i drażniących anomalii. Budynek rozrasta się do wewnątrz, tworzy kolejne pomieszczenia, schody, tunele, szeregi drzwi… Sprowadzenie „łowców przygód”, zaprawionych w survivalu specjalistów, którzy podjęli się eksploracji przerażających czarnych podziemi, kończy się tragedią. Całą tę historię filmuje przy pomocy systemu kamer właściciel domu – Will Navidson, który gorliwie wierzy, że zagadka jego posiadłości jest do rozwiązania.

O filmie tym czytamy z notatek, jakie sporządził niejaki Zampano, zbzikowany starszy mężczyzna, którego ciało znalazł narrator "Domu z liści", Johnny Vagabunda, pracownik salonu tatuażu gdzieś z Los Angeles. Papiery, przez które przedziera się żmudnie nasz bohater, zdają się być obłożone klątwą. W życiu Vagabundy zaczynają dziać się rzeczy przerażające, a on sam staje na krawędzi szaleństwa, którego paszcza za chwilę się za nim zatrzaśnie…

I wszystko byłoby pięknie (to znaczy strasznie), a czytelnicy mogliby poczuć ogromną satysfakcję, gdyby Danielewski się nie przelicytował. Przynajmniej ja mam wrażenie, że tak się właśnie stało. Dwie równolegle rozgrywające się historie, szkatułkowa konstrukcja powieści, to przecież chleb powszedni dla każdego, kto w swoim życiu parę książek przeczytał. A jednak nie wystarczył ten atrakcyjny przecież zabieg. "Dom z liści" stał się poligonem, na którym pisarz z różnym powodzeniem powtarza rozmaite eksperymenty, których autorami byli awangardowi dwudziestowieczni twórcy literatury.

Dwie opowieści rozpisane są przy pomocy dwóch rodzajów czcionek – „zwykłą” opisuje się zajścia z domu Navidsona, a tą stylizowana na czcionkę typową dla maszyny do pisania perypetie przeklętego tatuażysty. Dodam, że na przestrzeni kolejnych stron obie narracje najczęściej współistnieją, rywalizując o przestrzeń i uwagę czytelnika. Musimy zatem dokonać wyboru – którą z nich chcemy śledzić najpierw, i za każdym razem ryzykujemy, że poświęcając uwagę jednej z opowieści, umknie nam szczegół, który oświetliłby drugą. Czytając, możemy mieć wrażenie, że oglądamy dwa filmy jednocześnie, na dwóch ekranach, które transmitują obrazy w nierównym tempie.

Na dodatek Danielewski opatruje niemal każdą stronę wieloma przypisami, odnośnikami do, rzecz jasna, fikcyjnych tekstów, prac naukowych, artykułów, które krążą wokół fenomenu niesamowitego domu. Autor tka iluzję ze zręcznością zawodowego prestidigitatora, wplata pomiędzy informacje o nieistniejących dziennikarzach, naukowcach, badaczach tytuły książek, które możemy znaleźć w każdej lepiej zaopatrzonej bibliotece.

Jakby tego było mało, obszerne partie powieści odtwarzają strukturę chaotycznych notatek Zampano, które nie respektowały tradycyjnej formy prowadzenia zapisków. Tak więc zdania układają się „po skosie” kartki lub płyną jej marginesami, na stronie krzyczy jedno (!) słowo albo kilka kolejnych wypełniają szczelnie imiona i nazwiska, bywa również tak, że musimy chwycić za lustro, by odczytać zdania zapisane „na lewą stronę.”

Mamy cytaty z klasyki literatury światowej, listy, zdjęcia, rysunki, słowniczek trudniejszych pojęć, słowa wielkich naukowców i krytyków literackich – z tego wszystkiego Danielewski buduje labirynt swojej powieści.

Uczono mnie, że sensem istnienia każdego labiryntu jest fakt, że gdzieś w jego czeluściach ukryto skarb. Nie zawsze musi nim być skrzynia pełna złota lub uwięziona księżniczka, ale zawsze coś powinno na śmiałka czekać i zrekompensować mu trud podjętej wyprawy. W przypadku "Domu z liści" miałem wrażenie, że snucie się jego korytarzami donikąd mnie nie prowadzi, a poszczególne wskazówki interpretacyjne wskazują ślepe zaułki.

Jako horror powieść ta nie sprawdza się – atmosfera grozy, którą Danielewskiemu udaje się zbudować, błyskawicznie pęka, gdy uwaga odbiorcy przerzucana jest na analizę i interpretację danego wydarzenia. Już zaczynamy się bać, ekscytować lub przywiązywać do pewnego wątku i natychmiast jesteśmy odrywani od tego, co może sprawiać największą przyjemność czytelniczą. To dość irytujące doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś, kto liczy na trzymającą w napięciu lekturę zbudowaną w oparciu o tradycyjne recepty. Zresztą książka nie przypomina w żadnym wymiarze niczego, co może oferować literatura popularna.

Być może więc "Dom z liści" jest traktatem o niemożliwości poznania prawdy? Błądzimy, szukamy, posługujemy się bogatym arsenałem pojęć, zgłębiamy różne dziedziny wiedzy, a jednak wciąż pozostajemy bezbronni wobec fenomenów rzeczywistości. Jesteśmy ślepi, głusi i niemi. Być może o tym właśnie jest ta powieść, a może też o czymś całkowicie innym? Wybór należy do czytającego.

Podsumowując moje próby zmierzenia się z książką Danielewskiego, muszę lojalnie ostrzec tych, którzy liczą na niesamowitą przygodę czytelniczą. To nie jest tekst dla wszystkich. Nie każdy znajdzie satysfakcję, co i rusz konfrontując się z piekielnie trudną, wymagającą i enigmatyczną materią literacką. Jestem w stanie zrozumieć zachwyty, jakie budzi ta powieść, ale sam podpisuję się pod następującymi słowami: pisanie, wydawanie, a nawet czytanie "Domu z liści" jest zajęciem bardzo ryzykownym.

Recenzja pierwotnie ukazała się tutaj, na łamach Fantasta.pl

piątek, 9 grudnia 2016

Spoilery nieistniejących zakończeń, czyli "Sto dni bez słońca" Szostaka

Niemal do ostatniej strony "Stu dni bez słońca" wierzyłem, że powieść Szostaka jest znakomita... A jest tylko bardzo dobra. 

*

Miarą potencjalnej wielkości dzieła niech będzie fakt, że w wyjątkowo emocjonalny sposób czytelnicy odebrali postać głównego bohatera opowieści - Lesława Srebronia, który relację z "gościnnych występów" na jednym z zachodnich uniwersytetów zatytułował właśnie "Sto dni bez słońca."

Polskiego intelektualistę oskarżano o wszystko: o bufonadę, donkiszoterię, arogancję, narcyzm, snobizm, brak taktu, poczucie wyższości, mesjanizm, próżność, elitaryzm, źle maskowane kompleksy... (Zgubiłem coś?) Na dodatek wszystkie te inwektywy były jak najbardziej słuszne i mogły wynikać z pobieżnej nawet lektury. Oczywiście śmieszyć mogą emocjonalne grymasy i uniesione pięści wygrażające fikcyjnemu bohaterowi, w którym dało się jakoś odczytać symbol współczesnego polskiego pracownika naukowego na dorobku (naukowym).

1:0 dla Ciebie, Autorze. To Ci się udało.



*

Bohater przyjeżdża na odległe, położone na obrzeżach Europy wyspy, by w ramach stypendium popracować nad  monografią poświęconą wybitnemu polskiemu fantaście. Srebroń nie tylko pisze, ale również stara się zaskarbić sympatię kadry naukowej, upodobnić się do kolegów-akademików pochodzących z różnych stron Starego Kontynentu. 

Przyjemnie było czytać o "podejrzewaniu świata o intencje" - Srebroń za każdym razem interpretuje rzeczywistość w najkorzystniejszy dla siebie sposób. Każdy gest, ściągnięcie brwi, spóźnienie, półsłówka, rzucona uwaga - wszystko to dopasowuje się do założonej wcześniej wizji wydarzeń, kryje za sobą potężne zaplecze sensów gotowych połączyć się w całość pod czujnym spojrzeniem bohatera.

