sobota, 22 sierpnia 2020

Sny majstrów drogocenne, czyli "Necrolotum" Maszczyszyna

Słowa będące tytułem tego omówienia zaczerpnąłem z wiersza Czesława Miłosza "Piosenka o porcelanie". Utwór to przejmujący, gdyż w na pozór lekkiej zwiewnej formie, w której pobrzękują ładne rymy i kołysze nas wyczuwalny rytm, czytamy o dramacie, jaki stał się udziałem kultury zmiecionej huraganem wojny. Najbardziej zaskakiwać może żal, jaki wyraża bohater tekstu - nie opłakuje ludzi, bliższych lub dalszych znajomych lub nieznajomych, on nie może pogodzić się z potłuczonymi naczyniami, zastawą stołową, porcelanowymi serwisami, po których przejechały gąsienice czołgów. To poczucie krzywdy wynika ze świadomości, że delikatna i subtelna, bezpieczna i swojska rzeczywistość nigdy nie zagwarantują człowiekowi bezpieczeństwa. Nasze prywatne rytuały, nasze z namaszczeniem odtwarzane płyty winylowe, parzone kawy, moszczenie się w wygodnych fotelach, by przejrzeć albumy z rodzinnych uroczystości, nie uchronią nikogo i niczego...

Dlaczego o tym piszę? Dlatego że kolejny raz muszę złożyć pokłon przed stylistyczną maestrią Jana Maszczyszyna. W dobie, gdy najbardziej pożądaną przez czytelnicze masy wartością jest "żeby się szybko i łatwo czytało", Maszczyszyn prezentuje "Necrolotum" - powieść wysmakowaną, czerpiącą z czystszych źródeł nie tylko samej polszczyzny, ale i żywiołu, który nazywamy językiem literackim. Złożoność tak zaprojektowanego języka, jego celowa "sztuczność", ostentacyjne ignorowanie prostej podawczości to ryzyko, jakie podjął pisarz. Wszelkie ryzyko należy szanować, nawet jeżeli nie opłaca się go podejmować lub owoce takich gestów docenią nieliczni.

"Necrolotum" zmusiła mnie do namysłu. Wszelkie "przegięcie" (a mądrzej mówiąc kampowość) przypomina, że życie i sztuka to najczęściej dwie różne przestrzenie. Malarz to nie obraz, kompozytor to nie symfonia, pisarz to nie książka. Na przykładzie powieści Maszczyszyna wyraźnie widać te dwie płaszczyzny. Mogłaby ona doskonale zaistnieć bez najmniejszego wglądu do "tutejszego świata", gdyż tak naprawdę stworzyła ją literatura (a nawet kultura, której paszportem posługuje się pisarz). Nie wychodząc z domu, ignorując "tu i teraz", wracamy do lektur, które nas ukształtowały i składamy im specyficzny rodzaj hołdu. Przejaskrawiamy to, co wyraźne. Wykrzykujemy to, co usłyszeliśmy wypowiedziane normalnym głosem. Dodajemy ornamenty to tego, co samo w sobie już jest zdobieniem. 

Pisarz uzmysławia, że sztuka może karmić się samą sobą, literatura literaturą i ten rodzaj kanibalizmu nie musi być czymś odrywającym od rzeczywistości, gdyż przypomina, że częścią naszego "prawdziwego ja" jest to, co przytrafiło się niejako "w  zastępstwie" w chwilach kontaktu ze sztuką. Czy to, co przeżyliśmy, czytając o przygodach pasażerów Naulitusa, stało się nam NAPRAWDĘ? No powiedzcie...


Na kartach "Necrolotum" odbija się wyraźnie tradycja awanturniczych opowieści, którymi zaczytywali się chłopcy na przełomie wieków XIX i XX, znajdziemy odciski palców Juliusza Verne'a i George'a Herberta Wellesa, wieje duch przygody i buzuje romantyczna wiara w możliwość odkrycia nieznanego. Te wszystkie wartości wcześniej zamieszkały na półkach bibliotek, prywatnych, miejskich, a przede wszystkim znalazły trwałe miejsce w duchowym krajobrazie - piszącego i czytającego. 

Jak więc widzimy jak naoliwiony mechanizm książki odmierza dwa różne czasy - prywatny wolno płynący czas pisarza, który kolejny raz zanurza swoich odbiorców w odmętach na pierwszy rzut oka steam punkowej historii oraz drugi czas - medytację nad regułami istnienia literatury samej w sobie i zasadach jej wpływu na życie człowieka. 

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że walory "Necrolotum" nie objawią się wszystkim, którzy po tę książkę sięgną. Znajdą tam dużo słów, niektóre wypadły już z obiegu i trzeba będzie sięgać po słownik wyrazów obcych. Znajdą powolny dostojny rytm kołyszącego się żaglowca. Trafią na partie tłumaczące w duchu "starej dobrej fantastyki" quasi-naukowe odkrycia. Czy starczy im cierpliwości?

A czy warto pisać dla takich, którzy cierpliwości nie mają?

Maszczyszyn (kończę już, naprawdę) przypomina mi tego Miłoszowego majstra, który nie spiesząc się nigdzie, spisuje swoje drogocenne sny i musi liczyć się z wszystkimi konsekwencjami tego szlachetnego procederu.

czwartek, 20 sierpnia 2020

Onegdaj było wolniej, czyli "Kask" Kuczyńskiego

Dawno dawno temu jedną z lektur uzupełniających w szkole podstawowej była "Atlantyda, wyspa ognia" - sympatyczna przygodowa opowieść, która mogła otworzyć przed młodym człowiekiem bramy do szeroko pojętej fantastyki. Autorem tej książki jest Maciej Kuczyński, którego "Kask" wpadł mi ostatnio w ręce. Tę niewielką napisaną w latach 70 powieść dla młodzieży należy już chyba złożyć do grobu i dać jej zaznać wiecznego odpoczynku. No tak mi się przynajmniej wydawało...  

Fabuła realizuje stary jak świat (fantastyki) motyw niezwykłego przedmiotu/wynalazku, który wpada w ręce zwykłego śmiertelnika, w naszym przypadku nastolatka odkrywającego niesamowite możliwości, jakie daje na pozór zwyczajny motocyklowy kask. Przedmiot ów umożliwia nie tylko zaglądanie do sąsiednich mieszkań lub obserwacje naszej planety z orbity okołoziemskiej, ale można dzięki niemu również manipulować rzeczywistością. 


Nasz bohater, uczeń, którego życie dość wiarygodnie przedstawił Kuczyński, rzecz jasna bada możliwości kasku i jednocześnie uczy się odpowiedzialności za swoje działania. Problemy, z którymi konfrontuje się chłopak, stają się coraz poważniejsze i zmuszają go do lawirowania pomiędzy upajaniem się namiastką wszechmocy a powstrzymywaniem się od spektakularnych ale mało przemyślanych działań. 

Długo zastanawiałem się, jak rozgryźć ten "Kask". To przecież zwykła młodzieżowa przygodówka. Streścić mam ją tylko? No jak to tak? I nagle dotarło do mnie, że książka ta mogłaby stanowić znakomitą bazę dla twórców gier komputerowych. 

Mamy bohatera, czynnik fantastyczny, sposobność do zdobywania kolejnych punktów doświadczenia, następujące po sobie misje - a to uratować rozbitka dryfującego po bezmiarach oceanu, a to w subtelny sposób poprawić los rodziny, która zmaga się z alkoholizmem i bezrobociem. Podejmujemy decyzje, które mają swoje konsekwencje. 

Gdyby naszą grę wkomponować jeszcze w tło obyczajowe lat 70, któremu autor poświęcił całkiem sporo miejsca, mielibyśmy zgrabną niemal edukacyjną całość. Poznajemy mentalność młodszych i starszych (materializm w kraju realnego socjalizmu miał się całkiem nieźle), wchodzimy do szkoły, w której obserwujemy odwieczną zabawę w kotka i myszkę pomiędzy uczniami a ciałem pedagogicznym.

Literatura młodzieżowa szybko się chyba starzeje - powolne tempo "Kasku" pomimo niewielkich rozmiarów książki i galopady wydarzeń może zniecierpliwić współczesnego czytelnika. Dziś tnie się i montuje inaczej poszczególne sceny, zdania są krótsze, akcję pchają do przodu dialogi, a nie rozbudowane monologi wewnętrzne. 

Książkę Kuczyńskiego wspominać będą chyba tylko ci, dla których zamknęła się ona w sarkofagu miłych wspomnień z własnej młodości. Chyba trochę jednak szkoda...

środa, 22 lipca 2020

Umrzeć z nudów, czyli "Chata na krańcu świata" Tremblaya

Rzadko się przywiązuję do wydawnictw, bo z reguły wszelkie głębsze uczucia w moim przypadku prędzej czy później kończą się rozczarowaniem. Poznałem kilka książek od znakomitego bądź co bądź Vespera, nabyłem "Chatę na krańcu świata", licząc na prawdziwą ucztę czytelniczą, i... Cóż, chyba ktoś pomylił zamówienia.

Ok, od początku. Mamy taki "odłam" horroru, który po angielsku nazywa się malowniczo "home invasion". Mechanizm jest dość prosty - do domu, w którym spokojnie żyje mniej lub bardziej zgrana rodzina, samotna kobieta/mężczyzna lub grupa przypadkowych osób, dostają się intruzi, którzy terroryzują domowników, wykazują się fantazyjnym sadyzmem, mordują, torturują, czasem objawiając nadprzyrodzone oblicza, czasem banalne, ale skażone złem twarze "zwykłych" ludzi. 

