sobota, 1 lutego 2020

Książka to nie pies

Co jakiś czas na czytelniczych stronach pojawiają się brzmiące w niepokojący sposób posty o wyrzucaniu książek. Gros komentarzy wypełnia poczucie bezsilności, bezradności, rozczarowania, złości nawet. "Jak można wyrzucać książki?!" - zdają się wołać ci, którzy po chwili przywołują mroczne sceny z historii cywilizacji - palenie całych bibliotek, cenzurowanie, trzeci obieg... Jak można?!



No właśnie można.

Reminiscencja 1:

ponad 10 lat temu w szkole, w której pracuje moja żona, remontowano bibliotekę. Stare, zakurzone wnętrze wypełnione szczelnie książkami w okładkach z szarego papieru, trzeba było odświeżyć. Znalazły się fundusze na nowy księgozbiór, nowe lektury, stanowiska komputerowe... Kilkadziesiąt kartonów książek wyniesiono na szkolne boisko. Przejrzałem prawie wszystko i zlitowałem się nad wieloma. Uratowałem albo klasyczne teksty (Różewicz, Kott, Kafka...), albo książki sprzed II wojny światowej, a nawet starsze. 

Ustawiłem na półkach w domu licząc na to, że kiedyś pewnie do tego sięgnę. Przyda się. 

Nie przydało się nigdy. W międzyczasie dokonała się rewolucja - Allegro przestało być miejscem, w którym można było szybko i skutecznie sprzedać książki. Na początku lat 2000 błyskawicznie to szło - wystawiałem na aukcję i po tygodniu szedłem z 5 lub 6 książkami na pocztę, by je wysłać. Teraz nawet nowości "porecenzenckie" nie cieszą się wzięciem. 

Kilka lat patrzyłem na te zbierające kurz tomiszcza. W końcu w geście bezradności i wściekłości wyrzuciłem tych rozbitków życiowych na makulaturę. Już bez żalu.


Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył, informuję, że książki stały się takimi samymi towarami jak spodnie, samochody czy telefony. Wyprodukowane, przechodzą przez promocje, regularną sprzedaż, są przeceniane, w końcu trafiają do budy nad morzem, gdzie dostają naklejkę "-70%". Po drodze być może biblioteka. Na końcu przemiał. Takie życie tworów kultury.

Czasem czytam o tym, że Polacy nie mają w domach biblioteczek, nie zbierają książek, nie przekazują dalej kolejnym pokoleniom dzieł, które gromadzi się przez całe lata. No dobrze... Ale chcielibyście, by kolejne pokolenia dziedziczyły po sobie kryminały Mroza lub erotyki Blanki Jakiejśtam? Jaki los przewidujecie dla tych książek? Czy za 10-15 lat dzisiejsze bestsellery nie wypełnią koszy z makulaturą? Dlaczego mam się zżymać, gdy widzę w śmietniku pulpę sprzed 20-30 lat? Kto chciałby taki spadek? 

Reminiscencja 2:

Recenzuję książki. Liczba tych, które dostałem do recenzji, sięgnęła już pewnie połowy setki. Książki dostałem, uczciwie napisałem recenzje i te wartościowe książki zatrzymałem. A co z tymi, które mi nie pasowały? Najwygodniej wynieść do biblioteki. "Czytelniczy dar" - piękny tytuł można zdobyć. I tak robiłem. Ale czasem człowieka dopada wewnętrzny Harpagon i myśli sobie, czy nie sprzedać takiego egzemplarza. No przecież to nowa książka, czytana raz, bez plam po kawie, sosie bolońskim czy kociej sierści. No więc sprzedajemy. I... Moje przygody z handlem książkami są dość nużące i mają jeden morał - niewielu kupuje książki. A ci, którzy kupują, kupują nowe. Nawet na grupach poświęconych tylko i wyłącznie handlowi udawało się coś sprzedać od wielkiego dzwonu. 

Mamy tyle kanałów dystrybucji, że znaleźć akurat moją ofertę jest bardzo trudno. Moje propozycje toną w morzu innych, czasem lepszych, czasem gorszych ofert. Harpagon musiał ustąpić wrodzonemu lenistwu - książki trafiały do bibliotek lub bywały pożyczane znajomym. Na zawsze pożyczane. Książka jako gorący kartofel? Tego jeszcze nie grali.


Finałem tych moich chaotycznych rozważań niech będzie myśl, że chyba pora rozstać się z przeświadczeniem o tym, że książka jest czymś wyjątkowym, a więc należy jej się szacunek tylko i wyłącznie dlatego, że jest książką. Mijam w różnych galeriach handlowych półki z "wymianą" książek. Zatrzymuję się i patrzę. 3/4 tytułów pochodzi z lat 90 lub początku 2000. Te książki nie są "na wymianę", one są do wyrzucenia. 

Ktoś może natychmiast odesłać mnie do wielu miejsc, które przyjmują książki - szpitale, więzienia, domy dziecka, Polacy za granicą. Zgadza się. Tylko trzeba mieć pewność, że ma się siłę, czas i ochotę, by stworzyć listę książek, opisać je, znaleźć placówkę, zapakować, wysłać lub zapakować do własnego samochodu... 

Tak sobie myślę, że książki to jednak nie psy. Nie trzeba chyba szukać im nowego domu, nowych właścicieli. Można bez wyrzutów sumienia wyrzucić te, z którymi nie łączy nas żaden sentyment, nie są ponadczasowymi klasykami, a zawarta w nich wiedza zdezaktualizowała się po kilku latach. 

Tak samo się robi z ubraniami. Marynarki, garnitury, koszule mają nam służyć przez długie lata. Koszulki z głupimi hasłami, robocze bluzy, szorty po kilku sezonach można bez żalu wyrzucić i kupić nowe. 

Tyle. 

wtorek, 21 stycznia 2020

Nic już nie musisz, czyli "Poczuj grunt pod nogami" Brinkmanna

Ta książka to klasyczny przykład paradoksu - z jednej strony reklamowana jest jako antidotum na zalewającą nas falę psychologii pozytywnej, hokus-pokus couchingu, a z drugiej strony idzie ona dokładnie taką samą ścieżką, tylko w przeciwnym kierunku. Radzi, jak nie dać się złapać na lep innych rad. Szczerze powiedziawszy kupiłem tę pozycję w nadziei na uraczenie się pamfletem, na ostrą krytykę, na brutalną rozprawę z myśleniem w stylu: "Jesteś zwycięzcą!" Jestem dość podłą kreaturą i lubię, gdy nie bierze się jeńców.



Troszkę się rozczarowałem, gdyż autor otwiera niemal wszystkie drzwi kluczem, który sam od dawna noszę w kieszeni (co nie znaczy, że umiem się nim posługiwać) - sięga po zdobycze filozofii stoickiej, która również w ostatnich latach stała się tematem kilku "podręczników dobrego życia". Tak nawiasem mówiąc, to boleję nad tym, że stoicyzm tak się spopularyzował i został sprowadzony do paru poręcznych haseł w stylu bądź spokojny, zdystansuj się, zaakceptuj bieg rzeczy. Brzmi to tak, jakby chrześcijaństwo spakować do walizki z napisem "bądź miły dla innych".
No ale nie będę za bardzo marudził, powiedziałem sobie, gdyż na szczęście autor nie buduje swoich koncepcji tylko i wyłącznie w oparciu o mechaniczne przepisywanie antycznych recept współczesnym pacjentom.
Najmilej w moich uszach brzmiał kpiący ton, w jakim autor wypowiada się na temat fetyszy dzisiejszych czasów. Spróbujcie powiedzieć swoim przełożony lub ewentualnym pracodawcom, że nie macie już ochoty dalej się rozwijać, doskonalić, szlifować umiejętności. Że wystarczy Wam to, co już osiągnęliście i co już umiecie. No właśnie... To czystej wody herezja. A spróbujcie zasygnalizować, że Wasza szkoła lub firma nie powinna się "sięgać gwiazd", a po prostu zaakceptować fakt, że samej siebie nie przeskoczy? No właśnie...
Autor również w sympatyczny sposób dowodzi, że narzekanie powinno wejść nam w krew (Polaków nie musi przekonywać, prawda?), gdyż terror naiwnego i automatycznego optymizmu oparty jest na piramidalnej obłudzie. Z drugiej strony zaś zachęca do zakładania i wytrwałego noszenia wszelkich masek społecznych, które czynią nas znośnymi dla otoczenia. Brzmi to nieco jak konkluzja "Ferdydurke". Teoretycznie nic odkrywczego, ale zawsze warto o tym pamiętać, by nie zachłysnąć się "prawdziwym ja", które być może też jest tylko spreparowaną przez nas samych konstrukcją.
Myślmy o śmierci. O przeszłości. Odrzućmy cielęce zauroczenie teraźniejszością (osławiony mindfulness). To kolejne postulaty autora. Jak na moje całkiem sensowne.
Żadne to wielkie, reorganizujące życie, dzieło. Po prostu zgrabnie skrojona i w przystępny sposób podana próbka przemyśleń, w których miesza się chyba jednak trzeźwa ocena naszych czasów, spora dawka filozoficznej wiedzy, szczypta badań naukowych, humor i delikatna zgryźliwość.
Problem z tego typu książkami mam taki, że zawsze szukam w nich potwierdzenie tego, w co już od dawna wierzę. Jeżeli więc nie macie ochoty się dalej rozwijać, cieszy Was miejsce w połowie peletonu, narzekacie na wszystko i w tym szukacie wspólnoty, ta książka potwierdzi, że jesteście we właściwym miejscu swojego życia.

