sobota, 23 września 2017

Jak powieść w smole, czyli "Zatopiony świat" Ballarda

Miałem kiedyś ambitny plan - poznać sporą część klasyki gatunku, skonfrontować się z uznanymi tekstami i opisać te moje wrażenia. Tu pochwalić, tam zganić. Niczego nie kupować w ciemno. Zrewidować, jeżeli trzeba, bo czasem czas mocno nadwątlił materię arcydzieł. Miałem taki plan, a z planami to ja mam tak, jak kierownicy na prl-owskiej budowie. Może się uda zrealizować, a może nie. Nie ma mocy przerobowych, nie ma warunków, obiektywne przeszkody, pijany brygadzista i rozkradzione narzędzia...

Chwyciłem więc "Zatopiony świat" Ballarda. Książka wydana w roku 1962 była debiutem tego uznanego pisarza, któremu największą sławę przyniosła wcale niefantastyczna powieść "Imperium słońca" zekranizowana przez Spielberga. 

Cóż, łatwo przewidzieć "okoliczności przyrody" tej krótkiej powieści - świat pochłonęły odmęty oceanów, globalne ocieplenie wypchnęło człowieka w kierunku biegunów, nieliczne laguny utworzone przez dachy zatopionych metropolii roją się od aligatorów i innych gadów, które szybciej od człowieka przystosowały się do tropikalnych warunków.

Główny bohater powieści zamieszkuje jedną z takich lagun i wiedzie leniwy żywot w sąsiedztwie kilku innych nieszczęśników. Czas płynie tak wolno, jak to tylko możliwe. Wolniej niż smoła kapiąca z dachów w skwarny dzień. Nie dzieje się nic, co mogłoby zakłócić wieczną wymuszoną sjestę. Odstraszyć kajmany, odwiedzić ponętną sąsiadkę (jest tak  gorąco, że nawet nie chce się myśleć o jej kobiecych walorach...), wrócić, by sprawdzić klimatyzację, bez której człowiek rozpuściłby się jak śnieżka w piekle. 



Tak, to się Ballardowi udało - kapitalnie oddał surrealistyczną nudę pokonanej przez naturę cywilizacji. Te liany pnące się po ścianach pokojów, te węże wylegujące się na kanapach, te zatopione biblioteki, sale wykładowe, sklepy. Nawet grubo przeterminowany magazyn modowy (bodajże VOGUE), który jest jednym z nielicznych świadectw świetności starego świata, kapitalnie wkomponowuje się w ów osobliwy sen, o którym czytamy. Tak, lubię tego typu "nic-nie-dzianie-się"...

Niestety, szybko Ballard osunął się w kierunku dziwnych, męczących i karkołomnych rozpsychologizowanych wizji - postacie zaczynają śnić o czasach sprzed pojawienia się człowieka, o przedpotopowych dżunglach, o głębinach,w których na powrót ma zanurzyć się Ziemia... Podświadomość dosłownie pochłania bohaterów. Sny te paraliżują, spychają w bezruch, marazm, który finalnie zakończyć może się tylko śmiercią. I w tym momencie na horyzoncie pojawia się jedyny w miarę aktywny bohater powieści, tropiciel zatopionych skarbów, bezwzględny przywódca zgrai murzyńskich marynarzy. Za jego sprawą akcja wyraźnie przyspieszyła...

Gdy na zagranicznych portalach czytelniczych szukałem informacji o tej powieści, kilku czytelników podkreślało, że "Zatopiony świat" jest rasistowski. Przypominałem sobie te opinie, gdy książka zaczynała mnie nudzić lub denerwować. Gdzie ten rasizm? Czy w postaci wygalantowanego szabrownika, który przy pomocy mikroskopijnej armii Murzynów wyławia kolejne dzieła sztuki? Głupi i zaczadzony poprawnością polityczną czytelnik tak to może właśnie widzieć. Mądrzejszy odbiorca będzie widział karykaturę Kurtza z "Jądra ciemności", który wygrzebał się ze swojego Konga i ruszył w świat, by innych zarazić swoim szaleństwem. Tak, to chyba można tak odczytać. 

Całość powieści zmęczyła mnie okrutnie. Nawet wtedy, gdy leje się krew, padają strzały, giną ludzie, książka męczy i nudzi. Nie wiem, czy było to celowym zabiegiem Ballarda, by zanurzyć powieść w zawiesistej gęstej melasie. Jeśli tak, wszystko się zgadza i autorowi należą się brawa za bardzo udaną próbę ilustracji mechanizmów snu, w którym im szybciej się biegnie, tym wolniej się biegnie.

A jeśli jest inaczej? No cóż, bywa...

poniedziałek, 18 września 2017

Sny, których lepiej nie tłumaczyć, czyli "Niepełnia" Kańtoch

Nie miałem żadnych oczekiwań w stosunku do najnowszej powieści Anny Kańtoch zatytułowanej Niepełnia. Przesunąłem na drugi, a nawet trzeci plan pamięci wszystko to, co do tej pory wiedziałem na temat autorki „Przedksiężycowych.” Wyparowała ze mnie wszelka wiedza na temat przyznanych jej nagród i wyróżnień. Od samego początku założyłem, że Niepełnię czytać będę w oderwaniu od twórczyni, której silna pozycja wśród polskich autorów literatury fantastycznej (i kryminalnej) wydaje się niepodważalna. Nie wiem, czy przyjąłem właściwą strategię, ale nie chciałem czuć na sobie wzroku poważnej pisarki, za którą stoi autorytet kilkunastu nagród i tysięcy zadowolonych czytelników.

Zacznijmy jednak od początku, chociaż piszący te słowa nie będzie ryzykował streszczania fabuły. Jest to zadanie wybitnie trudne ze względu na sposób prowadzenia intrygi, metodę prezentowania kolejnych bohaterów, zmienne punkty widzenia i przesunięcia czasowe, które dezorientują odbiorcę. Podobny problem napotkałby kinoman, którego ktoś poprosiłby o streszczenie jednego z bardzo charakterystycznych filmów Davida Lyncha. Tak więc lektura Niepełni przypomina obserwowanie sztafety biegaczy. Różnica polega jednak na tym, że kolejne rozdziały podają sobie pałeczkę fabuły w dość osobliwy sposób. Zawodnik, któremu kibicujemy, zaczyna biec w przeciwną stronę niż wszyscy inni, zatrzymuje się, w ogóle opuszcza bieżnię lub pałeczka trafia do nie tego biegacza, do którego powinna. Gdzieś tam majaczy meta, gdzie usiłują dotrzeć sportowcy, ale z czasem okazuje się, że finisz wcale nie jest punktem, w którym cokolwiek definitywnie się kończy. Ta lekkoatletyczna metafora chyba dobrze ilustruje osobliwość tej książki, której wyjątkowość zasadza się na wyrafinowanej, barokowej niemal formie dźwigającej w sumie konwencjonalną opowieść grozy.



Wszelkie próby okiełznania treści Niepełni przy pomocy kilku mniej lub bardziej złożonych zdań nie będą w stanie oddać jakiejkolwiek sprawiedliwości tego typu dziełom. Niecierpliwym podpowiem tylko, że w Niepełni znajdą oni wszystko, co może zaintrygować i przestraszyć odbiorcę. Mamy zbrodnię, mamy zniknięcie, zjawiska nadprzyrodzone i handel żywym towarem, nawiedzony dom, odrobinę perwersji i nerwowe próby bohaterów, by połączyć w jedną całość furkoczące na wietrze nitki prującej się tkaniny tajemnicy. Tak, czytelnicy to lubią.