Szczerze powiedziawszy nie jestem amatorem wyżej opisanej wariacji, ale widzę w niej owoc podświadomego strachu przed obcością zakłócającą swojskość i brak wiary w siłę, która potrafiłaby zamienić dom w warowny zamek odporny na szalejące na zewnątrz siły. 




Tak czy siak "Chata na krańcu świata" podobny motyw wykorzystuje. Mamy rodzinkę (dwóch homoseksualistów, którzy adoptowali małą Chinkę) spędzającą wakacje na kompletnym odludziu. Mamy kilkoro obcych, którzy otaczają tytułową chatę i żądają, by ich wpuścić, bo od decyzji, jaką ma podjąć rodzina, zależeć będą losy świata, mamy eskalację napięcia, gdy intruzi w końcu forsują szklane drzwi (chyba prowadzące na werandę) i związują ojców małej Chinki. Mamy przerażający (no dobra, wcale nie przerażający) etycznie wybór, przed jakim obcy stawiają uwięzioną trójkę...

Dobrze, myślę sobie, nie jest źle, nie jest też rewelacyjnie. Coś mi ciągle nie pasowało i w końcu zrozumiałem co. Autor w wybitnie męczący sposób rozwija tę historię - zamiast trzymającego za gardło horroru mamy rozsmarowaną na przestrzeni wielu kartek opowieść o relacjach, jakie panują wewnątrz pojmanej rodziny. Homoseksualizm pary bohaterów to naprawdę najciekawsze, co mógł wymyślić Tremblay. Cała reszta - opisane dzieciństwo postaci, zawiłości uczuć i układy sił pomiędzy partnerami, przemyślenia, wspomnienia, luźne obserwacje  - nudzi jak jasna cholera. Czytam i czytam, wydaje mi się, że minęła godzina lektury, a tutaj dopiero kwadrans przedzierania się z maczetą przez dżunglę zbyteczności. 

Ja naprawdę mam minimalne wymagania w stosunku do literatury gatunkowej - ma mnie nie nudzić. A Tremblay nudzi, męczy, poświęca całe akapity na opisy trawy, ściany, układu mebli... Ludzie, wyciąłbym to wszystko w diabły. Kuriozum prawdziwe to scena, gdy intruzi próbują dostać się do środka - od strony 49 do 72 trwają irytujące negocjacje. 

-Wpuście nas.
-Nie.
-No wpuście. Nie zrobimy wam krzywdy.
-Idźcie sobie, bo zadzwonimy na policję.
-Nie zadzwonicie, bo tu nie ma zasięgu.
-Mamy broń.
-A my mamy wam coś ważnego do powiedzenia.

I tak w kółko. Czujecie? 23 strony takiego chocholego tańca.

Żeby Was nie zanudzić, podsumuję to tak - napięcia ani strachu tu nie znajdziecie, kwestia "preapokalipsy" podbita religijną nutą jest mało oryginalna i czysto pretekstowa, niby klaustrofobiczna atmosfera to tak naprawdę zaduch, zapach opuszczonego ośrodka wypoczynkowego.

Nic, absolutnie nic mnie to tej książki nie przekonało. A wszelkie mądrzejsze myśli, jakie miałem w czasie lektury "Chaty na krańcu świata" są chyba moją własnością, nie podyktował mi ich na pewno Paul Tremblay. 


piątek, 10 lipca 2020

Poważna szeptanka, czyli "Poufne" Grynberga.

Czy da się wyszeptać komuś na ucho sagę rodzinną? Oddać każdy niuans, oddać grozę traum i kwaśny posmak kompromitujących detali? Czy można tak długo szeptać? Taka sztuczka udała się (powiedzmy) Mikołajowi Grynbergowi. "Poufne" mają ażurową konstrukcję, zbierają na przestrzeni nawet nie dwustu stron opowieści, epizody, anegdoty, odpryski życiorysów, ułomki losów żydowskiej rodziny, której najstarsi cudem przeżyli wojnę. 



Ok, mamy to. Wiemy, na czym stoimy, myślą czytelnicy. Ludzie liżą rany po skończonej wojnie, wiążą się ze sobą, rodzą się dzieci, wnuki. Ktoś się z kimś spotyka, ktoś inny odprowadza na cmentarz bliską osobę, ktoś wyprowadza się z domu, ktoś do domy zaprasza na uroczysty niedzielny obiad. Samo życie. Opowieść o rodzinie. Stały, nieusuwalny motyw. Poważna sprawa. 

I mamy tutaj do czynienia z powagą spod znaku filmów Krzysztofa Kieślowskiego.  Jego "Trzy kolory" lub "Podwójne życie Weroniki" to kino festiwalowe, stworzone "po bożemu", spodoba się i jurorom, i co wrażliwszym widzom. Nie ma wstydu. Takie filmy doskonale zagospodarują lukę w życiu kulturalnego człowieka. Podobnie widzę "Poufne" - dostajemy dawkę odpowiednio szlachetnych wzruszeń, pytań o los, podszyte (potencjalną) metafizyką zdarzenia, bohaterów wiarygodnych i uczciwych, co uda się uzyskać przede wszystkim dzięki dialogom, w których słychać "zwykłego człowieka". 

W najlepszych momentach "Poufne" olśniewają czysto brzmiącym, prostym, oszczędnym, a jednocześnie lirycznym językiem. Poszczególne krótkie rozdziały odsłaniają kolejne konary i gałęzie drzewa genealogicznego, po którym jak wiewiórka skacze czytelnicza uwaga. Ładnie wpisana jest trauma holokaustu - to zaledwie kilka migotliwych wspomnień, parę obrazów, skojarzeń, wymiana zdań, mimochodem podsunięte czytelnikom skojarzenie. Ten balast, dla wielu przecież fundamentalne doświadczenie egzystencjalne, na którym buduje się sens reszty życia, u Grynberga wydaje się być wstydliwym, kłopotliwym dziedzictwem. Czymś takim jak odziedziczony po przodkach nerwowy tik lub drżenie rąk. Być może kolejne pokolenia zrzucą z siebie ten ciężar i dziedziczona pamięć ciała spłucze w końcu osady naniesione przez wojnę?

Ja jednak mam problem z "Poufnymi". Same losy rodziny nie przynoszą niczego, czego byśmy wcześniej nie znali z setek innych opowieści tego typu. Ja już się wystarczająco dużo nasłuchałem, naczytałem i naoglądałem o relacjach na linii dziadkowie-rodzice-dzieci. Grynberg nie dodaje niczego nowego, nie modyfikuje ani nie moduluje. I gdyby te najbardziej konwencjonalne fragmenty "odsprzedać" słabszemu prozaikowi, ten zrobiłby z nich komercyjny użytek i stworzył ładną obyczajową historię, zadatek literatury obyczajowej. 

Mnie (piszę te słowa z pełną odpowiedzialnością za własny skrajny subiektywizm) kolejny raz spotyka zawód, gdy sięgam po tzw. literaturę piękną. To, co dostrzegają "znawcy", krytycy literaccy, zaangażowani recenzenci, odpycha takiego czytelnika jak ja. Nigdy nie wiem, czy zachwalany tekst jest naprawdę wartościowy i głęboki, czy po prostu pochylił się nad nim wystarczająco "głęboki" odbiorca i pisząc o nim, nie uwalnia tak naprawdę własnych (a nie tekstu) walorów. 

PLUSY: 
+ oszczędny, precyzyjny, ocierający się o skupioną lirykę język,
+wiarygodne język "mówiony",
+ kilka ładnych scen, które nie epatują ckliwością i wzruszeniami z przeceny,
+ błądząca na marginesach trauma holokaustu.

MINUSY
- w kwestii opowieści o rodzinie nie ma tutaj niczego nowego, odkrywczego, 
- a że dużo się tu opowiada o rodzinie, to tym bardziej przytłacza ta familiada,
- znajdziemy sceny zbyt "literackie", mające się podobać rozwiązania, które nawet w prawdziwym życiu uznalibyśmy za pretensjonalne i niepotrzebnie symboliczne.


Mogę polecić miłośnikom rodzinnych mikroskopijnych sag, w tle których tlą się ledwie co opanowane pożary historii, ale mnie to nie ruszyło. Nie wątpię, że spodoba się tym, dla których "wielka literatura – będąc wielką i będąc literaturą – powinna zachwycać". Ja niestety spotkanie z książką Grynberga będę wspominał jak uczeń, który musiał przeczytać kolejną pozycję z kanonu lektur obowiązkowych.

środa, 1 lipca 2020

Moja dysmorfofobia książkowa kontra "Zostańcie z nami" Šindelki

Ten typ literatury zawsze przypomina mi, że istnieje literatura gatunkowa. Teksty "odtąd dotąd", doskonale przewidywalne w swoich granicach, zbudowane z komponentów, które można dostać w sklepie z częściami dla pisarzy fantastyki, kryminału, thrillerów, horrorów etc. Literatura, o której będę pisał, przypomina mi również, że należy oczekiwać od tekstu przyzwoitej ekspozycji, zawiązania akcji, punktu kulminacyjnego - wszystkiego, co odziedziczyliśmy po wielkich nowelistach od Boccaccia w górę.

Jakaś elementarna i głęboko zakorzeniona dysmorfofobia książkowa zmusza mnie do grymaszenia, gdy tekst rozmywa mi się, rozlewa i przypomina pijaną grubą kobietę, którą trzeba odprowadzić do domu, a ona bez przerwy się potyka, słania; musimy ją eskortować, uważając, by przez przypadek nie chwycić niewymownych części ciała. 

Gdy w kolejnym przypływie miłości do literatury czeskiej kupiłem okazyjnie kilka tytułów, wyjątkowo atrakcyjnie wyglądał mi zbiór opowiadań Marka Šindelki pt. "Zostańcie z nami". Autor wydał mi się interesujący, był nagradzany i doceniany. No więc zatarłem ręce, odpaliłem czytnik i wio! Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne - język czeskiego prozaika jest naprawdę bardzo dobry. Oszczędny, precyzyjny, wyprany ze zbędnych ozdobników, "empiryczny", gdyż koncentrujący się na tym, co "na zewnątrz". Słownictwo bogate, zgromadzone po przeczesaniu różnej maści rejestrów i stylów. Dobrze mi to wyglądało, zawodowo, można bez najmniejszego wstydu posłać do pism zajmujących się literaturą lub nawet opublikować w weekendowym dodatku do opiniotwórczego dziennika.

I właśnie to mnie zaczynało niepokoić. Šindelka z powodzeniem mógłby być drukowany i publikowany, tłumaczony w każdym kraju. Jego pisarstwo mogłoby spokojnie zakorzenić się (a nawet powstać) wszędzie. To przypadek, który potwierdza, że dziś nie ma słabych prozaików (co nie znaczy, że warto ich czytać). Każda literatura się czegoś nauczyła, wszędzie wchłonęła się odpowiednia dawka umiejętności, pod każdą szerokością geograficzną są utalentowani pisarze, którzy mając do dyspozycji edytor tekstów i ryzę papieru, potrafią stworzyć tekst, jakie nie będzie sie wstydziła ich rodzima literatura. 

(Jak to mówią komentatorzy sportowi? Dziś już nie ma słabych reprezentacji piłkarskich. Poziom się wyrównał. Niby zawsze wygrywają Niemcy, ale coraz trudniej im się gra z Marokiem lub Egiptem.)

No jak to? Czy Ty aby nie przesadzasz? - możecie zapytać. 

Odpowiem. Teksty Šindelki są pozbawione jednoznacznego, konkretnego, komunikatywnego kształtu fabularnego, o którym mógłby opowiedzieć w sumie bardzo zgrabny język. Poszczególne opowiadania to raczej wymykające się możliwości streszczenia i ułożenia sobie w głowie impresje. Jakiś duch Cortazara unosi się ponad nimi, ale czeskiemu prozaikowi bardzo daleko do onirycznego i bawiącego się formą Argentyńczyka. 

Cóż my tu mamy? Dziadek walczy z mrowiskiem, a za plecami jego dzieci zastanawiają się, co zrobić z gospodarstwem, którym nie ma już siły się zajmować. Albo kilka dni z życia pracownika mediów, który z kimś rozmawia, z kimś kłóci, z kimś kocha; taki portrecik celebryckiego zoologu. Albo kilka osób "unicestwia" życia - pod podeszwami butów lub przy pomocy wiatrówki. Albo kobieta rysuje palcem po zaparowanej szybie i komunikuje tym coś partnerowi. Albo młody sadysta idzie razem z ojcem zapolować na sarny. Najlepszy tekst zbioru ogrywa stary jak świat motyw "zapętlenia" w czasie. A jednak najlepszy jest tylko dlatego, że autorowi udało się uciec przed pretensjonalnymi i artystowskimi pomysłami, jakimi częstował w innych utworach.

I wiecie, co jest najlepsze/najgorsze? Że równie dobrze można ten zbiór uznać za wartościowy, oszałamiający, hipnotyzujący. Można dodać jeszcze kilka epitetów. Wzmocnić pozycję autora na tle innych piszących i nikt nie zaprotestuje, bo nie da się znaleźć słabych punktów dobrze stylistycznie napisanej amorficznej literatury. Silnych punktów też nie znajdziemy wielu...

Tutaj dłuższe postscriptum. Pamiętam serial komediowy, którego jeden odcinek koncentrował się na pewnym rysunku satyrycznym. Tym poniżej: 

  
Bohaterka usiłowała zrozumieć, dlaczego ma ją to śmieszyć. Pytała przyjaciół, znajomych, w końcu dotarła do wydawcy, który również nie potrafił wyjaśnić, dlaczego akurat ten rysunek ukazał się na łamach "New Yorkera" i miał bawić czytelników. 

Gdyby opowiadanie czeskiego autora zostało prześwietlone w podobny sposób, mielibyśmy chyba podobny wynik śledztwa. 

Polecam średnio. 

środa, 3 czerwca 2020

Apologia oświecenia, czyli "Na glinianych nogach" Pratchetta.

Wyobrażam sobie twórczość Pratchetta w następujący sposób: pisarz kładzie przed sobą olbrzymią szachownicę i ustawia na niej figury. No ale to Pratchett, więc szachownica może być okrągła i być pocięta na kilkadziesiąt nieregularnych i wcale nie czarno-białych pól. Figur jest nieprzepisowa liczba i nie wszystkie mają coś wspólnego z królewską grą. Pisarz dostawia plastikowe żołnierzyki, modele lokomotyw... Tylko czy Pratchett gra? No właśnie nie. Jego interesuje problem.

Przypominam sobie gazety, w których znaleźć można było kącik dla szachistów. Zagadki dla amatorów przedstawiały szachownicę z takim a nie innym układem figur i pionów. Zadanie brzmiało: "Doprowadź do mata w trzech ruchach." No i głowił się człowiek, co można zrobić w takiej liczbie posunięć ograć nieistniejącego przeciwnika. Pratchett robi to samo - nie interesuje go fabuła, on po prostu rozstawia siły i przygląda się ich wzajemnym interakcjom. Jak ruch skoczka wpłynie na pozycje królowej? Czy obrona pola d-4 nie osłabi mojej prawej flanki? Dam radę uciec wieżą spod ostrzału gońców? 

Szachownicą jest cały Dysk, natomiast w rewelacyjnej powieści "Na glinianych nogach" najważniejsze miasto tego świata - Ankh-Morpork. To właśnie w tej metropolii odbijają się charakterystyczne dla naszego ludzkiego świata siły, żywioły, problemy. 



Zawsze patrzę na "łagodnego tyrana", czyli Patrycjusza Vetinariego, jak na władcę, który przyłożył się do lektury "Księcia" Machiavellego. Vetinari wie, czego chcą ludzie, a chcą naprawdę niewiele - spokoju, przewidywalności, chcą budzić się w świecie, w którym wieczorem zasnęli. Pratchett nie ma wątpliwości. Obywatele zrzekną się części wolności, by mieć pewność, że troszczy się o nich siła, której zrzucić z urzędu nie można. Patrycjusz oferuje małą stabilizację i robi wszystko, by żadna z walczących o wpływy w mieście sił nie przybrała za bardzo na wadze. Innymi słowy, kroi tort w taki sposób, by każdy coś dostał i nie musiał walczyć z innymi o pozycję, gdyż zburzyłoby to delikatną równowagę, która pierwszy raz wieków utrzymuje się w mieście.

Patrycjusz jest niczym oświeceniowy (i oświecony) władca, który w delikatnie absolutystyczny sposób kieruje swoim polis. Oczywiście robi to z powodzeniem.

Zresztą cała powieść wygląda na apologię oświecenia. Czyż tolerancja, o którą walczyła ta epoka, nie jest jednym z fundamentów całego cyklu Pratchetta? W "Na glinianych nogach" wyraźnie widać to na przykładzie struktury straży miejskiej. Każda rasa, każda istota żywa (lub nieżywa) może znaleźć się w tej zacnej formacji. Nie mają znaczenia prywatne uprzedzenia poszczególnych funkcjonariuszy, gdy bierze się pod uwagę utylitarną przecież wartość wspólnoty. Rozum i racjonalizacja zastępują ślepe kierowanie się emocjami.

Delikatną kwestię inności rozgrywa się na przykład w scenie opisującej wizytę dwójki funkcjonariuszek (wilkołaka i krasnoludki) w pubie "dla wykluczonych", dla wszelkich odmieńców, którzy nawet na malowniczych ulicach Ankh budziliby zainteresowanie. W tej ukrytej przed przypadkowymi gośćmi knajpce mogą swobodnie czuć się wszyscy, którzy... No właśnie. Kojarzy mi się to jednoznacznie z lokalami, w których zbierają się różne odmienności erotyczne. Tak to widzę. 

Pratchett kpi sobie również z samej instytucji religii. Komiczny funkcjonariusz, który przypomina dobrodusznie namolnego Świadka Jehowy z nieodłącznym plikiem broszurek w dłoni, to szczerozłota satyra. Jako wierzący i praktykujący teoretycznie powinienem się obrazić, ale pisarz jest tak uroczy i ujmująco niemal delikatny, że nie ma szans, by czyjeś uczucia religijne zostały podeptane. Tym bardziej że pod koniec powieści nadgorliwiec znajduje w końcu kogoś, z kim będzie mógł o bogach porozmawiać. 

Na deser dodajmy kwestię golemów - glinianych "żywych maszyn", które posłuszne swoim właścicielom zmuszone są do nieustającej pracy. Gdy jeden z nich zyskuje nagle świadomość swojego istnienia, nie można nie zauważyć w tym akcie symbolu głęboko humanistycznego. Wszak my wszyscy z gliny się wzięliśmy i wypowiedzieliśmy posłuszeństwo swoim "panom" - raz jak Adam i Ewa, którzy zrywając zakazany owoc, skazali się na wolność poza Edenem, innym razem jak  Prometeusz, który próbował okpić bogów i nie najlepiej na tym wyszedł. Oświecenie powtarza "odważ się być mądrym", Pratchett dopowiada "i wolnym". Będzie to miało swoją cenę, ale naprawdę warto.

Oczywiście wszystkie te kwestie wiezione są przez konie pociągowe fabuły. Czasami pretekstowej, czasami naprawdę oryginalnej i dającej sporą satysfakcję tym, którzy próbują rozwiązać dwie zagadki kryminalne, nad których rozwiązaniem pracują miejscy strażnicy. Akcja jest pełna fajerwerków, komizm sytuacyjny i językowy błyszczą olśniewająco. Powtarzam jednak - sama fabuła nie jest tutaj najważniejsza. Istotniejsze są poszczególne sceny, monologi wewnętrzne bohaterów, wymiany zdań oraz to, co pod powierzchnią słów się kryje. W lekkiej zwiewnej formie pozamykane są problemy dużo poważniejsze, niż początkowo by się mogło wydawać - i te wymienione powyżej, i inne - krytyka elitaryzmu, seksizmu, nietolerancji. 

Polecam z najczystszym pod słońcem sumieniem. 

piątek, 15 maja 2020

Robota to głupota, czyli "Całopalenie" Marasco

Dzięki fantastycznemu studium tanich (i tych ciut droższych) horrorów z lat 70 i 80 autorstwa Grandy'ego Hendrixa "Paperbacks from Hell , zacząłem nieco inaczej patrzeć na fenomen tego gatunku. Dostrzegłem jak precyzyjnie odbierał horror drgania, które telepały społeczeństwem. Jeżeli poeci bywają wieszczami i przewidzieć potrafią to, co może się wydarzyć, to pisarze grozy są czułymi sejsmografami, które odbierają ledwie co uświadomione i niemal nienazwane fobie, lęki, kompleksy, a następnie wzmacniają je do tego stopnia, że odbiorcy głuchną od krzyków, jęków i zawodzeń ofiar, o których czytamy, sięgając po horrory.



Tak właśnie mają się sprawy z „Całopaleniem” Roberta Marasco, które śmiało można uznać za pierwowzór głośnego „Lśnienia” Kinga. „Podbudowa” społeczna obu powieści jest niemal identyczna – kryzys lat 70, opłakany stan amerykańskich metropolii, z których biedniejsi obywatele nie mogą się wyrwać i tkwią uwięzieni w ciasnych celach dzielnic biedy, przemocy i braku perspektyw. Szczęśliwsi, a może bardziej zdesperowani, wyjeżdżają na prowincję, by tam zacząć od nowa lub skończyć to, czego nie mogli domknąć w mieście. Tak właśnie zaczyna się i „Całopalenie” i „Lśnienie”. Blisko, bardzo blisko do siebie tym powieściom.

Rodzina sportretowana przez Marasco jest nieliczna – ojciec nauczyciel, matka w domu, mały synek. Cała trójka (plus ciotka bohatera, podstarzała zażywna malarka-amatorka) zwietrzyli swoją życiową szansę i wynajęli na całe lato olbrzymią posiadłość położoną gdzieś na prowincji, daleko od spalin i wielkomiejskiego hałasu. Oferta jest niemal baśniowa, a składa ją para dziwacznych staruszków, którzy na całe lato wynoszą się, a gmaszysko musi być dopilnowane. Gdzie jest haczyk? W domu zostaje starsza pani, której trzy razy dziennie trzeba dostarczać jedzenie. To wszystko. „Najprawdopodobniej nawet jej nie zobaczycie…” – uspokajają i umowa zostaje podpisana.

Oczywiście to jest dopiero początek koszmaru, który tydzień po tygodniu rozgrywać się będzie w majestatycznych dekoracjach rodem z włoskiej opery… Jasne, horror jest to nielichy, chociaż takich naprawdę mrożących krew w żyłach chwil jest tylko kilka. Ważniejsze jest chyba to, co dzieje się jakby na marginesach powieści. Ważniejsze są moim zdaniem cienie przedmiotów niż same obiekty.

A co mi znowu chodzi? 

Przyjrzę się młodej bohaterce powieści, która zauroczona domostwem z dnia na dzień zaczyna coraz bardziej wcielać się w rolę pani domu, zamiast po prostu rozkoszować się słodkimi wakacjami w co by nie powiedzieć warunkach dużo bardziej luksusowych niż te, które znała z nowojorskiej kamienicy. Kobieta kompulsywnie sprząta, zamienia się w pracoholiczkę z nerwicą natręctw na punkcie utrzymania i/lub odrestaurowania ładu. Odkurza, sprząta, poleruje, nakręca zegary, przegląda się w czyszczonych srebrach, walczy z chwasta, pieści "antyczne" meble...

Znalazła się w lepszym, doskonalszy świecie, w którym mości sobie gniazdko. Gniazdko, w którym jest miejsce tylko dla jednej osoby. Czujecie? "Całopalenie" to opowieść o pasji, idei, która opanowuje człowieka i nigdy go nie zdradzi, nie uwolni, nie zostawi samego. (Słyszycie dalekie echo słów Ochockiego z "Lalki"?) Bohaterka odsuwa się powoli od męża i dziecka. Powtarza automatycznie: "Nie, ja wcale nie pracuję za dużo", a potem znowu rzuca się w wir roboty, od której dosłownie siwieje.

Najbardziej dramatyczna scena aż boli, gdy się ją czyta. Mąż próbuje wszystkich swoich męskich sztuczek, by zaciągnąć żonę do łóżka. Ma już dość przymusowego celibatu, jaki funduje mu małżonka. Nic z tego. Mąż napiera, argumentuje, uwodzi, prosi, żona wije się i wykręca, demonstruje cały zestaw wymówek, jaki mają do dyspozycji kobiety, gdy "boli je głowa". Brzmi to przerażająco autentycznie. Możecie mi zaufać.

Tak więc domostwo, które powoli "pożera" bohaterkę, najpierw odcina ją od rodziny, potem odbiera potrzeby seksualne, zastępując je gonitwą za doskonałym wywiązywaniem się z narzuconych sobie zadań. Tragiczny (w duchu horroru właśnie) finał opowieści jest pieczęcią, która zamyka tę historię o pochłaniającej człowieka pracy. Pracy, która jeńców nie bierze, dobija rannych i szuka kolejnych ofiar.

Rozumiecie teraz tytuł? "Całopalenie", bo człowieka składa siebie samego na ołtarzu pracy, pasji, idei, oddania. Takiej roboty nie polecam nikomu. 

poniedziałek, 4 maja 2020

Hodowla trzody chlewnej, czyli "Pod skórą" Fabera

Jeżeli chodzi o horrory, jestem dyletantem. Umiem rozpoznać, ale w subtelnościach gatunku tak średnio się orientuję. Gdy więc trafiłem kiedyś na kategorię „body horror”, zacząłem się zastanawiać, jakiż to zdeprawowany umysł poświęcałby całe książki (lub opowiadania) opisom niszczonych, deformowanych, przechodzących mutacje ludzkich ciał? Dlaczego ktoś miałby o tym czytać? Czy tylko i wyłącznie, by dać upust chorym fantazjom i potrzebom? Kiedyś tak mi się wydawało. No ale mi się wiele wydawało kiedyś i wciąż się uczę nieufności w stosunku do moich oczekiwań.

Po książkę sięgnąłem przypadkiem, bez wcześniejszych założeń najmniejszych, bez znajomości innych dokonań autora. Daję zawsze pierwszeństwo tekstom, nie autorom. Kobieta z fatalną fryzurą, deformującymi twarz okularami, z wyeksponowanym imponującym biustem poluje na autostopowiczów. Dobrze zbudowanych mężczyzn. Jeżeli takowy nie ma rodziny, znajomych, nie wydaje się być chorym, kobieta wstrzykuje mu truciznę i uprowadza na farmę, gdzie hoduje się ich na mięso. Zapakowane mięso trafia do odbiorców, którzy nie są ludźmi. Tak to wszystko w największym skrócie wygląda i odsłania się przed czytelnikami mniej więcej po 1/3 książki. Nie chodzi więc o typowe powolne odkrywanie tajemnicy, która dopiero na ostatnich stronach książki ma ogłuszyć odbiorcę. Nie. Chodzi raczej o nieustanne trzymanie tego garnka na wolnym ogniu. Czytelnik nawet nie zauważy, że się ugotował.



