niedziela, 17 marca 2019

We wnętrznościach lewiatana, czyli "Bohiń" Konwickiego

Gdy człowiek ma jakiekolwiek ambicje i czytelnicze, i pisarskie, po lekturze Konwickiego, powinien kupić sobie solidne 0.7 gorzałki, wypić do lustra i położyć się spać. Obudzić się z solidnym kacem, w odmętach którego zda sobie sprawę z dwóch kwestii: po pierwsze, 3/4 wydawanych dzisiaj książek nie dorasta tekstom Konwickiego do pięt, po drugie, nigdy nie napisze nawet jednej strony w tak doskonały, wyważony, poetycki i mądry sposób. 

Ja Konwickiego źle zacząłem - w liceum "Mała Apokalipsa" była męczącą i w sumie nudną lekturą. Na studiach "Czytadło" odpychało wysilonym nieco konceptem. Aż tu nagle "Bohiń"! Nawet nie dwieście stron wspaniałej i wyrafinowanej prozy.



Pisarz kolejny raz wraca na Kresy, mityczny, utracony na zawsze matecznik polskiej kultury, eldorado, czarnoziem, na którym wyrosło kilka tuzinów wybitnych twórców, myślicieli, artystów. Tym razem powrót ten nie jest skażony ani tanim sentymentalizmem, ani brutalną demitologizacją. "Bohiń" unosi się gdzieś poza dobrem i złem, nie pozwala przy swojej pomocy czegokolwiek osądzać. Jest jak sen, który rzecz jasna można interpretować, ale można też po prostu zanurzyć się w jego osobliwe odmęty.

Bohaterką książki jest babka pisarza, Helena Konwicka, której (prawdopodobne? przypuszczalne?) losy sam Konwicki odtwarza. Trzydziestoletnia kobieta zamieszkuje niewielki majątek ziemski, dzieli dworek ze swoim ojcem (ten poprzysiągł milczeć tak długo, aż Polska nie odzyska niepodległości), rozpamiętuje mijającą młodość brutalnie złamaną przez powstanie styczniowe, które odebrało jej pierwszą młodzieńczą miłość...

Nie muszę chyba dodawać, że pisarz kreśli wiarygodny portret psychologiczny osoby, która nie potrafi wydostać się z kolein życia, nie stawia oporu, godzi się na wszystko, co los przygotowuje samotnej dysponującej skromnym polem manewru kobiecie. Nawet dziwaczny romans u progu małżeństwa "dzieje się" jakby wbrew jej woli, na przekór przekonaniom, w poprzek charakteru.

Mnie jednak (jeśli mnie znacie) nie interesuje za bardzo wątek romansowy. Nie lubię i już, chociaż doceniam kunszt, gdy motyw ten bierze na warsztat nie byle jaki maestro. Mnie inne przestrzenie u Konwickiego interesowały.

Powstanie styczniowe i jego upadek na długi czas wybiły z głów gorących patriotów mrzonki o wyrwaniu Polski z rąk zaborców. Dodajmy, że część głów tych potoczyła się lub została przełożona przez pętle szubienic. Stupor, w jakim znalazła się Polska, miał trwać długie lata.

No ale my tutaj o wielkiej historii, a tak naprawdę "Bohiń" jest opowieścią o peryferiach dziejów, o prowincji zaludnionej przez ludzi, którzy zginą, znikną lub zostaną starci przez żarna wydarzeń. Nuda, wszechobecny banał życia, stagnacja, powolna erozja struktur społecznych - wszystko to powoli podtapia bohaterów. Konwicki pięknie demitologizuje Kresy, nie bije tam żadne serce polskości, nikt nie ma siły ani ochoty pielęgnować powstańczego etosu, sztandary zwinięto i schowano na dno szafy. Co tam etos! Samą polskość powieść miażdży potężnymi ciosami wymierzonymi w czerepy rubaszne, magnatów i szlachciury, którzy bardziej dbają o zwierzynę pochowaną w swoich lasach niż o zabezpieczenie interesów Polski.

Powiedzieć, że Konwicki postawił krzyżyk na przedrozbiorowej Polsce, to nic nie powiedzieć.

Zapomniany przez Boga skrawek ziemi, rzeczka, puszcza, piaszczyste drogi, to nijaka i bezbarwna przestrzeń, która ma pecha, najzwyczajniejszego pecha, że przyszło jej istnieć na drodze pomiędzy Zachodem i Wschodem. Nie są Kresy ani przez Stwórcę wybrane, ani znaczące w jakikolwiek inny sposób. Tu nie ma najmniejszego sensu, który kryłby się pod poszewką tragicznej historii Polski. Albo inaczej - sens jest, ale nie taki, jaki chcieliby Polacy widzieć.

Maria Janion pisząc o naszym narodzie, wspomniała, że jesteśmy wyjątkowi między innymi z tego powodu, że buntujemy się przeciwko światu, w którym silniejsi mają rację (także moralną), a pokonani jej nie mają. To Mickiewicz silnie zakorzenił w nas poczucie "ładu", który sankcjonuje instytucję "moralnego zwycięstwa", w ramach którego wszystkie nasze klęski są tak naprawdę stopniami, po których wspinamy się ku finalnej wiktorii. Czymkolwiek by ona miała nie być...

Tak więc "Bohiń" to opowieść o przegranym narodzie, który nie ma moralnego prawa, by istnieć. Nie ma prawa, bo przegrał. Na własne życzenie. Jedyną drogą, aby zachować tkankę narodu, jest dać się wchłonąć i przetrwać "we wnętrznościach lewiatana", nie pod jego nosem, gdzie bylibyśmy doskonale widoczni i gotowi do schrupania, zmiażdżenia.

"Bohiń" jako pomniejszy traktat geopolityczno-metafizyczny? Chyba tak...

Bohiń i okolice to teren, gdzie spotykają się figury, które zaważyła na losie Polski. A to demoniczna istota z wąsikiem straszy i pali żywcem napotkanych w lesie ludzi, szczególnie Żydów. A to carski policjant o dziwnie znajomym gruzińskim nazwisku przeszukuje domostwa w nadziei odkrycia szpiegów lub tajnych emisariuszy. Młodziutki Piłsudski szuka rodziców, którym się zgubił. Syn Puszkina, ksiądz dobrodziej, woźnica w wieku biblijnego Matuzalema... Cała ta menażeria kotłuje się w zapomnianej przez historię prowincji i zapowiada przyszłe kataklizmy, których Kresy będą w XX ofiarą.

Tymczasem wszystko jeszcze dryfuje pozornie bez celu., Jak kobieta, która nie może znaleźć sobie miejsca, nie wie, czego chce i od kogo. Historia jeszcze nie odsłania kłów, chociaż wciąż goją się rany po jej wcześniejszych ugryzieniach.

Wspaniała to książka. Najlepsza, jaką od dawna przeczytałem. Polecam z najczystszym sumieniem.

czwartek, 28 lutego 2019

Żołnierz wyklęty przez historię w dupę kopnięty, czyli "Rojsty" Konwickiego


Gdyby dzisiaj ukazały się "Rojsty" Tadeusza Konwickiego i gdyby podjęto nad nimi jakąkolwiek dyskusję, czytelnicy upasieni aktualną wersją historii najprawdopodobniej wykopaliby autora z grobu i jego truchło rzuciliby wróblom na pożarcie. To książka niewygodna, rozrywająca mity, płosząca urojenia, zrywająca barwne miraże dotyczące naszej historii.

A było to tak - młody Tadeusz Konwicki był w latach 1944–1945 żołnierzem podziemia niepodległościowego, jako członek VIII Oszmiańskiej Brygady Armii Krajowej brał udział w akcji „Burza”, później walczył w partyzantce antyradzieckiej w lasach podwileńskich. Wszyscy wiemy, jak to się dzisiaj je i przy użyciu jakich sztućców. Żołnierze wyklęci, leśne wilki, śmierć wrogom ojczyzny i te sprawy...

"Rojsty", właściwy debiut Konwickiego, to opowieść o Stanisławie Żubrowiczu, nawet nie dwudziestoletnim chłopaku, który pod wpływem impulsu (natury erotycznej nawet chyba, bo chodziło o zaimponowanie dziewczynie, która maślane oczy robiła do „prawdziwego” partyzanta) dołącza do leśnego oddziału i rozpoczyna absurdalną odyseję po litewskich puszczach i bagniskach.

Oberwało się Konwickiemu. A że porywa się na świętości, a że kłamie i zmyśla, a że demonizuje (kogo trzeba) i/lub bagatelizuje (też kogo trzeba), a że „komuniści mu zapłacili” lub chciał się wkupić w ich łaski. Cóż, można tak na to patrzeć. Gdy ktoś będzie chciał czytać „Rojsty” w kategoriach literatury faktu, wtedy sięgnie do innych źródeł dostarczających nam danych o tamtych czasach i wydarzeniach. Polemikę z Konwickim uskuteczniał między innymi Ryszard Kiersnowski, który był dowódcą Konwickiego i zupełnie inaczej zapamiętał to, co jego podkomendny w powieści przedstawił.