piątek, 3 stycznia 2020

Patointeligencja, czyli "Wiek męski" Leirisa

A wiecie, co jest najzabawniejsze? Ja naprawdę nie pamiętam, dlaczego kupiłem tę książkę. Od roku mniej więcej stała na półce, przeżyła remont, wędrowała z kąta w kąt, aż w końcu ją złapałem i w trzy dni przeczytałem. 

To pamiętnik. Specyficznie rozumiane memuary Michela Leirisa, francuskiego pisarza, etnologa, krytyka sztuki, przyjaciela awangardowych malarzy i poetów. Pamiętnik-sesja terapeutyczna, który miał pomóc autorowi w pełni zrozumieć samego siebie, dotrzeć do najgłębszych pokładów jestestwa, być może uleczyć... "Wiek męski" powstał bowiem jako efekt długiej terapii psychoanalitycznej, której poddał się Leiris w latach 1929-35.

Być może jest to najzwyklejszy w świecie ekshibicjonizm, ale zawsze podejrzewałem siebie o skłonności do odsłaniania się (już samo to zdanie jest tego dowodem). Jednak czy w dzisiejszych czasach owo odsłanianie się ma jakikolwiek sens i wartość? Wydaje się być nudnym rytuałem potwierdzającym, że wszyscy jesteśmy tacy sami, podobne fobie i traumy możemy w sobie nosić, łączą nas nerwice, depresje, niezagospodarowane pragnienia. Odsłanianie się staje się walutą, przy pomocy której płacimy za uwagę innych. A tej chorobliwie potrzebujemy.

Mój ojciec pił, matka wyszła po fajki i nie wróciła, bracia wąchali klej, w wieku dwunastu lat pierwszy raz odprawiłem czarną mszę... Takimi opowieściami wabi się i kaptuje dziś bliźnich. To już nie dziwi. Nic a nic. 

Tak więc "Wiek męski" uznany wszem i wobec za wstydliwe świadectwo młodości francuskiego intelektualisty jawi się dzisiaj jako dość niewinny, raczej bezpieczny zbiór "odkryć". Mogą one rozczulić współczesnego odbiorcę przyzwyczajonego przecież do wszelkiej maści prywatnych obrzydliwości, jakie serwuje mu dzisiejsza kultura. 



Ok, do rzeczy. Książka nie wzbudziła we mnie entuzjazmu, chociaż miała kilka naprawdę fascynujących momentów. Na przykład wzruszająca wyliczanka/litania kobiet lekkich obyczajów, z którymi nie udało się autorowi stracić dziewictwa. Bywał za to przez panny te pogryziony, poturbowany, rozpijany, oszukiwany, zarzygiwał gotowe na miłosne uniesienia łóżko, często nie udało się dowieść męskości w newralgicznym momencie. 

Przyszło mi do głowy, że przed II wojną światową burdele stanowiły wyjątkowo często odwiedzane przybytki i młodzi mężczyźni nie widzieli w podobnych wizytach niczego nadzwyczaj niemoralnego, zaś syfilis (lub inna malownicza dolegliwość) był po prostu wpisany w koszty. 

Z innych przyjemności Leiris opisuje niesamowitą atmosferę panującą w Paryżu po zakończeniu I wojny światowej. Nam data 11 listopada kojarzy się bez wyjątku pozytywnie, pompatycznie i "na baczność", dla francuskiego autora jest to początek hipnotyzującego energetycznego spleenu lat dwudziestych, które kojarzył z inwazją muzyki jazzowej (przypomnijmy sobie "Dancing" Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), snuciem się od knajpy do knajpy, piciem na umór, nawiązywaniem przelotnych platonicznych romansów. Leiris znajduje wtedy przyjaciół - mężczyznę i kobietę - z którymi tworzy przedziwny pozbawiony cienia erotyzmu związek, którego fundamentami była miłość do tańca, igranie ze śmiercią (co i rusz ktoś z tego towarzystwa deklaruje, że idzie popełnić samobójstwo) oraz szeroko rozumiany ekscentryzm. 

Duch "Słońce też wschodzi" Hemingwaya wieje nad tą partią wspomnień Leirisa, ale Amerykanin przy całym swoim mistrzostwie formalnym wydaje się być rozwodniony. Francuz na kilku zaledwie stronach dotknął absolutu, uchwycił tę wzruszającą melancholię młodości, która nie ma z sobą co zrobić. Oj, to jest inspirujące, jest...

Dodajmy do tego jeszcze cudownie poetycki opis Aleksandrii, kilkanaście dziwacznych historii z dzieciństwa autora i... I to wszystko, co uznałbym za godne uwagi. I tak dużo.

Reszta, wciśnięta pomiędzy wyżej wymienione fantastyczne fragmenty, nie budzi już takiego zachwytu. Pisarz znęca się nad mitologicznymi i biblijnymi postaciami, rozpracowuje przy ich pomocy prywatne obsesje, dopasowuje do wydarzeń z młodości, czyni z nich patronów wyborów życiowych. Ciężkie to jak wyjątkowo wytrawne czerwone wino, którym delektują się znawcy i koneserzy. Ja wolę lżejsze, białe, półsłodkie.

Tak czy siak polecam dla wyżej wymienionych atutów. Poważna książka. Można się z nią pokazać w towarzystwie i wzbudzić nielichy szacunek.

Czołem!

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Rzuciłem, zdradziłem, rozwiodłem się z tymi książkami

Dobrym zwyczajem staje się podsumowanie czytelniczego roku. Bilans strat, zysków, rozczarowań, nadziei. Litania tytułów lub nazwisk, które wbiły się w pamięć - na dobre lub złe wspomnienia. U mnie znajdą Państwo listę książek, które mnie pokonały. Padłem w nierównym boju z ich stylem, problematyką, najczęściej liczbą stron. Nie dałem rady sforsować tych rzek, cofnąłem się w połowie lub w ogóle machnąłem ręką, gdy tylko zanurzyłem się po kolana. 



Stawiam sprawę uczciwie - będę pisał o dobrych lub przyzwoitych książkach, które najzwyczajniej w świecie mnie sobą znudziły lub arbitralnie, pewnie niesprawiedliwie, stwierdziłem, że niczym nie są w stanie mnie zaskoczyć. Zgodnie z praktykowaną filozofią będę mógł swobodnie rozmawiać na ich temat w towarzystwie kulturalnych i wykształconych ludzi, którzy nijak nie zorientują się, że ja zaprezentowanych poniżej tytułów nie przeczytałem do końca. Ba! Nawet często nie dotrwałem do połowy... 

No to jedziemy!

Marcel Proust, W stronę Swanna.

Gdy przeczytałem wywiad z jednym z moich ulubionych poetów Johnem Ashberym, okazało się, że jego ulubioną powieścią jest właśnie cykl Prousta. Ashbery mniej więcej wyraził się tak: "Po jego przeczytaniu będzie się mądrzejszym i smutniejszym." A że lubię oba stany, z czego łatwiej mi osiągnąć smutek niż mądrość, zakasałem rękawy i wziąłem stojący na półce pierwszy tom cyklu.

