wtorek, 26 grudnia 2017

Trzeba umieć obijać sobie mordę, czyli "Dziennik zimowy" Austera

Nie lubię wspomnień. Czyichś. Sam to bym się pławił w przeszłości, mitologizował, uwznioślał, sto wierszy napisał o dzieciństwie i dziesięć opowiadań o dojrzewaniu. Natomiast obcych ludzi przeszłości są dla mnie jak obce mieszkania, w których często przeszkadzają mi nieokreślony ale charakterystyczny zapach, egzotyczne reguły życia, rodzinne powiedzonka, których nie rozumiem. "Wszystko, co nie jest mną, jest obce" - napisał kiedyś Louis Aragon w "Przygodach Telemacha" i słowa te jakoś nieźle definiują jakąś część mnie samego i moje wybory czytelnicze.

Bronię się przed pogrążaniem się w cudzych wspomnieniach, gdy są one tylko i wyłącznie zapisem czyjejś przeszłości, nie mają literackiego szlifu, nie są efektem kreacji, gry z odbiorcą, nie odsączono z nich banału, trywialności i szlamu codzienności. 

Co innego, gdy za pisanie wspomnień zabiera się powszechnie uznany literat. Powinniśmy mieć nadzieję na to, że będzie on układał przed nami swoje wspomnienia tak, jak się układa pasjans - każda karta trafi w końcu na swoje właściwe miejsce. Każdemu wydarzeniu nada się sens, każde zwiąże z poprzednim i następnym. Wymagam więc od memuarysty kreacji, nie zaś wiernopoddańczej w stosunku do życiorysu relacji. Powtórzę - wspomnienia to dla mnie przede wszystkim organizacja, by uczynić z opowieści o własnym życiu opowieść właśnie.

Czytam więc "Dziennik zimowy" Paula Austera. Ten amerykański pisarz cieszy się w Polsce popularnością, chociaż dla mnie będzie on zawsze symbolem najgorszych postmodernistycznych tradycji. Nawet jego najważniejsze dzieło ("Trylogia nowojorska") wydało mi się atrakcyjnie opakowaną pustką; wystarczyło podrapać paznokciem, by przebić się przez warstwę pudru, różu i szminki, którymi Auster upiększał swoje nijakie córki. Być może jestem niesprawiedliwy, ale tak właśnie go odbieram.



"Dziennik zimowy" trafił przez przypadek w moje spracowane ręce i kilka dobrych lat czekał na półce. Wziąłem, myśląc sobie, że "o ho ho, mam kontakt z wyższą literaturą, zobaczymy, jak na tym wyjdziemy - ja i ona." A więc nie wyszło nam to na dobre...

Książka jest najzwyczajniej w świecie nudna, a autor nie potrafił zaleźć żadnego czytelnego i poprowadzonego konsekwentnie konceptu, który pozwoliłby mu zamknąć doświadczenia sześćdziesięcioletniego życia. Zrazu wydaje się nam, że wspomnienia zostaną poprowadzone przez opisy kolejnych metamorfoz ciała (opisy ran, blizn, zmieniających się potrzeb, dojrzewania, symptomów starości) - proste to i skuteczne, miejscami widowiskowe. 

Jednak pisarz zostawia nie wiedzieć czemu swoje ciało i zaczyna pleść opowieść rozpinając wątki na innej już ramie - pojawia się kilkunastostronicowa, obłędnie monotonna litania adresów, pod którymi pomieszkiwał Auster. Każde mieszkanie lub dom łączy się z jakimś drobnym wydarzeniem, zaś to niemal nigdy nie mówi niczego istotnego na temat życia pisarza - a to jakaś kłótnia z sąsiadami, a to opis widoku zza okna, a to kilka scenek rodzajowych podkreślających koloryt lokalny zamieszkiwanego miejsca. Takie notatki na marginesach umów wynajmu.

I tu kolejna wolta - długie passusy na temat rodziców Austera. Kolejne małżeństwa matki, związki ojca. Opisy charakterów, wad, zalet, słabości. Niczym niewyróżniające się postacie, które gdyby pojawiły się w "prawdziwej" literaturze, byłyby bezbarwne jak krupnik i istotne niemal wyłącznie dlatego, że umarły i osierociły autora wspomnień. 

A ha, a pomyślcie jeszcze o tym, że Auster pisząc autobiografię niemal całkowicie pomija swoją twórczość. Ta osobliwa strategia miałaby szansę powodzenia, gdyby życie pozaliterackie pisarza byłoby w jakimś stopniu fascynujące lub fascynująco zostałoby opisane. Niestety, Auster spektakularnie skiksował i gdyby ktoś chciał przy pomocy "Dziennika zimowego" pogłębić wiedzę o pisarstwie być może ulubionego autora, może się rozczarować. Podobne rozczarowanie czekałoby fanów takiego Andrzeja Gołoty, który w swojej potencjalnej autobiografii skupiłby się na opisie prywatnych fascynacji czytelniczych zamiast na tajemnicach i zawiłościach zawodowego boksu.

Czytałem ostatnio takie zdanie: "In some ways, writing a memoir is knocking yourself out with your own fist, if it’s done right", co nieudolnie tłumaczę tak "Jeżeli człowiek pisze wspomnienia we właściwy sposób, przypomina to pranie się po pysku własną ręką." Fakt, parę razy Auster dał sobie  mocno po mordzie - bez większego zażenowania opisuje kontakty z paryskimi prostytutkami, przygodne powierzchowne fascynacje, aborcję, do której namówił jedną z zaciągniętych do łóżka dziewczyn, choroby weneryczne... 

Być może szczerość jest dla kogoś wartością samą w sobie, dla mnie jednak tego typu wynurzenia trącą już pewnym ekshibicjonizmem, z którym kompletnie jest mi nie po drodze. Granicę intymności i smaku można łatwo przekroczyć, a Auster nakazuje swoim wspomnieniom poruszać się czołgiem...

Nie, to nie jest dobra książka, chociaż i z niej dało się wykroić kilka niezepsutych i dojrzałych elementów. Zapamiętać na całe życie:
  • "Nigdy nie zmarnuj żadnej okazji, żeby się wysikać."
  • Francuzi to prawdziwe gnojki.
  • Czasy, gdy wszędzie można było palić papierosy, były lepsze, niż czasy, gdy nigdzie nie można palić.
Cóż, chyba nic więcej nie zostało do dodania. Nie polecam, bo słabych książek popularnych autorów jest wystarczająco dużo. A z drugiej strony rzadko można trafić na tekst, z którego pisarz wypreparował poczucie humoru, komizm lub zwykłe ludzkie ciepło. Już więcej tych wartości znajdziecie w "Procesie" Kafki niż w "Dzienniku zimowym."

Odrzucił mnie Auster-pisarz, który zrobił naprawdę dużo, by obrzydzić Austera-człowieka. I niech to będzie pointą tych cierpkich rozważań.

czwartek, 21 grudnia 2017

Pomału, pomału, czyli "Powolność" Kundery

Zraziłem się kiedyś do Kundery, a rana była o tyle głęboka, że zadano ją ostrzem rozczarowania. "Nieznośna lekkość bytu" była powieścią fenomenalną, hipnotyzującą, natomiast chwycone w porywie zauroczenia "Życie jest gdzie indziej" wkurzyło mnie i tyle. Na całe lata odwróciłem się od czeskiego pisarza, by niedawno sięgnąć po "Powolność" - specyficzną powieść-esej - i znów cieszyć się poważną literaturą, nie zaś gatunkowym czytadłem. 

"Powolność" przygląda się fenomenowi konającej na naszych oczach powolności właśnie. Po-wolność, swoboda snucia się, łazikowanie, włóczęga, sobiepaństwo. Jako że taka postawa jest mi wyjątkowo bliska, z entuzjazmem wczytywałem się w peany, jakie Kundera wygłasza na temat tytułowego zjawiska. Czytałem i coraz wyraźniej docierało do mnie, że ów powolny tryb życia, świat chyba już na zawsze odszedł do przeszłości. Ten nasz świat, więzienie, które sami sobie postawiliśmy, nie ułatwia życia niebieskim ptakom, co to nie sieją, nie orzą, a Pan dba o nich. Cóż, mamy to, co mamy.



Kundera na mocy praw danych mu przez literaturę, łączy z sobą twardy realistyczny, chociaż ociekający groteską obraz współczesnego człowieka z eseistyczną refleksją o naturze polityki, o relacjach damsko-męskich... Czarny humor zabarwia poszczególne sceny, intertekstualne gry spinają kolejne partie książki, odrobina uroczego realizmu magicznego przenosi opowieść w rejony prawdziwie poetyckie, strzępy typowych dla Kundery refleksji o losach emigrantów z Europy Środkowej na Zachodzie... Uff... Trzeba maestrii czeskiego prozaika, by w tekście nie mającym nawet dwustu stron spleść te wszystkie elementy w ciasny powróz i spętać nim uwagę czytelnika.

A gdyby ktoś mnie zapytał: "No dobra, ale o czym to wszystko jest?", odpowiedziałbym tak: "Kundera opisuje dwie równolegle dziejące historie - osiemnastowieczny króciutki romans pewnego młodego mężczyzny, który uwodząc piękną arystokratkę, nie do końca jest świadomy tego, że sam bierze udział w o wiele większej intrydze; romans sam w sobie nie jest istotny, ważne jest jego celebrowanie, zestaw obowiązkowych niedomówień, figur, gestów, jakie musi wykonać kochanek, zanim zaciągnie kobietę do łóżka. To jest oblicze owej powolności, na którą mogli sobie kiedyś pozwolić (dobrze sytuowani) ludzie... Jednocześnie poznajemy groteskową opowieść o zalotach współczesnych nam bohaterów - średniej klasy polityk uwodzi młodszą naiwną pannę, a ich finalny stosunek na brzegu hotelowego basenu staje się śmieszno-strasznym zwieńczeniem erotycznej degrengolady, o której czytamy. 

