piątek, 15 maja 2020

Robota to głupota, czyli "Całopalenie" Marasco

Dzięki fantastycznemu studium tanich (i tych ciut droższych) horrorów z lat 70 i 80 autorstwa Grandy'ego Hendrixa "Paperbacks from Hell , zacząłem nieco inaczej patrzeć na fenomen tego gatunku. Dostrzegłem jak precyzyjnie odbierał horror drgania, które telepały społeczeństwem. Jeżeli poeci bywają wieszczami i przewidzieć potrafią to, co może się wydarzyć, to pisarze grozy są czułymi sejsmografami, które odbierają ledwie co uświadomione i niemal nienazwane fobie, lęki, kompleksy, a następnie wzmacniają je do tego stopnia, że odbiorcy głuchną od krzyków, jęków i zawodzeń ofiar, o których czytamy, sięgając po horrory.



Tak właśnie mają się sprawy z „Całopaleniem” Roberta Marasco, które śmiało można uznać za pierwowzór głośnego „Lśnienia” Kinga. „Podbudowa” społeczna obu powieści jest niemal identyczna – kryzys lat 70, opłakany stan amerykańskich metropolii, z których biedniejsi obywatele nie mogą się wyrwać i tkwią uwięzieni w ciasnych celach dzielnic biedy, przemocy i braku perspektyw. Szczęśliwsi, a może bardziej zdesperowani, wyjeżdżają na prowincję, by tam zacząć od nowa lub skończyć to, czego nie mogli domknąć w mieście. Tak właśnie zaczyna się i „Całopalenie” i „Lśnienie”. Blisko, bardzo blisko do siebie tym powieściom.

Rodzina sportretowana przez Marasco jest nieliczna – ojciec nauczyciel, matka w domu, mały synek. Cała trójka (plus ciotka bohatera, podstarzała zażywna malarka-amatorka) zwietrzyli swoją życiową szansę i wynajęli na całe lato olbrzymią posiadłość położoną gdzieś na prowincji, daleko od spalin i wielkomiejskiego hałasu. Oferta jest niemal baśniowa, a składa ją para dziwacznych staruszków, którzy na całe lato wynoszą się, a gmaszysko musi być dopilnowane. Gdzie jest haczyk? W domu zostaje starsza pani, której trzy razy dziennie trzeba dostarczać jedzenie. To wszystko. „Najprawdopodobniej nawet jej nie zobaczycie…” – uspokajają i umowa zostaje podpisana.

Oczywiście to jest dopiero początek koszmaru, który tydzień po tygodniu rozgrywać się będzie w majestatycznych dekoracjach rodem z włoskiej opery… Jasne, horror jest to nielichy, chociaż takich naprawdę mrożących krew w żyłach chwil jest tylko kilka. Ważniejsze jest chyba to, co dzieje się jakby na marginesach powieści. Ważniejsze są moim zdaniem cienie przedmiotów niż same obiekty.

A co mi znowu chodzi? 

Przyjrzę się młodej bohaterce powieści, która zauroczona domostwem z dnia na dzień zaczyna coraz bardziej wcielać się w rolę pani domu, zamiast po prostu rozkoszować się słodkimi wakacjami w co by nie powiedzieć warunkach dużo bardziej luksusowych niż te, które znała z nowojorskiej kamienicy. Kobieta kompulsywnie sprząta, zamienia się w pracoholiczkę z nerwicą natręctw na punkcie utrzymania i/lub odrestaurowania ładu. Odkurza, sprząta, poleruje, nakręca zegary, przegląda się w czyszczonych srebrach, walczy z chwasta, pieści "antyczne" meble...

Znalazła się w lepszym, doskonalszy świecie, w którym mości sobie gniazdko. Gniazdko, w którym jest miejsce tylko dla jednej osoby. Czujecie? "Całopalenie" to opowieść o pasji, idei, która opanowuje człowieka i nigdy go nie zdradzi, nie uwolni, nie zostawi samego. (Słyszycie dalekie echo słów Ochockiego z "Lalki"?) Bohaterka odsuwa się powoli od męża i dziecka. Powtarza automatycznie: "Nie, ja wcale nie pracuję za dużo", a potem znowu rzuca się w wir roboty, od której dosłownie siwieje.

Najbardziej dramatyczna scena aż boli, gdy się ją czyta. Mąż próbuje wszystkich swoich męskich sztuczek, by zaciągnąć żonę do łóżka. Ma już dość przymusowego celibatu, jaki funduje mu małżonka. Nic z tego. Mąż napiera, argumentuje, uwodzi, prosi, żona wije się i wykręca, demonstruje cały zestaw wymówek, jaki mają do dyspozycji kobiety, gdy "boli je głowa". Brzmi to przerażająco autentycznie. Możecie mi zaufać.

Tak więc domostwo, które powoli "pożera" bohaterkę, najpierw odcina ją od rodziny, potem odbiera potrzeby seksualne, zastępując je gonitwą za doskonałym wywiązywaniem się z narzuconych sobie zadań. Tragiczny (w duchu horroru właśnie) finał opowieści jest pieczęcią, która zamyka tę historię o pochłaniającej człowieka pracy. Pracy, która jeńców nie bierze, dobija rannych i szuka kolejnych ofiar.

Rozumiecie teraz tytuł? "Całopalenie", bo człowieka składa siebie samego na ołtarzu pracy, pasji, idei, oddania. Takiej roboty nie polecam nikomu. 

poniedziałek, 4 maja 2020

Hodowla trzody chlewnej, czyli "Pod skórą" Fabera

Jeżeli chodzi o horrory, jestem dyletantem. Umiem rozpoznać, ale w subtelnościach gatunku tak średnio się orientuję. Gdy więc trafiłem kiedyś na kategorię „body horror”, zacząłem się zastanawiać, jakiż to zdeprawowany umysł poświęcałby całe książki (lub opowiadania) opisom niszczonych, deformowanych, przechodzących mutacje ludzkich ciał? Dlaczego ktoś miałby o tym czytać? Czy tylko i wyłącznie, by dać upust chorym fantazjom i potrzebom? Kiedyś tak mi się wydawało. No ale mi się wiele wydawało kiedyś i wciąż się uczę nieufności w stosunku do moich oczekiwań.

Po książkę sięgnąłem przypadkiem, bez wcześniejszych założeń najmniejszych, bez znajomości innych dokonań autora. Daję zawsze pierwszeństwo tekstom, nie autorom. Kobieta z fatalną fryzurą, deformującymi twarz okularami, z wyeksponowanym imponującym biustem poluje na autostopowiczów. Dobrze zbudowanych mężczyzn. Jeżeli takowy nie ma rodziny, znajomych, nie wydaje się być chorym, kobieta wstrzykuje mu truciznę i uprowadza na farmę, gdzie hoduje się ich na mięso. Zapakowane mięso trafia do odbiorców, którzy nie są ludźmi. Tak to wszystko w największym skrócie wygląda i odsłania się przed czytelnikami mniej więcej po 1/3 książki. Nie chodzi więc o typowe powolne odkrywanie tajemnicy, która dopiero na ostatnich stronach książki ma ogłuszyć odbiorcę. Nie. Chodzi raczej o nieustanne trzymanie tego garnka na wolnym ogniu. Czytelnik nawet nie zauważy, że się ugotował.