Czyż nie przypomina to Gombrowiczowskiego "Kosmosu"? (Kto nie czytał, ten trąba) Szostak prezentuje nam ten sam ocierający się o paranoję sposób igrania z komunikatami wysyłanymi nam przez świat i bliźnich.

*

Gdy popatrzeć na samą przestrzeń i na zaludniających ją bohaterów, mamy wrażenie, że Szostak nawiązuje do tradycji dworowania sobie z intelektualistów i mędrców wszelkiej maści. Kiedyś Arstofanes w "Chmurach" kpił z Sokratesa i jego podopiecznych, potem Swift wysłał Guliwera na wyspę odklejonych od rzeczywistości jajogłowych. Teraz Szostak  ostrzem satyry drwi z misyjności kultury Zachodu względem Europy i całego świata. No dobra, na poczucie misyjności jeszcze się zgadzam i nawet się z niej nie nabijam za bardzo, ale trudno zachować powagę, czytając o przeróżnych aktywnościach naukowych bohaterów powieści. 

Motyw penisa i waginy na przestrzeni dziejów, winorośl w kulturze Bałkanów, życie seksualne pracowników naukowych (badane dość dogłębnie przez wyrachowaną nimfomankę..), zaściankowy pisarz literatury fantastycznej, którego książkom przypisuje się arcygenialność - już ta wyliczanka mówi nam o patologiach, jakie od dawna królują na uniwersytetach. Nie tylko tych fikcyjnych.

Nadprodukcja prac badawczych, których nikt nie czyta. Wydumane problemy, które nikogo nie interesują. Hordy uduchowionych darmozjadów przyssanych do grantów i stypendiów. Tak, z tego sobie Szostak kpi. A wychodzi mu to znakomicie. Na tyle dobrze, że wstydziłem się własnych marzeń o podjęciu studiów doktoranckich...

*

W pewnym momencie "Sto dni bez słońca" stanęło na rozdrożu. Z jednej strony Szostak mógł do samego końca książki satyrycznie portretować zakochanego w sobie intelektualistę. Powieść mogłaby skończyć się "niczym" - bohater spakowałby walizki i wrócił do Polski z uczuciem niedosytu, rozgoryczenia, ale rzecz jasna wciąż pielęgnowałby przeświadczenie o własnej wyjątkowości. Taki finał byłby bardzo polski właśnie, bardzo nasz.

A z drugiej strony autor mógłby nam zafundować solidny "plot twist." (Uwaga, spoiler do nieistniejącej wersji książki!) Mniej więcej od połowy książki zaczęło mi się wydawać, że wyspa, na którą trafił bohater, to kraina umarłych. Czyściec akademików, gdzie trafiają podrzędni naukowcy, skompromitowani badacze, łowcy grantów, twórcy groteskowych teorii... Tłumaczyłoby mi to kilka intrygująco brzmiących tropów rozrzuconych na przestrzeni powieści. No i wiecie sami - kraina umarłych, ho ho ho, jak to ładnie i niepokojąco brzmi. 

Szostak nie wykorzystał jednak mojego pomysłu i zamknął powieść mniej spektakularnym "odkryciem kart." Nie mam jednak do niego o to pretensji, ale niestety ten zbyt pastelowy finał trochę mnie rozczarował. Nieco stępił moje ostre oczekiwania wobec całości.

*

Na deser niejako możemy pośmiać się z polskiej fantastyki. Szostak, którego onegdaj zwykło kojarzyć się z opowieściami o górach i smokach (czy smokach i górach?), teraz zgrabnie parodiuje co bardziej wysublimowane fabuły zaangażowanej polskiej fantastyki. Umieszczone w "Stu dniach..." streszczenia fikcyjnych powieści jako żywo przypominają pompatyczną twórczość takiego Huberatha na przykład, ale to już temat na inną okazję...

PS

Za książkę nikomu nie dziękuję, bo sam ją sobie kupiłem.

czwartek, 10 listopada 2016

Będąc katolickim czytelnikiem, czyli "Gdzie leży granica?" Lodge'a

Na jednym z zagranicznych portali czytelniczych książka Davida Lodge’a doczekała się sporej ilości omówień. Pierwsze, na które trafiłem, kończyło się retorycznym pytaniem: „Jestem ciekawa, jak katoliccy czytelnicy odbiorą tę powieść? Uznają ją za zabawną? Obraźliwą? Prawdziwą?”

Odpowiedziałem tak: „Jestem katolickim czytelnikiem i książka ta jest dla mnie przede wszystkim przeraźliwie smutna. Nie tylko ze względu na opis upadającej tradycyjnej moralności, ale również z powodu obrazu starzejących się bohaterów, którzy z różnym powodzeniem przechodzą kryzys wieku średniego.”

(Tak odpowiedziałem, chociaż moja angielszczyzna w dość toporny sposób wyraziła powyższą błyskotliwą analizę.)

Do rzeczy jednak – książkę znalazłem przypadkiem w pobliskiej bibliotece. Nazwisko autora rzecz jasna kojarzyłem, a i dorobek umiałem zlokalizować jakoś, jednak dopiero teraz chwyciłem za konkretny tytuł.

„Gdzie leży granica?” to powieść mająca bardzo ambitny zamiar – Lodge podjął się próby sportretowania pewnej generacji wychowywanej w restrykcyjnym i opresyjnym świecie sztywnych moralnych gorsetów. Młodzi katolicy regularnie uczęszczają na poranne msze święte, śpią z rękami na kołdrach, podkochują się w sobie wzajemnie, zaręczają, z rzadka tylko dopuszczając do siebie sprośne myśli o sekretach, jakie kryją małżeńskie sypialnie. Małżeńskie, gdyż wszelkie igraszki w tym świecie zarezerwowane są oczywiście dla sakramentalnych związków.

Tu zaczynamy. Na porannej mszy w zadymionym i zamglonym Londynie. Bohaterowie, grupka znajomych, którym narrator przygląda się „z góry”, roszcząc sobie prawo do wszechobecności i wszechwiedzy, powoli jednak wycofują się z wpojonych wcześniej zasad. Wątpią, pytają, szukają… Podważają kolejne katolickie doktryny, znajdując oparcie dla swoich wątpliwości w wątpliwych osiągnięciach II Soboru Watykańskiego. Świat poszedł do przodu, kościół w bok, a oni zostali zostawieni samym sobie.

Granice, wydawać się mogło kiedyś nieprzekraczalne (nie tylko dla katolików zresztą), teraz za sprawą budzącej się rewolucji seksualnej, stają się czymś śmiesznym i archaicznym. Bóg być może nie umarł, ale na pewno został zastąpiony przez istotę z pobłażaniem patrzącą na poczynania ludzi.

Bohaterowie, których poznajemy jako przykładnych wierzących i praktykujących (no, przynajmniej za takich chcą uchodzić), z czasem łamią kolejne przykazania. Flirtują, romansują, zdradzają. Miotają się w oplatających ich coraz ciaśniej sieciach obowiązków dorosłości. Żenią się, wychodzą za mąż, płodzą kolejne dzieci. Żyją i uświadamiają sobie z rosnącym zdumieniem, jak łatwo przychodzi im sprzeniewierzać się zasadom, w które dawno dawno temu wierzyli.

Ujmuje mnie ta okładka

Podobał mi się dystans, z jakim Lodge opowiada o przemianach obyczajowych, które dotknęły (chciałem napisać „spadły na”) Zachód. Autor nie potępia pęczniejącego permisywizmu ani wyborów swoich pogubionych bohaterów. Nie obrywa się Kościołowi, któremu pośrednio można zarzucić przecież nieumiejętność przekonania wiernych do swoich racji. Nikt też nie oskarża o nic „czasów”, których duch wieje we wszystkich kierunkach jednocześnie.

Tak się stało, zdaje się mówić powieść, i nic na to nie poradzimy. Ale mnie jakoś tak przykro było, gdy pomyślałem sobie o martwym już świecie porządnych dziewczyn i porządnych chłopaków, z których nagle zdjęto obowiązek przyzwoitości i odpowiedzialności i otworzono przed nimi zbyt szeroko bramę do świata rozkoszy cielesnych.

