środa, 18 października 2017

Było sobie (nie) raz miasteczko, czyli "Jedna księżycowa noc" Pricharda

Ileż to razy ja już się z tym spotkałem? Małe odcięte od Wielkiego Świata prowincjonalne miasteczko, płynący swoim rytmem czas, galeria ekscentrycznych bohaterów tworzących koloryt lokalny, przestrzeń widziana oczyma dziecka, które powoli odkrywa sekrety świata dorosłych. Obowiązkowy nastrój nostalgii, przeczucie końca świata, o którego ostatnich chwilach właśnie czytamy, erozja bezpiecznej i oswojonej rzeczywistości. Natychmiast przypominają się nostalgiczne książki Hrabala, „Amarcord” w reżyserii Felliniego, oniryczne opowiadania Brunona Schulza...
Czym więc na tym doskonale rozpoznawalnym tle wyróżnia się „Jedna księżycowa noc” Caradoga Pricharda? Wszystkim i niczym – tak odpowiem i już spieszę wytłumaczyć sens tych słów. Prichard jest klasykiem mało znanej, egzotycznej (przynajmniej dla większości polskich czytelników) literatury walijskiej. Literatura ta zaś za sprawą wymienionego wyżej tytułu wzbogaciła się o znakomitą książkę, którą chętnie tłumaczono, a dzięki nietuzinkowej formie porównywano jej znaczenie dla języka walijskiego do znaczenia, jakie miał „Ulisses” Joyce’a dla kręgu literatury anglojęzycznej.

Na czym więc zasadza się skromny fenomen tej powieści? Autor przenosi nas niemal sto lat wstecz do nienazwanego w książce walijskiego miasteczka, które poznajemy za sprawą pierwszoosobowego narratora – małego chłopca, który w towarzystwie dwóch kolegów oprowadza czytelników po zakamarkach rodzinnej miejscowości. Razem z nimi podglądamy życie sąsiadów, bierzemy udział w troskach życia codziennego, opłakujemy zabitych w okopach I wojny światowej, której długi cień sięga nawet tak odległych zakątków Wysp Brytyjskich. Wydarzenia podniosłe i cementujące wspólnotę mieszkańców sąsiadują z groteskowymi, niemal komicznymi epizodami. Żarliwa religijność nie kłóci się z potrzebą wychylenia kilku głębszych w pobliskiej gospodzie, biedna nie amputuje marzeń o możliwości odmiany ciężkiego losu… Harmonii, o której czytamy, nie jest w stanie zakłócić nawet śmierć, a tej w powieści Pricharda nie brakuje. Przychodzi po starych i młodych, po żołnierzy i robotników, bliskich i dalekich, ale niemal za każdym razem prędzej czy później oswajana jest ona jako nieodłączny element samego życia, cząstka bożego planu.
„Jedna księżycowa noc” nie oferuje tradycyjnie rozumianej fabuły. Powieść przypomina bardziej kolaż wspomnień i skojarzeń, snów i wizji, których mechanizm nie musi być tłumaczony prostymi zasadami narracji, w myśl której przyczyna zawsze wyprzedza skutek. Możemy na palcach jednej ręki wymienić te wydarzenia, które stanowią punkty orientacyjne fabuły, ale wokół nich płynna materia opowieści układa się w sposób mniej lub bardziej kapryśny, co oczywiście zarzutem żadnym nie jest. Tak pracuje pamięć i wiedzą o tym wszyscy ci, którzy pokusili się kiedykolwiek o próbę opowiedzenia o własnej odległej przeszłości. A Prichard (co wiemy po lekturze wstępu do powieści) chętnie sięgał do własnych wspomnień, by odtworzyć świat, którego już nie ma, a w którym zdaje się zostawił kilka nierozwiązanych spraw.
Jednego jestem pewien – książka ta pomimo niepokojącej, sennej, momentami bardzo dalekiej od realizmu atmosfery, odsłania przed czytelnikami twarde realia życia. Uczy szacunku dla pracy i pomaga zrozumieć, jak niewiele człowiekowi trzeba, by mógł nazwać siebie szczęśliwym. (Podpowiem – zdrowi najbliżsi i zastawiony stół.)
Powieść ta przekonała mnie o jeszcze jednym – czytając książki wypełnione elementami, które wyliczyłem w pierwszym akapicie, można odnieść wrażenie, że istnieje pewna wspólnota losów bohaterów tego typu tekstów, a przynajmniej podobieństwo sposobów istnienia tychże postaci w rzeczywistości dzieł literackich. „Jedna księżycowa noc” doskonale wpisuje się w szereg podobnych do siebie opowieści o porzucaniu dzieciństwa, o pierwszych ciosach zadawanych przez życie, o wygnaniu z rajskiego ogrodu wprost w objęcia jałowej ziemi dorosłości. Ten konstytutywny deficyt oryginalności w żaden sposób nie rzutuje na jakość powieści Pricharda. Odwrotnie, autor potwierdził w fantastyczny sposób to, co człowiek z czasem sobie uświadamia – wszyscy kiedyś przeżyliśmy to samo, ale wciąż i wciąż można (a nawet należy) o tym opowiadać.

sobota, 14 października 2017

Obecni i nieobecni, czyli "Stopień pokrewieństwa" Jarosza

Ja już tak mam - lubię widzieć w wierszu (a finalnie w całym tomie wierszy) ślady obecności autora. Lubię wyobrażać sobie, że mówi do mnie ta a nie inna osoba, a nie anonimowy, blady, abstrakcyjny, wirtualny podmiot liryczny, który często gubiony jest w labiryncie postawangardowej poezji. Ja wiem, że to nieprofesjonalne, że nie wolno, że trzeba bardziej profesjonalnie i "chłodno." Ja wiem, ale wolę nie. 

Wiersze Łukasza Jarosza doskonale nadają się do tego, by widzieć w ich skromnych przestrzeniach właśnie konkretnego człowieka. Jeżeli nawet nie ochrzcimy go imieniem samego poety, to i tak będziemy mieć wgląd w życie kogoś, kto konsekwentnie realizując poetykę wyznania, otwiera się przed czytelnikiem i pozwala mu śledzić swoje kolejne przemiany. Wczytując się w następujące po sobie tomy Jarosza, wgryzając się w ten twardy poetycki świat, w owoce składające się z samych pestek, możemy bez większego trudu nie tylko stworzyć "portret pamięciowy" bohatera tych wierszy, ale również zrekonstruować fluktuacje, jakie pojawiają się w życiu każdego z nas.

Poezja ta jest moim zdaniem jednak mądrzejsza od zwykłego życiopisania, któremu patronują nieżyjący Stachura i jak najbardziej żyjący Jacek Podsiadło. Kilka ostatnich tomów Jarosza to książki, nad którymi dyskretne patronaty sprawują a to Historia ("Pełna krew"), a to Śmierć ("Kardonia i Faber"), a to (nieobecny) Bóg w ostatnim tomie pt. "Stopnień pokrewieństwa", jednak te wielkie motywy nie są w stanie w pełni przesłonić tego, co najbardziej charakterystyczne dla tej poezji: konkretu, ożywczego detalu, drobnego gestu dostrzeżonego kątem oka, majaczącego strzępu wspomnienia, jednego kadru wywołanego z rozedrganego filmu o życiu. Tak więc książki te płyną dwoma korytami jednocześnie - szukając doświadczeń wspólnych, ukazują je z perspektywy bardzo pojedynczego losu.

