środa, 7 sierpnia 2019

Suma wszystkich niepokojów, czyli "Przypowieść o siewcy" Butler

Od dawna ta książka czekała na swoją kolej. Wszystko przemawiało na jej korzyść - uznana autorka, blask "kobiecej" fantastyki, od której oczekiwałem odmiennego tembru, a nawet pochodzenie Octavii Butler, w której prozie chciałem usłyszeć echa afroamerykańskich doświadczeń. Liczyłem na egzotyczne (w stosunku do moich typowych wyborów czytelniczych) doznania, które wynagrodzą mi trud czytania. O słodki losie! Ależ mnie ta książka rozczarowała... Zawiedzione nadzieje bolą jak jasna cholera.



Teoretycznie wchodziłem na dobrze sobie znany choć nieco kamienisty grunt. Mamy rok 2025. USA, które zmiażdżone przez kopyta czterech jeźdźców apokalipsy (głód, skażenie środowiska, narkomania, przestępczość, nieobecność jakiejkolwiek władzy centralnej - pięciu jeźdźców mi wyszło...), przypominają leżącego pod ścianą zapchlonego liżącego ropiejące rany kundla. Zwykli ludzie próbują jednak jakoś żyć. Ci zwykli ludzie, którzy zawsze padają pierwsi pod ciosami sił demolujących rzeczywistość, i zawsze pierwsi otrzepują kolana, powoli podnosząc się z upadku. Ci zwykli ludzie żyją za murem odgradzającym ich od brutalnego, zdegenerowanego świata. Mają małe ogródki, hodują króliki, uczą się strzelać, by obronić własną malutką ojczyznę przez napierającymi siłami chaosu i brutalności. 

(Być może widzę w tym obraz afroamerykańskich gett, ostoi przemocy, owych neighbourhoods, na ulicach których krążą dilerzy, złodzieje samochodów i gangsterzy, a nieliczne "normalne" rodziny starają się utrzymać na powierzchni społeczeństwa, nie łamiąc przy okazji prawa i broniąc własnych dzieci przed demonami... Historia upadku takich miast jak Detroit może bardzo nam pomóc.)

W jednej z takich wspólnot żyje nastoletnia bohaterka, która... I tu się zaczynają problemy. Dziewczyna wyróżnia się na tle nielicznych rówieśników - po pierwsze jako córka przywódcy duchowego wspólnoty odkrywa w sobie powołanie, by stworzyć zalążek nowej religii; po drugie ma wątpliwą przyjemność posiadania daru hiperempatii, która powoduje, że odczuwa fizycznie wszelką krzywdę, jaką wyrządzi się komukolwiek w jej otoczeniu. 

Brzmi ciekawie, prawda. No właśnie nie. Butler w zdumiewający sposób trwoni ten jako taki potencjał. Wymyślona przez bohaterkę "religia" oparta jest na przekonaniu, że Bóg (Demiurg? Kreator? Pierwszy Poruszyciel?) jest wieczną zmianą, ale... za taką koncepcją nie idą żadne konkretne moralne wymagania stawiane przed potencjalnymi wiernymi. To jest wewnętrznie puste. "Religia" ta to czystej wody new age'owe abrakadabra, a co jeszcze gorsze - jest kłopotliwym fantem, fabularnym ciężarem, który musi dźwigać bohaterka, walcząc o przeżycie w postapokaliptycznym świecie. A hiperempatia? Też zgrzyta, gdyż jej objawy zdarzają się przy okazji różnych brutalnych, ale dość przypadkowych z punktu widzenia fabuły sytuacji - a tu kogoś pobito, a to postrzelono. Takie życie na osiedlu...

Najsilniejszą stroną "Przypowieści o siewcy" nie jest fabuła, ale wykreowany świat widziany oczyma młodej dziewczyny, która czuje przez skórę, że za chwilę pozornie bezpieczna oaza, w jakiej przyszło jej żyć, zostanie zdmuchnięta z powierzchni ziemi, spalona, rozgrabiona. I tak się właśnie dzieje...

Czyż nie da się w tym tekście wypatrzyć współczesnych strachów przed klimatyczną katastrofą? Czy Butler nie zadaje nam pytania o sens młodości, miłości, płodzenia kolejnych pokoleń w świecie, w którym może być tylko gorzej? W piekle, które sobie zafundowaliśmy i chyba już ciut rozgościliśmy? Tego typu kwestie powodują, że powieść jest istotnym, niepokojącym i (niestety) realistycznym głosem w dyskusji o kształcie chyba dość bliskiej przyszłości. 

Tym, którzy po nią sięgną, radzę by po prostu usunęli z pola widzenia te pompatyczne i natchnione partie, w których bohaterka emocjonuje się domowej roboty duchowością i przenieśli uwagę na naprawdę smutny obraz jałowej ziemi, na której przyjdzie być może nam żyć. 

Czy polecam? Z zastrzeżeniami tak. 

wtorek, 6 sierpnia 2019

Symfonia Simmonsa, czyli "Hyperion"

Jak na moje to książka wybita. Książka właśnie, nie powieść. Książka, wehikuł mogący dźwigać potężny koncept i mechanizm o kilkunastu zazębiających się kółkach - mniejszych i większych. Święto literatury rozumianej zarówno jako umiejętność chwytania czytelnika za mordę, jak i zdolność do zamykania pomiędzy okładkami doskonale zorkiestrowanych partii. 

Simmons przesuwa na pasie transmisyjnym tekstu poszczególne epizody, które oświetlają siebie wzajemnie, pozwalając dojrzeć coś, co wcześniej mogło uciec. Zdumiewające, że orkiestra Simmonsa gra bez najmniejszego fałszu, w równym tempie, bez przerw na wzięcie oddechu. Nawet interludia pomiędzy kolejnymi opowieściami mają wysoką temperaturę emocjonalną. 



Nie ma sensu, a przynajmniej ja go nie widzę, by rysować fabułę klasycznego już przecież dzieła. Dla mnie "Hyperion" to przede wszystkim hołd oddany literaturze wyrażony albo żonglerką motywami i konwencjami, albo czytelnymi (niemal literalnymi) odwołaniami do historii literatury. 

Cóż my tu mamy? W żadnej kolejności wymienię kryminał noir naszpikowany cyberpunkowymi gadżetami, gorzką autobiografię artysty, teologiczną rozprawę, militarną space operę... - każda z tych konwencji dźwiga na sobie ciężar opowieści, które same w sobie są znakomitymi realizacjami postulatów wykorzystywanych przez autora gatunków. Nie zapominajmy również, że całość dzieje się w skomplikowanym, trójwymiarowym, wewnętrznie spójnym (wszech)świecie przyszłości czekającym na rozerwanie przez nieuchronnie zbliżającą się wojnę. 

Simmons niczym szalony naukowiec w alchemicznej pracowni zamienił klasyczne dla literatury angielskiej teksty i postacie - odpowiednio "Opowieści kanterberyjskie" Chaucera, poezja i biografia romantycznego poety Johna Keatsa) - w "towar" atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy. Uskrzydlił przeszłość. I na dodatek ani razu nie potraktował tego źródłowego materiału z postmodernistyczną kpiną, ponowoczesnym cynizmem. Pisarz szanuje tradycję i tego szacunku uczy czytelnika.  

Gdyby nie literatura, nie byłoby tej powieści. A gdyby nie było literatury, mogłaby się ona z "Hyperiona" narodzić.

Najgoręcej!