Mój znajomy czytał kiedyś „Bruddenbrooków” Tomasza Manna i pod koniec lektury wyznał, że to przygnębiające, gdy czyta się na początku książki o młodości jakiegoś bohatera, a potem dochodzi się do momentu, gdy postać ta żegna się ze światem. Tak, mnie to też zawsze przygnębiało. Uświadamiało upływający czas o wiele silniej niż bezpośrednie doświadczenie przemijania. „Gdzie leży granica?” należy do tych powieści, które zmusiły mnie do stanięcia przed lustrem i liczenia kolejnych siwych włosów w rzednących włosach…

Lodge znany jest ponoć ze swojego poczucia humoru. Mniej najbardziej rozśmieszyła podróż jednego z bohaterów, który jadąc do lekarza-specjalisty wiózł próbkę stolca do analizy. Dużo za dużą próbkę…


Niech da to Wam pewne wyobrażenie na temat tego, co mnie bawi…

niedziela, 23 października 2016

Normalny w nienormalnym świecie, czyli "Dzień tryfidów" Wyndhama

Bodajże od Chestertona wziąłem przekonanie, że książki generalnie dzielą się na dwa rodzaje. W jednych nienormalny bohater stara się przeżyć w normalnym świecie, w drugich normalny bohater trafia do nienormalnego świata. Nie trzeba oczywiście dodawać, że angielski klasyk faworyzował drugi rodzaj opowieści.

(Nie trzeba chyba również dodawać, że współczesna literatura chyba zbyt często pokazuje nam przygody świrusa w porąbanym świecie. I nie trzeba również dodawać, że jako czytelnik gardzę podobnymi patologiami i nie namówicie mnie, bym rozkoszował się męczącą komiksowo-filmową obecnością takiej Harley Quinn na przykład…)

Do rzeczy – wróciłem do czytania klasyków fantastyki i wzrok mój padł na czytnik, gdzie trzymam przynajmniej sto tytułów wymagających natychmiastowej lektury. Chwyciłem „Dzień tryfidów” Johna Wyndhama. Powieść, a przynajmniej jej zarys, znałem dużo wcześniej z ekranizacji, którą gdzieś tam u zarania młodości widziałem w telewizji. Nie czytałem więc w ciemno, co czasami bywa nawet zaskakująco przyjemne.



Jesteśmy w Anglii. Przez kilkanaście godzin nocne niebo rozświetlają przedziwne iluminacje. Wszyscy patrzą z rozdziawionymi gębami na ten pokaz kosmicznych fajerwerków. Niestety, nie ma nic za darmo –  nazajutrz amatorzy świetlnych pokazów budzą się ślepi. Główny bohater powieści miał jednak farta. Kilka dni wcześniej doznawszy urazu oczu, wylądował w bandażach w szpitalu, gdzie nikt nie pozwolił mu nawet wstać z łóżka. Przegapił więc to, co przyczyniło się do nieszczęścia 99,9999999% populacji.

(Widzicie tutaj pewne podobieństwa? Fajny horror pt „28 dni później” zaczyna się identyczną sceną. Niczego nieświadomy pacjent budzi się do walki o przetrwanie w opanowanym przez „zombie” świecie. Taki już los klasyków, że ktoś wciąż do nich nawiązuje…

Inna kwestia, że identyczną symulację – świat ludzi ślepych – przeprowadza noblista portugalski Saramago. Nie wiem, czy dochodzi do mądrzejszych wniosków, ale fakt jest taki, że jego „Miasto ślepców” to nieco wyższa półka.)

Ślepota to jednak nie jedyna atrakcja tego świata. Hodowane przez człowieka chodzące rośliny, tytułowe tryfidy, śmiertelnie niebezpieczne, gdy spuści się je z oka, wyrywają się spod kurateli i zaczynają polować na bezbronnych ludzi. Rośliny te dysponując odrobiną „rozumu”, powoli uczą się na własnych błędach i wykorzystują zdobyte doświadczenia do skuteczniejszego poszukiwania bogatego w białko pokarmu.

Najbardziej ujął mnie w tej powieści główny bohater – zwykły człowiek, który nabywszy w życiu odpowiednie kompetencje moralne, nie jest w stanie w żadnych okolicznościach wykorzystać swojej przewagi nad światem, w którym jako widzący mógłby wszystko. Bohater jest ujmująco staroświecki, po hollywoodzku męski i wychowany tak, by poradzić sobie i z piórem, i z mieczem. No, z karabinem…

Akcja, jakby wbrew potężnemu zapleczu, bo to i postapokalipsa, i walka z „obcymi”, nie gna do przodu. Powoli, dostojnie, rozwija się powieściowy wachlarz. Przygody, zwroty akcji, dramatyczne sytuacje sąsiadują na równych prawach z długimi partiami, w których diagnozuje się albo stan duszy osamotnionego bohatera, albo stan świata, który właśnie przewraca się na drugi bok.

„Dzień tryfidów”, kiedyś być może furtka, by wejść do świata fantastyki, dziś jest powieścią niedzisiejszą. I nie jest to w żadnej mierze zarzut. To w moim prywatnym słowniku określenie zarezerwowane dla zjawisk wyjątkowych, szlachetny, nie goniących za uwagą czytelnika, a cierpliwie czekających na (jednak) dojrzałego odbiorcę. 

wtorek, 18 października 2016

Cicha siła, czyli "Wiersze zebrane" Kornhausera

Juliana Kornhausera wymienia się jednym tchem z takimi autorami jak Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak, Ewa Lipska i Ryszard Krynicki. Ta konstelacja poetyckich gwiazd była głosem pokolenia Nowej Fali. Twórcy, których celem działania była kontestacja zastanej rzeczywistości literackiej i próby uchwycenia mroków PRL-u przy pomocy języka literackiego skrzyżowanego z narzeczami charakterystycznymi dla gazet, przemówień, ankiet, wypracowali łatwo rozpoznawalny poetycki ton, chociaż każdy oddzielnie starał się udeptywać własną poetycką ścieżkę.

Julian Kornhauser był chyba „najcichszym” z wymienionych powyżej twórców. Zawsze gdzieś obok, na drugim planie, zawsze ciszej, nie narzucając się. Autora „Stanu wyjątkowego” chyba zbyt szybko „rozpoznano” i na wieki wieków zaszufladkowany jako nowofalowca, którego ocenia się jedynie poprzez pryzmat znakomitych tomików wydawanych w latach 70. Nie muszę chyba dodawać, że dopiero monumentalne „Wiersze zebrane” są w stanie pokazać pełnię możliwości krakowskiego poety.


Debiutancki tom z roku 1972 („Nastanie święto i dla leniuchów”) zapowiadał narodziny surrealisty. Wiersze tworzą przedziwne mozaikowe skupiska obrazów, poszczególne wersy nie korespondują ze sobą, zaskakują kontrastowymi zestawieniami. Teksty wydają się być wyrwane z czasu i przestrzeni, nie da się ich zakotwiczyć w żadnej konkretnej rzeczywistości. Niespodziewanie jednak kolejne książki z lat 70 przynoszą zmianę – poeta zaczyna przyglądać się społeczeństwu, mechanizmom regulującym jego istnienie, językowym procesom, które za sprawą komunistycznych środków masowego przekazu wynaturzają sam język, a tym samym relacje międzyludzkie. To klasyczny, chciałoby się rzec szkolny, Kornhauser. Wirtuoz.

Lata 80 warto zapamiętać dzięki wspaniałemu zbiorowi „Hurrraaa!”, w którym poeta oddaje głos tym, których oficjalnie nie można było usłyszeć. Bohaterami wierszy stają się zwykli ludzie żyjący gdzieś na marginesach i peryferiach, tam gdzie nie dociera oko kamery, mikrofon redaktora prowadzącego w radiu interwencyjną audycję. Gorzkie, pełne cichej rezygnacji lub niczym nieuzasadnionej nadziei teksty przynoszą obraz obywateli drugiej kategorii, którzy nijak nie umieli znaleźć szczęścia w socjalistycznym raju i informują o tym na swój niezgrabny sposób.

Nieliczne tomy wydane w wolnej już Polsce znów przynoszą zmianę poetyki. Wiersze najczęściej skupiają się wokół jednego obrazu, jednej myśli, którą poeta najczęściej rozwija na niewielkiej przestrzeni kilku zdań. Skromne obserwacje, wyszeptana raczej niż wykrzyczana niezgoda na świat lub potwierdzona skinieniem głowy afirmacja, to cechy charakteryzujące ostatnie dokonania Kornhausera. Delikatne, subtelne, jeżeli nawet nie są odkrywcze, to z pewnością są w stanie dać miłośnikom poezji sporo satysfakcji.

