środa, 29 maja 2019

Przeszłość to fala, czyli "Requiem dla analogowego świata" Cichowskiego

Przeszłość to fala, na której surfuje pisarz. Wybaczcie ten bieda-aforyzm, ale zdumiewająco często pozwalam sobie na czytanie o młodości zapamiętanej przez twórców i odtwarzanej później w powieściach, opowiadaniach, wierszach… Doszedłem nawet do egzotycznego wniosku, że najbardziej wierzę starym poetom opiewającym dzieciństwo.  Sam, jeśli już mowa o pisaniu, często fantazjuję na temat własnej przeszłości, dojrzewania, młodości w bibliotekach i na boiskach, które oczywiście domagają się spisania, co by nie przepadły w odmętach czasu.

Rafał Cichowski być może również nie chciał dużej opędzać się od wspomnień, które w przypadku autora najwyraźniejszą postać zawdzięczają latom 90 i dały się zamknąć w formie powieści pt. „Requiem dla analogowego świata”. W świecie cyfrowym co i rusz atakują nas nostalgiczne memy próbujące uchwycić przy pomocy kilku powtarzających się zdjęć i haseł ducha czasów, które bezpowrotnie odeszły wraz z rozpowszechnianiem się cyfrowych technologii.

Żonglowanie kliszami to jednak zbyt łatwa dla literatury droga. Błyskawicznie można się osunąć w ckliwą idealizację, żerować na tanim wzruszeniu, tworzyć produkt „dedykowany” konkretnej grupie docelowej (w tym przypadku rówieśnikom autora, do których w pewnym sensie również się zaliczam) i tak naprawdę wykluczyć wszystkich innych. Tych, którzy lat 90 nie mają szansy pamiętać lub zapamiętali je z innej niż podwórkowa i szkolna perspektywy.



Czy to zarzut? Cóż… Z jednej strony tak. Przyszły czytelnik „Requiem…” będzie miał prawo czuć się nieproszonym gościem w opisywanym świecie. Jeżeli nie doświadczył na własnej skórze blasków i cieni lat 90, nie pamięta powodzi tysiąclecia i nie żuł gumy Turbo, może traktować tę opowieść jak spacer po skansenie. A skansen to olbrzymi, bo to kutnowskie blokowisko z przyległościami, garaże, boiska, łąki, na których pali się ogniska i pierwsze papierosy, tory kolejowe, szkoła, z rzadka rzucamy okiem poza miasto, gdzie jakieś życie istnieje i ma się całkiem dobrze, a wiemy o tym dzięki antenom satelitarnym i telewizji kablowej. Brzmi Nirvana, której piosenki śpiewa się głosem kibiców Widzewa wiwatujących po tryumfie nad Legią…

Tego świata już nie ma i nikt nie powinien się czuć zmuszanym do dzielenia jakiejkolwiek tęsknoty za czasami zaawansowanej transformacji ustrojowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby czytelnik wzruszył ramionami i mruknął znad tekstu tej książki: „Znam te wszystkie historie z memów, po co mam jeszcze o tym czytać?” Innymi słowy, boję się, czy tekst Cichowskiego obejdzie tych, którzy nie oddychali nigdy powietrzem lat 90.

Moja obawa wynika z troski o tę powieść. Książkę, która jest obiektywnie dobra i może przynieść sporo czytelniczej satysfakcji. Zręcznie poprowadzona narracja pierwszoosobowa przypomina w zadziwiający sposób perspektywę, jaką osiągałby Bohumil Hrabal (spod znaku chociażby „Mojej pięknej żałoby”) skrzyżowany z młodzieżową prozą Edwarda Niziurskiego. Nastolatek, na którego barki zrzucono ciężar oprowadzania nas po swoim świecie, dźwiga tę odpowiedzialność i umie w znakomity sposób opowiedzieć o podwórkowych futbolowych wojnach, tanich winach i pierwszych fascynacjach płcią przeciwną. Jednocześnie Cichowski potrafi oderwać się od nastoletniej perspektywy i możliwości poznawczych chłopca z podstawówki, by błysnąć „dorosłym”, stylistycznie wysmakowanym, niemal poetyckim konceptem, metaforą, która co jakiś czas rozsadza realistyczną w sumie prozę.  

Ci, których autor zaprasza, poczują się jak u siebie w domu – rozpoznają gadżety, atrybuty, (sprane) kolory, dźwięki i zapachy epoki. Być może powrócą do nich wspomnienia inicjacji w „prawdziwą” muzykę, a spoza granicy pamięci wyłoni się kształt pierwszego „prawdziwego” komputera… Sporo tego szumu generuje Cichowski: pozwala swoim bohaterom mówić gwarą podwórkową „tamtych czasów”, w ujmujący sposób puszcza oko do czytelnika, gdy co i rusz któryś rzuca hasło dziś istniejące tylko i wyłącznie dzięki zabarwionym tęsknotom memom. Takiej kariery nikt hasłom w stylu „Nie siadaj na piłce, bo zrobisz jajo” nie wróżył…

Lektura „Requiem dla analogowego świata” przypomina kontemplację wspomnień o ostatnich dniach wakacji. Wiemy, że coś się zamyka i nie istnieje taka siła, która by powstrzymała zaciskające się na dzieciństwie szczęki czasu. Można tylko odtwarzać, wydaje się mówić Cichowski, można tylko odprowadzać wzrokiem młodszą (lepszą?) wersję samego siebie. Można pisać, by rozliczyć się z przeszłością lub tylko (i aż) pieczołowicie ją rekonstruować. Można mieć wątłe pocieszenie, że przyjdą po nas pokolenia, po których też na pamiątkę zostaną memy…

czwartek, 16 maja 2019

Opowiadania nieprzepłacone, czyli Bradbury razy trzy

Pewne kwestie już chyba raz na zawsze rozstrzygnięto – Ray Bradbury jest klasykiem literatury fantastyczno-naukowej, a jego miejsce na tym Parnasie jest bezpieczne; nie da się go zdetronizować, skompromitować nietrafnych prognoz, ośmieszyć jadowitym i cynicznym „Bradbury wielkim pisarzem był”. Zdumiewające jest to, jak bardzo uodparniał się na wszelkie żywioły grożące literaturze – niestraszny mu czas, nie trafił na cmentarzysko martwych wizjonerów, ta proza wciąż oddycha, jest zieloną gałęzią na tle uschniętych lub połamanych drzew.

Bradbury’ego nigdy nie interesowało hard science fiction. Skomplikowane i wielopiętrowe wizje przyszłości, drobiazgowe opisy zdobyczy techniki, futurologia skupiona na przewidywaniach tego, co może spotkać ludzkie masy – to wszystko tylko w śladowych ilościach obecne było w jego prozie. Gdy postanawia wysłać swoich bohaterów w kosmos, po prostu wsiadają oni do rakiety i przebijają się przez ziemską atmosferę. Nikogo nie interesuje ani rodzaj paliwa, ani konstrukcja silników mogących oderwać człowieka od powierzchni macierzystej planety. Inaczej rzecz się miała w przypadku takich pisarzy jak Clarke, Asimov, Heinlein czy nasz Lem, którzy sporo uwagi poświęcali uwiarygodnieniu możliwości galopującej technologii. Bradbury życzliwie ignoruje te kwestie i dzięki temu, moim zdaniem, zdobywa przewagę nad wyżej wymienionymi, których przewidywania najczęściej okazały się chybione.

Autor Kronik marsjańskich od samego początku idzie własną, rozpoznawalną i na pozór łatwiejszą drogą. Jego proza (z przewagą krótszych form) niemal zawsze sonduje kondycję człowieka, testuje granice wytrzymałości sumienia na ciśnienie „nowych czasów”, bada, jak daleko może posunąć się ludzkość i nie zatracić czegoś tak kruchego jak człowieczeństwo. Ogólnie rozumiane „jutro” staje się dla pisarza poligonem, na którym bohater dokonuje złych lub dobrych wyborów. Bardzo proste i umowne dekoracje, jakie autor ustawia na scenie swoich tekstów, odwołują się do dość uproszczonych wyobrażeń na temat przyszłości – podróże międzygwiezdne, roboty, pistolety laserowe, niejasnego pochodzenia totalitarna władza tłamsząca jednostki stanowią zestaw, który w zupełności mu wystarcza. Umowność ta powoduje, że często teksty Bradbury’ego odczytywać można jak powiastki filozoficzne lub pomniejsze parabole rozgrywające się wśród gwiazd.

Szlachetną obsesją autora jest również obrona nieokiełznanej wolnej wyobraźni przed stechnicyzowanymi wyobrażeniami, jakie serwuje człowiekowi kultura masowa i cywilizacja obrazkowa. Znajduje to wyraźne odbicie w tekstach, bowiem można w nich trafić na czytelne odwołania do klasyków, z którymi pokrewieństwo Bradbury czuje – Poego, Hawthorne’a, Szekspira...

Wydawnictwo MAG publikując w serii Artefakty opasły tom, w którym zgromadzono najważniejsze i najbardziej reprezentatywne teksty amerykańskiego pisarza – Kroniki marsjańskieCzłowieka ilustrowanego i Złociste jabłka słońca, umożliwiło polskim czytelnikom uchwycenie całej magii i głęboko humanistycznego wymiaru twórczości Bradbury’ego.



Kroniki marsjańskie to chyba najbardziej konceptualne dzieło pisarza – rozpisana na zazębiające się z sobą opowiadania historia o mieszkańcach Marsa, którzy muszą zmierzyć się z Ziemianami chcącymi skolonizować Czerwoną Planetę, narzucić jej własny system wartości i przekonań, ziemską estetykę i filozofię postrzegania rzeczywistości. Kolejne teksty prezentują słabnący opór Marsjan, ich eksterminację, gorzki tryumf człowieka nad podbitą planetą.

Bradbury’ego można więc czytać jako twórcę paraboli procesów historycznych – czy kolonizacja Marsa nie przypomina ekspansji konkwistadorów albo naporu kolonizatorów na Czarnym Lądzie? Czy Ziemianie nie przypominają dumnych i patrzących z poczuciem wyższości na podbijane ludy Europejczyków? Czyżby Kroniki Marsjańskie stały się elementem dyskursu postkolonialnego? Być może. Bezpieczniej jest sięgnąć bliżej i zaznaczyć, że Bradbury piętnuje przede wszystkim arogancki konsumpcjonizm, rozpasaną prymitywną rozrywkę i pozbawioną pierwiastka duchowego cywilizację. W opowiadaniach z tego cyklu przegląda się Ameryka połowy XX wieku – społeczeństwo bigotów, rasistów, ksenofobów wierzących w swoją misję, kraj „amerykańskiego snu”, który staje się koszmarem.

Niemal każde z opowiadań także dziś może zaskoczyć, wzruszyć lub, co chyba najtrudniejsze, przestraszyć. Na kilkunastu stronach Bradbury potrafi zarysować fabułę, znaleźć punkt ciężkości tekstu, zawiązać akcję i zmusić bohaterów do mierzenia się z nierzadko trudnymi moralnie wyborami. Język odbiega od klasycznie rozumianego przezroczystego stylu, służącego tylko suchej sprawozdawczości. Pióro pisarza fantastycznie radzi sobie z opisami, które nierzadko są przecudnej poetyckiej urody – potrafią zahipnotyzować i zmusić do wielokrotnego czytania tych samych partii tekstu.

Ilustrowany człowiek i Złociste jabłko słońca mają mniej zwartą budowę i stanowią zbiory tekstów w najgorszym razie dobrych, z których niewiele zostało nadgryzionych zębem czasu. Bradbury imponuje rozmachem wizji i możliwościami wyobraźni. Spłukiwana wiecznym deszczem planeta, starożytne Chiny, bliżej nieokreślona przyszłość, przestrzeń kosmiczna, amerykańska prowincja – w każdym możliwym świecie przedstawionym pisarz czuje się proszonym gościem i znów podejmuje podobne problemy. Ostrzega przed uwiądem wyobraźni spowodowanym ekspansją telewizji i kultury obrazkowej, pochyla się nad alienacją i tęsknotą „człowieka przyszłości”, sumuje koszty, jakie trzeba ponieść, gdy nowoczesność i technologia wystawią rachunek za wygodne życie.

