sobota, 14 października 2017

Obecni i nieobecni, czyli "Stopień pokrewieństwa" Jarosza

Ja już tak mam - lubię widzieć w wierszu (a finalnie w całym tomie wierszy) ślady obecności autora. Lubię wyobrażać sobie, że mówi do mnie ta a nie inna osoba, a nie anonimowy, blady, abstrakcyjny, wirtualny podmiot liryczny, który często gubiony jest w labiryncie postawangardowej poezji. Ja wiem, że to nieprofesjonalne, że nie wolno, że trzeba bardziej profesjonalnie i "chłodno." Ja wiem, ale wolę nie. 

Wiersze Łukasza Jarosza doskonale nadają się do tego, by widzieć w ich skromnych przestrzeniach właśnie konkretnego człowieka. Jeżeli nawet nie ochrzcimy go imieniem samego poety, to i tak będziemy mieć wgląd w życie kogoś, kto konsekwentnie realizując poetykę wyznania, otwiera się przed czytelnikiem i pozwala mu śledzić swoje kolejne przemiany. Wczytując się w następujące po sobie tomy Jarosza, wgryzając się w ten twardy poetycki świat, w owoce składające się z samych pestek, możemy bez większego trudu nie tylko stworzyć "portret pamięciowy" bohatera tych wierszy, ale również zrekonstruować fluktuacje, jakie pojawiają się w życiu każdego z nas.

Poezja ta jest moim zdaniem jednak mądrzejsza od zwykłego życiopisania, któremu patronują nieżyjący Stachura i jak najbardziej żyjący Jacek Podsiadło. Kilka ostatnich tomów Jarosza to książki, nad którymi dyskretne patronaty sprawują a to Historia ("Pełna krew"), a to Śmierć ("Kardonia i Faber"), a to (nieobecny) Bóg w ostatnim tomie pt. "Stopnień pokrewieństwa", jednak te wielkie motywy nie są w stanie w pełni przesłonić tego, co najbardziej charakterystyczne dla tej poezji: konkretu, ożywczego detalu, drobnego gestu dostrzeżonego kątem oka, majaczącego strzępu wspomnienia, jednego kadru wywołanego z rozedrganego filmu o życiu. Tak więc książki te płyną dwoma korytami jednocześnie - szukając doświadczeń wspólnych, ukazują je z perspektywy bardzo pojedynczego losu.

W "Stopniu pokrewieństwa" odkryjemy wszystko, co do tej pory świadczyło o klasie tej poezji. Te wiersze nie mogłyby istnieć bez rzeczywistości odbieranej każdym zmysłem. Ja wiem, że idea "widzę i opisuję" mogłaby się wydawać anachroniczna i wtórna, ale Jarosz jest do bólu konsekwentny, jego głos szybko stał się rozpoznawalny, ustawiono go w taki sposób, że trudno pomylić poetę z innym zawodnikiem tej samej wagi. Wypracowana lata temu metoda twórcza, autorskie piętno odciskane na każdym pojedynczym tekście - z tym Jarosz nigdy de facto się nie rozstał. I bardzo dobrze, gdyż od tego typu twórców chyba nie oczekuje się rewolucji, ale raczej konsekwencji w podążaniu artystyczną ścieżką.





Najnowszy tom Jarosza mocno mnie przygnębił. Źle się dzieje w państwie duńskim, myślę sobie, zamykając książkę, którą wbrew swoim przyzwyczajeniom przeczytałem od pierwszego do ostatniego wiersza, w kolejności zaproponowanej przez autora. Źle się dzieje, myślę sobie i zbieram porozrzucane na przestrzeni tekstu tropy, które wskazują na jedno - jak refren powraca słowo "Bóg", wielki nieobecny.


Jego przeczucie pozwalało Jaroszowi dostrzegać w świecie ład. Tak to widziałem, gdy poeta wyrażał jeżeli nie zachwyt, to przynajmniej zgodę na rzeczywistość. Wielkie TAK, neon zapalony przez Stwórcę, zaczął migać, zwiastując nadchodzącą awarię. Teoretycznie wszystko jest po staremu; krótkie migawkowe ujęcia, śmiałe jukstapozycje, odważne (chociaż oszczędnie dawkowane) metafory dopełniaczowe. Stary dobry rozpoznawalny świat, w którym czytelnik może poczuć się proszonym gościem. A jednak jakiś mrok, nawet czerń, przyzwoicie zamaskowana rozpacz, rozgoryczenie, zmęczenie, apatia wypełzają spomiędzy linijek. Być może jest to efekt nurzania się  w lotnych piaskach smugi cienia (wybaczcie młodopolską stylizację), celebrowania kolejnego przesilenia w życiu, dopalania się poprzedniego wcielenia. 


A może w tym tomie chodzi o coś większego niż poezja? Być może chodzi o samo życie z jego nieprzewidywalnością, z tajemnicą naszych upadków i strat, życie kastrujące siły, pewność siebie, wiarę w innych i w ogóle we wszystko... Ten ciemny żar wtargnął z całą mocą do poezji Jarosza; on sam od zawsze pozwalał, by życie wsączało się w wiersze, więc dlaczego nie potraktować ich jako wiarygodnych świadectw bardzo ponurych procesów. Jasne, można "Stopień pokrewieństwa" traktować jako kronikę rozpadającego się świata, którego nie spaja już dłużej obecność Wyższej Instancji, ale można też podejrzewać, że coś intymnego, coś bardzo "bliskiego skóry" wydatnie wpłynęło na pęknięcie, które przeorało rzeczywistość. Innymi słowy, nie wiem, czy nieobecność Boga wpłynęła na rozpadające się życie, czy też może stało się odwrotnie...


Nie wiem też, na ile istotne są puste miejsca, które kiedyś (w poprzednich tomach) były zamieszkane. Nieobecni, którzy kiedyś istnieli. Obecni i ich delikatne istnienie, w którym Jarosz upatruje jedynych punktów zaczepienia... Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, poniewaź czuję, że dotykam spraw zbyt osobistych, prywatnych, o których częściej milczeć niż mówić wypada poezji.


Nie wiem, czy da się o takim rodzaju poezji mówić, posiłkując się arsenałem narzędzi krytycznoliterackich. Można ją rozbroić, rozpracować, rozłożyć na czynniki pierwsze, ale chyba nie zasługuje ona na takie właśnie potraktowanie. Czy dotrzemy do jakiejkolwiek prawdy, gdy zamkniemy wiersze Jarosza w sieci powiązań, nawiązań, kontekstów, filozofii?




Czy interpretowaliście kiedyś spowiedź?


sobota, 23 września 2017

Jak powieść w smole, czyli "Zatopiony świat" Ballarda

Miałem kiedyś ambitny plan - poznać sporą część klasyki gatunku, skonfrontować się z uznanymi tekstami i opisać te moje wrażenia. Tu pochwalić, tam zganić. Niczego nie kupować w ciemno. Zrewidować, jeżeli trzeba, bo czasem czas mocno nadwątlił materię arcydzieł. Miałem taki plan, a z planami to ja mam tak, jak kierownicy na prl-owskiej budowie. Może się uda zrealizować, a może nie. Nie ma mocy przerobowych, nie ma warunków, obiektywne przeszkody, pijany brygadzista i rozkradzione narzędzia...

Chwyciłem więc "Zatopiony świat" Ballarda. Książka wydana w roku 1962 była debiutem tego uznanego pisarza, któremu największą sławę przyniosła wcale niefantastyczna powieść "Imperium słońca" zekranizowana przez Spielberga. 

Cóż, łatwo przewidzieć "okoliczności przyrody" tej krótkiej powieści - świat pochłonęły odmęty oceanów, globalne ocieplenie wypchnęło człowieka w kierunku biegunów, nieliczne laguny utworzone przez dachy zatopionych metropolii roją się od aligatorów i innych gadów, które szybciej od człowieka przystosowały się do tropikalnych warunków.

Główny bohater powieści zamieszkuje jedną z takich lagun i wiedzie leniwy żywot w sąsiedztwie kilku innych nieszczęśników. Czas płynie tak wolno, jak to tylko możliwe. Wolniej niż smoła kapiąca z dachów w skwarny dzień. Nie dzieje się nic, co mogłoby zakłócić wieczną wymuszoną sjestę. Odstraszyć kajmany, odwiedzić ponętną sąsiadkę (jest tak  gorąco, że nawet nie chce się myśleć o jej kobiecych walorach...), wrócić, by sprawdzić klimatyzację, bez której człowiek rozpuściłby się jak śnieżka w piekle. 



Tak, to się Ballardowi udało - kapitalnie oddał surrealistyczną nudę pokonanej przez naturę cywilizacji. Te liany pnące się po ścianach pokojów, te węże wylegujące się na kanapach, te zatopione biblioteki, sale wykładowe, sklepy. Nawet grubo przeterminowany magazyn modowy (bodajże VOGUE), który jest jednym z nielicznych świadectw świetności starego świata, kapitalnie wkomponowuje się w ów osobliwy sen, o którym czytamy. Tak, lubię tego typu "nic-nie-dzianie-się"...

Niestety, szybko Ballard osunął się w kierunku dziwnych, męczących i karkołomnych rozpsychologizowanych wizji - postacie zaczynają śnić o czasach sprzed pojawienia się człowieka, o przedpotopowych dżunglach, o głębinach,w których na powrót ma zanurzyć się Ziemia... Podświadomość dosłownie pochłania bohaterów. Sny te paraliżują, spychają w bezruch, marazm, który finalnie zakończyć może się tylko śmiercią. I w tym momencie na horyzoncie pojawia się jedyny w miarę aktywny bohater powieści, tropiciel zatopionych skarbów, bezwzględny przywódca zgrai murzyńskich marynarzy. Za jego sprawą akcja wyraźnie przyspieszyła...