Ta mająca ponad 700 stron książka nadaje się do powolnego smakowania, kontemplacji, namysłu. Nie czytałem jej od deski do deski, od pierwszego do ostatniego tekstu, pozwalałem sobie na swobodną wędrówkę, niespieszny spacer po wszechświecie Kornhausera. Wybierając przypadkowe utwory, co i rusz dziwiłem się, wzruszałem lub podnosiłem ze zdziwienia brwi, gdy zdawałem sobie sprawę, jak wiele wspaniałej i mądrej poezji pozostawało do tej pory poza moim horyzontem poznawczym. 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Koszarowo, czyli "Orzeł biały" Przybyłka

Myśląc o recenzji "Orła białego" Przybyłka, musiałem stoczyć iście homerycki bój z samym sobą, gdyż rzadko zdarza się sytuacja, bym trafił na tak dobrze napisaną książkę, która byłaby jednocześnie tak odległa od tego, czego w fantastyce szukam. Trudno nie podzielić czytelniczych zachwytów nad bogactwem wizji i dynamiką akcji, a jednak zagłębiając się w świat przedstawiony powieści, miałem wrażenie, że znalazłem się na przyjęciu, na którym wszyscy już się doskonale znają, a ja na dodatek pomyliłem i miejsce, i datę spotkania.

Zacznijmy jednak od początku. Przybyłek otwiera powieść w klasyczny dla science fiction sposób – ekspozycja stylizowana na kronikę historyczną przyszłości informuje nas o tajemniczym cudownym specyfiku, który obiecuje namiastkę nieśmiertelności, hamując procesy starzenia. Jednak skutki zażywania tego środka są przerażające – ludzie zamieniają się w zielonoskóre sadystyczne potwory, które gwałcą, zabijają i czasem zjadają tych, którzy jeszcze owej przerażającej metamorfozy nie przeszli. Cały świat pogrąża się w krwawym chaosie. Cały świat oprócz Polski, która tradycyjnie pławiąc się w nieustannych kłótniach, nie pozwoliła swoim obywatelom na legalną kurację N-Genem.

I w taki oto sposób nasz kraj stał się ostatnim bastionem cywilizacji i kultury. Został Twierdzą, która musi teraz bronić się przed hordami nacierających zewsząd zmutowanych i coraz groźniejszych bestii.



Paliwem polskiej literatury nie od dziś jest podobna wizja. Już w "Nie-Boskiej" komedii Krasińskiego Okopy Świętej Trójcy stoczą (przegrany) bój z naporem rewolucjonistów, których nadejście zwiastuje śmierć starego świata i początek nowego, bezbożnego. Mit przedmurza (nie tylko chrześcijaństwa, ale wszystkiego, co dobre) uskrzydla nie tylko pisarzy, ale pcha do na pozór straceńczych misji wszystkich młodych zapaleńców, których ofiarę przypominamy sobie wraz z obchodami kolejnych rocznic powstań i zrywów.

Przybyłkowi z pewnością najbliżej do świata wykreowanego przez Tomasza Kołodziejczaka, który zbudował rzeczywistość „Ostatniej Rzeczpospolitej”. Na kartach takich książek jak "Czerwona mgła" czy "Czarny horyzont" czytamy o Polsce, którą również osaczają odmęty chaosu i armie żądnych krwi bestii. Kołodziejczak potraktował swoją opowieść jak najbardziej poważnie. Można nawet zaryzykować teorię, że jego cykl ilustruje tezę ukutą przez Jana Pawła II o świecie, w którym toczy się zażarta walka pomiędzy cywilizacją życia/miłości a cywilizacją śmierci. Kołodziejczak, mieszając elementy science fiction i fantasy, opowiedział o Polakach stojących na straży tradycyjnych wartości (wiary, tradycji, kultury), dających odpór nawałnicom mroku i barbarzyństwa. Wypisz wymaluj jest to narracja, w którą z łatwością uwierzą widzący Polskę jako kraj wybrany, mający wyjątkową misję do wykonania.

"Orłu białemu" pozornie po drodze z podobnymi wizjami, a jednak Przybyłek zupełnie inaczej rozmieszcza akcenty i od samego początku nie ukrywa, że jego książkę należy czytać z pewnym przymrużeniem oka, mając dystans zarówno do samej historii, jak i jej bohaterów. Galeria postaci jest naprawdę imponująca. Każdej z nich autor buduje mniej lub bardziej malowniczy życiorys. Znamy ich upodobania, fobie, nadzieje i słabości. Zresztą ta kwestia zasługuje na dodatkowe omówienie – przed napisaniem powieści autor zaproponował potencjalnym czytelnikom możliwość wystąpienia w książce pod własnym nazwiskiem. Tak więc przyjaciele pisarza, koledzy po piórze, znajomi z portali społecznościowych zaludnili karty "Orła białego"; jednym przypadła rola dzielnych polskich żołnierzy, innych uszczęśliwiło bycie krwiożerczym orkiem. Bohaterowie są do tego stopnia dobrze „zrobieni”, że szybko przestało mi zależeć na obserwowaniu rozwoju akcji, a bardziej ciekawiły mnie kolejne, coraz oryginalniejsze i intrygujące postaci.

Powieść ta ma przede wszystkim bawić i z tego zadania wywiązuje się doskonale. Militarna odmiana fantastyki błyszczy tutaj olśniewającym światłem, a opisy pojedynków, bitew, starć szczelnie wypełniają strony książki. Pierwsi czytelnicy zwracali uwagę nie tylko na niezwykle dynamiczną akcję, ale zachwycali się również eksplozjami poczucia humoru, które to najwyraźniej objawiało się w dialogach, szermierkach słownych pomiędzy kłócącymi się lub walczącymi żołnierzami. Cóż, być może to prawda, że każdego śmieszy coś innego, gdyż zaledwie kilka razy zdarzyło mi się podnieść kąciki ust. Najwyraźniej tak zwany humor koszarowy (w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego określenia) nie znajduje we mnie właściwego odbiorcy.

Zastanawiałem się, co może być tak zwanym „filozoficznym fundamentem” tej powieści. Co oprócz walki o fizyczne przetrwanie zmusza Polaków do oporu? W imię czego gotowi są poświęcić życie, zdrowie, prywatne szczęście? To odziedziczona po przodkach przekora? Gen niezgody na wszystko, co chce się nam narzucić? Przybyłek każe swoim bohaterom odepchnąć to, co łączy się z dziedzictwem chrześcijaństwa; nie brakuje w  powieści żartów z katolicyzmu, pojawiają się też poważniejsze partie, na przestrzeni których autor (ustami bohaterów) udowadnia, że w wyidealizowanej pogańszczyźnie należy szukać źródeł męstwa, odwagi i honoru. Pojazdy opancerzone, samoloty, broń – to wszystko ochrzczono imionami słowiańskich bóstw. Czyżby autor więc chciał dokonać swoistej rehabilitacji naszych pogańskich korzeni i starał się udowodnić, że w chwilach największej opresji przetrwać możemy jedynie wtedy, gdy wyrzekniemy się osłabiających ducha bojowego ideologii? Chrześcijaństwa?

Powieść już dość silnie rezonuje w środowisku czytelników fantastyki, a dzieje się to z kilku powodów. "Orzeł biały" to doskonała rozrywkowa lektura. Nie rozczarują się nią miłośnicy mocnej, chwytającej za trzewia literatury. Gdyby nie fakt, że zachwycają się nią również czytelniczki, napisałbym, że to prawdziwie męska fantastyka, która jeńców nie bierze. Powtórzę jednak wyraźnie – nie wszystkim tego typu pisanie będzie odpowiadało.

Mimo wszystkich swoich atutów książka zbyt często przypominała mi zbeletryzowany „zapis” gry komputerowej, coś w rodzaju „Warhammera” – mamy świetną grafikę, płynne ruchy postaci na ekranie, masę gadżetów do wyboru dla naszych wojowników, mamy kumpli, którzy wiedzą, co i jak, by zabawa się udała. Ale ja niestety nigdy nie byłem i chyba już nie będę „gamerem”…

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl. Tutaj.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Raczej nudny "Żywot człeka zmałpionego" Chmielewskiego

Tytus, Romek i A'Tomek zbudowali mu dzieciństwo. 