Dodajmy, że akcja obu historii dzieje się w tym samym miejscu (wspólny mianownik) - w zamku (XVIII wiek) zamienionym dziś na hotel."

Nie ma chyba sensu opisywać wszystkich drobnych uchwyconych przez Kunderę gestów, myśli, drgnień egzystencji - autorowi nie trzeba wiele słów, jego proza miewa gęstość i substancjalność poezji. Do tego wszystkiego dodajmy jako obecność (powiedzmy) autora, który również w rzeczonym hotelu przebywa i daje upust swojej fantazji,wyobrażając sobie opisaną w "Powolności" historię. Powieść zaczyna więc apetycznie pachnieć nie tylko autotematyzmem, ale również czynnik oniryczny daje się łatwo zlokalizować.

Dodam jeszcze jedno - dawno nie czytałem tak dobre opisanego spleenu po nieprzespanej upojnej nocy. Obojętnie, czy wyczerpuje nas pijaństwo, noc z kochanką, czy dławiąca bezsenność (co gorsze? nie wiem), rankiem i tak dochodzimy do siebie w oparach mgły, w ciszy, wilgotni od rosy. Podnosimy się i ruszamy powoli dalej...

środa, 20 grudnia 2017

Beznadzieja nadziei, czyli "Stacja tranzytowa" Simaka

Jeżeli można posługiwać się taką kategorią jak "fantastyka humanistyczna", to "Stacja tranzytowa" Simaka będzie się w 100% wpasowywać w podobne kryterium. W tej wydanej w 1963 roku klasycznej już powieści "czuć powiew wielkich problemów", które science fiction starała się nazywać i rozwiązywać przy pomocy dostępnych sobie narzędzi, rekwizytów i chwytów fabularnych. Pomimo tego, że mam słabość do tego typu w końcowym rozrachunku pocieszających historii, coraz trudniej przychodzi mi tolerować podobne wizje, które łączą w sobie achetypiczny dla gatunku obraz Ziemi jako peryferii Wszechświata oraz samego Wszechświata, który uparł się widzieć w naszej zapyziałej planecie jakiegoś istotnego gracza na skalę kosmiczną.

Okładka, przyznaję, dobra.

Gdyby ktoś się pogubił na tym etapie moich rozważań, już tłumaczę. Bohaterem powieści jest niejaki Enoch Wallace, który nie starzeje się od czasów wojny secesyjnej. Żyje w małym domku gdzieś tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, nikomu nie wchodzi w paradę, nie rzuca się w oczy. Jego pozornie bezbarwna egzystencja zwraca na siebie uwagę odpowiednich służb, które zauważyły, że nasz bohater regularnie (korespondencyjnie) sprzedaje szlachetne kamienie i od dekad prenumeruje ważniejsze periodyki. Aha, jeszcze jedno - w jego chałupie znajduje się stacja tranzytowa, w której zatrzymują się w swojej podróży przez międzygwiezdne otchłanie mieszkańcy innych planet. Taki tam drobny szczegół, nic nadzwyczajnego przecież...

Dlaczego Wielkie Siły wybrały sobie akurat Enocha, by był jedynym Ziemianinem wtajemniczonym w kosmiczne podróże? Dlaczego akurat jego dopuszczono do wiedzy przekraczającej możliwości poznawcze człowieka? Simak tłumaczy to wyjątkowymi walorami charakteru postaci. Wallace jest wybitnie moralny, tak bym to napisał w skrócie i w sumie pisząc te słowa już w nie nie wierzę. Nie dlatego, że jestem cynikiem, ale dlatego, że to zbyt proste, zbyt łatwe. To wytrych. A jedyną dopuszczalną okolicznością, która usprawiedliwia tego typu rozwiązania, jest paraboliczność opowieści. "Stacja tranzytowa" przypowieścią jednak nie jest, ergo w głównego bohatera nie wierzę i koniec.

Do pewnego momentu powieść czyta się bardzo przyjemnie.Opisy istot odwiedzających tytułową stację są niebanalne i przyjemnie łaskoczą wyobraźnię. Próby, jakie podejmują sąsiedzi Enocha, by włamać się do jego domostwa, również należą do najlepszych w całej książce. Czuć nerw, napięcie. Trzymamy kciuki za bohatera, który zmuszony jest do konfrontacji z agentami bezpieczeństwa oraz z głupimi i złośliwymi sąsiadami. Tak, to było satysfakcjonujące. Nawet bardzo.

Jednak Simak w pewnym momencie zabiera wycieczkę tam, gdzie szybko przestało mi się podobać. Stacja staje się zarzewiem potencjalnego konfliktu pomiędzy włodarzami kosmosu a Ziemią, która (co najlepsze) nie uświadamia sobie powagi sytuacji. W sumie niczego sobie nie uświadamia, ponieważ o stacji wie w sumie tylko Enoch... Powieść staje się pompatyczna, duszno się robi od powinności, obowiązków i odpowiedzialności, jaka spoczywa na naszej planecie z powodu rzekomej przynależności do Wielkiej Kosmicznej Rodziny. 

Nie lubię tak. Nie lubię, gdy skromna opowieść żegluje nagle w stronę potężnych na skalę Wszechświata problemów. Gdybym był takim Simakiem, napisałby historię o peryferyjnym zawiadowcy kosmicznego ruchu, który musi zmagać się z wrednymi sąsiadami (typowymi amerykańskimi red necks) i z wścibskimi służbami, które nie mogą rozgryźć zagadki wiecznej młodości bohatera. Pokazałbym ciężar, jaki od dekad niemal musi nosić ktoś wybrany do roli, która ostatecznie mu obrzydła. 

Autor jednak wpompował w "Stację tranzytową" za dużo nadziei. Całość kończy się dobrze, łagodnie, niemal idyllicznie. Nowe słońce ma szansę wstać nad ludzkością, która być może swoje błędy zrozumie i właściwy użytek zrobi z rozumu, który posłuży człowiekowi nie do projektowania coraz bardziej śmiercionośnych broni, ale ku dobru piąć się będzie. 

Przyznam bez bicia, że klasyk gatunku broni się nie najgorzej, a moje zarzuty do czepianie się kogoś, kto w literaturze woli unhappy endy. Gdybym skupił się bardziej i pogłówkował dłużej, być może ładniej ubrałbym w słowa to, co mnie drażniło. 

Porzućcie jednak nadzieję na to, że będę miał dosyć cierpliwości...

sobota, 11 listopada 2017

Edgar Lee Masters wannabe presents, czyli "Sową" Kwiatkowskiego

Okoliczności czytania:

mając chwilkę wolnego czasu, wchodzę do modnej poznańskiej księgarni. Dużo mają książek, dużo. I rozpiętość gatunkowa ogromna - od opasłych tomiszczy ze zdjęciami skandynawskiej literatury po cieniutkie zbiorki esejów o posthumanizmie. Wszystko i dla każdego. Integralną częścią księgarni jest niewielka kawiarenka, gdzie przy 3-4 stolikach klienci mogą się i kawki napić, i ponapawać się najnowszym zakupem. 

Przy jednym stoliku dziwo. Dwóch brodatych młodych mężczyzn w kraciastych koszulach zapiętych tylko na ostatni guzik (tuż pod szyją), obaj w wełnianych czapkach trzymających się tylko na czubkach głów, okulary w grubych oprawkach, obaj przytuleni do siebie nad ekranem Macbooka. Hipsterzy w stanie czystym w warunkach naturalnych. 

Gdybym był fotografem specjalizującym się w robieniu zdjęć dzikiej natury i osobliwych gatunków, miałbym gotowe ujęcie. 

Czas czytania:

Podchodzę do półki z poezją i wyciągam kilka tomików, by przewertować zawartość.Zatrzymuję się na dłużej na najnowszym zbiorem Grzegorza Kwiatkowskiego pt. "Sową." Lektura całości zabrała mi około 4-5 minut. Książkę odłożyłem i wyszedłem.

Czy wydawnictwo uzna swoją stratę?




Wrażenia:

Cóż, nie spodziewałem się niczego nowego po tym poecie, ale nie spodziewałem się również tego, że Kwiatkowski stanie się tak przewidywalnym i w gruncie rzeczy wtórnym autorem, który wydaje się pisać wciąż i wciąż jeden ponury wiersz.

Nie lubię autorskich obsesji. Z reguły nie służą one pisaniu, mogą nużyć czytelników, zniechęcają przewidywalnością, długofalowe projekty często zamiast frapować najzwyczajniej w świecie irytują. Obracany na wszystkie możliwe sposoby wybrany motyw traci siłę, staje się przezroczysty, nieistotny, staje się szumem, pustym komunikatem. Jest jak szmer deszczu za oknem, mamrotanie morskich fal po trzech godzinach na plaży, marudzenie żony, która wciąż wierci dziurę w brzuchu męża... 

Obsesją Kwiatkowskiego jest Śmierć. Śmierć i Zagłada. Śmierć, Zagłada i Ofiary. Nagrobki, Ocaleni i Zbrodniarze. Wojna. I tak w koło Macieju... Kwiatkowski doprowadził do takiego stężenia powyższych motywów w swojej poezji, że pokusić się można o stworzenie jakieś szyderczej "maszyny", która generowałaby kolejne tomy poety. Co dwa lata wypluwałaby z siebie zbiór wierszy z doskonale rozpoznanymi i rozpoznawalnymi motywami.

Odtwarzanie ostatnich słów ofiar lub ocalonych, szkicowanie losów tych, których nazwiska sczytuje się z popękanych płyt nagrobnych, obrazki z egzekucji, wypadków i obozów koncentracyjnych, korowody trupiobladych postaci... Wszechobecna śmierć - śmiercią podszyte zabawy dziecięce, śmiercią zaczadzone relacje międzyludzkie. Właśnie z tym mielibyśmy do czynienia.

