niedziela, 26 sierpnia 2018

Lego pod stopą, czyli "Paragon" Wiercigroch-Woźniak

Zły jestem na siebie. Powinienem te słowa napisać najpierw piórem, w (powiedzmy) dizajnerskim notatniku, na którego bezkwasowym papierze atrament kładzie się miękko i szybko schnie. Powinienem pisać wolniej, celebrując charakter pisma, ciesząc się z dziwnego nieprzewidywalnego "liternictwa". Ale jestem leniwy, piszę tutaj, naciskam klawisze, w sumie nawet nie patrzę zbyt często na klawiaturę. Stukam, paruje ze mnie kawa, pełznie senność...

I w takich to oto warunkach bojowych przyszło mi zmierzyć się z tomem wierszy Klaudii Wiercigroch-Woźniak pt. "Paragon". Tomik został wydany jako nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina, więc  mamy do czynienia z książką nie pierwszą lepszą, ale wybraną, wyselekcjonowaną, mającą umocnić nazwisko i wywindować w stratosferę tę lirykę. 

Nie mnie wyrokować, czy sztuka ta się udała. Po prostu za głupi jestem, by cokolwiek przewidzieć w tak nieprzewidywalnym biznesie jak polska liryka współczesna. Niemniej spróbuję Wam coś tam o "Paragonie".



Wiersze zebrane w tym tomie jako żywo potwierdzają tezę o rosnącym zaangażowaniu społecznym (publicystycznym?) polskiej młodej liryki. Chyba rzadko komu wypada dziś bezrefleksyjnie błąkać się po wrzosowiskach prywatnych obsesji i jednocześnie ścigać peleton tych, którzy "nie żałują róż, gdy płoną lasy". 

Poetka od pierwszych wierszy zaznacza terytorium, którego będzie bronić, obudowywać znaczeniami, okopywać wilczymi dołami, w jakie powpadać mają ci, przeciwko którym owe teksty powstały. Bazę, której broni Wiercigorch-Woźniak, dość łatwo opisać można posiłkując się uproszczonymi światopoglądowymi narracjami. To szeroko rozumiana lewicowość manifestująca się pogardą dla narzucanych ról społecznych, oczekiwań, wymagań. Wrażliwość na problemy społeczne, nietolerancję, ksenofobię, znieczulicę. Nawet delikatne antykonsumpcjonistyczne tony bez większego problemu znajdziemy w tej książce.

Oczywiście najsilniej w "Paragonie" wybrzmiewa kobiecość - twarda, nieustępliwa, pozornie dająca się odkształcać, ale tak naprawdę zwarta i gęsta, skupiona. Jak klocek lego, który zdepnięty stopą najróżniejszych obowiązków, niewiele robi sobie z owej stopy.

Najsilniej ufortyfikowane granice podmiotu lirycznego to granice ciała. Stąd opór, bunt, niezgoda na te normy kultury, które przyzwalają na ich fizyczne lub symboliczne przekraczanie. Tę piosenkę też znamy. Moje ciało, moja...

Na szczęście liryka ta broni się nie tylko swoimi "wiecowymi" tematami. Pozostaje język. Zaczepna to poezja, chętnie i często sięga po cytaty żywcem wyrwane z bulgocącej kadzi Internetu. Komentarze przypadkowych użytkowników, jadowite lub bezduszne, okrutne lub po prostu głupie, sąsiadują z pustosłowiem rodem z telewizji śniadaniowej. Click baitowe nagłówki z surowymi medialnymi depeszami. Cały ten zgiełk poetka stapia z wysokiej próby poezją, która ironicznie lub lirycznie paraliżuje i rozbraja ideowych przeciwników.

Te kolaże/mariaże stylistyczne (bo tak bym zdefiniował sporą część wierszy) bardzo często wieńczone są dotkliwymi punch line'ami, które poetka wybiera zamiast pointy lub wyciszającej kody. Czasami nie wiem, czy robi dobrze, ale rozumiem, że ten typ poezji musi kończyć symboliczne zaciśnięcie pięści i uniesienie jej wysoko.