Jasne, czytałem przygody Kajka i Kokosza, Jonki, Jonka i Kleksa, ale to kolejne księgi Tytusa właśnie, które poznawałem w przypadkowej kolejności, potrafiły mnie porwać, rozbawić, zainspirować. 

Czułem związek, rodzaj bliskości w stosunku do trójki moich rysunkowych rówieśników, którzy nie chcieli dorosnąć, tkwili w niekończącym się dzieciństwie i w pełni korzystali z jego praw. Byli niewinni, nieco naiwni, pielęgnowali pewne niedzisiejsze teraz już wartości. 

A na dodatek poczucie humoru, którym skrzyła się każda książeczka (przynajmniej ta wydawana w PRL-u), było tak fantastyczne, że powiedzonkami, grepsami, rymowankami można było popisywać się na podwórku. 

Słowem - pycha, banany w czekoladzie!

Tak więc, gdy znalazłem w księgarni wspomnienia Papcia Chmiela opisujące historię powstania Tytusa oraz perypetie związane z wydawaniem komiksów w epoce słusznie minionej, nie zastanawiałem się ani sekundy. "Żywot człeka zmałpionego" znalazł się na półce "Przeczytać natychmiast!"



Zacząłem i ... cóż... To tyle dobrych wiadomości.

Książka ta potwierdziła dwie reguły, które obowiązują we wszechświecie. 

Po pierwsze, za każdym razem, gdy ktoś, kogo znam z niesamowitego poczucia humoru, bierze się za spisywanie swoich losów lub spowiada się komuś ze swojego życia (co nazywamy dziś wywiadem-rzeką), wtedy dzieje się rzecz dziwna. Humor ulatuje, śmiać się w sumie nie ma z czego, a całość zamienia się w jakąś smętną, przygnębiającą, snującą się ospale opowieść. 

Być może to prawda, że najlepsi komicy, rasowi komedianci i humoryści najlepiej realizują się na polu uprawianej przez siebie sztuki, a to, co nazywamy zwykłym życiem, zamienia ich w szaroburych, nudnych i przewidywalnych osobników. 

Druga reguła jest taka - jeżeli podziwiam czyjąś pracę artystyczną, niech mnie ręka boska broni przez sięgnięciem po biografię danego twórcy. Ja tak bardzo nie lubię poznawać losów artystów, których życiorysy często psują mi odbiór dzieł wcześniej lubianych. I niby nie powinienem łączyć biografii ze sztuką, ale nie potrafię. Nie umiem i już!

Taki pisarz niech mi zostanie nazwiskiem, dźwiękiem, a nie człowiekiem z krwi i kości, który zbyt często upadał, miał trudny charakter, słabą wolę i popaprane upodobania. Wolę nie psuć sobie tymi historiami różnych nazwisk. 

(Chociaż erotyczne upodobania takiego Żeromskiego pasują mi do mąk, jakie jego dzieła zadają czytelnikom...)

Czytając wspomnienia twórcy Tytusa czułem narastające znużenie, irytację i rozczarowanie. Jak to możliwe - pytam sam siebie - że mój heros z młodości może tak nijako (to najlepsze słowo) opowiadać? Tak bez werwy, bez bigla. Powiedzmy, że się stara, ale nie wychodzi, no nie wychodzi.

Jest ciężko. Jakoś nieruchawo. Niby Papcio Chmiel ma fantastyczny materiał do zaprezentowania. Czasy, w których tworzył swoje najlepsze komiksy, były przecież komiczne, absurdalne, niemal surrealistyczne same w sobie, a jednak nie udało się autorowi zamknąć tego wszystkiego w ramy opowieści, która powinna mieć swoją dramaturgię, napięcie.

Jasne, my, fanatycy Tytusa, dostajemy najbogatszą i podaną z pierwszej ręki opowieść o narodzinach, rozwoju i perypetiach uczowieczającej się małpy, ale urodzaj wszelkiej maści szczegółów nie przekłada się na satysfakcję czytelniczą. 

Autor nie przeprowadza żadnej selekcji wśród wspomnień i tak obok naprawdę fascynujących historii, zabawnych dykteryjek znajdziemy pozbawione energii, nudne, zwalniające tempo relacje z podróży po krajach Bloku Wschodniego (i nie tylko), detale dotyczące pracy wydawniczej etc. Cenne i wzruszające są cytowane listy młodych wielbicieli Papciowego komiksu, ale już mniej obchodziły mnie poglądy Chmiela na małżeństwo i rodzicielstwo. Wzmianki o własnych dzieciach, dalszej rodzinie, rozwodzie...

Fakty, anegdoty, opinie, wspomnienia, mnóstwo ilustracji - wszystko to zmieszało się w niestety nieśmieszną całość. Nie jestem ponury jak kierowca Hitlera (to błyskotliwe porównanie świadczy o tym najlepiej), łatwo mnie rozśmieszyć lub wprawić w dobry nastrój, ale Papciowi niestety się to nie udało.

Być może wiekowemu już twórcy zacięło się poczucie humoru? Być może nie wszystko złoto, co podpisano inicjałami taty Tytusa? Wszak ortodoksyjni fani, do których i ja należę, prychają pogardliwie, gdy mają sięgnąć po księgi wydane już w wolnej Polsce, co może być dowodem na powoli ale stale obniżające możliwości twórcze. 

Nie chcę za bardzo glanować tej książki. Nie w czasach, gdy bohaterowie masowej wyobraźni, celebryci, artyści, sportowcy chętnie własne biografie wydają. Papcio ich deklasuje. Dlaczego? Dlatego że podjął się trudu własnoręcznego "spisania" życia, gdy inni podpierają się dziennikarzem, który moderuje rozmowę i nadaje całości ostateczny kształt. 

Podsumowując, "Żywot człeka zmałpionego" można przeczytać, gdy się jest miłośnikiem Tytusa, Romka i A'Tomka. To dla nich ta książka. I chyba tylko dla nich...

czwartek, 28 lipca 2016

Taki las, czyli "Las" Smitha

Kiedyś w każde wakacje czytałem powieści Agathy Christie. Klimat angielskiej sielskiej prowincji, którą na szczęście ożywia soczysta zbrodnia, idealnie komponował się z buzującą kanikułą. Nie robiłem nic, leżałem w ogrodzie rodziców i rozwiązywałem nierozwiązywalne zagadki kryminalne.

Tegoroczne wakacje ukradł mi Guy N. Smith, autor pulpowych horrorów, które święciły tryumfy w naszym kraju na początku lat 90.

Ja wiem, że są lepsze książki i mądrzejsi autorzy, ale ja nie zajechałem jeszcze kobyły nostalgii i funduję sobie te powieścidła z nadzieją na to, że uda się jakoś przenieść w przeszłość na zawsze utraconą, gdy traciłem czytelniczą niewinność, sięgając po książki wydawnictwa "Phantom Press".

Okładka zachodniego wydania jeszcze zachęca...


A polska?

"Las" sprawia nieco lepsze wrażanie niż spora część produkcji angielskiego autora. Dzieje się tak między innymi dlatego, że Smith tworzy dziwną, duszną, niepokojącą atmosferę, jaką może mieć tylko i wyłącznie las pogrążony w oparach mgły. Cóż, wiedział już o tym Goethe pisząc "Króla Olch", ale to temat na inną okazję... W powieści przeplatają się przeszłość z teraźniejszością, duchy ścigają przerażonych śmiertelników, a sen przenika jawę. I nawet jeżeli składniki  tej książki są marne, to Smith komponuje z nich wcale niezły cocktail.

Cóż więc my tu mamy?

Przeklęty zatopiony we mgle las.

Gwałciciela-mordercę, który zrobiwszy swoje, pada ofiarą sił zamieszkujących tytułowym lesie.

Typową prostą umęczoną sercowymi rozterkami biuściastą dziewczynę, która gubi się w tytułowym lesie, a jej tropem rusza narzeczony - strażnik przyrody.

Inną dziewczynę, też biuściastą, ale zapomniałem kim ona dla kogo była. Nieważne... Coś ją goni po tytułowym lesie.