Kańtoch potrafi oczarować. Doskonale panuje nad językiem – jest on oszczędny, precyzyjny, lustro powieści świetnie odbija życie zewnętrze i wewnętrzne bohaterów. Żadne zdanie nie wydaje się zbędne, a zmetaforyzowanie języka dynamizuje przekaz i jednocześnie przenosi go w rejony nieco „wyższe” niż stary dobry podawczy realizm. Kolejne elementy tajemniczej układanki pojawiają się regularnie, ale jak to bywa w tego typu mrocznych opowieściach, następna informacja zostawia nas z nową porcją pytań. Mnożące się tajemnice, których epicentrum stanowi niepokojący biały dom, sięgają przeszłości i wyciągają swoje macki w przyszłość.

Przedziwna klątwa dotyka wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z (nie)zamieszkałą posiadłością, a ratunku nie można się znikąd spodziewać, gdyż zgotowane im przeznaczenie prędzej czy później upomni się o kolejne ofiary. Niepełnia doskonale sprawdza się jako opowieść o ciężarze przeszłości (winy), której rozgrzeszyć nie było komu. Konwencja grozy zrealizowana jest w sposób bardziej niż wzorcowy – mamy prawo się bać, wypatrywać czających się nieszczęść, których wizje paraliżują bohaterów (najczęściej zdumiewająco banalnych i „zwykłych”), hipnotyzują ich i prowadzą do finalnego upadku.

Dodajmy, że forma wybrana przez pisarkę, również potrafi zaintrygować. Poszczególne rozdziały przenoszą uwagę czytających na kolejnych bohaterów, którzy zrazu obcy sobie, pod koniec książki związani są niezwykle silnymi więzami. To jeszcze nic! Kańtoch nakazuje przyglądać się tym samym wydarzeniom z nieustannie zmieniającej się perspektywy, co raz dezorientuje czytelnika, innym razem zmusza go do sięgnięcia do wcześniejszych partii książki, by sprawdzić, czy naprawdę zapamiętał wszystko tak, jak zostało to przedstawione później. Oniryczna atmosfera gęstnieje ze strony na stronę, nikt (ani bohaterowie, ani czytelnicy) nie może być niczego pewny, gdyż zakłócone zostają związki przyczynowo-skutkowe.

Jakby tego było mało, autorka sięga do postmodernistycznych zabiegów i obdarza Niepełnię samoświadomością, a odkrywamy to w chwili, gdy okazuje się, że poszczególne partie książki pisane są przez… Urwę w tym miejscu, by nie zostać oskarżonym o zdradzanie zbyt wielu tajemnic książki. Dodam tylko, że owa samoświadomość odsyła do wszelkich dywagacji na temat kreacyjnej siły literatury zdolnej wskrzeszać lub powoływać do istnienia.

Powieść ta może uwodzić, ale właśnie jako wyrafinowana konstrukcja przeznaczona do dezorientowania i straszenia czytelników. Największą krzywdą, jaką można wyrządzić Niepełni, jest traktowanie jej jako głosu w jakiejś dyskusji o cielesności, hermafrodytyzmie, płciowości. Czwarta strona okładki sugeruje, że w ten właśnie sposób winna być odczytywana. Ja jednak nie miałem ochoty iść taką ścieżką interpretacyjną. Obojnactwo jednego z bohaterów powieści to tylko kolejna anomalia w świecie Niepełni i traktować ją można (a nawet należy) tak samo jak przeklęte domy, tajemnicze zgony, zniknięcia. A ponadto ów hermafrodytyzm wykorzystany został jako ważny element fabularny, który spaja poszczególne elementy książki. Autorka nie podejmuje żadnego dyskursu, nie zabiera głosu, nie solidaryzuje się z nikim, nie gani niczego. Po prostu pozwala rozlać się w stworzonym przez siebie świecie niezwykłościom, które (ku utrapieniu odbiorców) nie znajdują logicznego ani zgodnego z jakimikolwiek regułami wyraźnego wytłumaczenia. Kańtoch ma przecież prawo anulować pretensje racjonalnego czytelnika, chcącego by w ostatnim rozdziale opowieści wszystko mu się ułożyło, a nic mu się nie układa. Cóż, być może są takie sny, których lepiej nie tłumaczyć…

