sobota, 31 marca 2018

Obiady w sejmowej restauracji, czyli "W" Sendeckiego

Ja się z miejsca przyznam - nie lubię poezji Marcina Sendeckiego. O ile pierwszy, legendarny już tom ("Z wysokości"), był dla mnie prawdziwym odkryciem nowego idiomu - zimnej, chropowatej, zdystansowanej i (a jednak) zbudowanej na kontemplacji świata liryki, to kolejne tomy Sendeckiego ilustrowały coraz wyraźniej to, co mnie we współczesnej polskiej poezji drażni. Autor odwrócił się tyłem do czytelnika, wysyłał coraz bardziej zakodowane sygnały, hermetyczność tej poezji mnie odrzucała i sprawiała tyle samo przyjemności, co rozczytywanie kodów QR. Chcąc nie chcąc Sendecki i jemu podobni stali się dla mnie symbolami całego zła, jakie rozrosło się w literaturze, symbolami awangardowej ściemy, której nijak obiektywnie obronić się nie da, ba!, nawet nie da się przyzwoicie spozycjonować, gdyż nie ma czytelnych i wspólnych kryteriów jakiejkolwiek oceny.

(Stąd też poezją takiej Bargielskiej całe stado profesorów mogłoby się zachwycać, ale mnie nie ruszają te jej "przeszywające" teksty...)

Tak więc gdy Sendecki jakiś czas temu dostał sporo pieniędzy i Nagrodę Szymborskiej za tom pt. "W", chodziłem wściekły kilka dni. Z przecieków, jakie mnie dochodziły, wynikało jedno: wiersze z uhonorowanego tomu ściemą pachną na kilometr i w sumie każdy średnio utalentowany właściciel dowolnego edytora tekstu mógłby takie kawałki machnąć. Na dodatek całość mocno zalatywała znienawidzonym przeze mnie konceptualizmem, a więc wiecie...

Ostatnio jednak miałem okazję na spokojnie przeczytać "W" i muszę posypać głowę popiołem... Nie, nie wycofuję się ze swojego stanowiska - wciąż uważam, że książka ta nie jest na tyle istotną, by w jakiś istotny sposób ją nagradzać, ale zaczynam dostrzegać sens w tym akurat poetyckim projekcie Sendeckiego. (Nie twierdzę, że sens tam jest, ale że ja sobie jakieś kropki połączyłem i wyszedł mi ludzik...)

Zastanawiałem się kiedyś, jak to jest, że pamiętam akurat to, a nie coś innego. Banalne? No pewnie! Dlaczego akurat ten faul popełniony na moim rozpędzonym ciele, a nie inny, na innym meczu podwórkowej drużyny? Dlaczego imię tej zakonnicy przygotowującej mniej do Pierwszej Komunii, a nie nazwisko nauczyciela, który wystawił mi ocenę nieodpowiednią z zachowania pod koniec liceum? Pijackie mamroty znad trzeciego piwa, a nie mądre słowa wykładu z kultury antycznej (a obiecywałem sobie, że zapamiętam)?

Kiedyś właśnie pomyślałem sobie, że warto by napisać wiersz (albo cały tom) składający się z owych całkowicie pozbawionych znaczenia zapamiętanych sekwencji, obrazów, słów, nazwisk (konkretnych, ale zupełnie pozbawionych znaczenia dla przypadkowego odbiorcy). Napisać coś, co przychodzi w przypadkowym przebłysku bez związku z czymkolwiek, o czym się akurat myślało, rozmawiało, pisało nawet.



I tak Sendecki zrobił (moim zdaniem). Maszyna pamięci wypluła poecie kilkanaście nazw, nazw własnych, nazwisk, scen, scenografii, a on ułożył z tego pasjans. Od pierwszego do ostatniego wiersza, któremu amputowano kropkę, czytamy specyficzną autobiograficzną układankę zmontowaną właśnie z odpadów, odprysków, ścinków i obierzyn. Czy jest to kolejny głos w niekończącej się dyskusji na temat procesu zapamiętywania i odtwarzania wspomnień? Być może. Nie czuję się kompetentny to rozstrzygać, ale też nie będę wmawiał nikomu, że jestem całkowicie bezbronny w obliczu tych wierszy.

A więc uznajmy roboczo, że "W" (co za wkurzający i jednak pretensjonalny gest z tym tytułem ksiażki!) jest poszatkowanym zapisem podróży do źródeł osobniczego czasu. Co otrzymamy? Serię przyjemnie drażniących wątpliwości: cóż z tego, że bohater tych wierszy spotkał na swojej drodze Wielkie Nazwiska, skoro zazwyczaj wzruszeniem ramion spotkania te się kończyły? Cóż z tego, że ślady Przełomu (1989 rok i okolice) zbiegły się z wchodzeniem w dorosłość podmiotu lirycznego, skoro Przełom ów kojarzy się z kilkoma wypranymi z doniosłości spotkaniami, dialogami?

Nie podejrzewamy oczywiście, że u czołowego przedstawiciela pokolenia bruLionu Historia będzie traktowana z nabożną czcią, no bo nie będzie, a jednak jej ślady znajdują w tych wierszach odbicie - odpowiednio pomniejszone i przepuszczone przez filtr zamysłu autorskiego.

Sam projekt Sendeckiego widzę właśnie w ten sposób - unieważnia się tu nie tylko język dyskursu (ho ho ho, ależ słowo) charakterystyczny dla odtwarzania przeszłości, ale również samą przeszłość przestaje się widzieć jako drogocenny depozyt, czas hartującej się stali. Przeszłość to kilkanaście losowo zapamiętanych zdarzeń, które na mocy naszego widzimisię albo urastają do rangi budujących naszą tożsamość sytuacji, albo przypominają zdjęcia, na których niby jesteśmy, ale za żywy Bóg nie jesteśmy w stanie przywołać okoliczności ich powstania.

Był taki kolega mojego ojca, który za jeden z najważniejszych epizodów swojego życia uważał obiad zjedzony w restauracji sejmowej w towarzystwie prominentnego polityka starej daty. Sendecki również uczyniłby to wydarzeniem kanwą wiersza, ale całkowicie pozbawiłby je znaczenia. Podałby nazwiska, "stopień pokrewieństwa", czas i miejsce akcji, rozparcelowałby uwagę czytelników pomiędzy kilka nieistotnych szczegółów i finito! Tak wygląda spora część wierszy w tym tomie zawartych.

Czasem Sendecki brzmi niepokojąco jednoznacznie i składnie. Kilka elegijnych (niemal sentymentalnych) nut jak kilka kropel z ciemnego nieba użyźnia przestrzeń tej enigmatycznej książki, ale dalej jak okiem sięgnąć terytorium obce, naszpikowane zagadkowymi totemami, które czytelne są tylko dla Marcina Sendeckiego et consortes.

Korciło mnie, by znaleźć i podać do publicznej wiadomości receptę na ten tom: jak należy czytać "W", by rozwiać wątpliwości i pokonać poczucie dezorientacji. Finalnie zrezygnowałem z realizacji tego zamysłu. Kto ciekawy, przeczyta. Zgodzi się? Nie zgodzi z tymi moimi spostrzeżeniami? To nie ma większego znaczenia.

Tak jak większego znaczenia nie ma "W", nie mają go zawarte w nim wiersze, które właśnie z tego powodu znaczenie mają.

Jakieś, jednak...

poniedziałek, 26 marca 2018

Utopić się w piwie, czyli "Pijane banany" Šabacha

Coś mam ostatnio szczęście do autorów, którzy za bardzo szarżują - doprowadzają wybrane przez siebie gatunki lub charakterystyczne cechy danej literatury do takich stężeń, że przestaje mi to wszystko smakować. Za dużo cukru w cukrze, rozumiecie, prawda? 

Tak więc sięgam sobie po kupioną lata temu wspomnieniową powieść Petra Šabacha pt. "Pijane banany" i już sobie ostrzę zęby, gdyż spodziewam się prawdziwej uczty przygotowanej dla mnie w typowej czeskiej gospodzie. Tak... Ja tak bardzo lubię literaturę naszych południowych sąsiadów i moja miłość bywa bezkrytyczna. Zresztą bycie Polakiem niejako skazuje nie na bycie oczarowanym akurat tym, czego na brakuje i widzimy to za płotem. Zazdrościmy dystansu, ironii, rubaszności, miłości do wszelkich przejawów życia, nawet tych durnych, niskich, niemal fizjologicznych. Taki rodzaj zazdrości...Szukam słowa... O! Jakbym widział, że ktoś bezceremonialnie klepie po tyłku pulchną kelnerkę niosącą piwo, ona grozi palcem, ale się śmieje. "Tak trzeba żyć!" - myślę sobie o tym klepaniu, ale nie umiem.



No więc zaczynam czytać te "Pijane banany" - teoretycznie wszystko mi się zgadza. Mamy lata 80, trzech kolegów z jednego podwórka we właściwy sposób przeżywa swoją młodość: piją piwo, rozbijają się "pożyczonymi" samochodami, rozmawiają o dziewczynach i onanizmie, planują wielkie eskapady, z których rzecz jasna nic nie wychodzi, snują się po okolicy i wypatrują okazji, by "coś się działo." Pierwszoosobowy narrator (jeden z chłopaków, rzecz jasna) mieszka z matką i ojczymem-alkoholikiem-rzeźbiarzem, którego deliryczne przygody również przyjdzie nam poznać. 

W gratisie otrzymamy kilka wiarygodnych obrazków z kraju realnego socjalizmu: podszytą strachem pogardę dla reżimu, alkohol, który skutecznie znieczula ludzi zbyt wrażliwych, by pogodzić się z wszechobecnym zakłamaniem, rozwarstwienie społeczeństwa budzące słuszny pomruk niezadowolenia - tak to mogło wyglądać, temu wierzę.

Nie powiem, momentami śmiałem się jak nienormalny, gdyż ilość autentycznie komicznych scen, dialogów i monologów wewnętrznych jest olbrzymia. "Czy rozumiesz fenomen łyżki? To dzieło geniusza!" - mówi pijany bohater, obracając w palcach rzeczony przedmiot. "Jaki znowu fenomen?! A czym byś chciał jeść zupę? Widelcem?!" Tego typu dialogi zawsze mnie bawiły, tym bardziej że w stanie wskazującym też zdarzała mi się z głębinową fascynacją obserwować na przykład złożoną naturę klucza nasadowego... Ech, stare dobre czasy.