Jest też hitlerowiec, który w czasie II wojny światowej został zestrzelony nad tytułowym lasem i stał się więźniem tytułowego lasu...

Są jeszcze przemytnicy z XVIII wieku, których wciąż na nowo łapią i torturują właściciele tytułowego lasu.

Na deser mamy półzgniłego trupa, który próbuje zgwałcić młodą kobietę, ale z braku przyrodzenia nie idzie mu najlepiej.

Cały Guy...

Przez całą książkę wymienione postacie uganiają się po tytułowym lesie. Raz gwałciciel goni dziewczynę, potem policjant goni gwałciciela, następnie strażnik leśny szuka pierwszej dziewczyny, a drugą dziewczynę gonią duchy, zaś policjanta gonią duchy...

To taki Scooby Doo dla dorosłych, gdzie każdy każdego chce złapać jednocześnie uciekając przed innym zagrożeniem. Wrażenie radosnego chaosu ubarwiają oczywiście litry sztucznej krwi i wnętrzności, które specjaliści od efektów specjalnych znaleźliby w pierwszym lepszym sklepie mięsnym.

Czytelnicy, którzy nie pobrudzą sobie rąk takimi horrorami, a czytanie S. Kinga uważają na największy kompromis, na jaki mogą pójść ze swoimi czytelniczymi gustami, niech trzymają się od Guya z daleka.

On jest mój. Mój i podobnych do mnie perwersów.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Pochwała niewielkiej powieści, czyli "Opowieść o czynach Złego Ducha" Unswortha

Gdy dodamy do siebie 2 i 2, wyjdzie nam 4. Matematyka jest bezlitosna, a ja jako rasowy humanista coś o tym wiem... 

Natomiast gdy dodamy do siebie średniowiecze i powieść kryminalną, coś nam podpowiada, by powiedzieć "Imię róży" Umberto Eco. To narzucające się, pierwsze skojarzenie, którego zignorować w żaden sposób nie można. Ta doskonała, inspirująca, inteligentna powieść na stałe wpisała się w czytelniczą świadomość. 

Na szczęście w literaturze 2 i 2 nie zawsze daje 4. I tutaj pojawia się Barry Unsworth i jego niewielkich (jupi!) rozmiarów książka "Opowieść o czynach Złego Ducha". Powieść idealnie łapiąca balans pomiędzy czystą kryminalną intrygą, filozoficzną refleksją i historycznym tłem.

Trafiamy do XIII-wiecznej Anglii nadgryzanej przez Czarną Śmierć. Czujemy mdlący odór śmierci, tętno teocentryzmu. Zima, śnieg, nadchodzące Boże Narodzenie. Delikatnie naszkicowany, ale wyjątkowo sugestywny świat przedstawiony zostawia czytelnikowi sporo miejsca, by ten mógł dopowiedzieć sobie resztę średniowiecza.

Bohaterem książki jest ksiądz-renegat, który na skutek zbiegu okoliczności trafia do trupy aktorskiej. Przyłącza się do nich i szybko uświadamia sobie, że podoba mu się życie oberwańca i łachmyty, który na scenie może stać się tym, kim chce. 

Aktorzy trafiają do małego miasteczka, którego mieszkańcy żyją zbrodnia, o jaką oskarża się pewną młodą dziewczynę. Na drodze znaleziono ciało małego chłopca, a w domu dziewczyny pieniądze, które ów chłopiec niósł do domu. 2 i 2 daje 4, prawda?

Sprawa wydaje się oczywista, winowajczyni już czeka na egzekucję. Aktorzy jednak powoli uświadamiają sobie, jak wiele nieścisłości wkradło się w opowieść o śmierci chłopca, w którą wierzą mieszkańcy miasteczka. Bohaterowie postanawiają zebrać rozrzucone informacje o okolicznościach zbrodni i wystawić na scenie prawdziwszą wersję historii. 

Atmosfera gęstnieje, a gdy przedstawieniem zaczyna interesować się miejscowy wielmoża, aktorom grozi prawdziwe niebezpieczeństwo...

Okładka jednego z zachodnich wydań.

Ta niewielka książka dała mi sporo satysfakcji. Nie, nie chodzi o jakąś olbrzymią filozoficzną kwestię, którą okraszono rozważaniami na temat Losu i Ról odgrywanych na scenie Teatru Życia. I chociaż można pójść takimi poważnymi tropami, mnożyć odwołania (do chociażby "Hamleta"), sugerować, że "Opowieść..." Unswortha to poważna i dostojna próba pożenienia kultury wysokiej z kulturą popularną, to nic się nie stanie, gdy zatrzymamy się na poziomie pierwotnego i podstawowego czytelniczego odruchu i przeczytamy tę książkę jako dobrą niezobowiązującą lekturę.

Mógłbym, a jakże, mógłbym mnożyć tutaj te interpretacje i erudycyjne fajerwerki śmigałyby aż miło, ale szkoda na to Państwa uwagi. Mógłbym się mądrować na temat spięcia na linii zbrodni i sztuki, którą to sztuka stara się wywlec na światło dzienne i postawić przed obliczem sprawiedliwości, ale nie chcę tego robić.

Książka broni się nie jako wysublimowana i "wielka" literatura, ale przyciąga naturalizmem opisów, wiarygodnością intrygi i (tak, tak) skromną objętością. Przeczytacie w dwa dni, czasu nie zmarnujecie i podacie powieść dalej. 

Ja ją przeczytałem u rodziców i zostawiłem tacie. Powinno mu się podobać.

niedziela, 17 lipca 2016

Z czystym sumieniem, czyli "Drzwi do lata" Heinleina

Tak naprawdę skusił mnie tytuł, nie nazwisko autora, bo Heinlein rozczarował i znudził niemożebnie swoim klasycznym "Obcym w obcym kraju". Natomiast "Drzwi do lata" są po prostu... po prostu dobre. 

Powieść otwiera niezwykła jak na powieść science fiction ekspozycja. Niemal realizmem magicznym pachnie, gdy Heinlein tworzy obraz kota, który zimą obchodzi cały dom, zagląda za każde drzwi, licząc na to, że za którymiś w końcu znajdzie lato zamiast znienawidzonych ciemności, śniegu i mrozu.

Chwyciło mnie to za serce. Nie dlatego, że to akurat kot (od kiedy koty stały się bohaterami internetowej wyobraźni, zaczęły mnie nudzić i drażnić), ale dlatego że silny poetycki i piękny obraz.

Okładka pierwszego wydania. 

Zapytałem więc Heinleina, gdzie mnie prowadzi. Co chce mi pokazać? Gdzie zaprowadzić? Takie wprowadzenie może zwiastować absolutnie wszystko, przyznacie sami.

Na szczęście amerykański klasyk nie zapuścił się na tereny, które odwiedzam niechętnie - dzięki bogom literatury nie musiałem czytać o wojnach w kosmosie, o hiperodległej przyszłości ani o postapokaliptycznych koszmarach. Uff... Dostałem za to lekką przygodową opowieść o zemście oszukanego przez partnerów inżyniera specjalizującego się w konstruowaniu "robotów domowego użytku."

Heinlein w subtelny sposób wprowadza klasyczne dla sf elementy. Akcja dzieje się w nieodległej przyszłości (lata 70 dwudziestego stulecia, samą książkę wydano 20 lat wcześniej), dostępna jest technika umożliwiająca hibernację, podróże w czasie też w pewnym momencie leżą w zasięgu bohatera. Autor nie przesuwa jednak ciężaru powieści na stronę gadżetów, maszyn, futurystycznych wizji. Odwrotnie - czytelnika od samego początku interesuje fabuła, nie rozbuchana scenografia.

Główny bohater to sympatyczny, nieco naiwny życiowo (mógłby go grać główny idealista klasycznego amerykańskiego kina James Stuart) bystrzak, którego żyłka do konstruowania robotów owocuje nielichym sukcesem biznesowym. Jego mechaniczni służący podbijają serca pań domu, które mogą odpuścić sobie sprzątanie, pranie i gotowanie, by robić to, co lubią najbardziej - leżeć i pachnieć.

Niestety nasz bohater wiąże się z niewłaściwą kobietą. Podłe babsko knuje intrygę z przyjacielem i wspólnikiem bohatera, by pozbawić go:

a) pieniędzy,

b) patentów do własnych wynalazków,

c) wiary w człowieka.