Gdy na zagranicznych portalach czytelniczych szukałem informacji o tej powieści, kilku czytelników podkreślało, że "Zatopiony świat" jest rasistowski. Przypominałem sobie te opinie, gdy książka zaczynała mnie nudzić lub denerwować. Gdzie ten rasizm? Czy w postaci wygalantowanego szabrownika, który przy pomocy mikroskopijnej armii Murzynów wyławia kolejne dzieła sztuki? Głupi i zaczadzony poprawnością polityczną czytelnik tak to może właśnie widzieć. Mądrzejszy odbiorca będzie widział karykaturę Kurtza z "Jądra ciemności", który wygrzebał się ze swojego Konga i ruszył w świat, by innych zarazić swoim szaleństwem. Tak, to chyba można tak odczytać. 

Całość powieści zmęczyła mnie okrutnie. Nawet wtedy, gdy leje się krew, padają strzały, giną ludzie, książka męczy i nudzi. Nie wiem, czy było to celowym zabiegiem Ballarda, by zanurzyć powieść w zawiesistej gęstej melasie. Jeśli tak, wszystko się zgadza i autorowi należą się brawa za bardzo udaną próbę ilustracji mechanizmów snu, w którym im szybciej się biegnie, tym wolniej się biegnie.

A jeśli jest inaczej? No cóż, bywa...

poniedziałek, 18 września 2017

Sny, których lepiej nie tłumaczyć, czyli "Niepełnia" Kańtoch

Nie miałem żadnych oczekiwań w stosunku do najnowszej powieści Anny Kańtoch zatytułowanej Niepełnia. Przesunąłem na drugi, a nawet trzeci plan pamięci wszystko to, co do tej pory wiedziałem na temat autorki „Przedksiężycowych.” Wyparowała ze mnie wszelka wiedza na temat przyznanych jej nagród i wyróżnień. Od samego początku założyłem, że Niepełnię czytać będę w oderwaniu od twórczyni, której silna pozycja wśród polskich autorów literatury fantastycznej (i kryminalnej) wydaje się niepodważalna. Nie wiem, czy przyjąłem właściwą strategię, ale nie chciałem czuć na sobie wzroku poważnej pisarki, za którą stoi autorytet kilkunastu nagród i tysięcy zadowolonych czytelników.

Zacznijmy jednak od początku, chociaż piszący te słowa nie będzie ryzykował streszczania fabuły. Jest to zadanie wybitnie trudne ze względu na sposób prowadzenia intrygi, metodę prezentowania kolejnych bohaterów, zmienne punkty widzenia i przesunięcia czasowe, które dezorientują odbiorcę. Podobny problem napotkałby kinoman, którego ktoś poprosiłby o streszczenie jednego z bardzo charakterystycznych filmów Davida Lyncha. Tak więc lektura Niepełni przypomina obserwowanie sztafety biegaczy. Różnica polega jednak na tym, że kolejne rozdziały podają sobie pałeczkę fabuły w dość osobliwy sposób. Zawodnik, któremu kibicujemy, zaczyna biec w przeciwną stronę niż wszyscy inni, zatrzymuje się, w ogóle opuszcza bieżnię lub pałeczka trafia do nie tego biegacza, do którego powinna. Gdzieś tam majaczy meta, gdzie usiłują dotrzeć sportowcy, ale z czasem okazuje się, że finisz wcale nie jest punktem, w którym cokolwiek definitywnie się kończy. Ta lekkoatletyczna metafora chyba dobrze ilustruje osobliwość tej książki, której wyjątkowość zasadza się na wyrafinowanej, barokowej niemal formie dźwigającej w sumie konwencjonalną opowieść grozy.



Wszelkie próby okiełznania treści Niepełni przy pomocy kilku mniej lub bardziej złożonych zdań nie będą w stanie oddać jakiejkolwiek sprawiedliwości tego typu dziełom. Niecierpliwym podpowiem tylko, że w Niepełni znajdą oni wszystko, co może zaintrygować i przestraszyć odbiorcę. Mamy zbrodnię, mamy zniknięcie, zjawiska nadprzyrodzone i handel żywym towarem, nawiedzony dom, odrobinę perwersji i nerwowe próby bohaterów, by połączyć w jedną całość furkoczące na wietrze nitki prującej się tkaniny tajemnicy. Tak, czytelnicy to lubią.

Kańtoch potrafi oczarować. Doskonale panuje nad językiem – jest on oszczędny, precyzyjny, lustro powieści świetnie odbija życie zewnętrze i wewnętrzne bohaterów. Żadne zdanie nie wydaje się zbędne, a zmetaforyzowanie języka dynamizuje przekaz i jednocześnie przenosi go w rejony nieco „wyższe” niż stary dobry podawczy realizm. Kolejne elementy tajemniczej układanki pojawiają się regularnie, ale jak to bywa w tego typu mrocznych opowieściach, następna informacja zostawia nas z nową porcją pytań. Mnożące się tajemnice, których epicentrum stanowi niepokojący biały dom, sięgają przeszłości i wyciągają swoje macki w przyszłość.

Przedziwna klątwa dotyka wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z (nie)zamieszkałą posiadłością, a ratunku nie można się znikąd spodziewać, gdyż zgotowane im przeznaczenie prędzej czy później upomni się o kolejne ofiary. Niepełnia doskonale sprawdza się jako opowieść o ciężarze przeszłości (winy), której rozgrzeszyć nie było komu. Konwencja grozy zrealizowana jest w sposób bardziej niż wzorcowy – mamy prawo się bać, wypatrywać czających się nieszczęść, których wizje paraliżują bohaterów (najczęściej zdumiewająco banalnych i „zwykłych”), hipnotyzują ich i prowadzą do finalnego upadku.

Dodajmy, że forma wybrana przez pisarkę, również potrafi zaintrygować. Poszczególne rozdziały przenoszą uwagę czytających na kolejnych bohaterów, którzy zrazu obcy sobie, pod koniec książki związani są niezwykle silnymi więzami. To jeszcze nic! Kańtoch nakazuje przyglądać się tym samym wydarzeniom z nieustannie zmieniającej się perspektywy, co raz dezorientuje czytelnika, innym razem zmusza go do sięgnięcia do wcześniejszych partii książki, by sprawdzić, czy naprawdę zapamiętał wszystko tak, jak zostało to przedstawione później. Oniryczna atmosfera gęstnieje ze strony na stronę, nikt (ani bohaterowie, ani czytelnicy) nie może być niczego pewny, gdyż zakłócone zostają związki przyczynowo-skutkowe.

Jakby tego było mało, autorka sięga do postmodernistycznych zabiegów i obdarza Niepełnię samoświadomością, a odkrywamy to w chwili, gdy okazuje się, że poszczególne partie książki pisane są przez… Urwę w tym miejscu, by nie zostać oskarżonym o zdradzanie zbyt wielu tajemnic książki. Dodam tylko, że owa samoświadomość odsyła do wszelkich dywagacji na temat kreacyjnej siły literatury zdolnej wskrzeszać lub powoływać do istnienia.

Powieść ta może uwodzić, ale właśnie jako wyrafinowana konstrukcja przeznaczona do dezorientowania i straszenia czytelników. Największą krzywdą, jaką można wyrządzić Niepełni, jest traktowanie jej jako głosu w jakiejś dyskusji o cielesności, hermafrodytyzmie, płciowości. Czwarta strona okładki sugeruje, że w ten właśnie sposób winna być odczytywana. Ja jednak nie miałem ochoty iść taką ścieżką interpretacyjną. Obojnactwo jednego z bohaterów powieści to tylko kolejna anomalia w świecie Niepełni i traktować ją można (a nawet należy) tak samo jak przeklęte domy, tajemnicze zgony, zniknięcia. A ponadto ów hermafrodytyzm wykorzystany został jako ważny element fabularny, który spaja poszczególne elementy książki. Autorka nie podejmuje żadnego dyskursu, nie zabiera głosu, nie solidaryzuje się z nikim, nie gani niczego. Po prostu pozwala rozlać się w stworzonym przez siebie świecie niezwykłościom, które (ku utrapieniu odbiorców) nie znajdują logicznego ani zgodnego z jakimikolwiek regułami wyraźnego wytłumaczenia. Kańtoch ma przecież prawo anulować pretensje racjonalnego czytelnika, chcącego by w ostatnim rozdziale opowieści wszystko mu się ułożyło, a nic mu się nie układa. Cóż, być może są takie sny, których lepiej nie tłumaczyć…

Powyższe zastrzeżenie nie jest w stanie odebrać przyjemności obcowania z tą bardzo udaną powieścią grozy, której lektura przypominać może zabawę kalejdoskopem. Każdy ruch patrzącego pozwala podświetlonym elementom ułożyć się pod innym kątem, możemy czerpać z tego czystą estetyczną przyjemność, a jednak niczego poza barwnymi strukturami nie będziemy w stanie dostrzec.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty

wtorek, 12 września 2017

Nic nowego pod słońcami, czyli "Ramię Perseusza" Dębskiego

O czym tu dumać, patrząc w kosmos, obserwując dynamiczny rozwój nauki i technologii, mając przy okazji świadomość historii gatunku, od ponad stu lat oferującego czytelnikom literackie wizje przyszłości? Jak to jest być dzisiaj twórcą science fiction, który musi zmierzyć się z problemem ogromnego dziedzictwa fantastyki? Ciężar konwencji, ograniczona przecież liczba motywów, archetypiczne rozwiązania i bohaterowie chyba bardziej krępują twórcę, niż pozwalają wierzyć w wieczną świeżość gatunku. Łatwiej dziś chyba znaleźć dzieła, które w (powiedzmy) postmodernistyczny sposób żonglować będą ogranymi motywami, puszczać oko w kierunku czytelnika, parodiując schematy, niż doszukać się we współczesnych tekstach fantastycznych autentycznie nowatorskich rozwiązań. Oczywiście pomiędzy dziełami szukającymi nowych dróg a tymi kalkującymi klasykę gatunku znajdują się książki uczciwie stawiające sprawę – nie starają się wyważać otwartych dawno temu drzwi, ale przechodzą przez nie swobodnym, pewnym krokiem. Taką książką jest właśnie Ramię Perseusza: Z głębokości Rafała Dębskiego, trzecia powieść tego autora, która ukazała się w serii „Horyzonty zdarzeń.”