Ta niewielka książeczka odsłoniła mi jednak pewną prawdę o mnie-czytelniku. Nie daję rady udźwignąć zbyt dużej ilości zgrywy. Šabach wciąż się wygłupia, zatapia każde doświadczenie egzystencjalne w hektolitrach piwa, finalnie osławiony czeski dystans sprawia, że rozwadnia się to, co dla człowieka jest ważne. Wzniosłość nie tylko kojarzy się z kategoriami estetycznymi, ale kwitnie w nas w pewnych szczególnych momentach życia. "Pijane banany" niestety wykreśliłyby z naszych biografii tego typu doświadczenia.

Ja wiem, że to nie do końca uczciwe oskarżać autora w sumie humorystycznych opowieści o to, że nie jest poważny, ale uwierzcie mi - ja już taki nienormalny jestem, że nawet w książkach o stalinowskich łagrach chciałbym znaleźć coś, co podniesie mi do góry kąciki ust...

środa, 7 marca 2018

Steampunk przedawkowany, czyli "Światy Alonbee" Maszczyszyna

Gdy kończyłem czytać pierwszą część trylogii Jana Maszczyszyna pt. Światy solarne, miałem wrażenie, że poprawnie rozszyfrowałem zamiar autorski twórcy. Chciał on zbudować świat przedstawiony, który w pełni realizowałby założenia steampunkowej poetyki, dostosować sposób prowadzenia narracji oraz język do rzeczywistości, którą czytelnicy uznaliby za dziewiętnastowieczną, okrasić całość nawiązaniami do ojców założycieli fantastyki: Verne’a i Wellesa. Gdy zmieszać te wszystkie składniki, teoretycznie otrzyma się tekst, który uznamy za steampunkowy. Tak naiwnie sądziłem… A jednak coś nakazywało mi jeszcze raz przemyśleć sprawę. Zacząłem się zastanawiać, czy może istnieć coś takiego jak zbyt duża ilość steampunku w samym steampunku? Czy można przeszarżować, przelicytować się? Czy, w końcu, można zagłaskać czytelnika oferowanymi mu atrakcjami?

Pierwsza powieść Maszczyszyna przenosiła nas w rzeczywistość rodem z rojeń i majaczeń, w mniejszym zaś stopniu z fantazji i świadomie snutych wizji, twórców karmiących się obiegowymi wyobrażeniami utworzonymi w XIX wieku. Pierwszy tom wrzucał czytelników na naprawdę głęboką wodę, w której musieli się szybko nauczyć pływać, by czerpać przyjemność z obcowania z tą niezwykłą i dziwną książką. Na każdym bowiem piętrze tekstu Maszczyszyn stworzył dopiętą na ostatni guzik trójwymiarową wizję, którą przedstawiał przy pomocy precyzyjnych i szczegółowych opisów. Ktoś (niestety nie ja) obdarzony wyobraźnią umożliwiającą złożenie sobie tego świata „w głowie”, poczułby się zaproszony na fantastyczną ucztę, na której odurzono by go gęstą, zawiesistą koncepcją.

Fabularne nawiązania do klasyków gatunku były bardzo czytelne i w sumie oczywiste (inwazja z kosmosu, podróże międzygwiezdne, życie na obcych planetach zamieszkanego Układu Słonecznego), ale całość zręcznie broniła się za sprawą kreacji głównych bohaterów oraz osobliwego stylu, który starał nadążyć za wyobrażeniami na temat tego, jak powinien wyglądać język i sposób myślenia dżentelmenów rodem z belle époque.



Druga część trylogii Maszczyszyna pt. Światy Alonbee kontynuuje szaleńczą podróż, którą zafundował czytelnikom pisarz. Dostają oni dokładnie to, czego mogli się spodziewać, mając w pamięci część pierwszą. Dostają to, a nawet dużo więcej, gdyż autor podniósł do potęgi wszystkie elementy, które sprawdziły się w poprzedniej odsłonie cyklu. Znów będziemy mogli towarzyszyć sir Ashleyowi Brownhole’owi, naszemu przewodnikowi po iście surrealistycznej rzeczywistości Układu Słonecznego, chociaż pewną odmianą stanie się wyczuwalne przesunięcie punktu ciężkości powieści na jego córkę – Asperię, której dojrzewanie będzie obserwować.

Nawet w „normalnym” świecie przedstawionym moment wychodzenia z dzieciństwa, odkrywania samego siebie, burza hormonów jest katalizatorem przeróżnych pełnych napięcia sytuacji, a więc możemy sobie wyobrazić jak może wyglądać ten proces w niemal onirycznej rzeczywistości Maszczyszyna. Nie chcąc psuć przyjemności potencjalnym czytelnikom, zaznaczę tylko, że ani Asperia zwykłą młodą dziewczyną nie jest, ani jej ojciec nie będzie radził sobie z problemami natury wychowawczej w uświęcony tradycją sposób. Odbiorcy przyzwyczajeni do schematów obowiązujących tam, gdzie pojawia się motyw konfliktu pokoleń, poczują obłędną satysfakcję, gdy zacznie do nich docierać, jak bardzo można go zmodyfikować i odkształcić.

Rzecz jasna powieść mająca niemal pięćset stron, dla której autor chce znaleźć miejsce w szeroko rozumianej literaturze popularnej musi zaproponować czytelnikom coś więcej niż tylko opisy relacji ojciec-córka. Ci, którzy liczą na silniejsze podniety, nie zawiodą się. Światy Alonbee rysują bowiem panoramę wszechświata wypełnionego eterem, dzięki któremu możliwe są podróże pomiędzy zaludnionymi planetami. Pluton, jego satelita, Mars – miejsca te pęcznieją od osobliwości, z którymi konfrontuje się główny bohater. Duch wielkiej, nieco staromodnej przygody, napędza całą historię. Co i rusz czytać będziemy o międzygwiezdnych bitwach, potyczkach, wojażach, dzięki którym w pełni docenimy nieskrępowaną wyobraźnię pisarza. Niebezpieczne eskapady szybko stają się chlebem powszednim bohaterów, a niedające się przewidzieć rozwiązania fabularne dość długo podtrzymują uwagę czytelników.

W tym miejscu muszę wrócić do wątpliwości, które zacząłem sygnalizować na początku omówienia. Wydaje mi się, że Światy Alonbee stworzył ktoś, komu tak naprawdę fabuła do szczęścia potrzebna nie jest, gdyż o wiele bardziej przejęty bywa tak zwanym światotwórstwem, badaniem granic wytrzymałości świata przedstawionego, który składa się nie tylko ze swoich oczywistych elementów, ale wypełniają go również pierwiastki dziwne, zaskakujące, momentami zbyt osobliwe, by czytelnik mógł poczuć się proszonym gościem w miejscu zaprojektowanym przez Maszczyszyna. Teoretycznie pomiędzy okładkami powieści odkrywamy steampunkową rzeczywistość, ale kto wie, czy ta odmiana fantastyki pod naciskiem konceptu autora nie zmieniła się w jakąś nową, zupełnie efemeryczną jakość? Być może jest to już „poststeampunk”, wynik nie tylko poszukiwań wewnątrz gatunku, ale bardziej świadectwo tego, że dalej już po prostu nie można poprowadzić tej konwencji?

Proszę mnie źle nie zrozumieć – tę powieść czyta się naprawdę dobrze, ale niestety może istnieć ryzyko, że poczujemy znużenie, gdy nasza wyobraźnia zacznie męczyć się gonitwą za wyobraźnią autora. Przypominam, że prawdziwe i dobre espresso podaje się ze szklaneczką wody. Maszczyszyn zaś wody nie przyniósł...

niedziela, 4 marca 2018

Shopping w piekle, czyli "Sklepik z marzeniami" Kinga

Z podań i legend, którymi częstowały mnie panie nauczycielki w podstawówce szczególnie zapamiętałem sobie opowieść o szukającym skarbów młodzieńcu, który trafił pewnego razu do niezwykle tajemniczego zamczyska, gdzie przywitano go z honorami; panowie upudrowanych perukach i damy bladolice kłaniali mu się zapraszali do wspólnego biesiadowania. Ucztowano przy suto zastawionych stołach, lało się wino, parujące michy pełne jedzenia pojawiały się znikąd. Naiwny bohater zaczynał czuć się częścią tego cudownego świata, gdy nagle zapiał kogut (wszyscy wiemy, co w baśniach oznacza ten moment). Oczom przerażonego młodzieńca ukazał się taki oto widok: dostojne towarzystwo zamieniło się w grupę potrząsających kośćmi szkieletów, słodkie wino stało się breją zaczerpniętą z gnijącej kałuży, potrawy, którymi wcześniej raczył się śmiałek, stały się najzwyczajniejszym gównem.

Mogłem coś pomylić, pomieszać szczegóły, ale morał pozostaje ten sam: gonitwa za złotem zawsze kończy się w ten sam sposób. W tej ludowej wizji świata widać echa ewangelicznych słów świętego Pawła o tym, że wszystko bez Chrystusa jest krótko mówiąc odchodami. Innymi słowy, chciwość nie ma zbyt dobrej pracy prasy i co chwilę jakiś moralizator zdejmuje pasa i sprawia tęgie lanie temu grzechowi głównemu.

Zabawnym może się wydać fakt, że King, który jest dyżurnym krytykiem zinstytucjonalizowanej religii oraz tego, co robi ona z ludźmi, napisał powieść, którą (przy zachowaniu pewnych proporcji i kilku interwencjach cenzury) mogliby czytać uczniowie w ramach katechezy lub zajęć z etyki.



Pisarz przenosi nas do swojego ulubionego stanu, do Maine, do niewielkiego miasteczka Castle Rock, które w żaden sposób nie ma się wyróżniać spośród innych mieścinek rozsianych na przestrzeni całych Stanów Zjednoczonych. W znakomitej ekspozycji King oddaje głos anonimowemu przewodnikowi, który chwyta nas za rękaw (nas, przyjezdnych) i oprowadza po nie mającej dla niego tajemnic przestrzeni. Rzuca nazwiskami, szkicuje relacja, widzimy wszystko jednocześnie z „góry” i z „dołu.”Mamy przed sobą panoramę, ale gdy skupimy wzrok, odsłaniają się przed nami szczegóły: sekrety, niezabliźnione rany, niskie pobudki, brudne pragnienia. Gdy nie czynnik mocno nadprzyrodzony, King mógłby snuć obyczajową opowieść bez wyraźnego początku i o mglistym finale.

