piątek, 30 sierpnia 2019

Karnawalizacja fantastyczna, czyli "Autostopem przez galaktykę" Adamsa

Zawsze podchodziłem jak pies do jeża do dzieł, które sprowadzały humor do poziomu wszechobecnej zgrywy. Na każdym z możliwych poziomów, na wszystkich polach świata przedstawionego musiało się coś zabawnego dziać i z reguły się działo. Oczywiście najczęściej było to bardziej żenujące niż śmieszne, wysilone zamiast lekkie i zwiewne. Lektury takich książek bolą. Gdy przypomnę sobie książki hołubionej polskiej autorki o inicjałach M.K., czuję się jakbym brał udział w czymś bardzo zawstydzającym. Na przykład świniobiciu.

Z czasem jednak dostrzegłem niesamowity walor tego typu literatury. Walor ten odsłania się, gdy humor, zgrywa służą satyrze. A satyra, której wcześniej nie lubiłem, srogo doświadczony jej interwencyjnym charakterem i szkolnymi skojarzeniami, okazała się odpowiadać na zapotrzebowania notorycznego pesymisty, jakim chyba jestem.

Gdy odkryłem jej cyniczny, nihilistyczny ton, znalazłem przyjemność w odkrywaniu tekstów, które negują absolutnie wszystko - nie tylko wady, przywary i słabości człowieka, ale również  to, co ludzkie, swojskie, nasze. Z zaświatów tego typu pisarstwu patronuje Jonatan Swift - mizantrop i cynik. To właśnie on przy pomocy dzielnego Guliwera nie tylko rozprawiał się z oczywistymi przeciwnikami - polityką, wojną, bezpłodnym mędrkowaniem, ale kpił również z  miłości i pożądania, ludzkiego ciała i jego słabo maskowanych niedoskonałości. 

Tak czy siak długie lata unikałem tego typu kawałków. Mierziły mnie te błazeństwa i teraz, Proszę Państwa, w końcu zrozumiałem, że błazen to postać mądrzejsza niż się na pierwszy rzut oka wydaje. A gdy wsłuchamy się w dźwięczne dzwoneczki, którymi obszyte jest jego pstrokate ubranko, usłyszymy w tle poważne, dostojne tony. Tak to działa u Pratchetta, tak bywa u Douglasa Adamsa.

Myślę, że warto zwrócić uwagę na okoliczności, w jakich ów pisarz zaczął pastwić się nad fantastyką. Lata 70, właściwie druga ich połowa, to triumfalny marsz takich twórców Aldiss, Silverberg, LeGuin, Dick, Ellison, których dzieła starały się przeorientować cały gatunek. Ich fantastyka zdradza społeczne zacięcie, czerpie z doświadczeń "prawdziwej" literatury, jest otwarta na eksperymenty formalne, chce rozwiązywać problemy i myśleć o kwestiach poważniejszych niż pytanie o to, czy za 100 lat będą latające samochody. 

I wtedy pojawia się Adams - żartowniś, który kpi sobie z powagi Nowej Fali, z jej ambicji i zamierzeń.



Nie ma chyba większego sensu streszczać fabuły. "Autostopem przez galaktykę" jest nie-do-opowiedzenia. A jeżeli ktoś nawet zaryzykuje i odtworzy zygzakowatą, chaotyczną linię fabularną, dotknie tylko naskórka tekstu. Ważniejsze od całości są elementy składowe. Główny bohater to nijaka, wybitnie pretekstowa postać, której jedyną literacką zasługą jest fakt, że ocalała z zagłady Ziemi, którą trzeba było zanihilować, ponieważ nie pasowała do programu zagospodarowania przestrzennego wszechświata. Jedno pstryk! i znikają piramidy egipskie, ryjówki, fabryki samochodów małolitrażowych, oceany, autostrady, kręgielnie i wszystko, co stworzył człowiek na trzeciej planecie od Słońca. Ziemię zgnieciono jak kulkę papieru i wrzucono do kosmicznego kosza. 

Reszta opowieści to nieskrępowana galopada absurdów, żartów różnego kalibru, ironii palącej jak śliwowica, nieprzewidywalnych się i nie dających się rozgrzeszyć bez formuły deus ex machina zwrotów akcji. Żadne zagrożenie w tym świecie nie jest ostateczne, nie ma pułapki, z której nie można wyrwać się przy pomocy kaprysu samego pisarza, który wpierw przygotowuje "śmiertelne niebezpieczeństwo", by po chwili wyciągnąć swoich bohaterów w kompletnie nonsensowny sposób.