Powieść oferuje kilka cudownie intrygujących pytań, które brzmią na pozór tylko jednoznacznie. W większości powieści grozy ofiarami najczęściej padają osobnicy słabsi od mordercy/porywacza/potwora. Bezradna i bezsilna ofiara potęguje strach. Tutaj jest odwrotnie – łupem padają bez wyjątku silni, umięśnieni, wysportowani mężczyźni, którzy przypadkowo znaleźni się na poboczu drogi szybkiego ruchu, licząc na uśmiech losu. Co może niepokoić? Odczytałem to natychmiast jako metaforę końca tradycyjnie rozumianego patriarchatu. To właśnie ten męski typ zawieszający wzrok na odsłoniętym dekolcie musi w końcu zostać pożarty przez siły, których nie rozumie lub je fałszywie interpretuje. A z drugiej strony może to być po prostu przestroga, by nie jeździć autostopem?

Sama hodowla samców, których mięso ma trafić na stoły bogatych „obcych” to nic innego jak sprytnie odwrócony obraz mechanizmów przemysłu spożywczego, który opierając się na truchłach zabitych świń, krów, kur i gęsi dostarcza ludziom jedzonka na obiad. Wiem, że chwyt jest prostacki i ograny (co by było, gdyby to ludzi podawano z ziemniakami i sałatką?), ale Faber pisze o tym w wyjątkowo beznamiętny sposób przyjmując nie ludzką, ale konsumencką perspektywę. Brzmi to jak moralitet stworzony na potrzeby wojujących wegetarian, co jednak nie powinno odpychać. Nie ma w tym za grosz taniego sentymentalizmu lub tendencji.

Pisarz na dodatek zawiesza tradycyjnie rozumiane rozróżnienie natury ontologicznej. Człowiekiem nazywany jest ten, kto po prostu stoi wyżej na drabinie rozwoju. Tak więc gdyby psy, koty lub konie były inteligentniejsze od nas, to one automatycznie stałyby się ludźmi. Nasza umiejętność pisania, konstruowania prostych mechanizmów, noszenie ubrań wcale nie czyni z nas korony stworzenia. Hodujących nas w klatkach „obcych” nie wzruszą niezgrabne próby porozumienia, bełkoty obciętych języków lub skreślone na klepisku słowo „litości”.

Czy Faber nie stara się zabrać głosu w dyskusji o tym, czy nie nadać statusu równego człowiekowi tym istotom, które potrafią się z nami porozumiewać? W czym są gorsze od nas orangutany czy szympansy? Dlaczego trzymamy je w klatkach? A czy gdy na niebie pojawi się pojazd kosmiczny z „wyższymi i lepszymi” od nas, to wtedy ludzie spadną do poziomu zwierząt? Hodowlanych?

Jedyny „obcy”, który upomina się o godność zwierząt (czyli nas, homo sapiens), robi to niejako z przekory, buntuje się przeciwko starszym, ale jego opór ma w sumie dość kabotyński wymiar a la Zbyszek Dulski znany z dramatu Zapolskiej. Wychodzi więc na to, że wszelki bunt zawsze skażony jest egoistyczną potrzebą bycia po prostu innym. Potrzebą, z której po prostu się wyrasta.

Na koniec muszę wspomnieć o nieopuszczającym czytelników ani przez moment depresyjnej klaustrofobicznej atmosferze. Bohaterką jest już wspomniana wcześniej młoda dziewczyna, której całym sensem życia jest ciężka praca. Faber precyzyjnie rekonstruuje niemal pustelnicze życie istoty, która musi przynajmniej sprawiać wrażenie człowieka, by oszukać swoje potencjalne ofiary. Dziewczynie wystarczy stare zakurzone łóżko, cieknący prysznic, jeden komplet ubrań, miniaturowy telewizor i samochód. Jako nie-człowiek niczego więcej nie potrzebuje. Ale… jeśli popatrzymy na nią jak na jeszcze jedną sezonową robotnicę lub sprzątaczkę, która trafiła do „lepszego” miejsca, by odmienić swój uchodźczy los i nie odmienia go nawet o jeden procent?

I pomyśleć, że zabierałem się za tę książkę jak za pierwszy z brzegu horror z pewnymi ambicjami.