niedziela, 9 czerwca 2019

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, czyli "Po piśmie" Dukaja

Im dłużej czytałem eseje Jacka Dukaja zebrane w tomie "Po piśmie", tym silniej czułem... No właśnie nie wiem... Najlepszą metaforą chyba będzie obraz wpatrującego się w prognozę pogody nieszczęśnika, który obserwuje zbliżające się do jego miasta tornado. Wie, że powinien coś zrobić - uszczelnić dach, zabić deskami okna, zgromadzić zapasy, zabezpieczyć zapałki i tuzin świec. Wymagana jest reakcja, postawa aktywna, ale czy to powstrzyma huragan? Nie. Ewentualnie zminimalizuje straty w jednym konkretnym wycinku rzeczywistości. Niewiele więcej. Czarne chmury i tak zasnują całe niebo.

(Tylko czy to są chmury, co widzimy? I czy na pewno czarne?)

Brzmi to fatalistycznie, a ja się bronię przed podobną reakcją. Sam Dukaj zresztą również nie rwie włosów z brody i nie rozdziera szat. Stara się być zdystansowany, chociaż czujny, jak synoptyk.



Wbrew pozorom przewidywania Dukaja nie są apokaliptyczne - tam, gdzie sięga wzrok autora, rozciąga się kraina Wiecznej Rozrywki (duże litery moje) - to jest punkt docelowy rozwoju człowieka, meta, do której biegnie nasza cywilizacja  od samego początku istnienia. Romantyczny humanista, pielęgnujący szlachetne wartości idealista, obruszy się na takie dictum, ale nie może zamykać oczu na rzeczywistość. Homo sapiens = homo ludens. Nie ma wyjątku od tej reguły.

Szlifowana od starożytności technologia (w tym oczywiście cała kultura) sieje tylko tyle wątpliwości i dramatów egzystencjalnych, ile trzeba, by człowiek mógł poczuć zadowolenie  z ich przewalczenia. Cała reszta to słodkie opium, w którego coraz gęstszych oparach będziemy się jako cywilizacja unosić. 

Technologia wyręczy nas we wszystkim, odpowie na każdą potrzebę, podsunie rozwiązanie zanim uświadomimy sobie, że mamy problem, czujemy niedostatek. Technologia zyska (jeśli już nie zyskała) samoświadomość, dzięki której precyzyjnie uformuje potrzebne nam produkty kulturowe. Używane przez Dukaja określenie Logos obsługuje chociażby Hollywood, które dochrapało się tak precyzyjnych narzędzie produkcji dzieł filmowych, że można zaryzykować następujące stwierdzenie - Fabryka Snów to troskliwie dobierająca materiały (scenariusze, reżyserów, aktorów, kompozytorów...) Istota, która dostarcza ludziom wyczekiwane przez nich produkty. Czeka nas wiele takich Istot obsługujących literaturę, muzykę, malarstwo... 

(Tak sobie myślę, czy w ten sposób nie zinterpretować najsilniejszych symboli Franza Kafki - Prawa i Administracji? Technika - w tym przypadku sądu i administracji - wytworzyła własną świadomość, której narzędziami są ludzie pilnujący, by Józef K. został skazany, a K. nie dostał się nigdy do zamku?)

Czarną wizją wszelkich konserwatystów, prawicowców spod znaku Korwina i Spółki, jest opcja dochodu gwarantowanego. W świecie jutra, gdy 3/4 pracy wykonywać będą maszyny, ludzka praca przestanie być potrzebna. Praca przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie - nikogo nie uszlachetni, niczego nie popchnie do przodu, nie wypełni sensem niczyjej egzystencji. I jeżeli uda nam się rozwiązać problem energii (a coś czuję, że się uda), to masy ludzkie potrzebowały będą tylko i wyłącznie Rozrywki, by zrobić cokolwiek ze swoim życiem i się nie osunąć w czarną dziurę nihilizmu, skąd wygrzebać można się jedynie popełniając samobójstwo. Ludzie, mając do dyspozycji gwarantowane minimum socjalne oraz coraz łatwiejszy i tańszy dostęp do zdobyczy techniki, wypełnią tysiącami rozrywek nudę egzystencji. Czekają nas niewyobrażalne rozkosze ducha, cytuję niewiernie Dukaja, i nie będą mieć one zbyt wiele wspólnego z jakąkolwiek tradycyjnie rozumianą religią.

Sam człowiek oczywiście będzie tworzył samego siebie - nie tylko modyfikował dowolnie własne ciało, związaną z nim seksualność, pamięć, odruchy etc. Mechanizmy zapożyczone z Facebooka pozwolą człowiekowi na dowolne manipulowanie postrzeganą rzeczywistością. Jeżeli możemy kogoś usunąć z grona znajomych, ignorować, zgłaszać do Wyższych Instancji z racji dyskomfortu, jaki czujemy z powodu jego poglądów lub stylu bycia, to samo będziemy mogli uczynić w realu, gdzie każdy będzie udzielnym władcą własnej safe space. Nie pytajcie mnie, jak to będzie możliwe, ale coś czuję, że będzie. 

Zebrałem w tej nie-recenzji myśli, jakie zapamiętałem po lekturze pierwszych pięciu tekstów książki. Dóbr Dukaj dostarcza całą masę, a ich ukoronowaniem wydaje się być karkołomny esej interpretujący "Jądro ciemności." Znakomita i trudna jednocześnie próba odczytania postaci Kurtza jako zwiastuna "nowych wspaniałych czasów." No ale to już trzeba samodzielnie przeczytać. Najlepiej powoli i sprawdzając nazwiska, które Dukaj przywołuje. Opłaca się to robić.

Cóż, być może ktoś się zasmuci, a ktoś (co bardziej prawdopodobne) zbuntuje. "Wystarczy jedna katastrofa klimatyczna i jak bańka mydlana pęknie wizja Dukaja! Rzesze głodnych ludzi zdemolują wszystko na swojej drodze i będziemy mieli powrót do barbarzyństwa, a nie technologiczną ziemię obiecaną." Oczywiście może tak być, dlaczego nie. Przyszłość jest otwarta. 

Ale bezsporne pozostaje jedno - jako gatunek zrobimy bardzo wiele, by się nie narobić, a przyjemność, "lekkość" istnienia (odpowiednio doprawiona niezbędnymi wątpliwościami egzystencjalnymi) jest naszym celem. Nie brzmi to humanistycznie. Brzmi to ludzko.

Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj, powie nam Technologia, a my ochoczo posłuchamy.


PS 

Powyższe rozważania dotykają tylko pierwszej części książki.

środa, 29 maja 2019

Przeszłość to fala, czyli "Requiem dla analogowego świata" Cichowskiego

Przeszłość to fala, na której surfuje pisarz. Wybaczcie ten bieda-aforyzm, ale zdumiewająco często pozwalam sobie na czytanie o młodości zapamiętanej przez twórców i odtwarzanej później w powieściach, opowiadaniach, wierszach… Doszedłem nawet do egzotycznego wniosku, że najbardziej wierzę starym poetom opiewającym dzieciństwo.  Sam, jeśli już mowa o pisaniu, często fantazjuję na temat własnej przeszłości, dojrzewania, młodości w bibliotekach i na boiskach, które oczywiście domagają się spisania, co by nie przepadły w odmętach czasu.

Rafał Cichowski być może również nie chciał dużej opędzać się od wspomnień, które w przypadku autora najwyraźniejszą postać zawdzięczają latom 90 i dały się zamknąć w formie powieści pt. „Requiem dla analogowego świata”. W świecie cyfrowym co i rusz atakują nas nostalgiczne memy próbujące uchwycić przy pomocy kilku powtarzających się zdjęć i haseł ducha czasów, które bezpowrotnie odeszły wraz z rozpowszechnianiem się cyfrowych technologii.

Żonglowanie kliszami to jednak zbyt łatwa dla literatury droga. Błyskawicznie można się osunąć w ckliwą idealizację, żerować na tanim wzruszeniu, tworzyć produkt „dedykowany” konkretnej grupie docelowej (w tym przypadku rówieśnikom autora, do których w pewnym sensie również się zaliczam) i tak naprawdę wykluczyć wszystkich innych. Tych, którzy lat 90 nie mają szansy pamiętać lub zapamiętali je z innej niż podwórkowa i szkolna perspektywy.