Bohater poprzysięga zemstę i "Drzwi do lata" są tej zemsty kroniką. Nie spodziewajmy się jednak feerii okrucieństwa, nawet tego psychicznego. Gdyby tę powieść zekranizować, można by seans obejrzeć po niedzielnym obiedzie.

Dziś już się chyba takich książek nie pisze. Nie znajdziemy w "Drzwiach do lata" za grosz mocnych drażniących odbiorcę scen, nie ma brutalnych siłowych rozwiązań, brakuje erotyki, nikt nie przeklina zbyt dosadnie. Świat jest pastelowy, nawet przyszłość odmalowana jest jakoś tak pocieszająco i ...familijnie (?). Podróże w czasie, zawiłości robotyki, hibernacja traktowane są jak naturalne elementy rzeczywistości, które nie budzą żadnego większego zdziwienia.

Postacie, wyłączywszy podłą intrygantkę i jej kochanka, są sympatyczne i ciepłe. Zaś sam główny bohater to takie ucieleśnienie amerykańskiego pierwszoosobowego narratora - opowiada nam ze swadą, lekko, z obowiązkową nutą cynizmu i ironii o swoich staraniach, by wyrównać rachunki z nieuczciwym przyjacielem. Jest uniwersalny - i kobietę uwiedzie, i robota zbuduje, by ten pozmywał po romantycznej kolacji...

A kot? Ten kot z pierwszych stron książki? Cóż, jest powiernikiem naszego inżyniera, pije piwo imbirowe, walczy o terytorium (nie tylko) z obcymi kocurami i tak naprawdę jest chyba jednym z lepiej sportretowanych w literaturze czworonogów.

Nie umiałem znaleźć patentu dla tej recenzji, spisałem tylko krótkie zanotowane na marginesach tekstu uwagi. Brakuje mi tu formy, ale trudno. Mam nadzieję, że i bez tego zdążyłem Was przekonać, że "Drzwi do lata" to fantastyczny kawałek klasycznej już sf, która jeśli już się miała zestarzeć, to zrobiła to z wyjątkowym wdziękiem.

Polecam. Z czystym sumieniem. Jak najbardziej. 

środa, 6 lipca 2016

12 x Kasandra, czyli "Punkty zapalne" Borowczyka i Larka

Nikogo chyba nie trzeba specjalnie przekonywać, że na świecie dzieje się źle. Ilość przerażających, wstrząsających, wytrącających z równowagi lub w najlepszym razie przejmujących informacji rośnie z dnia na dzień, a dni, gdy nie docierają do nas informacje o zamachach, kryzysach i dramatach, skłonni jesteśmy uznać za szczęśliwe. Historia ewidentnie ruszyła do przodu. Sytuacja jest dynamiczna. Bez wątpienia żyjemy w ciekawych czasach.
Dzieląc to doświadczenie Jerzy Borowczyk i Michał Larek (dwaj badacze literatury związani z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu) skomponowali cykl dwunastu rozmów, które miały przybliżyć czytelnikom opinie znakomitych reporterów, dziennikarzy, polityków na temat stanu świata.

Czy dowiadujemy się z „Punktów zapalnych” czegoś nowego? I tak, i nie. Najatrakcyjniejsze partie tej książki opisują kulisy pracy reporterów wojennych, szpiegów, dziennikarzy wysyłanych na pierwszą linię frontu; wszędzie tam, gdzie pchane ku sobie masy ludzkie gotowe są zabić w imię religii, władzy, ideologii lub przestrzeni życiowej. Śmierć, o którą bohaterowie tej książki ocierali się zdecydowanie zbyt często, ogołociła ich z wrażliwości i pchnęła w otchłań zimnego profesjonalizmu. Mrożą krew w żyłach opisy nieszczęść, degeneracji i barbarzyństwa, które zilustrowano kilkoma celnymi zdjęciami, by te obiegły światowe media.
Ciekawie brzmią kwestie dotyczące roli dziennikarzy i fotoreporterów, którzy zbyt często są wykorzystywani do manipulowania opinią publiczną oraz rozważania dotyczące niejednoznacznej moralnie pracy szpiega.
Rozmówców udało się nakłonić nie tylko do odkrycia tajemnic własnych profesji. Dużą część książki stanowią mniej lub bardziej przekonujące analizy rzeczywistości – konfrontujemy się z teoriami na temat pochodzenia islamskiego terroryzmu, czytamy o błędach Stanów Zjednoczonych i Rosji, a nawet prowadzi się nas meandrami polskiej polityki. I, niestety, jest to słabszy element całości – jeżeli jesteśmy w stanie z zaciśniętymi zębami przetrwać histerycznie brzmiącego Wojciecha Tochmana, który wszędzie wietrzy unoszący się zapach potencjalnego ludobójstwa, to już gorzej sprawa wygląda w przypadku Ludwika Dorna, którego analizy rzeczywistości podszyte literackimi aluzjami zwyczajnie mogą nużyć każdego, kto nie interesuje się siermiężną polską polityką.
„Punkty zapalne” jednak nie do końca mnie przekonały. Nie dlatego, że mówiący w niej zawodowi przecież obserwatorzy świata grają na rozstrojonych instrumentach. Nie. Wybrana dwunastka z pełną odpowiedzialnością wypowiada się na zaproponowane im tematy, a czytelnik może podzielać lub odrzucać ich punkty widzenia. Problem polega na tym, że zebrane głosy stanowią niewielki wycinek pochodzący z przekrzykującego się tłumu rożnej maści analityków, specjalistów i dyżurnych mędrców. Nic nie utwierdza mnie w przekonaniu, że przepytywani przez Borowczyka i Larka wiedzą więcej i widzą dalej. Wszyscyśmy tak samo mądrzy, myślę sobie, zamykając tę książkę.
Jeżeli ktoś chce widzieć w „Punktach zapalnych” lekturę, którą umili sobie wakacyjną labę, gorzko się rozczaruje. Całość książki raczej przygnębia niż pociesza. Jeżeli zaś w czyimś wnętrzu przesiaduje miniaturowy Artur Schopenhauer, który wciąż powtarza, że wszyscy i tak umrzemy, wtedy książka ta idealnie wpasuje się w pesymistyczne nastroje.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Lubimyczytać.pl

sobota, 2 lipca 2016

Dlaczego Kingowi pękają spodnie?

Ilekroć dam szansę Kingowi, tyle razy się sparzę. No ile razy można?! Stąd też należę do nielicznych szaleńców, którzy uważają ekranizacje książek Kinga za lepsze od samych książek. Tak było w przypadku "To", "Martwej ciszy", "Stukostrachów" czy "Sklepiku z marzeniami." 

I tak samo było z "Christine"...

Bohater powieści to Arnie Cunningham, szkolny wyrzutek, twarz jak pizza, okulary, kujon, szachista, uzdolniony technicznie geek. Obiekt agresji miejscowych chuliganów. Archetypiczny wręcz typ, który zawsze w jakiejś amerykańskiej produkcji na temat szkoły i okresu dojrzewania MUSI się znaleźć. Nie może być inaczej.

Arnie ma przyjaciela. Danny to całkowite przeciwieństwo Arniego. Danny to futbolista, członek szkolnej drużyny pływackiej, sympatyczny i umięśniony (znowu) typowy złoty chłopiec, z którego wyrośnie za parę lat ucieleśnienie amerykańskiego snu o sukcesie.

Mamy więc na samym początku parę stereotypowych do granic możliwości bohaterów, których King wrzuca w sam środek fabularnej zawieruchy - łamaga Arnie  przyciągany jakąś mroczną magnetyczną siłą trafia na rdzewiejący wrak samochodu. Uwiedziony (zaczarowany?) możliwościami drzemiącymi w tej kupie złomu, wydaje ostatnie pieniądze i kupuje tytułową Christine - plymoutha fury.

Krok po kroku, powolutku, Arnie ulega fatalnemu wpływowi maszyny, która zdaje się rzucać urok na swojego nowego właściciela. Chłopak zmienia się - wygładza mu się cera, znikają pryszcze, staje się agresywny, a jednocześnie pociągający dla płci przeciwnej. Zdobywa serce (i nie tylko serce) jednej z piękniejszych dziewczyn w szkole.

Wszystko bardzo ładnie nasiąka czernią i czerwienią - barwami horroru.