„Sklepik z marzeniami” to jednak horror i coś musi zakłócić powierzchowną sielankę miasteczka. Wszystko zaczyna się zmieniać za sprawą gościa z zewnątrz. Pamiętajmy, że małe miasteczka zawsze zagrożone są detonację, gdy element z zewnątrz zakłóci delikatną równowagę mikroświata takiego Castle Rock na przykład. Ową iskrą jest elegancki światowiec, handlarz starzyzną, który otwiera w miasteczku sklep, a na szyldzie sklepu pysznią się słowa „Przydatne rzeczy.” Od początku czujemy, że ów obcy nie może być kimś zwyczajnym – posiada przedmioty, za którymi tęsknią od zawsze mieszkańcy Castle Rock, a przedmioty te są symbolami ich marzeń, pragnień, stłumionych obsesji, dziecięcych fantazji.

Jak każdy handlarz, pan Gaunt chce ubić dobry interes, a więc wykorzystując słabości, obsesje i namiętności swoich klientów, proponuje im osobliwy interes: w zamian za przedmioty pożądania żąda jedynie niewielkich psikusów spłatanych znajomym, przełożonym, rodzinie… W mieście wybucha więc epidemia bezsensownych na pozór złośliwości, która szybko przeobraża się w lawinę agresji. Akty zemsty doprowadzają do kolejnych i kolejnych tragedii, a mieszkańcy Castle Rock albo rozkoszują się nabytymi przedmiotami, albo idą właśnie spłacić dług zaciągnięty u diabelskiego sprzedawcy, który trzyma w szachu coraz większą liczbę ludzi nie zdających sobie sprawy z tego, że wpadli w iście szatański pułapkę pożądania...

Ja mam z Kingiem wybitnie nie po drodze. Najczęściej. I masę mam argumentów, by unikać jego książek. A jednak czasem potrafi on napisać powieść, którą da się czytać na niemalże poziomie przypowieści. „Sklepik z marzeniami” jest takim właśnie tekstem – obszerną, miejscami niestety przegadaną przypowieścią o durnym pożądaniu durnych rzeczy – kolekcjonerskich kart baseballowych, wędki, lisiej kity przyczepianej do anteny samochodowej… W imię tych przedmiotów i ulotnych wizji szczęścia zwykli ludzie gotowi są wydrapać oczy każdemu, kto wejdzie im w paradę. A handlarz o ujmujących manierach i zadbanych dłoniach potrafi zamienić się w prawdziwą bestię (w rynsztunku godnym horroru), gdy którykolwiek z usidlonych klientów próbuje zerwać przedwcześnie umowę… Tak to już bywa z cyrografami.

Grozy mamy pod dostatkiem – i tej dosłownej (krew, dużo krwi, demoniczna natura Gaunta, krew, Gaunt zjadający surowe szczury… Czujecie, takie w ten deseń atrakcje), i tej bardziej wyrafinowanej, polegającej na powolnym, ale nieustannym zagęszczaniu atmosfery zagrożenia, przed którym uciec nie sposób. Zło zdaje się tryumfować. Jak wiele razy w historii – historii małych miasteczek i olbrzymich imperiów, które szarpane są tymi samymi zepsutymi instynktami.

Minusy? Nie, zakończenia nie zdradzę. Nie powiem, że jest nadspodziewanie słabe i blade w porównaniu resztą powieści. Niestety, King znów pozwolił rozleźć się znakomitemu pomysłowi. Nie dość, że wprowadził na scenę zbędnych i męczących bohaterów (twórcy ekranizacji na szczęście zrezygnowali z kilku wątków), to jeszcze ostatnie partie powieści zahaczają o groteskę – wszystko spływa krwią, płonie, wybucha, a kule świszczą nad głowami mieszkańców, którzy wydali sobie wzajemnie ostateczną bitwę. Niestety, wizja regularnej potyczki pomiędzy katolikami a babtystami raczej śmieszy swoim nieprawdopodobieństwem, niż przeraża lub zmusza do jakiejkolwiek refleksji. (Tak mi się wydaje, że King po prostu cieszył się jak dziecko, gdy mógł opisać wyznawców zorganizowanych kościołów, którzy skaczą sobie do gardeł.) Tak więc znakomity horror pod koniec skręca w stronę dzikiego i niezorganizowanego finału, który tylko przy ogromnej ilości dobrej woli uznamy za przemyślany i celowy.

A jednak należy po tego Kinga sięgnąć. To na pewno jedna z lepszych powieści tego autora i gdybyście szukali historii, która piętnuje pożądanie (a może nieokiełznany konsumpcjonizm), to proszę bardzo.

Dodatkowym smaczkiem jest hołd oddany Lovecraftowi. Gdzie? Jak? Szukajcie, a znajdziecie. W pewnym garażu.

Czołem!

piątek, 2 marca 2018

...i nie zmienia się nic, czyli "Tatko i ja" Sawaszkiewicza

Nie wiem, co Państwo o tym myślą, ale moim zdaniem im ktoś bardziej rzetelnie i werystycznie stara się oddać rzeczywistość, w której żyje, tym boleśniejszą finalnie porażkę może ponieść. Lądują takie teksty na cmentarzysku literatury wśród innych książek, które starały się uchwycić "puls epoki" i nikt po nie nie sięga.

Są też utwory, które ubierają epokę w bezpieczną otulinę wspomnień, snują raczej fantazje o przeszłości, niż wiarygodnie ją opisują. Autorzy takich tekstów wydają się być rozgrzeszeni z nieścisłości i przeinaczeń, wszak nikt nie powinien się czepiać dowodów rzeczowych znalezionych w odmętach pamięci.

Są też książki, które chyba przypadkiem stały się dokumentami swoich czasów. Jakoś tak od niechcenia uchwyciły ich wibrację i chyba więcej o nich mówią, niż poważne relacje poważnych twórców.

Można w tym miejscu pomyśleć o wielkim Stanisławie Barei, który zrazu niedoceniony przez współczesnych mu krytyków, dziś wspominany jest jako niezrównany obserwator PRL-u i jego absurdów. Tak, takie "Alternatywy 4" więcej chyba mówią o tamtych czasach niż pół tuzina filmów spod znaku moralnego niepokoju.

Dlaczego piszę ten nudny wstęp? Ano dlatego, że przeczytałem kiedyś w kolejce u lekarza króciutką książeczkę Jacka Sawaszkiewicza pt. "Tatko i ja", która jest zbiorem satyr portretujących Polskę przełomu lat 70 i 80. Sawaszkiewicz kojarzony jest przede wszystkim jako autor opowiadań i powieści science fiction, ale lepiej zapisał się w mojej pamięci za sprawą wspomnianego powyżej dziełka.



Bohaterami są... No, tytuł mówi wszystko. Pracujący fizycznie, samotnie wychowujący dziecko ojciec i jego syn, dziecko (na moje oko) dziesięcioletnie. Tej (nie)zwykłej parze zdarzyło się żyć w kraju, który przypomina połączenie drogi krzyżowej z labiryntem.

Prawem satyry jest odkształcanie rzeczywistości tak, by wyśmiewane wady znalazły się na pierwszym planie, niemal podnosiły się z kartki i skakały do oczu. Ma być przegięcie, ma być groteska. Sawaszkiewicz doskonale wywiązał się z tego zadania. Czytamy więc o ludziach, których odbiły krzywe zwierciadła.

Tytułowi bohaterowie to skrajnie naiwna para dobrodusznych i uczynnych idealistów, którzy z całym dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to, że żyją w takim a nie innym świecie. Coś (przy zachowaniu odpowiednich proporcji) z Kandyda (z "Kandyda") znajdziemy w tych niepoprawnych optymistach, którzy dają się wykorzystywać i wierząc w dobre intencje, gotowi są pomóc każdemu i zawsze bez względu na to, jaki obrót przejmowałyby sprawy.

Sąsiad prosi o skombinowanie gipsu z budowy? Proszę bardzo! Dziennikarz chce przeprowadzić wywiad na temat sposób spędzania wolnego czasu w karnawale? Mówisz-masz.

Cóż z tego, że finalny obrót spraw najczęściej jest niekorzystny dla naszej pary, skoro nieugięta dobrotliwość i nie dająca się złamać wiara w drugiego człowieka bezustannie generują następne i następne komiczne sytuacje. Śmiech to jednak przez łzy, niestety...

Galeria osobliwych sąsiadów, kolegów z pracy, przełożonych, sprzedawców to wypisz wymaluj "typy" z PRL-u: ludzie głupi, prymitywni, cwani, fałszywi, tchórzliwi, leniwi, żyjący ponad stan lub na pokaz. Sawaszkiewicz bezbłędnie celuje i wbija szpile tam, gdzie boli - nie tylko w cechy charakterystyczne dla "umocowanych i podwieszonych" w poprzednim systemie, ale, co najgorsze, w sam rdzeń naszej "abośmy to jacy tacy" polskości. Nie tej wielkiej i dumnej, ale tej pokracznej, żywcem z obrazów Dudy-Gracza wyrwanych. I nieśmiertelnych chyba.

Brzmi dość ponuro, prawda? Ale proszę się nie martwić. "Tatko i ja" to znakomita i w sumie lekka literatura, która nawet po dekadach broni się poczuciem humoru, chwilami cudownego absurdu, kreacją tytułowych bohaterów, których po prostu się lubi, chociaż są zaledwie papierowymi konstruktami.

Cóż, polecam. Chociaż ta książka to nisza, muzeum, zabytek niemal, to być może komuś z Was uda się znaleźć to skromne dziełko. 1,5 godziny dobrej zabawy gwarantowane.

sobota, 10 lutego 2018

Bo przyprowadzę starszego brata, czyli "Wydrążony człowiek" Simmonsa

Ja mam chyba jakąś fobię - boję się, gdy autorzy książek zaczynają zbyt głośno i wyraźnie odwoływać do kanonu literatury światowej. Zawsze (taki już podły jestem) podejrzewam, że tropy wiodące do Szekspira, Kafki, Homera czy innego Balzaka mają najczęściej podpierać teksty, które nie ustałyby na własnych nogach. Ci wielcy, ich nazwiska i teksty, mają po prostu siłą autorytetu żyrować teksty najzwyczajniej słabsze, niżej celujące. No nie umiem inaczej, nie umiem. 