Przeczytałem grubo ponad połowę. Początkowo fascynujące były próby udźwignięcia przez Prousta materii pamięci. Drobiazgowe, jubilersko wręcz bogate zdania potrafiły hipnotyzować, porywać. Opisy rzeczywistości - domów, obyczajów, kościołów, gestów, przedmiotów... Drobinki humoru, subtelny komizm, życzliwe pochylenie się nad słabościami bliźnich - to było naprawdę znakomite. Ale... 

I to jest ból - miłość. Ja mam z tym problem. Nie wierzę po prostu, że ludzie, nawet najbardziej wysublimowani i czuli, są w stanie osiągnąć ten poziom złożoności uczuć, tę skalę półtonów. Czułem się, czytając o duszy Swanna tak, jakby mnie postawiono przed wzornikiem kolorów w markecie budowlanym i zmuszano do szukania różnic pomiędzy kolorem żółtym zwanym "cytrusową energią" a kolorem żółtym zwanym "banana split". 

Dodam, że jestem nieomal daltonistą...

John Wydham, Poczwarki

Lubię tego autora i gdy gdzieś dzieliłem się tym uczuciem, to zaraz wciskano mi tę jego książkę. Przeczytałem połowę. Nie zapaliłem się do reszty. Przerobiłem już w swoim życiu wiele opowieści o postapokaliptycznym świecie, w którym zaczynają panować fundamentalistyczne zasady gry. Małe społeczności, restrykcyjne prawa rodem z biblijnych sekt, opresja w stosunku do inności. 

No i dzieci, które za sprawą tajemniczych mutacji są obdarzone nadnaturalnymi umiejętnościami. Wiecie, czytają sobie w myślach, przesyłają sobie na odległość uczucia. Drżą, by to wszystko nie wyszło na jaw, by dorośli się nie połapali, bo wtedy będzie źle.

Przyznam się, że zacząłem czytać, by dać się przekonać. "To najlepsza książką Wydhama! Naprawdę!" Cóż, miałem odruch jak uczeń, któremu zachwalają dobrodziejstwa Żeromskiego. 

James Herbert, Mgła.

Horror, jakich wiele poznaliśmy w latach 90 za sprawą boomu wydawniczego, który zapewnił dostęp do takich autorów jak Guy N. Smith, Graham Masterton czy wspomniany powyżej Herbert właśnie. 

Fabułka jest prosta jak drut - z rozpadliny (chyba ktoś próbował dowiercić się do złóż ropy czy coś w ten deseń) wydobywa się mgła. Na wyspach brytyjskich to nic nadzwyczajnego, ale mgła ta zamienia ludzi w krwiożercze bestie, które są w stanie w wyjątkowo obrzydliwy, sadystyczny sposób ukatrupić człowieka. Co więcej, nawet krowy rzucają się na okolicznych farmerów, by zadeptać ich kopytami.

Gdy przeczytałem 1/3 książki, zrozumiałem, że nie interesuje mnie, w jaki sposób bohaterowie poradzą sobie ze złowieszczym oparem i ile jeszcze osób zostanie wyeliminowane. Sorry, James...

Poul Anderson, Dzieci wodnika.

Kolejna gorzka nauczka, by nie sięgać po książkę autora, którego poprzednia książka mi się podobała. To bardzo skutecznie osłabia czytelniczy zapał. 

Mamy do czynienia z fantasy, a ja ten gatunek nie za bardzo ten teges. Zaryzykowałem i się doigrałem. Opowieść o ludzie żyjącym na dnie morza i starająca się przetrwać w chrystianizującym się świecie ma wszelkie szanse, by stać się naprawdę fascynującą i wciągającą, ale... Tempo tej powieści jest upiornie powolne. 

Przypominają mi się wszystkie zakłady, jakie przegrywałem z kolegami o to, kto dłużej będzie trzymał głowę pod wodą. Wydawało mi się, że całą wieczność byłem w stanie zatrzymać oddech w płucach, a tak naprawdę było to 20 sekund. Tutaj mam podobnie - czytam i czytam, a tu dopiero 50 stron. 

Stephen King, Bastion.

Czuję się usprawiedliwiony, gdyż powieść ta jest naprawdę kolosalnych rozmiarów. I to mnie przygwoździło. Z definicji nie lubię takich cegieł, nie ufam własnym siłom, więc nie porywam się z motyką cierpliwości na słońce opasłych tomiszczy. Ponadto ze strony na stronę gubiłem wiarę w sens opowieści o sile moralnej ludzi dobrych, ale słabych i nieuzbrojonych, którzy walczyć mają z przerażającą, zorganizowaną armią złożoną z kryminalistów i szaleńców. Nie, po prostu nie...

Wszystko to takie tasiemcowe, prowadzące momentami donikąd, sumiennie katalogujące nikomu do szczęścia niepotrzebne psychologizmy. 

Dziękuję.

Elizabeth Strout, Olive Kitteridge.

Dzięki tej książce udało mi się zadać samemu sobie pytanie, czego tak naprawdę oczekuję od literatury. Po kilku tygodniach spędzonych pewnie nad fantastyką lub horrorami, zatęskniłem za prozą obyczajową. Zwykli ludzie w zwykłych sytuacjach. Realizm, być może coś w duchu "romansu mieszczańskiego", prawdopodobieństwo, życie tu i teraz. 

No i się rozczarowałem. Dlaczego? Nie wiem. Znów ktoś mi polecił. Dobra autorka, podziwu godna tytułowa bohaterka, której sama obecność, niczym dobrego (choć momentami złośliwego) ducha, wystarcza, by rozwiązać problemy bohaterów pewnego małego amerykańskiego miasteczka. Solidna dawna "życiowości", wystarczająco interesujące historie, czułość i wyrozumiałość w stosunku do ludzi i świata. 

I nie dałem rady. Bez powodu. Tego typu książki czytam w ciągu kilku dni lub zostawiam na długie lata. Być może wrócę...


Od 2020 nowe książki, następne rozczarowania lub zachwyty. Wniosek? Słuchać samego siebie, swoich instynktów i przeczuć. I bez wahania rzucać, gdy coś zaczyna nam stawiać bezpodstawny opór.

wtorek, 24 grudnia 2019

Pamiętam, bo przeczytałem "Pamiętam" Brainarda

Na motywie pochodzącym z książki Joe Brainarda "Pamiętam".

Pamiętam wigilię.

Pamiętam, że mieszkaliśmy w dwupiętrowym domu. Na parterze kuchnia, łazienka. Malutkie. Pokój moich rodziców. Na piętrze mój pokój, pokój moich braci i pokój babci.

Pamiętam, że babcia złamała biodro i od lat poruszała się tylko trzymając się ścian. Nigdy już nie wyszła poza dom i podwórko. Nawet do kościoła.

Pamiętam, że cały dzień mama smażyła ryby. Dla mnie i moich braci filety. Nie smakowały nam karpie. Pamiętam zapach oleju i gotowanej kapusty z grzybami.

Pamiętam, że czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. Wypatrywaliśmy jej. Ojciec wychodził na papierosa. To była najbliższa gwiazda.

Pamiętam, że wigilia zaczynała się, gdy usmażone już były ryby. Rodzice wręczali nam opłatki. Nadchodził ten krępujący moment, gdy trzeba było spojrzeć w oczy (nigdy mi się nie udawało) i życzyć sobie wszystkiego. Potem, powłócząc nogami, szło się do babci. 

Pamiętam, że siadaliśmy w trójkę (ja i bracia)  przy stole w kuchni i jedliśmy ryby. Przy stole mogły siedzieć najwyżej trzy osoby jednocześnie. Gdy skończyliśmy, rodzice przynosili nam prezenty. Każdy dostawał to samo - w foliowym worku cukierki, mandarynki, czekolady... Dziękowaliśmy, zwalnialiśmy miejsce w kuchni dla rodziców, a sami szliśmy na telewizję. Być może była to "Szklana pułapka"?

Pamiętam, że około godziny 20 szykowaliśmy się na pasterkę. O 21 była msza, przed którą dzieci odgrywały sceny z historii o narodzeniu Chrystusa. Teatr w teatrze. Kapitalnie się nasiąkało buzującym w powietrzu napięciem. Nie, nie chodziło o mszę. Chodziło o to, by dziecięcy aktorzy nie pomylili swoich kwestii, by nikt niczego nie zapomniał, nie wszedł nikomu w słowo.