Czy to zarzut? Cóż… Z jednej strony tak. Przyszły czytelnik „Requiem…” będzie miał prawo czuć się nieproszonym gościem w opisywanym świecie. Jeżeli nie doświadczył na własnej skórze blasków i cieni lat 90, nie pamięta powodzi tysiąclecia i nie żuł gumy Turbo, może traktować tę opowieść jak spacer po skansenie. A skansen to olbrzymi, bo to kutnowskie blokowisko z przyległościami, garaże, boiska, łąki, na których pali się ogniska i pierwsze papierosy, tory kolejowe, szkoła, z rzadka rzucamy okiem poza miasto, gdzie jakieś życie istnieje i ma się całkiem dobrze, a wiemy o tym dzięki antenom satelitarnym i telewizji kablowej. Brzmi Nirvana, której piosenki śpiewa się głosem kibiców Widzewa wiwatujących po tryumfie nad Legią…

Tego świata już nie ma i nikt nie powinien się czuć zmuszanym do dzielenia jakiejkolwiek tęsknoty za czasami zaawansowanej transformacji ustrojowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby czytelnik wzruszył ramionami i mruknął znad tekstu tej książki: „Znam te wszystkie historie z memów, po co mam jeszcze o tym czytać?” Innymi słowy, boję się, czy tekst Cichowskiego obejdzie tych, którzy nie oddychali nigdy powietrzem lat 90.

Moja obawa wynika z troski o tę powieść. Książkę, która jest obiektywnie dobra i może przynieść sporo czytelniczej satysfakcji. Zręcznie poprowadzona narracja pierwszoosobowa przypomina w zadziwiający sposób perspektywę, jaką osiągałby Bohumil Hrabal (spod znaku chociażby „Mojej pięknej żałoby”) skrzyżowany z młodzieżową prozą Edwarda Niziurskiego. Nastolatek, na którego barki zrzucono ciężar oprowadzania nas po swoim świecie, dźwiga tę odpowiedzialność i umie w znakomity sposób opowiedzieć o podwórkowych futbolowych wojnach, tanich winach i pierwszych fascynacjach płcią przeciwną. Jednocześnie Cichowski potrafi oderwać się od nastoletniej perspektywy i możliwości poznawczych chłopca z podstawówki, by błysnąć „dorosłym”, stylistycznie wysmakowanym, niemal poetyckim konceptem, metaforą, która co jakiś czas rozsadza realistyczną w sumie prozę.  

Ci, których autor zaprasza, poczują się jak u siebie w domu – rozpoznają gadżety, atrybuty, (sprane) kolory, dźwięki i zapachy epoki. Być może powrócą do nich wspomnienia inicjacji w „prawdziwą” muzykę, a spoza granicy pamięci wyłoni się kształt pierwszego „prawdziwego” komputera… Sporo tego szumu generuje Cichowski: pozwala swoim bohaterom mówić gwarą podwórkową „tamtych czasów”, w ujmujący sposób puszcza oko do czytelnika, gdy co i rusz któryś rzuca hasło dziś istniejące tylko i wyłącznie dzięki zabarwionym tęsknotom memom. Takiej kariery nikt hasłom w stylu „Nie siadaj na piłce, bo zrobisz jajo” nie wróżył…

Lektura „Requiem dla analogowego świata” przypomina kontemplację wspomnień o ostatnich dniach wakacji. Wiemy, że coś się zamyka i nie istnieje taka siła, która by powstrzymała zaciskające się na dzieciństwie szczęki czasu. Można tylko odtwarzać, wydaje się mówić Cichowski, można tylko odprowadzać wzrokiem młodszą (lepszą?) wersję samego siebie. Można pisać, by rozliczyć się z przeszłością lub tylko (i aż) pieczołowicie ją rekonstruować. Można mieć wątłe pocieszenie, że przyjdą po nas pokolenia, po których też na pamiątkę zostaną memy…

czwartek, 16 maja 2019

Opowiadania nieprzepłacone, czyli Bradbury razy trzy

Pewne kwestie już chyba raz na zawsze rozstrzygnięto – Ray Bradbury jest klasykiem literatury fantastyczno-naukowej, a jego miejsce na tym Parnasie jest bezpieczne; nie da się go zdetronizować, skompromitować nietrafnych prognoz, ośmieszyć jadowitym i cynicznym „Bradbury wielkim pisarzem był”. Zdumiewające jest to, jak bardzo uodparniał się na wszelkie żywioły grożące literaturze – niestraszny mu czas, nie trafił na cmentarzysko martwych wizjonerów, ta proza wciąż oddycha, jest zieloną gałęzią na tle uschniętych lub połamanych drzew.

Bradbury’ego nigdy nie interesowało hard science fiction. Skomplikowane i wielopiętrowe wizje przyszłości, drobiazgowe opisy zdobyczy techniki, futurologia skupiona na przewidywaniach tego, co może spotkać ludzkie masy – to wszystko tylko w śladowych ilościach obecne było w jego prozie. Gdy postanawia wysłać swoich bohaterów w kosmos, po prostu wsiadają oni do rakiety i przebijają się przez ziemską atmosferę. Nikogo nie interesuje ani rodzaj paliwa, ani konstrukcja silników mogących oderwać człowieka od powierzchni macierzystej planety. Inaczej rzecz się miała w przypadku takich pisarzy jak Clarke, Asimov, Heinlein czy nasz Lem, którzy sporo uwagi poświęcali uwiarygodnieniu możliwości galopującej technologii. Bradbury życzliwie ignoruje te kwestie i dzięki temu, moim zdaniem, zdobywa przewagę nad wyżej wymienionymi, których przewidywania najczęściej okazały się chybione.

Autor Kronik marsjańskich od samego początku idzie własną, rozpoznawalną i na pozór łatwiejszą drogą. Jego proza (z przewagą krótszych form) niemal zawsze sonduje kondycję człowieka, testuje granice wytrzymałości sumienia na ciśnienie „nowych czasów”, bada, jak daleko może posunąć się ludzkość i nie zatracić czegoś tak kruchego jak człowieczeństwo. Ogólnie rozumiane „jutro” staje się dla pisarza poligonem, na którym bohater dokonuje złych lub dobrych wyborów. Bardzo proste i umowne dekoracje, jakie autor ustawia na scenie swoich tekstów, odwołują się do dość uproszczonych wyobrażeń na temat przyszłości – podróże międzygwiezdne, roboty, pistolety laserowe, niejasnego pochodzenia totalitarna władza tłamsząca jednostki stanowią zestaw, który w zupełności mu wystarcza. Umowność ta powoduje, że często teksty Bradbury’ego odczytywać można jak powiastki filozoficzne lub pomniejsze parabole rozgrywające się wśród gwiazd.

Szlachetną obsesją autora jest również obrona nieokiełznanej wolnej wyobraźni przed stechnicyzowanymi wyobrażeniami, jakie serwuje człowiekowi kultura masowa i cywilizacja obrazkowa. Znajduje to wyraźne odbicie w tekstach, bowiem można w nich trafić na czytelne odwołania do klasyków, z którymi pokrewieństwo Bradbury czuje – Poego, Hawthorne’a, Szekspira...

Wydawnictwo MAG publikując w serii Artefakty opasły tom, w którym zgromadzono najważniejsze i najbardziej reprezentatywne teksty amerykańskiego pisarza – Kroniki marsjańskieCzłowieka ilustrowanego i Złociste jabłka słońca, umożliwiło polskim czytelnikom uchwycenie całej magii i głęboko humanistycznego wymiaru twórczości Bradbury’ego.



Kroniki marsjańskie to chyba najbardziej konceptualne dzieło pisarza – rozpisana na zazębiające się z sobą opowiadania historia o mieszkańcach Marsa, którzy muszą zmierzyć się z Ziemianami chcącymi skolonizować Czerwoną Planetę, narzucić jej własny system wartości i przekonań, ziemską estetykę i filozofię postrzegania rzeczywistości. Kolejne teksty prezentują słabnący opór Marsjan, ich eksterminację, gorzki tryumf człowieka nad podbitą planetą.

Bradbury’ego można więc czytać jako twórcę paraboli procesów historycznych – czy kolonizacja Marsa nie przypomina ekspansji konkwistadorów albo naporu kolonizatorów na Czarnym Lądzie? Czy Ziemianie nie przypominają dumnych i patrzących z poczuciem wyższości na podbijane ludy Europejczyków? Czyżby Kroniki Marsjańskie stały się elementem dyskursu postkolonialnego? Być może. Bezpieczniej jest sięgnąć bliżej i zaznaczyć, że Bradbury piętnuje przede wszystkim arogancki konsumpcjonizm, rozpasaną prymitywną rozrywkę i pozbawioną pierwiastka duchowego cywilizację. W opowiadaniach z tego cyklu przegląda się Ameryka połowy XX wieku – społeczeństwo bigotów, rasistów, ksenofobów wierzących w swoją misję, kraj „amerykańskiego snu”, który staje się koszmarem.

Niemal każde z opowiadań także dziś może zaskoczyć, wzruszyć lub, co chyba najtrudniejsze, przestraszyć. Na kilkunastu stronach Bradbury potrafi zarysować fabułę, znaleźć punkt ciężkości tekstu, zawiązać akcję i zmusić bohaterów do mierzenia się z nierzadko trudnymi moralnie wyborami. Język odbiega od klasycznie rozumianego przezroczystego stylu, służącego tylko suchej sprawozdawczości. Pióro pisarza fantastycznie radzi sobie z opisami, które nierzadko są przecudnej poetyckiej urody – potrafią zahipnotyzować i zmusić do wielokrotnego czytania tych samych partii tekstu.

