środa, 23 sierpnia 2017

Nie do przeskoczenia, czyli "Skok w dal" Kronholda

Tryumf tematu. Taka myśl przyszła mi do głowy, gdy kończyłem czytać ostatni tom Jerzego Kronholda pt. "Skok w dal." Tryumf tematu w czasach, gdy sam temat w poezji stał się dla apologetów hołubionej neoawangardy kamieniem obrazy, balastem, za sprawą którego wiersz nie może oderwać się od rzeczywistości i wzlecieć w krainę zrozumiałą tylko dla poety. Kronhold dzięki tematowi tryumfuje i choćby całe stado poetów z takiego Biura Literackiego napięło muskuły i tak nie przeskoczyliby poziomu wyznaczonego przez "Skok w dal."



Arcysmutny to tomik. Arcysmutny, bowiem doświadczeniem, wokół którego krąży większość wierszy zamkniętych w tej książce, jest choroba, umieranie i śmierć żony poety. Znana od wieków konwencja trenu została poprowadzona w sposób wirtuozerski; Kronhold stworzył wielowymiarowy i wielobarwny krajobraz przeczuwanej i doczekanej żałoby, w którym to nie zawsze pierwsze skrzypce odgrywają rozpacz, żal, przygnębienie. Kto by pomyślał, że smutek umierania można rozwinąć w opowieść, w której iskrzą się drobinki przewrotnego humoru? Kto by przypuszczał, że scena, z której schodzi ukochana osoba, zasłana była tyloma niespodziewanymi rekwizytami?

"Skok w dal" jest historią o słabości człowieka. Bohater jest bezradny, rozbrojony, pozbawiony oparcia w ludzkich i boskich instancjach. Nadzieję rozwiewają kolejne niewysłuchane modlitwy, następni milczący święci i nieskuteczne relikwie. Nie działa sacrum, któremu zawierzyli się bohaterowie. Medycyna, ostoja rozumu, również rozkłada ręce w konfrontacji z wydanym przez los wyrokiem.

Pozostaje dwoje ludzi,ich wspólna historia, która domyka się na oczach czytelnika. Ja wiem, że to brzmi tak... hmmm... zwyczajnie i banalnie, ale proszę wierzyć, że poeta robi naprawdę dużo, by ścisnąć nas za serce (chociaż nie jest to jego główny cel). Mistrzowsko miesza się w opisie intymnej przestrzeni związku szczęśliwa wspólna przeszłość, odłamki wspomnień, okruchy teraźniejszości, losów, życiorysów. Odchodzenie zapisane jest wytłuszczonym drukiem w umowie, jaką zawieramy z życiem, chociaż najchętniej zapomnielibyśmy o tym paragrafie, przesłonilibyśmy go celebrowaniem dnia dzisiejszego, odprawianiem prywatnych rytuałów. Stąd też pewnie liczne opisy momentów nudy, śmieszności, groteskowe przypadki. To wszystko było ważne (najważniejsze), bo dzielone było z umierającą żoną. Kronhold ucieka jednak przed landrynkową konkluzją - miłość jest silniejsza od śmierci, ale co z tego?

Chwilami zastanawiałem się, na ile jestem proszonym gościem na obrzędzie organizowanym przez poetę. Czy moje ubłocone buty mogą wchodzić w uświęconą przestrzeń umierania poniżanej przez chorobę kobiety? Czy sam autor miał prawo wspominać ostatnie miesiące, tygodnie i dni? Czy nie jest to wszystko zbyt ...hmmm... uczciwe? Być może w  poezji żadna sytuacja nie jest nie jest zbyt intymna, żadne wspomnienie zbyt bolesne, żadna historia zbyt groteskowa? Nie wiem. Być może w obliczu końca wokół każdego z nas krążą w równych proporcjach pierwiastki tragizmu i komizmu?

Być może. Sprawdzimy kiedyś...

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Nie esej, nie filozoficzny, czyli "Bezsilność i zemsta prawdy" Lewandowskiego

Wbrew podtytułowi książki Konrada T. Lewandowskiego („Esej filozoficzny o stanie obecnym i przyszłości cywilizacji Zachodu”) nie mamy do czynienia ani z esejem, ani z (większą) filozofią. Trzymane przeze mnie niewielkich rozmiarów dzieło najbezpieczniej chyba nazwać zbiorem felietonów, w których Lewandowskiemu nie udaje się ukryć samego siebie, nie udaje się uciec od boleśnie bieżących odwołań, ani przesłonić własnych (bardzo wyrazistych) poglądów, by zachowując minimalny obiektywizm, postarać się cokolwiek zdiagnozować, wyciągnąć dalej idące wnioski. Od filozofii wymaga się przynajmniej odrobiny wzniesienia się ponad swój czas, aby mogła ona ukorzenić się nie tylko w naszej epoce żelaza, ale również mogła odnaleźć się po części w przyszłości, której już ani ja, ani Lewandowski pewnie nie dożyjemy. Tylko czy kogokolwiek wtedy będą interesowały przywoływane słowa księdza wypowiedziane na pogrzebie babki autora, mikroskopijna wojenka z feministkami czy skompromitowany polityk? Obawiam się, że nie.



Książka tak naprawdę zaczyna się od uruchomienia bardzo chwytliwego konceptu – Lewandowski udowadnia, że śmierć cywilizacji europejskiej i jej wartości można bardzo konkretnie umiejscowić w czasie i przestrzeni. Bitwa pod Verdun (rok 1916), jedno z najkrwawszych starć zbrojnych XX wieku, była początkiem wydarzeń, w szeregu których autor umieszcza i holokaust, i studenckie rewolty lat 60, i tryumfalny pochód poprawności politycznej, i w końcu islamizację Starego Kontynentu. Teza jest śmiała, ale nie była (przynajmniej dla mnie) odkrywcza.

W ogóle I wojna światowa stanowi cezurę, której nie można nie zauważyć – świat już nigdy nie miał być taki „niewinny”. Odwołuję się tutaj do melancholijnego wiersza Philipa Larkina „MCMXIV” ( 1914 „po rzymsku”), który wieńczą słowa:

Never such innocence,
Never before or since,
As changed itself to past
Without a word – the men
Leaving the gardens tidy,
The thousands of marriages,
Lasting a little while longer:
Never such innocence again.

Już nigdy więcej taka niewinność,
Jak nigdy dotąd, jak nigdy więcej,
Odkąd bez słowa się obróciła
W przeszłość – mężczyźni, co zostawiają
Ogródek, w którym panuje czystość,
Ład i porządek, tysiące małżeństw
Trwających jedną sekundę dłużej.
Już nigdy więcej taka niewinność.

(Tłum. Jacek Dehnel)

Tak, było coś nieuchwytnie romantycznego w czasach, gdy ludzie wierzyli między innymi w słuszność idei czystej walki, a zostali skonfrontowani w machiną wojenną, z pierwszymi czołgami, gazami bojowymi i lotnictwem, z huraganowym ogniem armat i terkotem karabinów maszynowych. Ten romantyzm ( ile nie jest tylko pięknym mitem belle epoque) został rozsiekany, zmielony, przeżuty właśnie na polach bitew I wojny światowej. Odtąd wojna za sprawą zdobyczy techniki stała się żywiołem totalnym. Lewandowski w bardzo ciekawy sposób interpretuje (nie on pierwszy, dodajmy) przysłowiowy już pacyfizm Francuzów, widząc w nim echo traumy Verdun właśnie. Bitwa ta przetrąciła zdrowy (?) kręgosłup Europy i sprawiła, że Stary Kontynent i jego mieszkańcy mogli rozwijać się tylko „krzywo”, zapomniawszy o swoich pierwotnych cnotach i szlachetnych dążeniach. Pokolenie, którego kości udeptywały kolejne pokolenia Europejczyków, nie zdążyło przekazać dalej tego, co miało w sobie najszlachetniejsze.

Teza autora prosi się wręcz o solidne fundamenty. O dowody, które zastąpią przeczucia i o wywód, który zastąpi wszechobecne skróty myślowe. Chciałoby się lepiej poznać grunt, z którego wyrastały takie a nie inne decyzje dowódców owocujące później setkami tysięcy zabitych żołnierzy. Chciałoby się wiedzieć, czy Verdun było przyczyną późniejszych tragedii Europy, a może było skutkiem wcześniejszych patologii drążących tunele w XIX-wiecznej europejskiej polityce. Chciałoby się wyraźniej zobaczyć ścieżki, którymi płynęła trucizna Verdun, by, jak chce Lewandowski, przyczynić się do holokaustu etc. Przypomnijmy, pełny tytuł książki Lewandowskiego brzmi „Bezsilność i zemsta prawdy”; tak się składa, że przyzwoite dzieła mające pretensje do filozofowania poświęcają tytułowym wartościom więcej miejsca, niż autor zebrał w tej książce.