Ja jednak nie chcę dyskutować o prawdzie historycznej. Mnie ona nie interesuje. Ja się obracam w nieco innej przestrzeni i tam się dobrze czuję. I czuję się wręcz wyśmienicie, gdy mogę na „Rojsty” popatrzeć jak na fikcję literacką, która rządzi się swoimi prawami i wolno jej więcej.



Dla mnie książka Konwickiego to odpowiedź dana ponad kontynentami samemu Gombrowiczowi, który w „Trans-Atlantyku” pozwala wybrzmieć takim słowom: Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki: Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upirasz?

No właśnie… Bohaterowie Konwickiego to dzieci we mgle, w zaspach, na bagnach, w krzakach, w puszczy. Wciąż chodzą i z chodzenia tego budują całą mitologię oporu. Odmieniane na wszystkie możliwe sposoby słowo „chodzić” staje się nagle tym samym, czym w „Ferdydurke” gęba, pupa czy kupa. Staje się symbolem,  synonimem dreptania (i potykania się) wokół sprawy narodowej. I gdyby Konwicki kilka razy docisnął pedał groteski, a momentami był bardzo blisko, mielibyśmy powieść chyba nawet lepszą. Książkę, która obnaża złudzenia, bezlitośnie kpi z międzywojennej edukacji, w myśl której „im więcej, krwi tym lepiej”.

Bohaterowie? Przypominają upiorną parodię drużyny z „Władcy pierścienia” . Źle uzbrojeni (głównemu bohaterowi kilka razy broń wypala sama z siebie), fatalnie odżywieni, brudni, głodni, podtrzymywani na duchu skrzekliwymi dźwiękami taszczonego patefonu – obraz nędzy i rozpaczy ratujący poczucie sensu planowaniem „akcji” wymierzonych w nieistotne cele.

Żyją nadzieją – Anglicy wylądują (kiedyś? jakoś?) na Wileńszczyźnie, no przecież nie oddadzą takiej ziemi Ruskim. Pukają w okna białoruskim chłopom, których zarośnięte gęby nie wyrażają raczej ulgi, ale strach – grupa ludzi pod bronią ZAWSZE zwiastuje nieszczęście. Płoszą ich strzały erkaemów – prawdziwe? przyśnione w wielogodzinnym marszu? Uciekają przed prawdziwymi? przewidzianymi? patrolami bolszewików. Kradną konie, demolują posterunki milicji, odwiedzają w kółko te same zaprzyjaźnione dworki i domy. Zataczają kręgi, tańczą ten swój chocholi taniec, z którego wyrwać się nie można. W decydujących momentach pistolety nie wypalają, a jedyna udana spektakularna akcja kończy się groteskową kompromitacją, gdyż oddział napada na…jednego z komendantów AK, biorąc go za bolszewickiego szpicla.

O umęczenie, udręczenie…

Zadziwiające są momenty, gdy główny bohater przekracza granicę między „lasem” a „miastem”, gdzie w domu rodzinnym czeka na niego obezwładniająco naiwna matka. Konspiracja, walka, partyzantka jawią się wtedy jako coś nierealnego, odległego jak sen, który zapomina się w ciągu kwadransa. Cała ta zabawa w kotka i myszkę z bolszewikami, gonitwa po krzakach, ucieczki przed wyimaginowanymi obławami, z perspektywy „bezpiecznego” miasta pogrążonego w ludzkiej krzątaninie, wydają się idiotyczne, ale pociągające jak gra w podchody, jak cosplaye…

Książka kończy się niczym. Ci, którzy przeżyli, wychodzą z lasu i z podrobionymi dokumentami planują wyjazd na Ziemie Odzyskane. A ci, których miano za zamordowanych w słusznej sprawie, są cali i zdrowi. Handlują dolarami w Białymstoku…

środa, 6 lutego 2019

Przełamane życie wieszcza, czyli "Opowieść o Mickiewiczu" Pruszyńskiego

To była zdumiewająca lektura. I nie dla wszystkich, niestety, taką będzie. Mógłbym powtórzyć za Gałkiewiczem z "Ferdydurke": "Nikt nie czyta Mickiewicza. Nikt, tylko my w wieku szkolnym i to dlatego, że nas zmuszają". A gdzie tu jeszcze ktoś z własnej nieprzymuszonej woli czytałby O Wieszczu? Komu by się chciało dłubać w biografii najpierw pozłacanego, a potem odbrązawianego geniusza? 

Nie chwyciłbym za "Opowieść o Mickiewiczu" Ksawerego Pruszyńskiego, gdyby nie zachęta znajomego, który się z procesu Filomatów doktoryzował. "To napisana z największą pasją biografia. Trochę pozmyślane i ubarwione, ale to dobry początek". Mój znajomy miał rację - znakomicie się to czyta, widać, że pisał o Mickiewiczu literat nie lada piórem obdarzony, a nie suchotnik-biograf, który sam umarłby z nudów nad swoim dziełem.



Książka Pruszyńskiego znakomicie organizuje szkolną, dość pobieżną przecież, wiedzę o  życiu poety. Niby każdy może sobie sprawdzić, gdzie i kiedy, co i jak u Mickiewicza w życiorysie piszczało, ale Pruszyński przyprawia tę opowieść kapitalnymi, plastycznymi, barwnymi jak malarstwo rodzajowe, rekonstrukcjami środowisk, w jakich hartowała się dusza, charakter i wyobraźnia poety. Rodzinna Litwa, w której wciąż potężny był żywioł sarmacki, buzujące intelektualnie Wilno, depresyjne Kowno (tu poeta umierał jako nauczyciel "tępych żmudzkich łbów" i z nudów chyba również romansował z doktorową Kowalską), monstrualna wizytówka potęgi cara, Petersburg, zepsuta portowa Odessa (kolejna seria romansów), Drezno, Rzym, Paryż... I tak aż do śmierci. Najeździł się chłopak, najeździł. A na dodatek wszystko go inspiruje, napędza, pobudza, drażni, mobilizuje. 

Do pewnego czasu. Paryż (a tak naprawdę chyba środowisko Polaków, niestety, skłóconych po klęsce powstania listopadowego) był ostatnim ważnym przystankiem Mickiewicza-poety. "Pan Tadeusz" był ostatnim zamaszystym gestem autora, który "Balladami..." romantyzm otworzył, a Soplicowem przycisnął trumienną deskę epoki. Ostatnich 20 lat życia nie pisał niemal nic. Jeżeli cokolwiek spłynęło na papier, nie uchowało się - być może sam Mickiewicz spalił kolejne próbki literackie pod wpływem szkodnika Towiańskiego? Prawdopodobne.

Zawsze bolały mnie te dwie ostatnie dekady życia poety-niepoety. Wypstrykał się? Skończył? Przestał wierzyć w siłę literatury, a zainwestował w czyn? W pracę? Organizację polskiego legionu, którym chciał... No właśnie. Smutne to, zważywszy na to, że jako człowiek twardo stąpający po ziemi, Mickiewicz chyba żadnego istotnego sukcesu nie dożył, a jako "fantasta", "oryginał", "Azjata" (jak go nazywano po publikacji "Sonetów krymskich"), na trwale zapisał się w świadomości własnego  narodu, ba! zbudował jego tożsamość, przekonał o wyjątkowości, uświęcił klęski i nauczył je widzieć w innej niż tylko ziemskiej perspektywie.

"Opowieść o Mickiewiczu" odtwarza również nudny koszmar małżeństwa poety, odsłania powody, dla których tak a nie inaczej poprowadzono w epopei narodowej wątek nieszczęśliwych zalotów Jacka Soplicy, a przede wszystkim dokumentuje rozpad przyjacielskich więzi, jakie miały na wieki wieków amen spajać przyjaciół dzielących cele w klasztorze ojców bazylianów. 

Ciekawych oczywiście odsyłam do lektury "Opowieści o Mickiewiczu" - wzorcowa to "biografia". Cudzysłów chyba jest jednak w tym przypadku konieczny.

Polecam. Mocno. I już.

sobota, 2 lutego 2019

Zabawa przyjemna i pożyteczna, czyli "Fenix. Antologia 1(5)/2019"

"Fenix. Antologia" zdaje się okrzepł już w naszej przestrzeni wydawniczej. Tytuł wskrzeszony, postawiony na nogi przez siły wymieniane w stopce redakcyjnej, idzie krokiem równym i ostrym. Poziom został wyznaczony, granice, jakie wybierają piszący w nim autorzy, wciąż poszerzane. Innymi słowy, ważne i godne polecenia to zjawisko.