Pamiętam, że około 22:30 leżeliśmy już w łóżkach. Bez mycia zębów, podjadając ostatnie mandarynki.

Pamiętam, że nie mogłem przestać tęsknić za takim świętowaniem.

I do dzisiaj nie mogę.

środa, 18 grudnia 2019

Hrabia Henryk z "Panoramy", czyli "Lśnienie" Kinga

Jaki jest sens pisania o tej klasycznej już powieści grozy, która na zawsze wpisała się na wszystkie możliwe listy najbardziej przerażających i sugestywnych dzieł literackich wszech czasów? Nawet w bardzo bogatym i różnorodnym dorobku samego Kinga "Lśnienie" jest "top of the tops"; nie można pominąć go w jakimkolwiek zestawieniu najistotniejszych prac amerykańskiego pisarza. 

Dodajmy do tego obezwładniającą ekranizację Kubricka, który (przyznajmy) nieco zmodyfikował materiał wyjściowy, ale stworzył za to filmowy majstersztyk do dziś analizowany przez różnego rodzaju łowców ukrytych przekazów.

Cóż więcej można dodać skoro ta autentycznie przerażająca opowieść o nawiedzonym miejscu opatulona jest tysiącami recenzji, omówień, interpretacji... Patrzymy na "Lśnienie" z perspektywy tradycji gatunku i z punktu widzenia rozwoju pisarstwa Kinga, przez pryzmat biografii twórcy i.... i tak dalej, i tak dalej...

"Lśnienie" jest jak dotąd chyba najlepszym tekstem Kinga, jaki miałem okazję przeczytać. Nie dziwi mnie pozycja, którą zdobył pisarz, skoro w tak wirtuozerski sposób stopniuje napięcie, rozsiewa powoli sygnały grozy, delikatnie, nie cofając się ani o milimetr, podnosi temperaturę i ciśnienie (jak w piecu pracującym w czeluściach nawiedzonego hotelu). Koncert horroru (jak w "Bolero" Ravela) z każdą stroną brzmi coraz wyraźniej i głośniej. 

No ale to już wszyscy wiemy.




Znamy też ten schemat - rodzina, demony początkowo uśpione w duszy bohatera, podlewane alkoholem, klaustrofobią, pretensjami, zaczynają podnosić łby, kłapać zębami, w końcu gryźć. Znamy też głębinowe zapuszczanie sondy do wnętrza życiorysów postaci w poszukiwaniu zaznanych w przeszłości krzywd, nieprzepracowanych traum, na pozór tylko porozwiązywanych problemów. Ta psychologizacja w przypadku "Lśnienia" nie raziła mnie aż tak bardzo. 

Horrory na szczęście da się również czytać wbrew ich tradycyjnemu emploi. Nie musimy widzieć w nich maszynek do produkcji strachu. To zbyt proste, płaskie, chociaż jak najbardziej naturalne i czasem wystarczające, by rozkoszować się możliwościami literatury gatunkowej. Nie każdy przecież dreszczowiec to "pod spodem" subtelna analiza,  gra z przyzwyczajeniami krytyków i czytelników, autotematyczna zabawka, psychologiczny portret pokolenia, płci czy czegokolwiek, co przyjdzie nam do głowy. 

A więc uparłem się i popatrzyłem sobie na "Lśnienie" jak na dramat psychologiczny. Obdarłem tę historię z wszelkich makabrycznych, nadnaturalnych, czasem groteskowo wręcz przerażających warstw. Przesunąłem na drugi, być może nawet trzeci plan tę ponurą historię hotelu "Panorama", która sama w sobie budzić może niepokój. Cóż mi zostało? Wstrząsająco banalna (co nie znaczy zła lub trywialna) opowieść o aspirującym pisarzu, któremu w rozwoju przeszkadza rodzina. 

Jack coś tam pisał, gdzieś publikował, stukał do (literackiego) nieba bram, aż w końcu ktoś delikatnie uchylił drzwi i pokazał mu świat, do którego chciał wparadować. Stukot maszyny do pisania i szelest papieru tworzyły najsłodszą melodią, wizja demaskatorskiej sztuki, której miał być autorem, przyprawiała skrzydła. Nic dziwnego więc, że perspektywa spędzenia w odciętym od świata hotelu kilku miesięcy była przynajmniej kusząca. 

A jednak wszystko psuje rodzina... Syn cierpiący na niemal katatoniczne ataki, wymagający lekarskiej obserwacji, sikający w portki pod wpływem niejasnych wizji. Żona, której miłość bywa zaborcza, rozpamiętująca wciąż alkoholowe ekscesy męża, jego nieprzewidywalność i porywczość. Obecność kobiety i dziecka unosi się nad Jackiem jak rój much, których nie można przegonić ruchem ręki, trzeba z nimi żyć, tolerować ich słabości, potrzeby, obawy. 

Od samego początku widziałem w "Lśnieniu" odbicie katastrofy, jaka dotknęła hrabiego Henryka, bohatera "Nie-Boskiej komedii". Chłop też miał pod górkę - najprawdopodobniej mierny poeta wymarzył sobie, że będzie w stanie pogodzić obowiązki głowy rodziny z pasją literacką. Przysięgał wierność kobiecie, a romansował z piersiastym widmem, którego prawdziwe, diabelskie, oblicze widziała tylko zdradzana żona. Marzenie o poetyckiej sławie wygasza ludzkie odruchy, zamraża uczucia. Drapieżna obojętność hrabiego popycha żonę wprost w paszczę szaleństwa, zaś syn, jeszcze w łonie matki skażony "poezyjnością", w swoim krótkim życiu zaznaje iście "romantycznych" epifanii - widuje ducha zmarłej matki. Czyż nie jest to dalekie odbicie Danny'ego, synka głównego bohatera "Lśnienia"?

"Lśnienie" kończy się upadkiem Jacka, żona i dziecko ocaleją. Dramat polskiego romantyka odwrotnie - matka i Orcio pierwsi schodzą ze sceny. Te dwa teksty przeglądają się w sobie jak dwa lustra postawione na przeciwko siebie. Pomiędzy zwierciadłami krąży fundamentalny problem - ile ofiar trzeba złożyć na ołtarzu sztuki? Jack i Henryk składają na nim własne rodziny, co jest pewnie ostrzeżeniem udzielonym wszystkim potencjalnym artystom, którzy naiwnie wierzą w to, że można pożenić ogień z wodą, szczęśliwe życie i twórczą pasję.


Niczego nie kończę. Być może ktoś podejmie wątek, podyskutuje, pomyśli. To wystarczy. 

Tradycyjnego, uświęconego tradycją kompozycji, zakończenia nie będzie.

Czołem!

piątek, 29 listopada 2019

Wielogłosy, czyli "Fuga" Szostaka

Wit Szostak jest jednym z najciekawszych współczesnych polskich pisarzy. Droga, którą przeszedł od bycia oryginalnym twórcą szeroko pojętej fantastyki do osiągnięcia statusu cenionego, nominowanego do najważniejszych nagród literackich autora głównego nurtu, jest dowodem wciąż rozwijającego się olbrzymiego talentu i możliwości.

Fuga to powieść zamykająca tzw. trylogię krakowską – cykl książek, przy pomocy których autor stara się sondować polską duszę, zakamarki kultury, kompleksy, zawiedzione nadzieje, (niewykorzystany) potencjał, strukturę naszej zbiorowej pamięci. Tomy trylogii w luźny sposób łączą się ze sobą, ale tworzą spójną całość – przejmującą poetycką i elegijną opowieść.



Tytułowa fuga to słowo wieloznaczne. Miłośnicy muzyki kojarzą fugę z kunsztowną formą, której charakterystyczną cechą będzie powtarzalność pewnych struktur. W psychologii oznacza reakcję ucieczkową pod wpływem silnych, najczęściej negatywnych bodźców. Najbardziej przyziemne znaczenie odnosi się do materiału wypełniającego szczeliny, przerwy pomiędzy poszczególnymi elementami.