Jeżeli w tej poezji, na przestrzeni następujących po sobie tomów, istnieje jakaś zmiana tempa i tonacji, ja jej nie widzę. Nie dość tego - ja na tyle bezczelny jestem, że wizualizuję sobie, jak będzie wyglądała zawartość kolejnych książek Kwiatkowskiego. A więc kolejno odlicz: "Śmierć. Śmierć i Zagłada. Śmierć, Zagłada i Ofiary. Nagrobki, Ocaleni i Zbrodniarze. Wojna." 

Można, rzecz oczywista, można pisać o śmierci w sposób odświeżający ten motyw. Przypomina się fantastyczna "Gmina" czeskiego poety Miloša Doležala, który utkał słodko-gorzki kobierzec ludzkich losów - portrety komicznych, czasem pompatycznych, czasem żenujących w swojej zwykłości postaci, po których wyciągnęła rękę kostucha. (Sądząc z recenzji "Gminy", ta książka nie ma słabych punktów i potrafi uwieść każdego). 

No ale trzeba być Czechem, albo przynajmniej umieć raz na jakiś czas wystawić stopę spod ciężkiej pierzyny traum wszelakich, własnych i cudzych, by nabrać dystansu nawet do śmierci. Kwiatkowski tego nie potrafi i jako poeta gnije w wyrku (jak to mówiła moja mama), w którym leży od momentu wydania pierwszej książki. 

Ja wiem, że są tacy, dla których taka poezja będzie istotna, chociaż jej istota i tak zasadza się na TEMACIE, a nie na SPOSOBACH jego prowadzenia, rozgrywania, niuansowania. Na pedagogicznym rozdrapywaniu ran, na budzeniu podobno uśpionych sumień. Ta poezja wciąż szarpie za rękaw i mówi: "Ciągle żyją ludzie, którzy znali ludzi, którzy to słyszeli o ludziach, którzy przechodzili akurat obok, gdy inni ludzie opowiadali jakimś ludziom o tym, co panie, Niemcy zrobili...

Nakłoniony do skomentowania jednego ze swoich wierszy Kwiatkowski mówi: "Wydaje mi się, że dla mieszkańca Gdańska zainteresowanie wojną, ludobójstwami, meandrami historii i estetyką to wręcz oczywisty wybór, ponieważ takie są właśnie historie większości mieszkańców tych terenów." 

To ja dla kontrastu napiszę, co napisał urodzony w moim rodzinnym Kaliszu Adam Asnyk:


Trzeba z Żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe (...)


Chociaż i tak nie wydaje mi się, by gdański poeta wziął sobie te słowa do serca...

Ocena ogólna: Gdybym kupił tę książkę, po jej przeczytaniu żądałbym zwrotu pieniędzy.

Zastrzeżenie: Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uważam, że wiedza o ostatniej wojnie światowej, o zbrodniach, katach i ofiarach, jest NIEZBĘDNA, ale wolę, gdy przypominają o tym dokumenty, historycy lub świadkowie wydarzeń, a nie męczybuły liryczne. 

środa, 8 listopada 2017

Przeornamentowana galopada, czyli "Światy solarne" Maszczyszyna

Gdy po przeczytaniu Światów solarnych zacząłem szukać materiałów na temat autora, Jana Maszczyszyna, natrafiłem na obszerny wywiad, który w pewien sposób pomógł mi ukierunkować chaotyczne myśli, jakie krążyły mi po głowie w trakcie lektury. Pisarz przyznaje, że znalezienie się na emigracji (daleka Australia) otworzyło mu oczy na oszałamiającą liczbę tekstów fantastycznych, po które mógł w każdej chwili sięgnąć. Świadomość tej mnogości podcięła mu skrzydła, gdyż zwątpił w sens wszelkich pisarskich prób, ponieważ te prędzej czy później mogły stać się nieświadomym plagiatem wcześniej istniejących książek. Frustracja spowodowała, że Maszczyszyn „stracił głos” – zajął się wyłącznie czytaniem tekstów naukowych dotyczących kosmologii i paleontologii, chociaż miał za sobą udane próby na polu fantastyki. Tak mniej więcej można streścić interesujący mnie wątek wywiadu.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ miałem wrażenie, że Światy solarne pisane były pod (być może podświadomą) presją, by stworzyć dzieło inne, odmienne, egzotyczne, a przynajmniej wyróżniające się na tle wszystkiego, z czym autor lub jego czytelnicy mogli się zetknąć. Rzecz jasna każdy pisarz uważa oryginalność za jedną z głównych cnót, jakie chciałby przypisać własnej twórczości, ale w przypadku powieści Maszczyszyna wydawało mi się, że to ona właśnie dyktuje kolejne akapity i rozdziały. Z jednej więc strony Światy solarne czyta się znakomicie, gdyż rzadko spotkać się można z tak niezwykle plastyczną i naszpikowaną detalami prozą, a z drugiej czytelnik ani przez chwilę nie odpoczywa od natłoku wydarzeń i szczegółów, które mogą zlać się w świadomości w pozbawioną konkretnych kształtów całość.



Powieść, którą opatrzono słowami „steampunk po polsku”, w pełni na to miano zasługuje, a jej ojcowie chrzestni (na przykład Verne lub Welles) wyraźnie odciskają piętno na dziele Maszczyszyna. Jednak czytelnik nie powinien mieć wrażenia wtórności. Pisarz robi naprawdę dużo, by steampunk w jego wydaniu był okazją do stworzenia wielowymiarowej bogatej rzeczywistości, której wykreowanie wymagało sporych umiejętności warsztatowych oraz galopującej wyobraźni zasilanej znajomością tradycji literackich. Stąd też doskonale radzi sobie ze stylizowaniem na XIX-wieczną soczystą, nasyconą szczegółami prozę, zaś bohaterowie brzmią jak autentyczni przedstawiciele belle époque.

Światy solarne to opowieść dziejąca się w skolonizowanym przez ludzi Układzie Słonecznym. Planety unoszą się w eterze (koncepcja eteru wypełniającego świat popularna była jeszcze pod koniec XIX wieku), pomiędzy nimi krążą „pociski pasażerskie”, technika, zgodnie z poetyką gatunku, bazuje na kołach zębatych, parze, zgrzytających mechanizmach. Oszałamiające bogactwo detali, które Maszczyszyn rozmieszcza na płótnie powieści, potrafi wywołać zawrót głowy – każda niemal dziedzina rzeczywistości, każda planeta, kontynent, miasto, domostwo staje się okazją, by odmalować z niemal surrealistyczną wrażliwością pełną ornamentów wizję. Może to fascynować i uwodzić czytelnika pod warunkiem, że stać go będzie na powolną, skupioną lekturę. Gdy jednak narzuci on sobie szybsze tempo czytania, owe szczegóły szybko znikną z pola widzenia.

Osią fabularną wydaje się być walka z wrogimi ludziom istotami nazywanymi „Klocami”, chociaż mnogość przygód, jakie spotykają bohaterów, sprawia, że wojna staje się tylko jednym z elementów powieści. Równie intrygująco wygląda próba odtworzenia XIX-wiecznej imperialnej mentalności ludzi pochodzących z wyższych sfer. Główny bohater, potentat prasowy sir Ashley B. Brownhole, to elegancki, wyrafinowany mężczyzna, którego stan świadomości, poglądy, maniery w pełni odpowiadają temu, co możemy wyobrażać sobie na temat wiktoriańskich dżentelmenów. Nawet osławiony purytanizm tamtych czasów znalazł w powieści swoje fantastyczne odbicie – bohater jest zbyt wysublimowany, by szukać rozkoszy w zwierzęcym seksie i zamiast typowych dla homo sapiens narządów posiada organy umożliwiające zapładnianie poprzez… zapylanie. Być może brzmi to komicznie, a jednak w pełni znajduje uzasadnienie w logice powieści.

Maszczyszyn zręcznie posługuje się kanonicznymi dla gatunku rekwizytami i rozwiązaniami fabularnymi, a jednak na każdej stronie odciska bardzo wyraźne piętno autorskie. Nie jestem jednak pewien, czy znaki szczególne tej prozy nie są jej najsilniejszą stroną. Teoretycznie powieść powinna mi się bardzo podobać, a mimo to czytając ją, nie mogłem czuć pełnej satysfakcji.

Światy solarne są jak wyrafinowane danie przyprawione pełnymi garściami egzotycznych przypraw. Obcowanie z tym tekstem do pewnego momentu może być fascynującą przygodą czytelniczą, gdyż ma coś, co miłośnicy fantastyki bardzo lubią – Maszczyszyn potrafi popisać się przyzwoitym światotwórstwem oferującym spójną i wysmakowaną rzeczywistość. Z drugiej zaś strony powieść może po pewnym czasie „zmęczyć wzrok” barokową niemal, ekstrawagancką wybujałością, która początkowo fascynuje, potem zaś może męczyć i nużyć.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty.

wtorek, 7 listopada 2017

Niech na całym świecie wojna, czyli "Cienka szyba" Szewca

Tak sobie jeżdżąc po Polsce (najczęściej na linii mój dom-dom moich rodziców, całe 98 kilometrów), lubię patrzeć na mijane domy. Domy wiejskie, małe domki na przedmieściach. Domy niskie, krzywe, oddzielone płotem, zapuszczonym ogródkiem od szeleszczących ulic. Domki stare, szare, popękane, odprowadzające mnie wzrokiem spranych firanek. Takie Herbertowe "Domy przedmieścia", o których zawsze myślę z czułością, bo sam w podobnym się wychowywałem. O których myślę z czułością, bo wzruszają mnie te skromne żywoty na peryferiach świata, na jego obrzeżach, skrawkach.

Mijam te domki moim obtłuczonym fordem i zastanawiam się, jak żyją ci ludzie. Co ich martwi? Czego chcą? Czy mają czym zapłacić za prąd i ogrzewanie? Co robią teraz, właśnie teraz, gdy przejeżdżam obok?


Piotr Szewc, autor "Cienkiej szyby", chyba czytał mi w myślach, pisząc zamknięte w tym tomiku wiersze. Tom bardzo wzruszający, szczery, chwytający za serce, po prostu uczciwy i jakby programowo pozbawiony lirycznych fajerwerków. Tom, który nie wyznaczy nowej drogi w rozwoju polskiej poezji, ale w zalewie wierszy aczytelnych, testujących cierpliwość czytelnika i papieru, na który są drukowane, "Cienka szyba" jest jak łyk zimnej czystej wody zaczerpniętej prosto ze studni.

Poeta od pierwszego tekstu systematycznie buduje przestrzeń i odtwarza czas, a tak naprawdę bezczas prowincji - świata, który albo powoli odchodzi w przeszłość, albo już całkowicie zniknął pożarty przez łakomą teraźniejszość. Świat wiader odbijających się o cembrowiny studni, młotków klepiących ostrza kos, ryczących krów i szczekających psów.

Szewc koncentruje się na tym, co widzialne i kontynuuje tym samym najszlachetniejsze tradycje polskiej poezji - widzi i opisuje, a tak naprawdę wspomina i opisuje. Za sprawa tych wierszy mamy wgląd w rzeczywistość, do której z racji naszego głupiego ucywilizowania dostęp już utraciliśmy. Zaglądamy do skromnych chatynek, przyglądamy się starym ludziom, którzy z mistrzowskim buddyjskim niemal skupieniem pogrążeni są w codziennej krzątaninie.

Zawsze zastanawiało mnie, o czym myślą ci starzy ludzie, którzy potrafią godzinami siedzieć przed domem i patrzeć w przestrzeń. Co przetacza się przez ich wnętrza? O kim myślą? Co rozpamiętują? Te babcie w fartuchach, które wygładziwszy fałdy spódnicy, sadowią się za pustym stołem i wypatrują przez okno sąsiadek? Ci starzy mężczyźni w za dużych już spodniach, którzy w milczeniu zatrzymują się na środku pola i obejmują wzrokiem ojcowiznę? Podejrzewam, że wiedzą więcej o życiu, niż wszyscy ci, którym wielki świat zrzuca na głowy tony zbędnych informacji, zalewa potopem obrazów, dławi lawiną dźwięków. Są spokojniejsi i bardziej pogodzeni z tym, co nieuchronne.

Bohaterowie wierszy Szewca pomimo tego, że powoli zamazują się w pamięci poety, coraz częściej odprowadzają na cmentarz rodzinę i sąsiadów, w końcu sami wyprowadzają się na tamten świat (gdzie być może panują podobne "warunki mieszkaniowe" jak tutaj, na tym łez padole), nie pozwalają sobie na najdrobniejszy nawet gest rozpaczy. Jest jak jest... I tyle. Kolej rzeczy.

Samemu poecie (przyjmujmy dla świętego spokoju, że Szewc i osoba mówiąca w tym tomie to jedna i ta sama osoba) kilka razy udaje się przecisną się przez szczeliny aseptycznej i wyjałowionej teraźniejszości. Jadąc tramwajem, wpatrując się w rozmigotane zimne światła i płaszczyzny wielkoformatowych reklam, odrywa się nagle od samego siebie i szybuje dzięki zachowanym wspomnieniom. To jedyne wyjście ewakuacyjne, to ostatnia szalupa, na której można uratować z wiecznie tonącego okrętu teraźniejszości samego siebie

(Przypomina mi się Mickiewiczowskie:

Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada, 
W oczy zagląda wam i głośno gada, 
Dusza w ten czas daleka, ach daleka! 
Błąka się i narzeka, ach narzeka! 

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojéj, 
I liczne mam serca mego rodzeństwo: 
Piękniejszy kraj, niż ten, co w oczach stoi, 
Rodzina milsza, niż całe pokrewieństwo…
i wiem, że słusznie mi się przypomina. )

Nie mam jakiejś wielkiej ochoty, by napinać się na mądre i przenikliwe interpretacje - ani całości, ani tym bardziej części. To po prostu bardzo dobry tom. Swojski, mój...

środa, 18 października 2017

Było sobie (nie) raz miasteczko, czyli "Jedna księżycowa noc" Pricharda

Ileż to razy ja już się z tym spotkałem? Małe odcięte od Wielkiego Świata prowincjonalne miasteczko, płynący swoim rytmem czas, galeria ekscentrycznych bohaterów tworzących koloryt lokalny, przestrzeń widziana oczyma dziecka, które powoli odkrywa sekrety świata dorosłych. Obowiązkowy nastrój nostalgii, przeczucie końca świata, o którego ostatnich chwilach właśnie czytamy, erozja bezpiecznej i oswojonej rzeczywistości. Natychmiast przypominają się nostalgiczne książki Hrabala, „Amarcord” w reżyserii Felliniego, oniryczne opowiadania Brunona Schulza...
Czym więc na tym doskonale rozpoznawalnym tle wyróżnia się „Jedna księżycowa noc” Caradoga Pricharda? Wszystkim i niczym – tak odpowiem i już spieszę wytłumaczyć sens tych słów. Prichard jest klasykiem mało znanej, egzotycznej (przynajmniej dla większości polskich czytelników) literatury walijskiej. Literatura ta zaś za sprawą wymienionego wyżej tytułu wzbogaciła się o znakomitą książkę, którą chętnie tłumaczono, a dzięki nietuzinkowej formie porównywano jej znaczenie dla języka walijskiego do znaczenia, jakie miał „Ulisses” Joyce’a dla kręgu literatury anglojęzycznej.

Na czym więc zasadza się skromny fenomen tej powieści? Autor przenosi nas niemal sto lat wstecz do nienazwanego w książce walijskiego miasteczka, które poznajemy za sprawą pierwszoosobowego narratora – małego chłopca, który w towarzystwie dwóch kolegów oprowadza czytelników po zakamarkach rodzinnej miejscowości. Razem z nimi podglądamy życie sąsiadów, bierzemy udział w troskach życia codziennego, opłakujemy zabitych w okopach I wojny światowej, której długi cień sięga nawet tak odległych zakątków Wysp Brytyjskich. Wydarzenia podniosłe i cementujące wspólnotę mieszkańców sąsiadują z groteskowymi, niemal komicznymi epizodami. Żarliwa religijność nie kłóci się z potrzebą wychylenia kilku głębszych w pobliskiej gospodzie, biedna nie amputuje marzeń o możliwości odmiany ciężkiego losu… Harmonii, o której czytamy, nie jest w stanie zakłócić nawet śmierć, a tej w powieści Pricharda nie brakuje. Przychodzi po starych i młodych, po żołnierzy i robotników, bliskich i dalekich, ale niemal za każdym razem prędzej czy później oswajana jest ona jako nieodłączny element samego życia, cząstka bożego planu.
„Jedna księżycowa noc” nie oferuje tradycyjnie rozumianej fabuły. Powieść przypomina bardziej kolaż wspomnień i skojarzeń, snów i wizji, których mechanizm nie musi być tłumaczony prostymi zasadami narracji, w myśl której przyczyna zawsze wyprzedza skutek. Możemy na palcach jednej ręki wymienić te wydarzenia, które stanowią punkty orientacyjne fabuły, ale wokół nich płynna materia opowieści układa się w sposób mniej lub bardziej kapryśny, co oczywiście zarzutem żadnym nie jest. Tak pracuje pamięć i wiedzą o tym wszyscy ci, którzy pokusili się kiedykolwiek o próbę opowiedzenia o własnej odległej przeszłości. A Prichard (co wiemy po lekturze wstępu do powieści) chętnie sięgał do własnych wspomnień, by odtworzyć świat, którego już nie ma, a w którym zdaje się zostawił kilka nierozwiązanych spraw.
Jednego jestem pewien – książka ta pomimo niepokojącej, sennej, momentami bardzo dalekiej od realizmu atmosfery, odsłania przed czytelnikami twarde realia życia. Uczy szacunku dla pracy i pomaga zrozumieć, jak niewiele człowiekowi trzeba, by mógł nazwać siebie szczęśliwym. (Podpowiem – zdrowi najbliżsi i zastawiony stół.)
Powieść ta przekonała mnie o jeszcze jednym – czytając książki wypełnione elementami, które wyliczyłem w pierwszym akapicie, można odnieść wrażenie, że istnieje pewna wspólnota losów bohaterów tego typu tekstów, a przynajmniej podobieństwo sposobów istnienia tychże postaci w rzeczywistości dzieł literackich. „Jedna księżycowa noc” doskonale wpisuje się w szereg podobnych do siebie opowieści o porzucaniu dzieciństwa, o pierwszych ciosach zadawanych przez życie, o wygnaniu z rajskiego ogrodu wprost w objęcia jałowej ziemi dorosłości. Ten konstytutywny deficyt oryginalności w żaden sposób nie rzutuje na jakość powieści Pricharda. Odwrotnie, autor potwierdził w fantastyczny sposób to, co człowiek z czasem sobie uświadamia – wszyscy kiedyś przeżyliśmy to samo, ale wciąż i wciąż można (a nawet należy) o tym opowiadać.

sobota, 14 października 2017

Obecni i nieobecni, czyli "Stopień pokrewieństwa" Jarosza

Ja już tak mam - lubię widzieć w wierszu (a finalnie w całym tomie wierszy) ślady obecności autora. Lubię wyobrażać sobie, że mówi do mnie ta a nie inna osoba, a nie anonimowy, blady, abstrakcyjny, wirtualny podmiot liryczny, który często gubiony jest w labiryncie postawangardowej poezji. Ja wiem, że to nieprofesjonalne, że nie wolno, że trzeba bardziej profesjonalnie i "chłodno." Ja wiem, ale wolę nie. 

Wiersze Łukasza Jarosza doskonale nadają się do tego, by widzieć w ich skromnych przestrzeniach właśnie konkretnego człowieka. Jeżeli nawet nie ochrzcimy go imieniem samego poety, to i tak będziemy mieć wgląd w życie kogoś, kto konsekwentnie realizując poetykę wyznania, otwiera się przed czytelnikiem i pozwala mu śledzić swoje kolejne przemiany. Wczytując się w następujące po sobie tomy Jarosza, wgryzając się w ten twardy poetycki świat, w owoce składające się z samych pestek, możemy bez większego trudu nie tylko stworzyć "portret pamięciowy" bohatera tych wierszy, ale również zrekonstruować fluktuacje, jakie pojawiają się w życiu każdego z nas.

Poezja ta jest moim zdaniem jednak mądrzejsza od zwykłego życiopisania, któremu patronują nieżyjący Stachura i jak najbardziej żyjący Jacek Podsiadło. Kilka ostatnich tomów Jarosza to książki, nad którymi dyskretne patronaty sprawują a to Historia ("Pełna krew"), a to Śmierć ("Kardonia i Faber"), a to (nieobecny) Bóg w ostatnim tomie pt. "Stopnień pokrewieństwa", jednak te wielkie motywy nie są w stanie w pełni przesłonić tego, co najbardziej charakterystyczne dla tej poezji: konkretu, ożywczego detalu, drobnego gestu dostrzeżonego kątem oka, majaczącego strzępu wspomnienia, jednego kadru wywołanego z rozedrganego filmu o życiu. Tak więc książki te płyną dwoma korytami jednocześnie - szukając doświadczeń wspólnych, ukazują je z perspektywy bardzo pojedynczego losu.

W "Stopniu pokrewieństwa" odkryjemy wszystko, co do tej pory świadczyło o klasie tej poezji. Te wiersze nie mogłyby istnieć bez rzeczywistości odbieranej każdym zmysłem. Ja wiem, że idea "widzę i opisuję" mogłaby się wydawać anachroniczna i wtórna, ale Jarosz jest do bólu konsekwentny, jego głos szybko stał się rozpoznawalny, ustawiono go w taki sposób, że trudno pomylić poetę z innym zawodnikiem tej samej wagi. Wypracowana lata temu metoda twórcza, autorskie piętno odciskane na każdym pojedynczym tekście - z tym Jarosz nigdy de facto się nie rozstał. I bardzo dobrze, gdyż od tego typu twórców chyba nie oczekuje się rewolucji, ale raczej konsekwencji w podążaniu artystyczną ścieżką.





Najnowszy tom Jarosza mocno mnie przygnębił. Źle się dzieje w państwie duńskim, myślę sobie, zamykając książkę, którą wbrew swoim przyzwyczajeniom przeczytałem od pierwszego do ostatniego wiersza, w kolejności zaproponowanej przez autora. Źle się dzieje, myślę sobie i zbieram porozrzucane na przestrzeni tekstu tropy, które wskazują na jedno - jak refren powraca słowo "Bóg", wielki nieobecny.


Jego przeczucie pozwalało Jaroszowi dostrzegać w świecie ład. Tak to widziałem, gdy poeta wyrażał jeżeli nie zachwyt, to przynajmniej zgodę na rzeczywistość. Wielkie TAK, neon zapalony przez Stwórcę, zaczął migać, zwiastując nadchodzącą awarię. Teoretycznie wszystko jest po staremu; krótkie migawkowe ujęcia, śmiałe jukstapozycje, odważne (chociaż oszczędnie dawkowane) metafory dopełniaczowe. Stary dobry rozpoznawalny świat, w którym czytelnik może poczuć się proszonym gościem. A jednak jakiś mrok, nawet czerń, przyzwoicie zamaskowana rozpacz, rozgoryczenie, zmęczenie, apatia wypełzają spomiędzy linijek. Być może jest to efekt nurzania się  w lotnych piaskach smugi cienia (wybaczcie młodopolską stylizację), celebrowania kolejnego przesilenia w życiu, dopalania się poprzedniego wcielenia. 


A może w tym tomie chodzi o coś większego niż poezja? Być może chodzi o samo życie z jego nieprzewidywalnością, z tajemnicą naszych upadków i strat, życie kastrujące siły, pewność siebie, wiarę w innych i w ogóle we wszystko... Ten ciemny żar wtargnął z całą mocą do poezji Jarosza; on sam od zawsze pozwalał, by życie wsączało się w wiersze, więc dlaczego nie potraktować ich jako wiarygodnych świadectw bardzo ponurych procesów. Jasne, można "Stopień pokrewieństwa" traktować jako kronikę rozpadającego się świata, którego nie spaja już dłużej obecność Wyższej Instancji, ale można też podejrzewać, że coś intymnego, coś bardzo "bliskiego skóry" wydatnie wpłynęło na pęknięcie, które przeorało rzeczywistość. Innymi słowy, nie wiem, czy nieobecność Boga wpłynęła na rozpadające się życie, czy też może stało się odwrotnie...


Nie wiem też, na ile istotne są puste miejsca, które kiedyś (w poprzednich tomach) były zamieszkane. Nieobecni, którzy kiedyś istnieli. Obecni i ich delikatne istnienie, w którym Jarosz upatruje jedynych punktów zaczepienia... Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć, poniewaź czuję, że dotykam spraw zbyt osobistych, prywatnych, o których częściej milczeć niż mówić wypada poezji.


Nie wiem, czy da się o takim rodzaju poezji mówić, posiłkując się arsenałem narzędzi krytycznoliterackich. Można ją rozbroić, rozpracować, rozłożyć na czynniki pierwsze, ale chyba nie zasługuje ona na takie właśnie potraktowanie. Czy dotrzemy do jakiejkolwiek prawdy, gdy zamkniemy wiersze Jarosza w sieci powiązań, nawiązań, kontekstów, filozofii?




Czy interpretowaliście kiedyś spowiedź?


sobota, 23 września 2017

Jak powieść w smole, czyli "Zatopiony świat" Ballarda

Miałem kiedyś ambitny plan - poznać sporą część klasyki gatunku, skonfrontować się z uznanymi tekstami i opisać te moje wrażenia. Tu pochwalić, tam zganić. Niczego nie kupować w ciemno. Zrewidować, jeżeli trzeba, bo czasem czas mocno nadwątlił materię arcydzieł. Miałem taki plan, a z planami to ja mam tak, jak kierownicy na prl-owskiej budowie. Może się uda zrealizować, a może nie. Nie ma mocy przerobowych, nie ma warunków, obiektywne przeszkody, pijany brygadzista i rozkradzione narzędzia...

Chwyciłem więc "Zatopiony świat" Ballarda. Książka wydana w roku 1962 była debiutem tego uznanego pisarza, któremu największą sławę przyniosła wcale niefantastyczna powieść "Imperium słońca" zekranizowana przez Spielberga. 

Cóż, łatwo przewidzieć "okoliczności przyrody" tej krótkiej powieści - świat pochłonęły odmęty oceanów, globalne ocieplenie wypchnęło człowieka w kierunku biegunów, nieliczne laguny utworzone przez dachy zatopionych metropolii roją się od aligatorów i innych gadów, które szybciej od człowieka przystosowały się do tropikalnych warunków.

Główny bohater powieści zamieszkuje jedną z takich lagun i wiedzie leniwy żywot w sąsiedztwie kilku innych nieszczęśników. Czas płynie tak wolno, jak to tylko możliwe. Wolniej niż smoła kapiąca z dachów w skwarny dzień. Nie dzieje się nic, co mogłoby zakłócić wieczną wymuszoną sjestę. Odstraszyć kajmany, odwiedzić ponętną sąsiadkę (jest tak  gorąco, że nawet nie chce się myśleć o jej kobiecych walorach...), wrócić, by sprawdzić klimatyzację, bez której człowiek rozpuściłby się jak śnieżka w piekle. 



Tak, to się Ballardowi udało - kapitalnie oddał surrealistyczną nudę pokonanej przez naturę cywilizacji. Te liany pnące się po ścianach pokojów, te węże wylegujące się na kanapach, te zatopione biblioteki, sale wykładowe, sklepy. Nawet grubo przeterminowany magazyn modowy (bodajże VOGUE), który jest jednym z nielicznych świadectw świetności starego świata, kapitalnie wkomponowuje się w ów osobliwy sen, o którym czytamy. Tak, lubię tego typu "nic-nie-dzianie-się"...

Niestety, szybko Ballard osunął się w kierunku dziwnych, męczących i karkołomnych rozpsychologizowanych wizji - postacie zaczynają śnić o czasach sprzed pojawienia się człowieka, o przedpotopowych dżunglach, o głębinach,w których na powrót ma zanurzyć się Ziemia... Podświadomość dosłownie pochłania bohaterów. Sny te paraliżują, spychają w bezruch, marazm, który finalnie zakończyć może się tylko śmiercią. I w tym momencie na horyzoncie pojawia się jedyny w miarę aktywny bohater powieści, tropiciel zatopionych skarbów, bezwzględny przywódca zgrai murzyńskich marynarzy. Za jego sprawą akcja wyraźnie przyspieszyła...