Ilustrowany człowiek i Złociste jabłko słońca mają mniej zwartą budowę i stanowią zbiory tekstów w najgorszym razie dobrych, z których niewiele zostało nadgryzionych zębem czasu. Bradbury imponuje rozmachem wizji i możliwościami wyobraźni. Spłukiwana wiecznym deszczem planeta, starożytne Chiny, bliżej nieokreślona przyszłość, przestrzeń kosmiczna, amerykańska prowincja – w każdym możliwym świecie przedstawionym pisarz czuje się proszonym gościem i znów podejmuje podobne problemy. Ostrzega przed uwiądem wyobraźni spowodowanym ekspansją telewizji i kultury obrazkowej, pochyla się nad alienacją i tęsknotą „człowieka przyszłości”, sumuje koszty, jakie trzeba ponieść, gdy nowoczesność i technologia wystawią rachunek za wygodne życie.

Zbiór kilkudziesięciu tekstów jest w stanie zadowolić najwybredniejszego konesera literatury fantastycznej. Bradbury’emu z łatwością udaje się wzruszyć, przestraszyć, zahipnotyzować i oczarować odbiorcę. Zadać mu przy pomocy nośnego konceptu ważne pytania i przypomnieć o moralnych powinnościach. To stuprocentowa klasyka, której nie można nie znać.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty.

wtorek, 14 maja 2019

Jak chłop "Diabelską maszynę" Sheckleya oszukał


To kolejny zbiór opowiadań amerykańskiego pisarza, którego najbardziej znane, cenione i inspirujące opowiadania powstały w złotych dla science fiction czasach, w latach 50 i 60. Jednak w przypadku prozy Sheckleya mamy do czynienia z nieco innym niż złoto materiałem. Jego opowiadania przypominają raczej fajerwerki, które ze świstem wspinają się ku górze, eksplodują cudowną pointą i zostawiają czytelnika z rozdziawioną gębą. Najczęściej tak to właśnie wygląda. Czytam Sheckleya i czuję czystą, niemal dziecięcą radochę.



Zebrane w tym tomie opowiadania eksplorują (z drobnymi wyjątkami) problem relacji pomiędzy maszyną, urządzeniem, mechanizmem a jego twórcą – człowiekiem. Wszelkie nieszczęścia, nieporozumienia i problemy są wkalkulowane w pozorny komfort, jaki zawdzięczać może człowiek obecności wyręczających go urządzeń. Człowiek zaś, z pozoru skazany na sromotną klęskę w starciu z maszyną, niemal zawsze wychodzi zwycięsko z tej konfrontacji. Ludzka zdolność do improwizacji, zbawienny przebłysk geniuszu, spryt lub przypadek dają przewagę nad nieskończenie racjonalnym i precyzyjnym programem. Sheckley w nas wierzy. To przyjemna świadomość.

W pewnym momencie lektury zrozumiałem, dlaczego czułem niewyraźne ale odczuwalne mrowienie z tyłu głowy. Z czymś mi się te teksty kojarzyły. Czy opowiadania zebrane w „Diabelskiej maszynie” nie przypominają starych dobrych ludowych bajań, dubów smalonych, o sprytnym poczciwym chłopie, który potrafił nawet samego diabła oszwabić i wywieźć nomen omen w pole? W omawianym przypadku diabłem jest maszyna, pudło szczelnie wypchane plątaniną kabli i błyszczące diodami.

Powiem Wam tak – to są naprawdę proste opowiadania. Bohaterowie są płascy, sprowadzeni tylko i wyłącznie do poziomu kogoś, „kogo coś spotyka”. Nowoczesność jest sklejona z najbardziej oczywistych i chyba jednak naiwnych wyobrażeń dotyczących przyszłości. Kilka stron wystarczy, by rozwinąć koncept i dobiec do wyraźnej pointy. I wiecie co? To działa. Te starodawne (liczące sobie przecież prawie 70 lat teksty) mogą się podobać.

PS

Gdyby się Wam ta recenzja nie podobała, to w tym momencie przejadę się na plecach Zbigniewa Herberta, który w wierszu „Szachy” drżał na myśl o niesympatycznych konsekwencjach pojedynku komputera Deep Blue, który ograł samego Kasparowa.

(…)
nuworysz
Deep Blue
rozpycha się po polach
uszytych z płaszcza arlekina
i drwiący ignorant
nafaszerowany
wszystkimi otwarciami
atakami obroną
a wreszcie radosnym
hallali nad zwłokami
przeciwnika

tak więc
królewska gra
przechodzi pod władzę
automatów
(…)”

niedziela, 17 marca 2019

We wnętrznościach lewiatana, czyli "Bohiń" Konwickiego

Gdy człowiek ma jakiekolwiek ambicje i czytelnicze, i pisarskie, po lekturze Konwickiego, powinien kupić sobie solidne 0.7 gorzałki, wypić do lustra i położyć się spać. Obudzić się z solidnym kacem, w odmętach którego zda sobie sprawę z dwóch kwestii: po pierwsze, 3/4 wydawanych dzisiaj książek nie dorasta tekstom Konwickiego do pięt, po drugie, nigdy nie napisze nawet jednej strony w tak doskonały, wyważony, poetycki i mądry sposób. 

Ja Konwickiego źle zacząłem - w liceum "Mała Apokalipsa" była męczącą i w sumie nudną lekturą. Na studiach "Czytadło" odpychało wysilonym nieco konceptem. Aż tu nagle "Bohiń"! Nawet nie dwieście stron wspaniałej i wyrafinowanej prozy.



Pisarz kolejny raz wraca na Kresy, mityczny, utracony na zawsze matecznik polskiej kultury, eldorado, czarnoziem, na którym wyrosło kilka tuzinów wybitnych twórców, myślicieli, artystów. Tym razem powrót ten nie jest skażony ani tanim sentymentalizmem, ani brutalną demitologizacją. "Bohiń" unosi się gdzieś poza dobrem i złem, nie pozwala przy swojej pomocy czegokolwiek osądzać. Jest jak sen, który rzecz jasna można interpretować, ale można też po prostu zanurzyć się w jego osobliwe odmęty.

Bohaterką książki jest babka pisarza, Helena Konwicka, której (prawdopodobne? przypuszczalne?) losy sam Konwicki odtwarza. Trzydziestoletnia kobieta zamieszkuje niewielki majątek ziemski, dzieli dworek ze swoim ojcem (ten poprzysiągł milczeć tak długo, aż Polska nie odzyska niepodległości), rozpamiętuje mijającą młodość brutalnie złamaną przez powstanie styczniowe, które odebrało jej pierwszą młodzieńczą miłość...

Nie muszę chyba dodawać, że pisarz kreśli wiarygodny portret psychologiczny osoby, która nie potrafi wydostać się z kolein życia, nie stawia oporu, godzi się na wszystko, co los przygotowuje samotnej dysponującej skromnym polem manewru kobiecie. Nawet dziwaczny romans u progu małżeństwa "dzieje się" jakby wbrew jej woli, na przekór przekonaniom, w poprzek charakteru.

Mnie jednak (jeśli mnie znacie) nie interesuje za bardzo wątek romansowy. Nie lubię i już, chociaż doceniam kunszt, gdy motyw ten bierze na warsztat nie byle jaki maestro. Mnie inne przestrzenie u Konwickiego interesowały.

Powstanie styczniowe i jego upadek na długi czas wybiły z głów gorących patriotów mrzonki o wyrwaniu Polski z rąk zaborców. Dodajmy, że część głów tych potoczyła się lub została przełożona przez pętle szubienic. Stupor, w jakim znalazła się Polska, miał trwać długie lata.

No ale my tutaj o wielkiej historii, a tak naprawdę "Bohiń" jest opowieścią o peryferiach dziejów, o prowincji zaludnionej przez ludzi, którzy zginą, znikną lub zostaną starci przez żarna wydarzeń. Nuda, wszechobecny banał życia, stagnacja, powolna erozja struktur społecznych - wszystko to powoli podtapia bohaterów. Konwicki pięknie demitologizuje Kresy, nie bije tam żadne serce polskości, nikt nie ma siły ani ochoty pielęgnować powstańczego etosu, sztandary zwinięto i schowano na dno szafy. Co tam etos! Samą polskość powieść miażdży potężnymi ciosami wymierzonymi w czerepy rubaszne, magnatów i szlachciury, którzy bardziej dbają o zwierzynę pochowaną w swoich lasach niż o zabezpieczenie interesów Polski.

Powiedzieć, że Konwicki postawił krzyżyk na przedrozbiorowej Polsce, to nic nie powiedzieć.