Czy to zarzut? I tak, i nie – jeśli Lewandowski zdjąłby ze swojego tekstu uroczystą szatę i wyrzucił precz koturnową mylącą zapowiedź książki, mielibyśmy do czynienia ze zbiorem „szybkich” tekstów, które kilkoma sztychami rozprawiają się z naszą dziwaczną teraźniejszością i niepewną przyszłością. Wystarczyłoby wszak podzielić rozważania przy pomocy śródtytułów, a czytelnicy otrzymaliby atrakcyjne i dobrze przyprawione felietony. Taką właśnie książkę opublikował ostatnio stojący po drugiej stronie ideowej barykady Dariusz Karłowicz, który swój zbiór tekstów prasowych zatytułował „Polska jako James Bourne.” Karłowicz (sam filozof) świadomy jest kalibru tekstów, które zaproponował czytelnikom. Nie zmusza swoich tekstów, by stawały na palcach i brały wysokie C. Karłowicz jest świadomy formy, którą się posłuży. Natomiast Lewandowski niejako żyruje swoje odkrycia zapewnieniami, że mamy do czynienia z filozofią. Nie mamy. Kropka.

Lewandowski może się jednak podobać – zwłaszcza wtedy, gdy przy pomocy „chłopskiego rozumu” analizuje a potem obnaża absurdy poprawności politycznej, dyskursu „mniejszościowego”, hipokryzję sfunkcjonalizowanych religii etc. Jest ostry, nie przebiera w słowach, nie bierze jeńców. Obuch (precyzyjniejszych narzędzi w tej książce nie szukajmy) krytyki wytrąca z rąk każdą subtelniejszą próbę obrony racji przeciwnych. Trzeba mieć jednak podobną do Lewandowskiego grupę krwi, by przyklasnąć jego myślom. Mnie do pewnego stopnia kupił, bo kpimy lub gardzimy podobnymi zjawiskami, ale w momencie, gdy autor równa z ziemią katolicyzm, polski patriotyzm w duchu Romana Dmowskiego lub buduje kapliczki rodzimowierczym ruchom dążącym do renesansu bliżej nieokreślonej „słowiańszczyzny-pogańszczyzny”, trudno było mi z Lewandowskim znaleźć wspólny język – nie tylko ze względu na różnice światopoglądowe, ale nade wszystko z powodu sposobu, w jaki autor formułuje opinie.

Publicystyczny ton sporej części myśli, nieuznający sprzeciwu ton, którym Lewandowskim narzuca odbiorcom poglądy, mogą odpychać tym bardziej, że czytelnik nijak nie może zweryfikować podawanych przez autora treści. No bo jak zweryfikować sądy takie jak ten: „Natomiast w Europie Środkowo-Wschodniej ateizm jest traktowany z lekceważeniem i pogardą, poddawany prymitywnej krytyce (…)” W sumie można to zweryfikować, ale wybitnie na niekorzyść samego Lewandowskiego, który chyba nie słyszał o kraju leżącym w Europie Środkowo-Wschodniej, którego 65% mieszkańców deklaruje ateizm. Podobnych uogólnień, hiperbolizacji, sądów jest mnóstwo. Funkcja informatywna języka została zastąpiona funkcją ekspresywną, a ta z kolei udaje informatywną. I kółko się zamyka.

„Bezsilność i zemsta prawdy” ma też silniejsze strony – widać głęboką erudycję autora, zdolność do szukania powiązań pomiędzy wydarzeniami, wrodzony instynkt, który pozwala zlokalizować ukryte korytarze łączące epoki, kulturę wysoką z popularną, sacrum z profanum. Czytelnika zasypie lawina informacji, odniesień, tropów, którymi może podążyć samodzielnie, by poszerzyć wiedzę, którą tak Lewandowski ceni. Tak, to jest siła tej rozedrganej, nerwowej książki.

Nie mam pojęcia, czy profetyczne wizje zawarte w „Bezsilności…” mają szansę się sprawdzić. Mam nadzieję, że nie, bowiem Lewandowski widzi w ciemnych barwach to, co może przynieść Europie i światu przesilenie, którego właśnie jesteśmy bezradnymi świadkami. Problem z przepowiedniami mamy taki, że prawdziwe są tylko te, które się sprawdzą. Obraz teraźniejszości wydaje się być trafiony, ale (powtórzę) sprowadzony jest on do kilkunastu dyżurnych problemów, z jakimi zmagać się musi dzisiaj „biały heteroseksualny mężczyzna.” Rozprawa z tymi problemami również odbywa się na drodze rytualnego wytykania słabości wirtualnych (i prawdziwych) adwersarzy lub na drodze bezlitosnej krytyki unieważniającej jakikolwiek dialog z ideowymi przeciwnikami.

Ładunek filozoficzny „Bezsilności…” jakiś tam jest, ale rozrzedza go monstrualny subiektywizm, zbyt głębokie ukorzenienie w teraźniejszości oraz przesadna wiara w słuszność idei, na których prawdziwość Lewandowski dowodów nam nie daje.  

Na prośbę wydawcy książki dodaję odsyłacz do strony Autora - Przewodas.pl

poniedziałek, 31 lipca 2017

Wieczne powroty (z wariacjami), czyli "Skrzydła nocy" Silverberga

Z science fiction mam jak z jazzem. Niby wciąż staram się trzymać rękę na pulsie, niby monitoruję sytuację, jakoś tam nadążam za nowościami, ale wciąż mam wrażenie (najprawdopodobniej mylne), że „prawdziwa” fantastyka i „prawdziwy” jazz to już zamknięte rozdziały, a ja rozglądając się po współczesnej kulturze, obcować mogę zaledwie ze zgrabnymi „podróbkami.” Że wielcy mistrzowie obu odmian sztuki skomponowali już wszystko, co można było skomponować, napisali wszystko, co można było napisać, a nowatorstwo w obu przypadkach zostało bezpowrotnie utracone za sprawą rozpuszczania się „prawdziwych” science fiction i jazzu w tyglu, gdzie mieszały się one z innymi gatunkami, literatury i muzyki.

Wiem, że jestem niesprawiedliwy, a moje wrażenia pewnie mnie kompromitują, ale jazz to dla mnie przede wszystkim akustyczne arcydzieła z lat 50 i 60 poprzedniego stulecia. Zaś science fiction zamyka się wraz pojawieniem się poetyki cyberpunk (której nota bene i tak nie lubię).

Wiecie, Metallica skończyła się na „Kill’em All!” i tak dalej…

Rozumiecie teraz pewnie dlaczego przyjąłem entuzjastycznie serię wydawniczą Artefakty, dziecko wydawnictwa MAG, prezentującą klasyczne, acz mniej znane lub zupełnie nieobecne w Polsce teksty należące do fantastyki naukowej (i jej obrzeży). Mamy w końcu dostęp do dzieł, które chwytały jeszcze w żagle porywisty wiatr heroicznych czasów kształtowania się gatunku, wykorzystywały w odkrywczy sposób jego możliwości i tworzyły kanon, z którym dyskutować się nie da.



Przyszedł czas na Roberta Silverberga, żyjącego klasyka fantastyki, autora, który sięgnął po pióro w latach 50 i z powodzeniem eksplorował terytorium fantastyki, przynosząc nam stamtąd klasyczne już teksty, za które nagradzano go najważniejszymi środowiskowymi wyróżnieniami – Nebulą, Hugo i Locusem. Powyższe słowa piszę jedynie po to, by stało się za dość kronikarskim obowiązkom i jeżeli ktoś będzie chciał znaleźć więcej konkretnych informacji o Silverbergu i jego twórczości, z pewnością je odszuka.

„Skrzydła nocy” mają dość ciekawą historię – początkowo pomyślane jako opowiadanie, którego pomysł autorowi wyświetlił się w postaci krótkiej intensywnej iluminacji (o czym wspomina się we wstępie do książki), finalnie rozrósł się do trzech tekstów, z których Silverberg zmontował pełnowymiarową powieść. To zaś sprawia, że mogę patrzeć na „Skrzydła nocy” jak na ołtarz zbudowany z części głównej i dwóch nomen omen skrzydeł, widzę w tej książce tryptyk o losach ludzkości, o wielkich procesach historycznych mierzonych tysiącleciami, w mniejszym zaś stopniu opowieść o odkupieniu pojedynczego człowieka, choćby i ten był everymanem, symbolem każdego z nas.

Bohaterem „Skrzydeł nocy” jest początkowo anonimowy starzejący się członek gildii Strażników, których zadaniem jest monitorowanie przestrzeni kosmicznej przy pomocy archaicznej ale dość skutecznej aparatury. Strażnik wypatrywać ma sygnałów zapowiedzianego onegdaj niebezpieczeństwa i wszcząć alarm, gdy na niebie ukażą się nieprzyjacielskie jednostki. Bohater wędruje po zniszczonej i zdegenerowanej Ziemi przyszłości, która stała się smutnym świadectwem wielkości, pychy i finalnego upadku człowieka. Człowieka, który przeszedł długą drogę od prymitywnych archaicznych form społecznych po ukoronowanie rozwoju, jakim była geoinżynieria zmieniająca całkowicie obraz Ziemi. Gdzieś w tle opowieści słychać wcale wyraźne echa mitu o złotym wieku, który kolejno przeobrażał się w swoje coraz mniej szlachetne wersje, by ostatecznie znieruchomieć w pozbawiającej kogokolwiek nadziei rzeczywistości.