Sam rysowałem. 

Dodatkowym atutem jest pierwszoosobowa narracja poprowadzona z punktu widzenia Danny'ego. To świetna próbka prozy. King opowiada ze swadą, lekko, rzuca niewymuszonymi żartami, podtyka celne obserwacje obyczajowe i przypomina czytelnikowi, jak to dziwnie jest być nastolatkiem. Ta część powieści ratuje moim zdaniem całą "Christine". Narrator-nastolatek nie może przecież mądrować się, filozofować, szafować pseudopsychologicznymi odkryciami. Po prostu opowiada i brzmi jak stary dobry kumpel.

Niestety czar pryska, gdy King przenosi ciężar narracji na trzecioosobowego pretensjonalnego mądralę, który przygląda się Arniemu i jego piekielnemu samochodowi. I to mnie zawsze w Kingu uwierało - to zasypywanie czytelnika zbędnymi informacjami, szczegółami, detalami... Ten rejestr drgnień duszy, który jest w stanie rozwodnić najszybszą fabułę, nie wnosi tak naprawdę niczego.

Niby akcja pchana jest jakoś do przodu, mamy kilka obowiązkowych zgonów, parę sugestywnych scen, do których pisarz angażuje i morderczą maszynę, i duchy, jednak (niestety) równie wiele miejsca poświęca się tu zbędnemu psychoanalitycznemu gadulstwu.

King staje w rozkroku pomiędzy solidną powieścią grozy, która rzecz jasna nie powinna mieć pretensji do sondowania dusz ludzkich, a na pozór tylko istotnymi rozważaniami na temat fenomenu przyjaźni, miłości, dojrzewania i roli rodziców w życiu młodego człowieka. Niestety, ale zbyt szeroki rozkrok kończy się w przypadku "Christine" pęknięciem spodni.

I dlatego wolę ekranizacje powieści Kinga. Jasne, gubią one sporo z książek, ale przynajmniej idą prostą drogą wytyczoną przez konwencję gatunkową. Straszą i starają się to straszenie wmontować w rzeczywistość dla horroru przeznaczoną.

A same książki? Powtórzmy - straszą, oferują bardzo nośny pomysł na Zło wkradające się do świata przestawionego, jednak zdecydowanie zbyt często strach tonie w mało interesujących psychologizmach i jest przytłoczony grubą pierzyną obyczajowości.

sobota, 25 czerwca 2016

Żaden madafaka nie podskoczy do Polaka, czyli "Smocze koncerze" Sawickiego

Pomysł, by rozegrać stary dobry motyw inwazji obcych na Ziemię w dekoracjach odległych epok, jest niebywale atrakcyjny, a nawet znalazł gatunkowe imię – fantastyka historyczna. Zderzenie zaawansowanej kosmicznej technologii z przaśną, często prymitywną cywilizacją człowieka może uruchomić bardzo ciekawe rozwiązania fabularne; to samograj, który bardzo trudno zepsuć. Do głowy przychodzi chociażby znakomite Eifelheim Michaela Flynna lub stosunkowo mało znana, ale lekka i przewrotna Podniebna krucjata Poula Andersona.

Andrzej Sawicki, pisząc Smocze koncerze, w następujący sposób rozłożył karty: do siedemnastowiecznego Stambułu, stolicy imperium osmańskiego, przybywa delegacja polskich posłów, która ma zamiar uprosić sułtana o złagodzenie narzuconych Rzeczpospolitej warunków pokoju. W tym samym czasie z nieba spadają obcy, którzy powoli przejmują kontrolę nad miastem. W Stambule wybucha panika, a czytelnik powinien zacierać ręce w oczekiwaniu na konfrontację pomiędzy krwiożerczymi obcymi a naszą husarią, u boku której walczą Turcy.



Sawicki, co pokazał już w poprzedniej powieści wydanej w serii „Horyzonty zdarzeń” (mowa o Aposiopesis), wprowadza na scenę ciekawych, nieszablonowych bohaterów. Poznajemy Polkę Dorotę (jej pierwowzorem była awanturnica, która spisała swoje losy w znalezionym w budapeszteńskiej bibliotece pamiętniku). W Smoczych koncerzach kobieta, która przeszła na islam, zajmuje się handlem niewolnikami, a na dodatek jest podwójną agentką, współpracującą zarówno z Turkami, jak i Polakami. Dodajmy do tego fakt, że jest zręczną, obdarzoną intuicją lekarką.

Czytelnicza uwaga skupia się również na jednym z obcych, który opanowawszy ciało tureckiego żołnierza, informuje nas (w partiach prowadzonych w narracji pierwszoosobowej) o celach i naturze najeźdźców. Sawicki sprytnie wymyślił tę postać, gdyż w jednym ciele znajduje się zarówno świadomość i inteligencja kosmicznej istoty, jak i wrażliwość charakterystyczna dla człowieka.

W galopującej fabule, pośród wybuchów, wystrzałów, jęków i zawodzenia miażdżonych Ziemian, udaje się Sawickiemu nieźle rozpisać motywacje postaci, zarysować psychologiczne podłoże i stworzyć wiarygodne portrety ludzi żyjących w XVII wieku. Mamy do czynienia z bohaterami z krwi i kości. Oczywiście na potrzeby literatury popularnej autor powiela stereotypowe wyobrażenia dotyczące sarmatów, polskiej waleczności i brawury. Momentami możemy odnosić wrażenie, że nad Smoczymi koncerzami unosi się duch Sienkiewicza – galeria szlachciców, którzy i wypić potrafią, i zaklną siarczyście, a przy okazji, świszcząc szablami, wroga powalą – to wszystko brzmi swojsko, jakoś tak „naszo”.

Oczywiście najciekawsze jest to, co stanowi o fantastycznym obliczu książki. Bardzo apetycznie jawi się koncepcja inwazji, jaką przedstawił Sawicki. Wielojaźń, którą powołał do życia, to mordercza ekspansywna świadomość, która wchłania w siebie całe cywilizacje, kultury, napotkane we wszechświecie gatunki. Stąd też armia, jaka przybyła podbić Ziemię, składa się z kosmicznych szumowin, sadystycznych, pozbawionych ludzkich uczuć bestii, które w brutalny sposób poczynają sobie z homo sapiens. Tutaj Sawicki wykazuje się sporymi umiejętnościami w kreowaniu atmosfery grozy – jego opisy tortur i groteskowych niemal deformacji, jakimi zostali poddani ludzie, mogą przyprawić o gęsią skórkę. Są autentycznie przerażające i budzą skojarzenia z piekielnymi otchłaniami rodem z Boskiej komedii Dantego.

Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że nie powinniśmy czuć się oszukani zbyt (powiedzmy) łatwym finałem. Smocze koncerze można odczytywać jako rodzaj baśni, opowieść o brutalnej walce Dobra ze Złem, o dwóch zwaśnionych siłach (chrześcijaństwo i islam, Polska i Turcja), które muszą wznieść się ponad animozje, by pokonać przerażającego nieprzyjaciela. Czyż inaczej było w przypadku przywoływanej już Trylogii Sienkiewicza? Tam też przecież obserwowaliśmy zmagania bohaterów z siłami zgoła nie do pokonania.

Jedyny zarzut, jaki można mieć w stosunku do powieści Sawickiego, dotyczyć będzie stylu książki. Nie, nie jest on zły, nieporadny, kulawy. Odwrotnie – rzeczowy i beznamiętny, pełen szczegółów, znakomicie oddaje świat przedstawiony, a jednak czuję (zupełnie podskórnie), że brakuje tej książce ducha – nie związałem się emocjonalnie z żadną z postaci, chociaż uwierzyłem w ich papierowe istnienie. Wszystko, co spotykało naszych bohaterów, teoretycznie powinno mnie jakoś obejść, ale tak się nie stało. Nawet najbardziej zaskakujące zwroty akcji były raczej przewidywalne – nie z fabularnego punktu widzenia, ale jako stałe, typowe dla literatury przygodowej elementy obowiązkowe.

Rzecz jasna moje zarzuty mogą być tylko klasycznym szukaniem dziury w całym i mało kogo interesować będzie jeden drobny mankament, który z pewnością zostanie przesłonięty całą, bardzo dobrą przecież, resztą książki.

+++

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl.