piątek, 28 grudnia 2018

Ów rok 2018

To był w sumie dobry czytelniczy rok. Przeczytałem o wiele więcej dobrych i bardzo dobrych książek, niż w roku 2017, chociaż wchodzę w rok 2019 ze sporym długiem. Najważniejszym dłużnikiem jest chyba Henryk Sienkiewicz i jego "Rodzina Połanieckich" - nie ma wyjścia, muszę to dokończyć, choćby się waliło i paliło. Podobnie rzecz ma się z jednym Asimovem i jednym Dygatem. Będzie dobrze, mówię sobie, będzie dobrze.

A co w tym roku mnie szczególnie chwyciło (oprócz skurczów w łydce; wybaczcie suchar)? Oto moja lista z odnośnikami do konkretnych recenzji. Częstujcie się.

Odkrycie 

Tutaj Upiorna opowieść Strauba. 600 stron i horror. Dla mnie mieszanka teoretycznie nie do udźwignięcia, ale... Dałem się porwać tej piekielnie zimnej rzece. 

Zaskoczenie 

Opowiadania Roberta Sheckleya. Prawdziwe i najszlachetniejsze oblicze złotej ery fantastyki naukowej. Zabawne, przewrotne, uroczo naiwne. Dla smakoszy.

Proza 

Oczywiście Profesor Stoner - realizm w najczystszej postaci. Przesmutna historia życia, życia, życia, a potem śmierci. Upadki, wzloty, upadki, wzloty. Jakbym czytał o kimś bliskim, a raczej staram się traktować bohaterów jako elementy świata przedstawionego.

Rozczarowanie

Dumanowski Szostaka. Lubię tego autora. Dwie jego poznane wcześniej powieści kazały mi udzielić mu sporego kredytu zaufania. Nie udało się. A przy okazji zobrzydził mi Kraków.

Grzeszna przyjemność

Stwór Johna Saula. Fantastyczny "b-klasowy" horror. Czytając, słyszałem w głowie głos Tomasza Knapika. If you know, what I mean...

Poezja

To oczywiście Czuchnowski i jego Szpik egzystencji - ponad dwieście stron poematów o twardym, brutalnym życiu, z którego poezja wyparowała, ana jej miejsce wpłynął naturalizm i egzystencjalizm. Cokolwiek bym napisał, nie opiszę znaczenia tej książki.

To chyba wszystko, chociaż powinienem jeszcze Philipa Rotha wymielić i jego znakomitą gorzką przypowieść. No i jeszcze opowiadania Wellsa Towera. A Camus to gdzie?

Mam nadzieję, że w nowym roku będziemy się widywać równie często, a i interakcji w tej mojej niszy kilka się znajdzie.

Trzymajcie się! 

niedziela, 23 grudnia 2018

Zwykłe ordynarne życie, czyli "Szpik egzystencji" Czuchnowskiego

Chyba niepotrzebnie zawęziłem sobie horyzont poznawczy, gdy myśląc o polskiej poezji emigracyjnej, przywoływałem zaledwie kilka „szkolnych” nazwisk. No bo wielcy uciekinierzy, Lechoń i Wierzyński, którzy nigdy nie odkleili się od Polski, nigdy nie wyparowała z nich Ziemiańska, do końca grać im miały czarne fortepiany. No bo Baliński. Ładny, elegijny, kapliczki na rozstajach dróg i dworki pobielane. Miłosz? No wiadomo… 

Nazwiska innych można wymieniać jeszcze długo, ale wspólny mianownik będzie zawsze podobny – albo odtwarza się zmiażdżony kataklizmem wojny świat, albo stara się zapuścić korzenie w „miejscach wspólnych” kultury europejskiej.

Przez jakiś czas poezja ta była mi całkowicie obca, potem zaś nawet wzruszała obrazami brzydko starzejących się niegdysiejszych literackich bożyszczy, którzy pozamykani w anonimowych hotelowych pokojach, szlochali nad utraconym wszystkim.

Taki „polonistyczny” wręcz obraz okazał się dziurawy, niepełny, wielce niekompletny. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy trafiłem na książkę Mariana Czuchnowskiego „Szpik egzystencji”.

To prawie 240 stron poematu. A może powieści wierszem? Lawiny słów czasem pozbawione interpunkcji i pocięte zgodnie z rytmem kolejnych wplatających się w opowieść głosów? Czytanie tej książki przypomina czesanie zapuszczanych przez 20 lat włosów – tak sobie pomyślałem.



Nie chcę Was zanudzać biografią poety; dość powiedzieć, że od zawsze lewicował, jego przedwojenne wiersze orbitowały wokół planety Czechowicza, chociaż zdążył jeszcze przed rokiem 1939 pokazać się jako wrażliwy i ostry liryczny komentator społeczny. Więzień łagrów, żołnierz armii Andersa, po wojnie londyńczyk z wyboru. Śmierć w roku 1991. Długo żył.

Niełatwo będzie kogoś przekonać do tej książki, która jest moim skromny zdaniem jednym z najważniejszych wydarzeń literackich odnotowanym przeze mnie na skromnym poletku naszej kultury.

Utwór publikowany wcześniej we fragmentach, rozproszony w emigracyjnych pismach, nie dawał się do tej pory poznać w całej swojej rozpiętości. Dopiero powolna, rozłożona na kilka dni (tygodni?) lektura, wgryzanie się w tekst, płynięcie nim, pozwala w pełni docenić rangę przedsięwzięcia Czuchnowskiego.

Czym „Szpik…” jest? Na pozór spontaniczny, „gorący” zapis rzeczywistości. Coś na kształt dziennika? Pamiętnika? Zestaw krzyżujących się ze sobą głosów, intymnych wyznań, portretów malowanych szybkimi pociągnięciami pędzla? Podsłuchane spowiedzi, do jakich przystępuje się w czasie przerwy na papierosa lub nad kolejną butelką ciemnego piwa.

Czy cokolwiek Wam to mówi? Nie wiem.

Książka składa się z długich, ciągnących się na przestrzeni kilkunastu stron poematów, których bohaterami są ludzie, jakim nie udało się dojechać do końca trasy rollercoasterem życia. (Piękna metafora, nie ma co…) Poeta oddaje im głos, pozwala się wygadać, wyżalić, opowiedzieć o drobnych tryumfach i srogich porażkach. Nie ma jednak w tych historiach za grosz morału, nie ma drugiego dna, nie znajdziemy pokrzepienia lub pouczenia. Trafimy na fotograficzną wręcz wierność rzeczywistości, nie-do-udźwignięcia niemal ciężar detali, dzięki którym zyskać można wiedzę na temat losu, jaki zgotowało ludziom dwudzieste stulecie.   

Czuchnowski nie jest kaznodzieją. Żaden z życiorysów nie staje się pompatyczną parabolą, przypowieścią, ilustracją mechanizmów historii. Niczemu nie przypisuje się tu drugiego dna. Życie to życie i służy do życia: 

„zwykłe ordynarne życie/ cóż może być od niego bardziej ordynarnego/ bardziej drogiego czysta naga egzystencja/ trwanie praca jedzenie sen sen praca jedzenie/ rok za rokiem tak samo praca jedzenie/nie sądzę żeby ktoś wymyślił lepszą rzecz niż życie/ co jednak można wymyślić lepszego/ niż praca jedzenie i sen”

Kto tak mówi? Bohater, który wraca z pracy, siada z córką do lekcji i czeka na powrót żony z pracy. Boże, myślę sobie, przecież to o mnie…

Można „Szpik egzystencji” czytać o wiele uważniej i mądrzej – uniwersyteckie dysertacje wyciągną z Czuchnowskiego tyle, ile kuter rybacki z bogatego łowiska. Ja mam tylko niewielką wędkę i łódkę, którą pływam sobie, ciesząc się pogodą i pobłyskami słońca na łamiących się falach.

Z czystym sumieniem – jedna z książek roku, chociaż nie dla wszystkich i niezgrabnie opisana.

środa, 5 grudnia 2018

Puste orzechy, czyli "Dumanowski" Szostaka

Pisarzy, którzy starali się zaglądać pod podszewkę polskości, można liczyć na kopy. W każdy możliwy sposób, przy pomocy dowolnej stylistyki, gatunku, rodzaju literackiego lub kategorii estetycznej rozprawiano się z Polską. Chwalono ją albo ganiono, uświęcano lub odbrązawiano. Kazano się kajać lub dumnie nosić swoje blizny. Ktokolwiek chciał wyrobić sobie jakieś zdanie o Polsce lub podeprzeć własną optykę literaturą, miał do dyspozycji setki książek – autorów pierwszorzędnych i drugorzędnych. Innymi słowy, rodzimi twórcy uwielbiają siłować się z polskością i, co oczywiste, raz z tej konfrontacji wychodzą obronną ręką, innym razem temat wydaje się ich przerastać.

Polska historia zaś aż prosi się o dziesiątki swoich alternatywnych wersji. Ogromna liczba „punktów węzłowych”, za sprawą których pociąg dziejów pojechał tam a nie gdzie indziej, sprawia, że bardzo łatwo spekulować na temat tego „co by było gdyby…”


Wit Szostak tworzy biografię fikcyjnego bohatera i osadza ją w fikcyjnej Polsce. To oczywiste, wynikające z powierzchownego odczytania stwierdzenie musi zostać jednak obudowane kilkoma informacjami, które pozwolą w pełni docenić ambitny zamiar pisarza oraz zrozumieć, dlaczego powieść ta nie spełnia pokładanych w niej nadziei.

Zacznijmy jednak od początku – pierwsze strony podzielonej na krótkie rozdziały powieści przesycone są głębokim smutkiem. Dowiadujemy się, że zmarł właśnie „ojciec” wszystkich Polaków, przywódca o cechach biblijnego patriarchy, sprawiedliwy, dostojny, mądry wizjoner – Józefat Dumanowski. Przygotowania do ceremonii pogrzebowej, dziwny stupor, w jakim pogrąża się rzeczywistość, ludzie z otoczenia zmarłego, których nagle opuszcza poczucie sensu, żałoba rozlewająca się wraz z wiadomością o śmierci – to wszystko stanowi znakomitą ekspozycję tekstu. Jego dalsza część odtwarza losy tytułowego bohatera będącego ucieleśnieniem snu Polaków o idealnym, skrojonym na miarę marzeń i oczekiwań, przywódcy narodu.

Kim jest Dumanowski? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Jego pochodzenie jest niejasne, zanurzone w mrokach niedopowiedzeń, domysłów, które później przeobrażą się w legendę, rodzaj założycielskiego mitu. Dalsze partie opowieści to prawdziwa feeria przygód i mniejszych lub większych awantur. Szostak przemieszcza bohatera po całym kontynencie europejskim i, opisując poszczególne eskapady, udowadnia, że jak ryba w wodzie czuje się w gąszczu nawiązań, sugestii, kontekstów i skojarzeń. Życie Dumanowskiego splecione z XIX-wiecznymi „znakami rozpoznawczymi” tworzy naprawdę apetyczną mieszankę, a tytułowy bohater na tle swojej epoki nieustannie przeobraża się niczym Proteus z fraszki Kochanowskiego.

Cóż jednak z tego, skoro powieść najczęściej nie przynosi wiele więcej poza satysfakcją rozpoznania znanej ale zapomnianej melodii? Szostak co rusz porozumiewawczo mruga do nas okiem, nawiązując do jak największej liczby bohaterów, scen, symboli i miejsc kojarzących się z opisywaną epoką. Już sam początek książki zapowiada strategię, którą konsekwentnie rozwija autor – jeden z pierwszych epizodów to opis Dumanowskiego, który wraz ze swoim przyjacielem ucieka z pobitej w Rosji napoleońskiej armii i w mniszym przebraniu, udając tajnego emisariusza, wędruje bezdrożami Litwy. Brzmi znajomo, prawda? Takich „zagadek” znajdziemy dużo więcej.

Potencjalny czytelnik Dumanowskiego kuszony jest również obecnymi na kartach powieści postaciami Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Można jednak mieć wątpliwości, w jakim celu Szostak zamienił wieszcza w pretensjonalnego antypatycznego dziwkarza, a Słowackiego w opętane dziwną manią indywiduum? Taki patent rzecz jasna da się obronić, żonglując hasłami o zrzucaniu z cokołów narodowych świętości, ale w moich uszach pomysły pisarza brzmią jak wystrzały ślepymi nabojami, które tłumaczy wyłącznie wewnętrzna logika powieści i wolność artystycznego wyrazu. Autor żadnej nowej warstwy Mickiewiczowi nie dołożył, najmniejszych sensów Słowackiemu też nie przybyło.

Dlatego moim zdaniem ta książka służy tylko rozrywce i nie do końca mogę pogodzić się z myślą, że Dumanowski wyraża jakąś głębszą, refleksję na temat losów Polski i tęsknoty za bohaterem, w którym skumulują się wszystkie możliwości, jakie drzemią w naszych rodakach. Tekst uwodzi pozorną głębią, pobłyskują w niej realizm magiczny, elementy powieści płaszcza i szpady, przyśpiewki ludowe oraz fragmenty „naukowych” opracowań. Sceny symboliczne krzyżują się z obyczajowymi odtwarzającymi realia XIX-wiecznego Krakowa. A jednak wszystko to szeleści papierem.

Szostak „umie w literaturę”, ale cały problem z Dumanowskim polega na tym, że jest on przede wszystkim doskonałym ćwiczeniem stylistycznym, repetytorium z polskiej kultury XIX wieku, nie zaś odświeżającym konwencję pisania o Polsce i dającym do myślenia tekstem, który skłaniałby do głębszej medytacji o niezwykłym miejscu i czasie, w jakim mógłby żyć tytułowy bohater.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

wtorek, 4 grudnia 2018

Wszystkie moje drobne strachy, czyli "Śmierć trawy" Christophera

Czasem tak dla hecy sięgam sobie po jakąś postapokaliptyczną opowieść. 

W sumie bać się nie lubię, a katalog moich strachów jest przeogromny niczym kolekcja butów jakieś influenserki modowej z Los Angeles. Boję się, że rano niczego nie usłyszę w radiu (bo nie będzie elektryczności), kawy nie zaparzę (bo mnie nie będzie stać  na prawdziwą kawę), a do pracy będę konno jeździł (bo paliwa kopalne będą tylko dla gwiazd rocka i polityków samorządowych). Boję się, że zginę stratowany przez tłum walczących o czystą wodę barbarzyńców. Boję się, bo wiem, że ten dzisiejszy świat jest dla mnie, mój, że się przyzwyczaiłem i jest mi dobrze na tym skromnym spłachetku, które wszystkie media ma podłączone, rachunki z trudem pewnym opłacam i stać mnie na luksus pisania tych słów przy akompaniamencie Wayne'a Shortera, który dmucha w saksofon na płycie "Speak no evil". 

No i czytam te postapokalipsy...

"Śmierć trawy" Johna Christophera to powieść wydana w 1956 roku. W sumie tytuł mówi wszystko, karty są odkryte a czytelnik może wyobrazić sobie rozwój tej partii. To nic trudnego. Wirus niszczy wszelką trawę, a że do "trawiastych" należą również zboża będące podstawą pożywienia ludzi a także hodowlanych zwierząt, Ziemia ma problem. Powoli zapasy żywności na całym świecie zaczynają się kurczyć. Zdesperowani ludzie albo umierają z głodu, albo zagryzają samych siebie w aktach kanibalizmu, albo giną, próbując bronić swoich zapasów.



My całość obserwujemy z perspektywy kilkorga Anglików, którzy wyrwawszy się ze skazanego na zbombardowanie Londynu, podążają w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie można by chociaż ziemniaki uprawiać. Na swojej drodze są świadkami przeróżnych okropieństw, sami szybko zamieniają się w zimnokrwistych zabójców, przed którymi wcześniej szybko by uciekali.

Powieść nie jest najlepsza. "Globalne" wiadomości o skutkach głodu podawane są zdawkowo, brakuje rozmachu, który jeszcze bardziej przeorałby wyobraźnię odbiorców. Momentami miałem też wrażenie, że przyglądam się teatrowi telewizji - za dużo rozgrywa się w dialogach, kłótniach, dyskusjach. Język jest prosty, sprawozdawczy, autor szkicuje raczej, niż maluje słowem. Niby ok, ale chciałoby się jakiegoś nerwu, ukłucia, drżenia. Może się czepiam... Nie wiem. Pisał to Anglik, więc spokojny ton jest chyba jakoś zrozumiały.

Najapetyczniej (dziwne słowo w kontekście historii o głodzie) brzmią te partie, które opisują świat u progu katastrofy. Ostatnie wychylane kufle piwa, ostatnie dwudaniowe obiady, pulchne kelnerki obsługujące klientów restauracji, radio mruczące sezonowe przeboje. My wiemy, bohaterowie przeczuwają, w którą stronę się to wszystko (s)toczy. Coś wisi w powietrzu i lada chwila spadnie ciężkim dławiącym nieszczęściem. Ten stan sprzed katastrofy udało się autorowi doskonale opisać. I tego się też właśnie boję - że codziennie pijemy ostatnie piwo i ostatni raz słuchamy klasycznego jazzu.

Jako odtrutkę aplikowałem sobie "Rodzinę Połanieckich" Sienkiewicza. Prądu tam nie ma (jeszcze), konno i pociągami ludzie się po świecie poruszają i listy piszą w świetle naftowych lamp. Spokojnie tam i cicho. Jeszcze...