Biblijna „ohyda spustoszenia” przeziera przez pierwsze rozdziały książki opisującej świat, który z trudem wyłonił się z kataklizmu i zorganizował się w najprostszy z możliwych sposobów – podzielił na gildie/kasty, które gromadziły z jednej strony wyspecjalizowanych Kupców, Obrońców, Pamiętających, Komediantów, a z drugiej strony wyłoniły grupę uprzywilejowaną – arystokrację. Warto przypomnieć, że gildie jako takie pojawiły się w średniowiecznej Europie, która dość długo lizała rany po upadku cesarstwa rzymskiego i dochodziła do siebie po ciemnych barbarzyńskich stuleciach. W tym momencie lektury pomyślałem sobie, że Silverberg wirtuozersko odtwarza proces historyczny, z którym mieliśmy do czynienia w pierwszych wiekach naszej ery i przyobleka go w fantastyczny kostium – miłośnicy starej dobrej science fiction znajdą w „Skrzydłach nocy” wszystkie charakterystyczne dla niej rekwizyty: zaawansowaną technologię, malowniczo opisanych przybyszów z innych planet, budzące współczucie bardziej niż odrazę owoce eksperymentów genetycznych…

Silverberg pozwala, by Ziemia została podbita przez obcych, którzy wykorzystując przewagę technologiczną, z łatwością narzucają ludziom rządy. Opresyjni przesadnie nie są, pozwalają Ziemianom wieść w sumie spokojne życie, z wystudiowaną wyższością dają do zrozumienia, że wszelki opór jest bezcelowy. Czyż podobnie nie czuli się wszelkiej maści konkwistadorzy, którzy podbiwszy prymitywniejsze ludy, uczynili z nowych poddanych albo siłę roboczą, albo atrakcje turystyczne? Znów Silverberg „podsłuchuje” historię i ubiera ją w kostium science fiction. Opowieść o inwazji staje się próbą odpowiedzi na pytanie o równoległe istnienie cywilizacji „dwóch prędkości.” Szczerze mówiąc, człowieka miałby szczęście do takich najeźdźców, dla których nasz gatunek jest w sumie interesujący jedynie ze względu na swoją bogatą historię, a nie z powodu szczególnych bogactw, jakie może oferować nasza planeta. Obcy wydają się być wystarczająco wyrafinowani, wręcz dżentelmeńscy, by pochylać się z troską (lub jakąkolwiek inną emocją) nad zniewolonymi ludźmi.

„Skrzydła nocy” to nie tylko opowieść o skurczach historii, której cykle przedstawia nam Silverberg. To również pomniejszy traktat o poszukiwaniu odkupienia, które jakby nie patrzeć jest wartością religijną. Autor rekonstruuje historię znaną nam od ponad dwóch tysięcy la; chrześcijaństwo sukces zawdzięczało między innymi swojej inkluzywności (Święty Paweł napisał: „A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich [jest] Chrystus.”), która otworzyła wszystkim możliwość zbawienia. Podobnie rzecz się ma w ostatniej części powieści – bohater trafiwszy do Jerozolimy przyszłości, niemal dosłownie „rodzi się na nowo” i staje się istotnym elementem nowej, budzącej się religii, którą nieliczni jeszcze wyznawcy z gorliwością pierwszych chrześcijan myślą o „zmianie oblicza Ziemi.”

Czyżby Silverberg jawił się jako apologeta duchowości, która ociężałe ciała istot ludzkich oraz całych społeczności jest w stanie wywindować na wyższy poziom rozwoju? A może „Skrzydła nocy” to przede wszystkim powieść o wiecznym powrocie (tu kłania się Nietzsche), o historii, która zawsze do nas wraca, ale wędruje po tak szerokim łuku, że jesteśmy skłonni uznawać za prawdziwą linearną a nie cykliczną jego naturę?


Nie wiem, kolejny raz wolę rozłożyć ręce w geście błogosławionej niepewności i niczego nigdy raz na zawsze nie rozstrzygać. Przynajmniej w kwestii interpretacji arcydzieł taka strategia wydaje się być najbardziej pożądaną…

poniedziałek, 17 lipca 2017

On jest Hiszpanią, czyli "Gips i jaśmin" Lorki

Czasami zdarza się, że jeden twórca staje się wyraźnym i rozpoznawalnym w świecie symbolem własnej ojczyzny, a jego losy splatają z jej trudną historią. Tak się właśnie stało w przypadku Lorki – jego liryka zarówno pod względem treści, jak i formy jest na wskroś „hiszpańska”, zaś życie oraz śmierć w czasie wojny domowej w 1936 roku stanowią idealne uzupełnienie twórczości. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że Federico Garcia Lorca jest symbolem hiszpańskiej poezji i Hiszpanii jako takiej.
Jako syn swojego kraju (nie waham się użyć tutaj nieco pompatycznej stylistyki), Lorca zamyka w wierszach wszystko, co z Hiszpanią się wiąże. W jego lirykach znajdziemy nie tylko plastyczne opisy przestrzeni, cudownie skrojone śmiałe metafory, którymi nazywa ojczystą ziemię, ale również da się w nich uchwycić coś, co stanowi o esencji Hiszpanii – zapachy, kształty, barwy, linie architektury – coś, czego nie można znaleźć w żadnym innym zakątku świata. Dźwięki gitar flamenco, cygańskie zaśpiewy, niespiesznie kwitnące miłości, profile mijanych kobiet, słońce wypalające pola i bielące ściany domów – to wszystko buzuje w tych pięknych sensualnych wierszach.

Jego twórczość rozwijała się w burzliwych dla literatury pierwszych dekadach XX stulecia, jednak tryumfująca wtedy awangarda, która przeorała tradycyjne rozumienie i praktykowanie poezji, tylko po części odcisnęła piętno na Lorce. W poezji hiszpańskiego poety z rzadka pobrzmiewają echa nowoczesności (wyłączywszy rzecz jasna wstrząsający tom „Poeta w Nowym Jorku” będący gorzkim podsumowaniem pobytu autora w Stanach Zjednoczonych), częściej znajdziemy odwołania do folkloru, do wciąż obecnych w niektórych regionach Hiszpanii arabskich tradycji, do głęboko zakorzenionych w pamięci kulturowej Europy obrazów i motywów.
Pomimo tego, że Lorca rozluźnia związki pomiędzy wyrazami, wpuszcza bardzo dużo światła i powietrza pomiędzy poszczególne wersy, nigdy nie zrywa łączności z czytelnikami, zawsze szuka ścieżek do ich serc, pragnie wzruszać, czarować, zachwycać. Raz wystarczy mu krótki impresjonistyczny poetycki szkic, innym razem pozwala obrazom kołować, by te ułożyły się w zdumiewającą pełną dramaturgii opowieść.
Nowy wybór poezji Lorki pt. „Gips i jaśmin”, którego autorem i tłumaczem jest Leszek Engelking, to doskonała okazja, by na nowo zapoznać się z obecną już przecież w Polsce twórczością hiszpańskiego twórcy. Wiersze z różnych okresów życia poety tworzą zdumiewający liryczny krajobraz pełen słońca i ciemności, śmiechu i łez, życia i śmierci. Polecam najgoręcej. 
PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Lubimy Czytać.

niedziela, 16 lipca 2017

Niewesołe miasteczko, czyli "Joyland" Kinga

Kolejny, kolejny raz King jawi się jako autor straconych szans lub zawiedzionych nadziei. Nie wiem, co gorsze...

Po doskonałym "Sklepiku z marzeniami" (recenzja wkrótce), "Joyland" jest jak bezkofeinowa kawa lub bezalkoholowe piwo - ani to horror,  ani kryminał, ani (jak chce część bezkrytycznych recenzentów twórczości Kinga) nostalgiczna opowieść o Ameryce lat 70. To... Cóż, zacznijmy po kolei.



Autor zaczyna tak, jak lubię - pierwszoosobowa narracja sprzyja Kingowi. Potrafi on w lekki, pozbawiony ciężaru zbędnych psychologizmów lub dziwacznych reminiscencji opowiedzieć historię. Wydaje się, że narrator siada obok i od niechcenia zaczyna snuć opowieść - stara się nie nudzić, nie uciekać w piętrowe dygresje, od czasu do czasu rzuci żarcikiem, błyśnie bon motem. Tak właśnie jest w przypadku "Joyland" - snujący swoją gawędę bohater przenosi się pamięcią do czasu, gdy mając nieco ponad dwadzieścia lat doświadczył wątpliwych uroków złamanego serca i podjął się wakacyjnej pracy w tytułowym wesołym miasteczku. 

Szczerze powiedziawszy nie do końca wiem, dlaczego  starzejący się bohater wraca pamięcią akurat do takich a nie innych wydarzeń. Co motywuje tego człowieka, by roztoczyć przed odbiorcami skąpą panoramę przeszłości? Krótko mówiąc, King zgubił motyw, a że uwielbia paplać, szybko zagaduje nas, byśmy broń Boże nie zauważyli tej usterki. 

Potem teoretycznie jest lepiej. Poznajemy studenta, który uwierzywszy, że związek na odległość ma sens, pozwala swojej dziewczynie spędzić wakacje z przyjaciółkami, a sam zatrudnia się w wesołym miasteczku, by podreperować skromny budżet. Miło i dość wiarygodnie narrator dzieli się z nami swoim bólem, rozterkami, płonnymi nadziejami. Jest naiwny, wierzy w happy endy, bierze za dobrą monetę wszystko, co oferuje mu zbudowany na ruchowych piaskach związek. Been there, done that myślę sobie. Wszystko się zgadza. Tak właśnie czują się młodzi, głupi i zakochani mężczyźni. No ale nie pytajcie o więcej... 