Dobre to wiersze. Aktualne i ciekawie włączające się w dyskusje przetaczające się jak fronty atmosferyczne ponad naszym pięknym krajem. I mimo, że pewnie ja i poetka znaleźlibyśmy się po dwóch stronach ideologicznej barykady, znajduję dużą przyjemność w lekturze "Paragonu."

Przyjemność ta jest podwójna, gdyż przypominam sobie pierwszy świadomy kontakt z prawdziwą poezją. Jako dzieciak z podstawówki czytałem wiersze Anny Świrszczyńskiej z tomu "Jestem baba" i, mówiąc kolokwialnie, współczułem, ale nie czułem i nie utożsamiałem się z opisywanymi dramatami.

środa, 22 sierpnia 2018

Masz piękny mózg, czyli "Statek, który śpiewał" McCaffrey

Nie spodziewałem się, że aż tyle satysfakcji czytelniczej sprawi mi ta zupełnie przypadkiem odkryta książka. Gdzieś w odmętach Internetów znalazłem artykuł-wyliczankę: "Najlepsze niewojenne space opery" czy coś w tym stylu. Generalnie chodziło o tę odmianę science fiction, którą umieszczono w kosmosie, ale daleko jej do prostych strzelanek w stylu "Gwiezdnych wojen", których platonicznie, ale szczerze nie lubię.

"Statek, który śpiewał" na dodatek realizuje moją ulubioną strukturę fabularną - powieść złożono z kilku części stanowiących oddzielne, zamknięte wewnętrznie całości, które jednak wzajemnie ze sobą korespondują. Z czymś takim  mieliśmy na przykład do czynienia w klasycznej pierwszej odsłonie "Fundacji" Asimova. 

Jak pewnie wiecie (znamy się wszak tyle lat), nie znoszę przesady, przesytu, wybujałości. Nie lubię, gdy w horrorach od pierwszej do ostatniej strony leje się krew, a duchy potrząsają łańcuchami. Nie lubię, gdy w kryminałach autor ani razu nie pozwala mi spuścić oka ze śledztwa, by nacieszyć się ponurym detektywem lub wyrafinowanym zbrodniarzem. Nie lubię spirytusu, wolę piwo. I gęste podwójne espresso popijam wodą. 

W samej fantastyce też szukam "zaczepienia". Lubię te teksty, które nie wrzucają mnie na głęboką wodę przedziwnego świata przedstawionego. Nawet na najodleglejszych planetach lubię rozpoznawać znajome kształty, przedmioty, ludzkie rozterki i dramaty, namiętności i słabostki. 

I właśnie dlatego tak dobrze czytało się "Statek, który śpiewał", książkę w 100% realizującą założenia fantastyki naukowej, a jednocześnie jakiejś takiej... ciepłej (?),humanistycznej (?). 


Tytułowym statkiem jest potężny pojazd zwiadowczy, w który wbudowano ludzki mózg. Piękna to idea, gdyż mózg ten pochodzi z ludzkiego ciała, które nie miałoby szans na samodzielną egzystencję z powodu zdiagnozowanych ciężkich deformujących ciało chorób. McCaffrey daje więc nadzieję wszystkim tym, którzy mogliby stanowić balast dla innych. Specjalnie "wyszkolone" mózgi mają w towarzystwie pilotów podejmować się zleconych im mniej lub bardziej niebezpiecznych misji. 

Przygody jednego z takich "statkomózgów" będziemy poznawać. Przyznajcie, brzmieć to wszystko może dość dziwnie. A jednak pisarka od samego początku do granic możliwości uczłowiecza statek - jego mózg należy do kobiety, Helvy, której przypisano całą gamę czysto kobiecych cech. I powiem Wam coś jeszcze - jest ona moim zdaniem jedną z lepszych kreacji kobiecych w poznanej przeze mnie literaturze fantastycznej. 