Trzymam w rękach kolejną odsłonę "Fenixa. Antologii".  Lekturę skończyłem kilka godzin temu, a w głowie wciąż obracam obrazy, jakie podrzuciły mi cztery z ośmiu zebranych opowiadań. Połowa? Zapamiętałeś tylko połowę? Tylko tyle zrobiło na Tobie wrażenie? Nie, nie o to chodzi - wszystkie zgromadzone teksty prozatorskie trzymają fason, mają prawo się podobać, a nawet zapłodnić wyobraźnię i zainspirować. Pchnąć w nieznane, czasem w mrok. Kwestią gustu i apetytu są moje wskazania takich, a nie innych tekstów.



Całość otwiera Agnieszka Hałas, której "Schronisko" buduje ciekawą architekturę zaświatów i pozwala wybrzmieć w finale apokaliptycznym nutom, dźwiękom słyszanym z daleka, ale silnym i czystym. Z kolei Ewa Białołęcka w "Papierowych wyspach" nie tylko z postmodernistyczną zręcznością kpi z superbohaterskiej inwazji, jaką obserwujemy w przestrzeniach popkultury, ale jej opowiadanie można również odczytywać jako subtelną antropologiczną wypowiedź. "Mrówki w Złotych Tarasach" Aleksandry Janusz to mocna, sugestywna wizja przyszłości zrujnowanej Warszawy, w której tytułowa świątynia konsumpcjonizmu, nie utraciwszy swojego magnetyzmu, wciąż przyciąga bardzo hmmm...postapokaliptyczną klientelę. Na deser zostawiam przetłumaczony przez Agnieszkę Hałas tekst Megan Lindholm  - "Srebrna Dama i facet po czterdziestce" to pyszny kawałek fantastyki, który łączy w sobie humor i magię spod znaku Terry'ego Pratchetta (ewentualnie Toma Holta), a z drugiej strony jest wiarygodną i gorzką rozprawą z nieudanym życiem i rozwiewającymi się marzeniami o lepszym jutrze. 

"Fenix. Antologia" penetruje również bezdroża, zaułki i manowce (pop)kultury. Rozpiętość tekstów zebranych pod szyldem "Publicystyka" jest imponująca - starożytne rzymskie pomniejsze bóstwa, kobiety z legend arturiańskich, spekulacje na temat ewentualnej czarnobylskiej powtórki z rozrywki... Jest co badać i czym się inspirować.

Zabawa przyjemna i pożyteczna. Bez dwóch zdań.

niedziela, 20 stycznia 2019

Nawet na bezrybiu, czyli "Imperium" Simaka

Trzeba się z tym liczyć za każdym razem, gdy zaczyna się przygodę z klasykami (czyli starymi dziadami najczęściej) gatunku. Trzeba podejrzewać, że w końcu trafi się na książkę archaiczną, spierniczałą, zbudowaną w garażu młodej przecież w latach 50 science fiction. Tak sprawy się właśnie mają z "Imperium" Simaka, jednego z istotniejszych twórców klasycznej fantastyki. I gdyby nie pewnego rodzaju niepisana umowa zawarta z samym sobą - zrecenzować niemal wszystko, co przeczytałem - ani razu nie uderzyłbym w klawisze, myśląc o tej właśnie książce.



A więc z czysto kronikarskiego obowiązku informuję:

- akcja książki dzieje się w przyszłości,

- Zły to podły monopolista na rynku energetycznym,

- Dobrzy to dwaj szlachetni naukowcy, którzy chcą ludzkości rozsianej w Układzie Słonecznym dać energię darmową, bo coś tam odkryli i to działa,

- odkryli również możliwość przesyłania informacji z prędkością większą od prędkości światła,

- odkryli też, że mogą podglądać i podsłuchiwać każdego w całej galaktyce,

- co bardzo wkurza Złego monopolistę, bo on knuł przeciw tym Dobrym,

- a ci Dobrzy namieszali również na giełdach papierów wartościowych, więc zdobyli masę dolarów, a Zły masę dolarów stracił,

- a więc nasyła na nich gangsterów, ale nie mają oni szansy w starciu z ludźmi, którzy odkryli, jak teleportować dowolnego człowieka z planety na planetę,

- w międzyczasie wybucha rewolta przeciwko Złemu, ale Zły przechodzi do kontrofensywy, bo znalazł sobie własnego zdolnego naukowca...

I tak to się toczy, z nerwem, biglem, ale wszystko to jakieś takie naiwne, płaskie, wyglądające na autoparodię gatunku, chociaż na początku lat 50 nikt jeszcze takich gierek nie uprawiał chyba.

Czy dodam coś więcej? Chyba nie. "Imperium" to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto już tysiąc innych lepszych pozycji obowiązkowych przeczytał. 

Czołem!

piątek, 18 stycznia 2019

Gdyby Leśmian pisał fantastykę, czyli 'Domostwo błogosławionych" Valente

Gdy przewróciłem ostatnią kartkę powieści Catherynne M. Valente i kolejny raz rzuciłem okiem na jedną z najładniejszych okładek, jakie w życiu widziałem, przyszła mi do głowy jedna myśl – gdyby Bolesław Leśmian pisał dzieła fantastyczne (jego baśniowych Przygód Sindbada Żeglarza nie liczę), to Domostwo błogosławionych można by śmiało podpisać jego nazwiskiem. Książka ta jest wymagającym, wyrafinowanym i egzotycznym partnerem do rozmowy i może zapewnić czytelnikowi kilkanaście godzin niezwykłych intelektualnych, momentami niemal sensualnych doznań, a z drugiej strony przytłacza ciężarem barokowej ornamentyki. Nie umiem jednoznacznie ocenić tej pozycji, ale wiem jedno – nie jest dla każdego.



Powieść jest przykładem tego, że literatura i w ogóle kultura karmi się samą sobą – Domostwo błogosławionych nie istniałoby bez ogromu średniowiecznej wyobraźni, bogato iluminowanych, wypełnionych opisami niezwykłych i groteskowych istot, bestiariuszy, legend i fantastycznej geografii mierzącej się z terra incognita. W ciemności średnich wieków pisarka znajduje nasiona, które kiełkują, rosną i inspirują do założenia fantastycznego ogrodu oszałamiającego swoim bogactwem, kolorami i zapachami.

Niełatwo opowiedzieć, o czym jest. Na ten sam problem natrafimy, gdy będziemy chcieli komuś streścić wiersz przywołanego na początku poety – obedrzemy go z całej tajemnicy, rozproszymy niezwykłą aurę, sprowadzimy do parteru czytelnego obrazowania i dosłowności, a jednocześnie pozostaniemy koszmarnie daleko od jakiejkolwiek prawdy o tekście. Przyszłym czytelnikom należy się jednak parę słów zarysowujących najistotniejsze dla fabuły elementy.

Domostwie błogosławionych znajdziemy kilka krzyżujących się ze sobą warstw fabularnych, które wzajemnie się, uzupełniają i dobudowują kolejne piętra opowieści. Starzejący się misjonarz, brat Hiob z Lucerny, u progu XVIII stulecia, wieku rozumu, wybiera się w podróż na Wschód, w kierunku baśniowego Orientu, od zawsze w kulturze europejskiej kojarzonego z egzotyką i niesamowitością. Tam właśnie bohater znajduje drzewo rodzące książki zamiast owoców. Z utworów tych, żarłocznie pochłanianych przez brata Hioba, wyłania się obraz sprzed niemal pięciuset lat – królestwo legendarnego Jana Prezbitera, zagubionego na Wschodzie księdza, którego pochłonęły „cuda i dziwy” Orientu. Dodatkowo Valente opisuje intymne wyznania żony Prezbitera, Hagii (bezgłowego stworzenia mającego twarz na klatce piersiowej), oraz poetyckie baśnie opowiadane królewskim dzieciom przez piastunkę. Całość tworzy migotliwą i hipnotyzującą całość, której nie sposób zrelacjonować, by nie zniszczyć jej unikalnego kształtu.

Mocnymi stronami tej książki są język i obraz. Pisarka w zdumiewający sposób, godny mistrzów stylizacji, kształtuje swoją prozę. Jesteśmy dokładnie po drugiej stronie realizmu, który wymagał przezroczystości języka – czytający miał koncentrować się na fabule, związkach pomiędzy postaciami etc. Natomiast Valente meandruje, ubarwia, rozrzuca epitety i poetyckie synestezje; każde zdanie jest komunikatywne, a jednocześnie zatrzymuje na sobie uwagę zmuszając do wyobrażania sobie barw, dźwięków, zapachów; sugeruje archaiczność – z jej patosem, figurami stylistycznymi, zabiegami retorycznymi.