Zapomniany przez Boga skrawek ziemi, rzeczka, puszcza, piaszczyste drogi, to nijaka i bezbarwna przestrzeń, która ma pecha, najzwyczajniejszego pecha, że przyszło jej istnieć na drodze pomiędzy Zachodem i Wschodem. Nie są Kresy ani przez Stwórcę wybrane, ani znaczące w jakikolwiek inny sposób. Tu nie ma najmniejszego sensu, który kryłby się pod poszewką tragicznej historii Polski. Albo inaczej - sens jest, ale nie taki, jaki chcieliby Polacy widzieć.

Maria Janion pisząc o naszym narodzie, wspomniała, że jesteśmy wyjątkowi między innymi z tego powodu, że buntujemy się przeciwko światu, w którym silniejsi mają rację (także moralną), a pokonani jej nie mają. To Mickiewicz silnie zakorzenił w nas poczucie "ładu", który sankcjonuje instytucję "moralnego zwycięstwa", w ramach którego wszystkie nasze klęski są tak naprawdę stopniami, po których wspinamy się ku finalnej wiktorii. Czymkolwiek by ona miała nie być...

Tak więc "Bohiń" to opowieść o przegranym narodzie, który nie ma moralnego prawa, by istnieć. Nie ma prawa, bo przegrał. Na własne życzenie. Jedyną drogą, aby zachować tkankę narodu, jest dać się wchłonąć i przetrwać "we wnętrznościach lewiatana", nie pod jego nosem, gdzie bylibyśmy doskonale widoczni i gotowi do schrupania, zmiażdżenia.

"Bohiń" jako pomniejszy traktat geopolityczno-metafizyczny? Chyba tak...

Bohiń i okolice to teren, gdzie spotykają się figury, które zaważyła na losie Polski. A to demoniczna istota z wąsikiem straszy i pali żywcem napotkanych w lesie ludzi, szczególnie Żydów. A to carski policjant o dziwnie znajomym gruzińskim nazwisku przeszukuje domostwa w nadziei odkrycia szpiegów lub tajnych emisariuszy. Młodziutki Piłsudski szuka rodziców, którym się zgubił. Syn Puszkina, ksiądz dobrodziej, woźnica w wieku biblijnego Matuzalema... Cała ta menażeria kotłuje się w zapomnianej przez historię prowincji i zapowiada przyszłe kataklizmy, których Kresy będą w XX ofiarą.

Tymczasem wszystko jeszcze dryfuje pozornie bez celu., Jak kobieta, która nie może znaleźć sobie miejsca, nie wie, czego chce i od kogo. Historia jeszcze nie odsłania kłów, chociaż wciąż goją się rany po jej wcześniejszych ugryzieniach.

Wspaniała to książka. Najlepsza, jaką od dawna przeczytałem. Polecam z najczystszym sumieniem.

czwartek, 28 lutego 2019

Żołnierz wyklęty przez historię w dupę kopnięty, czyli "Rojsty" Konwickiego


Gdyby dzisiaj ukazały się "Rojsty" Tadeusza Konwickiego i gdyby podjęto nad nimi jakąkolwiek dyskusję, czytelnicy upasieni aktualną wersją historii najprawdopodobniej wykopaliby autora z grobu i jego truchło rzuciliby wróblom na pożarcie. To książka niewygodna, rozrywająca mity, płosząca urojenia, zrywająca barwne miraże dotyczące naszej historii.

A było to tak - młody Tadeusz Konwicki był w latach 1944–1945 żołnierzem podziemia niepodległościowego, jako członek VIII Oszmiańskiej Brygady Armii Krajowej brał udział w akcji „Burza”, później walczył w partyzantce antyradzieckiej w lasach podwileńskich. Wszyscy wiemy, jak to się dzisiaj je i przy użyciu jakich sztućców. Żołnierze wyklęci, leśne wilki, śmierć wrogom ojczyzny i te sprawy...

"Rojsty", właściwy debiut Konwickiego, to opowieść o Stanisławie Żubrowiczu, nawet nie dwudziestoletnim chłopaku, który pod wpływem impulsu (natury erotycznej nawet chyba, bo chodziło o zaimponowanie dziewczynie, która maślane oczy robiła do „prawdziwego” partyzanta) dołącza do leśnego oddziału i rozpoczyna absurdalną odyseję po litewskich puszczach i bagniskach.

Oberwało się Konwickiemu. A że porywa się na świętości, a że kłamie i zmyśla, a że demonizuje (kogo trzeba) i/lub bagatelizuje (też kogo trzeba), a że „komuniści mu zapłacili” lub chciał się wkupić w ich łaski. Cóż, można tak na to patrzeć. Gdy ktoś będzie chciał czytać „Rojsty” w kategoriach literatury faktu, wtedy sięgnie do innych źródeł dostarczających nam danych o tamtych czasach i wydarzeniach. Polemikę z Konwickim uskuteczniał między innymi Ryszard Kiersnowski, który był dowódcą Konwickiego i zupełnie inaczej zapamiętał to, co jego podkomendny w powieści przedstawił.

Ja jednak nie chcę dyskutować o prawdzie historycznej. Mnie ona nie interesuje. Ja się obracam w nieco innej przestrzeni i tam się dobrze czuję. I czuję się wręcz wyśmienicie, gdy mogę na „Rojsty” popatrzeć jak na fikcję literacką, która rządzi się swoimi prawami i wolno jej więcej.



Dla mnie książka Konwickiego to odpowiedź dana ponad kontynentami samemu Gombrowiczowi, który w „Trans-Atlantyku” pozwala wybrzmieć takim słowom: Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki: Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upirasz?

No właśnie… Bohaterowie Konwickiego to dzieci we mgle, w zaspach, na bagnach, w krzakach, w puszczy. Wciąż chodzą i z chodzenia tego budują całą mitologię oporu. Odmieniane na wszystkie możliwe sposoby słowo „chodzić” staje się nagle tym samym, czym w „Ferdydurke” gęba, pupa czy kupa. Staje się symbolem,  synonimem dreptania (i potykania się) wokół sprawy narodowej. I gdyby Konwicki kilka razy docisnął pedał groteski, a momentami był bardzo blisko, mielibyśmy powieść chyba nawet lepszą. Książkę, która obnaża złudzenia, bezlitośnie kpi z międzywojennej edukacji, w myśl której „im więcej, krwi tym lepiej”.

Bohaterowie? Przypominają upiorną parodię drużyny z „Władcy pierścienia” . Źle uzbrojeni (głównemu bohaterowi kilka razy broń wypala sama z siebie), fatalnie odżywieni, brudni, głodni, podtrzymywani na duchu skrzekliwymi dźwiękami taszczonego patefonu – obraz nędzy i rozpaczy ratujący poczucie sensu planowaniem „akcji” wymierzonych w nieistotne cele.

Żyją nadzieją – Anglicy wylądują (kiedyś? jakoś?) na Wileńszczyźnie, no przecież nie oddadzą takiej ziemi Ruskim. Pukają w okna białoruskim chłopom, których zarośnięte gęby nie wyrażają raczej ulgi, ale strach – grupa ludzi pod bronią ZAWSZE zwiastuje nieszczęście. Płoszą ich strzały erkaemów – prawdziwe? przyśnione w wielogodzinnym marszu? Uciekają przed prawdziwymi? przewidzianymi? patrolami bolszewików. Kradną konie, demolują posterunki milicji, odwiedzają w kółko te same zaprzyjaźnione dworki i domy. Zataczają kręgi, tańczą ten swój chocholi taniec, z którego wyrwać się nie można. W decydujących momentach pistolety nie wypalają, a jedyna udana spektakularna akcja kończy się groteskową kompromitacją, gdyż oddział napada na…jednego z komendantów AK, biorąc go za bolszewickiego szpicla.

O umęczenie, udręczenie…

Zadziwiające są momenty, gdy główny bohater przekracza granicę między „lasem” a „miastem”, gdzie w domu rodzinnym czeka na niego obezwładniająco naiwna matka. Konspiracja, walka, partyzantka jawią się wtedy jako coś nierealnego, odległego jak sen, który zapomina się w ciągu kwadransa. Cała ta zabawa w kotka i myszkę z bolszewikami, gonitwa po krzakach, ucieczki przed wyimaginowanymi obławami, z perspektywy „bezpiecznego” miasta pogrążonego w ludzkiej krzątaninie, wydają się idiotyczne, ale pociągające jak gra w podchody, jak cosplaye…

Książka kończy się niczym. Ci, którzy przeżyli, wychodzą z lasu i z podrobionymi dokumentami planują wyjazd na Ziemie Odzyskane. A ci, których miano za zamordowanych w słusznej sprawie, są cali i zdrowi. Handlują dolarami w Białymstoku…

środa, 6 lutego 2019

Przełamane życie wieszcza, czyli "Opowieść o Mickiewiczu" Pruszyńskiego

To była zdumiewająca lektura. I nie dla wszystkich, niestety, taką będzie. Mógłbym powtórzyć za Gałkiewiczem z "Ferdydurke": "Nikt nie czyta Mickiewicza. Nikt, tylko my w wieku szkolnym i to dlatego, że nas zmuszają". A gdzie tu jeszcze ktoś z własnej nieprzymuszonej woli czytałby O Wieszczu? Komu by się chciało dłubać w biografii najpierw pozłacanego, a potem odbrązawianego geniusza? 