Z arsenału motywów fantastyki naukowej Dębski wyciągnął jeden z najbardziej rozpoznawalnych – spotkanie człowieka z obcą formą życia. Doskonale wiemy, że na różne sposoby można rozstawić figury na tej planszy – człowiek może paść ofiarą obcego, obcy może paść ofiarą człowieka, można też pozwolić im na próbę nawiązania jakiejś nici wątłego porozumienia. Autor wybrał trzecie rozwiązanie i sprytnie poprowadził fabułę powieści.


Znajdujemy się na planecie, na której ląduje ekspedycja naukowo-badawcza. Jej celem jest nie tyle poszerzenie ludzkiej wiedzy o wszechświecie, ile raczej odnalezienie kolejnego świata, który może zostać ograbiony z surowców. Złożona z naukowców i żołnierzy wyprawa jest targana wewnętrznymi konfliktami. Zbyt długie przebywanie w przestrzeni odbija się na psychice ludzi, którzy bez przerwy skaczą sobie do oczu, szukają pretekstu do wszczęcia kolejnej awantury lub najzwyczajniej są już zmęczeni wojskowym drylem. Tę samą planetę odkrywają obcy, również widzący w niej źródło zasobów substancji niezbędnej dla przetrwania ich cywilizacji.

Dębski w sprawiedliwy sposób rozdziela swoją uwagę i raz skupia się na przedstawicielach własnego gatunku, a raz oddaje głos obcym. Te same wydarzenia, których świadkami lub sprawcami są oba rodzaje istot, odbierane i interpretowane są na dwa różne sposoby. Ziemianie, rzecz oczywista, wszystko mierzą swoją miarką i nie przychodzi im łatwo oderwać się od kategorii poznawczych, które ukształtowały się w nich za sprawą takich a nie innych uwarunkowań. Toteż widząc przybyszów z gwiazd (niezbyt pociągających fizycznie, dodajmy), nie są w stanie wzbudzić w sobie fascynacji, bliżej im do obrzydzenia lub w najlepszym razie poczucia dyskomfortu. Sami obcy nie pozostają dłużni – oni również dostrzegają w nas egzotyczne, pozbawione gracji istoty, których kierują się niezrozumiałymi pobudkami.

Partie powieści, w których pisarz oddaje głos obcym, gatunkowi pochodzącemu z głębin kosmosu, stanowią najmocniejsze punkty dzieła. Podziwiać można nakład pracy i trud, by w szczegółowy, niemal mimetyczny sposób opisać obcość, która charakteryzuje przybyszów na niemal każdym poziomie ich istnienia. Autor zarysowuje stosunki społeczne, kreśli skomplikowaną strukturę zależności pomiędzy poszczególnymi przedstawicielami obcej cywilizacji, opisuje wierzenia, pochyla się nad marzeniami i fobiami, dotyka spraw drażliwych i wstydliwych. Na szczęście nie zaserwował wykładu na temat obcej cywilizacji, nie zasypał odbiorców lawiną wymyślnych i odpowiednio niezwykłych treści. Zdecydowana większość informacji pojawia się wraz z rozwijającą się fabułą, niemal przy okazji opisywania jednego z przybyszów, który staje się dla czytelników kimś w rodzaju przewodnika po nie-ludzkiej rzeczywistości.

Jesteśmy w stanie nawet go polubić – ten ambitny i bystry, naiwnie wierzący w możliwość awansu na wyższe piętro społeczności, traktowany instrumentalnie przez ważniejszych od siebie badacz planety może budzić ciepłe uczucia. Czyżby Dębski, niejako wbrew zadeklarowanemu wyraźnie przekonaniu, że gatunek, który człowiek odkryje wśród gwiazd, będzie całkowicie od homo sapiens odmienny, zakładał, że w kosmosie niektóre rzeczy się nie zmieniają? Że silniejsi zawsze wykorzystują słabszych? Że zasługi podwładnych zawsze przypiszą sobie przełożeni i to na nich spłynie cały splendor? A więc może Ramię Perseusza: Z głębokości to opowieść o tym, że nic nowego pod słońcami nigdy się nie wydarzy? Lubię w ten sposób myśleć o tej książce.

Nieco gorzej sprawy się mają z „ludzką” częścią powieści. Większość scen, których bohaterami są żołnierze lub naukowcy, buzuje negatywnymi emocjami. Postacie najczęściej na siebie krzyczą, obrażają się, kpią z siebie, z czasem dochodzi do rękoczynów… Miałem wrażenie, że Dębski czuł przymus ciągłego stymulowania swoich bohaterów, by ci wiecznie chodzili podminowani, a większość interakcji pomiędzy nimi kończyła się spektakularną awanturą lub wymianą złośliwości. Piszącego te słowa męczy już niewiara współczesnych autorów fantastyki, którzy nie wiedzieć czemu zakładają, że im głośniej postacie wrzeszczą, im więcej wyrzucą z siebie inwektyw, im dosadniejszy żart z siebie wyplują (vide „Orzeł biały” Przybyłka), tym książka będzie atrakcyjniejsza.

Mimo powyższych zastrzeżeń, Ramię Perseusza: Z głębokości to jednak dobra powieść, która w bardzo przyzwoity sposób kontynuuje tradycje gatunku. Dębski nie jest rewolucjonistą konwencji ani nie w głowie mu rewidowanie osiągnięć fantastyki. On po prostu spokojnie uprawia swój fantastyczny ogródek, a czytelnicy dobrze na tym wychodzą.

Recenzja pierwotnie ukazała się o tutaj Fantasta.pl

środa, 23 sierpnia 2017

Nie do przeskoczenia, czyli "Skok w dal" Kronholda

Tryumf tematu. Taka myśl przyszła mi do głowy, gdy kończyłem czytać ostatni tom Jerzego Kronholda pt. "Skok w dal." Tryumf tematu w czasach, gdy sam temat w poezji stał się dla apologetów hołubionej neoawangardy kamieniem obrazy, balastem, za sprawą którego wiersz nie może oderwać się od rzeczywistości i wzlecieć w krainę zrozumiałą tylko dla poety. Kronhold dzięki tematowi tryumfuje i choćby całe stado poetów z takiego Biura Literackiego napięło muskuły i tak nie przeskoczyliby poziomu wyznaczonego przez "Skok w dal."



Arcysmutny to tomik. Arcysmutny, bowiem doświadczeniem, wokół którego krąży większość wierszy zamkniętych w tej książce, jest choroba, umieranie i śmierć żony poety. Znana od wieków konwencja trenu została poprowadzona w sposób wirtuozerski; Kronhold stworzył wielowymiarowy i wielobarwny krajobraz przeczuwanej i doczekanej żałoby, w którym to nie zawsze pierwsze skrzypce odgrywają rozpacz, żal, przygnębienie. Kto by pomyślał, że smutek umierania można rozwinąć w opowieść, w której iskrzą się drobinki przewrotnego humoru? Kto by przypuszczał, że scena, z której schodzi ukochana osoba, zasłana była tyloma niespodziewanymi rekwizytami?

"Skok w dal" jest historią o słabości człowieka. Bohater jest bezradny, rozbrojony, pozbawiony oparcia w ludzkich i boskich instancjach. Nadzieję rozwiewają kolejne niewysłuchane modlitwy, następni milczący święci i nieskuteczne relikwie. Nie działa sacrum, któremu zawierzyli się bohaterowie. Medycyna, ostoja rozumu, również rozkłada ręce w konfrontacji z wydanym przez los wyrokiem.

Pozostaje dwoje ludzi,ich wspólna historia, która domyka się na oczach czytelnika. Ja wiem, że to brzmi tak... hmmm... zwyczajnie i banalnie, ale proszę wierzyć, że poeta robi naprawdę dużo, by ścisnąć nas za serce (chociaż nie jest to jego główny cel). Mistrzowsko miesza się w opisie intymnej przestrzeni związku szczęśliwa wspólna przeszłość, odłamki wspomnień, okruchy teraźniejszości, losów, życiorysów. Odchodzenie zapisane jest wytłuszczonym drukiem w umowie, jaką zawieramy z życiem, chociaż najchętniej zapomnielibyśmy o tym paragrafie, przesłonilibyśmy go celebrowaniem dnia dzisiejszego, odprawianiem prywatnych rytuałów. Stąd też pewnie liczne opisy momentów nudy, śmieszności, groteskowych przypadków. To wszystko było ważne (najważniejsze), bo dzielone było z umierającą żoną. Kronhold ucieka jednak przed landrynkową konkluzją - miłość jest silniejsza od śmierci, ale co z tego?

Chwilami zastanawiałem się, na ile jestem proszonym gościem na obrzędzie organizowanym przez poetę. Czy moje ubłocone buty mogą wchodzić w uświęconą przestrzeń umierania poniżanej przez chorobę kobiety? Czy sam autor miał prawo wspominać ostatnie miesiące, tygodnie i dni? Czy nie jest to wszystko zbyt ...hmmm... uczciwe? Być może w  poezji żadna sytuacja nie jest nie jest zbyt intymna, żadne wspomnienie zbyt bolesne, żadna historia zbyt komiczna? Nie wiem. Być może w obliczu końca wokół każdego z nas krążą w równych proporcjach pierwiastki tragizmu i komizmu?

Być może. Sprawdzimy kiedyś...

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Nie esej, nie filozoficzny, czyli "Bezsilność i zemsta prawdy" Lewandowskiego

Wbrew podtytułowi książki Konrada T. Lewandowskiego („Esej filozoficzny o stanie obecnym i przyszłości cywilizacji Zachodu”) nie mamy do czynienia ani z esejem, ani z (większą) filozofią. Trzymane przeze mnie niewielkich rozmiarów dzieło najbezpieczniej chyba nazwać zbiorem felietonów, w których Lewandowskiemu nie udaje się ukryć samego siebie, nie udaje się uciec od boleśnie bieżących odwołań, ani przesłonić własnych (bardzo wyrazistych) poglądów, by zachowując minimalny obiektywizm, postarać się cokolwiek zdiagnozować, wyciągnąć dalej idące wnioski. Od filozofii wymaga się przynajmniej odrobiny wzniesienia się ponad swój czas, aby mogła ona ukorzenić się nie tylko w naszej epoce żelaza, ale również mogła odnaleźć się po części w przyszłości, której już ani ja, ani Lewandowski pewnie nie dożyjemy. Tylko czy kogokolwiek wtedy będą interesowały przywoływane słowa księdza wypowiedziane na pogrzebie babki autora, mikroskopijna wojenka z feministkami czy skompromitowany polityk? Obawiam się, że nie.



Książka tak naprawdę zaczyna się od uruchomienia bardzo chwytliwego konceptu – Lewandowski udowadnia, że śmierć cywilizacji europejskiej i jej wartości można bardzo konkretnie umiejscowić w czasie i przestrzeni. Bitwa pod Verdun (rok 1916), jedno z najkrwawszych starć zbrojnych XX wieku, była początkiem wydarzeń, w szeregu których autor umieszcza i holokaust, i studenckie rewolty lat 60, i tryumfalny pochód poprawności politycznej, i w końcu islamizację Starego Kontynentu. Teza jest śmiała, ale nie była (przynajmniej dla mnie) odkrywcza.

W ogóle I wojna światowa stanowi cezurę, której nie można nie zauważyć – świat już nigdy nie miał być taki „niewinny”. Odwołuję się tutaj do melancholijnego wiersza Philipa Larkina „MCMXIV” ( 1914 „po rzymsku”), który wieńczą słowa:

Never such innocence,
Never before or since,
As changed itself to past
Without a word – the men
Leaving the gardens tidy,
The thousands of marriages,
Lasting a little while longer:
Never such innocence again.

Już nigdy więcej taka niewinność,
Jak nigdy dotąd, jak nigdy więcej,
Odkąd bez słowa się obróciła
W przeszłość – mężczyźni, co zostawiają
Ogródek, w którym panuje czystość,
Ład i porządek, tysiące małżeństw
Trwających jedną sekundę dłużej.
Już nigdy więcej taka niewinność.

(Tłum. Jacek Dehnel)

Tak, było coś nieuchwytnie romantycznego w czasach, gdy ludzie wierzyli między innymi w słuszność idei czystej walki, a zostali skonfrontowani w machiną wojenną, z pierwszymi czołgami, gazami bojowymi i lotnictwem, z huraganowym ogniem armat i terkotem karabinów maszynowych. Ten romantyzm ( ile nie jest tylko pięknym mitem belle epoque) został rozsiekany, zmielony, przeżuty właśnie na polach bitew I wojny światowej. Odtąd wojna za sprawą zdobyczy techniki stała się żywiołem totalnym. Lewandowski w bardzo ciekawy sposób interpretuje (nie on pierwszy, dodajmy) przysłowiowy już pacyfizm Francuzów, widząc w nim echo traumy Verdun właśnie. Bitwa ta przetrąciła zdrowy (?) kręgosłup Europy i sprawiła, że Stary Kontynent i jego mieszkańcy mogli rozwijać się tylko „krzywo”, zapomniawszy o swoich pierwotnych cnotach i szlachetnych dążeniach. Pokolenie, którego kości udeptywały kolejne pokolenia Europejczyków, nie zdążyło przekazać dalej tego, co miało w sobie najszlachetniejsze.

Teza autora prosi się wręcz o solidne fundamenty. O dowody, które zastąpią przeczucia i o wywód, który zastąpi wszechobecne skróty myślowe. Chciałoby się lepiej poznać grunt, z którego wyrastały takie a nie inne decyzje dowódców owocujące później setkami tysięcy zabitych żołnierzy. Chciałoby się wiedzieć, czy Verdun było przyczyną późniejszych tragedii Europy, a może było skutkiem wcześniejszych patologii drążących tunele w XIX-wiecznej europejskiej polityce. Chciałoby się wyraźniej zobaczyć ścieżki, którymi płynęła trucizna Verdun, by, jak chce Lewandowski, przyczynić się do holokaustu etc. Przypomnijmy, pełny tytuł książki Lewandowskiego brzmi „Bezsilność i zemsta prawdy”; tak się składa, że przyzwoite dzieła mające pretensje do filozofowania poświęcają tytułowym wartościom więcej miejsca, niż autor zebrał w tej książce.

Czy to zarzut? I tak, i nie – jeśli Lewandowski zdjąłby ze swojego tekstu uroczystą szatę i wyrzucił precz koturnową mylącą zapowiedź książki, mielibyśmy do czynienia ze zbiorem „szybkich” tekstów, które kilkoma sztychami rozprawiają się z naszą dziwaczną teraźniejszością i niepewną przyszłością. Wystarczyłoby wszak podzielić rozważania przy pomocy śródtytułów, a czytelnicy otrzymaliby atrakcyjne i dobrze przyprawione felietony. Taką właśnie książkę opublikował ostatnio stojący po drugiej stronie ideowej barykady Dariusz Karłowicz, który swój zbiór tekstów prasowych zatytułował „Polska jako James Bourne.” Karłowicz (sam filozof) świadomy jest kalibru tekstów, które zaproponował czytelnikom. Nie zmusza swoich tekstów, by stawały na palcach i brały wysokie C. Karłowicz jest świadomy formy, którą się posłuży. Natomiast Lewandowski niejako żyruje swoje odkrycia zapewnieniami, że mamy do czynienia z filozofią. Nie mamy. Kropka.

Lewandowski może się jednak podobać – zwłaszcza wtedy, gdy przy pomocy „chłopskiego rozumu” analizuje a potem obnaża absurdy poprawności politycznej, dyskursu „mniejszościowego”, hipokryzję sfunkcjonalizowanych religii etc. Jest ostry, nie przebiera w słowach, nie bierze jeńców. Obuch (precyzyjniejszych narzędzi w tej książce nie szukajmy) krytyki wytrąca z rąk każdą subtelniejszą próbę obrony racji przeciwnych. Trzeba mieć jednak podobną do Lewandowskiego grupę krwi, by przyklasnąć jego myślom. Mnie do pewnego stopnia kupił, bo kpimy lub gardzimy podobnymi zjawiskami, ale w momencie, gdy autor równa z ziemią katolicyzm, polski patriotyzm w duchu Romana Dmowskiego lub buduje kapliczki rodzimowierczym ruchom dążącym do renesansu bliżej nieokreślonej „słowiańszczyzny-pogańszczyzny”, trudno było mi z Lewandowskim znaleźć wspólny język – nie tylko ze względu na różnice światopoglądowe, ale nade wszystko z powodu sposobu, w jaki autor formułuje opinie.

Publicystyczny ton sporej części myśli, nieuznający sprzeciwu ton, którym Lewandowskim narzuca odbiorcom poglądy, mogą odpychać tym bardziej, że czytelnik nijak nie może zweryfikować podawanych przez autora treści. No bo jak zweryfikować sądy takie jak ten: „Natomiast w Europie Środkowo-Wschodniej ateizm jest traktowany z lekceważeniem i pogardą, poddawany prymitywnej krytyce (…)” W sumie można to zweryfikować, ale wybitnie na niekorzyść samego Lewandowskiego, który chyba nie słyszał o kraju leżącym w Europie Środkowo-Wschodniej, którego 65% mieszkańców deklaruje ateizm. Podobnych uogólnień, hiperbolizacji, sądów jest mnóstwo. Funkcja informatywna języka została zastąpiona funkcją ekspresywną, a ta z kolei udaje informatywną. I kółko się zamyka.

„Bezsilność i zemsta prawdy” ma też silniejsze strony – widać głęboką erudycję autora, zdolność do szukania powiązań pomiędzy wydarzeniami, wrodzony instynkt, który pozwala zlokalizować ukryte korytarze łączące epoki, kulturę wysoką z popularną, sacrum z profanum. Czytelnika zasypie lawina informacji, odniesień, tropów, którymi może podążyć samodzielnie, by poszerzyć wiedzę, którą tak Lewandowski ceni. Tak, to jest siła tej rozedrganej, nerwowej książki.