Powyższe zastrzeżenie nie jest w stanie odebrać przyjemności obcowania z tą bardzo udaną powieścią grozy, której lektura przypominać może zabawę kalejdoskopem. Każdy ruch patrzącego pozwala podświetlonym elementom ułożyć się pod innym kątem, możemy czerpać z tego czystą estetyczną przyjemność, a jednak niczego poza barwnymi strukturami nie będziemy w stanie dostrzec.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty

wtorek, 12 września 2017

Nic nowego pod słońcami, czyli "Ramię Perseusza" Dębskiego

O czym tu dumać, patrząc w kosmos, obserwując dynamiczny rozwój nauki i technologii, mając przy okazji świadomość historii gatunku, od ponad stu lat oferującego czytelnikom literackie wizje przyszłości? Jak to jest być dzisiaj twórcą science fiction, który musi zmierzyć się z problemem ogromnego dziedzictwa fantastyki? Ciężar konwencji, ograniczona przecież liczba motywów, archetypiczne rozwiązania i bohaterowie chyba bardziej krępują twórcę, niż pozwalają wierzyć w wieczną świeżość gatunku. Łatwiej dziś chyba znaleźć dzieła, które w (powiedzmy) postmodernistyczny sposób żonglować będą ogranymi motywami, puszczać oko w kierunku czytelnika, parodiując schematy, niż doszukać się we współczesnych tekstach fantastycznych autentycznie nowatorskich rozwiązań. Oczywiście pomiędzy dziełami szukającymi nowych dróg a tymi kalkującymi klasykę gatunku znajdują się książki uczciwie stawiające sprawę – nie starają się wyważać otwartych dawno temu drzwi, ale przechodzą przez nie swobodnym, pewnym krokiem. Taką książką jest właśnie Ramię Perseusza: Z głębokości Rafała Dębskiego, trzecia powieść tego autora, która ukazała się w serii „Horyzonty zdarzeń.”

Z arsenału motywów fantastyki naukowej Dębski wyciągnął jeden z najbardziej rozpoznawalnych – spotkanie człowieka z obcą formą życia. Doskonale wiemy, że na różne sposoby można rozstawić figury na tej planszy – człowiek może paść ofiarą obcego, obcy może paść ofiarą człowieka, można też pozwolić im na próbę nawiązania jakiejś nici wątłego porozumienia. Autor wybrał trzecie rozwiązanie i sprytnie poprowadził fabułę powieści.


Znajdujemy się na planecie, na której ląduje ekspedycja naukowo-badawcza. Jej celem jest nie tyle poszerzenie ludzkiej wiedzy o wszechświecie, ile raczej odnalezienie kolejnego świata, który może zostać ograbiony z surowców. Złożona z naukowców i żołnierzy wyprawa jest targana wewnętrznymi konfliktami. Zbyt długie przebywanie w przestrzeni odbija się na psychice ludzi, którzy bez przerwy skaczą sobie do oczu, szukają pretekstu do wszczęcia kolejnej awantury lub najzwyczajniej są już zmęczeni wojskowym drylem. Tę samą planetę odkrywają obcy, również widzący w niej źródło zasobów substancji niezbędnej dla przetrwania ich cywilizacji.