Nie chwyciłbym za "Opowieść o Mickiewiczu" Ksawerego Pruszyńskiego, gdyby nie zachęta znajomego, który się z procesu Filomatów doktoryzował. "To napisana z największą pasją biografia. Trochę pozmyślane i ubarwione, ale to dobry początek". Mój znajomy miał rację - znakomicie się to czyta, widać, że pisał o Mickiewiczu literat nie lada piórem obdarzony, a nie suchotnik-biograf, który sam umarłby z nudów nad swoim dziełem.



Książka Pruszyńskiego znakomicie organizuje szkolną, dość pobieżną przecież, wiedzę o  życiu poety. Niby każdy może sobie sprawdzić, gdzie i kiedy, co i jak u Mickiewicza w życiorysie piszczało, ale Pruszyński przyprawia tę opowieść kapitalnymi, plastycznymi, barwnymi jak malarstwo rodzajowe, rekonstrukcjami środowisk, w jakich hartowała się dusza, charakter i wyobraźnia poety. Rodzinna Litwa, w której wciąż potężny był żywioł sarmacki, buzujące intelektualnie Wilno, depresyjne Kowno (tu poeta umierał jako nauczyciel "tępych żmudzkich łbów" i z nudów chyba również romansował z doktorową Kowalską), monstrualna wizytówka potęgi cara, Petersburg, zepsuta portowa Odessa (kolejna seria romansów), Drezno, Rzym, Paryż... I tak aż do śmierci. Najeździł się chłopak, najeździł. A na dodatek wszystko go inspiruje, napędza, pobudza, drażni, mobilizuje. 

Do pewnego czasu. Paryż (a tak naprawdę chyba środowisko Polaków, niestety, skłóconych po klęsce powstania listopadowego) był ostatnim ważnym przystankiem Mickiewicza-poety. "Pan Tadeusz" był ostatnim zamaszystym gestem autora, który "Balladami..." romantyzm otworzył, a Soplicowem przycisnął trumienną deskę epoki. Ostatnich 20 lat życia nie pisał niemal nic. Jeżeli cokolwiek spłynęło na papier, nie uchowało się - być może sam Mickiewicz spalił kolejne próbki literackie pod wpływem szkodnika Towiańskiego? Prawdopodobne.

Zawsze bolały mnie te dwie ostatnie dekady życia poety-niepoety. Wypstrykał się? Skończył? Przestał wierzyć w siłę literatury, a zainwestował w czyn? W pracę? Organizację polskiego legionu, którym chciał... No właśnie. Smutne to, zważywszy na to, że jako człowiek twardo stąpający po ziemi, Mickiewicz chyba żadnego istotnego sukcesu nie dożył, a jako "fantasta", "oryginał", "Azjata" (jak go nazywano po publikacji "Sonetów krymskich"), na trwale zapisał się w świadomości własnego  narodu, ba! zbudował jego tożsamość, przekonał o wyjątkowości, uświęcił klęski i nauczył je widzieć w innej niż tylko ziemskiej perspektywie.

"Opowieść o Mickiewiczu" odtwarza również nudny koszmar małżeństwa poety, odsłania powody, dla których tak a nie inaczej poprowadzono w epopei narodowej wątek nieszczęśliwych zalotów Jacka Soplicy, a przede wszystkim dokumentuje rozpad przyjacielskich więzi, jakie miały na wieki wieków amen spajać przyjaciół dzielących cele w klasztorze ojców bazylianów. 

Ciekawych oczywiście odsyłam do lektury "Opowieści o Mickiewiczu" - wzorcowa to "biografia". Cudzysłów chyba jest jednak w tym przypadku konieczny.

Polecam. Mocno. I już.

sobota, 2 lutego 2019

Zabawa przyjemna i pożyteczna, czyli "Fenix. Antologia 1(5)/2019"

"Fenix. Antologia" zdaje się okrzepł już w naszej przestrzeni wydawniczej. Tytuł wskrzeszony, postawiony na nogi przez siły wymieniane w stopce redakcyjnej, idzie krokiem równym i ostrym. Poziom został wyznaczony, granice, jakie wybierają piszący w nim autorzy, wciąż poszerzane. Innymi słowy, ważne i godne polecenia to zjawisko.

Trzymam w rękach kolejną odsłonę "Fenixa. Antologii".  Lekturę skończyłem kilka godzin temu, a w głowie wciąż obracam obrazy, jakie podrzuciły mi cztery z ośmiu zebranych opowiadań. Połowa? Zapamiętałeś tylko połowę? Tylko tyle zrobiło na Tobie wrażenie? Nie, nie o to chodzi - wszystkie zgromadzone teksty prozatorskie trzymają fason, mają prawo się podobać, a nawet zapłodnić wyobraźnię i zainspirować. Pchnąć w nieznane, czasem w mrok. Kwestią gustu i apetytu są moje wskazania takich, a nie innych tekstów.



Całość otwiera Agnieszka Hałas, której "Schronisko" buduje ciekawą architekturę zaświatów i pozwala wybrzmieć w finale apokaliptycznym nutom, dźwiękom słyszanym z daleka, ale silnym i czystym. Z kolei Ewa Białołęcka w "Papierowych wyspach" nie tylko z postmodernistyczną zręcznością kpi z superbohaterskiej inwazji, jaką obserwujemy w przestrzeniach popkultury, ale jej opowiadanie można również odczytywać jako subtelną antropologiczną wypowiedź. "Mrówki w Złotych Tarasach" Aleksandry Janusz to mocna, sugestywna wizja przyszłości zrujnowanej Warszawy, w której tytułowa świątynia konsumpcjonizmu, nie utraciwszy swojego magnetyzmu, wciąż przyciąga bardzo hmmm...postapokaliptyczną klientelę. Na deser zostawiam przetłumaczony przez Agnieszkę Hałas tekst Megan Lindholm  - "Srebrna Dama i facet po czterdziestce" to pyszny kawałek fantastyki, który łączy w sobie humor i magię spod znaku Terry'ego Pratchetta (ewentualnie Toma Holta), a z drugiej strony jest wiarygodną i gorzką rozprawą z nieudanym życiem i rozwiewającymi się marzeniami o lepszym jutrze. 

"Fenix. Antologia" penetruje również bezdroża, zaułki i manowce (pop)kultury. Rozpiętość tekstów zebranych pod szyldem "Publicystyka" jest imponująca - starożytne rzymskie pomniejsze bóstwa, kobiety z legend arturiańskich, spekulacje na temat ewentualnej czarnobylskiej powtórki z rozrywki... Jest co badać i czym się inspirować.

Zabawa przyjemna i pożyteczna. Bez dwóch zdań.

niedziela, 20 stycznia 2019

Nawet na bezrybiu, czyli "Imperium" Simaka

Trzeba się z tym liczyć za każdym razem, gdy zaczyna się przygodę z klasykami (czyli starymi dziadami najczęściej) gatunku. Trzeba podejrzewać, że w końcu trafi się na książkę archaiczną, spierniczałą, zbudowaną w garażu młodej przecież w latach 50 science fiction. Tak sprawy się właśnie mają z "Imperium" Simaka, jednego z istotniejszych twórców klasycznej fantastyki. I gdyby nie pewnego rodzaju niepisana umowa zawarta z samym sobą - zrecenzować niemal wszystko, co przeczytałem - ani razu nie uderzyłbym w klawisze, myśląc o tej właśnie książce.



A więc z czysto kronikarskiego obowiązku informuję:

- akcja książki dzieje się w przyszłości,

- Zły to podły monopolista na rynku energetycznym,

- Dobrzy to dwaj szlachetni naukowcy, którzy chcą ludzkości rozsianej w Układzie Słonecznym dać energię darmową, bo coś tam odkryli i to działa,

- odkryli również możliwość przesyłania informacji z prędkością większą od prędkości światła,

- odkryli też, że mogą podglądać i podsłuchiwać każdego w całej galaktyce,

- co bardzo wkurza Złego monopolistę, bo on knuł przeciw tym Dobrym,

- a ci Dobrzy namieszali również na giełdach papierów wartościowych, więc zdobyli masę dolarów, a Zły masę dolarów stracił,

- a więc nasyła na nich gangsterów, ale nie mają oni szansy w starciu z ludźmi, którzy odkryli, jak teleportować dowolnego człowieka z planety na planetę,

- w międzyczasie wybucha rewolta przeciwko Złemu, ale Zły przechodzi do kontrofensywy, bo znalazł sobie własnego zdolnego naukowca...

I tak to się toczy, z nerwem, biglem, ale wszystko to jakieś takie naiwne, płaskie, wyglądające na autoparodię gatunku, chociaż na początku lat 50 nikt jeszcze takich gierek nie uprawiał chyba.