Nie mam pojęcia, czy profetyczne wizje zawarte w „Bezsilności…” mają szansę się sprawdzić. Mam nadzieję, że nie, bowiem Lewandowski widzi w ciemnych barwach to, co może przynieść Europie i światu przesilenie, którego właśnie jesteśmy bezradnymi świadkami. Problem z przepowiedniami mamy taki, że prawdziwe są tylko te, które się sprawdzą. Obraz teraźniejszości wydaje się być trafiony, ale (powtórzę) sprowadzony jest on do kilkunastu dyżurnych problemów, z jakimi zmagać się musi dzisiaj „biały heteroseksualny mężczyzna.” Rozprawa z tymi problemami również odbywa się na drodze rytualnego wytykania słabości wirtualnych (i prawdziwych) adwersarzy lub na drodze bezlitosnej krytyki unieważniającej jakikolwiek dialog z ideowymi przeciwnikami.

Ładunek filozoficzny „Bezsilności…” jakiś tam jest, ale rozrzedza go monstrualny subiektywizm, zbyt głębokie ukorzenienie w teraźniejszości oraz przesadna wiara w słuszność idei, na których prawdziwość Lewandowski dowodów nam nie daje.  

Na prośbę wydawcy książki dodaję odsyłacz do strony Autora - Przewodas.pl

poniedziałek, 31 lipca 2017

Wieczne powroty (z wariacjami), czyli "Skrzydła nocy" Silverberga

Z science fiction mam jak z jazzem. Niby wciąż staram się trzymać rękę na pulsie, niby monitoruję sytuację, jakoś tam nadążam za nowościami, ale wciąż mam wrażenie (najprawdopodobniej mylne), że „prawdziwa” fantastyka i „prawdziwy” jazz to już zamknięte rozdziały, a ja rozglądając się po współczesnej kulturze, obcować mogę zaledwie ze zgrabnymi „podróbkami.” Że wielcy mistrzowie obu odmian sztuki skomponowali już wszystko, co można było skomponować, napisali wszystko, co można było napisać, a nowatorstwo w obu przypadkach zostało bezpowrotnie utracone za sprawą rozpuszczania się „prawdziwych” science fiction i jazzu w tyglu, gdzie mieszały się one z innymi gatunkami, literatury i muzyki.

Wiem, że jestem niesprawiedliwy, a moje wrażenia pewnie mnie kompromitują, ale jazz to dla mnie przede wszystkim akustyczne arcydzieła z lat 50 i 60 poprzedniego stulecia. Zaś science fiction zamyka się wraz pojawieniem się poetyki cyberpunk (której nota bene i tak nie lubię).

Wiecie, Metallica skończyła się na „Kill’em All!” i tak dalej…

Rozumiecie teraz pewnie dlaczego przyjąłem entuzjastycznie serię wydawniczą Artefakty, dziecko wydawnictwa MAG, prezentującą klasyczne, acz mniej znane lub zupełnie nieobecne w Polsce teksty należące do fantastyki naukowej (i jej obrzeży). Mamy w końcu dostęp do dzieł, które chwytały jeszcze w żagle porywisty wiatr heroicznych czasów kształtowania się gatunku, wykorzystywały w odkrywczy sposób jego możliwości i tworzyły kanon, z którym dyskutować się nie da.



Przyszedł czas na Roberta Silverberga, żyjącego klasyka fantastyki, autora, który sięgnął po pióro w latach 50 i z powodzeniem eksplorował terytorium fantastyki, przynosząc nam stamtąd klasyczne już teksty, za które nagradzano go najważniejszymi środowiskowymi wyróżnieniami – Nebulą, Hugo i Locusem. Powyższe słowa piszę jedynie po to, by stało się za dość kronikarskim obowiązkom i jeżeli ktoś będzie chciał znaleźć więcej konkretnych informacji o Silverbergu i jego twórczości, z pewnością je odszuka.

„Skrzydła nocy” mają dość ciekawą historię – początkowo pomyślane jako opowiadanie, którego pomysł autorowi wyświetlił się w postaci krótkiej intensywnej iluminacji (o czym wspomina się we wstępie do książki), finalnie rozrósł się do trzech tekstów, z których Silverberg zmontował pełnowymiarową powieść. To zaś sprawia, że mogę patrzeć na „Skrzydła nocy” jak na ołtarz zbudowany z części głównej i dwóch nomen omen skrzydeł, widzę w tej książce tryptyk o losach ludzkości, o wielkich procesach historycznych mierzonych tysiącleciami, w mniejszym zaś stopniu opowieść o odkupieniu pojedynczego człowieka, choćby i ten był everymanem, symbolem każdego z nas.

Bohaterem „Skrzydeł nocy” jest początkowo anonimowy starzejący się członek gildii Strażników, których zadaniem jest monitorowanie przestrzeni kosmicznej przy pomocy archaicznej ale dość skutecznej aparatury. Strażnik wypatrywać ma sygnałów zapowiedzianego onegdaj niebezpieczeństwa i wszcząć alarm, gdy na niebie ukażą się nieprzyjacielskie jednostki. Bohater wędruje po zniszczonej i zdegenerowanej Ziemi przyszłości, która stała się smutnym świadectwem wielkości, pychy i finalnego upadku człowieka. Człowieka, który przeszedł długą drogę od prymitywnych archaicznych form społecznych po ukoronowanie rozwoju, jakim była geoinżynieria zmieniająca całkowicie obraz Ziemi. Gdzieś w tle opowieści słychać wcale wyraźne echa mitu o złotym wieku, który kolejno przeobrażał się w swoje coraz mniej szlachetne wersje, by ostatecznie znieruchomieć w pozbawiającej kogokolwiek nadziei rzeczywistości.

Biblijna „ohyda spustoszenia” przeziera przez pierwsze rozdziały książki opisującej świat, który z trudem wyłonił się z kataklizmu i zorganizował się w najprostszy z możliwych sposobów – podzielił na gildie/kasty, które gromadziły z jednej strony wyspecjalizowanych Kupców, Obrońców, Pamiętających, Komediantów, a z drugiej strony wyłoniły grupę uprzywilejowaną – arystokrację. Warto przypomnieć, że gildie jako takie pojawiły się w średniowiecznej Europie, która dość długo lizała rany po upadku cesarstwa rzymskiego i dochodziła do siebie po ciemnych barbarzyńskich stuleciach. W tym momencie lektury pomyślałem sobie, że Silverberg wirtuozersko odtwarza proces historyczny, z którym mieliśmy do czynienia w pierwszych wiekach naszej ery i przyobleka go w fantastyczny kostium – miłośnicy starej dobrej science fiction znajdą w „Skrzydłach nocy” wszystkie charakterystyczne dla niej rekwizyty: zaawansowaną technologię, malowniczo opisanych przybyszów z innych planet, budzące współczucie bardziej niż odrazę owoce eksperymentów genetycznych…

Silverberg pozwala, by Ziemia została podbita przez obcych, którzy wykorzystując przewagę technologiczną, z łatwością narzucają ludziom rządy. Opresyjni przesadnie nie są, pozwalają Ziemianom wieść w sumie spokojne życie, z wystudiowaną wyższością dają do zrozumienia, że wszelki opór jest bezcelowy. Czyż podobnie nie czuli się wszelkiej maści konkwistadorzy, którzy podbiwszy prymitywniejsze ludy, uczynili z nowych poddanych albo siłę roboczą, albo atrakcje turystyczne? Znów Silverberg „podsłuchuje” historię i ubiera ją w kostium science fiction. Opowieść o inwazji staje się próbą odpowiedzi na pytanie o równoległe istnienie cywilizacji „dwóch prędkości.” Szczerze mówiąc, człowieka miałby szczęście do takich najeźdźców, dla których nasz gatunek jest w sumie interesujący jedynie ze względu na swoją bogatą historię, a nie z powodu szczególnych bogactw, jakie może oferować nasza planeta. Obcy wydają się być wystarczająco wyrafinowani, wręcz dżentelmeńscy, by pochylać się z troską (lub jakąkolwiek inną emocją) nad zniewolonymi ludźmi.

„Skrzydła nocy” to nie tylko opowieść o skurczach historii, której cykle przedstawia nam Silverberg. To również pomniejszy traktat o poszukiwaniu odkupienia, które jakby nie patrzeć jest wartością religijną. Autor rekonstruuje historię znaną nam od ponad dwóch tysięcy la; chrześcijaństwo sukces zawdzięczało między innymi swojej inkluzywności (Święty Paweł napisał: „A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich [jest] Chrystus.”), która otworzyła wszystkim możliwość zbawienia. Podobnie rzecz się ma w ostatniej części powieści – bohater trafiwszy do Jerozolimy przyszłości, niemal dosłownie „rodzi się na nowo” i staje się istotnym elementem nowej, budzącej się religii, którą nieliczni jeszcze wyznawcy z gorliwością pierwszych chrześcijan myślą o „zmianie oblicza Ziemi.”

Czyżby Silverberg jawił się jako apologeta duchowości, która ociężałe ciała istot ludzkich oraz całych społeczności jest w stanie wywindować na wyższy poziom rozwoju? A może „Skrzydła nocy” to przede wszystkim powieść o wiecznym powrocie (tu kłania się Nietzsche), o historii, która zawsze do nas wraca, ale wędruje po tak szerokim łuku, że jesteśmy skłonni uznawać za prawdziwą linearną a nie cykliczną jego naturę?