Chwytam więc po "Wydrążonego człowieka" Dana Simmonsa - książkę z kategorii "Wyrzut sumienia", kupioną dawno temu, przeczytaną do końca dopiero parę dni temu. Chwytam i nie mogę nie zauważyć, że Simmons szarpię za nogawkę Eliota i zaciska paluchy na jednym z najważniejszych tekstów poety, na "The Hollowed Men." Klasyk fantastyki porwał się na naprawdę wielki tekst, bowiem trudno przecenić i całą poezję Eliota, i znaczenie kilkunastu jego wersów-cytatów powtarzanych niemal od stu lat w kręgach oczytanych ludzi. W sumie nie ma poezji anglojęzycznej bez Eliotowej "Ziemi jałowej" i bez tego klasycznego "świat kończy się nie hukiem, ale skowytem."

Widzicie więc, że to nie przelewki - Eliot wymaga godnego partnera do "rozmowy" i nie wydaje mi się, że znalazł go akurat w postaci powieści Simmonsa. 



Bohaterem tej książki jest matematyk, który ma dar/przekleństwo* "odbierania" myśli całej reszty ludzkości. Myśli, nawet najskrytsze i najintymniejsze, wyraźne są jak prowadzone głośno rozmowy. Każda emocja, nastrój, przelotne wrażenie staje się udziałem bohatera. Pomimo tego dość osobliwego sposobu istnienia w świecie mężczyzna wiedzie raczej udane życie u boku miłej inteligentnej kobiety. Prawdziwy dramat rozpoczyna się z chwilą, gdy w głowie ukochanej lekarze odnajdują nieoperacyjnego guza. Śmierć odbiera mężczyźnie resztki sensu życia i zmusza do pozbawionej celu wędrówki po Stanach Zjednoczonych. 

Po drodze mężczyzna trafia w łapska mafii, ledwie uchodzi z życiem, gdy lituje się nad nim oferująca mu pracę tajemnicza kobieta (najlepszy, podszyty autentyczną grozą moment powieści), rozprawia się z obrzydliwym pedofilem, rozkoszuje się urokami hazardu... Nie ma co - dzieje się i to dzieje się mocno.

Cóż jednak z tego, skoro Simmons tnie tę apetyczną przygodową opowieść na plasterki, pomiędzy które wstawia:

a) nudne, chociaż pewnie bardzo ważne opowieści o matematycznej pasji bohatera, niezwykłych odkryciach dotyczących tzw. matematyki chaosu, która, o ile zrozumiałem, tłumaczy istnienie ludzkiej świadomości,
b) obrazy z życia głęboko upośledzonego chłopca, który sponiewierany przez ojczyma trafia w agonalnym stanie do szpitala,
c) słodko-gorzkie scenki z pożycia naszego bohatera i jego ukochanej.

Ja wiem, że Simmons miał dużo ważnych powodów, by tak a nie inaczej rozwinąć swój pomysł, ale moim skromnym zdaniem wystarczyłoby poprzestać na opisie eskapady zmiażdżonego żałobą mężczyzny, który zamiast głosu najbliższej kobiety słyszy jedynie myśli całej obcej ludzkości. Tak, to ma swoją wagę, potencjał, ba! nawet nośną metaforą samotności i opuszczenia się staje. Gdy jednak autor rozbudowuje tę przestrzeń o niepotrzebne pomieszczenia, schody donikąd i okna, które wychodzą na puste i jałowe przestrzenie, robi się po prostu... pretensjonalnie. 

No poobijałem się mocno, czytając kilkadziesiąt ostatnich stron, które w jakieś dziwne metafizyczne rejony przenosiły czytelnika, tworzyły bieda-odwołania do wspomnianego na początku Eliota, rozpraszały dobre wrażenie, jakie fundowały najbardziej atrakcyjne partie powieści. Zły byłem, po prostu zły, gdy pomyślałem sobie, że ktoś mnie zmusza do rozplątywania tych wszystkich supłów, do błądzenia po korytarzach koncepcji, do której nie czułem się w żaden sposób przekonany. 

Wiem już teraz, czego chcę od książki - prostoty, która byłaby w stanie udźwignąć nawet najbardziej wysublimowane koncepty. "Wydrążony człowiek" nie poradził sobie niestety z tym moim egotycznym widzimisię...

No i ten Eliot, który powinien się na Simmonsa obrazić za to, że został wybrany patronem tak nierównej książki. 

Ech...

piątek, 26 stycznia 2018

Wiking i sex bomba, czyli "Filmowy wehikuł czasu" Harrisona

Są takie książki, od których nie oczekuje się niczego poza inteligentną i chuligańską nieco rozrywką. Takie książki ani gór nie chcą przenosić, ani wytrącać z równowagi, nikogo nie pouczają, nie diagnozują rzeczywistości. Nie stają na palcach i nie biorą wysokiego C. Bawią się gatunkiem i są dowodem na to, że autor również musiał nieźle się bawić w rozbudowując mniej lub bardziej absurdalne pomysły fabularne. Taką książką jest właśnie "Filmowy wehikuł czasu" Harry'ego Harrisona, któremu udało się zapewnić mi kilka ładnych godzin uczciwej, pozbawionej głębszej refleksji rozrywki.



Pisarz w bezczelny sposób wykorzystał motyw podróży w czasie, by napisać fantastyczną komediową opowieść, która kpi z każdego po równo - z "szalonych" naukowców, z goniących za  kasowymi hitami filmowców, z muskularnych szkolonych w wojsku twardzieli, a nade wszystko chyba z samego science fiction.

Na czym stoimy? Punkt wyjścia jest wybitnie osobliwy: stojące na krawędzi bankructwa studio filmowe jak tlenu potrzebuje przeboju, który pomoże spłacić kolosalne długi. Seria kinowych klap nie jest pomyślną wróżbą i wydaje się, że już nic nie jest w stanie uchronić wytwórni przed finalnym upadkiem. Nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje naukowiec prezentujący tytułowy wehikuł, za pomocą którego można dowolnie przenosić się w czasie i przestrzeni. Grzech nie skorzystać z podobnej okazji, więc całe towarzystwo (od dźwiękowca po biuściastą sex bombę) wysłane jest  w odmęty czasu, w pobliże osady Wikingów, by posłużyć się nie tylko znakomitymi plenerami, ale również wykorzystać brodatych wojowników jako statystów. Oczywiście Wikingowie początkowo traktują gości z XX wieku z typową dla siebie gościnnością i usiłują zarąbać toporami naszych filmowców i gdyby nie broń palna, książka dość szybko by się skończyła... 

Karuzela wydarzeń zaczyna się kręcić na dobre - filmowcy przy pomocy whiskey przekonują jednego z Wikingów, by zagrał główną rolę w ich romansie historycznym, komplikacje związane z naturą podróży w czasie pogrążają w totalnym chaosie plan filmowy, sex bomba wpada w oko Wikingowi, Wiking za bardzo wczuwa się w rolę namiętnego kochanką i tak dalej, i tak dalej... Fabuła rwie do przodu jak koń kłuty ostrogami i szkoda psuć potencjalnym czytelnikom przyjemność czytania, opowiadając zbyt szczegółowo o wszystkich wirażach tej zwariowanej historii.

"Filmowy wehikuł czasu" obfituje w iście komediowe momenty i gdyby podjęto się ekranizacji tejże powieści, sale kinowe wybuchałyby śmiechem. Ciąg nielogicznych lub kompletnie absurdalnych sytuacji oszałamia i nie mamy wątpliwości, że Harrison pękał ze śmiechu, gdy wymyślał kolejne łamiące wszelkie reguły hard science fiction zawirowania fabularne. Na dodatek książka ta jest swoistym hołdem złożonym złotej erze hollywoodzkich produkcji historycznych - ci wszyscy rycerze, rzymscy legioniści w technikolorze, pięknie ufryzowane heroiny, błyszczące rydwany i zachodzące słońce podświetlające napis THE END - temu kłania się Harrison, dobrotliwie śmiejąc się z ułomności historii wykładanej przez Fabrykę Snów. 

Polecam uwadze. Niby nic wielkiego, ale jednak przyjemna i bezpretensjonalna to lektura. Podejrzewam, że sam Mark Twain (jako autor "Jankesa na dworze króla Artura") serdecznie uścisnąłby Harrisonowi rękę. 

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Jak to jest być zegarkiem, czyli "Everyman" Rotha

Jeszcze w starym roku wdałem się w krótką dyskusję na temat tego, czy każda książka jest polityczna. Moja adwersarka stwierdziła, że tak, że każda książka jest polityczna, tylko trzeba umieć to dostrzec. Ja nie lubię takich wytrychów, nie lubię zbyt ciężkich maszyn, które się wytacza, by przy ich pomocy włamać się do wnętrza dowolnego tekstu. Po wymianie kilku komentarzy spór umarł, a ja miałem wrażanie, że zostałem potraktowany jak dyletant, który nic nie widzi, nic nie wie, na niczym się nie zna i czyta jak uczniak. (Autorka bloga pisuje recenzje książek dla "Polityki", więc do kogo ja startuję w ogóle...)

Powinienem uznać swoją głupotę, no ale nie umiałem. Myślałem, myślałem i wymyśliłem, że Polityka jako klucz do otwierania lektur to równie dobre narzędzie, co pryzmat Miłości, Filozofii czy Boga, przez które dany tekst się ogląda. Tak więc równie dobrze można powiedzieć, że każda książka jest o Bogu na przykład. Co swoją drogą pasuje mi o wiele bardziej niż polityka (Bóg wie jak rozumianą...)

A więc przeczytany na przełomie 2017 i 2018 roku "Everyman" Philipa Rotha jest opowieścią o świecie bez Boga. Nie umiałem (a może nie chciałem) inaczej odebrać tej książki siłując się z nią w oktawie Bożego Narodzenia.



Powieść zaczyna się tam, gdzie większość z nas skończy - na cmentarzu. Nad grobem zmarłego mężczyzny, całkowicie niereligijnego Żyda, zbierają się żałobnicy. Najbliższa rodzina, która zaznała z jego strony więcej zła niż dobra, której zafundował więcej rozczarowań niż spełnionych oczekiwań i dotrzymanych obietnic. Rzucona na wieko trumny ziemia, wcześniej kilka słów pożegnania (podsumowania), trzask zamykanych drzwi samochodów, którymi uczestnicy pogrzebu rozjadą się do domów. Tyle. Suchy i wymuszony obrzęd dobiega końca.

Reszta książki odtwarza losy głównego bohatera, który dochrapał się kilku (zdradzanych kolejno) żon, niecierpiących go synów, wysokiego stanowiska "w reklamie", domku na "osiedlu spokojnej starości." Dzieciństwo upłynęło bohaterowi na pracy w zakładzie jubilerskim ojca, młodość zakłóciła jedna drobna operacja przepukliny, której cień (operacji, nie przepukliny) rzucał się na kolejne dekady życia, wypełniając powoli puste wnętrze anonimowego bohatera strachem przed kolejnymi dolegliwościami zdrowotnymi.

A te w końcu przychodzą i łączą się w swoistym dance macabre z porażkami, jakie w życiu mężczyzny coraz częściej zastępują odnoszone wcześniej sukcesy. Zdrady wychodzą na jaw, talent malarski, o który siebie podejrzewał, budzi obojętność, a w najlepszym razie protekcjonalne uśmiechy. Ciało powoli odmawia posłuszeństwa, nie da się już wypływać daleko w morze, nie da się uwodzić kobiet, nie mając nad nimi władzy, nie można wyrwać się z potrzasku, którym jest starość.

Roth doskonale panuje nad piórem - opisy kolejnych zabiegów, którym poddawany jest umęczony organizm, przypominają bezosobowe instrukcje zamieszone w poradniku dla zegarmistrzów-amatorów ("Odkręć. Przykręć. Dociśnij. Naciągnij. Wymień. Uszczelnij"). Te zegarki nie przyszły mi do głowy przez przypadek - bohater w dzieciństwie zbierał stare zegarki i z różnym skutkiem je naprawiał.

Ciało bez duszy to taki właśnie zegarek...

Cóż, smutna to książka. Obnaża bezlitośnie pustą egzystencję człowieka, który z "przyszedł z niczego i w nic odejdzie" (Monty Python o tym śpiewał i nie dam głowy, czy przypadkiem nie czytałem podobnego rzymskiego napisu nagrobnego). Każdy sukces, tryumf nad materią, pokonywane szczeble kariery, w kontekście czekającego nas finału potęgują jedynie ból rozstania ze światem. A rozstanie owo Roth przedstawia tak dobitnie, że finał powieści brzmi jak pointa makabrycznego żartu, którym jest starość i umieranie człowieka.

Przypominam tylko, że kategoria everymana pochodzi ze średniowiecznego moralitetu, którego bezimienny główny bohater prowadzi na deskach sceny zażartą psychomachię. Świadkami tych wewnętrznych zmagań, złych i dobrych wyborów, są widzowie obserwujący przedstawienie. Każdy z nich miał ujrzeć w głównym bohaterze samego siebie i niejako "na własnej skórze" zaznać radości Nieba lub płomieni Piekła.

Puste, wyjałowione, cielesne (w wielu rozumieniach i na wielu płaszczyznach) życie głównego bohatera powieści Rotha być może być przestrogą. Ostrzeżeniem przed dramatem egzystencji pozbawionej choćby namiastki duchowości (nie wspominając już o praktykowaniu wiary), której nie zastąpią ani kruche skażone pretensjami relacje rodzinne, ani dawni partnerzy w interesach, ani przelotne miłostki.

Książka doskonała, ale na najważniejsze pytanie ("Co z nami będzie, gdy wyłączą światło?") Roth jednak nie odpowie.

Średniowieczne moralitety były w tej kwestii chyba odważniejsze...

wtorek, 26 grudnia 2017

Trzeba umieć obijać sobie mordę, czyli "Dziennik zimowy" Austera

Nie lubię wspomnień. Czyichś. Sam to bym się pławił w przeszłości, mitologizował, uwznioślał, sto wierszy napisał o dzieciństwie i dziesięć opowiadań o dojrzewaniu. Natomiast obcych ludzi przeszłości są dla mnie jak obce mieszkania, w których często przeszkadzają mi nieokreślony ale charakterystyczny zapach, egzotyczne reguły życia, rodzinne powiedzonka, których nie rozumiem. "Wszystko, co nie jest mną, jest obce" - napisał kiedyś Louis Aragon w "Przygodach Telemacha" i słowa te jakoś nieźle definiują jakąś część mnie samego i moje wybory czytelnicze.

Bronię się przed pogrążaniem się w cudzych wspomnieniach, gdy są one tylko i wyłącznie zapisem czyjejś przeszłości, nie mają literackiego szlifu, nie są efektem kreacji, gry z odbiorcą, nie odsączono z nich banału, trywialności i szlamu codzienności. 

Co innego, gdy za pisanie wspomnień zabiera się powszechnie uznany literat. Powinniśmy mieć nadzieję na to, że będzie on układał przed nami swoje wspomnienia tak, jak się układa pasjans - każda karta trafi w końcu na swoje właściwe miejsce. Każdemu wydarzeniu nada się sens, każde zwiąże z poprzednim i następnym. Wymagam więc od memuarysty kreacji, nie zaś wiernopoddańczej w stosunku do życiorysu relacji. Powtórzę - wspomnienia to dla mnie przede wszystkim organizacja, by uczynić z opowieści o własnym życiu opowieść właśnie.

Czytam więc "Dziennik zimowy" Paula Austera. Ten amerykański pisarz cieszy się w Polsce popularnością, chociaż dla mnie będzie on zawsze symbolem najgorszych postmodernistycznych tradycji. Nawet jego najważniejsze dzieło ("Trylogia nowojorska") wydało mi się atrakcyjnie opakowaną pustką; wystarczyło podrapać paznokciem, by przebić się przez warstwę pudru, różu i szminki, którymi Auster upiększał swoje nijakie córki. Być może jestem niesprawiedliwy, ale tak właśnie go odbieram.



"Dziennik zimowy" trafił przez przypadek w moje spracowane ręce i kilka dobrych lat czekał na półce. Wziąłem, myśląc sobie, że "o ho ho, mam kontakt z wyższą literaturą, zobaczymy, jak na tym wyjdziemy - ja i ona." A więc nie wyszło nam to na dobre...

Książka jest najzwyczajniej w świecie nudna, a autor nie potrafił zaleźć żadnego czytelnego i poprowadzonego konsekwentnie konceptu, który pozwoliłby mu zamknąć doświadczenia sześćdziesięcioletniego życia. Zrazu wydaje się nam, że wspomnienia zostaną poprowadzone przez opisy kolejnych metamorfoz ciała (opisy ran, blizn, zmieniających się potrzeb, dojrzewania, symptomów starości) - proste to i skuteczne, miejscami widowiskowe. 

Jednak pisarz zostawia nie wiedzieć czemu swoje ciało i zaczyna pleść opowieść rozpinając wątki na innej już ramie - pojawia się kilkunastostronicowa, obłędnie monotonna litania adresów, pod którymi pomieszkiwał Auster. Każde mieszkanie lub dom łączy się z jakimś drobnym wydarzeniem, zaś to niemal nigdy nie mówi niczego istotnego na temat życia pisarza - a to jakaś kłótnia z sąsiadami, a to opis widoku zza okna, a to kilka scenek rodzajowych podkreślających koloryt lokalny zamieszkiwanego miejsca. Takie notatki na marginesach umów wynajmu.

I tu kolejna wolta - długie passusy na temat rodziców Austera. Kolejne małżeństwa matki, związki ojca. Opisy charakterów, wad, zalet, słabości. Niczym niewyróżniające się postacie, które gdyby pojawiły się w "prawdziwej" literaturze, byłyby bezbarwne jak krupnik i istotne niemal wyłącznie dlatego, że umarły i osierociły autora wspomnień. 

A ha, a pomyślcie jeszcze o tym, że Auster pisząc autobiografię niemal całkowicie pomija swoją twórczość. Ta osobliwa strategia miałaby szansę powodzenia, gdyby życie pozaliterackie pisarza byłoby w jakimś stopniu fascynujące lub fascynująco zostałoby opisane. Niestety, Auster spektakularnie skiksował i gdyby ktoś chciał przy pomocy "Dziennika zimowego" pogłębić wiedzę o pisarstwie być może ulubionego autora, może się rozczarować. Podobne rozczarowanie czekałoby fanów takiego Andrzeja Gołoty, który w swojej potencjalnej autobiografii skupiłby się na opisie prywatnych fascynacji czytelniczych zamiast na tajemnicach i zawiłościach zawodowego boksu.

Czytałem ostatnio takie zdanie: "In some ways, writing a memoir is knocking yourself out with your own fist, if it’s done right", co nieudolnie tłumaczę tak "Jeżeli człowiek pisze wspomnienia we właściwy sposób, przypomina to pranie się po pysku własną ręką." Fakt, parę razy Auster dał sobie  mocno po mordzie - bez większego zażenowania opisuje kontakty z paryskimi prostytutkami, przygodne powierzchowne fascynacje, aborcję, do której namówił jedną z zaciągniętych do łóżka dziewczyn, choroby weneryczne... 

Być może szczerość jest dla kogoś wartością samą w sobie, dla mnie jednak tego typu wynurzenia trącą już pewnym ekshibicjonizmem, z którym kompletnie jest mi nie po drodze. Granicę intymności i smaku można łatwo przekroczyć, a Auster nakazuje swoim wspomnieniom poruszać się czołgiem...

Nie, to nie jest dobra książka, chociaż i z niej dało się wykroić kilka niezepsutych i dojrzałych elementów. Zapamiętać na całe życie:
  • "Nigdy nie zmarnuj żadnej okazji, żeby się wysikać."
  • Francuzi to prawdziwe gnojki.
  • Czasy, gdy wszędzie można było palić papierosy, były lepsze, niż czasy, gdy nigdzie nie można palić.
Cóż, chyba nic więcej nie zostało do dodania. Nie polecam, bo słabych książek popularnych autorów jest wystarczająco dużo. A z drugiej strony rzadko można trafić na tekst, z którego pisarz wypreparował poczucie humoru, komizm lub zwykłe ludzkie ciepło. Już więcej tych wartości znajdziecie w "Procesie" Kafki niż w "Dzienniku zimowym."

Odrzucił mnie Auster-pisarz, który zrobił naprawdę dużo, by obrzydzić Austera-człowieka. I niech to będzie pointą tych cierpkich rozważań.

czwartek, 21 grudnia 2017

Pomału, pomału, czyli "Powolność" Kundery

Zraziłem się kiedyś do Kundery, a rana była o tyle głęboka, że zadano ją ostrzem rozczarowania. "Nieznośna lekkość bytu" była powieścią fenomenalną, hipnotyzującą, natomiast chwycone w porywie zauroczenia "Życie jest gdzie indziej" wkurzyło mnie i tyle. Na całe lata odwróciłem się od czeskiego pisarza, by niedawno sięgnąć po "Powolność" - specyficzną powieść-esej - i znów cieszyć się poważną literaturą, nie zaś gatunkowym czytadłem. 