King oprowadza nas po nieistniejącym już chyba świecie - świecie wesołych miasteczek, które w XX wieku krążyły od miasta do miasta, dając ludziom prostą rozrywkę - karuzele, beczki śmiechu, strzelnice, tunele strachu... Niestety, King poczęstował nas uproszczoną wizją wesołego miasteczka - kilka branżowych określeń, zarys mechanizmów pracy "Joylandu", niewiele więcej. To mocno rozczarowuje, gdyż autor potrafi zbudować świat pełny, trójwymiarowy, dając upust potrzebie realistycznego odtworzenia rzeczywistości, którą rzecz jasna demoluje przy pomocy grozy. 

A skoro już o grozie mowa. Cóż, jedynym jej objawem jest wspomniany tunel strachu, w którym manifestować ma się duch zabitej przez seryjnego mordercę młodej kobiety. Z czasem okazuje się, że ofiar mordercy było więcej i wszystkie one miały związek z różnymi parkami rozrywki. Nasz bohater z niewielką pomocą przyjaciół stopniowo zbliża się do rozwiązania kryminalnej zagadki, ale skoro "Joylandu" kryminałem nazwać nie wypada, rozwiązanie jest w sumie... niepotrzebne. Przy całym szacunku dla Kinga, przygody Scooby Doo są momentami bardziej ekscytujące, niż wątek kryminalny obecny w tej powieści.

Wisienką na tym jałowym torcie jest kreacja głównego bohatera - facet jest chodzącym wcieleniem przyzwoitości, nosicielem cnót wszelakich. Miły, niezepsuty, pomysłowy, potrafi zabawić najmłodszych, paradując w kostiumie psa będącego maskotką wesołego miasteczka.Wzruszają go niepełnosprawne dzieci. Po dżentelmeńsku traktuje kobiety i odważnie staje oko w oko z okrutnym mordercą. Tak nieznośnie wyidealizowanej postaci dawno nie spotkałem i nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie.

I wyobraźcie sobie, że to jeszcze nie wszystkie grzechy "Joylandu", ale nie mam już siły pastwić się nad upiornie dziwacznym motywem samotnej matki opiekującej się umierającym synkiem. To właśnie ona odkrywa przed bohaterem uroki miłości fizycznej, której poskąpiła mu wspominana na początku powieści dziewczyna. 

Cóż, można ten "Joyland" nawet przeczytać, krzywdy nam nie zrobi, na pewno. Ja jednak widzę w tej książce dowód na lenistwo Kinga. Nie chciało mu się rozwijać być może interesującego pomysłu. Jeżeli ta powieść miała ambicje odtworzyć przeszłość i zbudować samą siebie na skale nostalgii, zabrakło jej gęstości, nasycenia detalami, które uwiarygodniłyby świat i pozwoliłyby w nim zamieszkać naszej uwadze. Jeżeli "Joyland" miałby być kryminałem, King musiałby przesunąć śledztwo na pierwszy plan. A gdyby ta powieść miała być typową obyczajówką, nie należało upychać w niej na siłę grozy. 

Niby dużo tego wszystkiego, ale jednocześnie wszystkiego za mało, jak w źle doprawionym barszczu. 

I tą kulinarną konkluzją żegnam Was do następnego razu.

piątek, 14 lipca 2017

Rozmiar nie ma znaczenia, czyli "Koralina" Gaimana

Nazwisko Neila Gaimana elektryzuje miłośników literatury fantastycznej. Ten wszechstronny i niezwykle utalentowany pisarz doskonale sprawdza się jako scenarzysta komiksowy (jest twórcą klasycznej już serii „Sandman” oraz „Marvel 1602” – oszałamiającej wizji komiksowego uniwersum osadzonego w alternatywnej rzeczywistości za czasów panowania królowej Elżbiety I), ale dla wielbicieli literatury pozostanie autorem wyrafinowanych „Amerykańskich bogów”, baśniowego „Gwiezdnego pyłu” czy onirycznego „Oceanu na końcu drogi” – tekstów, którymi zaskarbił sobie szacunek krytyków i miłość czytelników. Gaiman, wolny duch, wielki bajarz, czuje się jak ryba w wodzie tam, gdzie nic nie hamuje wyobraźni, gdzie fantastyka krzyżuje się z baśnią, horrorem, mitem, przypowieścią.

Gdy przyzwyczajony do opasłych tomiszczy czytelnik weźmie do rąk skromniutkich gabarytów Koralinę, być może poczuje pewien rodzaj rozczarowania. Współczesne standardy rynku wydawniczego kazałyby widzieć w tym dziełku Gaimana zaledwie zapowiedź większej całości, szkic, w najlepszym razie opowiadanie, którego nie powinno się wydawać osobno, ale wcisnąć pomiędzy inne podobnych rozmiarów teksty, by finalnie otrzymać grube, atrakcyjniejsze wydawniczo dzieło. Te niecałe 200 stron można przeczytać w spacerowym tempie w ciągu jednego dnia. Moim zdaniem jednak bardzo dobrze się stało, że Koralina nie obrosła w tłuszcz epizodów, zbędnych opisów, przypadkowych postaci snujących się gdzieś po marginesach tekstu. Gaiman okroił swój pomysł do absolutnie niezbędnych rozmiarów – nie rozsiał dygresji ani niepotrzebnych szczegółów. Dostajemy zwarty tekst napisany zgodnie z poetyką baśni, w której wszystko jest możliwe i nikt nie dziwi się pojawiającym się co i rusz nierealistycznym elementom. Z drugiej zaś strony nie mamy najmniejszych wątpliwości, że pisarz umieścił Koralinę w dzisiejszym świecie, w łatwo rozpoznawalnym „tu i teraz”, we współczesności, której niedoszłą ofiarą w pewnym sensie staje się tytułowa bohaterka.

Niestety, nieco manieryczna okładka tego wydania.

Koralina to nie do końca szczęśliwe dziecko dwojga zapracowanych rodziców. Ojciec i matka przeprowadzają się na prowincję, ale nie po to, by zwolnić tempo życia, ale by nic ich nie rozpraszało, gdy cały dzień stukają w klawiatury komputerów. Dom, do którego wprowadziła się rodzina dziewczynki, dzielony jest z ekscentrycznymi sąsiadami – dwiema emerytowanymi aktorkami i podstarzałym treserem… myszy. Okolica wygląda na zaniedbaną i wyludnioną, na większe zakupy trzeba jeździć samochodem. Nuda, poczucie osamotnienia i beznadziei błyskawicznie pochłaniają naszą bohaterkę, która w pojedynkę musi oswoić świat. Spokojna, ładnie opisująca monotonię ekspozycja szybko jednak zostaje przerwana za sprawą zawiązania akcji – Koralina w czasie eksplorowania domu odnajduje w jednym z pokojów prowadzące donikąd drzwiczki i pasujący do nich czarny, zimny klucz… Od tego momentu nuda staje się najmniejszym ze zmartwień dziewczynki.

Gaiman nie byłby sobą, gdyby w tej opowieści o smutnym dzieciństwie i nieobecnych rodzicach nie pozwolił dominować fantastyce. Jej elementy błyskawicznie zaczynają wysuwać się na pierwszy plan i zamieniają Koralinę w baśń z prawdziwego zdarzenia – baśń mroczną, skomponowaną wedle klasycznych, nieugrzecznionych wzorców, które kojarzymy na przykład ze spuścizną braci Grimm. Ta książka ma zasiać w sercach czytelników niepokój, zaś Gaiman z niezwykłym wyczuciem balansuje na granicy, po przekroczeniu której powieść ta stałaby się rasowym horrorem, a nieroztropni rodzice, którzy przeczytaliby tę opowieść dzieciom, mogliby się liczyć z nocnymi koszmarami swoich pociech. Koralina jest również niedalekim echem „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Jednak w porównaniu z ponurym i onirycznym dziełem Gaimana historia snu Alicji o świecie istniejącym w zwierciadle jest w sumie grzeczną, bezpieczną i uładzoną opowieścią. Rzeczywistość, którą Koralina odkrywa „po drugiej stronie domu”, przeraża, a zamieszkujące ją istoty, początkowo przyjazne, szybko odsłaniają swoje prawdziwe oblicze i niebezpieczne intencje.

Zastanawiać się można, dla kogo Gaiman napisał Koralinę, skoro młodsi czytelnicy z pewnością okupiliby jej lekturę nocnymi koszmarami. Zaryzykuję tezę, że książkę tę powinni przede wszystkim przeczytać rodzice, którzy być może nie zauważyli, jak mało czasu poświęcają własnym dzieciom. Czyż wszystkie kłopoty tytułowej bohaterki (i jej rodziców również) nie zaczęły się w chwili, gdy osamotniona dziewczynka zaczęła samodzielnie, bez większego przygotowania i doświadczenia, eksplorować wrogi jej świat? Czy przerażająca nowa matka, wyidealizowana wersja niedoskonałej prawdziwej matki, nie jest symbolem niezliczonych sił, które chcą zawładnąć opuszczonymi przez najbliższych dzieci, by uczynić je niewolnikami i zmusić do miłości? Taka właśnie interpretacja Koraliny bardzo mi odpowiada.

Ta znakomita książka to również opowieść o odwadze, która pomaga słabym pokonać zło, choć zdawać by się mogło silniejsze i sprytniejsze. Pocieszający finał i czytelny morał sprawiają, że Koralina jest krótką, ale emocjonującą przygodą czytelniczą, zaś narracja poprowadzona z perspektywy tytułowej bohaterki pozwala naprawdę polubić tę rezolutną dziewczynkę.

PS
Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

PS następne - okładka jest wybitnie manieryczna i nie podoba mi się. I już!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Więcej retro, mniej futuro, czyli "Amnezjak" Nowaka

Kiedy na czwartej stronie okładki zbioru opowiadań Jakuba Nowaka Amnezjak przeczytałem słowa, którymi nie kto inny jak Jacek Dukaj zachęca do lektury, przecierałem oczy ze zdumienia. Dukaja, oprócz oczywistych literackich konotacji, kojarzę z wyrażoną przez niego onegdaj tęsknotą za rozlewną epickością książek („cegieł”), które jego zdaniem zaspokajają fundamentalną potrzebę czytelniczą i pozwalają odbiorcom zatonąć w świecie przedstawionym. Nie mam pojęcia, czy Dukaj zmienił zdanie w sprawie rzeczonych „cegieł”, ale opowiadania Nowaka okrasił entuzjastycznymi słowami, a przy okazji niejako nobilitował ten gatunek, widząc w nim jedyne świadectwo niezależności artystycznej pisarza, który nie szuka ani taniego poklasku, ani tym bardziej wymiernego zysku.

Dukaj ma rację, gdy w bardzo przychylny sposób odnosi się do tekstów zebranych w Amnezjaku. To naprawdę porządny zbiór opowiadań, które w przeważającej większości mogą spodobać się miłośnikom różnych odmian fantastyki i choć zabrzmi to banalnie, każdy znajdzie tutaj coś miłego – i zwolennicy „twardego” science fiction starającego się sondować bliższą lub dalszą przyszłość, i wielbiciele historii alternatywnych, a nawet ci, którzy szukają w literaturze próby odpowiedzi na trudne egzystencjalne pytania.



Już pierwszy tekst Nowaka pt. Karnawał rzuca czytelnika na naprawdę głęboką wodę. Gęsty styl przypomina po części tzw. czarny romantyzm, po części młodopolską rozbuchaną prozę ekspresjonistyczną. Nowak posłużył się nim nieprzypadkowo, gdyż akcja opowiadania dzieje się w drugiej połowie XIX wieku w rozrywanej konfliktami politycznymi, wojennymi i społecznymi Europie. W samym środku historycznej zawieruchy polscy spiskowcy (jak to zawsze mieli w zwyczaju) knują, by pokrzyżować plany wrogich zniewolonej ojczyźnie sił. Płonne nadzieje, szaleńcze plany, skrajny idealizm oraz wieczna gotowość do poświęcenia (własnego lub cudzego) życia składają się na wiarygodny portret irracjonalnych patriotów, wiecznych konspiratorów. Swoje niemal historiozoficzne rozważania Nowak wzbogaca o elementy charakterystyczne dla literatury fantastycznej – pojawiają się potężne i obce organizmy trawiące całe miasta, bohaterowie po przejściu progu śmierci zyskują nadnaturalne możliwości, zaś tytułowy karnawał, zbieranina różnej maści wynaturzonych, żądnych krwi istot, krąży po całej Europie i symbolizuje obłęd historii, której wściekłe spazmy, orgie zniszczenia mogliśmy niemal od zawsze obserwować na starym kontynencie. Siła tego tekstu drzemie w plastycznym i niemal poetyckim języku, który przeobraża wizje autora w wielowymiarową i oddziałującą na zmysły całość. A gdyby Jacek Malczewski mógł zilustrować Karnawał, mielibyśmy do czynienia z dziełem skończonym.

Dziwne dni to alternatywna wizja historii XX wieku. Polska i inne kraje Europy Środkowej po drugiej wojnie światowej szczęśliwie znalazły się poza strefą wpływów Związku Radzieckiego i pławią się w ciepłych promieniach słodkich lat 60., kołyszą się na falach łagodnej kontestacji systemu. W takiej właśnie Polsce powstaje zespół The Doors, którego wokalistą jest Jim Morrison – syn oficera amerykańskiej marynarki wojennej, której baza znajduje się na bałtyckim wybrzeżu. Zespół odnosi oszałamiające sukcesy, a czytelnik zagląda za kulisy sławy, towarzyszy muzykom pomiędzy koncertami i na samej scenie, stopniowo również poznaje ciemniejszą stronę życia rockowych bożyszczy… Autor naszpikował swój tekst rozlicznymi nawiązaniami do popkultury, do polskiej i światowej muzyki rozrywkowej lat 60. Rodzimego miłośnika rock n’ rolla mogą cieszyć (a jednocześnie napawać delikatnym smutkiem) sugestywnie opisane sukcesy polskich wykonawców, które, niestety, zaistniały jedynie w alternatywnej rzeczywistości. Gdyby pisarz „zatrzymał” opowiadanie w tym miejscu, otrzymalibyśmy naprawdę sympatyczną wariację na temat tego, „co by było gdyby?” Nowak jednak nakłada na swój tekst dodatkową warstwę – opowiadanie o polskich The Doors rozwija się równolegle z opowieścią o prl-owskim superbohaterze, dzielnym kapitanie milicji Żbiku. Zabieg nie tylko w sprytny sposób zmusza odbiorcę do namysłu nad mnogością możliwych ścieżek, którymi mogła pójść historia Polski, ale również w wyrafinowany sposób oddaje hołd Człowiekowi z Wysokiego Zamku, jednej z najlepszych wizji alternatywnych autorstwa Philipa Dicka. To dzięki znajomości tej właśnie powieści czytelnik ma możliwość delektowania się opowiadaniem Nowaka.

Amerykański autor pojawia się również w Rychu, stanowiącym intrygującą wariację na temat jednego z najbardziej „odjechanych” pomysłów Dicka, któremu wydawało się, że Stanisław Lem nie jest pisarzem z krwi i kości, ale zespołem autorów zza żelaznej kurtyny. Dick tłumaczył swoje podejrzenia arbitralnym przeświadczeniem, że żaden „pojedynczy” pisarz nie umiałby posługiwać się piórem z taką sprawnością, wykorzystując przy okazji tyle różnych stylów, gatunków i języków. Nowak odtwarzając nierzeczywisty, zanurzony w narkotykowej mgiełce świat przypominający Californię, zastanawia się, jak mogłoby wyglądać spotkanie tytana amerykańskiego science fiction z prawdziwą radziecką komórką szpiegowską zwaną SLEM rezydującą tymczasowo w Stanach Zjednoczonych. Miłośnicy Dicka znajdą w tym opowiadaniu mnóstwo odniesień do jego biografii, przede wszystkim do na poły religijnych doświadczeń, które prześladowały pisarza i kazały mu zwątpić we wszystko, co do tej pory wiedział o świecie.

Jeśli miałbym szukać czegoś, co spaja przynajmniej większość tekstów Nowaka, byłaby to szeroko rozumiana przeszłość, z której czerpie on pełnymi garściami. Umiejętnie odwołuje się do stylistyki przywodzącej na myśl daną epokę literacką lub zasypuje czytelnika lawiną rekwizytów charakterystycznych dla łatwo rozpoznawalnych czasów; takie Retro w znakomity sposób oddaje przerażająco beznadzieją atmosferę schyłkowego PRL-u, a dzieje się tak dlatego, że Nowak pieczołowicie odtwarza rzeczywistość tamtych czasów. Gromadzi dziesiątki motywów charakterystycznych dla epoki, nakazuje bohaterom mierzyć się z problemami, jakie fundowały swoim obywatelom demokracje ludowe. Połączył to z cyberpunkową poetyką, co znowu zaowocowało intrygującą całością.

Inaczej historię potraktowano w tytułowym Amnezjaku – kaskaderskiej i chyba nie do końca udanej próbie diagnozy polskości. Nowak w osobliwy sposób odtwarza nasze mity założycielskie („Wanda, co Niemca nie chciała”), dodaje do nich postacie polskich królów, każe swoim bohaterom zatonąć w groteskowo odtworzonej kibicowskiej subkulturze, by zabrać (być może) głos w sprawie kształtu naszej tożsamości narodowej, której nieodłączną cechą wydaje się być niechęć do obcych – obcych nacji i obcych-swoich (kibiców zwaśnionych klubów piłkarskich). Nie przekonało mnie to opowiadanie, miałem wrażenie, że Nowak próbuje ożenić Gombrowiczowską groteskę z wyrachowaną wulgarnością debiutanckiej powieści Doroty Masłowskiej. I nawet umiejscowienie akcji gdzieś w otchłaniach kosmosu nie mogło uratować tego tekstu.

Zmierzając do finału moich rozważań, zaryzykuję tezę, że najprawdopodobniej jesteśmy (zarówno jako odbiorcy, jak i piszący) skazani na odwoływanie się do przeszłości. Nawet autorzy science fiction, gatunku predysponowanego do patrzenia w przyszłość, bardzo często sięgają do mniej lub bardziej umownego „wczoraj”. Zawłaszczają niegdysiejszych bohaterów, rekwizyty, idee, wydarzenia, teksty kultury i przetwarzają je, by powiedzieć coś (nowego?) o człowieku i świecie. Zaś sam Nowak, paradoksalnie, częściej woli mówić o naszej teraźniejszości, niż szukać odpowiedzi na pytania, jaka może być czekająca nas przyszłość. Amnezjak jako zbiór opowiadań chyba będzie mógł potwierdzić moje spostrzeżenia.

piątek, 19 maja 2017

Po dżentelmeńsku, czyli "Opowieści z dziesięciu światów" Clarke'a

Od dłuższego czasu mam wrażenie, że nie ma sensu pisać "prawdziwego" wstępu do recenzji książek autorstwa klasyków literatury science fiction. Każdy, kto zrobił już drugi lub trzeci krok na drodze poznania tego gatunku, musiał zetknąć się z takimi nazwiskami jak Heinlein, Asimov, Dick, Le Guin czy Lem... Ojcowie założyciele (albo doktorzy kościoła fantastyki) są na tyle silnie umocowani w świadomości kolejnych generacji czytelników, że pisanie o nich bezosobowego i obiektywnego wstępu przypomina każdorazowo wyważanie otwartych od pół wieku drzwi. Chcecie wiedzieć, kim był, kiedy debiutował i jakie nagrody zdobył Clarke? To sobie sprawdźcie. Krótko mówiąc (zamiast wstępu) - Clarke, jaki jest, każdy widzi.

Gdy kończyłem lekturę "Opowieści z dziesięciu światów" byłem bardziej niż zadowolony. Tak właśnie powinny wyglądać opowiadania. Ma być krótko, zwięźle, z pointą, elegancko. W większości przypadków finał tekstu rozwiązuje nabrzmiewający powoli problem, czytelnik nie ma szans domyślić się błyskotliwego i jednak prawdopodobnego rozwiązania akcji, które jak nożem ucina całą fabułę i zostawia odbiorcę z uczuciem błogiego niedosytu. Wszyscy adepci pióra mogliby na tekstach Clarke'a uczyć się sztuki panowania nad pomysłem wyjściowy i prowadzenia go do punktu kulminacyjnego.

Co osobliwe, Clarke ani razu nie rozwija motywów typowych dla pulpowych opowiastek. Nie znajdziemy tu ani inwazji obcych, ani podróży w czasie, ani opowiadań, które ilustrowałyby prawidła losu przy pomocy parabolicznego sztafażu. Pisarz po prostu robi swoje i pokazuje, co mogłoby w przyszłości spotkać człowieka, gdy ten wybierze się w kosmos lub gdy ten kosmos postanowi przypomnieć mu o panujących w przestrzeni prawach. Jasne, trafimy tutaj również na skromne bo skromne,  ale obecne rozważania o człowieku, jego powinnościach moralnych, słabościach, marzeniach, jednak Clarke pisząc swoje opowiadania, zakłada siedmiomilowe buty i za każdym razem błyskawicznie przechodzi do pointy. Nie dla niego pogłębiona psychologia i niuanse życia wewnętrznego. Trudno jednak uznać to za jakąkolwiek słabość tych tekstów.

Dla porządku przypomnę tylko, że "Opowieści z dziesięciu światów" to zbiór opowiadań opublikowanych w latach 50 i 60, w heroicznych czasach fantastyki, gdy wszystko wydawało się możliwe, kosmos stał przed ludzkością otworem, a latające samochody i spacery po powierzchni skolonizowanego Marsa były w zasięgu jednego, no może dwóch pokoleń Ziemian... 



Czym częstuje nas autor? Krótka lista "pomysłów" przed Państwem:

* astronauta uwięziony na planetoidzie, którą powoli pożera słońce,

* astronauta uwięziony w nawiedzonym kosmicznym skafandrze (zabójcza pointa),

* pechowy złodziej na Marsie,

* udana okrutna zemsta na radzieckim kosmonaucie,

* awaria komputera uniemożliwiająca powrót na macierzystą planetę,

* pies z księżycowej bazy ratujący swego pana...

Opowiadań mamy 15 i niemal każde z nich gwarantuje nam albo uśmiech, albo chwilę refleksji, albo delikatny dreszczyk emocji, albo konieczność nabrania głębokiego oddechu. Nie znajdziemy tu przemocy, seksu, nieracjonalnej udziwnionej fantastyki. Całość jest taka... hmm... dżentelmeńska, tak powiem. Ten tom opowiadań nadaje się idealnie, by poprowadzić kogoś korytarzami muzeum fantastyki naukowej. Być może zgromadzone w "Opowieściach..." eksponaty nie pokryły się jeszcze kurzem i mogą dostarczyć solidnej porcji wrażeń. 

Cóż rzec więcej? Książkę onegdaj wydało w Polsce "Wydawnictwo Literackie" i przy odrobinie trudu, można ją znaleźć w bibliotekach lub na aukcjach internetowych. Ja polecam serdecznie. 

sobota, 6 maja 2017

Na zero, czyli "Realizm" Wilczyka

Nazwisko Wojciecha Wilczyka kojarzone jest raczej z fotografią, gdyż jego poetyckie dokonania migoczą gdzieś w oddali, w muzealnych gablotach, w których umieszczono większość reprezentantów tzw. pokolenia bruLionu. Autor istnienie jednak z powodzeniem jako dokumentalista polskiej rzeczywistości i z iście pedagogicznym zacięciem podporządkowuje swoją sztukę jednemu celowi - chce uświadomić Polakom, że drzemie w nich antysemityzm, że akceptują oni bierną agresję wymierzoną przeciwko Żydom. Wilczykowi nie podobają się zarówno kibicowskie bazgroły na murach ("Polska dla Polaków", "Jude raus!") jak i odpustowe portrety lub figury Żydów, którzy ściskając w spracowanych dłoniach pieniążki, mają przynosić szczęście w interesach.*

Parę razy wdawałem się w dyskusje z samym autorem (prowadzi on blog HIPERREALIZM), który dosyć często na swoim łamach zamieszcza materiały dokumentujące antysemickie ekscesy (najczęściej graficzne) naszych rodaków, jednak nigdy nie udawało nam się dojść do porozumienia. On wie swoje, ja wiem swoje na temat Polski, w której nie widzę aż tak mrocznej podszewki. Rozchodziliśmy się bez porozumienia i to się chyba nigdy nie zmieni.



Z tomikiem poetyckim Wilczyka mam podobne doświadczenie - też się rozchodzimy bez większego porozumienia, chociaż spotkanie z tymi wierszami było na pewno dużo bardziej satysfakcjonującym doświadczeniem, niż odbiór fotografii tego samego autora, które uważam za po prostu nudne. No ale nie o tym dzisiaj...

Tytuł tomiku jakoś jednak zobowiązuje, więc Wilczyk unikając jakichkolwiek skomplikowanych ekwilibrystycznych figur stylistycznych, uciekając przed mgławicowymi introspekcjami, uparcie oddaje hołd widzialnemu światu i w swoich najlepszych tekstach kontynuuje tradycję amerykańskich obiektywistów. Czuć tutaj i Williamsa, i Reznikoffa, a nawet Cendrars (chociaż to Francuz) by się jakoś zmieścił w szerokie ramy kontekstu.

Wszystko ładnie pozamykane w krótkich nomen omen migawkowych wierszach skupionych wokół pojedynczych izolowanych scen. A tu jakaś rozmowa na ulicy, a to urywek obserwacji, a to wzrok przeniesiony z punktu na punkt w przestrzeni. Ludzie, przedmioty, miejsca. Polaroidowo się dzieje. 

Jasne, wiersze te mogą sprawiać przyjemność swoimi ostrymi pointami, ale niestety gwoździe tych point (ależ mi wyszła metafora) wbite są zbyt płytko, nie zaskakują. W odróżnieniu od swojego bliskiego kolegi po piórze Grzegorza Wróblewskiego, Wilczyk nie zderza w przestrzeni jednego wiersza różnych, czasem całkowicie sobie obcych rejestrów, Wróblewskiemu wystarczy kilka linijek, by spiąć  w jedną całość romantyzm z grozą, sarkazm z powagą, drgnięcia duszy z wiadomościami "z kraju i ze świata." Wilczka nie stać również na obezwładniający cynizm, dezaprobatę w stosunku do życia jako takiego. Autorowi "Realizmu" jednak o coś chodzi, a chodzi mu tak bardzo, że łatwo może osunąć się w stronę obsesji na punkcie wspomnianego wcześniej antysemityzmu...

Cóż, widzę w tych wierszach niezły materiał, który mógłby wzbogacić licealne podręczniki do języka polskiego. Taki "Mendel Gdański" Konopnickiej mógłby zostać z powodzeniem skomentowany którymś z bardziej zaangażowanych wierszy Wilczyka. Ta demaskatorska postawa poety nie do końca mi odpowiada, tak jak nie odpowiada mi jakakolwiek społecznie zaangażowana liryka, która już zdążyła wypatrzeć wroga i wciąż uparcie kopie przeciwnika w tę samą kostkę. Wilczyk jako spadkobierca pozytywistów walczących o asymilację Żydów? Być może... Chociaż nie wiem, czy nie mam w tym przypadku do czynienia z pedagogiką wstydu - czytając te wiersze, czuję, że komuś bardzo by zależało na tym, bym spowiadał się nie ze swoich grzechów, bym odsłonił się jako antysemita i posypał sobie głowę popiołem.

