piątek, 19 maja 2017

Po dżentelmeńsku, czyli "Opowieści z dziesięciu światów" Clarke'a

Od dłuższego czasu mam wrażenie, że nie ma sensu pisać "prawdziwego" wstępu do recenzji książek autorstwa klasyków literatury science fiction. Każdy, kto zrobił już drugi lub trzeci krok na drodze poznania tego gatunku, musiał zetknąć się z takimi nazwiskami jak Heinlein, Asimov, Dick, Le Guin czy Lem... Ojcowie założyciele (albo doktorzy kościoła fantastyki) są na tyle silnie umocowani w świadomości kolejnych generacji czytelników, że pisanie o nich bezosobowego i obiektywnego wstępu przypomina każdorazowo wyważanie otwartych od pół wieku drzwi. Chcecie wiedzieć, kim był, kiedy debiutował i jakie nagrody zdobył Clarke? To sobie sprawdźcie. Krótko mówiąc (zamiast wstępu) - Clarke, jaki jest, każdy widzi.

Gdy kończyłem lekturę "Opowieści z dziesięciu światów" byłem bardziej niż zadowolony. Tak właśnie powinny wyglądać opowiadania. Ma być krótko, zwięźle, z pointą, elegancko. W większości przypadków finał tekstu rozwiązuje nabrzmiewający powoli problem, czytelnik nie ma szans domyślić się błyskotliwego i jednak prawdopodobnego rozwiązania akcji, które jak nożem ucina całą fabułę i zostawia odbiorcę z uczuciem błogiego niedosytu. Wszyscy adepci pióra mogliby na tekstach Clarke'a uczyć się sztuki panowania nad pomysłem wyjściowy i prowadzenia go do punktu kulminacyjnego.

Co osobliwe, Clarke ani razu nie rozwija motywów typowych dla pulpowych opowiastek. Nie znajdziemy tu ani inwazji obcych, ani podróży w czasie, ani opowiadań, które ilustrowałyby prawidła losu przy pomocy parabolicznego sztafażu. Pisarz po prostu robi swoje i pokazuje, co mogłoby w przyszłości spotkać człowieka, gdy ten wybierze się w kosmos lub gdy ten kosmos postanowi przypomnieć mu o panujących w przestrzeni prawach. Jasne, trafimy tutaj również na skromne bo skromne,  ale obecne rozważania o człowieku, jego powinnościach moralnych, słabościach, marzeniach, jednak Clarke pisząc swoje opowiadania, zakłada siedmiomilowe buty i za każdym razem błyskawicznie przechodzi do pointy. Nie dla niego pogłębiona psychologia i niuanse życia wewnętrznego. Trudno jednak uznać to za jakąkolwiek słabość tych tekstów.

Dla porządku przypomnę tylko, że "Opowieści z dziesięciu światów" to zbiór opowiadań opublikowanych w latach 50 i 60, w heroicznych czasach fantastyki, gdy wszystko wydawało się możliwe, kosmos stał przed ludzkością otworem, a latające samochody i spacery po powierzchni skolonizowanego Marsa były w zasięgu jednego, no może dwóch pokoleń Ziemian... 



Czym częstuje nas autor? Krótka lista "pomysłów" przed Państwem:

* astronauta uwięziony na planetoidzie, którą powoli pożera słońce,

* astronauta uwięziony w nawiedzonym kosmicznym skafandrze (zabójcza pointa),

* pechowy złodziej na Marsie,

* udana okrutna zemsta na radzieckim kosmonaucie,

* awaria komputera uniemożliwiająca powrót na macierzystą planetę,

* pies z księżycowej bazy ratujący swego pana...

Opowiadań mamy 15 i niemal każde z nich gwarantuje nam albo uśmiech, albo chwilę refleksji, albo delikatny dreszczyk emocji, albo konieczność nabrania głębokiego oddechu. Nie znajdziemy tu przemocy, seksu, nieracjonalnej udziwnionej fantastyki. Całość jest taka... hmm... dżentelmeńska, tak powiem. Ten tom opowiadań nadaje się idealnie, by poprowadzić kogoś korytarzami muzeum fantastyki naukowej. Być może zgromadzone w "Opowieściach..." eksponaty nie pokryły się jeszcze kurzem i mogą dostarczyć solidnej porcji wrażeń. 

Cóż rzec więcej? Książkę onegdaj wydało w Polsce "Wydawnictwo Literackie" i przy odrobinie trudu, można ją znaleźć w bibliotekach lub na aukcjach internetowych. Ja polecam serdecznie. 

sobota, 6 maja 2017

Na zero, czyli "Realizm" Wilczyka

Nazwisko Wojciecha Wilczyka kojarzone jest raczej z fotografią, gdyż jego poetyckie dokonania migoczą gdzieś w oddali, w muzealnych gablotach, w których umieszczono większość reprezentantów tzw. pokolenia bruLionu. Autor istnienie jednak z powodzeniem jako dokumentalista polskiej rzeczywistości i z iście pedagogicznym zacięciem podporządkowuje swoją sztukę jednemu celowi - chce uświadomić Polakom, że drzemie w nich antysemityzm, że akceptują oni bierną agresję wymierzoną przeciwko Żydom. Wilczykowi nie podobają się zarówno kibicowskie bazgroły na murach ("Polska dla Polaków", "Jude raus!") jak i odpustowe portrety lub figury Żydów, którzy ściskając w spracowanych dłoniach pieniążki, mają przynosić szczęście w interesach.*

Parę razy wdawałem się w dyskusje z samym autorem (prowadzi on blog HIPERREALIZM), który dosyć często na swoim łamach zamieszcza materiały dokumentujące antysemickie ekscesy (najczęściej graficzne) naszych rodaków, jednak nigdy nie udawało nam się dojść do porozumienia. On wie swoje, ja wiem swoje na temat Polski, w której nie widzę aż tak mrocznej podszewki. Rozchodziliśmy się bez porozumienia i to się chyba nigdy nie zmieni.



Z tomikiem poetyckim Wilczyka mam podobne doświadczenie - też się rozchodzimy bez większego porozumienia, chociaż spotkanie z tymi wierszami było na pewno dużo bardziej satysfakcjonującym doświadczeniem, niż odbiór fotografii tego samego autora, które uważam za po prostu nudne. No ale nie o tym dzisiaj...

Tytuł tomiku jakoś jednak zobowiązuje, więc Wilczyk unikając jakichkolwiek skomplikowanych ekwilibrystycznych figur stylistycznych, uciekając przed mgławicowymi introspekcjami, uparcie oddaje hołd widzialnemu światu i w swoich najlepszych tekstach kontynuuje tradycję amerykańskich obiektywistów. Czuć tutaj i Williamsa, i Reznikoffa, a nawet Cendrars (chociaż to Francuz) by się jakoś zmieścił w szerokie ramy kontekstu.

Wszystko ładnie pozamykane w krótkich nomen omen migawkowych wierszach skupionych wokół pojedynczych izolowanych scen. A tu jakaś rozmowa na ulicy, a to urywek obserwacji, a to wzrok przeniesiony z punktu na punkt w przestrzeni. Ludzie, przedmioty, miejsca. Polaroidowo się dzieje. 

Jasne, wiersze te mogą sprawiać przyjemność swoimi ostrymi pointami, ale niestety gwoździe tych point (ależ mi wyszła metafora) wbite są zbyt płytko, nie zaskakują. W odróżnieniu od swojego bliskiego kolegi po piórze Grzegorza Wróblewskiego, Wilczyk nie zderza w przestrzeni jednego wiersza różnych, czasem całkowicie sobie obcych rejestrów, Wróblewskiemu wystarczy kilka linijek, by spiąć  w jedną całość romantyzm z grozą, sarkazm z powagą, drgnięcia duszy z wiadomościami "z kraju i ze świata." Wilczka nie stać również na obezwładniający cynizm, dezaprobatę w stosunku do życia jako takiego. Autorowi "Realizmu" jednak o coś chodzi, a chodzi mu tak bardzo, że łatwo może osunąć się w stronę obsesji na punkcie wspomnianego wcześniej antysemityzmu...

Cóż, widzę w tych wierszach niezły materiał, który mógłby wzbogacić licealne podręczniki do języka polskiego. Taki "Mendel Gdański" Konopnickiej mógłby zostać z powodzeniem skomentowany którymś z bardziej zaangażowanych wierszy Wilczyka. Ta demaskatorska postawa poety nie do końca mi odpowiada, tak jak nie odpowiada mi jakakolwiek społecznie zaangażowana liryka, która już zdążyła wypatrzeć wroga i wciąż uparcie kopie przeciwnika w tę samą kostkę. Wilczyk jako spadkobierca pozytywistów walczących o asymilację Żydów? Być może... Chociaż nie wiem, czy nie mam w tym przypadku do czynienia z pedagogiką wstydu - czytając te wiersze, czuję, że komuś bardzo by zależało na tym, bym spowiadał się nie ze swoich grzechów, bym odsłonił się jako antysemita i posypał sobie głowę popiołem.

Ech, kupiłem tę książkę, przeczytałem i odłożyłem. Anim nią zyskał, anim stracił. Bywa...

__________________________________________________________________________

* Mój dobry kumpel kiedyś zaprosił mnie do swojego nowego mieszkania. Patrzę, a tam na półce stoi drewniany Żyd z grosikiem w drewnianych palcach. 
- Stary, a ty co z tym Żydem? - pytam,
- Niby nic, ale wyobraź sobie, że dostałem tego Żyda i dwa dni później sprzedałem kask na motor dwa razy drożej, niż kupiłem.