Helva bywa kapryśna, złośliwa, rozmarzona, szczęśliwa, przerażona, smutna lub zdumiewająco chłodna i opanowana. Cały wachlarz emocji, repertuar nastrojów pozwala uwierzyć w realność tej postaci. Ba! Pozwala polubić tę rezolutną i odważną niewiastę.

Pamiętacie, że cały czas mówimy o mózgu? "Statek, który śpiewał" może więc być peanem ku czci czystego platonicznego uczucia. Pięknej osobowości. Helva kocha i cierpi z powodu utraconej w tragicznych okolicznościach miłości. Szuka bliskości z mężczyzną z krwi i kości, ale jest w stanie zaoferować mu jedynie rozmowę, poczucie humoru, dobrą radę i troskę (wyrażoną przy pomocy urządzeń pokładowych). I co najważniejsze, Helva potrafi oczarować. 

Czyż to nie pocieszające, że w końcu znajdziemy książkę, w której tak wyraźnie uchwycono nieskażoną cielesnym pożądaniem tęsknotę za drugim człowiekiem? Za "tym, co mamy w środku"? 

Oczywiście powieść McCaffrey to również kawał pierwszorzędnej przygodowej fantastyki. Gdy odrzucimy na bok te moje bajdurzenia o pięknym mózgu, dostaniemy oryginalne i nieszablonowe opowieści, którymi autorka udowadnia, że nie trzeba w kosmosie świecić sobie laserami po oczach, by czytelnik poczuł pełną satysfakcję. Raz trzeba przetransportować kilka tysięcy niemowlaków, innym razem odstawić rozrywaną konfliktami trupę aktorską na planetę skąpaną w toksycznej atmosferze... Dzieje się sporo i z nerwem.

Czasem drażnić może gadulstwo autorki, która chyba zbyt często meandrowała wokół ważnych punktów fabularnych zamiast skrócić sobie drogę i pościnać kilka dialogów, by nie zniecierpliwić czytelnika. A jednak wybaczam jej to. Kobietom można wiele wybaczyć, a najłatwiej chyba skłonność do szczodrego dzielenia się bogatym słownictwem. 

Polecam. Nie ma co.

sobota, 11 sierpnia 2018

Skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, czyli "Stwór" Saula

O,
O,
O,
o właśnie czegoś takiego szukałem. Podręcznikowy wręcz przykład B-klasowego horroru, typowy page turner. Strachu w nim za grosz (no, za centa, bo rzecz dzieje się w USA), ale wszystkie elementy składowe powieści grozy w "Stworze" Johna Saula mamy. 

Oczyma duszy widzę ekranizację tej historii, nakręconą za psie pieniądze, na kiepskiej taśmie filmowej, drugorzędni aktorzy odtwarzają trzeciorzędne role, Ameryka lat 80, którą moje pokolenie poznało z VHS-ów, Ameryka upudrowana, błyszcząca brokatem, z utapirowanymi włosami. 

Tej książki nie da się czytać inaczej niż przez pryzmat horrorów z wypożyczalni kaset, które nie wystraszyły nigdy nikogo, choć krew się w nich leje, trupy rosną jak grzyby po deszczu, a dawka niesamowitości jest zgodna z unijnymi normami.

Ta książka ma w sobie coś "Kingowego", ale nie znajdziemy w niej wielosłowia, wysilonej psychologizacji postaci. Saul nie traci czasu na psychoanalizę, dłubanie w życiorysie, na detale, epizodziki, szczegóły. Jego proza to warsztat, w którym fachowiec gromadzi tylko najpotrzebniejsze narzędzia. Powieść zatem idzie prosto do celu, pewnym ostrym krokiem.