Forma tej książki jest precyzyjnie, po zegarmistrzowsku przemyślaną całością i to właśnie ta jej warstwa jest ogromnym atutem. Muzyczność osiągnięta dzięki powtarzaniu określonych fraz, zdań, nawet elementów fabularnych hipnotyzuje czytelnika, a jednocześnie w pewnym momencie lektury zmusza do uważnego śledzenia tekstu, gdyż Szostak umiejętnie moduluje opowieść i pozwala sobie na „odstępstwa” od spodziewanego rozwinięcia – zarówno stylistycznego, jak i fabularnego. Historia (jeśli można posłużyć się tak ogólnikowym określeniem) nie układa się w sposób linearny, nie da się rozpocząć jej rekonstrukcji od zwykłego odtworzenia w pamięci pierwszych opisywanych przez autora wydarzeń. Fuga jest raczej rodzajem literackiego koncertu, w środku którego zajmujemy miejsce i wychodzimy przed jego finałem. Złożoną z ośmiu części opowieścią prezentującą kolejne potencjalne, alternatywne, a jednocześnie uzupełniające się wzajemnie wcielenia głównego bohatera – Bartłomieja Chochoła.

Bohater Fugi przedstawia się czytelnikom jako ostatni król Polski. W tej jednej informacji, po wielokroć powtarzanym oznajmującym zdaniu, kryje się cały smutek powieści Szostaka. Zamknięte są w nim nie tylko patos, z jakim zdarza się Polakom myśleć o swojej przeszłości, jak i ćmiący ból wynikający z przeświadczenia o tym, że już nigdy nie odrodzi się siła, która może nas podźwignąć i, jakby powiedział to Konrad w Wielkiej Improwizacji, „cały świat zadziwić”. Tęsknota za dobrym, światłym, kojarzącym się z mocarstwowością renesansowej Polski, władcą tkwi w nas jak wspomnienie niejasnego, ale głębokiego dobra, którego zaznaliśmy w dzieciństwie.

„Ostatni król Polski” jest starcem, ledwie powłóczącym nogami mieszkańcem Krakowa, którego dość szybko czytelnik zacznie podejrzewać o mitomanię, życie w świecie urojeń do tego stopnia sugestywnych, że mogą odrywać od szarej, mdłej egzystencji i przenosić „duszę utęsknioną” w przestrzenie szlachetniejsze, pełne sensu i znaczenia. Stąd też bohaterowi wydaje się, że ma realny wpływ na politykę, i to nie tylko krajową… Czyż nie odnajdziemy tutaj subtelnego nawiązania do Konradowego marzenia o władzy, jaką tajemnie można sprawować? Czyż snucie wielopiętrowych fantazji na temat własnej (niedocenionej i nie do przecenienia) roli w świecie nie będzie cechą charakterystyczną samych Polaków? Jak się okazuje ten eskapizm, ucieczka przed własną słabością i starością, cechuje nie tylko Bartłomieja Chochoła.

W kolejnych rozdziałach Szostak przedstawia okoliczności, w jakich bohater mógł nasiąknąć przeświadczeniem o własnej, dość egzotycznej tożsamości. Opisuje dzieciństwo, młodość, rodzinny dom… Jednak czy aby na pewno pisze o tej samej postaci? A może rozszczepia jej życiorys, przepisuje na nowo, dodając epizody, modyfikując je, by otworzyć drzwi kolejnym możliwościom fabularnym? Fuga na szczęście na to pytanie nie udziela jednoznacznej odpowiedzi i pozwala cieszyć się obserwowaniem zręczności, z jaką pisarz żongluje kolejnymi „żywotami” Chochoła. Gdy czytamy o tajnym klubie założonym przez zaprzyjaźnionych chłopaków, pobrzmiewają w powieści wcale nie tak dalekie echa literatury kojarzącej się z klasycznymi tekstami Bahdaja lub Niziurskiego. Innym razem, gdy zetkniemy się z narastającym szaleństwem ojca głównego bohatera, bez trudu wychwycimy charakterystyczną dla Brunona Schulza deformację rzeczywistości, zagęszczoną groteskową atmosferę.

Jednak gdy odłożymy na bok zachwyty nad formą i możliwościami stylistycznymi Szostaka, znajdziemy być może nagi sens tej opowieści, przejmująco smutnej, niemal rozliczeniowej. Nad czym pochyla się pisarz? Nad Polską. Nad jej duszą, którą zrodziła tęsknota za wielkością i wyjątkowością. Tęsknota za czymś, co było już niemal w zasięgu Polaków, a potem rozpadło się za sprawą zaprzepaszczonych szans, głupich decyzji, niebezpieczeństw, które ujrzeliśmy za późno.

W ten sposób widziana Fuga kontynuuje szlachetne tradycje polskiej literatury, której przeznaczeniem jest medytacja nad losem zbiorowości i sensem jej istnienia. Szostak cierpliwie przygląda się Polsce i jeżeli nawet nie wyciąga zbyt pocieszających wniosków, nie można przemilczeć tego typu artystycznych wypowiedzi.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

poniedziałek, 25 listopada 2019

Z mysiej perspektywy, czyli "Dom obiecany" Kilwortha

Ze wszystkich nieprzeczytanych w tym roku książek najmniej nie przeczytałem powieści "Dom obiecany" pióra Garry'ego Kilwortha. Sam nie wiem, dlaczego tak łatwo przyszło mi odłożyć ten tekst, który początkowo mnie naprawdę uwiodła. Być może trzeba wielkiej sztuki, by utrzymać moją uwagę na przestrzeni dłuższej niż 250-300 stron. 

I nie, nie żałuję porzucenia jakiejkolwiek książki nawet na 25 stron przed finałem. I nie, nie uważam, że nie mam prawa wypowiadać się o danym tekście, gdy nie przeczytałem całości. 

Nawet nie pytajcie, ile razy napisałem sensownie o książce, którą ledwie napocząłem...

"Dom obiecany" to typowe animal fantasy z całym dobrodziejstwem żywego inwentarza. Bohaterem jest mysz o imieniu Handlarz, którzy wiedzie spokojną i przewidywalną egzystencję w swojskim Żywopłocie. Pewnego dnia śnią mu się głosy przodków, które mobilizują go, by rzucił wszystko i ruszył w kierunku Domu, gdzie rozliczne rozproszone mysie plemiona najwidoczniej czekają na swojego pomniejszego Zbawiciela...



Znakomicie się to wszystko czytało. Żabia (czyli mysia) perspektywa w odświeżający sposób nakazuje nam spojrzeć na wszechświat prowincjonalnej angielskiej posiadłości, którą wypełniają niedostrzegalne dla ludzi istoty - myszy, szczury, sowy, nornice. Cała ta menażeria tworzy odrębny kosmos, wszechświat rządzący się swoimi prawami, tworzący państewka plemienne, religię, przestrzenie sacrum i profanum. Od piwnic po strych uparcie trwa utajone życie. "Gęstość" materii powieści w zdumiewający sposób pozwala ujrzeć w tej historii jakieś dziwne odbicie wielkich epickich narracji ludzkości, opowieści podbitych niemal biblijnym oddechem. 

Początkowo chciałem tę książkę przeczytać dzieciakom własnym, ale brutalne sceny mysich pojedynków, ludzkie sadystyczne dziecko torturujące pochwycone gryzonie lub erotyczne ekscesy bohaterów skutecznie wybiły mi ten pomysł z głowy. 

Dodatkową komplikacją wydawała mi się wielowątkowość powieści. Wszelkie historie o "mesjaszach" starają się nie spuszczać wzroku z protagonisty. To wokół niego koncentrują się wydarzenia, a wątki poboczne służą co najwyżej rozjaśnieniu nielicznych pobocznych korytarzy tekstu. W przypadku "Domu obiecanego" mamy w sumie kilka opowieści konkurujących z głównym, brzmiącym najapetyczniej, wątkiem. I to mnie mocno drażniło, gdyż nie wszystkie pomysły autora wydawały mi się wystarczająco atrakcyjne. 

Cóż... Można sięgnąć i sprawdzić. Ja już sobie tę powieść umieściłem w konkretnym miejscu mojego czytelniczego wszechświata i mogę z całą odpowiedzialnością o niej opowiadać. A Wy po przeczytaniu tego omówienia też już coś tam wiecie...