W "Stopniu pokrewieństwa" odkryjemy wszystko, co do tej pory świadczyło o klasie tej poezji. Te wiersze nie mogłyby istnieć bez rzeczywistości odbieranej każdym zmysłem. Ja wiem, że idea "widzę i opisuję" mogłaby się wydawać anachroniczna i wtórna, ale Jarosz jest do bólu konsekwentny, jego głos szybko stał się rozpoznawalny, ustawiono go w taki sposób, że trudno pomylić poetę z innym zawodnikiem tej samej wagi. Wypracowana lata temu metoda twórcza, autorskie piętno odciskane na każdym pojedynczym tekście - z tym Jarosz nigdy de facto się nie rozstał. I bardzo dobrze, gdyż od tego typu twórców chyba nie oczekuje się rewolucji, ale raczej konsekwencji w podążaniu artystyczną ścieżką.





Najnowszy tom Jarosza mocno mnie przygnębił. Źle się dzieje w państwie duńskim, myślę sobie, zamykając książkę, którą wbrew swoim przyzwyczajeniom przeczytałem od pierwszego do ostatniego wiersza, w kolejności zaproponowanej przez autora. Źle się dzieje, myślę sobie i zbieram porozrzucane na przestrzeni tekstu tropy, które wskazują na jedno - jak refren powraca słowo "Bóg", wielki nieobecny.


Jego przeczucie pozwalało Jaroszowi dostrzegać w świecie ład. Tak to widziałem, gdy poeta wyrażał jeżeli nie zachwyt, to przynajmniej zgodę na rzeczywistość. Wielkie TAK, neon zapalony przez Stwórcę, zaczął migać, zwiastując nadchodzącą awarię. Teoretycznie wszystko jest po staremu; krótkie migawkowe ujęcia, śmiałe jukstapozycje, odważne (chociaż oszczędnie dawkowane) metafory dopełniaczowe. Stary dobry rozpoznawalny świat, w którym czytelnik może poczuć się proszonym gościem. A jednak jakiś mrok, nawet czerń, przyzwoicie zamaskowana rozpacz, rozgoryczenie, zmęczenie, apatia wypełzają spomiędzy linijek. Być może jest to efekt nurzania się  w lotnych piaskach smugi cienia (wybaczcie młodopolską stylizację), celebrowania kolejnego przesilenia w życiu, dopalania się poprzedniego wcielenia. 


A może w tym tomie chodzi o coś większego niż poezja? Być może chodzi o samo życie z jego nieprzewidywalnością, z tajemnicą naszych upadków i strat, życie kastrujące siły, pewność siebie, wiarę w innych i w ogóle we wszystko... Ten ciemny żar wtargnął z całą mocą do poezji Jarosza; on sam od zawsze pozwalał, by życie wsączało się w wiersze, więc dlaczego nie potraktować ich jako wiarygodnych świadectw bardzo ponurych procesów. Jasne, można "Stopień pokrewieństwa" traktować jako kronikę rozpadającego się świata, którego nie spaja już dłużej obecność Wyższej Instancji, ale można też podejrzewać, że coś intymnego, coś bardzo "bliskiego skóry" wydatnie wpłynęło na pęknięcie, które przeorało rzeczywistość. Innymi słowy, nie wiem, czy nieobecność Boga wpłynęła na rozpadające się życie, czy też może stało się odwrotnie...


Nie wiem też, na ile istotne są puste miejsca, które kiedyś (w poprzednich tomach) były zamieszkane. Nieobecni, którzy kiedyś istnieli. Obecni i ich delikatne istnienie, w którym Jarosz upatruje jedynych punktów zaczepienia... Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, poniewaź czuję, że dotykam spraw zbyt osobistych, prywatnych, o których częściej milczeć niż mówić wypada poezji.


Nie wiem, czy da się o takim rodzaju poezji mówić, posiłkując się arsenałem narzędzi krytycznoliterackich. Można ją rozbroić, rozpracować, rozłożyć na czynniki pierwsze, ale chyba nie zasługuje ona na takie właśnie potraktowanie. Czy dotrzemy do jakiejkolwiek prawdy, gdy zamkniemy wiersze Jarosza w sieci powiązań, nawiązań, kontekstów, filozofii?




Czy interpretowaliście kiedyś spowiedź?