Ech, kupiłem tę książkę, przeczytałem i odłożyłem. Anim nią zyskał, anim stracił. Bywa...

__________________________________________________________________________

* Mój dobry kumpel kiedyś zaprosił mnie do swojego nowego mieszkania. Patrzę, a tam na półce stoi drewniany Żyd z grosikiem w drewnianych palcach. 
- Stary, a ty co z tym Żydem? - pytam,
- Niby nic, ale wyobraź sobie, że dostałem tego Żyda i dwa dni później sprzedałem kask na motor dwa razy drożej, niż kupiłem. 

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak się bać, to tylko w "Slade House" Mitchella

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bałem się, czytając książkę. O ile oglądanie horrorów przypłacam niemal zawsze stanem przedzawałowym i często odwracam wzrok od ekranu, o tyle obcowanie z literaturą grozy nie grozi mi podobnymi atrakcjami. Słowa nie „wyświetlają” obrazów w głowie, samo czytanie zaś jest czynnością intelektualną, nie emocjonalną. Nie umiem czytać naiwnie, beztrosko taplać się w płytszych lub głębszych kałużach tekstów. Chcąc nie chcąc, analizuję, szukam motywów, umiejscawiam dane dzieło w konkretnych kontekstach, oceniam konstrukcję postaci, sonduję złożoność świata przedstawionego. Nie umiem inaczej i wiem, że na pewno coś z tej racji tracę.

A więc ostatni raz przestraszyłem się w szkole podstawowej, gdy na fali fascynacji pulpowymi horrorami zaczytywałem się między innymi Jamesem Herbertem i Grahamem Mastertonem, którzy potrafili wylać mi na głowę lodowate wiadro strachu. Po latach zacząłem odbierać horror jako mocno skonwencjonalizowany i przewidywalny gatunek, którego ani wyrobnicy (Guy N. Smith), ani uznani mistrzowie (Stephen King), ani klasycy (Lovecraft) nie są w stanie zaaplikować mi solidnej dawki pożądanego przecież strachu. Niespodziewanie ta sztuka udała się Davidowi Mitchellowi, wielokrotnie nagradzanemu brytyjskiemu pisarzowi. Jego „Atlas chmur” lub „Czasomierze” z powodzeniem rozsadzały ramy fantastyki, z którą Mitchell jest najczęściej kojarzony.


Slade House, jego najnowsza powieść, nie zadowoli miłośników tzw. cegieł, opasłych tomiszczy, które na przestrzeni setek stron powoli rozwijają przed czytelnikiem świat przedstawiony zaludniony przez dziesiątki postaci i tętniący od epizodów. Slade House ma mniej niż 200 stron i doprawdy trudno oddać tej znakomitej książce całą sprawiedliwość bez ryzykowania, że zdradzi się w recenzji coś, czego by sobie nie życzył przyszły czytelnik.

Tytułowy budynek to osobliwe miejsce gdzieś w angielskiej metropolii, które jak magnes przyciąga osoby o określonej konstrukcji psychicznej – słabych, skrzywdzonych, zakompleksionych „ludzi o pięknych duszach”, którym świat nie pozwolił rozkwitnąć, nie docenił ich. Ci, którzy miną typowy angielski pub „The Fox and Hounds”, znajdą się w wąskim ceglanym zaułku i przejdą przez niewielkie czarne drzwiczki, trafią do ogrodu otaczającego piękny, majestatyczny wiktoriański dom, którego nie ma prawa tam być…

Powieść składa się z pięciu rozdziałów – poznajemy w nich pięć ofiar tytułowego domu i jego mieszkańców, którzy regularnie co 9 lat pojawiali się w pobliżu „The Fox and Hounds”, by zwabić kolejnych nieszczęśników. Książka rozpoczyna się w roku 1979, a kończy w 2015. Mitchell doskonale oddaje atmosferę poszczególnych dekad – częstuje czytelników albo subtelnymi sygnałami, rozrzucając rekwizyty oddające koloryt czasów, albo jak w rozdziale opisującym lata 90. zanurza odbiorców w muzycznym zgiełku, w którym pulsują britpopowe i triphopowe hymny.

Bohaterowie poszczególnych części to ludzie z krwi i kości, dzieci swoich dekad, są wielowymiarowi i wiarygodni, a fakt, że narracja każdorazowo jest pierwszoosobowa sprawia, że każda z postaci mówi i myśli swoim własnym rozpoznawalnym językiem.

Nie wiem, czy Mitchell chciał napisać typowy horror, chociaż do pewnego momentu książka wzorcowo kontynuuje tradycję wiktoriańskich powieści grozy, których autorzy wyjątkowo często umieszczali mrożącą krew w żyłach akcję w potężnych domostwach, w rezydencjach na korytarzach których równie często można było spotkać usłużnego lokaja, co złośliwego ducha. Problem z tego typu opowieściami za każdym razem jest identyczny – źródłem grozy (a tak naprawdę zjawisk nadprzyrodzonych) jest owa niewidzialna strona rzeczywistości, która nacieka na nasz świat i daje się rozpoznać tylko przy pomocy takich narzędzi jak intuicja lub postrzeganie ponadzmysłowe. Jednak wielbiciele fantastyki rzadko kupują tego typu rozwiązania. Oni chcą czegoś innego, jakiegoś (powiedzmy) logicznego, pomysłu tłumaczącego nie tylko obecność zjawisk nadnaturalnych, ale również motywacje ich działania.

Mitchell zaspokaja tę potrzebę i w wirtuozerski sposób tłumaczy zjawiska mające miejsce w Slade House. Angażuje do tego okultystyczne narzędzia i tworzy imponującą literacką wizję, gdyż rozgałęzia się ona w kierunku budowania całej kosmologii, o której istnieniu mogą mieć szczątkowe pojęcie tylko wtajemniczeni i praktykujący adepci nauk tajemnych. Delikatny zapach prozy Lovecrafta unosi się znad powieści Mitchella, a podobna mroczna i nieludzka atmosfera gęstnieje ze strony na stronę.

Część czytelników kręciła nosami, żałując, że Slade House nie jest dłuższą książką. Ja jednak bronię w sumie odważnej decyzji autora – w czasach, gdy standardem stają się olbrzymich rozmiarów tomy, Mitchell proponuje nam skoncentrowaną i precyzyjną do granic możliwości (prozy) powieść. Każdy z rozdziałów wprowadza odmienną narrację, a usytuowanie miejsca akcji dokładnie w tej samej okolicy pozwala na śledzenie zmian, jakie zachodzą pod wpływem płynącego czasu. Na dodatek pisarz zgrabnie przemyca detale, które powtarzają się w kolejnych odsłonach powieści.

Matematyczna struktura tej książki jest doprawdy imponująca. Jako miłośnik muzyki zaryzykuję porównanie Slade House do utworu jazzowego. Znajdziemy tutaj temat (fatalna w skutkach wizyta w tytułowej nieruchomości), znajdziemy kolejne wariacje na temat usłyszanego na początku motywu, które to różnią się od siebie temperaturą emocjonalną i konkretnymi rozwiązaniami fabularnymi oraz nie powielają już raz zaproponowanego rozwiązania. Całość kończy się zaskakującą kodą, do której Mitchell powoli nas przygotowywał.

W tym momencie muszę powrócić do strachu, o którym wspominałem na początku tej recenzji. Przyjmuje się mówić, że boimy się tego, czego nie znamy. W Slade House dzieje się inaczej – wiedząc, co spotkało bohaterów w pierwszym rozdziale, i spodziewając się tego, co może czekać kolejne ofiary domu, drżałem, obserwując ich bezradność w konfrontacji z przerażającym budynkiem.

Sięgnijcie więc po tę niewielkich rozmiarów książkę. Jeżeli nawet przeczytacie ją (waszym zdaniem) za szybko, zawsze możecie za jakiś czas do niej wrócić. Tak gęstą i wyrafinowaną prozą można cieszyć się po wielokroć.