"Powolność" przygląda się fenomenowi konającej na naszych oczach powolności właśnie. Po-wolność, swoboda snucia się, łazikowanie, włóczęga, sobiepaństwo. Jako że taka postawa jest mi wyjątkowo bliska, z entuzjazmem wczytywałem się w peany, jakie Kundera wygłasza na temat tytułowego zjawiska. Czytałem i coraz wyraźniej docierało do mnie, że ów powolny tryb życia, świat chyba już na zawsze odszedł do przeszłości. Ten nasz świat, więzienie, które sami sobie postawiliśmy, nie ułatwia życia niebieskim ptakom, co to nie sieją, nie orzą, a Pan dba o nich. Cóż, mamy to, co mamy.



Kundera na mocy praw danych mu przez literaturę, łączy z sobą twardy realistyczny, chociaż ociekający groteską obraz współczesnego człowieka z eseistyczną refleksją o naturze polityki, o relacjach damsko-męskich... Czarny humor zabarwia poszczególne sceny, intertekstualne gry spinają kolejne partie książki, odrobina uroczego realizmu magicznego przenosi opowieść w rejony prawdziwie poetyckie, strzępy typowych dla Kundery refleksji o losach emigrantów z Europy Środkowej na Zachodzie... Uff... Trzeba maestrii czeskiego prozaika, by w tekście nie mającym nawet dwustu stron spleść te wszystkie elementy w ciasny powróz i spętać nim uwagę czytelnika.

A gdyby ktoś mnie zapytał: "No dobra, ale o czym to wszystko jest?", odpowiedziałbym tak: "Kundera opisuje dwie równolegle dziejące historie - osiemnastowieczny króciutki romans pewnego młodego mężczyzny, który uwodząc piękną arystokratkę, nie do końca jest świadomy tego, że sam bierze udział w o wiele większej intrydze; romans sam w sobie nie jest istotny, ważne jest jego celebrowanie, zestaw obowiązkowych niedomówień, figur, gestów, jakie musi wykonać kochanek, zanim zaciągnie kobietę do łóżka. To jest oblicze owej powolności, na którą mogli sobie kiedyś pozwolić (dobrze sytuowani) ludzie... Jednocześnie poznajemy groteskową opowieść o zalotach współczesnych nam bohaterów - średniej klasy polityk uwodzi młodszą naiwną pannę, a ich finalny stosunek na brzegu hotelowego basenu staje się śmieszno-strasznym zwieńczeniem erotycznej degrengolady, o której czytamy. 

Dodajmy, że akcja obu historii dzieje się w tym samym miejscu (wspólny mianownik) - w zamku (XVIII wiek) zamienionym dziś na hotel."

Nie ma chyba sensu opisywać wszystkich drobnych uchwyconych przez Kunderę gestów, myśli, drgnień egzystencji - autorowi nie trzeba wiele słów, jego proza miewa gęstość i substancjalność poezji. Do tego wszystkiego dodajmy jako obecność (powiedzmy) autora, który również w rzeczonym hotelu przebywa i daje upust swojej fantazji,wyobrażając sobie opisaną w "Powolności" historię. Powieść zaczyna więc apetycznie pachnieć nie tylko autotematyzmem, ale również czynnik oniryczny daje się łatwo zlokalizować.

Dodam jeszcze jedno - dawno nie czytałem tak dobre opisanego spleenu po nieprzespanej upojnej nocy. Obojętnie, czy wyczerpuje nas pijaństwo, noc z kochanką, czy dławiąca bezsenność (co gorsze? nie wiem), rankiem i tak dochodzimy do siebie w oparach mgły, w ciszy, wilgotni od rosy. Podnosimy się i ruszamy powoli dalej...

środa, 20 grudnia 2017

Beznadzieja nadziei, czyli "Stacja tranzytowa" Simaka

Jeżeli można posługiwać się taką kategorią jak "fantastyka humanistyczna", to "Stacja tranzytowa" Simaka będzie się w 100% wpasowywać w podobne kryterium. W tej wydanej w 1963 roku klasycznej już powieści "czuć powiew wielkich problemów", które science fiction starała się nazywać i rozwiązywać przy pomocy dostępnych sobie narzędzi, rekwizytów i chwytów fabularnych. Pomimo tego, że mam słabość do tego typu w końcowym rozrachunku pocieszających historii, coraz trudniej przychodzi mi tolerować podobne wizje, które łączą w sobie achetypiczny dla gatunku obraz Ziemi jako peryferii Wszechświata oraz samego Wszechświata, który uparł się widzieć w naszej zapyziałej planecie jakiegoś istotnego gracza na skalę kosmiczną.

Okładka, przyznaję, dobra.

Gdyby ktoś się pogubił na tym etapie moich rozważań, już tłumaczę. Bohaterem powieści jest niejaki Enoch Wallace, który nie starzeje się od czasów wojny secesyjnej. Żyje w małym domku gdzieś tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, nikomu nie wchodzi w paradę, nie rzuca się w oczy. Jego pozornie bezbarwna egzystencja zwraca na siebie uwagę odpowiednich służb, które zauważyły, że nasz bohater regularnie (korespondencyjnie) sprzedaje szlachetne kamienie i od dekad prenumeruje ważniejsze periodyki. Aha, jeszcze jedno - w jego chałupie znajduje się stacja tranzytowa, w której zatrzymują się w swojej podróży przez międzygwiezdne otchłanie mieszkańcy innych planet. Taki tam drobny szczegół, nic nadzwyczajnego przecież...

Dlaczego Wielkie Siły wybrały sobie akurat Enocha, by był jedynym Ziemianinem wtajemniczonym w kosmiczne podróże? Dlaczego akurat jego dopuszczono do wiedzy przekraczającej możliwości poznawcze człowieka? Simak tłumaczy to wyjątkowymi walorami charakteru postaci. Wallace jest wybitnie moralny, tak bym to napisał w skrócie i w sumie pisząc te słowa już w nie nie wierzę. Nie dlatego, że jestem cynikiem, ale dlatego, że to zbyt proste, zbyt łatwe. To wytrych. A jedyną dopuszczalną okolicznością, która usprawiedliwia tego typu rozwiązania, jest paraboliczność opowieści. "Stacja tranzytowa" przypowieścią jednak nie jest, ergo w głównego bohatera nie wierzę i koniec.

Do pewnego momentu powieść czyta się bardzo przyjemnie.Opisy istot odwiedzających tytułową stację są niebanalne i przyjemnie łaskoczą wyobraźnię. Próby, jakie podejmują sąsiedzi Enocha, by włamać się do jego domostwa, również należą do najlepszych w całej książce. Czuć nerw, napięcie. Trzymamy kciuki za bohatera, który zmuszony jest do konfrontacji z agentami bezpieczeństwa oraz z głupimi i złośliwymi sąsiadami. Tak, to było satysfakcjonujące. Nawet bardzo.

Jednak Simak w pewnym momencie zabiera wycieczkę tam, gdzie szybko przestało mi się podobać. Stacja staje się zarzewiem potencjalnego konfliktu pomiędzy włodarzami kosmosu a Ziemią, która (co najlepsze) nie uświadamia sobie powagi sytuacji. W sumie niczego sobie nie uświadamia, ponieważ o stacji wie w sumie tylko Enoch... Powieść staje się pompatyczna, duszno się robi od powinności, obowiązków i odpowiedzialności, jaka spoczywa na naszej planecie z powodu rzekomej przynależności do Wielkiej Kosmicznej Rodziny. 

Nie lubię tak. Nie lubię, gdy skromna opowieść żegluje nagle w stronę potężnych na skalę Wszechświata problemów. Gdybym był takim Simakiem, napisałby historię o peryferyjnym zawiadowcy kosmicznego ruchu, który musi zmagać się z wrednymi sąsiadami (typowymi amerykańskimi red necks) i z wścibskimi służbami, które nie mogą rozgryźć zagadki wiecznej młodości bohatera. Pokazałbym ciężar, jaki od dekad niemal musi nosić ktoś wybrany do roli, która ostatecznie mu obrzydła. 

Autor jednak wpompował w "Stację tranzytową" za dużo nadziei. Całość kończy się dobrze, łagodnie, niemal idyllicznie. Nowe słońce ma szansę wstać nad ludzkością, która być może swoje błędy zrozumie i właściwy użytek zrobi z rozumu, który posłuży człowiekowi nie do projektowania coraz bardziej śmiercionośnych broni, ale ku dobru piąć się będzie. 

Przyznam bez bicia, że klasyk gatunku broni się nie najgorzej, a moje zarzuty do czepianie się kogoś, kto w literaturze woli unhappy endy. Gdybym skupił się bardziej i pogłówkował dłużej, być może ładniej ubrałbym w słowa to, co mnie drażniło. 

Porzućcie jednak nadzieję na to, że będę miał dosyć cierpliwości...

sobota, 11 listopada 2017

Edgar Lee Masters wannabe presents, czyli "Sową" Kwiatkowskiego

Okoliczności czytania:

mając chwilkę wolnego czasu, wchodzę do modnej poznańskiej księgarni. Dużo mają książek, dużo. I rozpiętość gatunkowa ogromna - od opasłych tomiszczy ze zdjęciami skandynawskiej literatury po cieniutkie zbiorki esejów o posthumanizmie. Wszystko i dla każdego. Integralną częścią księgarni jest niewielka kawiarenka, gdzie przy 3-4 stolikach klienci mogą się i kawki napić, i ponapawać się najnowszym zakupem. 

Przy jednym stoliku dziwo. Dwóch brodatych młodych mężczyzn w kraciastych koszulach zapiętych tylko na ostatni guzik (tuż pod szyją), obaj w wełnianych czapkach trzymających się tylko na czubkach głów, okulary w grubych oprawkach, obaj przytuleni do siebie nad ekranem Macbooka. Hipsterzy w stanie czystym w warunkach naturalnych. 

Gdybym był fotografem specjalizującym się w robieniu zdjęć dzikiej natury i osobliwych gatunków, miałbym gotowe ujęcie. 

Czas czytania:

Podchodzę do półki z poezją i wyciągam kilka tomików, by przewertować zawartość.Zatrzymuję się na dłużej na najnowszym zbiorem Grzegorza Kwiatkowskiego pt. "Sową." Lektura całości zabrała mi około 4-5 minut. Książkę odłożyłem i wyszedłem.

Czy wydawnictwo uzna swoją stratę?




Wrażenia:

Cóż, nie spodziewałem się niczego nowego po tym poecie, ale nie spodziewałem się również tego, że Kwiatkowski stanie się tak przewidywalnym i w gruncie rzeczy wtórnym autorem, który wydaje się pisać wciąż i wciąż jeden ponury wiersz.

Nie lubię autorskich obsesji. Z reguły nie służą one pisaniu, mogą nużyć czytelników, zniechęcają przewidywalnością, długofalowe projekty często zamiast frapować najzwyczajniej w świecie irytują. Obracany na wszystkie możliwe sposoby wybrany motyw traci siłę, staje się przezroczysty, nieistotny, staje się szumem, pustym komunikatem. Jest jak szmer deszczu za oknem, mamrotanie morskich fal po trzech godzinach na plaży, marudzenie żony, która wciąż wierci dziurę w brzuchu męża... 

Obsesją Kwiatkowskiego jest Śmierć. Śmierć i Zagłada. Śmierć, Zagłada i Ofiary. Nagrobki, Ocaleni i Zbrodniarze. Wojna. I tak w koło Macieju... Kwiatkowski doprowadził do takiego stężenia powyższych motywów w swojej poezji, że pokusić się można o stworzenie jakieś szyderczej "maszyny", która generowałaby kolejne tomy poety. Co dwa lata wypluwałaby z siebie zbiór wierszy z doskonale rozpoznanymi i rozpoznawalnymi motywami.

Odtwarzanie ostatnich słów ofiar lub ocalonych, szkicowanie losów tych, których nazwiska sczytuje się z popękanych płyt nagrobnych, obrazki z egzekucji, wypadków i obozów koncentracyjnych, korowody trupiobladych postaci... Wszechobecna śmierć - śmiercią podszyte zabawy dziecięce, śmiercią zaczadzone relacje międzyludzkie. Właśnie z tym mielibyśmy do czynienia.

Jeżeli w tej poezji, na przestrzeni następujących po sobie tomów, istnieje jakaś zmiana tempa i tonacji, ja jej nie widzę. Nie dość tego - ja na tyle bezczelny jestem, że wizualizuję sobie, jak będzie wyglądała zawartość kolejnych książek Kwiatkowskiego. A więc kolejno odlicz: "Śmierć. Śmierć i Zagłada. Śmierć, Zagłada i Ofiary. Nagrobki, Ocaleni i Zbrodniarze. Wojna." 

Można, rzecz oczywista, można pisać o śmierci w sposób odświeżający ten motyw. Przypomina się fantastyczna "Gmina" czeskiego poety Miloša Doležala, który utkał słodko-gorzki kobierzec ludzkich losów - portrety komicznych, czasem pompatycznych, czasem żenujących w swojej zwykłości postaci, po których wyciągnęła rękę kostucha. (Sądząc z recenzji "Gminy", ta książka nie ma słabych punktów i potrafi uwieść każdego). 

No ale trzeba być Czechem, albo przynajmniej umieć raz na jakiś czas wystawić stopę spod ciężkiej pierzyny traum wszelakich, własnych i cudzych, by nabrać dystansu nawet do śmierci. Kwiatkowski tego nie potrafi i jako poeta gnije w wyrku (jak to mówiła moja mama), w którym leży od momentu wydania pierwszej książki. 

Ja wiem, że są tacy, dla których taka poezja będzie istotna, chociaż jej istota i tak zasadza się na TEMACIE, a nie na SPOSOBACH jego prowadzenia, rozgrywania, niuansowania. Na pedagogicznym rozdrapywaniu ran, na budzeniu podobno uśpionych sumień. Ta poezja wciąż szarpie za rękaw i mówi: "Ciągle żyją ludzie, którzy znali ludzi, którzy to słyszeli o ludziach, którzy przechodzili akurat obok, gdy inni ludzie opowiadali jakimś ludziom o tym, co panie, Niemcy zrobili...

Nakłoniony do skomentowania jednego ze swoich wierszy Kwiatkowski mówi: "Wydaje mi się, że dla mieszkańca Gdańska zainteresowanie wojną, ludobójstwami, meandrami historii i estetyką to wręcz oczywisty wybór, ponieważ takie są właśnie historie większości mieszkańców tych terenów." 

To ja dla kontrastu napiszę, co napisał urodzony w moim rodzinnym Kaliszu Adam Asnyk:


Trzeba z Żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe (...)


Chociaż i tak nie wydaje mi się, by gdański poeta wziął sobie te słowa do serca...

Ocena ogólna: Gdybym kupił tę książkę, po jej przeczytaniu żądałbym zwrotu pieniędzy.

Zastrzeżenie: Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uważam, że wiedza o ostatniej wojnie światowej, o zbrodniach, katach i ofiarach, jest NIEZBĘDNA, ale wolę, gdy przypominają o tym dokumenty, historycy lub świadkowie wydarzeń, a nie męczybuły liryczne. 

środa, 8 listopada 2017

Przeornamentowana galopada, czyli "Światy solarne" Maszczyszyna

Gdy po przeczytaniu Światów solarnych zacząłem szukać materiałów na temat autora, Jana Maszczyszyna, natrafiłem na obszerny wywiad, który w pewien sposób pomógł mi ukierunkować chaotyczne myśli, jakie krążyły mi po głowie w trakcie lektury. Pisarz przyznaje, że znalezienie się na emigracji (daleka Australia) otworzyło mu oczy na oszałamiającą liczbę tekstów fantastycznych, po które mógł w każdej chwili sięgnąć. Świadomość tej mnogości podcięła mu skrzydła, gdyż zwątpił w sens wszelkich pisarskich prób, ponieważ te prędzej czy później mogły stać się nieświadomym plagiatem wcześniej istniejących książek. Frustracja spowodowała, że Maszczyszyn „stracił głos” – zajął się wyłącznie czytaniem tekstów naukowych dotyczących kosmologii i paleontologii, chociaż miał za sobą udane próby na polu fantastyki. Tak mniej więcej można streścić interesujący mnie wątek wywiadu.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ miałem wrażenie, że Światy solarne pisane były pod (być może podświadomą) presją, by stworzyć dzieło inne, odmienne, egzotyczne, a przynajmniej wyróżniające się na tle wszystkiego, z czym autor lub jego czytelnicy mogli się zetknąć. Rzecz jasna każdy pisarz uważa oryginalność za jedną z głównych cnót, jakie chciałby przypisać własnej twórczości, ale w przypadku powieści Maszczyszyna wydawało mi się, że to ona właśnie dyktuje kolejne akapity i rozdziały. Z jednej więc strony Światy solarne czyta się znakomicie, gdyż rzadko spotkać się można z tak niezwykle plastyczną i naszpikowaną detalami prozą, a z drugiej czytelnik ani przez chwilę nie odpoczywa od natłoku wydarzeń i szczegółów, które mogą zlać się w świadomości w pozbawioną konkretnych kształtów całość.



Powieść, którą opatrzono słowami „steampunk po polsku”, w pełni na to miano zasługuje, a jej ojcowie chrzestni (na przykład Verne lub Welles) wyraźnie odciskają piętno na dziele Maszczyszyna. Jednak czytelnik nie powinien mieć wrażenia wtórności. Pisarz robi naprawdę dużo, by steampunk w jego wydaniu był okazją do stworzenia wielowymiarowej bogatej rzeczywistości, której wykreowanie wymagało sporych umiejętności warsztatowych oraz galopującej wyobraźni zasilanej znajomością tradycji literackich. Stąd też doskonale radzi sobie ze stylizowaniem na XIX-wieczną soczystą, nasyconą szczegółami prozę, zaś bohaterowie brzmią jak autentyczni przedstawiciele belle époque.

Światy solarne to opowieść dziejąca się w skolonizowanym przez ludzi Układzie Słonecznym. Planety unoszą się w eterze (koncepcja eteru wypełniającego świat popularna była jeszcze pod koniec XIX wieku), pomiędzy nimi krążą „pociski pasażerskie”, technika, zgodnie z poetyką gatunku, bazuje na kołach zębatych, parze, zgrzytających mechanizmach. Oszałamiające bogactwo detali, które Maszczyszyn rozmieszcza na płótnie powieści, potrafi wywołać zawrót głowy – każda niemal dziedzina rzeczywistości, każda planeta, kontynent, miasto, domostwo staje się okazją, by odmalować z niemal surrealistyczną wrażliwością pełną ornamentów wizję. Może to fascynować i uwodzić czytelnika pod warunkiem, że stać go będzie na powolną, skupioną lekturę. Gdy jednak narzuci on sobie szybsze tempo czytania, owe szczegóły szybko znikną z pola widzenia.

Osią fabularną wydaje się być walka z wrogimi ludziom istotami nazywanymi „Klocami”, chociaż mnogość przygód, jakie spotykają bohaterów, sprawia, że wojna staje się tylko jednym z elementów powieści. Równie intrygująco wygląda próba odtworzenia XIX-wiecznej imperialnej mentalności ludzi pochodzących z wyższych sfer. Główny bohater, potentat prasowy sir Ashley B. Brownhole, to elegancki, wyrafinowany mężczyzna, którego stan świadomości, poglądy, maniery w pełni odpowiadają temu, co możemy wyobrażać sobie na temat wiktoriańskich dżentelmenów. Nawet osławiony purytanizm tamtych czasów znalazł w powieści swoje fantastyczne odbicie – bohater jest zbyt wysublimowany, by szukać rozkoszy w zwierzęcym seksie i zamiast typowych dla homo sapiens narządów posiada organy umożliwiające zapładnianie poprzez… zapylanie. Być może brzmi to komicznie, a jednak w pełni znajduje uzasadnienie w logice powieści.

Maszczyszyn zręcznie posługuje się kanonicznymi dla gatunku rekwizytami i rozwiązaniami fabularnymi, a jednak na każdej stronie odciska bardzo wyraźne piętno autorskie. Nie jestem jednak pewien, czy znaki szczególne tej prozy nie są jej najsilniejszą stroną. Teoretycznie powieść powinna mi się bardzo podobać, a mimo to czytając ją, nie mogłem czuć pełnej satysfakcji.

Światy solarne są jak wyrafinowane danie przyprawione pełnymi garściami egzotycznych przypraw. Obcowanie z tym tekstem do pewnego momentu może być fascynującą przygodą czytelniczą, gdyż ma coś, co miłośnicy fantastyki bardzo lubią – Maszczyszyn potrafi popisać się przyzwoitym światotwórstwem oferującym spójną i wysmakowaną rzeczywistość. Z drugiej zaś strony powieść może po pewnym czasie „zmęczyć wzrok” barokową niemal, ekstrawagancką wybujałością, która początkowo fascynuje, potem zaś może męczyć i nużyć.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty.

wtorek, 7 listopada 2017

Niech na całym świecie wojna, czyli "Cienka szyba" Szewca

Tak sobie jeżdżąc po Polsce (najczęściej na linii mój dom-dom moich rodziców, całe 98 kilometrów), lubię patrzeć na mijane domy. Domy wiejskie, małe domki na przedmieściach. Domy niskie, krzywe, oddzielone płotem, zapuszczonym ogródkiem od szeleszczących ulic. Domki stare, szare, popękane, odprowadzające mnie wzrokiem spranych firanek. Takie Herbertowe "Domy przedmieścia", o których zawsze myślę z czułością, bo sam w podobnym się wychowywałem. O których myślę z czułością, bo wzruszają mnie te skromne żywoty na peryferiach świata, na jego obrzeżach, skrawkach.

Mijam te domki moim obtłuczonym fordem i zastanawiam się, jak żyją ci ludzie. Co ich martwi? Czego chcą? Czy mają czym zapłacić za prąd i ogrzewanie? Co robią teraz, właśnie teraz, gdy przejeżdżam obok?


Piotr Szewc, autor "Cienkiej szyby", chyba czytał mi w myślach, pisząc zamknięte w tym tomiku wiersze. Tom bardzo wzruszający, szczery, chwytający za serce, po prostu uczciwy i jakby programowo pozbawiony lirycznych fajerwerków. Tom, który nie wyznaczy nowej drogi w rozwoju polskiej poezji, ale w zalewie wierszy aczytelnych, testujących cierpliwość czytelnika i papieru, na który są drukowane, "Cienka szyba" jest jak łyk zimnej czystej wody zaczerpniętej prosto ze studni.

Poeta od pierwszego tekstu systematycznie buduje przestrzeń i odtwarza czas, a tak naprawdę bezczas prowincji - świata, który albo powoli odchodzi w przeszłość, albo już całkowicie zniknął pożarty przez łakomą teraźniejszość. Świat wiader odbijających się o cembrowiny studni, młotków klepiących ostrza kos, ryczących krów i szczekających psów.

Szewc koncentruje się na tym, co widzialne i kontynuuje tym samym najszlachetniejsze tradycje polskiej poezji - widzi i opisuje, a tak naprawdę wspomina i opisuje. Za sprawa tych wierszy mamy wgląd w rzeczywistość, do której z racji naszego głupiego ucywilizowania dostęp już utraciliśmy. Zaglądamy do skromnych chatynek, przyglądamy się starym ludziom, którzy z mistrzowskim buddyjskim niemal skupieniem pogrążeni są w codziennej krzątaninie.

Zawsze zastanawiało mnie, o czym myślą ci starzy ludzie, którzy potrafią godzinami siedzieć przed domem i patrzeć w przestrzeń. Co przetacza się przez ich wnętrza? O kim myślą? Co rozpamiętują? Te babcie w fartuchach, które wygładziwszy fałdy spódnicy, sadowią się za pustym stołem i wypatrują przez okno sąsiadek? Ci starzy mężczyźni w za dużych już spodniach, którzy w milczeniu zatrzymują się na środku pola i obejmują wzrokiem ojcowiznę? Podejrzewam, że wiedzą więcej o życiu, niż wszyscy ci, którym wielki świat zrzuca na głowy tony zbędnych informacji, zalewa potopem obrazów, dławi lawiną dźwięków. Są spokojniejsi i bardziej pogodzeni z tym, co nieuchronne.

Bohaterowie wierszy Szewca pomimo tego, że powoli zamazują się w pamięci poety, coraz częściej odprowadzają na cmentarz rodzinę i sąsiadów, w końcu sami wyprowadzają się na tamten świat (gdzie być może panują podobne "warunki mieszkaniowe" jak tutaj, na tym łez padole), nie pozwalają sobie na najdrobniejszy nawet gest rozpaczy. Jest jak jest... I tyle. Kolej rzeczy.

Samemu poecie (przyjmujmy dla świętego spokoju, że Szewc i osoba mówiąca w tym tomie to jedna i ta sama osoba) kilka razy udaje się przecisną się przez szczeliny aseptycznej i wyjałowionej teraźniejszości. Jadąc tramwajem, wpatrując się w rozmigotane zimne światła i płaszczyzny wielkoformatowych reklam, odrywa się nagle od samego siebie i szybuje dzięki zachowanym wspomnieniom. To jedyne wyjście ewakuacyjne, to ostatnia szalupa, na której można uratować z wiecznie tonącego okrętu teraźniejszości samego siebie

(Przypomina mi się Mickiewiczowskie:

Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada, 
W oczy zagląda wam i głośno gada, 
Dusza w ten czas daleka, ach daleka! 
Błąka się i narzeka, ach narzeka! 

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojéj, 
I liczne mam serca mego rodzeństwo: 
Piękniejszy kraj, niż ten, co w oczach stoi, 
Rodzina milsza, niż całe pokrewieństwo…
i wiem, że słusznie mi się przypomina. )

Nie mam jakiejś wielkiej ochoty, by napinać się na mądre i przenikliwe interpretacje - ani całości, ani tym bardziej części. To po prostu bardzo dobry tom. Swojski, mój...

środa, 18 października 2017

Było sobie (nie) raz miasteczko, czyli "Jedna księżycowa noc" Pricharda

Ileż to razy ja już się z tym spotkałem? Małe odcięte od Wielkiego Świata prowincjonalne miasteczko, płynący swoim rytmem czas, galeria ekscentrycznych bohaterów tworzących koloryt lokalny, przestrzeń widziana oczyma dziecka, które powoli odkrywa sekrety świata dorosłych. Obowiązkowy nastrój nostalgii, przeczucie końca świata, o którego ostatnich chwilach właśnie czytamy, erozja bezpiecznej i oswojonej rzeczywistości. Natychmiast przypominają się nostalgiczne książki Hrabala, „Amarcord” w reżyserii Felliniego, oniryczne opowiadania Brunona Schulza...
Czym więc na tym doskonale rozpoznawalnym tle wyróżnia się „Jedna księżycowa noc” Caradoga Pricharda? Wszystkim i niczym – tak odpowiem i już spieszę wytłumaczyć sens tych słów. Prichard jest klasykiem mało znanej, egzotycznej (przynajmniej dla większości polskich czytelników) literatury walijskiej. Literatura ta zaś za sprawą wymienionego wyżej tytułu wzbogaciła się o znakomitą książkę, którą chętnie tłumaczono, a dzięki nietuzinkowej formie porównywano jej znaczenie dla języka walijskiego do znaczenia, jakie miał „Ulisses” Joyce’a dla kręgu literatury anglojęzycznej.

Na czym więc zasadza się skromny fenomen tej powieści? Autor przenosi nas niemal sto lat wstecz do nienazwanego w książce walijskiego miasteczka, które poznajemy za sprawą pierwszoosobowego narratora – małego chłopca, który w towarzystwie dwóch kolegów oprowadza czytelników po zakamarkach rodzinnej miejscowości. Razem z nimi podglądamy życie sąsiadów, bierzemy udział w troskach życia codziennego, opłakujemy zabitych w okopach I wojny światowej, której długi cień sięga nawet tak odległych zakątków Wysp Brytyjskich. Wydarzenia podniosłe i cementujące wspólnotę mieszkańców sąsiadują z groteskowymi, niemal komicznymi epizodami. Żarliwa religijność nie kłóci się z potrzebą wychylenia kilku głębszych w pobliskiej gospodzie, biedna nie amputuje marzeń o możliwości odmiany ciężkiego losu… Harmonii, o której czytamy, nie jest w stanie zakłócić nawet śmierć, a tej w powieści Pricharda nie brakuje. Przychodzi po starych i młodych, po żołnierzy i robotników, bliskich i dalekich, ale niemal za każdym razem prędzej czy później oswajana jest ona jako nieodłączny element samego życia, cząstka bożego planu.
„Jedna księżycowa noc” nie oferuje tradycyjnie rozumianej fabuły. Powieść przypomina bardziej kolaż wspomnień i skojarzeń, snów i wizji, których mechanizm nie musi być tłumaczony prostymi zasadami narracji, w myśl której przyczyna zawsze wyprzedza skutek. Możemy na palcach jednej ręki wymienić te wydarzenia, które stanowią punkty orientacyjne fabuły, ale wokół nich płynna materia opowieści układa się w sposób mniej lub bardziej kapryśny, co oczywiście zarzutem żadnym nie jest. Tak pracuje pamięć i wiedzą o tym wszyscy ci, którzy pokusili się kiedykolwiek o próbę opowiedzenia o własnej odległej przeszłości. A Prichard (co wiemy po lekturze wstępu do powieści) chętnie sięgał do własnych wspomnień, by odtworzyć świat, którego już nie ma, a w którym zdaje się zostawił kilka nierozwiązanych spraw.
Jednego jestem pewien – książka ta pomimo niepokojącej, sennej, momentami bardzo dalekiej od realizmu atmosfery, odsłania przed czytelnikami twarde realia życia. Uczy szacunku dla pracy i pomaga zrozumieć, jak niewiele człowiekowi trzeba, by mógł nazwać siebie szczęśliwym. (Podpowiem – zdrowi najbliżsi i zastawiony stół.)
Powieść ta przekonała mnie o jeszcze jednym – czytając książki wypełnione elementami, które wyliczyłem w pierwszym akapicie, można odnieść wrażenie, że istnieje pewna wspólnota losów bohaterów tego typu tekstów, a przynajmniej podobieństwo sposobów istnienia tychże postaci w rzeczywistości dzieł literackich. „Jedna księżycowa noc” doskonale wpisuje się w szereg podobnych do siebie opowieści o porzucaniu dzieciństwa, o pierwszych ciosach zadawanych przez życie, o wygnaniu z rajskiego ogrodu wprost w objęcia jałowej ziemi dorosłości. Ten konstytutywny deficyt oryginalności w żaden sposób nie rzutuje na jakość powieści Pricharda. Odwrotnie, autor potwierdził w fantastyczny sposób to, co człowiek z czasem sobie uświadamia – wszyscy kiedyś przeżyliśmy to samo, ale wciąż i wciąż można (a nawet należy) o tym opowiadać.