Powieść oferuje kilka cudownie intrygujących pytań, które brzmią na pozór tylko jednoznacznie. W większości powieści grozy ofiarami najczęściej padają osobnicy słabsi od mordercy/porywacza/potwora. Bezradna i bezsilna ofiara potęguje strach. Tutaj jest odwrotnie – łupem padają bez wyjątku silni, umięśnieni, wysportowani mężczyźni, którzy przypadkowo znaleźni się na poboczu drogi szybkiego ruchu, licząc na uśmiech losu. Co może niepokoić? Odczytałem to natychmiast jako metaforę końca tradycyjnie rozumianego patriarchatu. To właśnie ten męski typ zawieszający wzrok na odsłoniętym dekolcie musi w końcu zostać pożarty przez siły, których nie rozumie lub je fałszywie interpretuje. A z drugiej strony może to być po prostu przestroga, by nie jeździć autostopem?

Sama hodowla samców, których mięso ma trafić na stoły bogatych „obcych” to nic innego jak sprytnie odwrócony obraz mechanizmów przemysłu spożywczego, który opierając się na truchłach zabitych świń, krów, kur i gęsi dostarcza ludziom jedzonka na obiad. Wiem, że chwyt jest prostacki i ograny (co by było, gdyby to ludzi podawano z ziemniakami i sałatką?), ale Faber pisze o tym w wyjątkowo beznamiętny sposób przyjmując nie ludzką, ale konsumencką perspektywę. Brzmi to jak moralitet stworzony na potrzeby wojujących wegetarian, co jednak nie powinno odpychać. Nie ma w tym za grosz taniego sentymentalizmu lub tendencji.

Pisarz na dodatek zawiesza tradycyjnie rozumiane rozróżnienie natury ontologicznej. Człowiekiem nazywany jest ten, kto po prostu stoi wyżej na drabinie rozwoju. Tak więc gdyby psy, koty lub konie były inteligentniejsze od nas, to one automatycznie stałyby się ludźmi. Nasza umiejętność pisania, konstruowania prostych mechanizmów, noszenie ubrań wcale nie czyni z nas korony stworzenia. Hodujących nas w klatkach „obcych” nie wzruszą niezgrabne próby porozumienia, bełkoty obciętych języków lub skreślone na klepisku słowo „litości”.

Czy Faber nie stara się zabrać głosu w dyskusji o tym, czy nie nadać statusu równego człowiekowi tym istotom, które potrafią się z nami porozumiewać? W czym są gorsze od nas orangutany czy szympansy? Dlaczego trzymamy je w klatkach? A czy gdy na niebie pojawi się pojazd kosmiczny z „wyższymi i lepszymi” od nas, to wtedy ludzie spadną do poziomu zwierząt? Hodowlanych?

Jedyny „obcy”, który upomina się o godność zwierząt (czyli nas, homo sapiens), robi to niejako z przekory, buntuje się przeciwko starszym, ale jego opór ma w sumie dość kabotyński wymiar a la Zbyszek Dulski znany z dramatu Zapolskiej. Wychodzi więc na to, że wszelki bunt zawsze skażony jest egoistyczną potrzebą bycia po prostu innym. Potrzebą, z której po prostu się wyrasta.

Na koniec muszę wspomnieć o nieopuszczającym czytelników ani przez moment depresyjnej klaustrofobicznej atmosferze. Bohaterką jest już wspomniana wcześniej młoda dziewczyna, której całym sensem życia jest ciężka praca. Faber precyzyjnie rekonstruuje niemal pustelnicze życie istoty, która musi przynajmniej sprawiać wrażenie człowieka, by oszukać swoje potencjalne ofiary. Dziewczynie wystarczy stare zakurzone łóżko, cieknący prysznic, jeden komplet ubrań, miniaturowy telewizor i samochód. Jako nie-człowiek niczego więcej nie potrzebuje. Ale… jeśli popatrzymy na nią jak na jeszcze jedną sezonową robotnicę lub sprzątaczkę, która trafiła do „lepszego” miejsca, by odmienić swój uchodźczy los i nie odmienia go nawet o jeden procent?

I pomyśleć, że zabierałem się za tę książkę jak za pierwszy z brzegu horror z pewnymi ambicjami.

środa, 22 kwietnia 2020

Ta kawa to nie jest kawa, czyli "Trawa" Tepper


Tak książka była typowym wyrzutem sumienia – kupiona lata temu, czekała aż dzisiaj na to, aż łaskawie po nią sięgnę. Nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. A na dodatek informacja o tym, że „Trawa” Sheri Tepper  jest jedną z ciekawszych, mądrzejszych i ambitniejszych powieści fantastyczno-naukowych wcale nie ułatwiała pozbycia się czytelniczych wyrzutów sumienia.



Zacząłem czytać i… najpierw się odbijam od stylu. Mocno zagęszczona, „kobieca” proza, która koncentruje się na drobiazgowym rejestrowaniu nie tylko szczegółów rzeczywistości, ale również drgnień, drżeń dusz bohaterów. Odzwyczaiłem się od takiego wyrafinowanego frazowania. Drażniły mnie „przestoje” – bohater zadaje pytanie, autorka wstawia cały akapit będący zapisem myśli, pomniejszym strumieniem świadomości, i dopiero teraz drugi bohater odpowiada na pytanie, którego treść zdążyłem już zapomnieć. 

Czytałem więc powoli, cierpliwie, chyba zbyt często tracąc zimną krew, bo wciąż podejrzewałem samego siebie, że coś przeoczyłem. Trzeba przyznać, że Tepper bardzo powoli otwiera drzwi do świata przedstawionego. No ale ma w tym swój cel…

Gdyby ktoś się zdecydował na ekranizację „Trawy”, musiałby stawić czoła czemuś, co najogólniej nazwać można „literackością”. Otóż powieść amerykańskiej pisarki znakomicie igra z przyzwyczajeniami poznawczymi czytelników. Dzieje się to za sprawą obcości – akcja rozgrywa się na planecie Trawa, która tylko z nazwy kojarzyć się może ze swojskimi łąkami. I tak to się rozkręca – na Trawie żyją w sąsiadujących ze sobą domostwach arystokraci, którzy regularnie urządzają Polowania na Lisy. Pomagają im w tym Ogary i Wierzchowce. Czytelnicza wyobraźnia, ze zrozumiałych względów przyspawana do naszego świata, natychmiast podsuwa oswojone wizerunki chartów, koni i rudych stworzeń z puszystymi ogonami… Ależ się zdziwimy! Te igraszki znajdują dodatkowe umocowanie w fabule – główną bohaterką jest kobieta, która wraz z rodziną zostaje wysłana na Trawę, by przeprowadzić pewne śledztwo, od którego powodzenia zależy przyszłość rasy ludzkiej. Przyjęta na egzotycznej planecie przez zblazowane wyższe sfery, doświadcza całej serii nieporozumień poznawczych. To, co na Trawie nazywa się kawą, wcale kawą nie jest. I tak dalej, i tak dalej… Cóż za pole do rozważań natury niemal filozoficznej.

A co jeszcze czeka czytelników? Wyliczę:

- bardzo dobrze sportretowana rodzina głównej bohaterki; rozorana nie tylko przez konflikty międzypokoleniowe, ale również fundamentalne, niemożliwe do pokonania lub ominięcia „błędy w założeniu”. Smutna to wizja – nieszczęśliwa uwięziona w związku kobieta, której religia nie pozwala zrzucić kajdan i znaleźć szczęścia w ramionach właściwego człowieka.

- mroczna niepokojąca wizja totalnej obcości – istot, które na pozór tolerują człowieka, a tak naprawdę stają się siłą dominującą, podporządkowującą sobie „panów”. Czy należy traktować to jako metaforę? Byłoby dobrze widzieć w tym obraz naszych relacji z przyrodą jako taką. Zapraszam do refleksji. „Trawa” to też powieść ekologiczna.

- ludzkość ginie, dziesiątkowana przez wirusa, który ma 100% skuteczności jeżeli chodzi o uśmiercanie przedstawicieli naszego gatunku. Trwa szaleńczy wyścig z chorobą. Kiedyś w tej zarazie widziano metaforę AIDS („Trawa” ukazała się w 1989 roku), teraz narzuca się nieco inna zaraza…

- W powieści Tepper znakomicie rozgrywa się również element „klasowości”, a najśmieszniejsze jest to, że kapitalnie postawiono ten motyw na głowie. Elita planety uważa siebie za koronę stworzenia, arystokraci nie zadają się z pospólstwem, ze zwykłymi ludźmi żyjącymi w jedynym dużym mieście planety. Ale gdy na skutek biegu wydarzeń jeden z błękitnokrwistych dżentelmenów trafia pomiędzy „zwykłych” ludzi, ze wstydem konstatuje, że sam jest zacofany, głupi, ograniczony… Dużo w tej powieści stoi na głowie. I bardzo dobrze.

Polecam z czystym sumieniem tę znakomitą powieść. Uważny i nieco otrzaskany kulturowo odbiorca znajdzie tam naprawdę wiele skarbów – począwszy od języka i koronkowego stylu, a skończywszy na inteligentnych i nieco heretyckich próbach wytłumaczenia obecności zła w świecie.

Kto ma oczy, niechaj czyta.

piątek, 10 kwietnia 2020

Na metafizycznym dopingu, czyli "Requiem dla lalek" Zbierzchowskiego

Zbiór jedenastu opowiadań Cezarego Zbierzchowskiego pt. Requiem dla lalek powinien zadowolić najbardziej wymagającego miłośnika science fiction. Ja jednak mam wrażenie, że autor mierzył gdzieś powyżej tego celu, że wirtualnym czytelnikiem miał być odbiorca wyrobiony intelektualnie, obeznany nie tylko z klasykami samego gatunku, ale również (a może przede wszystkim) z kulturą wysoką, elitarną. Innymi słowy, Zbierzchowski podjął się ambitnej próby przerzucenia pomostu pomiędzy doskonale rozpoznawalnymi, niemal kanonicznymi elementami typowymi dla dystopijnie zabarwionej fantastyki, a kulturą wysoką. Czy autorowi udało się zbudować solidny kamienny most? A może jego zbiór to efektownie wyglądająca, ale niestabilna pontonowa przeprawa? Sprawdźmy.



Opowiadania Zbierzchowskiego dzielą jedną wspólną przestrzeń – miasto Rammę, jego rubieże, sąsiednie państewka pożerane przez wojnę. Gdyby pochylić się nad organizacją przestrzeni, miejscem akcji większości tekstów, to doszlibyśmy do wniosku, że pisarz naprawdę przyzwoicie przyłożył się do tego, by uczynić swój świat swojskim, a jednocześnie odpychająco obcym. Ramma i okolice przypominają bowiem pękające plastikowe worki wypełnione odpadami naszej cywilizacji.

W podobnym stylu pisało się w czasach PRL-u fantastykę socjologiczną – pomimo kilku gadżetów niezbędnych do tego, by zaistniał czynnik fantastyczny, czytelnik miał wrażenie, że upiorna brzydota, tandeta, toporna architektura brudnych miast to rzeczywistość, z którą miał na co dzień do czynienia. To była jego rzeczywistość. U Zbierzchowskiego jest podobnie: nowoczesne samochody, broń, automaty, media – te fetysze cywilizacji nie są w stanie zamaskować odpychających realiów naszego świata – wojen, agresji, migracji, czy chaosu światopoglądowego. Autor lubuje się w detalach, kataloguje rozsypujący się na oczach czytelnika świat.

Na tle tej przygnębiającej scenografii dzieją się historie niemal bez wyjątku smutne, pozbawiające nadziei na jakiekolwiek pozytywne rozstrzygnięcia. Bohaterom wydaje się, że mają coś do powiedzenia, ugrania, załatwienia, wywalczenia, ale tak naprawdę o wszystkim decydują kłębiące się wokół nich siły – polityka, historia, uwarunkowania społeczne, a nawet siły wyższe.

W jednym z najlepszych tekstów zbioru, otwierającym całość – Innego nie będzieZbierzchowski zgrabnie odwołuje się do Miłoszowskiego obrazu końca świata, który przyjdzie niezauważony i przetoczy się ponad ślepymi i głuchymi na niego nieszczęśnikami. Wizja pierwiastka boskiego opuszczającego ziemski padół i pozostawiającego tę skorupę na pożarcie miażdżących ją powoli mocy jest wstrząsająca. Ten świat nie zostanie uratowany ani zbawiony, gdyż przestał już interesować siły, które przyczyniły się do jego powstania. W takim kontekście proza Zbierzchowskiego wygląda na deistyczną, pesymistyczną do szpiku kości, a na dodatek osadzoną na solidnych filozoficznych fundamentach.

Kolejne opowiadania powoli ukazują czytelnikowi „świat po Bogu” i niemal za każdym razem autor inaczej kładzie akcenty. Miejsce na drodze to zapis śledztwa w sprawie tajemniczej hipnotyzującej siły, która psychicznie i fizycznie niszczy ludzi, w Monecie pisarz podejmuje kwestię eutanazji, zaś Mr Fiction przygląda się podglądactwu cechującemu naszą cywilizację rozmiłowaną w rozmaitych reality shows.

Problem z Requiem dla lalek widzę w natarczywie podsuwanych czytelnikowi metafizycznych rozwiązaniach. Najczęściej przybierają one formę pointy wieńczącej rozwijany według kanonów „twardej” science fiction bardzo przyzwoity pomysł. Odbiorca, w tym piszący te słowa, może czuć rozczarowanie i zakłopotanie, gdy okazuje się, że ścieżka intrygi prowadząca do rozstrzygnięcia fabularnego nagle skręca w kierunku szeroko rozumianej eschatologii lub teologii. Wkrada się zamęt. Tego typu wybieg może tłumaczyć absolutnie wszystko, każdą zagadkę, nad której rozwiązaniem głowią się zarówno bohaterowie opowiadań, jak i sam czytelnik. Ale odbiorca zasługuje jednak na logiczne wyjaśnienie mechanizmów rządzących rzeczywistością świata przedstawionego. Metodzie twórczej autora patronuje przede wszystkim Philip Dick, ale z żalem trzeba stwierdzić, że Zbierzchowski zbyt mechanicznie posługuje się narzędziami, których obsługę do perfekcji opanował Amerykanin.

Nawiązywany co i rusz romans z metafizyką przeplatany jest odwołaniami do literatury wysokiej. Wspomniany wcześniej wiersz Czesława Miłosza stał się kapitalnym fundamentem pierwszego opowiadania tomu – tutaj autor trafił w sam środek tarczy. Mottem innego tekstu jest cytat z wiersza Rafała Wojaczka. Jednak gdy w tytułowym opowiadaniu (skądinąd bardzo dobrym) odnajdujemy cytaty z Małej Apokalipsy Konwickiego, możemy mieć wrażenie, że to klasyczne dzieło zostało zbyt grubymi nićmi zszyte z tekstem reprezentującym przecież literaturę gatunkową. Być może przemawia przeze mnie purysta, ale nie wydaje mi się, by ktokolwiek skorzystał na takim sparowaniu treści. Opowiadanie Requiem dla lalek zyskało być może drugie dno i zamieniło się w sympatyczny przykład intertekstualności, ale nie wierzę, by po jego lekturze Konwicki znalazł nowych czytelników wśród miłośników fantastyki. Potraktujmy więc te nawiązania jak rodzaj prywatnego hołdu złożony ważnym dla autora twórcom.

Zbliżając się do podsumowania tych rozważań, muszę rozwiać wszelkie wątpliwości. Opowiadania Zbierzchowskiego to naprawdę bardzo dobra próbka prozy fantastyczno-naukowej. Ich mroczny ton oraz styl łączący w sobie wulgarny i prosty język dialogów z niemal lirycznymi partiami narracyjnymi to niezaprzeczalne atuty Requiem dla lalek. Warto więc sięgnąć po tę książkę, by przekonać się również, że odbijają się w niej problemy, z którymi walczy, a być może już przegrywa, współczesny świat.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

sobota, 21 marca 2020

Kiedy będziemy tęsknić za spamem, czyli "Zasady śmiesznego zachowania" Hakla

Musiałem w końcu sięgnąć po książkę, która będzie odskocznią od skrojonych pod masowe gusta powieścideł, z którymi ostatnio było mi dane się spotykać. Miałem już serdecznie dosyć tekstów... Wiecie jakich? Wystarczało, że czytałem dialogi i dwa, trzy zdania bezosobowego i nijakiego stylu narratora, a już człowiek galopował na przez kolejne rozdziały. 

Irytowało mnie, że mogę bez żadnej straty pomijać całe akapity zbędnych opisów krajobrazów i wnętrz, ubrań i gestów, kolorów oczu i długości paznokci. Jakiś pisarz(yna) męczył się, bym o tym wszystkim przeczytał, a ja wzruszam ramionami, bo guzik mnie interesuje, jakiej długości sukienkę nosiła hrabianka i o której wyszła z domu. Wiem, jestem podły.

Znalazłem więc tekst, który nie pozwolił się przeczytać w biegu - "Zasady śmiesznego zachowania" czeskiego pisarza Emila Hakla. Gdybym w czasie lektury pozwolił sobie na chwilę dekoncentracji, na drogę na skróty, umknęłyby mi zdania najzwyczajniej w świecie piękne, egzotyczne, poetyckie i dziwne. Porównałbym to do jazdy pociągiem; wystarczy tylko na chwilę odwrócić wzrok, by oczom umknęły niepowtarzalne detale krajobrazu. No powiedzmy, że mniej więcej o to chodzi...



Książka podzielona jest na trzy części, które opisują trzy epizody z życia starzejącego się pisarza. Najpierw korzysta z wątpliwej przyjemności paraglidingu (unosząc się na spadochronie, przypomina sobie własną młodość, dziwaczną służbę w wojsku, relacje z jeszcze dziwniejszą dziewczyną), potem odwiedza w szpitalu umierającego ojca, w ostatniej części wybiera się z kolegami na ryby, by przy okazji spełnić ostatnią wolę zmarłego. 

Tak naprawdę nic się nie dzieje - samotny bohater rozmawia, wspomina, podsumowuje,  spowiada się przed czytelnikiem. Pielęgnuje zużyte prywatne rytuały. Dawno przekroczył smugę cienia, przeżył kryzys wieku średniego, ale nie nastąpiło po nim żadne nowe rozdanie, a druga młodość okazała się mitem. 

Żenujące próby dogonienia życia są raczej wymuszane przez innych. Bohater jest pchany, prowadzony, mobilizowany, ale niewiele się aktywności podejmuje sam z siebie. Ci, którzy mają do niego jeszcze odrobinę cierpliwości, walczą o jego uwagę, o to by choć przez chwilę skoncentrował na nich spojrzenie. 