Czy dodam coś więcej? Chyba nie. "Imperium" to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto już tysiąc innych lepszych pozycji obowiązkowych przeczytał. 

Czołem!

piątek, 18 stycznia 2019

Gdyby Leśmian pisał fantastykę, czyli 'Domostwo błogosławionych" Valente

Gdy przewróciłem ostatnią kartkę powieści Catherynne M. Valente i kolejny raz rzuciłem okiem na jedną z najładniejszych okładek, jakie w życiu widziałem, przyszła mi do głowy jedna myśl – gdyby Bolesław Leśmian pisał dzieła fantastyczne (jego baśniowych Przygód Sindbada Żeglarza nie liczę), to Domostwo błogosławionych można by śmiało podpisać jego nazwiskiem. Książka ta jest wymagającym, wyrafinowanym i egzotycznym partnerem do rozmowy i może zapewnić czytelnikowi kilkanaście godzin niezwykłych intelektualnych, momentami niemal sensualnych doznań, a z drugiej strony przytłacza ciężarem barokowej ornamentyki. Nie umiem jednoznacznie ocenić tej pozycji, ale wiem jedno – nie jest dla każdego.



Powieść jest przykładem tego, że literatura i w ogóle kultura karmi się samą sobą – Domostwo błogosławionych nie istniałoby bez ogromu średniowiecznej wyobraźni, bogato iluminowanych, wypełnionych opisami niezwykłych i groteskowych istot, bestiariuszy, legend i fantastycznej geografii mierzącej się z terra incognita. W ciemności średnich wieków pisarka znajduje nasiona, które kiełkują, rosną i inspirują do założenia fantastycznego ogrodu oszałamiającego swoim bogactwem, kolorami i zapachami.

Niełatwo opowiedzieć, o czym jest. Na ten sam problem natrafimy, gdy będziemy chcieli komuś streścić wiersz przywołanego na początku poety – obedrzemy go z całej tajemnicy, rozproszymy niezwykłą aurę, sprowadzimy do parteru czytelnego obrazowania i dosłowności, a jednocześnie pozostaniemy koszmarnie daleko od jakiejkolwiek prawdy o tekście. Przyszłym czytelnikom należy się jednak parę słów zarysowujących najistotniejsze dla fabuły elementy.

Domostwie błogosławionych znajdziemy kilka krzyżujących się ze sobą warstw fabularnych, które wzajemnie się, uzupełniają i dobudowują kolejne piętra opowieści. Starzejący się misjonarz, brat Hiob z Lucerny, u progu XVIII stulecia, wieku rozumu, wybiera się w podróż na Wschód, w kierunku baśniowego Orientu, od zawsze w kulturze europejskiej kojarzonego z egzotyką i niesamowitością. Tam właśnie bohater znajduje drzewo rodzące książki zamiast owoców. Z utworów tych, żarłocznie pochłanianych przez brata Hioba, wyłania się obraz sprzed niemal pięciuset lat – królestwo legendarnego Jana Prezbitera, zagubionego na Wschodzie księdza, którego pochłonęły „cuda i dziwy” Orientu. Dodatkowo Valente opisuje intymne wyznania żony Prezbitera, Hagii (bezgłowego stworzenia mającego twarz na klatce piersiowej), oraz poetyckie baśnie opowiadane królewskim dzieciom przez piastunkę. Całość tworzy migotliwą i hipnotyzującą całość, której nie sposób zrelacjonować, by nie zniszczyć jej unikalnego kształtu.

Mocnymi stronami tej książki są język i obraz. Pisarka w zdumiewający sposób, godny mistrzów stylizacji, kształtuje swoją prozę. Jesteśmy dokładnie po drugiej stronie realizmu, który wymagał przezroczystości języka – czytający miał koncentrować się na fabule, związkach pomiędzy postaciami etc. Natomiast Valente meandruje, ubarwia, rozrzuca epitety i poetyckie synestezje; każde zdanie jest komunikatywne, a jednocześnie zatrzymuje na sobie uwagę zmuszając do wyobrażania sobie barw, dźwięków, zapachów; sugeruje archaiczność – z jej patosem, figurami stylistycznymi, zabiegami retorycznymi.

Autorka ma również ogromny dar tworzenia unikalnych, mających surrealistyczny wydźwięk, obrazów. Odrobina trudu, jaki trzeba podjąć, by nadążyć za wyobraźnią Valente, zostanie nagrodzona w dwójnasób. Oszałamiające wizje miejsc, fantastycznych istot i egzotycznych mechanizmów życia wysypują się z niemal każdego akapitu. Lektura książki musi być powolna, by nie przeoczyć niczego w jej przedziwnym wnętrzu.

Gdyby mnie zapytać o przynależność gatunkową tej powieści, odpowiedziałbym, że najbliżej jej do fantasy. Naturalnym żerowiskiem jego twórców jest średniowiecze, ale w odróżnieniu od Valente zazwyczaj chwytają oni to, co widzialne gołym okiem, i umocowane w zbiorowej wyobraźni odbiorców kultury. Porozumienia z czytelnikiem szukają na najbardziej fundamentalnym z poziomów. Natomiast w Domostwie błogosławionych niepodzielnie rządzi to, co wyobrażone i przetrawione w procesie interpretacji wieków średnich. Chociaż w książce słychać wyraźne echa i legend arturiańskich, i opowieści Chaucera, to jednak nigdzie nie spotkamy dosłownych odniesień. Tekstem rządzi zasada sugestii i aluzji, które od pierwszej strony mają za zadanie wciągnąć czytelnika i spętać go szlachetną iluzją.

Posługując się pewnymi naturalnymi dla formy recenzji uogólnieniami i uproszczeniami, należy napisać, że powieść Valente jest patetycznym hołdem złożonym ludzkiej wyobraźni, potrzebie wiary i duchowości. Nie jest to jednak książka, która podbije serca masowego czytelnika. Ten chyba będzie gubił się w labiryntach narracji, a jego wzrok będzie przeskakiwał z akapitu na akapit, by znaleźć fabularny punkt zaczepienia. Cierpliwy i szukający szlachetniejszych podniet odbiorca w pełni Domostwo błogosławionych doceni.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Pomiędzy doktorem Rieux a wojakiem Szwejkiem

Tak autotematycznie będzie. Ostatnio nie można inaczej. Nie da się milczeć w sytuacji, gdy polska oświata, której jestem pracownikiem, przypomina miasto, które w czasie działań wojennych przechodziło z rąk do rąk. Żadna ze stron nie wierzyła, że może na dłużej utrzymać swój stan posiadania, więc gwałtownie, bez większego namysłu, planowała zagospodarowanie zdobytej przestrzeni. Nikt oczywiście nie przejmował się mieszkańcami tego miasta. Mieli oni przed tym, raz przed innym portretem czapki zdejmować i, broń Boże, nie przyzwyczajać się do aktualnej sytuacji. Zmieni się władza, zmienią się reguły.

I w takiej właśnie rzeczywistości przyszło żyć nauczycielom. To nawet nie jest oblężone miasto. Szkoła się nie broni, szkoła przechodzi z rąk do rąk i widzą to tylko ci, którzy zakotwiczyli w niej na dłużej niż na jeden cykl nauczania. Uczeń tego nie dostrzeże. Rodzic być może. Nauczyciel widzi to aż zbyt wyraźnie.

Nie będę jednak pisał o systemie. Takich ambicji nie mam i cierpliwości, by punktować wszystkie jego wady. Napiszę o nauczycielstwie. Moim, podkreślam.

Kiedyś mnie olśniło. Wymyśliłem sobie, że jestem jak doktor Rieux i wojak Szwejk. W tym samym czasie lub na zmianę. Oczywiście nie da się zrozumieć tej subtelnej metafory bez znajomości fundamentów literatury XX wieku. Bez Camusa z jednej strony i Haszka z drugiej. Mam jednak nadzieję, że czytający te słowa nie mają problemu z tymi nazwiskami i postawami.

Uczyć chciałem od zawsze, czyli od drugiej klasy liceum, gdy zmieniwszy szkołę, trafiłem do klasy prowadzonej przez kogoś, kogo mogłem nazwać Profesorem. Był to człowiek magnetyzujący, pociągający, mądry i odważny. Miał swoje poglądy i słabości.

Jedna z najważniejszych jego nauk (usłyszałem, gdy przyszedłem na praktyki po czwartym roku) brzmiała:

- Pamiętaj, najczęściej lekcje prowadzi się dla dwóch, może trzech uczniów.

I pomimo tego (a może właśnie dlatego) pracuje się. Stara. Walczy i szarpie. Wymyśla. Tworzy. Analizuje. Wyciąga błędy i zaczyna na nowo to samo. Tak to właśnie wygląda. Mnie, proszę państwa (a możecie mi nie wierzyć, nie ma obowiązku), napędza poczucie obowiązku. Obowiązku przede wszystkim wobec samego siebie, swojej pasji, nazwijmy to inaczej powołaniem.