Autorka ma również ogromny dar tworzenia unikalnych, mających surrealistyczny wydźwięk, obrazów. Odrobina trudu, jaki trzeba podjąć, by nadążyć za wyobraźnią Valente, zostanie nagrodzona w dwójnasób. Oszałamiające wizje miejsc, fantastycznych istot i egzotycznych mechanizmów życia wysypują się z niemal każdego akapitu. Lektura książki musi być powolna, by nie przeoczyć niczego w jej przedziwnym wnętrzu.

Gdyby mnie zapytać o przynależność gatunkową tej powieści, odpowiedziałbym, że najbliżej jej do fantasy. Naturalnym żerowiskiem jego twórców jest średniowiecze, ale w odróżnieniu od Valente zazwyczaj chwytają oni to, co widzialne gołym okiem, i umocowane w zbiorowej wyobraźni odbiorców kultury. Porozumienia z czytelnikiem szukają na najbardziej fundamentalnym z poziomów. Natomiast w Domostwie błogosławionych niepodzielnie rządzi to, co wyobrażone i przetrawione w procesie interpretacji wieków średnich. Chociaż w książce słychać wyraźne echa i legend arturiańskich, i opowieści Chaucera, to jednak nigdzie nie spotkamy dosłownych odniesień. Tekstem rządzi zasada sugestii i aluzji, które od pierwszej strony mają za zadanie wciągnąć czytelnika i spętać go szlachetną iluzją.

Posługując się pewnymi naturalnymi dla formy recenzji uogólnieniami i uproszczeniami, należy napisać, że powieść Valente jest patetycznym hołdem złożonym ludzkiej wyobraźni, potrzebie wiary i duchowości. Nie jest to jednak książka, która podbije serca masowego czytelnika. Ten chyba będzie gubił się w labiryntach narracji, a jego wzrok będzie przeskakiwał z akapitu na akapit, by znaleźć fabularny punkt zaczepienia. Cierpliwy i szukający szlachetniejszych podniet odbiorca w pełni Domostwo błogosławionych doceni.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Pomiędzy doktorem Rieux a wojakiem Szwejkiem

Tak autotematycznie będzie. Ostatnio nie można inaczej. Nie da się milczeć w sytuacji, gdy polska oświata, której jestem pracownikiem, przypomina miasto, które w czasie działań wojennych przechodziło z rąk do rąk. Żadna ze stron nie wierzyła, że może na dłużej utrzymać swój stan posiadania, więc gwałtownie, bez większego namysłu, planowała zagospodarowanie zdobytej przestrzeni. Nikt oczywiście nie przejmował się mieszkańcami tego miasta. Mieli oni przed tym, raz przed innym portretem czapki zdejmować i, broń Boże, nie przyzwyczajać się do aktualnej sytuacji. Zmieni się władza, zmienią się reguły.

I w takiej właśnie rzeczywistości przyszło żyć nauczycielom. To nawet nie jest oblężone miasto. Szkoła się nie broni, szkoła przechodzi z rąk do rąk i widzą to tylko ci, którzy zakotwiczyli w niej na dłużej niż na jeden cykl nauczania. Uczeń tego nie dostrzeże. Rodzic być może. Nauczyciel widzi to aż zbyt wyraźnie.

Nie będę jednak pisał o systemie. Takich ambicji nie mam i cierpliwości, by punktować wszystkie jego wady. Napiszę o nauczycielstwie. Moim, podkreślam.

Kiedyś mnie olśniło. Wymyśliłem sobie, że jestem jak doktor Rieux i wojak Szwejk. W tym samym czasie lub na zmianę. Oczywiście nie da się zrozumieć tej subtelnej metafory bez znajomości fundamentów literatury XX wieku. Bez Camusa z jednej strony i Haszka z drugiej. Mam jednak nadzieję, że czytający te słowa nie mają problemu z tymi nazwiskami i postawami.

Uczyć chciałem od zawsze, czyli od drugiej klasy liceum, gdy zmieniwszy szkołę, trafiłem do klasy prowadzonej przez kogoś, kogo mogłem nazwać Profesorem. Był to człowiek magnetyzujący, pociągający, mądry i odważny. Miał swoje poglądy i słabości.

Jedna z najważniejszych jego nauk (usłyszałem, gdy przyszedłem na praktyki po czwartym roku) brzmiała:

- Pamiętaj, najczęściej lekcje prowadzi się dla dwóch, może trzech uczniów.

I pomimo tego (a może właśnie dlatego) pracuje się. Stara. Walczy i szarpie. Wymyśla. Tworzy. Analizuje. Wyciąga błędy i zaczyna na nowo to samo. Tak to właśnie wygląda. Mnie, proszę państwa (a możecie mi nie wierzyć, nie ma obowiązku), napędza poczucie obowiązku. Obowiązku przede wszystkim wobec samego siebie, swojej pasji, nazwijmy to inaczej powołaniem.

To jest ten sam imperatyw, który nakazuje lekarzowi leczyć, księdzu iść z posługą, policjantowi (po służbie nawet) pilnować porządku. Ten sam silnik mamy zainstalowany, chociaż naszymi konstruktorami są różne siły i porządki. Nie umiem tego z siebie wyrwać. Wykorzenić. Zepsuć nawet. Silniejsze jest to ode mnie.

Trzeba mnie sobie wyobrazić szczęśliwym, gdy wtaczam na górę kamień, zostawiam go tam, oglądam się za siebie, a u podnóża góry tłoczą się kolejne i kolejne. Schodzę po nie i wtaczam na nowe. Większe lub mniejsze. Cięższe lub lżejsze.

I wiem, że w ostatecznym rozrachunku nie osiągam wiele. Parę osób przeczyta coś więcej? Ktoś się zamyśli? W kimś zasną jakieś moje słowa, by po latach się obudzić i wwiercić się w świadomość? Co ja wiem o tych, których uczę? Coś tam wiem, przeczuwam. Ale co ja wiem o tym, co z robią "ze mną"? Ze światem, który im pokazałem? Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem. Tak to już jest wymyślone.

Sieję, ale nie zbieram, bo egzaminy maturalne i być może podjęte studia żniwami żadnymi nie są.

W dniach ostrej walki o ogień, gdy nauczyciele protestują na różne sposoby, by przypomnieć o swoim istnieniu, nie umiem myśleć, że protestuję tylko i wyłącznie w imieniu talarów, jakie miałyby do mojej kabzy wpaść. Nie. Gdybym miał przeświadczenie, że wszystko w szkole jest w porządku, a tylko i wyłącznie pieniędzy mi brakuje, nie solidaryzowałbym się z protestami.

W szkole jest jednak bardzo nie w porządku, chociaż nie pora i miejsce, by o tym pisać. Chaos, zawężenie pola wolności nauczycielskiej, brak możliwości spokojnej i skupionej pracy, niedobory finansowe, wieczne dokumentowanie własnych osiągnięć, fikcja pracy z uczniem zdolnym, zrzucanie coraz większej ilości obowiązków na "zwykłego" przedmiotowca, który ma być specjalistą od terapii uczniów z różnymi dysfunkcjami... Mogę dłużej.

Gdyby tego wszystkiego nie było, zniósłbym swój skromny status. Zniósłbym. Proszę mi nie wierzyć, jeśli łaska.

Może to naiwne, głupie, nieżyciowe. Może gotuję swoim dzieciom los "dzieci nauczyciela", ale nie umiem li tylko o pieniądzach myśleć. Może to idiotyczne, ale nic nie zastąpi mi takich chwil jak ta, gdy (co roku) zaczynam omawiać "Lalkę" i czytam na głos cały pierwszy rozdział powieści. Zażywni panowie zamawiają kolejne piwa i spekulują o nieobecnym, niewidzialny, szalonym Wokulskim. Zawsze słyszę wtedy w głowie gwar jadłodajni, brzęk stawianych butelek i skrzypienie krzeseł, na których rozpierają się przedstawiciele średniej klasy średniej...



I siedzę jak ten dr Rieux, patrzę na szkołę, jak na miasto, które co chwilę jakaś nowa zaraza dusi, i wiem, że odejść nie mogę. Nie dam rady.

Z drugiej strony jednak budzi się we mnie Szwejk, frontowy nihilista, któremu stawiano by  raczej postumenty z napisem "Stąd uciekł", zamiast "Tutaj poległ". Szwejk, który widząc patologię edukacji, jej absurdy, pułapki, brzydotę, górnolotne założenia skonfrontowane ze skrzeczącą rzeczywistością, może się tylko śmiać.

Autorytet takiej Placówki, jaką jest polska szkoła, można jedynie ośmieszyć. Można ją zwodzić, szydzić z niej, grać podkręcone piłki, by nie oszaleć. Można prowokować takie sytuacje lekcyjne, by pokazać umowność tej relacji "nauczyciel-uczeń". Można samego siebie deprecjonować. Dbać o własną skórę? W szkole? A ileż jest ona warta?