Czołem!

sobota, 16 listopada 2019

Nura w smugę cienia, czyli "Korzystaj z dnia" Bellowa


Ileż ja miałem przygód z tą powieścią… Najpierw wypatrzyłem jej ciepłą recenzję na jakimś książkowym fanpejdżu. Tytuł „Chwytaj dzień” brzmiał pocieszająco, epikurejsko, mądrze i optymistycznie. W sam raz, by rozproszyć listopadowe odmęty ciemności, mroki, moje coroczne „wertery”, które zamieniają mnie w ponurego skubańca. Jednak im dłużej czytałem tę króciutką książkę, tym bardziej smutek nabrzmiewał, a dojmujące wrażenie zmarnowanego życia zaczynało świdrować we mnie dziury. Czułem się, jakbym posłuchał głupiej rady i leczył kaca, pijąc mocne piwo.

Już miałem uznać „Korzystaj z dnia” za pomyłkę czytelniczą, gdy finał powieści pozwolił mi odkryć jej gorzką sarkastyczną mądrość.



Tyle tytułem wstępu. Teraz do rzeczy – Bellow nie odkrywa żadnej Ameryki, gdy portretuje przeżywającego kryzys wieku średniego (niemal) rozwodnika, któremu los nie pozwolił rozwinąć mikrych skrzydeł. Facet wynajmuje skromny pokoik w hotelu, oszczędności topnieją w zastraszającym tempie, zamożny ojciec nie zamierza pomagać jedynemu synowi, bo złamałoby to zasady, w które wierzył przez całe życie. Ostatnią szansą, by wyjść na prostą, wydaje się być stary gracz giełdowy, którego opowieści o spekulacjach na cenach zboża i smalcu są na tyle przekonujące, że bohater postanawia powierzyć mu ostatnie pieniądze, by te w magiczny sposób zaczęły na siebie pracować.

Nie jeden raz dane mi było czytać (lub oglądać) podobne historie kompromitujące ideę Amerykańskiego Snu. Sukces jednostki oblany jest morzem upokorzonych, zmęczonych, rozczarowanych, balansujących na granicy (auto)destrukcji naiwniaków, marzycieli przeżartych na wylot przez ambicje. Nie jest przyjemnie zaglądać pod podszewkę American Way of Life.

Przypominam sobie gorzkie rozważania Wokulskiego, który snując się po Powiślu, widział ludzi jako „smugę iskier wydmuchniętych przez lokomotywę podczas nocy?… Błyszczą przez mgnienie oka, aby zgasnąć na całą wieczność, i to nazywa się życiem.” Bohater powieści właśnie taką iskrę przypomina. Unosi się przez chwilę na powierzchni życia, niby udaje mu się jakąś szansę złapać, „chwycić dzień”, który powinien na zawsze odmienić jego nijaką egzystencję, ale… Każda szansa wymyka się z rąk, każde zwycięstwo zamienia we własną parodię – brzmi to jak ogólna zasada organizująca skromny wszechświat tej powieści.

Dwie rzeczy dodatkowo mnie dotknęły. Obraz Nowego Jorku. „Stolica świata” skarłowaciała do rozmiaru kilku ulic, na których wije się anonimowy neurotyczny tłum, i hotelu, po którego korytarzach snują się próbujący zachować resztki wigoru starcy. Jeżeli chcielibyście znaleźć bardziej odpychający z powodu swojej nijakości obraz Wielkiego Jabłka, musielibyście się nieźle postarać…

Natomiast gdy przyjrzymy się relacji głównego bohatera z ojcem, to być może ujrzymy wstrząsającą metaforę relacji Boga z człowiekiem. (Nie zagalopowałem się?)  Stwórca, skąpy i kurczowo trzymający się swoich zasad Byt, nie zamierza łamać własnych reguł, by wysłuchać modlitw nieudacznika, któremu w życiu nie powiodło się z powodu fatalnych, ale podejmowanych dobrowolnie decyzji. Jakaś starotestamentowa surowość bije od tej powieści, co w zderzeniu z światłem horacjańskiej filozofii (tytułowe „Korzystaj z dnia”) tworzy przedziwną, ironiczną mieszankę.

Nie chcę zdradzać zakończenia, ale nadmienię tylko, że w wyjątkowo złośliwy sposób Bellow podsumowuje próby , jakie podejmuje bohater, by wyjść na prostą. Uroczystość pogrzebowa, której staje się mimowolnym uczestnikiem, zamienia się w requiem dla wszystkich marzeń i planów, zamysłów i nadziei. Tylko że to nie koniec tortur, jakie przygotował dla niego autor…

Ta krótka książka, którą przy sprzyjających wiatrach przeczytamy w dwa wieczory, na dłuższy czas zepsuje nam nastrój. A gdy mamy już na liczniku przekroczony czterdziesty rok życia i próbujemy dokonać podsumowania osiągnięć życiowych, „Korzystaj z dnia” być może odczytamy jako tragikomicznym komentarz.

niedziela, 27 października 2019

Zmęczony, znudzony, czyli "Ten cholerny Księżyc" Budrysa

Dałem się zwieść. Cóż, zdarza się... Klasyczna w każdym tego słowa rozumieniu powieść autora kojarzonego ze złotymi czasami fantastyki naukowej stała się pułapką, w jaką wdepnąłem i ugrzązłem na kilka godzin, których niestety nikt mi już nie zwróci. Całe szczęście, że liczba stron była "humanitarna" (około 230), bo inaczej nie uniknąłbym czytania tylko i wyłącznie początków i zakończeń kolejnych akapitów.

Krecią robotę odwalili też "polecacze" ze skrzydełek książki - Bester, Blish i Silverberg (niezłe pistolety, prawda?) piejąc z zachwytu, oznajmiają, że "o taką fantastykę walczyli". No nie bardzo, chłopaki, nie bardzo... 

Całość zapowiadała się ciekawie. Czasy zimnej wojny, wyścig pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim o to, kto pierwszy zbuduje przyczółek na Księżycu. Typowe tło, na którym dziesiątki mniej lub bardziej ambitnych historyjek opowiedziano w latach 50 i 60. Cała sztuka polegała jednak na tym, by na tej szachownicy porozstawiać ciekawe figury i rozegrać przed oczami czytelnika niezłą partię. Teoretycznie to całkiem proste. 




Budrys zaczyna od tajemnicy - to sprawdzony chwyt. Dowiadujemy się, że na powierzchni Księżyca istnieją niewiadomego pochodzenia "konstrukcje", które zabijają każdego, kto tylko zbliży się do tych "nieludzkich" struktur. Astronauci (przesyłani na Srebrny Glob drogą radiową - tak, to nie żart) umierają, gdy próbują pokonać przestrzeń najeżoną niewidzialnymi zabójczymi wnykami. Naukowcy postanawiają znaleźć śmiałka, który przesłany na Księżyc nie dość, że nie zwariuje ze strachu, to jeszcze przeżyje całą eskapadę. Śmiałkiem tym jest hiperodważny, silny, zdecydowany, umięśniony i męski niczym Hemingway z Bogartem razem wzięci Al Barker. 

Zarys fabularny sporo obiecuje. Ale szczerze mówiąc, jeżeli o taką fantastykę walczyli, to ja się z tego klubu wypisuję. Cóż z tego, że tzw. czynnik fantastyczny zidentyfikujemy natychmiast (tajemnica na Księżycu, niezwykły wynalazek, dzięki któremu możliwa jest podróż na Srebrny Glob), skoro coś osobliwie ciężkiego przytłacza cały tekst. Coś, co można porównać do długiej nudnej rozmowy z pijanym znajomym, któremu zebrało się na szczerość i w chwili słabości wypłakuje się nam na ramieniu.

Jest w "Tym cholernym księżycu" coś w duchu noir (ale niestety nie jest to dobra wiadomość w przypadku tej książki) - twardziele padają pod ciężarem okoliczności, proszą o kolejną whiskey i przez zaciśnięte zęby zwierzają się ze wszystkich swoich słabości, upadków, wątpliwości... Przez 3/4 powieści bohaterowie (naukowiec, śmiałek i zabójczo piękna famme fatale) tkwią w dziwacznym klinczu. Fabuła nieruchomieje, gdy postacie obrzucają się inwektywami, mierzą się wzrokiem z pogardą, warczą, by w którymś momencie uzmysłowić sobie, że nie mogą bez siebie żyć. Zamiast przygody, melodramatyczne tony, które rozwadniają akcję. Zamiast dyskusji na temat księżycowych niebezpieczeństw, mamy psychoanalizę, którą zarażeni Freudem Amerykanie fundują sobie częściej niż flat white.