To jest ten sam imperatyw, który nakazuje lekarzowi leczyć, księdzu iść z posługą, policjantowi (po służbie nawet) pilnować porządku. Ten sam silnik mamy zainstalowany, chociaż naszymi konstruktorami są różne siły i porządki. Nie umiem tego z siebie wyrwać. Wykorzenić. Zepsuć nawet. Silniejsze jest to ode mnie.

Trzeba mnie sobie wyobrazić szczęśliwym, gdy wtaczam na górę kamień, zostawiam go tam, oglądam się za siebie, a u podnóża góry tłoczą się kolejne i kolejne. Schodzę po nie i wtaczam na nowe. Większe lub mniejsze. Cięższe lub lżejsze.

I wiem, że w ostatecznym rozrachunku nie osiągam wiele. Parę osób przeczyta coś więcej? Ktoś się zamyśli? W kimś zasną jakieś moje słowa, by po latach się obudzić i wwiercić się w świadomość? Co ja wiem o tych, których uczę? Coś tam wiem, przeczuwam. Ale co ja wiem o tym, co z robią "ze mną"? Ze światem, który im pokazałem? Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem. Tak to już jest wymyślone.

Sieję, ale nie zbieram, bo egzaminy maturalne i być może podjęte studia żniwami żadnymi nie są.

W dniach ostrej walki o ogień, gdy nauczyciele protestują na różne sposoby, by przypomnieć o swoim istnieniu, nie umiem myśleć, że protestuję tylko i wyłącznie w imieniu talarów, jakie miałyby do mojej kabzy wpaść. Nie. Gdybym miał przeświadczenie, że wszystko w szkole jest w porządku, a tylko i wyłącznie pieniędzy mi brakuje, nie solidaryzowałbym się z protestami.

W szkole jest jednak bardzo nie w porządku, chociaż nie pora i miejsce, by o tym pisać. Chaos, zawężenie pola wolności nauczycielskiej, brak możliwości spokojnej i skupionej pracy, niedobory finansowe, wieczne dokumentowanie własnych osiągnięć, fikcja pracy z uczniem zdolnym, zrzucanie coraz większej ilości obowiązków na "zwykłego" przedmiotowca, który ma być specjalistą od terapii uczniów z różnymi dysfunkcjami... Mogę dłużej.

Gdyby tego wszystkiego nie było, zniósłbym swój skromny status. Zniósłbym. Proszę mi nie wierzyć, jeśli łaska.

Może to naiwne, głupie, nieżyciowe. Może gotuję swoim dzieciom los "dzieci nauczyciela", ale nie umiem li tylko o pieniądzach myśleć. Może to idiotyczne, ale nic nie zastąpi mi takich chwil jak ta, gdy (co roku) zaczynam omawiać "Lalkę" i czytam na głos cały pierwszy rozdział powieści. Zażywni panowie zamawiają kolejne piwa i spekulują o nieobecnym, niewidzialny, szalonym Wokulskim. Zawsze słyszę wtedy w głowie gwar jadłodajni, brzęk stawianych butelek i skrzypienie krzeseł, na których rozpierają się przedstawiciele średniej klasy średniej...



I siedzę jak ten dr Rieux, patrzę na szkołę, jak na miasto, które co chwilę jakaś nowa zaraza dusi, i wiem, że odejść nie mogę. Nie dam rady.

Z drugiej strony jednak budzi się we mnie Szwejk, frontowy nihilista, któremu stawiano by  raczej postumenty z napisem "Stąd uciekł", zamiast "Tutaj poległ". Szwejk, który widząc patologię edukacji, jej absurdy, pułapki, brzydotę, górnolotne założenia skonfrontowane ze skrzeczącą rzeczywistością, może się tylko śmiać.

Autorytet takiej Placówki, jaką jest polska szkoła, można jedynie ośmieszyć. Można ją zwodzić, szydzić z niej, grać podkręcone piłki, by nie oszaleć. Można prowokować takie sytuacje lekcyjne, by pokazać umowność tej relacji "nauczyciel-uczeń". Można samego siebie deprecjonować. Dbać o własną skórę? W szkole? A ileż jest ona warta?



(Przypomina mi się mój dawno niewidziany kolega. Jeden uczeń notorycznie przychodził do niego i mówił: "Proszę pana, a dlaczego to jest źle? Dlaczego tak nie może być to sformułowane? Miałbym wtedy piątkę, a nie cztery z plusem." Na to mój kolega wziął pióro, zamaszyście napisał mu ogromną czerwoną piątkę na kartkówce i zapytał: "Masz cyferkę 5 na kawałku papieru. Jesteś teraz szczęśliwym człowiekiem?" Tak trzeba żyć.)

Bo tylko na śmiech zasługuje system, w którym nic nie działa tak, jak trzeba. To wszystko jest nieważne, myślę sobie, to nie ma najmniejszego znaczenia. Ja czytać umiem, moje dzieci też, a więc cała reszta to dodatek, rysunek na marginesie aktywności życiowej, błazeństwo na scenie.

Taki Szwejk.

I takie dwie nogi moje, jak z wiersza Herberta. No ale trzeba chyba szkoły, by nauczyła i tego Herberta czytać, i nawet z Panem Cogito się zapoznać.

Wybaczcie te rozważania. Być może zupełnie zbędne. Niepotrzebne nikomu poza mną. A i być może ja, gdy się jutro obudzę, uznam je za głupie, naiwne i nieprzemyślane. Być może usunę je, a może nie.

Com napisał, napisałem.

piątek, 4 stycznia 2019

Dziś nie ma czasów, czyli "Pawilony" Bielickiego

Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Ten internetowy szlagwort jak bumerang powraca przy okazji nostalgicznych eskapad podejmowanych najczęściej w kierunku arkadyjskich lat 90. Kraju lat dziecinnych, o którym legendy powtarzają kolejne roczniki opanowujące Sieć. 

Dziś nie ma czasów, mówi mi tomik Dominika Bielickiego pt. „Pawilony” nagrodzony w Gdyni Ważną Nagrodą. Tomik bardzo dobry, komunikatywny na fundamentalnym poziomie, na który mogą wdrapać się niedzielni odbiorcy poezji (taki ja na przykład). Dający po oczach ostro (cyfrowo?) zarysowanymi postaciami, scenami, dialogami, w których z łatwością rozpoznamy opiłki języka, którym się posługujemy i który z nas też robi jakiś tam użytek. 



Najprościej oczywiście spojrzeć na „Pawilony” jak na serię zdjęć – zbliżeń, które pokazują ludzi w miejskim środowisku. Brzmi banalnie, oczywiście że tak. A to dziewczyna kupuje naleśniki, ktoś inny w ciszy wcina hot dogi, szycha w wielkiej firmie nudzi się, bezdomny wtajemnicza młodego bezdomnego w tajniki bezdomności, programiści walczą z kodami programów, pasażerowie autobusu, kierowcy stojący w korku… Góry i doły, wyżyny i bagna cywilizacji. Oczywiście to bardzo proste i chyba zbyt płaskie, by uwierzyć w teoretycznie dominujący w „Pawilonach” imaginistyczny rys. 

Tu jest dużo więcej, bo (moim zdaniem) ważniejszy jest w tej książce ten, który patrzy, od tego, na którego patrzy. Ważniejszy jest ten (szumnie go nazwijmy) flaner, miejski snuj, podglądacz i podsłuchiwacz, który domyśla się nie biografii, ale tego, co być może wpisali w swoje CV obserwowani przez niego bohaterowie. Bohaterowie, którzy w odróżnieniu od podmiotu lirycznego, wpasowali się w przeznaczone im role i płynnie, bez zająknięcia, odgrywają swoje komedyjki w czasie rozmów kwalifikacyjnych, powierzchownych wymian uprzejmości, nawet rozmów z samymi sobą. 

I jeszcze więcej – mamy nie tylko ludzi, ale umiejętnie (przyznajmy, nieco to przewidywalne, ale lubię i rozumiem) wprowadzone na scenę  artefakty pochodzące ze starych dobrych czasów. A to wnętrze nieistniejącej wypożyczalni kaset video, a to tytułowe pawilony postawione w epoce, gdy hartował się nasz bieda-kapitalizm, w końcu dom handlowy, autentyczny mamut, który rozmagnesował się w starciu z galeriami handlowymi i stracił moc wabienia klientów. Bielicki ładnie o tym opowiada. Zależy mu. To widać.