Gdy na zagranicznych portalach czytelniczych szukałem informacji o tej powieści, kilku czytelników podkreślało, że "Zatopiony świat" jest rasistowski. Przypominałem sobie te opinie, gdy książka zaczynała mnie nudzić lub denerwować. Gdzie ten rasizm? Czy w postaci wygalantowanego szabrownika, który przy pomocy mikroskopijnej armii Murzynów wyławia kolejne dzieła sztuki? Głupi i zaczadzony poprawnością polityczną czytelnik tak to może właśnie widzieć. Mądrzejszy odbiorca będzie widział karykaturę Kurtza z "Jądra ciemności", który wygrzebał się ze swojego Konga i ruszył w świat, by innych zarazić swoim szaleństwem. Tak, to chyba można tak odczytać. 

Całość powieści zmęczyła mnie okrutnie. Nawet wtedy, gdy leje się krew, padają strzały, giną ludzie, książka męczy i nudzi. Nie wiem, czy było to celowym zabiegiem Ballarda, by zanurzyć powieść w zawiesistej gęstej melasie. Jeśli tak, wszystko się zgadza i autorowi należą się brawa za bardzo udaną próbę ilustracji mechanizmów snu, w którym im szybciej się biegnie, tym wolniej się biegnie.

A jeśli jest inaczej? No cóż, bywa...

poniedziałek, 18 września 2017

Sny, których lepiej nie tłumaczyć, czyli "Niepełnia" Kańtoch

Nie miałem żadnych oczekiwań w stosunku do najnowszej powieści Anny Kańtoch zatytułowanej Niepełnia. Przesunąłem na drugi, a nawet trzeci plan pamięci wszystko to, co do tej pory wiedziałem na temat autorki „Przedksiężycowych.” Wyparowała ze mnie wszelka wiedza na temat przyznanych jej nagród i wyróżnień. Od samego początku założyłem, że Niepełnię czytać będę w oderwaniu od twórczyni, której silna pozycja wśród polskich autorów literatury fantastycznej (i kryminalnej) wydaje się niepodważalna. Nie wiem, czy przyjąłem właściwą strategię, ale nie chciałem czuć na sobie wzroku poważnej pisarki, za którą stoi autorytet kilkunastu nagród i tysięcy zadowolonych czytelników.

Zacznijmy jednak od początku, chociaż piszący te słowa nie będzie ryzykował streszczania fabuły. Jest to zadanie wybitnie trudne ze względu na sposób prowadzenia intrygi, metodę prezentowania kolejnych bohaterów, zmienne punkty widzenia i przesunięcia czasowe, które dezorientują odbiorcę. Podobny problem napotkałby kinoman, którego ktoś poprosiłby o streszczenie jednego z bardzo charakterystycznych filmów Davida Lyncha. Tak więc lektura Niepełni przypomina obserwowanie sztafety biegaczy. Różnica polega jednak na tym, że kolejne rozdziały podają sobie pałeczkę fabuły w dość osobliwy sposób. Zawodnik, któremu kibicujemy, zaczyna biec w przeciwną stronę niż wszyscy inni, zatrzymuje się, w ogóle opuszcza bieżnię lub pałeczka trafia do nie tego biegacza, do którego powinna. Gdzieś tam majaczy meta, gdzie usiłują dotrzeć sportowcy, ale z czasem okazuje się, że finisz wcale nie jest punktem, w którym cokolwiek definitywnie się kończy. Ta lekkoatletyczna metafora chyba dobrze ilustruje osobliwość tej książki, której wyjątkowość zasadza się na wyrafinowanej, barokowej niemal formie dźwigającej w sumie konwencjonalną opowieść grozy.



Wszelkie próby okiełznania treści Niepełni przy pomocy kilku mniej lub bardziej złożonych zdań nie będą w stanie oddać jakiejkolwiek sprawiedliwości tego typu dziełom. Niecierpliwym podpowiem tylko, że w Niepełni znajdą oni wszystko, co może zaintrygować i przestraszyć odbiorcę. Mamy zbrodnię, mamy zniknięcie, zjawiska nadprzyrodzone i handel żywym towarem, nawiedzony dom, odrobinę perwersji i nerwowe próby bohaterów, by połączyć w jedną całość furkoczące na wietrze nitki prującej się tkaniny tajemnicy. Tak, czytelnicy to lubią.

Kańtoch potrafi oczarować. Doskonale panuje nad językiem – jest on oszczędny, precyzyjny, lustro powieści świetnie odbija życie zewnętrze i wewnętrzne bohaterów. Żadne zdanie nie wydaje się zbędne, a zmetaforyzowanie języka dynamizuje przekaz i jednocześnie przenosi go w rejony nieco „wyższe” niż stary dobry podawczy realizm. Kolejne elementy tajemniczej układanki pojawiają się regularnie, ale jak to bywa w tego typu mrocznych opowieściach, następna informacja zostawia nas z nową porcją pytań. Mnożące się tajemnice, których epicentrum stanowi niepokojący biały dom, sięgają przeszłości i wyciągają swoje macki w przyszłość.

Przedziwna klątwa dotyka wszystkich, którzy kiedykolwiek mieli coś wspólnego z (nie)zamieszkałą posiadłością, a ratunku nie można się znikąd spodziewać, gdyż zgotowane im przeznaczenie prędzej czy później upomni się o kolejne ofiary. Niepełnia doskonale sprawdza się jako opowieść o ciężarze przeszłości (winy), której rozgrzeszyć nie było komu. Konwencja grozy zrealizowana jest w sposób bardziej niż wzorcowy – mamy prawo się bać, wypatrywać czających się nieszczęść, których wizje paraliżują bohaterów (najczęściej zdumiewająco banalnych i „zwykłych”), hipnotyzują ich i prowadzą do finalnego upadku.

Dodajmy, że forma wybrana przez pisarkę, również potrafi zaintrygować. Poszczególne rozdziały przenoszą uwagę czytających na kolejnych bohaterów, którzy zrazu obcy sobie, pod koniec książki związani są niezwykle silnymi więzami. To jeszcze nic! Kańtoch nakazuje przyglądać się tym samym wydarzeniom z nieustannie zmieniającej się perspektywy, co raz dezorientuje czytelnika, innym razem zmusza go do sięgnięcia do wcześniejszych partii książki, by sprawdzić, czy naprawdę zapamiętał wszystko tak, jak zostało to przedstawione później. Oniryczna atmosfera gęstnieje ze strony na stronę, nikt (ani bohaterowie, ani czytelnicy) nie może być niczego pewny, gdyż zakłócone zostają związki przyczynowo-skutkowe.

Jakby tego było mało, autorka sięga do postmodernistycznych zabiegów i obdarza Niepełnię samoświadomością, a odkrywamy to w chwili, gdy okazuje się, że poszczególne partie książki pisane są przez… Urwę w tym miejscu, by nie zostać oskarżonym o zdradzanie zbyt wielu tajemnic książki. Dodam tylko, że owa samoświadomość odsyła do wszelkich dywagacji na temat kreacyjnej siły literatury zdolnej wskrzeszać lub powoływać do istnienia.

Powieść ta może uwodzić, ale właśnie jako wyrafinowana konstrukcja przeznaczona do dezorientowania i straszenia czytelników. Największą krzywdą, jaką można wyrządzić Niepełni, jest traktowanie jej jako głosu w jakiejś dyskusji o cielesności, hermafrodytyzmie, płciowości. Czwarta strona okładki sugeruje, że w ten właśnie sposób winna być odczytywana. Ja jednak nie miałem ochoty iść taką ścieżką interpretacyjną. Obojnactwo jednego z bohaterów powieści to tylko kolejna anomalia w świecie Niepełni i traktować ją można (a nawet należy) tak samo jak przeklęte domy, tajemnicze zgony, zniknięcia. A ponadto ów hermafrodytyzm wykorzystany został jako ważny element fabularny, który spaja poszczególne elementy książki. Autorka nie podejmuje żadnego dyskursu, nie zabiera głosu, nie solidaryzuje się z nikim, nie gani niczego. Po prostu pozwala rozlać się w stworzonym przez siebie świecie niezwykłościom, które (ku utrapieniu odbiorców) nie znajdują logicznego ani zgodnego z jakimikolwiek regułami wyraźnego wytłumaczenia. Kańtoch ma przecież prawo anulować pretensje racjonalnego czytelnika, chcącego by w ostatnim rozdziale opowieści wszystko mu się ułożyło, a nic mu się nie układa. Cóż, być może są takie sny, których lepiej nie tłumaczyć…

Powyższe zastrzeżenie nie jest w stanie odebrać przyjemności obcowania z tą bardzo udaną powieścią grozy, której lektura przypominać może zabawę kalejdoskopem. Każdy ruch patrzącego pozwala podświetlonym elementom ułożyć się pod innym kątem, możemy czerpać z tego czystą estetyczną przyjemność, a jednak niczego poza barwnymi strukturami nie będziemy w stanie dostrzec.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasty

wtorek, 12 września 2017

Nic nowego pod słońcami, czyli "Ramię Perseusza" Dębskiego

O czym tu dumać, patrząc w kosmos, obserwując dynamiczny rozwój nauki i technologii, mając przy okazji świadomość historii gatunku, od ponad stu lat oferującego czytelnikom literackie wizje przyszłości? Jak to jest być dzisiaj twórcą science fiction, który musi zmierzyć się z problemem ogromnego dziedzictwa fantastyki? Ciężar konwencji, ograniczona przecież liczba motywów, archetypiczne rozwiązania i bohaterowie chyba bardziej krępują twórcę, niż pozwalają wierzyć w wieczną świeżość gatunku. Łatwiej dziś chyba znaleźć dzieła, które w (powiedzmy) postmodernistyczny sposób żonglować będą ogranymi motywami, puszczać oko w kierunku czytelnika, parodiując schematy, niż doszukać się we współczesnych tekstach fantastycznych autentycznie nowatorskich rozwiązań. Oczywiście pomiędzy dziełami szukającymi nowych dróg a tymi kalkującymi klasykę gatunku znajdują się książki uczciwie stawiające sprawę – nie starają się wyważać otwartych dawno temu drzwi, ale przechodzą przez nie swobodnym, pewnym krokiem. Taką książką jest właśnie Ramię Perseusza: Z głębokości Rafała Dębskiego, trzecia powieść tego autora, która ukazała się w serii „Horyzonty zdarzeń.”