Nie wiem, kolejny raz wolę rozłożyć ręce w geście błogosławionej niepewności i niczego nigdy raz na zawsze nie rozstrzygać. Przynajmniej w kwestii interpretacji arcydzieł taka strategia wydaje się być najbardziej pożądaną…

poniedziałek, 17 lipca 2017

On jest Hiszpanią, czyli "Gips i jaśmin" Lorki

Czasami zdarza się, że jeden twórca staje się wyraźnym i rozpoznawalnym w świecie symbolem własnej ojczyzny, a jego losy splatają z jej trudną historią. Tak się właśnie stało w przypadku Lorki – jego liryka zarówno pod względem treści, jak i formy jest na wskroś „hiszpańska”, zaś życie oraz śmierć w czasie wojny domowej w 1936 roku stanowią idealne uzupełnienie twórczości. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Federico Garcia Lorca jest symbolem hiszpańskiej poezji i Hiszpanii jako takiej.
Jako syn swojego kraju (nie waham się użyć tutaj nieco pompatycznej stylistyki), Lorca zamyka w wierszach wszystko, co z Hiszpanią się wiąże. W jego lirykach znajdziemy nie tylko plastyczne opisy przestrzeni, cudownie skrojone śmiałe metafory, którymi nazywa ojczystą ziemię, ale również da się w nich uchwycić coś, co stanowi o esencji Hiszpanii – zapachy, kształty, barwy, linie architektury – coś, czego nie można znaleźć w żadnym innym zakątku świata. Dźwięki gitar flamenco, cygańskie zaśpiewy, niespiesznie kwitnące miłości, profile mijanych kobiet, słońce wypalające pola i bielące ściany domów – to wszystko buzuje w tych pięknych sensualnych wierszach.

Jego twórczość rozwijała się w burzliwych dla literatury pierwszych dekadach XX stulecia, jednak tryumfująca wtedy awangarda, która przeorała tradycyjne rozumienie i praktykowanie poezji, tylko po części odcisnęła piętno na Lorce. W poezji hiszpańskiego poety z rzadka pobrzmiewają echa nowoczesności (wyłączywszy rzecz jasna wstrząsający tom „Poeta w Nowym Jorku” będący gorzkim podsumowaniem pobytu autora w Stanach Zjednoczonych), częściej znajdziemy odwołania do folkloru, do wciąż obecnych w niektórych regionach Hiszpanii arabskich tradycji, do głęboko zakorzenionych w pamięci kulturowej Europy obrazów i motywów.
Pomimo tego, że Lorca rozluźnia związki pomiędzy wyrazami, wpuszcza bardzo dużo światła i powietrza pomiędzy poszczególne wersy, nigdy nie zrywa łączności z czytelnikami, zawsze szuka ścieżek do ich serc, pragnie wzruszać, czarować, zachwycać. Raz wystarczy mu krótki impresjonistyczny poetycki szkic, innym razem pozwala obrazom kołować, by te ułożyły się w zdumiewającą pełną dramaturgii opowieść.
Nowy wybór poezji Lorki pt. „Gips i jaśmin”, którego autorem i tłumaczem jest Leszek Engelking, to doskonała okazja, by na nowo zapoznać się z obecną już przecież w Polsce twórczością hiszpańskiego twórcy. Wiersze z różnych okresów życia poety tworzą zdumiewający liryczny krajobraz pełen słońca i ciemności, śmiechu i łez, życia i śmierci. Polecam najgoręcej. 
PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Lubimy Czytać.

niedziela, 16 lipca 2017

Niewesołe miasteczko, czyli "Joyland" Kinga

Kolejny, kolejny raz King jawi się jako autor straconych szans lub zawiedzionych nadziei. Nie wiem, co gorsze...

Po doskonałym "Sklepiku z marzeniami" (recenzja wkrótce), "Joyland" jest jak bezkofeinowa kawa lub bezalkoholowe piwo - ani to horror,  ani kryminał, ani (jak chce część bezkrytycznych recenzentów twórczości Kinga) nostalgiczna opowieść o Ameryce lat 70. To... Cóż, zacznijmy po kolei.



Autor zaczyna tak, jak lubię - pierwszoosobowa narracja sprzyja Kingowi. Potrafi on w lekki, pozbawiony ciężaru zbędnych psychologizmów lub dziwacznych reminiscencji opowiedzieć historię. Wydaje się, że narrator siada obok i od niechcenia zaczyna snuć opowieść - stara się nie nudzić, nie uciekać w piętrowe dygresje, od czasu do czasu rzuci żarcikiem, błyśnie bon motem. Tak właśnie jest w przypadku "Joyland" - snujący swoją gawędę bohater przenosi się pamięcią do czasu, gdy mając nieco ponad dwadzieścia lat doświadczył wątpliwych uroków złamanego serca i podjął się wakacyjnej pracy w tytułowym wesołym miasteczku. 

Szczerze powiedziawszy nie do końca wiem, dlaczego  starzejący się bohater wraca pamięcią akurat do takich a nie innych wydarzeń. Co motywuje tego człowieka, by roztoczyć przed odbiorcami skąpą panoramę przeszłości? Krótko mówiąc, King zgubił motyw, a że uwielbia paplać, szybko zagaduje nas, byśmy broń Boże nie zauważyli tej usterki. 

Potem teoretycznie jest lepiej. Poznajemy studenta, który uwierzywszy, że związek na odległość ma sens, pozwala swojej dziewczynie spędzić wakacje z przyjaciółkami, a sam zatrudnia się w wesołym miasteczku, by podreperować skromny budżet. Miło i dość wiarygodnie narrator dzieli się z nami swoim bólem, rozterkami, płonnymi nadziejami. Jest naiwny, wierzy w happy endy, bierze za dobrą monetę wszystko, co oferuje mu zbudowany na ruchowych piaskach związek. Been there, done that myślę sobie. Wszystko się zgadza. Tak właśnie czują się młodzi, głupi i zakochani mężczyźni. No ale nie pytajcie o więcej... 

King oprowadza nas po nieistniejącym już chyba świecie - świecie wesołych miasteczek, które w XX wieku krążyły od miasta do miasta, dając ludziom prostą rozrywkę - karuzele, beczki śmiechu, strzelnice, tunele strachu... Niestety, King poczęstował nas uproszczoną wizją wesołego miasteczka - kilka branżowych określeń, zarys mechanizmów pracy "Joylandu", niewiele więcej. To mocno rozczarowuje, gdyż autor potrafi zbudować świat pełny, trójwymiarowy, dając upust potrzebie realistycznego odtworzenia rzeczywistości, którą rzecz jasna demoluje przy pomocy grozy. 

A skoro już o grozie mowa. Cóż, jedynym jej objawem jest wspomniany tunel strachu, w którym manifestować ma się duch zabitej przez seryjnego mordercę młodej kobiety. Z czasem okazuje się, że ofiar mordercy było więcej i wszystkie one miały związek z różnymi parkami rozrywki. Nasz bohater z niewielką pomocą przyjaciół stopniowo zbliża się do rozwiązania kryminalnej zagadki, ale skoro "Joylandu" kryminałem nazwać nie wypada, rozwiązanie jest w sumie... niepotrzebne. Przy całym szacunku dla Kinga, przygody Scooby Doo są momentami bardziej ekscytujące, niż wątek kryminalny obecny w tej powieści.

Wisienką na tym jałowym torcie jest kreacja głównego bohatera - facet jest chodzącym wcieleniem przyzwoitości, nosicielem cnót wszelakich. Miły, niezepsuty, pomysłowy, potrafi zabawić najmłodszych, paradując w kostiumie psa będącego maskotką wesołego miasteczka.Wzruszają go niepełnosprawne dzieci. Po dżentelmeńsku traktuje kobiety i odważnie staje oko w oko z okrutnym mordercą. Tak nieznośnie wyidealizowanej postaci dawno nie spotkałem i nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie.

I wyobraźcie sobie, że to jeszcze nie wszystkie grzechy "Joylandu", ale nie mam już siły pastwić się nad upiornie dziwacznym motywem samotnej matki opiekującej się umierającym synkiem. To właśnie ona odkrywa przed bohaterem uroki miłości fizycznej, której poskąpiła mu wspominana na początku powieści dziewczyna. 

Cóż, można ten "Joyland" nawet przeczytać, krzywdy nam nie zrobi, na pewno. Ja jednak widzę w tej książce dowód na lenistwo Kinga. Nie chciało mu się rozwijać być może interesującego pomysłu. Jeżeli ta powieść miała ambicje odtworzyć przeszłość i zbudować samą siebie na skale nostalgii, zabrakło jej gęstości, nasycenia detalami, które uwiarygodniłyby świat i pozwoliłyby w nim zamieszkać naszej uwadze. Jeżeli "Joyland" miałby być kryminałem, King musiałby przesunąć śledztwo na pierwszy plan. A gdyby ta powieść miała być typową obyczajówką, nie należało upychać w niej na siłę grozy. 

Niby dużo tego wszystkiego, ale jednocześnie wszystkiego za mało, jak w źle doprawionym barszczu. 

I tą kulinarną konkluzją żegnam Was do następnego razu.

piątek, 14 lipca 2017

Rozmiar nie ma znaczenia, czyli "Koralina" Gaimana

Nazwisko Neila Gaimana elektryzuje miłośników literatury fantastycznej. Ten wszechstronny i niezwykle utalentowany pisarz doskonale sprawdza się jako scenarzysta komiksowy (jest twórcą klasycznej już serii „Sandman” oraz „Marvel 1602” – oszałamiającej wizji komiksowego uniwersum osadzonego w alternatywnej rzeczywistości za czasów panowania królowej Elżbiety I), ale dla wielbicieli literatury pozostanie autorem wyrafinowanych „Amerykańskich bogów”, baśniowego „Gwiezdnego pyłu” czy onirycznego „Oceanu na końcu drogi” – tekstów, którymi zaskarbił sobie szacunek krytyków i miłość czytelników. Gaiman, wolny duch, wielki bajarz, czuje się jak ryba w wodzie tam, gdzie nic nie hamuje wyobraźni, gdzie fantastyka krzyżuje się z baśnią, horrorem, mitem, przypowieścią.

Gdy przyzwyczajony do opasłych tomiszczy czytelnik weźmie do rąk skromniutkich gabarytów Koralinę, być może poczuje pewien rodzaj rozczarowania. Współczesne standardy rynku wydawniczego kazałyby widzieć w tym dziełku Gaimana zaledwie zapowiedź większej całości, szkic, w najlepszym razie opowiadanie, którego nie powinno się wydawać osobno, ale wcisnąć pomiędzy inne podobnych rozmiarów teksty, by finalnie otrzymać grube, atrakcyjniejsze wydawniczo dzieło. Te niecałe 200 stron można przeczytać w spacerowym tempie w ciągu jednego dnia. Moim zdaniem jednak bardzo dobrze się stało, że Koralina nie obrosła w tłuszcz epizodów, zbędnych opisów, przypadkowych postaci snujących się gdzieś po marginesach tekstu. Gaiman okroił swój pomysł do absolutnie niezbędnych rozmiarów – nie rozsiał dygresji ani niepotrzebnych szczegółów. Dostajemy zwarty tekst napisany zgodnie z poetyką baśni, w której wszystko jest możliwe i nikt nie dziwi się pojawiającym się co i rusz nierealistycznym elementom. Z drugiej zaś strony nie mamy najmniejszych wątpliwości, że pisarz umieścił Koralinę w dzisiejszym świecie, w łatwo rozpoznawalnym „tu i teraz”, we współczesności, której niedoszłą ofiarą w pewnym sensie staje się tytułowa bohaterka.

Niestety, nieco manieryczna okładka tego wydania.

Koralina to nie do końca szczęśliwe dziecko dwojga zapracowanych rodziców. Ojciec i matka przeprowadzają się na prowincję, ale nie po to, by zwolnić tempo życia, ale by nic ich nie rozpraszało, gdy cały dzień stukają w klawiatury komputerów. Dom, do którego wprowadziła się rodzina dziewczynki, dzielony jest z ekscentrycznymi sąsiadami – dwiema emerytowanymi aktorkami i podstarzałym treserem… myszy. Okolica wygląda na zaniedbaną i wyludnioną, na większe zakupy trzeba jeździć samochodem. Nuda, poczucie osamotnienia i beznadziei błyskawicznie pochłaniają naszą bohaterkę, która w pojedynkę musi oswoić świat. Spokojna, ładnie opisująca monotonię ekspozycja szybko jednak zostaje przerwana za sprawą zawiązania akcji – Koralina w czasie eksplorowania domu odnajduje w jednym z pokojów prowadzące donikąd drzwiczki i pasujący do nich czarny, zimny klucz… Od tego momentu nuda staje się najmniejszym ze zmartwień dziewczynki.

Gaiman nie byłby sobą, gdyby w tej opowieści o smutnym dzieciństwie i nieobecnych rodzicach nie pozwolił dominować fantastyce. Jej elementy błyskawicznie zaczynają wysuwać się na pierwszy plan i zamieniają Koralinę w baśń z prawdziwego zdarzenia – baśń mroczną, skomponowaną wedle klasycznych, nieugrzecznionych wzorców, które kojarzymy na przykład ze spuścizną braci Grimm. Ta książka ma zasiać w sercach czytelników niepokój, zaś Gaiman z niezwykłym wyczuciem balansuje na granicy, po przekroczeniu której powieść ta stałaby się rasowym horrorem, a nieroztropni rodzice, którzy przeczytaliby tę opowieść dzieciom, mogliby się liczyć z nocnymi koszmarami swoich pociech. Koralina jest również niedalekim echem „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Jednak w porównaniu z ponurym i onirycznym dziełem Gaimana historia snu Alicji o świecie istniejącym w zwierciadle jest w sumie grzeczną, bezpieczną i uładzoną opowieścią. Rzeczywistość, którą Koralina odkrywa „po drugiej stronie domu”, przeraża, a zamieszkujące ją istoty, początkowo przyjazne, szybko odsłaniają swoje prawdziwe oblicze i niebezpieczne intencje.

Zastanawiać się można, dla kogo Gaiman napisał Koralinę, skoro młodsi czytelnicy z pewnością okupiliby jej lekturę nocnymi koszmarami. Zaryzykuję tezę, że książkę tę powinni przede wszystkim przeczytać rodzice, którzy być może nie zauważyli, jak mało czasu poświęcają własnym dzieciom. Czyż wszystkie kłopoty tytułowej bohaterki (i jej rodziców również) nie zaczęły się w chwili, gdy osamotniona dziewczynka zaczęła samodzielnie, bez większego przygotowania i doświadczenia, eksplorować wrogi jej świat? Czy przerażająca nowa matka, wyidealizowana wersja niedoskonałej prawdziwej matki, nie jest symbolem niezliczonych sił, które chcą zawładnąć opuszczonymi przez najbliższych dzieci, by uczynić je niewolnikami i zmusić do miłości? Taka właśnie interpretacja Koraliny bardzo mi odpowiada.

Ta znakomita książka to również opowieść o odwadze, która pomaga słabym pokonać zło, choć zdawać by się mogło silniejsze i sprytniejsze. Pocieszający finał i czytelny morał sprawiają, że Koralina jest krótką, ale emocjonującą przygodą czytelniczą, zaś narracja poprowadzona z perspektywy tytułowej bohaterki pozwala naprawdę polubić tę rezolutną dziewczynkę.

PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

PS następne - okładka jest wybitnie manieryczna i nie podoba mi się. I już!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Więcej retro, mniej futuro, czyli "Amnezjak" Nowaka

Kiedy na czwartej stronie okładki zbioru opowiadań Jakuba Nowaka Amnezjak przeczytałem słowa, którymi nie kto inny jak Jacek Dukaj zachęca do lektury, przecierałem oczy ze zdumienia. Dukaja, oprócz oczywistych literackich konotacji, kojarzę z wyrażoną przez niego onegdaj tęsknotą za rozlewną epickością książek („cegieł”), które jego zdaniem zaspokajają fundamentalną potrzebę czytelniczą i pozwalają odbiorcom zatonąć w świecie przedstawionym. Nie mam pojęcia, czy Dukaj zmienił zdanie w sprawie rzeczonych „cegieł”, ale opowiadania Nowaka okrasił entuzjastycznymi słowami, a przy okazji niejako nobilitował ten gatunek, widząc w nim jedyne świadectwo niezależności artystycznej pisarza, który nie szuka ani taniego poklasku, ani tym bardziej wymiernego zysku.

Dukaj ma rację, gdy w bardzo przychylny sposób odnosi się do tekstów zebranych w Amnezjaku. To naprawdę porządny zbiór opowiadań, które w przeważającej większości mogą spodobać się miłośnikom różnych odmian fantastyki i choć zabrzmi to banalnie, każdy znajdzie tutaj coś miłego – i zwolennicy „twardego” science fiction starającego się sondować bliższą lub dalszą przyszłość, i wielbiciele historii alternatywnych, a nawet ci, którzy szukają w literaturze próby odpowiedzi na trudne egzystencjalne pytania.



Już pierwszy tekst Nowaka pt. Karnawał rzuca czytelnika na naprawdę głęboką wodę. Gęsty styl przypomina po części tzw. czarny romantyzm, po części młodopolską rozbuchaną prozę ekspresjonistyczną. Nowak posłużył się nim nieprzypadkowo, gdyż akcja opowiadania dzieje się w drugiej połowie XIX wieku w rozrywanej konfliktami politycznymi, wojennymi i społecznymi Europie. W samym środku historycznej zawieruchy polscy spiskowcy (jak to zawsze mieli w zwyczaju) knują, by pokrzyżować plany wrogich zniewolonej ojczyźnie sił. Płonne nadzieje, szaleńcze plany, skrajny idealizm oraz wieczna gotowość do poświęcenia (własnego lub cudzego) życia składają się na wiarygodny portret irracjonalnych patriotów, wiecznych konspiratorów. Swoje niemal historiozoficzne rozważania Nowak wzbogaca o elementy charakterystyczne dla literatury fantastycznej – pojawiają się potężne i obce organizmy trawiące całe miasta, bohaterowie po przejściu progu śmierci zyskują nadnaturalne możliwości, zaś tytułowy karnawał, zbieranina różnej maści wynaturzonych, żądnych krwi istot, krąży po całej Europie i symbolizuje obłęd historii, której wściekłe spazmy, orgie zniszczenia mogliśmy niemal od zawsze obserwować na starym kontynencie. Siła tego tekstu drzemie w plastycznym i niemal poetyckim języku, który przeobraża wizje autora w wielowymiarową i oddziałującą na zmysły całość. A gdyby Jacek Malczewski mógł zilustrować Karnawał, mielibyśmy do czynienia z dziełem skończonym.