Mnie jednak najsilniej uderzają inne obserwacje. Bielicki jest kronikarzem rozpływającego się, rozlewającego miasta, które traci kontury, charakter i wewnętrzne hierarchie. Miasto opisywane w "Pawilonach" ma jednak oblicze, które w Poznaniu malowniczo ujmuje powiedzonko „Dziś na Jeżycach łatwiej dostać wegańskie pierożki niż wpierdol”. Domyślacie się, że Jeżyce to taka dość szemrana okolica (chyba) była… 

Ginie lub przechodzi metamorfozę pewien twardy rys (obrys?), wykute w trudniejszych czasach charaktery, „opresyjne” wzorce męskości i sprawowania władzy, siła – to wszystko zostaje rozmyte przez płynną, rozleniwiającą, słodką i wymuskaną nowoczesność. W najważniejszym moim zdaniem tekście książki pt. „Rzeźnia w wolskiej Gamie” padają słowa:

(…)Nastali radni z zarządów deweloperów,
Którzy nie potrafią obchodzić się z bronią
(…)
Którzy zamiast zdrowo pierdolić książki,
Kochają Sapkowskiego, znają się na winie.

Nie, proszę Państwa, dziś nie ma czasów, bo żeby były, wszystko musi płynąć dwa razy wolniej. 

A, cholera, nie chce. 

czwartek, 3 stycznia 2019

Póki tłoki pracują, czyli "Blackwater. Magia i stal" Pierumowa


Ja już najprawdopodobniej dawno temu wyrosłem z tego typu literatury. Z roku na rok coraz starszy jestem i rzadko co i rzadko kiedy jest mnie w stanie porwać, zachwycić, ruszyć, wzruszyć. Dla takich starych dziadów to ewentualnie żywoty świętych pańskich, „Kazania sejmowe” Piotra Skargi lub „Rodzina Połanieckich” Sienkiewicza (którą akurat czytam powolutku). Nie znaczy to jednak, że kompletnie oślepłem i straciłem węch. Doceniam, a nawet z czystym sumieniem czasem polecę coś, co nie jest adresowane akurat do mnie. Tak się sprawy mają w przypadku książki Nika Pierumowa „Blackwater. Magia i stal”.

Rosyjski autor zasłynął w świecie fantastyki jako rewizjonista -  tworząc swoistą kontynuację kanonicznej opowieści Tolkiena, odwrócił zło i dobro, wymieszał wartości, zrelatywizował prosty i klarowny świat Śródziemia. Został zauważony, chyba nawet słusznie.

Książka, którą mam przed sobą, również tylko na pozór jest oczywistą historią dziejącą się w rzeczywistości wypełnionej łatwo rozpoznawalnymi, utrwalonymi w świadomości odbiorców gatunku, elementami pochodzącymi z takich gatunków jak steampunk czy magiczne bildungsroman a la Harry Potter. Pod powierzchnią tej powieści są piwnice i lochy, w które warto się chyba zapuścić. A są one dla mnie o wiele ciekawsze, niż ładnie oświetlone przestronne pokoje na piętrach.



Fabularnie Pierumow nie zaskakuje za bardzo. Wprowadza nas w klasycznie zaprojektowaną przestrzeń, w której ścierają się ze sobą dwie opozycyjne siły. Początkowo świat przyjdzie nam poznawać za sprawą nastoletniej Molly Blackwater, która żyje w Nord Jorku, w mieście-molochu przypominającym skrzyżowanie Metropolis (Fritza Langa) i wiktoriańskiego Londynu. Bród, węglowy pył, potężne maszyny pracujące w trzewiach fabryk, zastępy robotników powoli spychanych na margines egzystencji za sprawą rewolucji technologicznej będącej owocem tryumfującego racjonalizmu, oficjalnej doktryny państwa.

W tym świecie magia jest zakazana, a ludzie wykazujący zdolności magiczne wtrącani do więzień. Ja wiem, brzmi to dość sztampowo i prowadzi nas prostą drogą w kierunku oczywistego zawiązania fabuły – główna bohaterka odkrywa w sobie zakazane „właściwości”, co rzecz jasna wywołuje u niej paniczny strach, gdyż dziewczyna doskonale wie, co się stanie, gdy dowiedzą się o tym odpowiednio mroczne służby.

I jeszcze jedno – Królestwo, którego obywatelką jest panna Blackwater, toczy zażartą walkę z niejakimi Rooskies, którzy stojąc na nieco niższym szczeblu rozwoju cywilizacyjnego nie pozwalają sobie w kaszę (ze skwarkami) dmuchać i dzielnie bronią swojej niezależności. Stali, silnikom parowym i potędze pociągów pancernych przeciwstawiają siłę ducha, odwagę i (a to ci niespodzianka) magię.

Czujecie? Pierumow ładnie sobie zakpił z wszelkich stereotypów na temat własnych ziomków. Rooskies odsyłają nas do stygmatyzującego określenia „Ruski” (co w mniej wrażliwych na uroki słowiańszczyzny uszach może nie zostać wysłyszane). Rooskies, początkowo portretowani jako barbarzyńcy, dzikusy i niebezpieczni nieokrzesańcy, z czasem zyskują w oczach nie tylko samej bohaterki, ale również czytelników. W odróżnieniu od bezdusznego i niemal totalitarnego Królestwa, dystyngowanego i wyrafinowanego mocarstwa, pielęgnują inne cnoty – odwagę, żywiołowość, dumę wynikającą z poczucia przynależności do wolnych istot, których nie krępuje stechnicyzowana cywilizacja.

Ta powieść to hymn ku czci czegoś, co nazwać można słowiańską (a już na pewno rosyjską) duszą. Przychodziło mi na myśl nawet, by nazwać Pierumowa pomniejszym piewcą idei panslawizmu, ale mam chyba za mało argumentów, by to zrobić.

Tak czy siak całkiem dobrze się czyta „Magię i stal” jako ilustrację pewnych tarć cywilizacyjnych, których świadkami przecież byliśmy i wciąż jeszcze jesteśmy. Umowny świat Zachodu i jego kultura nieustannie przecież próbowała skruszyć pomniejsze ośrodki charakteryzujące się odmienną obyczajowością, tradycjami, wzorami życia społecznego. Do pewnego momentu doskonale się to udawało. Teraz z tego, co widzę, maszyna Zachodu zaciera się, w jej tryby dostaje się coraz więcej piasku i być może za kilka pokoleń fabryka definitywnie zatrzyma produkcję.

W świecie Pierumowa wciąż jednak tłoki sumiennie wywiązują się ze swoich zadań. Czyżby się spóźnił ze swoją diagnozą?

piątek, 28 grudnia 2018

Ów rok 2018

To był w sumie dobry czytelniczy rok. Przeczytałem o wiele więcej dobrych i bardzo dobrych książek, niż w roku 2017, chociaż wchodzę w rok 2019 ze sporym długiem. Najważniejszym dłużnikiem jest chyba Henryk Sienkiewicz i jego "Rodzina Połanieckich" - nie ma wyjścia, muszę to dokończyć, choćby się waliło i paliło. Podobnie rzecz ma się z jednym Asimovem i jednym Dygatem. Będzie dobrze, mówię sobie, będzie dobrze.

A co w tym roku mnie szczególnie chwyciło (oprócz skurczów w łydce; wybaczcie suchar)? Oto moja lista z odnośnikami do konkretnych recenzji. Częstujcie się.

Odkrycie 

Tutaj Upiorna opowieść Strauba. 600 stron i horror. Dla mnie mieszanka teoretycznie nie do udźwignięcia, ale... Dałem się porwać tej piekielnie zimnej rzece. 

Zaskoczenie 

Opowiadania Roberta Sheckleya. Prawdziwe i najszlachetniejsze oblicze złotej ery fantastyki naukowej. Zabawne, przewrotne, uroczo naiwne. Dla smakoszy.

Proza 

Oczywiście Profesor Stoner - realizm w najczystszej postaci. Przesmutna historia życia, życia, życia, a potem śmierci. Upadki, wzloty, upadki, wzloty. Jakbym czytał o kimś bliskim, a raczej staram się traktować bohaterów jako elementy świata przedstawionego.

Rozczarowanie

Dumanowski Szostaka. Lubię tego autora. Dwie jego poznane wcześniej powieści kazały mi udzielić mu sporego kredytu zaufania. Nie udało się. A przy okazji zobrzydził mi Kraków.

Grzeszna przyjemność

Stwór Johna Saula. Fantastyczny "b-klasowy" horror. Czytając, słyszałem w głowie głos Tomasza Knapika. If you know, what I mean...

Poezja

To oczywiście Czuchnowski i jego Szpik egzystencji - ponad dwieście stron poematów o twardym, brutalnym życiu, z którego poezja wyparowała, ana jej miejsce wpłynął naturalizm i egzystencjalizm. Cokolwiek bym napisał, nie opiszę znaczenia tej książki.

To chyba wszystko, chociaż powinienem jeszcze Philipa Rotha wymielić i jego znakomitą gorzką przypowieść. No i jeszcze opowiadania Wellsa Towera. A Camus to gdzie?

Mam nadzieję, że w nowym roku będziemy się widywać równie często, a i interakcji w tej mojej niszy kilka się znajdzie.

Trzymajcie się!