(Przypomina mi się mój dawno niewidziany kolega. Jeden uczeń notorycznie przychodził do niego i mówił: "Proszę pana, a dlaczego to jest źle? Dlaczego tak nie może być to sformułowane? Miałbym wtedy piątkę, a nie cztery z plusem." Na to mój kolega wziął pióro, zamaszyście napisał mu ogromną czerwoną piątkę na kartkówce i zapytał: "Masz cyferkę 5 na kawałku papieru. Jesteś teraz szczęśliwym człowiekiem?" Tak trzeba żyć.)

Bo tylko na śmiech zasługuje system, w którym nic nie działa tak, jak trzeba. To wszystko jest nieważne, myślę sobie, to nie ma najmniejszego znaczenia. Ja czytać umiem, moje dzieci też, a więc cała reszta to dodatek, rysunek na marginesie aktywności życiowej, błazeństwo na scenie.

Taki Szwejk.

I takie dwie nogi moje, jak z wiersza Herberta. No ale trzeba chyba szkoły, by nauczyła i tego Herberta czytać, i nawet z Panem Cogito się zapoznać.

Wybaczcie te rozważania. Być może zupełnie zbędne. Niepotrzebne nikomu poza mną. A i być może ja, gdy się jutro obudzę, uznam je za głupie, naiwne i nieprzemyślane. Być może usunę je, a może nie.

Com napisał, napisałem.

piątek, 4 stycznia 2019

Dziś nie ma czasów, czyli "Pawilony" Bielickiego

Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Ten internetowy szlagwort jak bumerang powraca przy okazji nostalgicznych eskapad podejmowanych najczęściej w kierunku arkadyjskich lat 90. Kraju lat dziecinnych, o którym legendy powtarzają kolejne roczniki opanowujące Sieć. 

Dziś nie ma czasów, mówi mi tomik Dominika Bielickiego pt. „Pawilony” nagrodzony w Gdyni Ważną Nagrodą. Tomik bardzo dobry, komunikatywny na fundamentalnym poziomie, na który mogą wdrapać się niedzielni odbiorcy poezji (taki ja na przykład). Dający po oczach ostro (cyfrowo?) zarysowanymi postaciami, scenami, dialogami, w których z łatwością rozpoznamy opiłki języka, którym się posługujemy i który z nas też robi jakiś tam użytek. 



Najprościej oczywiście spojrzeć na „Pawilony” jak na serię zdjęć – zbliżeń, które pokazują ludzi w miejskim środowisku. Brzmi banalnie, oczywiście że tak. A to dziewczyna kupuje naleśniki, ktoś inny w ciszy wcina hot dogi, szycha w wielkiej firmie nudzi się, bezdomny wtajemnicza młodego bezdomnego w tajniki bezdomności, programiści walczą z kodami programów, pasażerowie autobusu, kierowcy stojący w korku… Góry i doły, wyżyny i bagna cywilizacji. Oczywiście to bardzo proste i chyba zbyt płaskie, by uwierzyć w teoretycznie dominujący w „Pawilonach” imaginistyczny rys. 

Tu jest dużo więcej, bo (moim zdaniem) ważniejszy jest w tej książce ten, który patrzy, od tego, na którego patrzy. Ważniejszy jest ten (szumnie go nazwijmy) flaner, miejski snuj, podglądacz i podsłuchiwacz, który domyśla się nie biografii, ale tego, co być może wpisali w swoje CV obserwowani przez niego bohaterowie. Bohaterowie, którzy w odróżnieniu od podmiotu lirycznego, wpasowali się w przeznaczone im role i płynnie, bez zająknięcia, odgrywają swoje komedyjki w czasie rozmów kwalifikacyjnych, powierzchownych wymian uprzejmości, nawet rozmów z samymi sobą. 

I jeszcze więcej – mamy nie tylko ludzi, ale umiejętnie (przyznajmy, nieco to przewidywalne, ale lubię i rozumiem) wprowadzone na scenę  artefakty pochodzące ze starych dobrych czasów. A to wnętrze nieistniejącej wypożyczalni kaset video, a to tytułowe pawilony postawione w epoce, gdy hartował się nasz bieda-kapitalizm, w końcu dom handlowy, autentyczny mamut, który rozmagnesował się w starciu z galeriami handlowymi i stracił moc wabienia klientów. Bielicki ładnie o tym opowiada. Zależy mu. To widać.

Mnie jednak najsilniej uderzają inne obserwacje. Bielicki jest kronikarzem rozpływającego się, rozlewającego miasta, które traci kontury, charakter i wewnętrzne hierarchie. Miasto opisywane w "Pawilonach" ma jednak oblicze, które w Poznaniu malowniczo ujmuje powiedzonko „Dziś na Jeżycach łatwiej dostać wegańskie pierożki niż wpierdol”. Domyślacie się, że Jeżyce to taka dość szemrana okolica (chyba) była… 

Ginie lub przechodzi metamorfozę pewien twardy rys (obrys?), wykute w trudniejszych czasach charaktery, „opresyjne” wzorce męskości i sprawowania władzy, siła – to wszystko zostaje rozmyte przez płynną, rozleniwiającą, słodką i wymuskaną nowoczesność. W najważniejszym moim zdaniem tekście książki pt. „Rzeźnia w wolskiej Gamie” padają słowa:

(…)Nastali radni z zarządów deweloperów,
Którzy nie potrafią obchodzić się z bronią
(…)
Którzy zamiast zdrowo pierdolić książki,
Kochają Sapkowskiego, znają się na winie.

Nie, proszę Państwa, dziś nie ma czasów, bo żeby były, wszystko musi płynąć dwa razy wolniej. 

A, cholera, nie chce. 

czwartek, 3 stycznia 2019

Póki tłoki pracują, czyli "Blackwater. Magia i stal" Pierumowa


Ja już najprawdopodobniej dawno temu wyrosłem z tego typu literatury. Z roku na rok coraz starszy jestem i rzadko co i rzadko kiedy jest mnie w stanie porwać, zachwycić, ruszyć, wzruszyć. Dla takich starych dziadów to ewentualnie żywoty świętych pańskich, „Kazania sejmowe” Piotra Skargi lub „Rodzina Połanieckich” Sienkiewicza (którą akurat czytam powolutku). Nie znaczy to jednak, że kompletnie oślepłem i straciłem węch. Doceniam, a nawet z czystym sumieniem czasem polecę coś, co nie jest adresowane akurat do mnie. Tak się sprawy mają w przypadku książki Nika Pierumowa „Blackwater. Magia i stal”.

Rosyjski autor zasłynął w świecie fantastyki jako rewizjonista -  tworząc swoistą kontynuację kanonicznej opowieści Tolkiena, odwrócił zło i dobro, wymieszał wartości, zrelatywizował prosty i klarowny świat Śródziemia. Został zauważony, chyba nawet słusznie.

Książka, którą mam przed sobą, również tylko na pozór jest oczywistą historią dziejącą się w rzeczywistości wypełnionej łatwo rozpoznawalnymi, utrwalonymi w świadomości odbiorców gatunku, elementami pochodzącymi z takich gatunków jak steampunk czy magiczne bildungsroman a la Harry Potter. Pod powierzchnią tej powieści są piwnice i lochy, w które warto się chyba zapuścić. A są one dla mnie o wiele ciekawsze, niż ładnie oświetlone przestronne pokoje na piętrach.



Fabularnie Pierumow nie zaskakuje za bardzo. Wprowadza nas w klasycznie zaprojektowaną przestrzeń, w której ścierają się ze sobą dwie opozycyjne siły. Początkowo świat przyjdzie nam poznawać za sprawą nastoletniej Molly Blackwater, która żyje w Nord Jorku, w mieście-molochu przypominającym skrzyżowanie Metropolis (Fritza Langa) i wiktoriańskiego Londynu. Bród, węglowy pył, potężne maszyny pracujące w trzewiach fabryk, zastępy robotników powoli spychanych na margines egzystencji za sprawą rewolucji technologicznej będącej owocem tryumfującego racjonalizmu, oficjalnej doktryny państwa.

W tym świecie magia jest zakazana, a ludzie wykazujący zdolności magiczne wtrącani do więzień. Ja wiem, brzmi to dość sztampowo i prowadzi nas prostą drogą w kierunku oczywistego zawiązania fabuły – główna bohaterka odkrywa w sobie zakazane „właściwości”, co rzecz jasna wywołuje u niej paniczny strach, gdyż dziewczyna doskonale wie, co się stanie, gdy dowiedzą się o tym odpowiednio mroczne służby.