Zbiór kilkudziesięciu tekstów jest w stanie zadowolić najwybredniejszego konesera literatury fantastycznej. Bradbury’emu z łatwością udaje się wzruszyć, przestraszyć, zahipnotyzować i oczarować odbiorcę. Zadać mu przy pomocy nośnego konceptu ważne pytania i przypomnieć o moralnych powinnościach. To stuprocentowa klasyka, której nie można nie znać.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty.

wtorek, 14 maja 2019

Jak chłop "Diabelską maszynę" Sheckleya oszukał


To kolejny zbiór opowiadań amerykańskiego pisarza, którego najbardziej znane, cenione i inspirujące opowiadania powstały w złotych dla science fiction czasach, w latach 50 i 60. Jednak w przypadku prozy Sheckleya mamy do czynienia z nieco innym niż złoto materiałem. Jego opowiadania przypominają raczej fajerwerki, które ze świstem wspinają się ku górze, eksplodują cudowną pointą i zostawiają czytelnika z rozdziawioną gębą. Najczęściej tak to właśnie wygląda. Czytam Sheckleya i czuję czystą, niemal dziecięcą radochę.



Zebrane w tym tomie opowiadania eksplorują (z drobnymi wyjątkami) problem relacji pomiędzy maszyną, urządzeniem, mechanizmem a jego twórcą – człowiekiem. Wszelkie nieszczęścia, nieporozumienia i problemy są wkalkulowane w pozorny komfort, jaki zawdzięczać może człowiek obecności wyręczających go urządzeń. Człowiek zaś, z pozoru skazany na sromotną klęskę w starciu z maszyną, niemal zawsze wychodzi zwycięsko z tej konfrontacji. Ludzka zdolność do improwizacji, zbawienny przebłysk geniuszu, spryt lub przypadek dają przewagę nad nieskończenie racjonalnym i precyzyjnym programem. Sheckley w nas wierzy. To przyjemna świadomość.

W pewnym momencie lektury zrozumiałem, dlaczego czułem niewyraźne ale odczuwalne mrowienie z tyłu głowy. Z czymś mi się te teksty kojarzyły. Czy opowiadania zebrane w „Diabelskiej maszynie” nie przypominają starych dobrych ludowych bajań, dubów smalonych, o sprytnym poczciwym chłopie, który potrafił nawet samego diabła oszwabić i wywieźć nomen omen w pole? W omawianym przypadku diabłem jest maszyna, pudło szczelnie wypchane plątaniną kabli i błyszczące diodami.

Powiem Wam tak – to są naprawdę proste opowiadania. Bohaterowie są płascy, sprowadzeni tylko i wyłącznie do poziomu kogoś, „kogo coś spotyka”. Nowoczesność jest sklejona z najbardziej oczywistych i chyba jednak naiwnych wyobrażeń dotyczących przyszłości. Kilka stron wystarczy, by rozwinąć koncept i dobiec do wyraźnej pointy. I wiecie co? To działa. Te starodawne (liczące sobie przecież prawie 70 lat teksty) mogą się podobać.

PS

Gdyby się Wam ta recenzja nie podobała, to w tym momencie przejadę się na plecach Zbigniewa Herberta, który w wierszu „Szachy” drżał na myśl o niesympatycznych konsekwencjach pojedynku komputera Deep Blue, który ograł samego Kasparowa.

(…)
nuworysz
Deep Blue
rozpycha się po polach
uszytych z płaszcza arlekina
i drwiący ignorant
nafaszerowany
wszystkimi otwarciami
atakami obroną
a wreszcie radosnym
hallali nad zwłokami
przeciwnika

tak więc
królewska gra
przechodzi pod władzę
automatów
(…)”