"Za dziesięć lat zesrasz się z przerażenia, że wszystko zmarnowałeś. Przyjdzie czas, że będziesz wdzięczny za każdy przypadkowy spam, bo będzie ci odwalało z samotności” - ostrzega jeden z sms-ów, jakie otrzymuje bohater. Myślicie, że zrozumiał przekaz?

Smutne to jest życie. Największym osiągnięciem jest własna gęba na billboardach, jedynym członkiem rodziny, z którym trzeba porozmawiać, jest leżący w szpitalu ojciec, miejscem, do którego jest sens się wybrać, jest delta Dunaju - cywilizacyjny śmietnik pełen chwastów, żelbetonu i natrętnych owadów. 

W sumie niczego nowego od Hakla nie usłyszałem. Kilka razy rozśmieszyły mnie żenujące przygody bohaterów, wiele razy westchnąłem głucho, gdy pisarz przypomniał mi o nijakości i banale życia, najczęściej jednak przecierałem oczy ze zdumienia. Fantastycznie prowadzona narracja utkana jest z całej masy środków poetyckich. Odkrywcze i ożywcze metafory lub porównania ("Zły jak diabeł morski" zapisuję w pamięci i będę się posługiwał) potwierdzają, że proza jako taka może bez większych problemów wchłonąć to, co we współczesnej poezji brzmiałoby w za mało wyrafinowany sposób. (Chrzanić współczesną  poezję!)

Czy polecam? Tak. Na tle innych, pewnie bardziej rozpoznawalnych tekstów czeskich pisarzy, "Zasady śmiesznego zachowania" nie wyróżniają się czymś szczególnym. Ale wystarczy, że dacie tej książce szansę, a wtedy na pewno się  ze sobą dogadacie. 

poniedziałek, 24 lutego 2020

Do przerwy 1:0, czyli "Możemy cię zbudować" Dicka

Philip K. Dick jest jednym z najważniejszych twórców fantastyki naukowej. To żadna prawda objawiona, lecz fakt, z którym trudno dyskutować. Oszałamiająca liczba opowiadań i powieści, ich mniej lub bardziej udane ekranizacje, mnóstwo tłumaczeń, wznowień, kolejne pokolenia odkrywające urok dziwacznych światów pisarza, szalone życie, w którym Dickowi nie było łatwo odróżnić prawdy od wytworów paranoicznego, karmionego narkotykami umysłu – jak wielu tak ekscentrycznych i inspirujących autorów zna XX wiek?

Większości jego pomysłów nie sposób zakwalifikować do tak zwanej twardej science fiction. Dick systematycznie odrzucał wszystko, co zmuszałoby go do naukowej weryfikacji własnych wizji. Pierwsze opowiadania i powieści trzymały się jeszcze reguł obowiązujących w przestrzeni gatunku, ale stopniowo (być może na skutek nadużywania substancji psychoaktywnych, znudzenia lub, co najbardziej tajemnicze, doświadczeń religijnych) pisarstwo Dicka stawało się coraz bardziej groteskowe, kpiło z czytelniczych przyzwyczajeń, a być może również zaczęło zjadać własny ogon.

O twórczości Amerykanina powiedziano, że stawia ona jedno pytanie – co jest rzeczywiste? Dick zadawał je wiele razy i po wielokroć udzielał na nie odpowiedzi. Raz poważnych i głęboko filozoficznych, innym razem bardziej rozrywkowych. Kolejne uogólniające stwierdzenie dotyczące Dicka brzmi następująco: jako niespełniony (być może na szczęście dla literatury) pisarz głównego nurtu bardzo często nasycał powieści treściami typowymi dla dzieł obyczajowych i psychologicznych. Bohaterowie jego prozy zmagają się z problemami każdej możliwej natury – uzależnieniami, kompleksami, nieszczęśliwymi związkami… Wszystko to można żartobliwie skwitować słowami: „cóż z tego, że Marsjanie atakują Ziemię, skoro rozpada mi się małżeństwo?”.

Tajemnicą również nie jest to, że Dick był pisarzem nierównym. Do legendy przeszło tempo jego pracy (potrafił napisać powieść w kilka tygodni), które to niestety zbyt często pozwalało zmarnować się bardzo wielu dobrym pomysłom. Toteż obok fundamentalnych tekstów takich jak Człowiek z Wysokiego ZamkuUbik lub Trzy stygmaty Palmera Eldritcha znajdziemy dzieła mniej dopracowane, obiecujące bardzo wiele, ale finalnie rozczarowujące. Autorowi ponad czterdziestu powieści chyba jednak można wybaczyć chwilowe spadki formy.



Możemy cię zbudować to powieść z 1972 roku. Dick zdążył już napisać swoje kanoniczne teksty, przed nim wciąż były te najbardziej intymne, w których połączył namysł nad niezrozumiałym dla siebie doświadczeniem o zabarwieniu religijnym z postępującym paranoicznym poczuciem zagrożenia, którego wciąż odczuwał w rządzonej przez Nixona Ameryce. Tak więc Możemy cię zbudować istnieje gdzieś na literackiej „ziemi niczyjej”, w przedpokoju.

Bohaterem książki jest typowy dickowski rzemieślnik-idealista, Louis Rosen, który wraz z biznesowym partnerem produkuje elektroniczne klawikordy. Interesy idą średnio, więc jeden z panów zaczyna się zastanawiać, jak odbić się od dna, w kierunku którego ewidentnie zmierzają. I tutaj pojawia się charakterystyczny dla pisarza pomysł – firma tworzy robota, wierną kopię polityka z czasów wojny secesyjnej. Potem zaś pojawia się kolejny robot – tym razem to elektroniczny odpowiednik Abrahama Lincolna. Na scenę powieści wkraczają bezlitosny rekin finansjery Sam Barrows oraz chora psychicznie córka partnera Louisa – Pris, w której nieszczęśliwie zakochuje się główny bohater.

Powieść początkowo zaczyna poruszać się w bardzo atrakcyjnym kierunku – rozważania na temat sztucznej inteligencji w świecie ludzi, którzy okazują się być bardziej bezduszni i chłodni od samych maszyn, najczęściej prowokują do namysłu nad samym człowieczeństwem. Czym ono jest? Konstrukcją raz na zawsze związaną z naszym biologicznym istnieniem? Teoretyczną obecnością duszy zamkniętej w klatce kości i ścięgien? A może człowieka można „wyhodować” i uczynić go lepszym od ludzi, bowiem istnieje szansa, że konstruktorzy nie wszczepią w taką istotę typowych dla homo sapiens wad i niedoskonałości? Konfrontacja między „Lincolnem” upominającym się o swoje prawa a biznesmenem, który traktuje go wyłącznie jak maszynę, jest znakomitą próbką Dickowskiego humanizmu. Pisarz (niejako wbrew przekonaniom wyrażanym w innych tekstach) chyba usiłuje nas przekonać, że człowieczeństwo jest „przeszczepialne”, można je wdrukować w istotę, która żywą nigdy nie była. Maszyna może być delikatna, a jej świadomość zabarwiona subtelnymi uczuciami, które potrafią owocować melancholią, niekiedy wręcz depresją.

Jeszcze ciekawszym i niestety porzuconym pomysłem jest motyw diabolicznego planu czarnego charakteru, który zakupiwszy działki na Księżycu, zaczyna się zastanawiać, czy nie zwabić na Srebrny Glob niezdecydowanych Ziemian, pokazując im osiedla zamieszkane już przez… androidy wyprodukowane w fabryczce, która wcześniej stworzyła Lincolna. Dick urywa ten arcyciekawy wątek i przenosi ciężar narracji na zawiłą historię toksycznej i skazanej na porażkę miłości głównego bohatera i powieściowej femme fatale – Pris Frauzimmer.

Chora psychicznie kobieta jest okrutną i chłodną istotą, o której nie może przestać myśleć bohater. Uzależniony od jej kapryśnej, nieprzewidywalnej osobowości popełnia kolejne życiowe błędy, zdając sobie sprawę z finalnej klęski, jaką na pewno zakończyłby się jego wyśniony związek. Dick, sam mający problemy emocjonalne, przelewa na karty powieści wszystkie możliwe rozterki, prywatne dramaty, fantazje, kompleksy, obawy dotyczące nie tylko relacji z kobietami, ale również z całym społeczeństwem. Ta płaszczyzna Możemy cię zbudować potrafi zniechęcić odbiorcę przygotowanego na kolejne wizje pisarza. Szaleństwo pojawia się, ale zostaje potraktowane w subtelniejszy sposób – Dick sonduje amerykańską słabość do psychoanalizy, wyszukiwania w bliźnich psychicznych defektów. Ba! Nawet powołuje (na kartach powieści) odpowiednią instytucję, która w opresyjny sposób zajmuje się wszelkimi odstępstwami od normy.


Podsumowując rozważania, chętnie odwołam się do słów Theodore’a Sturgeona (kolejnego klasyka amerykańskiej fantastyki), który zauważył, że ta powieść Dicka została osłabiona porzuceniem rozwijanych w pierwszej części motywów. Nie znaczy to oczywiście, że książka jest nieudana. Możemy cię zbudować to dobra próbka prozy Dicka, który równie łatwo budował intrygujące i inspirujące wizje, co zapominał o nich, zanim zdążyły dojrzeć.

sobota, 1 lutego 2020

Książka to nie pies

Co jakiś czas na czytelniczych stronach pojawiają się brzmiące w niepokojący sposób posty o wyrzucaniu książek. Gros komentarzy wypełnia poczucie bezsilności, bezradności, rozczarowania, złości nawet. "Jak można wyrzucać książki?!" - zdają się wołać ci, którzy po chwili przywołują mroczne sceny z historii cywilizacji - palenie całych bibliotek, cenzurowanie, trzeci obieg... Jak można?!