Fabuła? Apetyczna nawet: głowa rodziny dostaje intratną propozycję pracy, która zmusi do wyjazdu gdzieś do położonego w Górach Skalistych arkadyjskiego miasteczka. Przytulną mieścinkę założyła potężna firma, która ma wpływ na każdy aspekt życia mieszkańców: finansuje szkołę, szkolną drużynę futbolową, sprowadza kolejnych "osadników." Dodatkowo prowadzi laboratorium, gdzie produkuje odżywki witaminowe mające poprawić sprawność fizyczną młodych sportowców.

Nietrudno zgadnąć, którędy poprowadzi nas Saul. Czarnym charakterem okazuje się diaboliczny naukowiec, lekarz, który podając specyfiki uczniom pobliskiego liceum, nie do końca ma ochotę odkryć przed światem istnienie skutków ubocznych. Wybuchowa mieszanka hormonów, witamin i bogowie wiedzą czego tam jeszcze zamienia niektórych chłopaków w bestie, które dla dobra wszystkich trzeba trzymać w klatkach. 

"Terapii" zostaje poddany również główny bohater, sympatyczny chorujący na astmę szesnastolatek, który nie jest w stanie spełnić pokładanych w nim ojcowskich oczekiwań. Wiecie, chłopak woli hodować króliki i robić zdjęcia przyrodzie, niż gonić po boisku za jajowatą piłką. W naszprycowanym trucizną chłopaku wzbiera powoli agresja, którą wyładowuje na najbliższych. I na królikach.

Powieść przyspiesza, autor wpompowuje hektolitry adrenaliny w swoją historię, gdy rodzice chłopaka zaczynają toczyć nierówny bój z bezwzględną firmą. Wzorcowo obracają się trybiki książki.

Finał powieści jest zaskakująco niejednoznaczny, słodko-gorzki. Zdradzać nie będę. Autentycznie mnie wzruszył, co rzadko spotyka takiego książkowego socjopatę jak ja. A gdyby dodać na koniec sugestię, że "Stwór" jest pewnego rodzaju metaforą procesu dojrzewania z hormonalnymi zawirowaniami, buntem, wściekłością i wrzaskiem, wtedy się okaże, że wcale nie tak naiwna jest ta opowieść.

Nawet polecam. Chyba tak.

Siła przyzwyczajenia, czyli "Obcy" Camusa

Camus mnie drażni. Drażni "Dżumą", którą rok w rok omawiam w szkole i wciąż dziwię się, jak dużo deklaratywnych kwestii Camus nakazuje wygłaszać swoim postaciom. No ok, jak rozumiem wielkość powieści, a jednak mnie już nudzi ten imperatyw walki z "bakcylem zła", ten heroizm "świeckich świętych." Tak więc chwyciłem "Obcego", który stanowi idealną przeciwwagę dla dr Rieux i spółki.

"Obcy" jest wybitnie niewygodną lekturą. Nawet nie 100 stron czystej, klinicznej, precyzyjnej, ocierającej się o technikę behawioralną prozy. Camus jest chłodny, rzeczowy, unika zbędnych metafor, ozdobników i zawijasów stylistycznych. Beznamiętny jak kamera, której obiektyw rejestruje zalane słońcem ulice, ruch samochodów, radość kibiców wracających z meczu, barwę morza, głębię pustego nieba. Gdy w liceum jeszcze trafiłem na "Obcego", największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie wizja słonecznego miasta kojarzącego się z obrazami Chirico. Rozkochałem się w spieczonym krajobrazie, który dopiero w nocy odzyskiwało oddech. 

Całą resztę tej książki jakoś zignorowałem. Pewnikiem przez ignorancję lub niedojrzałość.

Dziś wracam i jestem zaskoczony ciężarem filozoficznym tej książki. Rzecz jasna Ameryki nie odkryję, bo o "Obcym" pisali najwięksi, a jednak postanowiłem coś tu nabazgrolić, by,przede wszystkim, nie zapomnieć, co mnie nachodziło w czasie lektury.



Wszyscy to znamy. Bohater jest uznawany za wzorcowy literacki przykład socjopaty, którego nic nie wzrusza, nic nie interesuje, nic nie przejmuje. Śmierć matki? Ok, trzeba jechać na pogrzeb. Gdyby nie trzeba było, nie pojechałby. Okres żałoby skrócony do kilku godzin, skoro na drugi dzień facet idzie na plażę, podrywa znajomą dziewczynę, idzie z nią do kina na głupią komedię, a potem spędza z nią noc.

Bulwersuje? A dlaczego? - pyta bohater.

Dziewczyna pyta go, czy się z nią ożeni. Jest mu to obojętne. Wszystko jest mu obojętne. Rozwój zawodowy, narzucający swoją przyjaźń sutener, sąsiad znęcający się nad swoim psem - nic nie jest istotne, nic nie waży. Nawet wieńczące pierwszą część historii morderstwo. Przypadkowe, bezsensowne, nieprzewidywalne jak skurcz łydki w nocy. (Jeżeli Czesi odkryli swoją "lekkość bytu", to Camus zjada ich na śniadanie, w "Obcym" absolutnie NIC nie jest ważne.) Momentami drażniło mnie to katarynkowe "wszystko mi jedno" odmieniane przez kolejne sytuacje, w jakich znalazł się bohater, a jednak czułem dziwne, patologiczne wręcz, pokrewieństwo duchowe z panem Meursault.

Zapytany o wiek swojej matki, bohater rozbrajająco przyznaje, że nie wie, potem kluczy: "Około sześćdziesiątki" - odpowiada. Ta niewiedza automatycznie eliminuje go (w mniemaniu sądzący go przysięgłych) z grona ludzi. Nie tylko tych cywilizowanych, ale ludzi w ogóle. Nieumiejętność społeczna, paraliż uczuć (być może wrodzony) sprawia, że na równi z zabójstwem traktuje się nieokazywanie żalu po śmierci matki. 

Czujecie, gdzie Camus kładzie nacisk? Morderstwo, którego się dopuścił bohater, nie jest aż tak dużą przewiną. Złamaniem prawdziwego tabu jest pójście do kina na film z Fernandelem, którego głupia facjata krzywi się z ekranu. 

A więc "Obcy" jest pewnego rodzaju rozprawą z normami społecznymi? Chyba też. Gombrowicz próbował w "Ferdydurke" podważyć sens istnienia konwenansów dźwigających strukturę społeczną, ale za każdym razem wychodziło mu, że chaos ("kupa"), który zalewał rzeczywistość po odrzuceniu norm, jest dużo groźniejszy od ciasnego gorsetu reguł. Camus idzie daleko dalej - normy są efektem przyzwyczajenia ("Do wszystkiego się można przyzwyczaić" - mawiała matka bohatera "Obcego"). Efektem tresury jest pamiętanie o kolejnych urodzinach matki, o rocznicy ślubu, o żalu lub radości z czyjegoś szczęścia. 

(To jest najbardziej przerażające w "Obcym", najbardziej przerażające, bo widzę w tym echo postawy, którą sam w sobie po części dostrzegam.)

Rozbroiła mnie szczerość bohatera. Ludzie dziwią się, że jest małomówny. A on po prostu nie chce rozmawiać na tematy, które go nie interesuje. I nie jest w stanie zainteresować się czymś, co go nie interesuje. Swój chłop, myślę sobie, i nagle dociera do mnie, czy ja przypadkiem też nie zastrzeliłbym Araba na zmiażdżonej słońcem plaży...

Mówię Wam, czasem trafi się książka, po której nie można się uspokoić, która dusi, męczy i hipnotyzuje. Która odkrywa w człowieku przestrzenie, w które bał się spojrzeć.

To właśnie ona.

piątek, 10 sierpnia 2018

Horror z drewna, czyli "Lalka Manitou" Smitha

Trudno wyobrazić sobie gorsze wakacje niż te, które spędzili ze sobą bohaterowie powieści Guya N. Smitha pt. "Lalka Manitou." Zbierzmy fakty - niedobrane, znudzone sobą małżeństwo (gderliwa despotyczna żona i nijaki mąż) wraz z niesłyszącą córką trafiają do zapyziałego nadmorskiego miasteczka, do ciasnego, budzącego mdłości, hoteliku prowadzonego przez narzucającą się nudziarę. Pogoda jest iście angielska - leje całymi dniami, niebo zasnuwają ciężkie bure chmury, plaża jest ostatnim miejscem, gdzie można szukać odpoczynku.

Jedyną atrakcją są kutry rybackie, których ruch można obserwować w pobliskim porcie, oraz wesołe miasteczko mające rozwiązać problem wszechobecnej nudy.



Czujecie, prawda? Za każdym cholernym razem, gdy w powieści grozy pojawia się lunapark, ZAWSZE to jest miejsce, którego trzeba unikać jak ognia. I niech Was nie skusi zapach popcornu, labirynt krzywych luster albo kobieta z brodą (w końcu cóż to dzisiaj za atrakcja...). Wesołe miasteczko Smitha to brzydkie, tandetne i śmierdzące miejsce, którego pracownicy to banda ponurych mrukliwych typów. W zardzewiałych klatkach dogorywają pozbawione woli życia zwierzęta. Beznadziejne przedstawienia budzą raczej zażenowanie niż śmiech lub strach.

Myślę, że Smith dość wiarygodnie oddał nieistniejący już chyba świat tego typu plebejskich przybytków rozrywki, ich przaśność, kolorową tandetę, brud, błoto przyklejające się do butów snujących się ospale gości wesołego miasteczka.

No dobra, zapytacie, a gdzie ten horror? Przecież nie chodzi o zabłocony plac, na którym porozstawiano kilkanaście namiotów, bud i klatek.

W jednym z namiotów urzęduje młoda dziewczyna, Indianka, której prababka została brutalnie zgwałcona przez krewkiego kowboja kiedyś tam na Dzikim Zachodzie. Dziewczyna zajmuje się rzeźbieniem drewnianych lalek, które przypominać mają archaiczne totemy. Jedna z takich laleczek jest przeklęta, nawiedzona i za sprawą pradawnych (i wściekłych) bóstw zaczyna w krwawy sposób mścić się za krzywdy wszelakie na białych ludziach. Jednym z narzędzi tej zemsty staje się głucha dziewczynka, która tytułową laleczkę sobie upatrzyła i z którą rozstać się nie chce...

Cała reszta to typowy Smith. Dużo krwi się leje i dość naturalistycznie sobie autor z ową masakrą poczyna i niby w tej powieści nic nie wystaje ponad klasyczną drewnianą stylistykę i przewidywalne pomysły, a jednak kilka razy autorowi udaje się uciec przed sztampą. Wtedy w jakiś dziwny, odrealniony, niemal oniryczny sposób snuje swoją opowieść, opisuje kolejne zbrodnie, charakteryzuje panoszące się wokół zło. To się mocno chwali.

Co najzabawniejsze, trupów jest sporo i niemal wszystkie skojarzyć jakoś można z mrocznym parkiem rozrywki, ale wcale to nie zniechęca Wyspiarzy do korzystania z wątpliwych uroków tego miejsca. Cóż, w sumie Anglików dość trudno zmusić do porzucenia swojej daily routine i nawet krwiożerczy indiański demon nie jest wystarczająco silnym argumentem, by zmienić wakacyjne plany.

Najatrakcyjniejsze, co możemy znaleźć w "Lalce Manitou" (oprócz upiorności oczywiście), to atmosfera wakacyjnego uwięzienia, zmarnowanego urlopu, beznadziei turystycznych miejscowości, którą nietrudno znaleźć chociażby nad naszym pięknym drogim Bałtykiem. Wszyscy coś o tym wiemy... 

Pamiętajmy więc, co powiedział Pascal - każde nieszczęście zaczyna się od wyjścia z domu. Ewentualnie od wyjazdu na wakacje...