Dziwne dni to alternatywna wizja historii XX wieku. Polska i inne kraje Europy Środkowej po drugiej wojnie światowej szczęśliwie znalazły się poza strefą wpływów Związku Radzieckiego i pławią się w ciepłych promieniach słodkich lat 60., kołyszą się na falach łagodnej kontestacji systemu. W takiej właśnie Polsce powstaje zespół The Doors, którego wokalistą jest Jim Morrison – syn oficera amerykańskiej marynarki wojennej, której baza znajduje się na bałtyckim wybrzeżu. Zespół odnosi oszałamiające sukcesy, a czytelnik zagląda za kulisy sławy, towarzyszy muzykom pomiędzy koncertami i na samej scenie, stopniowo również poznaje ciemniejszą stronę życia rockowych bożyszczy… Autor naszpikował swój tekst rozlicznymi nawiązaniami do popkultury, do polskiej i światowej muzyki rozrywkowej lat 60. Rodzimego miłośnika rock n’ rolla mogą cieszyć (a jednocześnie napawać delikatnym smutkiem) sugestywnie opisane sukcesy polskich wykonawców, które, niestety, zaistniały jedynie w alternatywnej rzeczywistości. Gdyby pisarz „zatrzymał” opowiadanie w tym miejscu, otrzymalibyśmy naprawdę sympatyczną wariację na temat tego, „co by było gdyby?” Nowak jednak nakłada na swój tekst dodatkową warstwę – opowiadanie o polskich The Doors rozwija się równolegle z opowieścią o prl-owskim superbohaterze, dzielnym kapitanie milicji Żbiku. Zabieg nie tylko w sprytny sposób zmusza odbiorcę do namysłu nad mnogością możliwych ścieżek, którymi mogła pójść historia Polski, ale również w wyrafinowany sposób oddaje hołd Człowiekowi z Wysokiego Zamku, jednej z najlepszych wizji alternatywnych autorstwa Philipa Dicka. To dzięki znajomości tej właśnie powieści czytelnik ma możliwość delektowania się opowiadaniem Nowaka.

Amerykański autor pojawia się również w Rychu, stanowiącym intrygującą wariację na temat jednego z najbardziej „odjechanych” pomysłów Dicka, któremu wydawało się, że Stanisław Lem nie jest pisarzem z krwi i kości, ale zespołem autorów zza żelaznej kurtyny. Dick tłumaczył swoje podejrzenia arbitralnym przeświadczeniem, że żaden „pojedynczy” pisarz nie umiałby posługiwać się piórem z taką sprawnością, wykorzystując przy okazji tyle różnych stylów, gatunków i języków. Nowak odtwarzając nierzeczywisty, zanurzony w narkotykowej mgiełce świat przypominający Californię, zastanawia się, jak mogłoby wyglądać spotkanie tytana amerykańskiego science fiction z prawdziwą radziecką komórką szpiegowską zwaną SLEM rezydującą tymczasowo w Stanach Zjednoczonych. Miłośnicy Dicka znajdą w tym opowiadaniu mnóstwo odniesień do jego biografii, przede wszystkim do na poły religijnych doświadczeń, które prześladowały pisarza i kazały mu zwątpić we wszystko, co do tej pory wiedział o świecie.

Jeśli miałbym szukać czegoś, co spaja przynajmniej większość tekstów Nowaka, byłaby to szeroko rozumiana przeszłość, z której czerpie on pełnymi garściami. Umiejętnie odwołuje się do stylistyki przywodzącej na myśl daną epokę literacką lub zasypuje czytelnika lawiną rekwizytów charakterystycznych dla łatwo rozpoznawalnych czasów; takie Retro w znakomity sposób oddaje przerażająco beznadzieją atmosferę schyłkowego PRL-u, a dzieje się tak dlatego, że Nowak pieczołowicie odtwarza rzeczywistość tamtych czasów. Gromadzi dziesiątki motywów charakterystycznych dla epoki, nakazuje bohaterom mierzyć się z problemami, jakie fundowały swoim obywatelom demokracje ludowe. Połączył to z cyberpunkową poetyką, co znowu zaowocowało intrygującą całością.

Inaczej historię potraktowano w tytułowym Amnezjaku – kaskaderskiej i chyba nie do końca udanej próbie diagnozy polskości. Nowak w osobliwy sposób odtwarza nasze mity założycielskie („Wanda, co Niemca nie chciała”), dodaje do nich postacie polskich królów, każe swoim bohaterom zatonąć w groteskowo odtworzonej kibicowskiej subkulturze, by zabrać (być może) głos w sprawie kształtu naszej tożsamości narodowej, której nieodłączną cechą wydaje się być niechęć do obcych – obcych nacji i obcych-swoich (kibiców zwaśnionych klubów piłkarskich). Nie przekonało mnie to opowiadanie, miałem wrażenie, że Nowak próbuje ożenić Gombrowiczowską groteskę z wyrachowaną wulgarnością debiutanckiej powieści Doroty Masłowskiej. I nawet umiejscowienie akcji gdzieś w otchłaniach kosmosu nie mogło uratować tego tekstu.

Zmierzając do finału moich rozważań, zaryzykuję tezę, że najprawdopodobniej jesteśmy (zarówno jako odbiorcy, jak i piszący) skazani na odwoływanie się do przeszłości. Nawet autorzy science fiction, gatunku predysponowanego do patrzenia w przyszłość, bardzo często sięgają do mniej lub bardziej umownego „wczoraj”. Zawłaszczają niegdysiejszych bohaterów, rekwizyty, idee, wydarzenia, teksty kultury i przetwarzają je, by powiedzieć coś (nowego?) o człowieku i świecie. Zaś sam Nowak, paradoksalnie, częściej woli mówić o naszej teraźniejszości, niż szukać odpowiedzi na pytania, jaka może być czekająca nas przyszłość. Amnezjak jako zbiór opowiadań chyba będzie mógł potwierdzić moje spostrzeżenia.

piątek, 19 maja 2017

Po dżentelmeńsku, czyli "Opowieści z dziesięciu światów" Clarke'a

Od dłuższego czasu mam wrażenie, że nie ma sensu pisać "prawdziwego" wstępu do recenzji książek autorstwa klasyków literatury science fiction. Każdy, kto zrobił już drugi lub trzeci krok na drodze poznania tego gatunku, musiał zetknąć się z takimi nazwiskami jak Heinlein, Asimov, Dick, Le Guin czy Lem... Ojcowie założyciele (albo doktorzy kościoła fantastyki) są na tyle silnie umocowani w świadomości kolejnych generacji czytelników, że pisanie o nich bezosobowego i obiektywnego wstępu przypomina każdorazowo wyważanie otwartych od pół wieku drzwi. Chcecie wiedzieć, kim był, kiedy debiutował i jakie nagrody zdobył Clarke? To sobie sprawdźcie. Krótko mówiąc (zamiast wstępu) - Clarke, jaki jest, każdy widzi.

Gdy kończyłem lekturę "Opowieści z dziesięciu światów" byłem bardziej niż zadowolony. Tak właśnie powinny wyglądać opowiadania. Ma być krótko, zwięźle, z pointą, elegancko. W większości przypadków finał tekstu rozwiązuje nabrzmiewający powoli problem, czytelnik nie ma szans domyślić się błyskotliwego i jednak prawdopodobnego rozwiązania akcji, które jak nożem ucina całą fabułę i zostawia odbiorcę z uczuciem błogiego niedosytu. Wszyscy adepci pióra mogliby na tekstach Clarke'a uczyć się sztuki panowania nad pomysłem wyjściowy i prowadzenia go do punktu kulminacyjnego.

Co osobliwe, Clarke ani razu nie rozwija motywów typowych dla pulpowych opowiastek. Nie znajdziemy tu ani inwazji obcych, ani podróży w czasie, ani opowiadań, które ilustrowałyby prawidła losu przy pomocy parabolicznego sztafażu. Pisarz po prostu robi swoje i pokazuje, co mogłoby w przyszłości spotkać człowieka, gdy ten wybierze się w kosmos lub gdy ten kosmos postanowi przypomnieć mu o panujących w przestrzeni prawach. Jasne, trafimy tutaj również na skromne bo skromne,  ale obecne rozważania o człowieku, jego powinnościach moralnych, słabościach, marzeniach, jednak Clarke pisząc swoje opowiadania, zakłada siedmiomilowe buty i za każdym razem błyskawicznie przechodzi do pointy. Nie dla niego pogłębiona psychologia i niuanse życia wewnętrznego. Trudno jednak uznać to za jakąkolwiek słabość tych tekstów.

Dla porządku przypomnę tylko, że "Opowieści z dziesięciu światów" to zbiór opowiadań opublikowanych w latach 50 i 60, w heroicznych czasach fantastyki, gdy wszystko wydawało się możliwe, kosmos stał przed ludzkością otworem, a latające samochody i spacery po powierzchni skolonizowanego Marsa były w zasięgu jednego, no może dwóch pokoleń Ziemian... 



Czym częstuje nas autor? Krótka lista "pomysłów" przed Państwem:

* astronauta uwięziony na planetoidzie, którą powoli pożera słońce,

* astronauta uwięziony w nawiedzonym kosmicznym skafandrze (zabójcza pointa),

* pechowy złodziej na Marsie,

* udana okrutna zemsta na radzieckim kosmonaucie,

* awaria komputera uniemożliwiająca powrót na macierzystą planetę,

* pies z księżycowej bazy ratujący swego pana...

Opowiadań mamy 15 i niemal każde z nich gwarantuje nam albo uśmiech, albo chwilę refleksji, albo delikatny dreszczyk emocji, albo konieczność nabrania głębokiego oddechu. Nie znajdziemy tu przemocy, seksu, nieracjonalnej udziwnionej fantastyki. Całość jest taka... hmm... dżentelmeńska, tak powiem. Ten tom opowiadań nadaje się idealnie, by poprowadzić kogoś korytarzami muzeum fantastyki naukowej. Być może zgromadzone w "Opowieściach..." eksponaty nie pokryły się jeszcze kurzem i mogą dostarczyć solidnej porcji wrażeń. 

Cóż rzec więcej? Książkę onegdaj wydało w Polsce "Wydawnictwo Literackie" i przy odrobinie trudu, można ją znaleźć w bibliotekach lub na aukcjach internetowych. Ja polecam serdecznie.