Dębski w sprawiedliwy sposób rozdziela swoją uwagę i raz skupia się na przedstawicielach własnego gatunku, a raz oddaje głos obcym. Te same wydarzenia, których świadkami lub sprawcami są oba rodzaje istot, odbierane i interpretowane są na dwa różne sposoby. Ziemianie, rzecz oczywista, wszystko mierzą swoją miarką i nie przychodzi im łatwo oderwać się od kategorii poznawczych, które ukształtowały się w nich za sprawą takich a nie innych uwarunkowań. Toteż widząc przybyszów z gwiazd (niezbyt pociągających fizycznie, dodajmy), nie są w stanie wzbudzić w sobie fascynacji, bliżej im do obrzydzenia lub w najlepszym razie poczucia dyskomfortu. Sami obcy nie pozostają dłużni – oni również dostrzegają w nas egzotyczne, pozbawione gracji istoty, których kierują się niezrozumiałymi pobudkami.

Partie powieści, w których pisarz oddaje głos obcym, gatunkowi pochodzącemu z głębin kosmosu, stanowią najmocniejsze punkty dzieła. Podziwiać można nakład pracy i trud, by w szczegółowy, niemal mimetyczny sposób opisać obcość, która charakteryzuje przybyszów na niemal każdym poziomie ich istnienia. Autor zarysowuje stosunki społeczne, kreśli skomplikowaną strukturę zależności pomiędzy poszczególnymi przedstawicielami obcej cywilizacji, opisuje wierzenia, pochyla się nad marzeniami i fobiami, dotyka spraw drażliwych i wstydliwych. Na szczęście nie zaserwował wykładu na temat obcej cywilizacji, nie zasypał odbiorców lawiną wymyślnych i odpowiednio niezwykłych treści. Zdecydowana większość informacji pojawia się wraz z rozwijającą się fabułą, niemal przy okazji opisywania jednego z przybyszów, który staje się dla czytelników kimś w rodzaju przewodnika po nie-ludzkiej rzeczywistości.

Jesteśmy w stanie nawet go polubić – ten ambitny i bystry, naiwnie wierzący w możliwość awansu na wyższe piętro społeczności, traktowany instrumentalnie przez ważniejszych od siebie badacz planety może budzić ciepłe uczucia. Czyżby Dębski, niejako wbrew zadeklarowanemu wyraźnie przekonaniu, że gatunek, który człowiek odkryje wśród gwiazd, będzie całkowicie od homo sapiens odmienny, zakładał, że w kosmosie niektóre rzeczy się nie zmieniają? Że silniejsi zawsze wykorzystują słabszych? Że zasługi podwładnych zawsze przypiszą sobie przełożeni i to na nich spłynie cały splendor? A więc może Ramię Perseusza: Z głębokości to opowieść o tym, że nic nowego pod słońcami nigdy się nie wydarzy? Lubię w ten sposób myśleć o tej książce.

Nieco gorzej sprawy się mają z „ludzką” częścią powieści. Większość scen, których bohaterami są żołnierze lub naukowcy, buzuje negatywnymi emocjami. Postacie najczęściej na siebie krzyczą, obrażają się, kpią z siebie, z czasem dochodzi do rękoczynów… Miałem wrażenie, że Dębski czuł przymus ciągłego stymulowania swoich bohaterów, by ci wiecznie chodzili podminowani, a większość interakcji pomiędzy nimi kończyła się spektakularną awanturą lub wymianą złośliwości. Piszącego te słowa męczy już niewiara współczesnych autorów fantastyki, którzy nie wiedzieć czemu zakładają, że im głośniej postacie wrzeszczą, im więcej wyrzucą z siebie inwektyw, im dosadniejszy żart z siebie wyplują (vide „Orzeł biały” Przybyłka), tym książka będzie atrakcyjniejsza.

Mimo powyższych zastrzeżeń, Ramię Perseusza: Z głębokości to jednak dobra powieść, która w bardzo przyzwoity sposób kontynuuje tradycje gatunku. Dębski nie jest rewolucjonistą konwencji ani nie w głowie mu rewidowanie osiągnięć fantastyki. On po prostu spokojnie uprawia swój fantastyczny ogródek, a czytelnicy dobrze na tym wychodzą.

Recenzja pierwotnie ukazała się o tutaj Fantasta.pl