Recenzja ukazała się najpierw na łamach Fantasta.pl 

piątek, 14 kwietnia 2017

Są gogle, jest steampunk, czyli "Zatopić >>Niezatapialną<<" Hrycyszyn

Jako konwencja literacka steampunk jest apetyczny, ładny, estetyczny. Umownie rozumiana belle époque, fin de siècle’owa dekoracja, w której autorzy osadzają opowieści, same w sobie mogą być pociągające, a dla pisarza dość proste w obsłudze. Wystarczy wszak odwołać się do rozpoznawalnych rekwizytów epoki (powozy, falbaniaste suknie, cylindry, laseczki, monokle), zainstalować w tworzonej rzeczywistości technologię (opartą rzecz jasna na wszelkich możliwych modyfikacjach maszyny parowej), dodać szczyptę magii, która elementem obowiązkowym nie jest, ale wygląda dobrze, jak paląca się fajka w dłoni gestykulującego wykładowcy… I gotowe! Wszelkie zaś nieścisłości związane z odtwarzaniem realiów XIX wieku autor tłumaczyć może świętym prawem fantastyki do dowolnego rozmieszczania rekwizytów, naginania faktów, swoistą licentia poetica.
Można się zżymać, że steampunk jako owoc tęsknoty za wiktoriańską rzeczywistością, staromodną akuratnością, szybko stał się tylko ładnie skrojonym kostiumem przywdziewanym na okoliczność opowiedzenia mniej lub bardziej oryginalnej historii. A jednak jako konwencja często broni się sam – tło obyczajowe, scenografia, rekwizyty, technologia opisane są do tego stopnia sugestywnie i fascynująco, że daną powieść da się odbierać jako swoisty przewodnik po alternatywnym świecie.
Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że sukces steampunkowej prozy zależy od jej „gęstości”, od nasycenia tekstu detalami budującymi atmosferę. Sama intryga zaś może mieć znaczenie drugorzędne, gdy czytelnik zanurzy się wystarczająco głęboko w wykreowanej rzeczywistości, da mu się świat o poziomie złożoności zbliżonym do poziomu dziewiętnastowiecznych powieści realistycznych.
Ten obszerny wstęp wydał mi się niezbędnym, by móc opowiedzieć o powieści Zatopić „Niezatapialną” Anny Hrycyszyn i udowodnić, że książka charakteryzowana jako „przygodowy steampunk w pełnej krasie” tylko po części spełnia pokładane w niej nadzieje.

Obrazek malutki, bo okładka brzydka.

Tytułowa „Niezatapialna” to piracki parowiec, którego (niemal) całkowicie żeńską załogą dowodzi niejaka Jollienesse Rożnowski, renegatka , córka onegdaj skazanego przez rządzących buntownika-społecznika. Piracka jednostka zdążyła obrosnąć w legendę, napadając na kupieckie statki wożące towary w Krainie Tysiąca Jezior i Rzek i wymykając się z wszystkich pułapek, jakie strażnicy prawa nieudolnie na „Niezatapialną” zastawiali.
Brzmi, powiedzmy, zachęcająco, chociaż opowieści o sympatycznych banitach, o których prosty lud śpiewa ballady, jest na pęczki i rzadko zdarza się odkryć jakąś niezbadaną dotąd ścieżkę, którą mogła pójść wyobraźnia autora. Częściej obcujemy z doskonale rozpoznawalnym schematem, z mutacją historii o Robin Hoodzie czy innym Janosiku grającym władzy na nosie.
Świat książki Hrycyszyn jest niestety płaski i pomimo niemal 400 stron objętości, nie oferuje odbiorcom rozbudowanej rzeczywistości. Czytając dobrze napisaną powieść, możemy mieć wrażenie, że życie opisane na jej kartach toczy się nawet wtedy, gdy o nim nie czytamy. Bogactwo szczegółów, detale świata przedstawionego, bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni, motywacje pchające do działania jednostki i grupy społeczne, myśli i przelotne wrażenia budujące wnętrza postaci – to wszystko pozwala powieści ukorzenić się w świadomości czytającego. Natomiast Zatopić „Niezatapialną” nie oferuje niczego poza kilkoma podstawowymi informacjami mającymi zarysować dość ubogą scenografię, na którą składa się kilka nazw własnych krain, miast i rzek. Czytelnik niewiele wie o świecie, w którym dzielna piratka stawia czoła ścigającym ją żołnierzom – jest jakaś rzeka, jakaś jej delta, jakieś portowe miasta, jakieś potężne państwo połączone z innym państwem jakąś unią. Są uwarunkowania społeczne, które uprawdopodobniają wybory życiowe bohaterów, ale mają one charakter pretekstowy. Nie da się w nie uwierzyć lub uznać za na tyle istotne, by w ich imieniu albo łamać prawo, albo rzucać się w objęcia nieznajomych mężczyzn, albo zdradzać armię.
Same postacie również nie pozwalają łatwo w siebie uwierzyć. Trudno domyślić się ich motywacji, a nawet sama główna bohaterka, której poświęcono najwięcej miejsca, nie wydaje się wiarygodna. Walczy, romansuje, knuje, unosi się gniewem lub pokornieje pod dyktando doraźnych rozwiązań fabularnych. Miłość, którą zapałał do Jollienesse Rożnowski ścigający ją kapitan Feliks Ucelli, jest zbyt prostym chwytem i zdecydowanie zbyt łatwo autorka posługuje się tym motywem, by pchnąć akcję do przodu.
Powieść Hrycyszyn może budzić zrozumiały odruch niedowierzania. Uśmiech wywołują szczere zapewnienia autorki (wygłaszane ustami różnych bohaterów książki), która upiera się, że załoga złożona z samych niewiast może siać największy postrach na wodach, na których pływają również inne, daleko bardziej okrutne pirackie załogi.
W kontekście powyższych zarzutów sama fabuła jest najmocniejszą stroną powieści. Amatorzy przygodowych, awanturniczych historii znajdą tutaj i pościgi, i strzelaniny, i pojedynki. Mężczyźni są honorowi i szybko sięgają w dyskusjach po argument siły, kobiety są piękne i zabójczo niebezpieczne. Zwłaszcza gdy mają do dyspozycji parowiec uzbrojony w działa zdolne zatopić ścigające je jednostki. To się może spodobać. Komuś.
Zatopić „Niezatapialną” nie jest powieścią dobrą, ale może się obronić w kontakcie z mniej wyrobionym odbiorcą, który dopiero nabiera ogłady czytelniczej. Radzę więc pomyśleć o tej książce jak o pierwszym stopniu wtajemniczenia, tylko wtedy może ona objawić swoje atuty.

Recenzja najpierw ukazała się na łamach Fantasta.pl 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dziadek fantasy, czyli "Trzy serca i trzy lwy" Andersona

Nie powiem, żebym pałał jakąś szczególną miłością do literatury fantasy i po wielokroć dawałem wyraz mojemu chłodnemu stosunkowi do tego gatunku. Moim skromnym zdaniem im bardziej dzieło fantasy jest "przegięte", kampowe, drwiące sobie ze świętości gatunku, tyle lepsze - dla czytelników i dla samego siebie. "Prawdziwe" fantasy, w odróżnieniu od science fiction, nudzi mnie śmiertelnie. Szkoda moich pięknych oczu...



Zdziwiłem się więc niemożliwie, gdy chwyciwszy klasyczną, wydaną w 1961 roku powieść fantasy "Trzy serca i trzy lwy" Poula Andersona, zacząłem odczuwać swego rodzaju czytelniczą satysfakcję. A zacząłem tę książkę czytać, gdyż:

a) była szczupła (wolę szczupłe książki, z kobietami mam odwrotnie),
b) Anderson napisał rewelacyjną przewrotną "Podniebną krucjatę",
c) "Trzy serca i trzy lwy" nawiązują do jednej z moich ulubionych powieści, do "Jankesa na dworze króla Artura" Marka Twaina.

Powyższą kolejność należy traktować jako nieprzypadkową.

Powieść na konstrukcję klamrową - otwiera i zamyka ją (powiedzmy) współczesność. Bohaterem jest sympatyczny młody Duńczyk, dusza-człowiek, łagodny olbrzym, który na wieść o wybuchu II wojny światowej opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i wraca do okupowanej ojczyzny, W czasie jednej z akcji zostaje ranny i przygwożdżony ogniem hitlerowców, traci przytomność, by...ocknąć się w średniowiecznej Europie. No, lub w krainie mocno ją przypominającej.

Chyba nie ma większego sensu zastanawiać się nad mechanizmami, które uruchomiły silnik powieści. Ważniejsza jest przygoda, którą właśnie rozpoczyna bohater. Strumień wypadków jest naprawdę rwący, a rytm, w jakim pojawiają się kolejne atrakcje, przypomina jako żywo mechanikę gier przygodowych - postać pokonuje kolejnych wrogów (wiedźmę, upiory w zbrojach, trolla, wilkołaka, syrenę...), zdobywa niezbędne doświadczenie, otacza się przyjaciółmi, których umiejętności okażą się kluczowe w newralgicznych momentach. Wesoła kompania złożona z szlachetnego rycerza, ślicznej dziewczyny (zamieniającej się w łabędzia, taka tam umiejętność), krasnoluda-realisty i tajemniczego wojownika ze Wschodu to gromadka, jakiej nie powstydziłaby się żadna baśń lub gra fabularna.

Akcja pędzi na łeb, na szyję, jak koń popędzany ostrogami. Nie da się tu wyczuć głębszego intelektualnego zaplecza. No ale przecież nie o to chodzi, by czytelnik "Trzech serc..." zapadł w filozoficzną zadumę nad złożonością świata, chociaż sam bohater od czasu do czasu zaczyna się zastanawiać, czy zmagania pomiędzy Złem a Dobrem, w których chcąc nie chcąc uczestniczy, nie są przypadkiem odbiciem tego samego starcia mającego miejsce w mrocznych latach II wojny światowej. (Dobre pytanie, zapisać je sobie.)

Jasne, miłośnicy cynicznych i niejednoznacznych moralnie bohaterów Sapkowskiego czy innego Martina będą kręcić nosem, ale ja tam lubię proste rozwiązania w prostych książkach, lubię te opowieści o Dobru i Złu, o Porządku i Chaosie, chociaż gdy patrzę na blat mojego biurka i pulpit komputera, zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zaprzedałem się tej ostatniej sile...