Nie polecam. Jedyne, co ratuje tę powieść, to scena przygotowywania kosmicznego skafandra, która kojarzyć się może z przymierzaniem zbroi przez rycerza mającego wjechać właśnie do zaczarowanego zamku, by znaleźć w nim świętego Graala. 

Chyba nic więcej. A to za mało.

PS

Rozczarowanym poleca się antidotum w postaci przygód Mistrza Twardowskiego. Wartościowsze.

sobota, 12 października 2019

Gdzież są niegdysiejsze erekcje, czyli "Serotonina" Houellebecqa


Długo szukałem patentu na tę powieść. Długo za długo. Być może to ślepy upór napędzał mnie, by w „Serotoninie” znaleźć coś, czego nie znalazłem, czytając dobre lub przyzwoite omówienia tej powieści. Cóż, kiepskie też czytałem i prawdę powiedziawszy było ich nawet więcej…

Nigdy jakoś szczególnie nie wabiły mnie powieści francuskiego autora. Odpychała raczej ich skandalizująca aura, zachwyty obłudnych czytelników, którzy oburzali się na flirt z pornografią, jednocześnie nie mieli niczego przeciwko temu, by otaczająca ich kultura kipiała bezwstydem. Że niby zrywa maski cywilizacji Zachodu, a zza tej maski wyziera pustka? Że krytykuje rozpasaną konsumpcję? Syte i leniwe kocury? Lubieżne kotki? Ten podręczny zestaw do „ułożenia sobie Houellebecqua na odpowiedniej półce” wydawał mi się jednak jakoś prawdziwy i odpychający jednocześnie. Ja naprawdę nie muszę czytać książek o tym, co dociera do mnie wyraźniej i głośniej innymi kanałami. W ten oto sposób na całe lata zamknąłem do siebie dostęp do tej prozy. Czytając więc „Serotoninę”, czułem się jak ktoś, kto wchodzi do wody, w której od dawna doskonale pływają inni. Muszę przyzwyczajać ciało do niezbyt komfortowej temperaturę i zajmie mi to dobrą chwilę.



Walcząc z potworną depresją, główny bohater powieści przyjmuje specyfik pobudzający wydzielanie serotoniny. Lek nowej generacji, przepisywany wyłącznie na receptę, wywołuje jednak dość nieprzyjemny efekt uboczny - brak erekcji, utratę zainteresowania kobietami, być może nawet trwałą impotencję. Udręczony bohater zalewany jest napływającymi wspomnieniami udanych i mniej udanych związków, których fundamentem był oczywiście seks, Seks w każdej możliwej i akceptowalnej w libertyńskiej Francji formie. Ciepłe, niemal czułe opisy zaprzepaszczonych szans na szczęście i spełnienie, natychmiast rozbija szczegółami rodem z pornograficznego rekwizytorium.

Ach, gdzież są niegdysiejsze erekcje, zdaje się pytać retorycznie bohater i pewnie sam autor. Ten przetworzony Villonowy topos to coś więcej, niż tylko wyraz bezradności w walce o utrzymanie męskości w jak najlepszej formie. Nie. Tutaj nie pomoże żadna viagra…

Przyszło mi do głowy, że jeżeli fundamentalny dla bohatera problem wyświetlić na ogromnym ekranie, ekstrapolować osobiste nieszczęście na przestrzeń o niebo większą, to czy erekcja nie jest symbolem żywotności, jurność i ekspansji kultury Zachodu, być może całej Europy? A jeżeli uwiąd jest tym, na co cierpi nasz kontynent i jeżeli sam sobie na to solidnie zapracował, przyjmując „leki na doły”, na egzystencjalne specyfiki na pustkę? Jeżeli tak, to co wcześniej napędzało potencję?

Nie wiem, czy brzmię wiarygodnie, ale patrzę na to tak: za cenę równowagi psychicznej przehandlowaliśmy „męskość” – jako kultura przede wszystkim.  

Przypominam sobie również opowieść o śmierci jednego z mitologicznych bóstw. Pan, bo o nim mówimy, lubieżny i jurny, mający kozie nogi, owłosiony na całym ciele jegomość,  gustujący we wszystkim, co się rusza, wyzionął ducha na jednej z Wysp Echinadzkich. Donosi nam o tym uprzejmie Plutarch w swoich „Moraliach”.

Śmierć antycznego bóstwa była zapowiedzią nowych czasów. Pogaństwo właśnie ustępuje przed żywiołem chrześcijaństwa. Pogaństwo zmęczone, wypalone, szamoce się w agonii. Jest noc. Rano zapieje kogut i „będzie wszystko nowe”.

Zrozumiałem zadziwiający passus o bożej obecności, który na pozór na siłę autor doczepił do ostatniej strony powieści. Piękna, niemal ortodoksyjna koda, może być prawdziwym kamieniem obrazy dla wszystkich, którzy cenią w twórczości francuskiego powieściopisarza skandalizujące tony. Moim zdaniem „Serotonina” to przede wszystkim opowieść o umierającej pogańskiej rzeczywistości. O poranionych bezsensem istnienia ludziach, którzy w pogoni za szczęściem (rozumianym w rozczulająco naiwny sposób) są w stanie zrobić absolutnie wszystko, nawet złożyć ofiarę z dziecka (proszę sobie sprawdzić w powieści). To opowieść o pustych i komicznie nieudolnych gestach oporu wobec sił daleko potężniejszych niż pojedynczy zdesperowany człowiek (vide finał konfrontacji rolników z policją i wolnym światowym rynkiem). A jednocześnie te potężna siły są żałośnie mizerne wobec sacrum, które człowiek wypędził ze swojego życia.

Tak, proszę państwa, Houellebecq zapowiada nadejście przesilenia, nadejście czasów, które po śmierci bożka pana mogą zastąpić uschnięty i sflaczały świat.

Być może...

piątek, 11 października 2019

Stowarzyszenie Umarłych Blogerów

Myślałem, że mnie to nie spotka. Myślałem, że będę odporny na chorobę, na którą zapadli w ciągu ostatnich lat obserwowani przeze mnie piszący o książkach. Cóż, padłem jak szczur w Oranie...



Najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi oddającemu się jakiejś pasji, jest utrata poczucia sensu tego, co robi. Gdy wędkarz, miłośnik militariów lub twórca modeli grodów piastowskich z zapałek poczuje, że jego pasja powoli się wypala, prędzej czy później dojdzie do przesilenia. Wóz albo przewóz. Zero lub jeden. 

U mnie tak szczęśliwie się składa, że nikt mi nie płaci za pisanie o książkach. Jestem bezdomny ideowo, nie wiążą mnie żadne nici z żadną "platformą", część pozrywałem z premedytacją i hukiem, część osierociłem po angielsku. Nie dorobiłem się też grona fanatyków-miłośników, którzy spijaliby słowa z ekranu.

Nic mnie nie mobilizuje, ale ja nie lubię się czuć stawiany do pionu, pakowany w kamasze i ubierany w mundur recenzenta. Czuję się wolnym człowiekiem, gdy nie muszę robić tego, czego nie muszę a tylko mogę robić. 

Po części na fakt dezercji z pola wpłynęły procesy, jakie zachodzą na polu "blogerki". Coraz mniej osób pisze (i czyta) dłuższe teksty, książki w Sieci istnieją albo w formie przekombinowanych fotografii, albo jako recenzje sponsorowane, albo przekształcają się we vlogi. Nie pasuje mi nic z powyższej wyliczanki.

Czytam, ale kreślę tylko kilkadziesiąt chaotycznych zdań w notesie, by nie zapomnieć o tym, co przychodziło mi do głowy w czasie lektury. Ze wstrętem myślę jednak o cyzelowaniu tych obserwacji, o rygorze stylistycznym, o szukaniu formy, o wstępie, rozwinięciu, zakończeniu... Odruch wymiotny na samą myśl o.