No właśnie można.

Reminiscencja 1:

ponad 10 lat temu w szkole, w której pracuje moja żona, remontowano bibliotekę. Stare, zakurzone wnętrze wypełnione szczelnie książkami w okładkach z szarego papieru, trzeba było odświeżyć. Znalazły się fundusze na nowy księgozbiór, nowe lektury, stanowiska komputerowe... Kilkadziesiąt kartonów książek wyniesiono na szkolne boisko. Przejrzałem prawie wszystko i zlitowałem się nad wieloma. Uratowałem albo klasyczne teksty (Różewicz, Kott, Kafka...), albo książki sprzed II wojny światowej, a nawet starsze. 

Ustawiłem na półkach w domu licząc na to, że kiedyś pewnie do tego sięgnę. Przyda się. 

Nie przydało się nigdy. W międzyczasie dokonała się rewolucja - Allegro przestało być miejscem, w którym można było szybko i skutecznie sprzedać książki. Na początku lat 2000 błyskawicznie to szło - wystawiałem na aukcję i po tygodniu szedłem z 5 lub 6 książkami na pocztę, by je wysłać. Teraz nawet nowości "porecenzenckie" nie cieszą się wzięciem. 

Kilka lat patrzyłem na te zbierające kurz tomiszcza. W końcu w geście bezradności i wściekłości wyrzuciłem tych rozbitków życiowych na makulaturę. Już bez żalu.


Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył, informuję, że książki stały się takimi samymi towarami jak spodnie, samochody czy telefony. Wyprodukowane, przechodzą przez promocje, regularną sprzedaż, są przeceniane, w końcu trafiają do budy nad morzem, gdzie dostają naklejkę "-70%". Po drodze być może biblioteka. Na końcu przemiał. Takie życie tworów kultury.

Czasem czytam o tym, że Polacy nie mają w domach biblioteczek, nie zbierają książek, nie przekazują dalej kolejnym pokoleniom dzieł, które gromadzi się przez całe lata. No dobrze... Ale chcielibyście, by kolejne pokolenia dziedziczyły po sobie kryminały Mroza lub erotyki Blanki Jakiejśtam? Jaki los przewidujecie dla tych książek? Czy za 10-15 lat dzisiejsze bestsellery nie wypełnią koszy z makulaturą? Dlaczego mam się zżymać, gdy widzę w śmietniku pulpę sprzed 20-30 lat? Kto chciałby taki spadek? 

Reminiscencja 2:

Recenzuję książki. Liczba tych, które dostałem do recenzji, sięgnęła już pewnie połowy setki. Książki dostałem, uczciwie napisałem recenzje i te wartościowe książki zatrzymałem. A co z tymi, które mi nie pasowały? Najwygodniej wynieść do biblioteki. "Czytelniczy dar" - piękny tytuł można zdobyć. I tak robiłem. Ale czasem człowieka dopada wewnętrzny Harpagon i myśli sobie, czy nie sprzedać takiego egzemplarza. No przecież to nowa książka, czytana raz, bez plam po kawie, sosie bolońskim czy kociej sierści. No więc sprzedajemy. I... Moje przygody z handlem książkami są dość nużące i mają jeden morał - niewielu kupuje książki. A ci, którzy kupują, kupują nowe. Nawet na grupach poświęconych tylko i wyłącznie handlowi udawało się coś sprzedać od wielkiego dzwonu. 

Mamy tyle kanałów dystrybucji, że znaleźć akurat moją ofertę jest bardzo trudno. Moje propozycje toną w morzu innych, czasem lepszych, czasem gorszych ofert. Harpagon musiał ustąpić wrodzonemu lenistwu - książki trafiały do bibliotek lub bywały pożyczane znajomym. Na zawsze pożyczane. Książka jako gorący kartofel? Tego jeszcze nie grali.


Finałem tych moich chaotycznych rozważań niech będzie myśl, że chyba pora rozstać się z przeświadczeniem o tym, że książka jest czymś wyjątkowym, a więc należy jej się szacunek tylko i wyłącznie dlatego, że jest książką. Mijam w różnych galeriach handlowych półki z "wymianą" książek. Zatrzymuję się i patrzę. 3/4 tytułów pochodzi z lat 90 lub początku 2000. Te książki nie są "na wymianę", one są do wyrzucenia. 

Ktoś może natychmiast odesłać mnie do wielu miejsc, które przyjmują książki - szpitale, więzienia, domy dziecka, Polacy za granicą. Zgadza się. Tylko trzeba mieć pewność, że ma się siłę, czas i ochotę, by stworzyć listę książek, opisać je, znaleźć placówkę, zapakować, wysłać lub zapakować do własnego samochodu... 

Tak sobie myślę, że książki to jednak nie psy. Nie trzeba chyba szukać im nowego domu, nowych właścicieli. Można bez wyrzutów sumienia wyrzucić te, z którymi nie łączy nas żaden sentyment, nie są ponadczasowymi klasykami, a zawarta w nich wiedza zdezaktualizowała się po kilku latach. 

Tak samo się robi z ubraniami. Marynarki, garnitury, koszule mają nam służyć przez długie lata. Koszulki z głupimi hasłami, robocze bluzy, szorty po kilku sezonach można bez żalu wyrzucić i kupić nowe. 

Tyle. 

wtorek, 21 stycznia 2020

Nic już nie musisz, czyli "Poczuj grunt pod nogami" Brinkmanna

Ta książka to klasyczny przykład paradoksu - z jednej strony reklamowana jest jako antidotum na zalewającą nas falę psychologii pozytywnej, hokus-pokus couchingu, a z drugiej strony idzie ona dokładnie taką samą ścieżką, tylko w przeciwnym kierunku. Radzi, jak nie dać się złapać na lep innych rad. Szczerze powiedziawszy kupiłem tę pozycję w nadziei na uraczenie się pamfletem, na ostrą krytykę, na brutalną rozprawę z myśleniem w stylu: "Jesteś zwycięzcą!" Jestem dość podłą kreaturą i lubię, gdy nie bierze się jeńców.



Troszkę się rozczarowałem, gdyż autor otwiera niemal wszystkie drzwi kluczem, który sam od dawna noszę w kieszeni (co nie znaczy, że umiem się nim posługiwać) - sięga po zdobycze filozofii stoickiej, która również w ostatnich latach stała się tematem kilku "podręczników dobrego życia". Tak nawiasem mówiąc, to boleję nad tym, że stoicyzm tak się spopularyzował i został sprowadzony do paru poręcznych haseł w stylu bądź spokojny, zdystansuj się, zaakceptuj bieg rzeczy. Brzmi to tak, jakby chrześcijaństwo spakować do walizki z napisem "bądź miły dla innych".
No ale nie będę za bardzo marudził, powiedziałem sobie, gdyż na szczęście autor nie buduje swoich koncepcji tylko i wyłącznie w oparciu o mechaniczne przepisywanie antycznych recept współczesnym pacjentom.
Najmilej w moich uszach brzmiał kpiący ton, w jakim autor wypowiada się na temat fetyszy dzisiejszych czasów. Spróbujcie powiedzieć swoim przełożony lub ewentualnym pracodawcom, że nie macie już ochoty dalej się rozwijać, doskonalić, szlifować umiejętności. Że wystarczy Wam to, co już osiągnęliście i co już umiecie. No właśnie... To czystej wody herezja. A spróbujcie zasygnalizować, że Wasza szkoła lub firma nie powinna się "sięgać gwiazd", a po prostu zaakceptować fakt, że samej siebie nie przeskoczy? No właśnie...
Autor również w sympatyczny sposób dowodzi, że narzekanie powinno wejść nam w krew (Polaków nie musi przekonywać, prawda?), gdyż terror naiwnego i automatycznego optymizmu oparty jest na piramidalnej obłudzie. Z drugiej strony zaś zachęca do zakładania i wytrwałego noszenia wszelkich masek społecznych, które czynią nas znośnymi dla otoczenia. Brzmi to nieco jak konkluzja "Ferdydurke". Teoretycznie nic odkrywczego, ale zawsze warto o tym pamiętać, by nie zachłysnąć się "prawdziwym ja", które być może też jest tylko spreparowaną przez nas samych konstrukcją.
Myślmy o śmierci. O przeszłości. Odrzućmy cielęce zauroczenie teraźniejszością (osławiony mindfulness). To kolejne postulaty autora. Jak na moje całkiem sensowne.
Żadne to wielkie, reorganizujące życie, dzieło. Po prostu zgrabnie skrojona i w przystępny sposób podana próbka przemyśleń, w których miesza się chyba jednak trzeźwa ocena naszych czasów, spora dawka filozoficznej wiedzy, szczypta badań naukowych, humor i delikatna zgryźliwość.
Problem z tego typu książkami mam taki, że zawsze szukam w nich potwierdzenie tego, w co już od dawna wierzę. Jeżeli więc nie macie ochoty się dalej rozwijać, cieszy Was miejsce w połowie peletonu, narzekacie na wszystko i w tym szukacie wspólnoty, ta książka potwierdzi, że jesteście we właściwym miejscu swojego życia.