Z arsenału motywów fantastyki naukowej Dębski wyciągnął jeden z najbardziej rozpoznawalnych – spotkanie człowieka z obcą formą życia. Doskonale wiemy, że na różne sposoby można rozstawić figury na tej planszy – człowiek może paść ofiarą obcego, obcy może paść ofiarą człowieka, można też pozwolić im na próbę nawiązania jakiejś nici wątłego porozumienia. Autor wybrał trzecie rozwiązanie i sprytnie poprowadził fabułę powieści.


Znajdujemy się na planecie, na której ląduje ekspedycja naukowo-badawcza. Jej celem jest nie tyle poszerzenie ludzkiej wiedzy o wszechświecie, ile raczej odnalezienie kolejnego świata, który może zostać ograbiony z surowców. Złożona z naukowców i żołnierzy wyprawa jest targana wewnętrznymi konfliktami. Zbyt długie przebywanie w przestrzeni odbija się na psychice ludzi, którzy bez przerwy skaczą sobie do oczu, szukają pretekstu do wszczęcia kolejnej awantury lub najzwyczajniej są już zmęczeni wojskowym drylem. Tę samą planetę odkrywają obcy, również widzący w niej źródło zasobów substancji niezbędnej dla przetrwania ich cywilizacji.

Dębski w sprawiedliwy sposób rozdziela swoją uwagę i raz skupia się na przedstawicielach własnego gatunku, a raz oddaje głos obcym. Te same wydarzenia, których świadkami lub sprawcami są oba rodzaje istot, odbierane i interpretowane są na dwa różne sposoby. Ziemianie, rzecz oczywista, wszystko mierzą swoją miarką i nie przychodzi im łatwo oderwać się od kategorii poznawczych, które ukształtowały się w nich za sprawą takich a nie innych uwarunkowań. Toteż widząc przybyszów z gwiazd (niezbyt pociągających fizycznie, dodajmy), nie są w stanie wzbudzić w sobie fascynacji, bliżej im do obrzydzenia lub w najlepszym razie poczucia dyskomfortu. Sami obcy nie pozostają dłużni – oni również dostrzegają w nas egzotyczne, pozbawione gracji istoty, których kierują się niezrozumiałymi pobudkami.

Partie powieści, w których pisarz oddaje głos obcym, gatunkowi pochodzącemu z głębin kosmosu, stanowią najmocniejsze punkty dzieła. Podziwiać można nakład pracy i trud, by w szczegółowy, niemal mimetyczny sposób opisać obcość, która charakteryzuje przybyszów na niemal każdym poziomie ich istnienia. Autor zarysowuje stosunki społeczne, kreśli skomplikowaną strukturę zależności pomiędzy poszczególnymi przedstawicielami obcej cywilizacji, opisuje wierzenia, pochyla się nad marzeniami i fobiami, dotyka spraw drażliwych i wstydliwych. Na szczęście nie zaserwował wykładu na temat obcej cywilizacji, nie zasypał odbiorców lawiną wymyślnych i odpowiednio niezwykłych treści. Zdecydowana większość informacji pojawia się wraz z rozwijającą się fabułą, niemal przy okazji opisywania jednego z przybyszów, który staje się dla czytelników kimś w rodzaju przewodnika po nie-ludzkiej rzeczywistości.

Jesteśmy w stanie nawet go polubić – ten ambitny i bystry, naiwnie wierzący w możliwość awansu na wyższe piętro społeczności, traktowany instrumentalnie przez ważniejszych od siebie badacz planety może budzić ciepłe uczucia. Czyżby Dębski, niejako wbrew zadeklarowanemu wyraźnie przekonaniu, że gatunek, który człowiek odkryje wśród gwiazd, będzie całkowicie od homo sapiens odmienny, zakładał, że w kosmosie niektóre rzeczy się nie zmieniają? Że silniejsi zawsze wykorzystują słabszych? Że zasługi podwładnych zawsze przypiszą sobie przełożeni i to na nich spłynie cały splendor? A więc może Ramię Perseusza: Z głębokości to opowieść o tym, że nic nowego pod słońcami nigdy się nie wydarzy? Lubię w ten sposób myśleć o tej książce.

Nieco gorzej sprawy się mają z „ludzką” częścią powieści. Większość scen, których bohaterami są żołnierze lub naukowcy, buzuje negatywnymi emocjami. Postacie najczęściej na siebie krzyczą, obrażają się, kpią z siebie, z czasem dochodzi do rękoczynów… Miałem wrażenie, że Dębski czuł przymus ciągłego stymulowania swoich bohaterów, by ci wiecznie chodzili podminowani, a większość interakcji pomiędzy nimi kończyła się spektakularną awanturą lub wymianą złośliwości. Piszącego te słowa męczy już niewiara współczesnych autorów fantastyki, którzy nie wiedzieć czemu zakładają, że im głośniej postacie wrzeszczą, im więcej wyrzucą z siebie inwektyw, im dosadniejszy żart z siebie wyplują (vide „Orzeł biały” Przybyłka), tym książka będzie atrakcyjniejsza.

Mimo powyższych zastrzeżeń, Ramię Perseusza: Z głębokości to jednak dobra powieść, która w bardzo przyzwoity sposób kontynuuje tradycje gatunku. Dębski nie jest rewolucjonistą konwencji ani nie w głowie mu rewidowanie osiągnięć fantastyki. On po prostu spokojnie uprawia swój fantastyczny ogródek, a czytelnicy dobrze na tym wychodzą.

Recenzja pierwotnie ukazała się o tutaj Fantasta.pl

środa, 23 sierpnia 2017

Nie do przeskoczenia, czyli "Skok w dal" Kronholda

Tryumf tematu. Taka myśl przyszła mi do głowy, gdy kończyłem czytać ostatni tom Jerzego Kronholda pt. "Skok w dal." Tryumf tematu w czasach, gdy sam temat w poezji stał się dla apologetów hołubionej neoawangardy kamieniem obrazy, balastem, za sprawą którego wiersz nie może oderwać się od rzeczywistości i wzlecieć w krainę zrozumiałą tylko dla poety. Kronhold dzięki tematowi tryumfuje i choćby całe stado poetów z takiego Biura Literackiego napięło muskuły i tak nie przeskoczyliby poziomu wyznaczonego przez "Skok w dal."



Arcysmutny to tomik. Arcysmutny, bowiem doświadczeniem, wokół którego krąży większość wierszy zamkniętych w tej książce, jest choroba, umieranie i śmierć żony poety. Znana od wieków konwencja trenu została poprowadzona w sposób wirtuozerski; Kronhold stworzył wielowymiarowy i wielobarwny krajobraz przeczuwanej i doczekanej żałoby, w którym to nie zawsze pierwsze skrzypce odgrywają rozpacz, żal, przygnębienie. Kto by pomyślał, że smutek umierania można rozwinąć w opowieść, w której iskrzą się drobinki przewrotnego humoru? Kto by przypuszczał, że scena, z której schodzi ukochana osoba, zasłana była tyloma niespodziewanymi rekwizytami?

"Skok w dal" jest historią o słabości człowieka. Bohater jest bezradny, rozbrojony, pozbawiony oparcia w ludzkich i boskich instancjach. Nadzieję rozwiewają kolejne niewysłuchane modlitwy, następni milczący święci i nieskuteczne relikwie. Nie działa sacrum, któremu zawierzyli się bohaterowie. Medycyna, ostoja rozumu, również rozkłada ręce w konfrontacji z wydanym przez los wyrokiem.

Pozostaje dwoje ludzi,ich wspólna historia, która domyka się na oczach czytelnika. Ja wiem, że to brzmi tak... hmmm... zwyczajnie i banalnie, ale proszę wierzyć, że poeta robi naprawdę dużo, by ścisnąć nas za serce (chociaż nie jest to jego główny cel). Mistrzowsko miesza się w opisie intymnej przestrzeni związku szczęśliwa wspólna przeszłość, odłamki wspomnień, okruchy teraźniejszości, losów, życiorysów. Odchodzenie zapisane jest wytłuszczonym drukiem w umowie, jaką zawieramy z życiem, chociaż najchętniej zapomnielibyśmy o tym paragrafie, przesłonilibyśmy go celebrowaniem dnia dzisiejszego, odprawianiem prywatnych rytuałów. Stąd też pewnie liczne opisy momentów nudy, śmieszności, groteskowych przypadków. To wszystko było ważne (najważniejsze), bo dzielone było z umierającą żoną. Kronhold ucieka jednak przed landrynkową konkluzją - miłość jest silniejsza od śmierci, ale co z tego?

Chwilami zastanawiałem się, na ile jestem proszonym gościem na obrzędzie organizowanym przez poetę. Czy moje ubłocone buty mogą wchodzić w uświęconą przestrzeń umierania poniżanej przez chorobę kobiety? Czy sam autor miał prawo wspominać ostatnie miesiące, tygodnie i dni? Czy nie jest to wszystko zbyt ...hmmm... uczciwe? Być może w  poezji żadna sytuacja nie jest nie jest zbyt intymna, żadne wspomnienie zbyt bolesne, żadna historia zbyt komiczna? Nie wiem. Być może w obliczu końca wokół każdego z nas krążą w równych proporcjach pierwiastki tragizmu i komizmu?

Być może. Sprawdzimy kiedyś...