Gdyby komuś przyszło do głowy, że po prostu obraziłem się na "słabe zasięgi" lub gdyby ktoś chciał mnie strofować, że jestem leniwy i powinienem wziąć się w garść, bo "marnuję się", powiem tyle - przestaje mnie to wszystko interesować. Być może czuję to samo, co bohater jednego z wierszy Czesława Miłosza: 

"Jeszcze jeden rok przygotowania.
Już jutro zasiądę do pracy nad wielkim dziełem."

Codziennie będzie jutro od dzisiaj.

poniedziałek, 9 września 2019

Baju, baju..., czyli "Baśń o wężowym sercu" Raka

Wiek XIX jest nieprzebraną skarbnicą, w której inspiracji szukali zarówno „poważni” pisarze, jak i ci, którzy sięgali po mniej lub bardziej fantastyczną konwencję. Przez ponad sto lat Polska nie istniała na mapach politycznych świata, a więc wyobraźmy sobie rzeczywistość, w której nie utracilibyśmy państwowości. Kilka razy zrywaliśmy się, by sięgnąć po wolność i srogo nas za to zaborcy karcili. A co by było, gdybyśmy wygrali chociaż jedno z powstań ? Szalony romantyzm zachęca do sprawdzenia, rzecz jasna na polu literatury, czym kończy się przesadna uczuciowość, która pchała Polaków do nierozważnych gestów i idealistycznych porywów. Pozytywizm kusi pierwocinami nowoczesności, a także scenografią, która może ukoić tęsknotę za steampunkową stylistyką. A ludzie? Zaklęci w kamienie pomników poeci, artyści, odkrywcy, przywódcy polityczni. Można wziąć pod lupę ich znane biografie, można wywrócić je na lewą stronę, odbrązowić, uwypuklić ukryte w cieniu epizody lub snuć alternatywne wersje życiorysów. Sam pisarz zaś ma do dyspozycji mnogość narzędzi, by ów XIX wiek po swojemu „otworzyć” – od twardego realizmu po fantastykę.


Radek Rak nie przez przypadek zatytułował najnowszą powieść Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli. Wybór takiej, a nie innej konwencji zaważył na całej książce, sposobach jej odbioru i ewentualnej interpretacji. Spowodował, że powieść ta na mocy przypisanych jej cech gatunkowych zawiesza realizm, dowolnie kształtuje elementy świata przedstawionego i ponosi tego wszelkie pozytywne i negatywne konsekwencje.



Tytułowym bohaterem tekstu jest Jakób Szela, literacki sobowtór przywódcy rabacji galicyjskiej. Jeden z najmroczniejszych epizodów w historii polskiej XIX wieku obrósł w ponurą legendę, którą straszono „złych panów”. Stał się przyczyną zrewidowania romantycznej miłości, jaką pokolenie Mickiewicza darzyło lud, który idealizowano, widząc w nim najzdrowszą i najczulszą tkankę społeczeństwa. Posłowie autorstwa dr. Arkadiusza S. Więcha w przystępny sposób przedstawia prawdziwą, a nie wymyśloną na potrzeby „panów literatów” sytuację ludności wiejskiej. Galicja – teatr, w którym rozegrało się w 1846 roku krwawe przedstawienie – była skrajnie biedna, rozorana podziałami społecznymi. Podzielona na przymierających głodem i upadlanych pańszczyzną chłopów oraz na żyjących na ich koszt właścicieli ziemskich. Moim zdaniem posłowie należałoby przeczytać przed lekturą – porządkuje to wiedzę, która przyda się, by za opowieścią Raka dojrzeć okrutną i nagą egzystencję.


Najsilniejszą stroną powieści jest język – przepiękny, bogaty, plastyczny i sensualny. Przywracający wiarę w to, że literatura może nie tylko zachowywać świat przed odejściem w nicość, ale również powoływać do istnienia. Z jednej strony Rak znakomicie stylizuje język Baśni… na ludową gawędę, opowieść snutą w karczmie przy kieliszku, bogato okraszaną wiejskimi mądrościami życiowymi. robi to wyjątkowo zgrabnie, nie dodając balastu uciążliwej dialektyzacji, która mogłaby być zasiekami nie do przebycia dla współczesnego czytelnika. Z drugiej zaś strony język jest liryczny, błyszczy metaforami i ożywczymi porównaniami.


Gdyby Leśmian próbował napisać po swojemu przepisać Chłopów Reymonta, mielibyśmy do czynienia z czymś porównywalnym. Praktycznie na przestrzeni całej książki obcujemy z piękną literacką polszczyzną, która momentami może odurzać czytelnika do tego stopnia, że będzie zadawał sobie pytanie o to, czy przypadkiem nie ma do czynienia z prozą poetycką skupioną na samej sobie.


Fabuła, a przecież właśnie ona jest tym elementem świata przedstawionego, na który najsilniej zwraca się uwagę i który najdłużej zostaje w pamięci, jest opowieścią rodem z klasycznej baśni wkomponowanej w brutalną galicyjską rzeczywistość. To historia chłopaka, który posmakowawszy gorzkiego chleba biedy i niewolniczej pańszczyzny, na mocy baśniowych mechanizmów zdobywa upragniony status pana. Nie mogę oczywiście zdradzić, jakie fabularne meandry prowadzą do tego punktu, ale muszę zaznaczyć, że opowieść tworzy wytrawną mieszaninę baśni, z której co jakiś czas wybudza nas ból uciskanych ludzi, nędza, niesprawiedliwość i sadyzm.


Rak w bezlitosny sposób portretuje szlachtę. Jej głupotę, zacofanie, narodowowyzwoleńcze mrzonki. Warstwa hołubiona przez polską literaturę XIX wieku, grupa będąca matecznikiem polskości, przedstawiona jest (nie bez pewnych przerysowań) jako zbiorowisko okrutników przekonanych o własnej wyjątkowości. Reakcje właścicieli ziemskich na krzywdę chłopów pańszczyźnianych mogą przypominać reakcje plantatorów bawełny w przeddzień wybuchu wojny secesyjnej, zaś los polskiej wsi sprzed czasów uwłaszczenia niczym szczególnym nie różni się od sytuacji czarnoskórych niewolników z Południa Stanów Zjednoczonych.


Problem z tą powieścią możemy mieć wtedy, gdy uświadomimy sobie, że baśniowość – owo cudowne narzędzie do kreowania i podtrzymywania świata, niekoniecznie dźwiga problem wspomniany w posłowiu, wokół którego nabrzmiewa fabuła. Nie jest to opowieść o rabacji galicyjskiej, ale o tym, co robi z niej wyobraźnia współczesnego autora, który fenomenalnie żongluje kontekstami, puszcza oko do wyrobionych kulturowo czytelników, stylizuje, uwodzi polszczyzną.


Szela, persona złowroga i niejednoznaczna, bohater ludowy, nośny symbol skrajnych lewicowych postaw, zamienia się w postać baśniową. W jego przypadku nie da się dojrzeć prawdy o doli chłopstwa, nie skupia on w sobie całej krzywdy, ale tylko (i być może aż) osobistą urazę, urażona dumę; dopiero w drugiej kolejności dostrzeżemy w losach powieściowego Szeli niesprawiedliwość, jakiej doświadczają wszyscy jemu podobni. Tak więc Baśń… jest raczej opowieścią o pielęgnowanej zemście, która za sprawą sił nadnaturalnych mogła się ziścić. Obawiam się, że żadnej prawdy o spiritus movens chłopskiego buntu nie uświadczymy. Skonstatujemy za to, że Szela jest figurą literacką, niczym więcej. Obawiam się również, że obrońcy Rakowego zamysłu będą szczodrze szafowali argumentami, że powieść jest zbudowana na baśniowo-mitycznych fundamentach. Cóż, nie każda baśń i nie każde umitycznienie są z założenia udane i nie wszystkie automatycznie rozgrzesza się z niedoskonałości.


Podsumowując moje uwagi, mogę z czystym sumieniem polecić Baśń o wężowym sercu każdemu miłośnikowi ambitnej fantastyki, który doceni kunszt słowa, „wijącą” się fabułę i dyskretną grę nawiązań oraz kontekstów, którą Rak prowadzi z czytelnikiem. Nie oczekujmy jednak od tej powieści prawdy o rabacji, jej przywódcy i przyczynach wybuchu. Jest ona przefiltrowana tak rzetelnie, że naprawdę zamienia się w tytułową baśń.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl