wtorek, 27 stycznia 2015

Klęska urodzaju, czyli "Chór zapomnianych głosów" Mroza

Jako powieść, Chór zapomnianych głosów Remigiusza Mroza zbudowana jest z najłatwiej i  najszybciej rozpoznawalnych schematów literatury science fiction i idealnie wpasowuje się w główny nurt literatury popularnej. Na kartach książki znajdziemy między innymi szeroki oddech typowy dla przyzwoitej space opery, niewielką dawkę horroru, rozważania na temat miejsca człowieka w, na pierwszy rzut oka, pustej kosmicznej przestrzeni. I choć w przypadku literatury środka żonglerka klasycznymi motywami niekoniecznie musi być powodem krytyki, to jednak powieść Mroza zdaje się być zbyt szczelnie wypełniona mieszającymi się ze sobą pomysłami, pochodzącymi ze skarbnicy gatunku. Sama zaś fabuła podporządkowana jest ich kolejnym emanacjom do tego stopnia, że szybko zapominamy, od czego się książka zaczęła. Musimy, chcąc nie chcąc, bez ustanku trzymać rękę na pulsie galopującej akcji, by nie zgubić się w jej otchłaniach.

Całość zaczyna się mocno i krwawo. Na pokładzie mknącego na podbój nowych światów statku kosmicznego budzą się dwaj astronauci poddani wcześniejszej hibernacji. Pobudka ta nie była jednak przewidziana w rozkładzie lotu, a korytarze statku usłane są zmasakrowanymi ciałami towarzyszy podróży…

Szybko okazuje się, że za masakrą na pokładzie ISS Accipitera stoi mroczna, obca siła, która dopiero zaczęła popisywać się swoimi morderczymi skłonnościami. Inne statki, które stara poczciwa Ziemia wysłała w celu odnalezienia innych form życia, również zdają się być ofiarami podobnej kosmicznej rzezi. Cała ta dość krwawa ekspozycja to tylko początek, który nie zapowiada innych atrakcji, jakie przygotował dla czytelników Remigiusz Mróz.



Chór zapomnianych głosów to wyjątkowo męska proza. Dwóch głównych bohaterów, astrofizyka Håkona Lindberga i nawigatora Diję Udina Alhassana, łączy szorstka przyjaźń, stąd też najczęściej zwracają się do siebie, używając wiązanek malowniczych przekleństw. Dość szybko zaczynamy kibicować im na drodze do poznania prawdy o tym, co stało się naprawdę na pokładzie macierzystego statku. Zdolni jesteśmy nawet polubić tych dogadujących sobie na każdym kroku mężczyzn, którzy, poddani presji przeróżnych zadziwiających zdarzeń, rzadko tracą rezon w ich obliczu. Dodajmy też, że ten pierwszy to skupiony i racjonalnie myślący Skandynaw, drugi – choleryczny muzułmanin.

Oni oraz pozostali bohaterowie tworzą typowy dla fantastyki naukowej kolektyw ludzi twardych, zaprawionych w bojach, dysponujących niezbędnym sprzętem, intuicją i wyobraźnią. A fakt, że przyjdzie im się zmierzyć z siłami, których potęgi wyobrazić sobie nie sposób, zapowiada niezłą zabawę. Gdy do tego wszystkiego dodamy przewijający się nieśmiertelny motyw obcych cywilizacji oraz podróży w czasie, które stają się okazją do rozważań na temat możliwości, jakie oferują komuś, kto chce zmienić przeznaczenie zapisane w przyszłości, otrzymamy wyjątkowo bogatą prozę.

Jednak fabuła tej obszernej książki bierze ostre zakręty i wyjątkowo często meandruje. Pomysł goni pomysł. W pewnym momencie wydawać się może, że kolejne zwroty akcji są zaledwie trampolinami, przy pomocy których powieść wjeżdża na nowe tory. Z czasem ta pogoń za utrzymaniem uwagi odbiorcy paradoksalnie może znużyć. Mróz nie zatrzymuje się na dłużej, by czytelnik mógł nacieszyć się serwowanymi mu po drodze rozwiązaniami. Nie pogłębia perspektywy, ale uparcie podrzuca kolejne pomysły, które zostają szybko przesłonięte następnymi. Z  jednej strony cieszyć może fakt, że Chór zapomnianych głosów stanowi przenośną skarbnicę elementarnych dla gatunku szablonów, a z drugiej powieść można skwitować oskarżeniem o klęskę urodzaju.

Książki takie jak ta nie mają zbyt wielkich ambicji, co rzecz jasna nie oznacza, że nie ma ich sam autor. Język dzieła jest czysty, pozbawiony zbędnych ozdobników stylistycznych, nie zatrzymuje na sobie uwagi czytelnika, tylko pozwala w jak najkrótszym czasie zorientować się w przestrzeni opowieści. Razić mogą mnożące się wulgaryzmy; zdaje się, że Mróz nie wierzy, by mężczyźni mogli rozmawiać ze sobą, nie używając kilku mniej lub bardziej wyszukanych przekleństw.

Cała powieść może zadowolić wielbicieli gatunku – jest w niej wszystko, za co kocha się fantastykę naukową. Zapewne odbiorcy, którzy już z niejednego pieca chleb jedli, mogą zżymać się, odnajdując znane już im od dawien dawna pomysły. Jednak sprawność wykonania rekompensuje wszelkie wątpliwości i wynagradza w dużym stopniu przyjemny trud lektury. Być może, przerzuciwszy ostatnią kartkę książki, pokusimy się o refleksję na temat kondycji samej literatury fantastycznej. Czy faktycznie trzeba na siłę szukać nowych, bardzo często zbyt wydumanych i karkołomnych pomysłów? A może wystarczy przyzwoicie odrobić lekcję i dać czytelnikom to, czego się spodziewają, wyciągając rękę w kierunku półki z napisem „science fiction”?


Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

czwartek, 1 stycznia 2015

Etap wysokogórski, czyli "Droga serca" Harrisona

Truizmem jest pisać, że książki M. Johna Harrisona należą do trudnych. Proza tego angielskiego autora czytelnikom się nie kłania. Uchodzi za dziwną, enigmatyczną, manieryczną, wymagającą nadprzeciętnego skupienia. Pozorny chaos i częsta nieobecność klasycznych rozwiązań fabularnych bywają przeszkodami trudnymi do pokonania. Pisarz nie stara się przypodobać masowym gustom, nie ma zamiaru niczego ułatwiać i uparcie kroczy swoją ścieżką, ignorując utyskiwania przyzwyczajonych do „normalnej” fantastyki fanów.

Droga serca, powieść wydana w 1992 roku, zdaje się doskonale potwierdzać wszystko, co o  Harrisonie do tej pory wiemy. Trzonem fabuły (jeśli można posłużyć się tak nieprecyzyjnym terminem) są zmagania trójki bohaterów, którzy przez większość dorosłego życia muszą uciekać przed zgubnymi skutkami pewnego rytuału, w jaki onegdaj zaangażowali się za sprawą parającego się magią ezoteryka. Pełznące za postaciami Zło, cień przeszłości, który kładzie się na każdym elemencie teraźniejszości, to motyw często występujący w klasycznych powieściach grozy, w horrorach wszelkiej maści. Jednak Droga serca horrorem z pewnością nie jest. Jest czymś dużo większym, głębszym i poważniejszym.



Czytając tę pozycję, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że autor podejmuje wyzwanie rzucone fantastyce przez naczelnego paranoika science fiction – Philipa Dicka. Takie powieści jak Valis, w literacki sposób tłumaczące mistyczne doświadczenia i epifanie, jakie obserwował amerykański pisarz, miały potwierdzać przeświadczenie, że świat jest systemem znaków, które odczytać mogą jedynie wtajemniczeni. Znaki te rozsiane są wszędzie. Dick szukał ich, spacerując zaśmieconymi ulicach San Francisco lub oglądając reklamy telewizyjne. Drogę serca można uznać za równie dobre studium paranoi. Różni się jednak ono od owoców zmagań Dicka. Autor Valisa przelał na papier bardzo osobiste doświadczenia, które (ponoć) naprawdę miały miejsce. Paranoja u Harrisona ma charakter konceptu fabularnego, jest przemyślaną strukturą, pod dyktando której rozwija się cała powieść.

Bohaterowie Harrisona szukają tajemniczej Pleromy – mistycznej, wywodzącej się z gnostycznych rozważań Pełni – przeczesując tonące w mroku przeszłości odnogi historii Europy, dłubiąc w genealogiach królewskich rodów, po omacku chwytając strzępy rozrzuconych informacji. Jednak podróż do źródeł prawdy, jak to często w tego typu opowieściach bywa, może być okupiona klęską na każdej z możliwych płaszczyzn. Bohaterów prześladują więc nie tylko halucynacje, niemal mistyczne wizje, są również miażdżeni chorobami, wegetują w źle rokujących związkach. Nie od dziś literatura przekonuje nas, że wyprawa po złote runo wiedzy kończy się źle.

Dzieło Harrisona nie ma klasycznej, linearnej struktury. Serie epizodów raz łączą się ze sobą, innym razem tworzą osobliwy collage, w którym mieszają się odległa przeszłość z teraźniejszością, partie o charakterze czysto sprawozdawczym z miejscami przesyconymi poetyckim, odrealnionym klimatem. Powieść więc co i rusz zmienia tempo, szarpie do przodu i zwalnia. Delektujemy się spokojnymi, rozlewnymi opisami przyrody, mając świeżo w pamięci sceny, w których brutalny, perwersyjny seks łączył się z magią i bogowie wiedzą z czym tam jeszcze.

Kilka drobnych scen, opisów, na pierwszy rzut oka przypadkowo obecnych na powierzchni tekstu, znajduje swoje niepokojące odbicie w kolejnych partiach książki. Mistrzostwo Harrisona polega więc również na tym, że paranoja, która stoi u fundamentów świata przedstawionego tej powieści, przenosi się z czasem na sam proces lektury Drogi serca. Od pewnego momentu zaczniemy sami siebie pytać, czy dany epizod, obraz mają jakiekolwiek związek z poszukiwaniami prowadzonymi przez bohaterów, czy poprowadzą nas dalej na ścieżce interpretacji, czy są jednak ślepymi zaułkami, w których ugrzęźnie nasza uwaga?

Powieść angielskiego autora nie należy do łatwych. Trzeba przedzierać się przez prawdziwy gąszcz szczegółów, w jakie obfituje narracja, zmusić się do przeczytania kilku naprawdę mocnych drastycznych scen, wydobyć z plątaniny informacji te, dzięki którym zrozumiemy intencje bohaterów, przyzwyczaić się do nagłych, niezapowiedzianych niczym zakrętów fabuły. Gdy przygotujemy się na to wszystko, wtedy u kresu lektury być może pojawi się przyjemna świadomość tego, że obcowało się z dziełem niezwykłym, unikatowym i trudnym.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl. 

piątek, 19 grudnia 2014

Dylu-dylu na skrzypkach, czyli "Oberki do końca świata" Szostaka

Raz na jakiś czas trafić można na książkę, która wymyka się jednoznacznym kryteriom gatunkowym. Czytelnicy, pchani dość naturalną potrzebą nazywania i katalogowania, stają bezradni wobec dzieła stapiającego w sobie szlachetne, ale unikatowo połączone elementy. Tekst czaruje, obezwładnia urodą, lecz broni dostępu do swoich sekretów. Jest niepowtarzalny. Trudno się nim nawet inspirować, gdyż każda próba nawiązania do niego może skończyć się oskarżeniem o naśladownictwo. Można tylko rozkoszować się jego pięknem, mądrością i tajemnicą.


Taką książką są właśnie Oberki do końca świata Wita Szostaka, które traktują temat polskiej wsi z nieczęsto spotykanym w naszej literaturze szacunkiem i atencją. Jednak motyw ten nie służy w przypadku Szostakakomentarzowi społecznemu, nie jest mniej lub bardziej malowniczym tłem, autor niczego wsią „nie załatwia.” On oddaje jej hołd. Piórem odmalowuje zamkniętą, spójną wewnętrznie przestrzeń, która rządzi się własnymi regułami. Opisuje żarliwie pielęgnowane obyczaje, rozpaczliwą obronę przed miażdżącym naporem czasu, który niestety finalnie tryumfuje.





W opowieści tej z jednej strony spotykają się uniwersalne, stare jak ludzkość dramaty i emocje, niemalże archetypiczne postawy wobec życia i świata, a z drugiej strony Szostak głęboko zanurza swoją książkę w kulturze naszej prowincji. Oberki do końca świata są do bólu polskie, słowiańskie, zakorzenione w tradycjach ginącej rzeczywistości, której przed popadnięciem w nicość broni właśnie ta proza. Ciężki chłopski los staje się ilustracją przemian kulturowych, których świadkiem stał się wiek XX.


Śledząc losy bohaterów, przede wszystkim członków muzykanckiego rodu Wichrów, cenionych skrzypków ogrywających wesela we wsi Rokiciny i okolicach, czytamy tak naprawdę przepiękny, chwytający za serce poetycki zapis ostatnich skurczów świata, którego już nie ma. Książka podzielona jest na kilkanaście krótkich rozdziałów. Zamknięte w sobie całości korespondują ze sobą i wzajemnie się uzupełniają, tworząc panoramę ludzkich wzlotów i upadków, przedwczesnych nadziei i gorzkich zwycięstw. Poszczególne historie mają własną dramaturgię, wewnętrzne napięcie, które pozwala czytać je jak opowiadania otwierane ciekawą ekspozycją, zamykane zaś logiczną z punktu widzenia narracji puentą.


W powieści nie brakuje elementów fantastycznych, momentami metafizycznych – bohaterów co i rusz spotykają niezwykłe wydarzenia, które nie mieszczą się w racjonalistycznej wizji rzeczywistości, za to doskonale ilustrują ludowe przeświadczenie o tym, że świat żyje, czuje, da się z nim pertraktować, a nawet narzucić mu swoją wolę. Stąd też jednemu z muzykantów udaje się przy pomocy dźwięków skrzypiec zabezpieczyć rodzinną wieś przed tragicznym strumieniem wypadków – przed II wojną światową, która stanowi swoistą cezurę dla całej powieści, gdyż nic po jej zakończeniu nie będzie takie, jakie do tej pory było.


Zniknie gdzieś magia, gdy tradycje zaczną ustępować pola nowoczesności, która wdziera się do bezpiecznej, wcześniej niemal arkadyjskiej przestrzeni. Bohaterowie początkowo starają się dać odpór nowemu, ale szybko muszą uznać wyższość potężniejszych od siebie sił. Po latach na wsiach zjawią się etnografowie-pasjonaci próbujący rozdmuchać żar tlący się w dogasającym palenisku kultury ludowej. Czasu jednak zatrzymać się nie da. Duch łagodnej, spokojnej rezygnacji przenika całą książkę.


Zachowując odpowiednie proporcje, możemy śmiało stwierdzić, że Szostak czerpie z tego samego czystego źródła, z którego na początku XIX wieku pili zafascynowani ludowością polscy romantycy. Oni też widzieli w kulturze ludowej nieodkryte, trudne piękno błyszczące własnym – nieodbitym blaskiem.


Tworząc całą galerię fantastycznych postaci, autor pozwala im dojrzewać i starzeć się, obserwować rozpadający się na ich oczach świat oraz starania tych, którzy chcą odroczyć jego ostateczną zagładę. Unikalna surowa poezja i silnie zrytmizowana, pozbawiona dialogów proza Oberków do końca świata łączą się w całość, która potrafi zauroczyć, zahipnotyzować i porwać. Przepiękna, ale dojmująco smutna to opowieść.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta, którego jestem nierozgarniętym recenzentem.

czwartek, 20 listopada 2014

Przeczytałem, czyli ".byłem" Jaworskiego

W polskiej literaturze mamy kilka silnych, doskonałych przykładów zmagania się poetów z własnym niszczonym przez choroby i leczenie ciałem. A to Miron Białoszewski opisuje nam z ironią i czarnym humorem swoje perypetie na oddziale urologicznym (cykl wierszy „Spotkanie z nożem”), a to Kazimierz Ratoń z całą brutalnością, na jaką stać poetę przeklętego, pluje jadem, opisuje graniczne stany, w jakie wpędziła go między innymi galopująca gruźlica.
Dziś Krzysztof Jaworski, jeden z czołowych przedstawicieli tzw. „pokolenia bruLionu”, lewicujący chuligański autor, mierzy się z doświadczeniem choroby nowotworowej. Tomik „.byłem” jest zwartym skoncentrowanym zbiorem drapieżnych wierszy, które mogą ranić, kaleczyć a nawet obrażać tradycyjnie rozumiane gusta poetyckie. Nie ma w tych tekstach (napisanych przecież na pierwszej linii frontu wojny z rakiem) najmniejszej nawet dawki ckliwości, użalania się nad sobą, wymuszonego przez sytuację patetycznego zestawu gestów.

Jest bolesna niepewność (...powiedz, kochanie,/chcesz się ze mną pierdolić,/czy chcesz się ze mną zestarzeć?), poczucie powolnego znikania w smudze cienia, kryzys wieku średniego (Za moich czasów,/wszystko było inne./Nigdy nie myślałem, że dożyję/moich czasów.). Zdarzają się nawet liryczne podsumowania odległych czasów, gdy Nic nie było zapisane na pendrivach./Wszystko było zapisane w gwiazdach.
Jednak w książce obserwujemy najczęściej szeroki wachlarz zawadiackich gestów, słyszymy warczenie, odszczekiwanie się... Jaworski ani przez moment nie myśli neutralizować tonu, który jest przecież charakterystyczny dla jego poetyki. Wiersze z tomu „.byłem” bazują na nieustannej kontestacji nie samej choroby przecież, ale pewnych form „życia w chorobie.” Arsenał spodziewanych gestów obronnych zastąpiony został więc przez cynizm, gorzką ironię sąsiadującą z nihilizmem. Poczucie bezradności i turpistyczne wręcz dekoracje, w jakich rozgrywają się wiersze, często rozsadza dawka smoliście czarnego humoru.
Te teksty nie niosą pocieszenia. Nie mają wartości terapeutycznej. Heroizmu w nich jak na nomen omen lekarstwo. A z drugiej strony czyż heroiczną nie jest chwila, gdy dekonstruuje się własny ból, strach rozkłada na czynniki pierwsze, by można było sobie z nich dworować, kpić? Być może, o paradoksie, cierpienie uczyć ma dystansu do siebie samego i innych?

wtorek, 18 listopada 2014

Sławianie, my lubim horrory, czyli "Szczęśliwa ziemia" Orbitowskiego

Od czasu do czasu lubię obracać w głowie pewną hipotetyczną sytuację - zastanawia mnie, jak wyglądałby polski romantyzm, gdyby nie musiał rozwijać się, kwitnąć i owocować w cieniu zaborów i przegranych powstań narodowych? Czym byłaby ta fascynująca epoka, gdyby Mickiewicz, Słowacki i ich epigoni nie zabazgrolili jej swoimi fantazmatami z mesjanizmem na czele?

Być może (nie wiem, przypuszczam, igram sobie) konkurowałyby w niej dwie potężne tendencje - czytalibyśmy albo o kolejnych malowniczych katastrofach miłosnych, albo drżelibyśmy ze strachu nad opowieściami o duchach, upiorach i diabłach. Być może takie fundamentalne dla polskiego romantyzmu mroczne dzieła jak "Zamek kaniowski" Goszczyńskiego albo "Maria" Malczewskiego stanowiłyby tylko preludium erupcji niesamowitości. Być może zapracowalibyśmy na swojego Lovecrafta? Poego? Kto wie...

Dziś, gdy kończę czytać powieść tak hołubionego autora, jakim jest Orbitowski, nie mogę pomyśleć o niej inaczej niż w kategoriach czarnego romantyzmu właśnie - ignorowanej przez masową świadomość czytelniczą odnogi rzeczonej epoki.

"Szczęśliwa ziemia", podobnie jak przywołane wcześniej dziewiętnastowieczne dzieła, ma u swoich podstaw ideę bliską romantykom - transcendencję włamującą się do naszej rzeczywistości. Jednak w przypadku tej powieści jest ona wroga, grzebie kopytami u podstaw świata, zaburza jego równowagę, by wprowadzić ład oparty na bezlitosnym prawie klątwy; fatum wiszącego zarówno nad jednostkowymi losami bohaterów, jak i historią miasta, w którym zagnieździło się zło.

Orbitowski bierze naprawdę szeroki zamach, otwierając opowieść scenami z otchłani czasu, czyli z przełomu lat 80 i 90 ubiegłego stulecia. Małomiasteczkowa zatęchła atmosfera, skrzętnie katalogowane rekwizyty nieistniejącego już świata, wachlarz momentami groteskowych, momentami boleśnie realistycznych postaci w niezauważalny sposób buduje nam scenę, na której rozegra się dramat - opowieść o grupce młodych przyjaciół, która zapłaciła wyjątkowo wysoką cenę za realizację dość stereotypowych marzeń. No i  jak to w tego typu historiach bywa, Zło wciąż domaga się od ludzi spłaty długu wdzięczności i nie pozwala się od siebie uwolnić.

"Szczęśliwa ziemia" w swoich najlepszych momentach pulsuje pradawnym rytmem opowieści. To magia narracji prowadzi nas wciąż do przodu. Nic nie zatrzymuje nas na dłużej. Pochłaniamy kolejne partie tekstu tak, jakbyśmy słuchali przerażającej legendy, która nie ma czasu na retardacje. Słów, obrazów, bohaterów i wydarzeń jest tyle, ile trzeba.



Czar słabnie, gdy Orbitowski opuszcza przeszłość swoich bohaterów i zaczyna przyglądać się ich "współczesnym" losom. Narracja rozszczepia się. Wędrujemy do Kopenhagi, do Warszawy, Krakowa. Śledzimy kariery i bolesne katastrofy tych, którym wydawało się, że są w stanie uciec przed ścigającą ich klątwą. I o ile warstwa fabularna drugiej części powieści znów jest bez zarzutu, to styl zaczyna być męczący.

Autor zasypuje nas lawiną niczego nie wnoszących do fabuły opisów. Proste zdania oznajmujące składają nam raporty o stanie świata, ale dotykają zaledwie jego naskórka. Zagracają przestrzeń powieści dziesiątkami niepotrzebnych detali. Orbitowski być może chciał nakreślić tło obyczajowe, zilustrować coś, co za chwilę umrze, przekształci się, zrzuci poprzednie wcielenie, ale poświęcił temu tyle miejsca i energii, jakby "Szczęśliwa ziemia" miała być powieścią obyczajową. A taką z pewnością nie jest.

Orbitowski przede wszystkim straszy i robi to w sposób wyrafinowany - raz rzuca bohaterów na pastwę konkretnego nadludzkiego zła, innym razem mnoży zagadkowe szczegóły (kapitalny motyw z uszkodzoną książką, proszę przeczytać), by przeorać serca dojmującą niepewnością. Atmosfera gęstnieje. Mnożą się niewiadome, krzyżują losy tych, którzy też złu w drogę weszli. Przeczucia najgorszego muszą się w końcu spełnić.

I nawet jeżeli nie będziemy czuć zimnych dreszczy wędrujących wzdłuż kręgosłupa, to nastrój książki jest na tyle mroczny i przytłaczający, że silniej za gardło chwyta świadomość braku nadziei i ratunku dla bohaterów niż kolejna manifestacja zła.

Poleca się.

Pierwsze rozdanie, czyli "Dzikie karty" pod red. Martina

Jest taka odnoga historii, jest taki jej boczny tor, na który wjechały dzieje (wszech)świata, by zamienić się w uniwersum Dzikich kart – gargantuicznych rozmiarów projekt, nad którym czuwał George R. R. Martin. Zebrał on zacne grono autorów, którzy pisząc kolejne opowiadania, dobudowywali piętra tej imponującej budowli, poszerzali ją, mnożyli korytarze, pokoje i tajemne przejścia pomiędzy nimi.

Kamieniem węgielnym całego zbioru opowieści jest pomysł rodem z arsenału pulpowej odmiany science fiction. Wirus pochodzący z obcej planety, mający zdolność modyfikowania kodu genetycznego człowieka, dziesiątkuje populację. Większość jego ofiar umiera, jednak cała zabawa polega na tym, że wirus może również zamienić osobę w karykaturalne monstrum (tzw. dżokera) lub w obdarzonego nadludzkimi mocami asa. W mechanizm działania wirusa wpisana jest przypadkowość, czynnik losowy. Żaden człowiek nie zareaguje identycznie na jego obecność w  organizmie, stąd świat przedstawiony zaludniają całe tabuny przedziwnych istot, nadnaturalnie uzdolnionych mutantów, groteskowych dziwolągów.

Nie wiem, jak inni czytelnicy odbiorą ten opasły zbiór opowiadań różnych autorów, ja jednak, czytając Dzikie karty, czułem zamkniętą w nim olbrzymią tęsknotę za rozwiązaniami obecnymi w  amerykańskiej popkulturze przynajmniej od połowy lat 50, od czasów srebrnej ery komiksów o  superbohaterach, która na wznoszącej fali przyniosła takie tytuły jak X-men lub Fantastyczna Czwórka. Zbeletryzowane przygody tychże postaci brzmiałyby bardzo podobnie do tych opisanych przez twórców spod bandery Dzikich kart.



Bo z czym mamy do czynienia? Z opowieściami o zwykłych ludziach, którzy za sprawą anomalii genetycznych zaczynają mutować. Zmuszeni są do konfrontacji ze swoim nowym ja, muszą jednocześnie mierzyć się z niezrozumieniem otoczenia, które zbyt często reaguje podejrzliwie, a w  najgorszym razie wrogo; zdumiewające moce odsłaniają głęboko skrywane ciągoty do czynienia zła lub dobra. Znamy to? Znamy.

Gra talią takich kart wymaga nie lada mistrzostwa. Uniwersum zaprezentowane przez Martina oraz panujące w tymże świecie reguły nie są przecież żadnym novum dla czytelników poznających dziś Dzikie karty. Wszystko zatem rozbija się o atrakcyjność poszczególnych historii, o styl, o umiejętność opowiadania, o budowanie napięcia lub błyszczenie poczuciem humoru. Dzikie karty odeprą zarzut wtórności wobec takiego medium jak komiks tylko wtedy, gdy opowieści będą korzystały z dobrodziejstw literatury, z bogactwa jej środków wyrazu, a nie zatrzymają się na galopadzie wydarzeń, typowej dla przygód komiksowych superbohaterów.

A jak radzą sobie poszczególni autorzy? Różnie, chciałoby się rzec. Najczęściej opowieści bazują na starych dobrych chwytach wykorzystywanych w literaturze popularnej. Bohaterowie zazębiających się ze sobą opowiadań ścigają pogrobowców Hitlera, wprowadzają amerykańskie standardy demokratyczne w odległych zakątkach Ziemi, korzystają z chwilowej popularności, zanim nie zmiażdży ich bardziej nieludzki od najbardziej zdeformowanych dżokerów świat wielkiej polityki (Świadek Waltera Jona Williamsa). Pojawiają się motywy znane z kryminału noir (Kapitan Katoda i tajemniczy as Michaela Cassutta), z melodramatów (Procedura łamania Melindy M. Snodgrass), z powieści szpiegowskich(Powers Davida D. Levine’a)… Styl tekstów jest poprawny, ale rzadko porywający – wydaje się, że część autorów stara się przy pomocy jak najmniejszej ilości słów zamknąć w jednym opowiadaniu , scharakteryzować bohaterów, naszkicować tło, zawiązać intrygę i poprowadzić ją w kierunku finału.

Sam Martin flirtuje z doskonale znanymi schematami komiksów o superbohaterach. Opisuje nieśmiałego, zakochanego w obrazkowych historiach samotnika, który odkrywszy w sobie moc, decyduje się walczyć z przestępczością. Brzmi znajomo, prawda? I nie jestem pewien, czy pisarz celowo celebruje uświęconą tradycję budowania podobnych narracji, czy też ironicznie komentuje skamieniałe formuły, trzymając się ich w kurczowy sposób.

Tych ponad sześćset stron, kilkanaście opowiadań mniej lub bardziej znanych autorów, powinno usatysfakcjonować fanów akcji i przygody. Teksty na szczęście podbite są również niejednoznacznymi gorzkimi refleksjami o ludzkiej naturze, tolerancji, polityce, a ich wymowa często wymyka się jednoznacznej interpretacji. Ułożone zgodnie z chronologią wydarzeń, jakie miały miejsce po II wojnie światowej, stanowią smaczny komentarz do co bardziej dramatycznych zakrętów dziejowych.

***
Recenzja ukazała się pierwotnie na łamach portalu Fantasta.pl

poniedziałek, 27 października 2014

Bądźcie płodni, czyli "Zamknięty świat" Silverberga

Ależ dziwacznymi ścieżkami błądzić mogą myśli czytającego… Siedzę sobie z „Zamkniętym światem” Silverberga i nagle kołują mi w głowie takie cuda: książka ukazała się w 1971 roku, jesteśmy tuż za progiem rewolucji obyczajowej, która uruchomiła lato miłości, dzieci-kwiaty, Woodstock, fale studenckich strajków, a także wprowadziła na rynek w 1966 roku pigułki antykoncepcyjne. Z drugiej strony swoje działa wytacza Watykan, publikując encyklikę Pawła VI „Humanea Vitae”, w której piętnuje się wszelkie nienaturalne metody regulacji poczęć, czym niejako powtarza biblijne wezwanie do bycia płodnym i rozmnażania się. Dodajmy do tego koktajlu docierające do nas z głębin XIX apokaliptyczne przepowiednie Malthusa, który wieszczył zagładę ludzkości, jeżeli ta nie poprzestanie na modelu rodziny „2+2.” I nie chodziło mu o mężczyznę, kobietę, kota i psa…

Wydaje się, że wszystkie te konteksty znalazły w powieści Silverberga wyjątkowo apetyczny wspólny mianownik. Autor zbudował klasyczny dystopijny porządek. Akcję umieścił w 2381 roku. Ziemię zaludnił 75 miliardami ludzi, których spakował w olbrzymich, wysokich na 3 kilometry budowlach zwanych monadami.

Ludzie kierowani świętym obowiązkiem mnożą się na potęgę, zawierają małżeństwa w wieku kilkunastu lat, by w ciągu kilku kolejnych zafundować sobie 5-6 dzieciaków. Ba! W ciasnych monadach zlikwidowano całkowicie „wyłączność cielesną” partnerów, więc noc w noc można pakować się do łóżek przypadkowym osobom i za obopólną zgodą (odmowy są źle widziane) współżyć bez najmniejszych konsekwencji.

Autor nieźle świntuszy. Opisy seksu, dość naturalistyczne, dodajmy, stanowią sporą część książki i gdyby jakiś ambitny filmowiec pokusił się o jej adaptację, mielibyśmy do czynienia z (bodajże) pierwszą poważną próbą połączenia filmu pornograficznego z fanatyczno-naukowym.

Filmowy (w duchu poetyki choćby Roberta Altmana) zdaje się być też sposób prowadzenia narracji. Nic nas nie pcha od punktu A do punktu Z. Odwrotnie – czytamy o kilku dniach z życia grupki bohaterów, których losy splatają się z sobą (sami bohaterowie splatają się również, gdyż prowadząc wybujałe seksualnie życie, prędzej czy później muszą natknąć się na siebie…) Poszczególne historie uzupełniają się wzajemnie, każdorazowo odsłaniając inny wymiar dystopijnego świata. Pokazując inne okaleczenia, inne rany, jakie zadaje człowiekowi życie w wyżej opisanym ekosystemie.

Z drugiej zaś strony spora część postaci kwitnie i owocuje pod sztucznym słońcem monady 116. W pełni akceptuje reguły, przyjmując je za oczywiste i naturalne. Nieliczni tylko nieszczęśnicy, wyalienowani, przygnieceni klaustrofobią mają dwa wyjścia: albo poddać się inwazyjnej psychoterapii, albo zginąć, kończąc w tak zwanej zsuwalni.

Nie łudźmy się – nic nie rozbije tego świata, nie będzie sabotażu, rewolucji, pierwszych jaskółek innego ładu społecznego. Ten świat jest dosłownie zamknięty.



Czym więc jest ta powieść Roberta Silverberga? Kwaśną satyrą? Groteską wycelowaną w wartość płodności? Krytyką rozpasania seksualnego lat 60? A może (co brzmi chyba najgroźniej) przypominać ma nam, że wolni jesteśmy i tak tylko w obrębie wyraźnie zarysowanych granic? Nie wiem i bardzo dobrze, że nie wiem, bo świetna książka nie powinna zamykać interpretacji zbyt wielu drzwi.


Na koniec perełka – każdy z poziomów monady mieszkalnej nosi nazwę pochodzącą od któregoś z nieistniejących w 2381 roku miast. Elita żyje bodajże w Louisville. A gdzie żyją robole, plebs, ciemna masa? Tak, w Warszawie…

wtorek, 14 października 2014

Niedyskretny urok odgrzewanych dań, czyli "Czerwone liście" Simons

Kiedy w piosence zespołu PULP „TV movie” padają słowa:

Without you my life has become a hangover without end.
A movie made for TV: bad dialogue,
bad acting, no interest.
Too long with no story & no sex.

nie mogę nie pomyśleć o nadesłanej mi do zrecenzowania powieści kryminalnej „Czerwone liście” Paulliny Simons. Stan, o którym śpiewa Jarvis Cocker, to bolesne i dojmujące poczucie porzucenia/tęsknoty zamieniające życie w parodię życia. Złe dialogi, złe aktorstwo, licha fabuła, dłużyzny, brak scen łóżkowych. Wszystko to jak ulał pasuje do tej nieszczęsnej książki. (Oprócz seksu, opisanego w sposób drętwy, nijaki, bezpłciowy…). Przeżyłem w życiu sporo rozstań i kac, jaki po nich miałem był podobny do tego, jaki pozostał po „Czerwonych liściach.”

Wielbicieli powieści kryminalnych ciężko zaskoczyć czymś nowym. Starzy wyjadacze spróbowali już zapewne każdej możliwej wariacji. Począwszy od klasycznych Sherlocków i Herculesów, skończywszy na wciąż penetrujących granice gatunku kryminałach skandynawskich. Liczba możliwych odmian jest przeogromna, co świadczy o uniwersalności formuły, a z drugiej strony grozić może zalewem dzieł w przedziwny sposób zniekształcających ramy kryminału, wtórnych, nieudanych, banalnych.

Ostatnia uwaga odnosi się niestety do powieści Paulliny Simons pt. „Czerwone liście” – książki nudnej i niewnoszącej niczego nowego do skarbnicy gatunku. Dzieła, które realizując wszelkie prawidła tworzenia kryminałów, rozczarowuje i na szczęście dość szybko ulatnia się z pamięci czytelnika.

Pierwszą część książki (bagatela, około 150 stron!) stanowi monotonna, pozbawiona tempa ekspozycja. Poznajemy bohaterów, którym szybko zaczynamy życzyć śmieci, gdyż są nieziemsko antypatyczni. Połączeni podejrzanymi związkami uczuciowo-miłosnymi prowadzą najczęściej miałkie rozmowy zbyt wolno posuwające akcję do przodu. Scena kawiarnianej rozmowy przyszłej ofiary mordercy z policjantem, który będzie mordercę śledził, jest tak upiornie „o niczym”, że mogłaby się z powodzeniem znaleźć we francuskim filmie nowofalowym. W kryminale, gdzie w sumie większość scen powinna nam coś sugerować lub ukrywać w sobie tropy, do których będziemy wracać odtwarzając okoliczności zbrodni, jest nie-do-pomyślenia. To takie żałosne obyczajowe ćwierkanie. 



Jeżeli ktoś w tym momencie nie odłoży książki, doczeka się na główne danie, którym będzie śmierć jednej z bohaterek. Wkrótce sympatyczny detektyw zabierze się za tropienie mordercy, a autorka zacznie przyrządza swoje dzieło wedle znanych i ponoć gwarantujących sukces receptur. Korzenie tajemnicy morderstwa tkwić będą głęboko w przeszłości, znajdzie się grono podejrzanych, wśród których każdy będzie miał powód, by uśmiercić nieszczęsną ofiarę. Śledzić będziemy mozolne śledztwo, w trakcie którego odsłonią się przed nami kolejne warstwy prawdy.

Nie spodziewajmy się jednak fajerwerków. Ta powieść jest co najwyżej przyzwoita i dziś, gdy od kryminału wymaga się nowatorstwa, nieszablonowych postaci, karkołomnych fabuł lub chociażby świetnie zarysowanego tła obyczajowego, razić może swoją poprawnością, stylistyczną nijakością, bezbarwnymi postaciami, scenami, które doskonale znamy z oglądanych jednym okiem telewizyjnych kryminałów. Drugim okiem przypatrujemy się bijącym się ze sobą dzieciom lub podziwiamy sprawność, z jaką sąsiadka wprowadza samochód do garażu…

Dodajmy, że „Czerwone liście” Paulliny Simons pierwotnie ukazały się w 1996 roku. W Polsce pierwszy raz znajdują swojego tłumacza, wydawcę i czytelnika w 2002, potem w 2014 roku. To dość zastanawiający fakt, który może potwierdzać moją małą spiskową teorię – mamy do czynienia z klasycznym przykładem odgrzewanego kotlet ze średniej jakości jadłodajni. Nie polecam.

czwartek, 2 października 2014

Na blogi recenzenckie

Kiedyś obiecałem sobie, że umieszczać na moim blogu będę tylko i wyłącznie omówienia książek, szkice, esejopodobne opowieści o lekturach, wreszcie recenzje, które spełniać będą wszelkie wymogi gatunku. Nie chciałem bawić się w teoretyzowanie na temat polskiej blogosfery książkowej, gdyż w innych miejscach dawałem upust pewnym przekonaniom. Teraz jednak zbieram do kupy swoje obserwacje z nadzieją, że nade wszystko samemu sobie jasno wytłumaczę, dlaczego nieziemsko irytuje mnie rodzime środowisko książkowych blogerów.

BLOGI NA PIASKU

Pięć lat polonistyki, setki przeczytanych książek, dziesiątki artykułów, setki haseł ze słowników, kurz z bibliotek, toner z ksero… Cała ta patologia, która zabija miłość do książek i nakazuje robić sekcje zwłok ukochanym istotom. Tak, tak kiedyś wyglądało. Stara dobra szkoła, której reżim zamieniał pasjonatów w chłodno analizujących teksty (mam nadzieję) zawodowców. Filologów.

Pod koniec studiów żonglowaliśmy pojęciami i terminami. Czytaliśmy na poziomie daleko wyższym i głębszym niż 5 lat wcześniej. (Mam przynajmniej nadzieję, że tak było.) Jeżeli coś nam się podobało, wiedzieliśmy dlaczego. Jeżeli coś odrzucało, również potrafiliśmy to nazwać, rozłożyć na elementy podstawowe. Mieliśmy narzędzia, którymi podważało się zamkniętą strukturę tekstu. Szło się na oślep. Często fałszywie interpretowało, rozumiało opacznie, jednak raz użyte narzędzia za każdym następnym razem spisywały się lepiej. Praktyka. Tak, na pewno.

Większość „recenzji” polskich blogerów książkowych nie zdradza najmniejszych nawet znamion znajomości teorii literatury. Ba! Kolejne i kolejne recenzje poszczególnych blogerów budowane są na tym samym grząskim piaszczystym gruncie, jakim jest satysfakcja lub brak satysfakcji czytelniczej. Próżno szukać choćby tak podstawowych kwestii jak świadomość gatunku opisywanej książki, rozumienie kontekstów okołoliterackich,  powoływanie się na tradycję… Sprawę załatwiają tzw. „misie” – „mi się podobało, polecam”, o wiele rzadziej „mi się nie podobało.” Prywatne gusta i guściki, pielęgnowane przeświadczenie o tym, że należy dać pierwszeństwo odczuciu, płynnym nastrojom, subiektywnym peanom lub zawodzeniom, zastępują obiektywny rzetelny ogląd sytuacji.

W sumie zignorować można ignorantów, co też robię za każdym razem, gdy czytam „recenzje” poskładane na poły ze streszczenia książki, na poły z przymiotników opisujących życie wewnętrzne „recenzenta” kwitnące za sprawą „urzekających historii”, pożądanej gramatury papieru i kolorowej okładki.

Zignorować nie można jednak cielęcego samozadowolenia ludzi, którzy pisząc o książkach nie mają zielonego pojęcia o czymś więcej niż to, jak połączyć przeczytane litery w sylaby, sylaby w wyrazy, wyrazy  w zdania i tak dalej…

FORMA? TAK, MAM KILKA W KUCHNI

Jedną z oznak szacunku dla czytelnika jest nie tylko kwestia tego, CO się pisze, ale również tego JAK się to robi. Forma, fundamentalny przecież element struktury każdej wypowiedzi, w przypadku absolutnej większości blogerów książkowych NIE ISTNIEJE. Przepraszam, istnieje, zamykając całą wypowiedź w jednym okrutnie nudnym, przewidywalnym i banalnym kształcie. Teksty są „kwadratowe”, wyprane z jakichkolwiek konceptów, pomysłów, zabiegów formalnych, zabójczo jednakowe. Brak indywidualnego piętna autora tekstu, nieistnienie jakichkolwiek ryzykownych dywagacji, dygresji przeróżnej natury, które pozwalałyby widzieć książkę w szerszej perspektywie, razi jak oglądanie zjeżdżających z taśmy fabrycznie nowych nocników. Choć w różnych kolorach, każdy jest identyczny.

W najlepszym razie o lenistwie intelektualnym świadczy ta dojmująca monotonia. Rozumiem, że komuś może się nie chcieć. Nie każda recenzja musi być wszak zaskakująca formalnie. Nie każda musi łączyć różne wszechświaty. Nie zawsze trzeba odbiorcę ująć, rozbawić, zaciekawić, porwać… Czasem trzeba napisać porządny wstęp, solidne rozwinięcie i silniejsze wnioski, bez bawienia się w cuda na kiju.

Jednak gdy wykluczymy lenistwo, pozostaje nam coś gorszego – brak predyspozycji intelektualnych, nazywając rzeczy po imieniu. Są ludzie, którzy choćby tydzień myśleli nad tytułem recenzji, nie wymyślą niczego. Tak to wygląda, moi drodzy.

NIE MA KSIĄŻEK BRZYDKICH, TYLKO…

Nie czarujmy się – światek blogów recenzenckich trawi ta sama choroba, co inne przestrzenie, w których jedni ludzie mówią drugim, co jest dobre a co złe. Patologicznych wymiarów wręcz nabiera przesadna ostrożność, z jaką blogerzy wyrażają swoje zdanie. Żyjąc (w Sieci) dzięki książkom, często nie ryzykują, by podcinać gałąź, na której chcą siedzieć i czerpać z tego siedzenia profity. Któż, mając podobne nastawienie, zrówna z ziemią książkę, którą za darmo otrzymał od wydawnictwa lub od portalu czytelniczego, z którym współpracuje? Pojawia się wtedy uroczy mechanizm samooszukiwania się lub oszukiwania odbiorców recenzji.

„Nie ma złych książek, są tylko nietrafieni czytelnicy” – mawia się na mieście. Nie ma książek źle napisanych, nudnych, banalnych, wtórnych, głupich, wulgarnych, anachronicznych. Krótko mówiąc, nie ma książek chujowych póki dostaje się je za darmo.

BO LUBIĘ I JUŻ

Motywacja zdaje się najlepiej i najszybciej rozgrzeszać każdego, kto pisze o książkach i robi to w sposób fatalny, mierny lub nijaki. „Kocham czytać i pisać, więc jakim prawem mnie oceniasz!” – taką kwestię często spotykałem, gdy pod czyjąś recenzją zdarzyło mi się umieścić negatywny komentarz. Przewrażliwienie środowiska domorosłych blogerów na swoim własnym punkcie jest ogromne. Wytknięcie (nawet życzliwe) komuś błędów, nieścisłości, nierzetelności zbyt często kończy się jatką. I niemal za każdym razem słychać oburzony ton kogoś, kto uważa, że pasja, z jaką oddaje się książkom, POWINNA usprawiedliwić KAŻDĄ niedoróbę recenzencką. 

Nie muszę chyba dodawać, że „lubienie czegoś” nie oznacza tego, że automatycznie zostajemy ekspertami w danej dziedzinie. To jest tylko pierwszy krok. Dla większości blogerów książkowych pierwszy i ostatni.

KOŃCZĄC,

piszący te słowa nie rości sobie żadnych pretensji do bycia jakimkolwiek arbitrem elegancji. Odwrotnie, piszę pielęgnując swój mały ogródek, robiąc swoje po prostu.

Być może nieliczni odbiorcy mojego bloga oskarżą mnie o bufonadę, o zrzędzenie, o niczym nieusprawiedliwione poczucie wyższości. Cóż, w czasach terroru subiektywizmu, w czasach, gdy „każdy swoją rację ma”, posiadanie poglądów może zakończyć się oskarżeniem o intelektualny faszyzm. Trudno, jakoś trzeba będzie sobie poradzić z tym odium.

środa, 10 września 2014

Szczygłopodobnie, czyli "Samotność Portugalczyka" Klementowskiej

Portugalia, jak zresztą większość krajów Starego Kontynentu, obłożona jest klątwą pewnych stereotypowych, głęboko zakorzenionych w świadomości obiegowych obrazów i skojarzeń, które najczęściej nie mają niczego wspólnego z prawdziwym obrazem danego miejsca, ludzi w nim żyjących oraz jego historii. Szlachetną pracę wykonują więc ci, którzy starają się zajrzeć pod powierzchnię tego, co oferują nam biura podróży i kolorowe foldery. Z założenia unikają oni miejsc skażonych masową turystyką. Penetrują peryferia. Starają się spojrzeć nie tylko szerzej, ale i głębiej. Podobną ambicją kierowała się z pewnością Iza Klementowska, autorka zbioru reportaży pt. „Samotność Portugalczyka.” Po przeczytaniu tej książki opisywany przez nią kraj na zawsze może przestać się kojarzyć tylko z fado oraz Cristiano Ronaldo…

Klementowska rzetelnie odrobiła lekcje z historii Portugalii i pokazała bolesne, wstydliwe a czasem chwalebne karty z jej dziejów. To kraj, który przez kilkaset lat istniał jako potężne imperium wzmocnione rozlicznymi koloniami, a skurczył się do rozmiarów dziesięciomilionowego państwa. Kraj objawień fatimskich, ponurej dyktatury Salazara, koszmaru wszechwładnych tajnych służb. Terytorium, na którym na stałe zadomowił się smutek, dziwna nostalgia za niegdysiejszą wielkością i duma, która zmusza Portugalczyków do akcentowania każdego sukcesu, jaki udało się osiągnąć.

Tam, gdzie Klementowska zmaga się z historią, tam „Samotność Portugalczyka” brzmi intrygująco i mocno. Najlepsze teksty swoją siłę zawdzięczają potędze przerażających historii, osobistych świadectw bohaterów zaplątanych w meandry historii kraju. Z zgrozą czytać możemy o mrocznych mechanizmach władzy, o odczłowieczeniu, o przemocy i zbrodni. Także o odruchach buntu, które z czasem przerodziły się w tryumf nad materią zła. 

W tym momencie można litanię pochwał urwać... Uświadomiłem sobie, że siłą tej książki wcale nie jest niepowtarzalne pióro autorki, ale wydarzenia, które te pióro opisuje. A pióro to zbyt często kreśli obrazy w sposób bezosobowy, beznamiętny. Dostajemy do rąk produkt, który mówi nam wiele (i chwała mu za to) o kraju położonym na "wylocie" Europy,ale mam wrażenie, że każdy miłośnik Portugalii przy odrobinie wysiłku potrafiłby złożyć podobną książkę. Wystarczyłoby pogrzebać w dobrych tekstach źródłowych i wio!

Autorka chciała również uchwycić coś tak eterycznego jak dusza Portugalii. Czy jej się udało? – możemy zapytać. Całość książki wieńczy cytat niemieckiego reżysera Wima Wendersa, który pracując nad filmem „Lisbon story”, doszedł do wniosku, że im dłużej wypatrywał ducha stolicy Portugalii, tym głębiej chował się on przez spojrzeniem obcokrajowca. 

Podobną refleksją można podsumować te partie książki, które chcą uchwycić nieuchwytne. Portrety ludzi, węzły ich losów Klementowska stara się opisać zgodnie prawidłami sztuki reporterskiej – paroma kreskami szkicuje swoich bohaterów, zwraca uwagę na detale, buduje widowiskowe skróty perspektywiczne, gdy pozwala o Portugalczykach mówić pomnikom, architekturze, przedmiotom, cmentarzom.

Jednak momentami ma się wrażenie, że zbyt daleko odsunęła się od swoich bohaterów. Robi się chłodno. Reportaże polskiej autorki zaczynają momentami przypominać ćwiczenia stylistyczne; bardzo dobre formalnie, ale nie wnoszące niczego nowego do tego, co już wiemy o świecie. 

Miłośnik popularnej w naszym kraju literatury faktu może czuć pewne znużenie tematem, gdyż „Samotność Portugalczyka” można czytać jako  kolejną opowieść o losach społeczeństwa, wcześniej udręczonego dyktaturą, teraz liżącego rany i oswajającego traumy. A takich historii miłośnicy reportaży wydawanych przez „Czarne” znają bez liku…




Dodajmy, że autorka dziękuje "naczelnemu polskiemu reportażyście", Mariuszowi Szczygłowi, za pomoc w powstaniu tej książki. Cóż, mam dość niejasne przeczucie, że Szczygieł ze swoją manierą reporterską zbyt mocno chyba Klementowką zainspirował i niektóre jej teksty wyglądają jak próby chodzenia w za dużych męskich butach.

Cokolwiek znaczyłaby ta moja dziwaczna metafora...

sobota, 30 sierpnia 2014

Emulgatory, wszędzie emulgatory, czyli "Światło cieni" Dębskiego

Czytam sporo starej polskiej fantastyki. Karmię tym potwora nostalgii, jaki zagnieździł się we mnie i zmusza do sięgania po starocie, które swoją młodość przeżywały wtedy, gdy i ja dzieckiem byłem. Kusi mnie ta przaśność, umowność, kicz, wiara w istnienie lepszej przyszłości, gdy rozstrzygnięcia naukowe pchną człowieka na drogę ku lepszemu życiu…

Rozwiązania fabularne bywają wymuszone, bohaterowie noszą dziwaczne jednosylabowe imiona/nazwiska, technologia łamie wszelkie prawa fizyki, ale jest coś, co nie pozwala mi zgasić miłości do tych często kulawych tekstów. One są stare i dlatego drogie mojemu czytelniczemu sercu.

Czasami zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje spotkanie z podobnym typem prozy, napisanym jednak dziś, tu i teraz. No i się dowiedziałem, niestety… Powieść „Światło cieni” Rafała Dębskiego to książka anachroniczna, źle skomponowana i stylistycznie płaska jak naleśnik. A zakręty fabularne i bohaterowie budzą słuszne skojarzenia z filmami klasy B i niżej…

Sam początek, a przecież nietrudno w s-f o miłą i intrygującą ekspozycję, razi  wtórnością, wygląda jak sponiewierany znoszony kombinezon roboczy. Na obcej planecie ląduje ziemska ekspedycja naukowa. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy – wojskowi piloci widzą kłębiące się wokół ich pojazdów żywe cienie, których jednak obecności nie rejestrują żadne urządzenia. Oho, myślę sobie – czeka mnie spotkanie  ze starą dobrą historią o kontakcie z pozaziemską inteligencją.

Dobrze, czytamy dalej, by spotkać drętwego głównego bohatera, którego szczegóły z życia, wspomnienia, rozważania niby mają uplastycznić tę postać,  ale guzik z tego wychodzi, bo nijak nie pasują do proponowanej fabuły i zdają się na siłę rozpychać książkę. Czytamy o dziwacznych, niezrozumiałych zachowaniach bohaterów, których zmusza się do tego, by na siebie wrzeszczeli bez powodu lub uprawiali ze sobą seks, również bez powodu. (Omijałem te zawstydzające fragmenty, chociaż z reguły sceny erotyczne czytam po kilka razy…)

Nawet zagadka cieni, o której czytamy przez większość powieści i która powinna nas zaintrygować, jest tak rozczarowująca i tak karygodnie rozwiązana, że czytelnik może jedynie machnąć ręką: „E tam, takie coś?” – mruczy zdegustowany.

Chyba nic nie mogłoby uratować tej książki – jej słabość nie tkwi w jednej pojedynczej przypadłości. Ona cała jest skażona jakimś okrutnym grzechem pierworodnym. Sam pomysł – rzecz fundamentalna – nie wytrzymuje próby konfrontacji z czytelnikiem. Jest po prostu nieciekawy, a wszelkie próby uatrakcyjnienia fabuły (zabójstwa, szaleństwo, konflikty, tajemnicze zjawiska) nie dają się w żaden logiczny sposób uzasadnić, stają się więc jałowymi spulchniaczami opowieści. Emulgatorami…




Nie polecam, chyba że dałoby się „Światło cieni” zekranizować w latach 80, a jedynym kanałem dystrybucji byłyby wypożyczalnie kaset video. I jeszcze jedno – całość jako lektor musiałby czytać Tomasz Knapik.

wtorek, 26 sierpnia 2014

I niech rozdziobią nas kruki, wrony, czyli "Wieczne życie" Heinricha

Nie wiem, jak zareagowałbym, gdyby przyjaciel poprosił mnie, bym po jego śmierci zostawił jego ciało w lesie na pastwę dzikich zwierząt. Nie wiem… Z podobną niecodzienną rozterką musiał zmierzyć się Bernd Heinrich, wybitny amerykański biolog, który w swoich książkach łączy głęboką erudycję, naukową dyscyplinę i filozoficzną zadumę, autor „Wiecznego życia.”

To niezwykłe dzieło błyskawicznie ustawia perspektywę, z jakiej autor obserwuje i analizuje fenomen życia i śmierci. Zaproponowana optyka niemal całkowicie pomija metafizyczne odniesienia, duchowość, religię, w których kontekście zwykliśmy myśleć o sprawach ostatecznych. Heinrich w bardzo przekonujący sposób uświadamia czytelnikom, że życie jako takie nigdy się nie kończy, a śmierć jest tylko momentem przejścia pomiędzy jedną formą istnienia a drugą. Taka właśnie perspektywa niemal całkowicie anuluje tabu, jakim jest koniec fizycznej egzystencji.

Ba! Heinrich idzie dalej; bierze na swój biologiczny warsztat obyczaje pogrzebowe starożytnych Egipcjan i w brawurowy sposób tłumaczy je cyklem rozwojowym żuka gnojarza. A to nie jedyny fajerwerk, jaki eksploduje w tym fascynującym zbiorze esejów.

(Ciekawe,nawiasem mówiąc, jak Heinrich zinterpretowałby opowieść o zmartwychwstaniu Chrystusa...)



W następujących po sobie rozdziałach zapoznajemy się z kolejnymi obserwacjami, jakie poczynił autor będąc świadkiem przeróżnych „śmierci.” Heinrich znajduje wspólny mianownik dla myszy, jelenia, słonia, wieloryba, drzewa, by połączyć te wszystkie organizmy w majestatycznym dance macabre, w którym rolę wodzirejów przejmują  żerujące na zezwłokach organizmy. To właśnie ci pogardzani przez nas padlinożercy utrzymują świat w równowadze, oddając Matce Ziemi nieocenioną przysługę, oddając jej doczesne szczątki doniedawnych gości.

Jak na rasowego biologa przystało, Heinrich wypełnia swoją opowieść rzetelnymi, zdystansowanymi historiami – taksuje rozkładające się zezwłoki, kataloguje spostrzeżenia, szkicuje kształty owadów. Jednak tylko na pierwszy rzut oka „Wieczne życie”  można uznać za trudną naukową książkę, która wymaga czasu i cierpliwości. Jest zupełnie inaczej, gdyż autor każdorazowo wplata w naukowe eseje bezcenny pierwiastek osobisty. Mnoży konteksty, wspominając swoje dzieciństwo i pisząc o własnych dzieciach, piętnując niszczycielskie ślady człowieka na Ziemi, finalnie zastanawiając się nad własnym pochówkiem.


Zwieńczeniem całej książki jest rzadkiej urody filozoficzny fragment, dzięki któremu mamy szansę obcować ze szlachetnej próby myślą. Śmierć jest wpisana w naturę świata, więc wzorem starożytnych filozofów powinniśmy przyjąć ją za oczywistość. Nie ma w niej smutku, grozy ani straty. Ona po prostu jest. 

środa, 13 sierpnia 2014

Porządnie naoliwiona powieść, czyli "Apasiopesis" Sawickiego

Żyje w konsumentach kultury pewien obiegowy obraz belle epoque, który łączy w sobie elegancję, delikatny rys romantyzmu, dystyngowane gesty, odruchy serca skrępowane konwenansem lub skażone nutą dekadencji. I jeżeli w taki wszechświat wkleimy owoce „nowoczesnej” myśli technicznej – maszyny, często nie samą parą napędzane, wynalazki rodem z robotycznych pracowni – otrzymujemy piękny, pachnący oliwą i błyszczący jak świeżo naoliwione tłoki świat przedstawiony.
Steampunk jest ładny. Jeżeli nasza wyobraźnia nie ma problemu z przekładaniem słowa pisanego na sekwencje obrazów, wtedy rozkoszować się będziemy światem szeleszczących krynolin, sukien zamiatających posadzki, gorsetów ściskających osie talie niewiast, dżentelmenów paradujących we frakach i cylindrach.

Ciężko polskiemu czytelnikowi nie wpasować rodzimej wersji steampunka w ramy, jakie zakreśla sobą pozytywistyczna literatura realistyczna, stąd też „Aposiopesis” Andrzeja Sawickiego czyta się doskonale, gdy znamy choćby pobieżnie realia takich dzieł, jak przykładowo „Lalka” Prusa.
Autor tłem przygodowo-szpiegowskiej powieści kryminalnej uczynił Warszawę drugiej połowy XIX wieku. Miasto niepodzielnie rządzone przez Rosjan, którzy, dysponując najnowocześniejszymi zdobyczami techniki, wybili Polakom z głów wszelkie mrzonki o kolejnej próbie wybicia się na niepodległość. Sawicki, tworząc coś na kształt powieści panoramicznej, kieruję uwagę czytelnika raz na eleganckie wnętrza opery, gdzie zbiera się elita Warszawy, innym razem na targowisko, gdzie możemy niemal poczuć zaduch gnijących warzyw. Plastycznie odmalowana rzeczywistość to mocna strona tej książki.
Główni bohaterowie to też nielichy zestaw ciekawych postaci. Piękna, chłodna, choć tęskniąca za romansem Prusaczka, która jako żołnierka w stanie spoczynku z godnością nosi na czole dwie śruby regulujące płynące w jej ciele życiodajne fluidy. Podkochuje się w niej polski inżynier, w którego ciało wszczepiono onegdaj układ mechaniczny, rozwiązując tym samym problem nawracających chorób płuc. Służącym inżyniera jest autentyczny dżin, który nie dość, że pamięta czasy biblijnych patriarchów, to na zawołanie potrafi zamieniać się w kłąb dymu.
Cała ta menażeria uczestniczyć będzie w zwariowanej przygodzie kryminalnej. Jej osią jest próba odnalezienia demona-mordercy, który zabił wysoko postawionego dyplomatę. Wypróbowany chwyt fabularny, jakim jest śledztwo, to tylko jeden z elementów tej powieści, bowiem bardzo szybko Sawicki dorzuca do paleniska fabuły kolejne drwa i kolejne epizody wybuchają z całą gwałtownością. Pościgi, strzelaniny, bijatyki… Jest to atrakcyjne, ale po pewnym czasie może budzić w czytelniku mieszane uczucia – wydarzeń okazuje się być paradoksalnie aż dużo. 
„Apasiopesis” wydaje się stać w rozkroku pomiędzy tęsknotą za stworzeniem dobrze umocowanego i opisanego alternatywnego świata, a chęcią poprowadzenia szybkiej pełnej zwrotów akcji fabuły. Sawicki stworzył interesujące mechanizmy rządzące rzeczywistością w jego powieści. Narrację prowadzi bardzo dobrze. Dokładnie opisany świat, jego detale, mniejsze i większe popisy wyobraźni autora, poczucie humoru, ironia, i ładnie wplatana intertekstualność nie dociążają powieści, której lekki styl może porywać. Pozwolę sobie więc wyrazić nadzieję, że „Apasiopesis” będzie pierwszą częścią serii przygód Henrietty von K., która pod koniec powieści opuszcza Warszawę, by podjąć się kolejnej, zapewne ryzykownej misji. Szkoda byłoby porzucić w tym miejscu tak ładnie dojrzewający świat przedstawiony…

wtorek, 5 sierpnia 2014

Teoretycznie klasyk, czyli "Kwestia sumienia" Blisha

Niektóre książki przychodzą w porę. Chcą nie chcąc zaczynają płynąć kursem równoległym do naszego życia. Komentują je dużo lepiej niż my byśmy to kiedykolwiek zrobili. Pointują je celnie. Zapowiadają to, czego my jeszcze nie widzimy, nie uświadamiamy sobie. Nie śnimy w najgorszych lub najlepszych snach. 

Cóż… Życie oferuje nam przecież pewną skończoną liczbę wariacji, więc niczego dziwnego nie ma w tym, że w końcu spotkają się ze sobą – książka ze swoim czytelnikiem. To czysta matematyka, żadnej magii. 

Nic więc dziwnego, że obserwując własną skorodowaną wiarę trafiłem na „Kwestię sumienia” Jamesa Blisha. Klasyczną powieść science fiction zaliczaną do nurtu teologicznego. Jednak gdybym miał odwołać się do optymistycznego przecież obrazu spotkania z książką, to z przykrością muszę stwierdzić, że „Kwestia sumienia” nie zapewniła mi miłego towarzystwa. Jej czytanie przypominało podróż z mało interesującą osobą, która z minuty na minutę coraz bardziej potwierdza nasze najgłębsze obawy – nie uciekniemy z tego przedziału przed końcem podróży, a ta będzie trwała i trwała…



Punkt wyjścia powieści jest co najmniej intrygujący – planeta Lithia zamieszkiwana przez gadopodobnych istoty, pozbawiona jest wszelkich patologii, jakich mamy w bród tu, na Ziemi. Nie istnieją zazdrość, przemoc, chciwość, pożądanie. Zło nie ma swojego korzenia…System moralny mieszkańców planety zdaje się być wszczepiony w genotyp. Wiodą spokojne, pozbawione napięć i konfliktów życie. 

Na planetę przybywa ziemska ekspedycja badawcza, w skład której wchodzi między innymi jezuita. Duchowny po dłuższej obserwacji tubylców dochodzi do przewrotnego wniosku, że niemożliwym jest, aby istniało Dobro, którego źródłem nie byłby Bóg. Ergo, Lithianie jako z gruntu istoty areligijne muszą być dziećmi samego Szatana… 

To dość łopatologiczne wnioskowanie głównego bohatera powieści poprowadzić mogłoby Blisha w kierunku ciekawych i niejednoznacznych wniosków, chociaż amerykański autor i tak nachalnie wpisywałby się w dyskusję, której ton narzucali francuscy egzystencjaliści. Blish mógł zapytać o źródło moralności. Czy istnieje ona w oderwaniu od Sacrum? Czy uniwersalna moralność może obejmować sobą nie tylko istoty ludzkie ale również istniejące potencjalnie we wszechświecie rozumne życie? Blish mógł, ale nie każdy Albertem Camusem się rodzi…

Na domiar złego tytułowa kwestia zbyt szybko rozmywa się w beznamiętnym i bezbarwnym opisie Ziemi przyszłości, gdzie w oparach zimnowojennych obsesji ludzkość wiedzie swój nędzny żywot pod ziemią, w sieci schronów. Bohaterowie niemal bez wyjątku są niesympatyczni lub nie pozwalają się polubić na dłużej. Ich niepowodzenia, katastrofy życiowe, rozterki obchodzą nas tyle, co ateistę ogłoszenia parafialne w pobliskim kościele. Natomiast ostatnia scena (ok., zdradzam – egzorcyzmowanie całej planety) jest kuriozalna i zostawia czytelnika z dojmującym uczuciem: „Co ja właściwie przeczytałem?!”

Blish mógł wiele, ale potencjał jego książki pozostał karygodnie niewykorzystany. „Kwestia sumienia”, nie wiedzieć czemu uhonorowana Hugo Award w 1959 roku, to klasyk już tylko z definicji. Szkoda czasu. Serio…

środa, 30 lipca 2014

Kosmos to nuda, czyli "Cicha wojna" McAuleya

W dzisiejszych czasach, w świecie, w którym „wszystko już było”, gatunkowość, o której mówimy przy okazji jakiejkolwiek z dziedzin sztuki, przestaje być czymś jednoznacznym. Wyczerpanie formuły „klasycznej komedii”, „klasycznego horroru” lub „klasycznego melodramatu” owocuje śmiałymi (choć nie zawsze udanymi) projektami polegającymi na mieszaniu wszystkiego z wszystkim. A im silniejsze opozycje pożenimy w jednym dziele, tym zyskać może ono chociażby pozory oryginalności.

Zdarza się, że szukając „starej dobrej fantastyki naukowej” trafiamy na dzieła zaprawione elementami wywodzącymi się z innych gatunków szeroko rozumianej fantastyki. Toteż na statkach podbijających kolejne planety podróżują elfy, wehikuły czasu obsługują mrukliwe krasnoludy, a w cyberpunkowej rzeczywistości znajdziemy rozgadane smoki. Miłośnicy czystości gatunkowej z ulgą czytają więc takie książki jak „Cicha wojna” McAuleya, który jako pisarz konsekwentnie broni granic wytyczonych niegdyś przez tradycyjnie rozumianą science fiction.

Ziemia w XXIII wieku będzie areną tytanicznych zmagań o przywrócenie jej naturalnego przedindustrialnego kształtu. Światem de facto rządzi kilka potężnych rodzin, które mają decydujący głos w dyskusji o przyszłości planety. Ludzkość została zmuszona do niemal niewolniczej pracy na rzecz rewitalizacji Matki Ziemi, a głęboka ekologia nabrała religijnego kształtu.  

W przestrzeni kosmicznej jest równie ciekawie; księżyce Saturna i Jowisza – drugi odłam ludzkości – tętnią genetycznie modyfikowanym życiem i stają się konkurencją dla odzyskujących siły Ziemian. Rządząc się zupełnie innymi zasadami społecznymi, wyznając odmienne wartości, wkrótce mogą w naturalny sposób dążyć do konfrontacji z Ziemią. Wojna, mogąca zniszczyć kruchy pokój, wisi w powietrzu…

Atrakcyjnym zabiegiem jest rozmnożenie punktów widzenia – mając do dyspozycji kilku bohaterów i kilka perspektyw prowadzenia narracji w pełni smakujemy rzeczywistości, jaką raczy nas McAuley. To wyjątkowo gęsta proza. Szczelnie wypełniają ją nazwiska postaci, opisy ich profesji, detale życiorysów, nie wspominając już o tak oczywistym składniku opowieści fantastycznonaukowych jak detale świata przyszłości.


Autor mnoży szczegóły, które raz budują  atmosferę, innym razem, niestety, spowalniają akcję i na zbyt długo przyklejają czytelnika do jednego epizodu. Zbyt często niestety zdarza się, że dowiadujemy się więcej niż byśmy tego chcieli i niż byłoby to konieczne do poprowadzenia powieści dalej. 

Umordowałem się piekielnie, czytając „Cichą wojnę”, wynudziłem na potęgę. Ja rozumiem – space opera wymaga rzetelnego zarysowania przestrzeni, ale  ponad pięćset stron wstępu może sfrustrować sporą część czytelników… Dlatego też nie polecam „Cichej wojny” nikomu, kto zbyt szybko traci cierpliwość w obliczu sukcesywnie ale niezwykle powoli budowanej narracji. 

Może całość rozwinie się w drugim tomie cyklu, w "Ogrodach słońca." Ja jednak sprawdzać tego nie zamierzam...