Sami bohaterowie to urocza menażeria indywiduów, zbieranina odpustowych figurek z objazdowego teatru specjalizującego się w parodiowaniu świętości gatunku. Pogrążony w nieustającej depresji robot, dwugłowy były prezydent Galaktyki, dwójka ostatnich Ziemian w całym Wszechświecie, która zamiast stanowić koła napędowe tekstu jest raczej tobołem, z którymi trzeba tarabanić się od planety do planety, od rozdziału rozdziału.

Niesamowita to książka, która emanuje wolnością artystyczną, nie przywiązuje się do żadnych prawideł literackiego rzemiosła, ostentacyjnie je odrzuca (nawet jeżeli ta swoboda jest wystudiowaną figurą, ja to kupuję), bawi surrealnym dowcipem i podważa wszystko, czym lubimy jako homo sapiens podpierać naszą rzekomą wyjątkowość. 

środa, 7 sierpnia 2019

Suma wszystkich niepokojów, czyli "Przypowieść o siewcy" Butler

Od dawna ta książka czekała na swoją kolej. Wszystko przemawiało na jej korzyść - uznana autorka, blask "kobiecej" fantastyki, od której oczekiwałem odmiennego tembru, a nawet pochodzenie Octavii Butler, w której prozie chciałem usłyszeć echa afroamerykańskich doświadczeń. Liczyłem na egzotyczne (w stosunku do moich typowych wyborów czytelniczych) doznania, które wynagrodzą mi trud czytania. O słodki losie! Ależ mnie ta książka rozczarowała... Zawiedzione nadzieje bolą jak jasna cholera.



Teoretycznie wchodziłem na dobrze sobie znany choć nieco kamienisty grunt. Mamy rok 2025. USA, które zmiażdżone przez kopyta czterech jeźdźców apokalipsy (głód, skażenie środowiska, narkomania, przestępczość, nieobecność jakiejkolwiek władzy centralnej - pięciu jeźdźców mi wyszło...), przypominają leżącego pod ścianą zapchlonego liżącego ropiejące rany kundla. Zwykli ludzie próbują jednak jakoś żyć. Ci zwykli ludzie, którzy zawsze padają pierwsi pod ciosami sił demolujących rzeczywistość, i zawsze pierwsi otrzepują kolana, powoli podnosząc się z upadku. Ci zwykli ludzie żyją za murem odgradzającym ich od brutalnego, zdegenerowanego świata. Mają małe ogródki, hodują króliki, uczą się strzelać, by obronić własną malutką ojczyznę przez napierającymi siłami chaosu i brutalności. 

(Być może widzę w tym obraz afroamerykańskich gett, ostoi przemocy, owych neighbourhoods, na ulicach których krążą dilerzy, złodzieje samochodów i gangsterzy, a nieliczne "normalne" rodziny starają się utrzymać na powierzchni społeczeństwa, nie łamiąc przy okazji prawa i broniąc własnych dzieci przed demonami... Historia upadku takich miast jak Detroit może bardzo nam pomóc.)

W jednej z takich wspólnot żyje nastoletnia bohaterka, która... I tu się zaczynają problemy. Dziewczyna wyróżnia się na tle nielicznych rówieśników - po pierwsze jako córka przywódcy duchowego wspólnoty odkrywa w sobie powołanie, by stworzyć zalążek nowej religii; po drugie ma wątpliwą przyjemność posiadania daru hiperempatii, która powoduje, że odczuwa fizycznie wszelką krzywdę, jaką wyrządzi się komukolwiek w jej otoczeniu. 

Brzmi ciekawie, prawda. No właśnie nie. Butler w zdumiewający sposób trwoni ten jako taki potencjał. Wymyślona przez bohaterkę "religia" oparta jest na przekonaniu, że Bóg (Demiurg? Kreator? Pierwszy Poruszyciel?) jest wieczną zmianą, ale... za taką koncepcją nie idą żadne konkretne moralne wymagania stawiane przed potencjalnymi wiernymi. To jest wewnętrznie puste. "Religia" ta to czystej wody new age'owe abrakadabra, a co jeszcze gorsze - jest kłopotliwym fantem, fabularnym ciężarem, który musi dźwigać bohaterka, walcząc o przeżycie w postapokaliptycznym świecie. A hiperempatia? Też zgrzyta, gdyż jej objawy zdarzają się przy okazji różnych brutalnych, ale dość przypadkowych z punktu widzenia fabuły sytuacji - a tu kogoś pobito, a to postrzelono. Takie życie na osiedlu...

Najsilniejszą stroną "Przypowieści o siewcy" nie jest fabuła, ale wykreowany świat widziany oczyma młodej dziewczyny, która czuje przez skórę, że za chwilę pozornie bezpieczna oaza, w jakiej przyszło jej żyć, zostanie zdmuchnięta z powierzchni ziemi, spalona, rozgrabiona. I tak się właśnie dzieje...

Czyż nie da się w tym tekście wypatrzyć współczesnych strachów przed klimatyczną katastrofą? Czy Butler nie zadaje nam pytania o sens młodości, miłości, płodzenia kolejnych pokoleń w świecie, w którym może być tylko gorzej? W piekle, które sobie zafundowaliśmy i chyba już ciut rozgościliśmy? Tego typu kwestie powodują, że powieść jest istotnym, niepokojącym i (niestety) realistycznym głosem w dyskusji o kształcie chyba dość bliskiej przyszłości. 

Tym, którzy po nią sięgną, radzę by po prostu usunęli z pola widzenia te pompatyczne i natchnione partie, w których bohaterka emocjonuje się domowej roboty duchowością i przenieśli uwagę na naprawdę smutny obraz jałowej ziemi, na której przyjdzie być może nam żyć. 

Czy polecam? Z zastrzeżeniami tak. 

wtorek, 6 sierpnia 2019

Symfonia Simmonsa, czyli "Hyperion"

Jak na moje to książka wybita. Książka właśnie, nie powieść. Książka, wehikuł mogący dźwigać potężny koncept i mechanizm o kilkunastu zazębiających się kółkach - mniejszych i większych. Święto literatury rozumianej zarówno jako umiejętność chwytania czytelnika za mordę, jak i zdolność do zamykania pomiędzy okładkami doskonale zorkiestrowanych partii. 

Simmons przesuwa na pasie transmisyjnym tekstu poszczególne epizody, które oświetlają siebie wzajemnie, pozwalając dojrzeć coś, co wcześniej mogło uciec. Zdumiewające, że orkiestra Simmonsa gra bez najmniejszego fałszu, w równym tempie, bez przerw na wzięcie oddechu. Nawet interludia pomiędzy kolejnymi opowieściami mają wysoką temperaturę emocjonalną. 



Nie ma sensu, a przynajmniej ja go nie widzę, by rysować fabułę klasycznego już przecież dzieła. Dla mnie "Hyperion" to przede wszystkim hołd oddany literaturze wyrażony albo żonglerką motywami i konwencjami, albo czytelnymi (niemal literalnymi) odwołaniami do historii literatury. 

Cóż my tu mamy? W żadnej kolejności wymienię kryminał noir naszpikowany cyberpunkowymi gadżetami, gorzką autobiografię artysty, teologiczną rozprawę, militarną space operę... - każda z tych konwencji dźwiga na sobie ciężar opowieści, które same w sobie są znakomitymi realizacjami postulatów wykorzystywanych przez autora gatunków. Nie zapominajmy również, że całość dzieje się w skomplikowanym, trójwymiarowym, wewnętrznie spójnym (wszech)świecie przyszłości czekającym na rozerwanie przez nieuchronnie zbliżającą się wojnę. 

Simmons niczym szalony naukowiec w alchemicznej pracowni zamienił klasyczne dla literatury angielskiej teksty i postacie - odpowiednio "Opowieści kanterberyjskie" Chaucera, poezja i biografia romantycznego poety Johna Keatsa) - w "towar" atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy. Uskrzydlił przeszłość. I na dodatek ani razu nie potraktował tego źródłowego materiału z postmodernistyczną kpiną, ponowoczesnym cynizmem. Pisarz szanuje tradycję i tego szacunku uczy czytelnika.  

Gdyby nie literatura, nie byłoby tej powieści. A gdyby nie było literatury, mogłaby się ona z "Hyperiona" narodzić.

Najgoręcej!