I jeszcze jedno – Królestwo, którego obywatelką jest panna Blackwater, toczy zażartą walkę z niejakimi Rooskies, którzy stojąc na nieco niższym szczeblu rozwoju cywilizacyjnego nie pozwalają sobie w kaszę (ze skwarkami) dmuchać i dzielnie bronią swojej niezależności. Stali, silnikom parowym i potędze pociągów pancernych przeciwstawiają siłę ducha, odwagę i (a to ci niespodzianka) magię.

Czujecie? Pierumow ładnie sobie zakpił z wszelkich stereotypów na temat własnych ziomków. Rooskies odsyłają nas do stygmatyzującego określenia „Ruski” (co w mniej wrażliwych na uroki słowiańszczyzny uszach może nie zostać wysłyszane). Rooskies, początkowo portretowani jako barbarzyńcy, dzikusy i niebezpieczni nieokrzesańcy, z czasem zyskują w oczach nie tylko samej bohaterki, ale również czytelników. W odróżnieniu od bezdusznego i niemal totalitarnego Królestwa, dystyngowanego i wyrafinowanego mocarstwa, pielęgnują inne cnoty – odwagę, żywiołowość, dumę wynikającą z poczucia przynależności do wolnych istot, których nie krępuje stechnicyzowana cywilizacja.

Ta powieść to hymn ku czci czegoś, co nazwać można słowiańską (a już na pewno rosyjską) duszą. Przychodziło mi na myśl nawet, by nazwać Pierumowa pomniejszym piewcą idei panslawizmu, ale mam chyba za mało argumentów, by to zrobić.

Tak czy siak całkiem dobrze się czyta „Magię i stal” jako ilustrację pewnych tarć cywilizacyjnych, których świadkami przecież byliśmy i wciąż jeszcze jesteśmy. Umowny świat Zachodu i jego kultura nieustannie przecież próbowała skruszyć pomniejsze ośrodki charakteryzujące się odmienną obyczajowością, tradycjami, wzorami życia społecznego. Do pewnego momentu doskonale się to udawało. Teraz z tego, co widzę, maszyna Zachodu zaciera się, w jej tryby dostaje się coraz więcej piasku i być może za kilka pokoleń fabryka definitywnie zatrzyma produkcję.

W świecie Pierumowa wciąż jednak tłoki sumiennie wywiązują się ze swoich zadań. Czyżby się spóźnił ze swoją diagnozą?

piątek, 28 grudnia 2018

Ów rok 2018

To był w sumie dobry czytelniczy rok. Przeczytałem o wiele więcej dobrych i bardzo dobrych książek, niż w roku 2017, chociaż wchodzę w rok 2019 ze sporym długiem. Najważniejszym dłużnikiem jest chyba Henryk Sienkiewicz i jego "Rodzina Połanieckich" - nie ma wyjścia, muszę to dokończyć, choćby się waliło i paliło. Podobnie rzecz ma się z jednym Asimovem i jednym Dygatem. Będzie dobrze, mówię sobie, będzie dobrze.

A co w tym roku mnie szczególnie chwyciło (oprócz skurczów w łydce; wybaczcie suchar)? Oto moja lista z odnośnikami do konkretnych recenzji. Częstujcie się.

Odkrycie 

Tutaj Upiorna opowieść Strauba. 600 stron i horror. Dla mnie mieszanka teoretycznie nie do udźwignięcia, ale... Dałem się porwać tej piekielnie zimnej rzece. 

Zaskoczenie 

Opowiadania Roberta Sheckleya. Prawdziwe i najszlachetniejsze oblicze złotej ery fantastyki naukowej. Zabawne, przewrotne, uroczo naiwne. Dla smakoszy.

Proza 

Oczywiście Profesor Stoner - realizm w najczystszej postaci. Przesmutna historia życia, życia, życia, a potem śmierci. Upadki, wzloty, upadki, wzloty. Jakbym czytał o kimś bliskim, a raczej staram się traktować bohaterów jako elementy świata przedstawionego.

Rozczarowanie

Dumanowski Szostaka. Lubię tego autora. Dwie jego poznane wcześniej powieści kazały mi udzielić mu sporego kredytu zaufania. Nie udało się. A przy okazji zobrzydził mi Kraków.

Grzeszna przyjemność

Stwór Johna Saula. Fantastyczny "b-klasowy" horror. Czytając, słyszałem w głowie głos Tomasza Knapika. If you know, what I mean...

Poezja

To oczywiście Czuchnowski i jego Szpik egzystencji - ponad dwieście stron poematów o twardym, brutalnym życiu, z którego poezja wyparowała, ana jej miejsce wpłynął naturalizm i egzystencjalizm. Cokolwiek bym napisał, nie opiszę znaczenia tej książki.

To chyba wszystko, chociaż powinienem jeszcze Philipa Rotha wymielić i jego znakomitą gorzką przypowieść. No i jeszcze opowiadania Wellsa Towera. A Camus to gdzie?

Mam nadzieję, że w nowym roku będziemy się widywać równie często, a i interakcji w tej mojej niszy kilka się znajdzie.

Trzymajcie się! 

niedziela, 23 grudnia 2018

Zwykłe ordynarne życie, czyli "Szpik egzystencji" Czuchnowskiego

Chyba niepotrzebnie zawęziłem sobie horyzont poznawczy, gdy myśląc o polskiej poezji emigracyjnej, przywoływałem zaledwie kilka „szkolnych” nazwisk. No bo wielcy uciekinierzy, Lechoń i Wierzyński, którzy nigdy nie odkleili się od Polski, nigdy nie wyparowała z nich Ziemiańska, do końca grać im miały czarne fortepiany. No bo Baliński. Ładny, elegijny, kapliczki na rozstajach dróg i dworki pobielane. Miłosz? No wiadomo… 

Nazwiska innych można wymieniać jeszcze długo, ale wspólny mianownik będzie zawsze podobny – albo odtwarza się zmiażdżony kataklizmem wojny świat, albo stara się zapuścić korzenie w „miejscach wspólnych” kultury europejskiej.

Przez jakiś czas poezja ta była mi całkowicie obca, potem zaś nawet wzruszała obrazami brzydko starzejących się niegdysiejszych literackich bożyszczy, którzy pozamykani w anonimowych hotelowych pokojach, szlochali nad utraconym wszystkim.

Taki „polonistyczny” wręcz obraz okazał się dziurawy, niepełny, wielce niekompletny. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy trafiłem na książkę Mariana Czuchnowskiego „Szpik egzystencji”.

To prawie 240 stron poematu. A może powieści wierszem? Lawiny słów czasem pozbawione interpunkcji i pocięte zgodnie z rytmem kolejnych wplatających się w opowieść głosów? Czytanie tej książki przypomina czesanie zapuszczanych przez 20 lat włosów – tak sobie pomyślałem.



Nie chcę Was zanudzać biografią poety; dość powiedzieć, że od zawsze lewicował, jego przedwojenne wiersze orbitowały wokół planety Czechowicza, chociaż zdążył jeszcze przed rokiem 1939 pokazać się jako wrażliwy i ostry liryczny komentator społeczny. Więzień łagrów, żołnierz armii Andersa, po wojnie londyńczyk z wyboru. Śmierć w roku 1991. Długo żył.

Niełatwo będzie kogoś przekonać do tej książki, która jest moim skromny zdaniem jednym z najważniejszych wydarzeń literackich odnotowanym przeze mnie na skromnym poletku naszej kultury.

Utwór publikowany wcześniej we fragmentach, rozproszony w emigracyjnych pismach, nie dawał się do tej pory poznać w całej swojej rozpiętości. Dopiero powolna, rozłożona na kilka dni (tygodni?) lektura, wgryzanie się w tekst, płynięcie nim, pozwala w pełni docenić rangę przedsięwzięcia Czuchnowskiego.

Czym „Szpik…” jest? Na pozór spontaniczny, „gorący” zapis rzeczywistości. Coś na kształt dziennika? Pamiętnika? Zestaw krzyżujących się ze sobą głosów, intymnych wyznań, portretów malowanych szybkimi pociągnięciami pędzla? Podsłuchane spowiedzi, do jakich przystępuje się w czasie przerwy na papierosa lub nad kolejną butelką ciemnego piwa.

Czy cokolwiek Wam to mówi? Nie wiem.

Książka składa się z długich, ciągnących się na przestrzeni kilkunastu stron poematów, których bohaterami są ludzie, jakim nie udało się dojechać do końca trasy rollercoasterem życia. (Piękna metafora, nie ma co…) Poeta oddaje im głos, pozwala się wygadać, wyżalić, opowiedzieć o drobnych tryumfach i srogich porażkach. Nie ma jednak w tych historiach za grosz morału, nie ma drugiego dna, nie znajdziemy pokrzepienia lub pouczenia. Trafimy na fotograficzną wręcz wierność rzeczywistości, nie-do-udźwignięcia niemal ciężar detali, dzięki którym zyskać można wiedzę na temat losu, jaki zgotowało ludziom dwudzieste stulecie.   