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Nie esej, nie filozoficzny, czyli "Bezsilność i zemsta prawdy" Lewandowskiego

Wbrew podtytułowi książki Konrada T. Lewandowskiego („Esej filozoficzny o stanie obecnym i przyszłości cywilizacji Zachodu”) nie mamy do czynienia ani z esejem, ani z (większą) filozofią. Trzymane przeze mnie niewielkich rozmiarów dzieło najbezpieczniej chyba nazwać zbiorem felietonów, w których Lewandowskiemu nie udaje się ukryć samego siebie, nie udaje się uciec od boleśnie bieżących odwołań, ani przesłonić własnych (bardzo wyrazistych) poglądów, by zachowując minimalny obiektywizm, postarać się cokolwiek zdiagnozować, wyciągnąć dalej idące wnioski. Od filozofii wymaga się przynajmniej odrobiny wzniesienia się ponad swój czas, aby mogła ona ukorzenić się nie tylko w naszej epoce żelaza, ale również mogła odnaleźć się po części w przyszłości, której już ani ja, ani Lewandowski pewnie nie dożyjemy. Tylko czy kogokolwiek wtedy będą interesowały przywoływane słowa księdza wypowiedziane na pogrzebie babki autora, mikroskopijna wojenka z feministkami czy skompromitowany polityk? Obawiam się, że nie.



Książka tak naprawdę zaczyna się od uruchomienia bardzo chwytliwego konceptu – Lewandowski udowadnia, że śmierć cywilizacji europejskiej i jej wartości można bardzo konkretnie umiejscowić w czasie i przestrzeni. Bitwa pod Verdun (rok 1916), jedno z najkrwawszych starć zbrojnych XX wieku, była początkiem wydarzeń, w szeregu których autor umieszcza i holokaust, i studenckie rewolty lat 60, i tryumfalny pochód poprawności politycznej, i w końcu islamizację Starego Kontynentu. Teza jest śmiała, ale nie była (przynajmniej dla mnie) odkrywcza.

W ogóle I wojna światowa stanowi cezurę, której nie można nie zauważyć – świat już nigdy nie miał być taki „niewinny”. Odwołuję się tutaj do melancholijnego wiersza Philipa Larkina „MCMXIV” ( 1914 „po rzymsku”), który wieńczą słowa:

Never such innocence,
Never before or since,
As changed itself to past
Without a word – the men
Leaving the gardens tidy,
The thousands of marriages,
Lasting a little while longer:
Never such innocence again.

Już nigdy więcej taka niewinność,
Jak nigdy dotąd, jak nigdy więcej,
Odkąd bez słowa się obróciła
W przeszłość – mężczyźni, co zostawiają
Ogródek, w którym panuje czystość,
Ład i porządek, tysiące małżeństw
Trwających jedną sekundę dłużej.
Już nigdy więcej taka niewinność.

(Tłum. Jacek Dehnel)

Tak, było coś nieuchwytnie romantycznego w czasach, gdy ludzie wierzyli między innymi w słuszność idei czystej walki, a zostali skonfrontowani w machiną wojenną, z pierwszymi czołgami, gazami bojowymi i lotnictwem, z huraganowym ogniem armat i terkotem karabinów maszynowych. Ten romantyzm ( ile nie jest tylko pięknym mitem belle epoque) został rozsiekany, zmielony, przeżuty właśnie na polach bitew I wojny światowej. Odtąd wojna za sprawą zdobyczy techniki stała się żywiołem totalnym. Lewandowski w bardzo ciekawy sposób interpretuje (nie on pierwszy, dodajmy) przysłowiowy już pacyfizm Francuzów, widząc w nim echo traumy Verdun właśnie. Bitwa ta przetrąciła zdrowy (?) kręgosłup Europy i sprawiła, że Stary Kontynent i jego mieszkańcy mogli rozwijać się tylko „krzywo”, zapomniawszy o swoich pierwotnych cnotach i szlachetnych dążeniach. Pokolenie, którego kości udeptywały kolejne pokolenia Europejczyków, nie zdążyło przekazać dalej tego, co miało w sobie najszlachetniejsze.

Teza autora prosi się wręcz o solidne fundamenty. O dowody, które zastąpią przeczucia i o wywód, który zastąpi wszechobecne skróty myślowe. Chciałoby się lepiej poznać grunt, z którego wyrastały takie a nie inne decyzje dowódców owocujące później setkami tysięcy zabitych żołnierzy. Chciałoby się wiedzieć, czy Verdun było przyczyną późniejszych tragedii Europy, a może było skutkiem wcześniejszych patologii drążących tunele w XIX-wiecznej europejskiej polityce. Chciałoby się wyraźniej zobaczyć ścieżki, którymi płynęła trucizna Verdun, by, jak chce Lewandowski, przyczynić się do holokaustu etc. Przypomnijmy, pełny tytuł książki Lewandowskiego brzmi „Bezsilność i zemsta prawdy”; tak się składa, że przyzwoite dzieła mające pretensje do filozofowania poświęcają tytułowym wartościom więcej miejsca, niż autor zebrał w tej książce.

Czy to zarzut? I tak, i nie – jeśli Lewandowski zdjąłby ze swojego tekstu uroczystą szatę i wyrzucił precz koturnową mylącą zapowiedź książki, mielibyśmy do czynienia ze zbiorem „szybkich” tekstów, które kilkoma sztychami rozprawiają się z naszą dziwaczną teraźniejszością i niepewną przyszłością. Wystarczyłoby wszak podzielić rozważania przy pomocy śródtytułów, a czytelnicy otrzymaliby atrakcyjne i dobrze przyprawione felietony. Taką właśnie książkę opublikował ostatnio stojący po drugiej stronie ideowej barykady Dariusz Karłowicz, który swój zbiór tekstów prasowych zatytułował „Polska jako James Bourne.” Karłowicz (sam filozof) świadomy jest kalibru tekstów, które zaproponował czytelnikom. Nie zmusza swoich tekstów, by stawały na palcach i brały wysokie C. Karłowicz jest świadomy formy, którą się posłuży. Natomiast Lewandowski niejako żyruje swoje odkrycia zapewnieniami, że mamy do czynienia z filozofią. Nie mamy. Kropka.

Lewandowski może się jednak podobać – zwłaszcza wtedy, gdy przy pomocy „chłopskiego rozumu” analizuje a potem obnaża absurdy poprawności politycznej, dyskursu „mniejszościowego”, hipokryzję sfunkcjonalizowanych religii etc. Jest ostry, nie przebiera w słowach, nie bierze jeńców. Obuch (precyzyjniejszych narzędzi w tej książce nie szukajmy) krytyki wytrąca z rąk każdą subtelniejszą próbę obrony racji przeciwnych. Trzeba mieć jednak podobną do Lewandowskiego grupę krwi, by przyklasnąć jego myślom. Mnie do pewnego stopnia kupił, bo kpimy lub gardzimy podobnymi zjawiskami, ale w momencie, gdy autor równa z ziemią katolicyzm, polski patriotyzm w duchu Romana Dmowskiego lub buduje kapliczki rodzimowierczym ruchom dążącym do renesansu bliżej nieokreślonej „słowiańszczyzny-pogańszczyzny”, trudno było mi z Lewandowskim znaleźć wspólny język – nie tylko ze względu na różnice światopoglądowe, ale nade wszystko z powodu sposobu, w jaki autor formułuje opinie.

Publicystyczny ton sporej części myśli, nieuznający sprzeciwu ton, którym Lewandowskim narzuca odbiorcom poglądy, mogą odpychać tym bardziej, że czytelnik nijak nie może zweryfikować podawanych przez autora treści. No bo jak zweryfikować sądy takie jak ten: „Natomiast w Europie Środkowo-Wschodniej ateizm jest traktowany z lekceważeniem i pogardą, poddawany prymitywnej krytyce (…)” W sumie można to zweryfikować, ale wybitnie na niekorzyść samego Lewandowskiego, który chyba nie słyszał o kraju leżącym w Europie Środkowo-Wschodniej, którego 65% mieszkańców deklaruje ateizm. Podobnych uogólnień, hiperbolizacji, sądów jest mnóstwo. Funkcja informatywna języka została zastąpiona funkcją ekspresywną, a ta z kolei udaje informatywną. I kółko się zamyka.

„Bezsilność i zemsta prawdy” ma też silniejsze strony – widać głęboką erudycję autora, zdolność do szukania powiązań pomiędzy wydarzeniami, wrodzony instynkt, który pozwala zlokalizować ukryte korytarze łączące epoki, kulturę wysoką z popularną, sacrum z profanum. Czytelnika zasypie lawina informacji, odniesień, tropów, którymi może podążyć samodzielnie, by poszerzyć wiedzę, którą tak Lewandowski ceni. Tak, to jest siła tej rozedrganej, nerwowej książki.

Nie mam pojęcia, czy profetyczne wizje zawarte w „Bezsilności…” mają szansę się sprawdzić. Mam nadzieję, że nie, bowiem Lewandowski widzi w ciemnych barwach to, co może przynieść Europie i światu przesilenie, którego właśnie jesteśmy bezradnymi świadkami. Problem z przepowiedniami mamy taki, że prawdziwe są tylko te, które się sprawdzą. Obraz teraźniejszości wydaje się być trafiony, ale (powtórzę) sprowadzony jest on do kilkunastu dyżurnych problemów, z jakimi zmagać się musi dzisiaj „biały heteroseksualny mężczyzna.” Rozprawa z tymi problemami również odbywa się na drodze rytualnego wytykania słabości wirtualnych (i prawdziwych) adwersarzy lub na drodze bezlitosnej krytyki unieważniającej jakikolwiek dialog z ideowymi przeciwnikami.

Ładunek filozoficzny „Bezsilności…” jakiś tam jest, ale rozrzedza go monstrualny subiektywizm, zbyt głębokie ukorzenienie w teraźniejszości oraz przesadna wiara w słuszność idei, na których prawdziwość Lewandowski dowodów nam nie daje.  

Na prośbę wydawcy książki dodaję odsyłacz do strony Autora - Przewodas.pl