Czuchnowski nie jest kaznodzieją. Żaden z życiorysów nie staje się pompatyczną parabolą, przypowieścią, ilustracją mechanizmów historii. Niczemu nie przypisuje się tu drugiego dna. Życie to życie i służy do życia: 

„zwykłe ordynarne życie/ cóż może być od niego bardziej ordynarnego/ bardziej drogiego czysta naga egzystencja/ trwanie praca jedzenie sen sen praca jedzenie/ rok za rokiem tak samo praca jedzenie/nie sądzę żeby ktoś wymyślił lepszą rzecz niż życie/ co jednak można wymyślić lepszego/ niż praca jedzenie i sen”

Kto tak mówi? Bohater, który wraca z pracy, siada z córką do lekcji i czeka na powrót żony z pracy. Boże, myślę sobie, przecież to o mnie…

Można „Szpik egzystencji” czytać o wiele uważniej i mądrzej – uniwersyteckie dysertacje wyciągną z Czuchnowskiego tyle, ile kuter rybacki z bogatego łowiska. Ja mam tylko niewielką wędkę i łódkę, którą pływam sobie, ciesząc się pogodą i pobłyskami słońca na łamiących się falach.

Z czystym sumieniem – jedna z książek roku, chociaż nie dla wszystkich i niezgrabnie opisana.

środa, 5 grudnia 2018

Puste orzechy, czyli "Dumanowski" Szostaka

Pisarzy, którzy starali się zaglądać pod podszewkę polskości, można liczyć na kopy. W każdy możliwy sposób, przy pomocy dowolnej stylistyki, gatunku, rodzaju literackiego lub kategorii estetycznej rozprawiano się z Polską. Chwalono ją albo ganiono, uświęcano lub odbrązawiano. Kazano się kajać lub dumnie nosić swoje blizny. Ktokolwiek chciał wyrobić sobie jakieś zdanie o Polsce lub podeprzeć własną optykę literaturą, miał do dyspozycji setki książek – autorów pierwszorzędnych i drugorzędnych. Innymi słowy, rodzimi twórcy uwielbiają siłować się z polskością i, co oczywiste, raz z tej konfrontacji wychodzą obronną ręką, innym razem temat wydaje się ich przerastać.

Polska historia zaś aż prosi się o dziesiątki swoich alternatywnych wersji. Ogromna liczba „punktów węzłowych”, za sprawą których pociąg dziejów pojechał tam a nie gdzie indziej, sprawia, że bardzo łatwo spekulować na temat tego „co by było gdyby…”


Wit Szostak tworzy biografię fikcyjnego bohatera i osadza ją w fikcyjnej Polsce. To oczywiste, wynikające z powierzchownego odczytania stwierdzenie musi zostać jednak obudowane kilkoma informacjami, które pozwolą w pełni docenić ambitny zamiar pisarza oraz zrozumieć, dlaczego powieść ta nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

Zacznijmy jednak od początku – pierwsze strony podzielonej na krótkie rozdziały powieści przesycone są głębokim smutkiem. Dowiadujemy się, że zmarł właśnie „ojciec” wszystkich Polaków, przywódca o cechach biblijnego patriarchy, sprawiedliwy, dostojny, mądry wizjoner – Józefat Dumanowski. Przygotowania do ceremonii pogrzebowej, dziwny stupor, w jakim pogrąża się rzeczywistość, ludzie z otoczenia zmarłego, których nagle opuszcza poczucie sensu, żałoba rozlewająca się wraz z wiadomością o śmierci – to wszystko stanowi znakomitą ekspozycję tekstu. Jego dalsza część odtwarza losy tytułowego bohatera będącego ucieleśnieniem snu Polaków o idealnym, skrojonym na miarę marzeń i oczekiwań, przywódcy narodu.

Kim jest Dumanowski? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Jego pochodzenie jest niejasne, zanurzone w mrokach niedopowiedzeń, domysłów, które później przeobrażą się w legendę, rodzaj założycielskiego mitu. Dalsze partie opowieści to prawdziwa feeria przygód i mniejszych lub większych awantur. Szostak przemieszcza bohatera po całym kontynencie europejskim i, opisując poszczególne eskapady, udowadnia, że jak ryba w wodzie czuje się w gąszczu nawiązań, sugestii, kontekstów i skojarzeń. Życie Dumanowskiego splecione z XIX-wiecznymi „znakami rozpoznawczymi” tworzy naprawdę apetyczną mieszankę, a tytułowy bohater na tle swojej epoki nieustannie przeobraża się niczym Proteus z fraszki Kochanowskiego.

Cóż jednak z tego, skoro powieść najczęściej nie przynosi wiele więcej poza satysfakcją rozpoznania znanej ale zapomnianej melodii? Szostak co rusz porozumiewawczo mruga do nas okiem, nawiązując do jak największej liczby bohaterów, scen, symboli i miejsc kojarzących się z opisywaną epoką. Już sam początek książki zapowiada strategię, którą konsekwentnie rozwija autor – jeden z pierwszych epizodów to opis Dumanowskiego, który wraz ze swoim przyjacielem ucieka z pobitej w Rosji napoleońskiej armii i w mniszym przebraniu, udając tajnego emisariusza, wędruje bezdrożami Litwy. Brzmi znajomo, prawda? Takich „zagadek” znajdziemy dużo więcej.

Potencjalny czytelnik Dumanowskiego kuszony jest również obecnymi na kartach powieści postaciami Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Można jednak mieć wątpliwości, w jakim celu Szostak zamienił wieszcza w pretensjonalnego antypatycznego dziwkarza, a Słowackiego w opętane dziwną manią indywiduum? Taki patent rzecz jasna da się obronić, żonglując hasłami o zrzucaniu z cokołów narodowych świętości, ale w moich uszach pomysły pisarza brzmią jak wystrzały ślepymi nabojami, które tłumaczy wyłącznie wewnętrzna logika powieści i wolność artystycznego wyrazu. Autor żadnej nowej warstwy Mickiewiczowi nie dołożył, najmniejszych sensów Słowackiemu też nie przybyło.

Dlatego moim zdaniem ta książka służy tylko rozrywce i nie do końca mogę pogodzić się z myślą, że Dumanowski wyraża jakąś głębszą, refleksję na temat losów Polski i tęsknoty za bohaterem, w którym skumulują się wszystkie możliwości, jakie drzemią w naszych rodakach. Tekst uwodzi pozorną głębią, pobłyskują w niej realizm magiczny, elementy powieści płaszcza i szpady, przyśpiewki ludowe oraz fragmenty „naukowych” opracowań. Sceny symboliczne krzyżują się z obyczajowymi odtwarzającymi realia XIX-wiecznego Krakowa. A jednak wszystko to szeleści papierem.

Szostak „umie w literaturę”, ale cały problem z Dumanowskim polega na tym, że jest on przede wszystkim doskonałym ćwiczeniem stylistycznym, repetytorium z polskiej kultury XIX wieku, nie zaś odświeżającym konwencję pisania o Polsce i dającym do myślenia tekstem, który skłaniałby do głębszej medytacji o niezwykłym miejscu i czasie, w jakim mógłby żyć tytułowy bohater.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

wtorek, 4 grudnia 2018

Wszystkie moje drobne strachy, czyli "Śmierć trawy" Christophera

Czasem tak dla hecy sięgam sobie po jakąś postapokaliptyczną opowieść. 

W sumie bać się nie lubię, a katalog moich strachów jest przeogromny niczym kolekcja butów jakieś influenserki modowej z Los Angeles. Boję się, że rano niczego nie usłyszę w radiu (bo nie będzie elektryczności), kawy nie zaparzę (bo mnie nie będzie stać  na prawdziwą kawę), a do pracy będę konno jeździł (bo paliwa kopalne będą tylko dla gwiazd rocka i polityków samorządowych). Boję się, że zginę stratowany przez tłum walczących o czystą wodę barbarzyńców. Boję się, bo wiem, że ten dzisiejszy świat jest dla mnie, mój, że się przyzwyczaiłem i jest mi dobrze na tym skromnym spłachetku, które wszystkie media ma podłączone, rachunki z trudem pewnym opłacam i stać mnie na luksus pisania tych słów przy akompaniamencie Wayne'a Shortera, który dmucha w saksofon na płycie "Speak no evil". 

No i czytam te postapokalipsy...

"Śmierć trawy" Johna Christophera to powieść wydana w 1956 roku. W sumie tytuł mówi wszystko, karty są odkryte a czytelnik może wyobrazić sobie rozwój tej partii. To nic trudnego. Wirus niszczy wszelką trawę, a że do "trawiastych" należą również zboża będące podstawą pożywienia ludzi a także hodowlanych zwierząt, Ziemia ma problem. Powoli zapasy żywności na całym świecie zaczynają się kurczyć. Zdesperowani ludzie albo umierają z głodu, albo zagryzają samych siebie w aktach kanibalizmu, albo giną, próbując bronić swoich zapasów.



My całość obserwujemy z perspektywy kilkorga Anglików, którzy wyrwawszy się ze skazanego na zbombardowanie Londynu, podążają w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie można by chociaż ziemniaki uprawiać. Na swojej drodze są świadkami przeróżnych okropieństw, sami szybko zamieniają się w zimnokrwistych zabójców, przed którymi wcześniej szybko by uciekali.

Powieść nie jest najlepsza. "Globalne" wiadomości o skutkach głodu podawane są zdawkowo, brakuje rozmachu, który jeszcze bardziej przeorałby wyobraźnię odbiorców. Momentami miałem też wrażenie, że przyglądam się teatrowi telewizji - za dużo rozgrywa się w dialogach, kłótniach, dyskusjach. Język jest prosty, sprawozdawczy, autor szkicuje raczej, niż maluje słowem. Niby ok, ale chciałoby się jakiegoś nerwu, ukłucia, drżenia. Może się czepiam... Nie wiem. Pisał to Anglik, więc spokojny ton jest chyba jakoś zrozumiały.

Najapetyczniej (dziwne słowo w kontekście historii o głodzie) brzmią te partie, które opisują świat u progu katastrofy. Ostatnie wychylane kufle piwa, ostatnie dwudaniowe obiady, pulchne kelnerki obsługujące klientów restauracji, radio mruczące sezonowe przeboje. My wiemy, bohaterowie przeczuwają, w którą stronę się to wszystko (s)toczy. Coś wisi w powietrzu i lada chwila spadnie ciężkim dławiącym nieszczęściem. Ten stan sprzed katastrofy udało się autorowi doskonale opisać. I tego się też właśnie boję - że codziennie pijemy ostatnie piwo i ostatni raz słuchamy klasycznego jazzu.

Jako odtrutkę aplikowałem sobie "Rodzinę Połanieckich" Sienkiewicza. Prądu tam nie ma (jeszcze), konno i pociągami ludzie się po świecie poruszają i listy piszą w świetle naftowych lamp. Spokojnie tam i cicho. Jeszcze...

poniedziałek, 12 listopada 2018

Strach się bać, czyli "Upiorna opowieść" Strauba

Miłośnikowi grozy wystarczy pobieżna lektura podstawowych źródeł, by mógł on się przekonać, że duchy to jeden z najstarszych motywów literackich. Wiara w możliwość kontaktu żyjących ze zmarłymi, którzy pod różnymi postaciami i przy pomocy rozmaitych metod sprowadzani są na ten świat, pojawia się niemal od samego początku istnienia literatury. Klasyczne teksty zaludniały całe zastępy istot z zaświatów – duchy bliskich wywoływane przez Odyseusza, zjawy ilustrujące piekło wyrzutów sumienia Makbeta, czy Jaś, który męczył biedną Karusię.


Rzecz jasna duch nie był równy duchowi. Raz przyjmował postać mrocznej, przyprawiającej o kołatanie serca istoty, która dręczyła śmiertelników (jak w przypadku W kleszczach lęku Henry’ego Jamesa), kiedy indziej dobrotliwego widma, umożliwiającego zgorzkniałemu Ebenezerowi Scrooge’owi powrót na łono społeczeństwa. Innymi słowy w horrorze duch to element równie oczywisty jak kowboj w klasycznym westernie.


Horror niesłusznie chyba znalazł się dziś w getcie literatury gatunkowej i, traktowany po macoszemu przez „poważnych” krytyków i czytelników, nie ma zbyt wiele na swoją obronę. Pojawiają się jednak teksty tak niezwykłe jak Upiorna opowieść Petera Strauba. Sześćset stron prozy najwyższej próby, która zachowując odpowiednie proporcje, mogłaby wyjść spod pióra Jorge Louisa Borgesa, potrafi oszołomić najbardziej wyrafinowanego odbiorcę. Wielopoziomowość, szkatułkowa konstrukcja, precyzja wykonania, wyraźne i pełne szacunku odwołania do tradycji gatunku, meandrująca fabuła, duszna i zawiesista atmosfera – takimi właśnie określeniami zasypałbym kogoś, kto zapytałby mnie, dlaczego warto po tę powieść sięgnąć. Gdybym miał więcej czasu, moja rekomendacja rozwinęłaby się w pełną niekłamanego podziwu (nomen omen) opowieść.




W niewielkim amerykańskim miasteczku Milburn istnieje nieformalne Stowarzyszenie Chowder (słowo to oznaczać może tyle, co „flaki z olejem”). Czterech szanowanych panów w średnim wieku spotyka się, by usiadłszy wygodnie w fotelach, częstować się wzajemnie niesamowitymi opowieściami. Historie te, będące mieszaniną spowiedzi i konfabulacji, stanowić mogą zamknięte całości i przy odrobinie dobrej woli da się je czytać w oderwaniu od reszty tekstu. Straub wybiera jednak schemat powieści szkatułkowej i każda „wewnętrzna narracja” łączy się zarówno z całością dzieła, jak i odsyła do różnorakich kontekstów, historii gatunku, a nawet konkretnych nazwisk – postaci literackich lub twórców.


Dzieło Strauba to jednak nie tylko rzecz o opowiadaniu. Gdyby tak było, autentyczna groza zamknęłaby się w bezpiecznych ramach snutych opowieści i czytelnik łatwo rozproszyłby się, uświadomiwszy sobie, że słucha czyjejś historii, a opowiadający siedzi wygodnie w fotelu i popija herbatę. Jest jednak inaczej – członkowie Stowarzyszenia konfrontowani są z nadnaturalnymi wydarzeniami, które jak potężny niż nadciągnęły nad Milburn i przydusiły je własnym ciężarem. Stąd też w miasteczku pojawiają się upiory, widma przeszłości prześladujące bohaterów, tajemnicza siła zabija owce, a dawno nieżyjący materializują się na zaśnieżonych drogach.


Straub w zimny, zdystansowany i precyzyjny sposób tworzy prozę wysokiej jakości. Gdyby odrzeć Upiorną opowieść z wszelkiej niesamowitości, zdrapać niedopowiedzenia i rozwiać gęsty mrok tajemnicy, mielibyśmy do czynienia z klasycznie rozumianym realizmem. Odmalowane z pietyzmem Milburn, portrety lokalnej społeczności, mnogość detali i precyzja opisów pozwalają uwierzyć w realność miejsca, jego solidne umocowanie w rzeczywistości, w której sami przecież żyjemy. I właśnie na tym świecie, w epoce szaf grających, telewizji i telefonów coś zaczyna wybrzuszać się i pękać. To groza, która jak szybko nadciągająca zima pochłania miasto i pokonuje wszelkie zabezpieczenia. Racjonalizm bohaterów musi ustąpić przed paraliżującym, ścinającym krew w żyłach strachem.


Chyba największym atutem Upiornej opowieści jest stopień jej złożoności. Tę książkę można odczytywać na bardzo wielu różnych poziomach i za każdym razem pozwala ona rozkoszować się potęgą literatury. Powieść Strauba przypomina obrazy holenderskich mistrzów z Peterem Brueglem na czele – całość tekstu jest poskładana z mniejszych elementów. To właśnie dzięki poszczególnym historiom snutym przez bohaterów można rozpoznać skalę talentu pisarza, mistrzowską precyzję i zdumiewającą umiejętność kreowania nastroju. Złożona z fragmentów całość imponuje. Kolejne części Upiornej opowieści nie dość, że dobudowują piętra znaczeniowe, rozświetlają niczym pochodnie mrok kolejnych partii książki, to jeszcze zazębiają się ze sobą, tworząc precyzyjny i doskonale naoliwiony mechanizm powieści.


Sztuką jest napisać dzieło, które będzie unikalnym hołdem złożonym mistrzom grozy. Dlatego jedynym, najwłaściwszym określeniem, jakie przychodzi mi do głowy, gdy trzymam w ręce tekst Strauba, okazuje się słowo „potęga”. To literatura, której ambicją jest nie tylko straszenie czytelników i podawanie im odgrzewanych historii o duchach. Upiorna opowieść to przede wszystkim wielowymiarowe dzieło będące świadectwem doskonałej techniki pisarskiej i erudycji autora. I, co najważniejsze, książka ta nie jest pustym wewnętrznie metaliterackim eksperymentem. Upiorna opowieść traktuje czytelnika z szacunkiem i oferuje mu tyle, ile sam zechce w niej znaleźć.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl