poniedziałek, 12 listopada 2018

Strach się bać, czyli "Upiorna opowieść" Strauba

Miłośnikowi grozy wystarczy pobieżna lektura podstawowych źródeł, by mógł on się przekonać, że duchy to jeden z najstarszych motywów literackich. Wiara w możliwość kontaktu żyjących ze zmarłymi, którzy pod różnymi postaciami i przy pomocy rozmaitych metod sprowadzani są na ten świat, pojawia się niemal od samego początku istnienia literatury. Klasyczne teksty zaludniały całe zastępy istot z zaświatów – duchy bliskich wywoływane przez Odyseusza, zjawy ilustrujące piekło wyrzutów sumienia Makbeta, czy Jaś, który męczył biedną Karusię.


Rzecz jasna duch nie był równy duchowi. Raz przyjmował postać mrocznej, przyprawiającej o kołatanie serca istoty, która dręczyła śmiertelników (jak w przypadku W kleszczach lęku Henry’ego Jamesa), kiedy indziej dobrotliwego widma, umożliwiającego zgorzkniałemu Ebenezerowi Scrooge’owi powrót na łono społeczeństwa. Innymi słowy w horrorze duch to element równie oczywisty jak kowboj w klasycznym westernie.


Horror niesłusznie chyba znalazł się dziś w getcie literatury gatunkowej i, traktowany po macoszemu przez „poważnych” krytyków i czytelników, nie ma zbyt wiele na swoją obronę. Pojawiają się jednak teksty tak niezwykłe jak Upiorna opowieść Petera Strauba. Sześćset stron prozy najwyższej próby, która zachowując odpowiednie proporcje, mogłaby wyjść spod pióra Jorge Louisa Borgesa, potrafi oszołomić najbardziej wyrafinowanego odbiorcę. Wielopoziomowość, szkatułkowa konstrukcja, precyzja wykonania, wyraźne i pełne szacunku odwołania do tradycji gatunku, meandrująca fabuła, duszna i zawiesista atmosfera – takimi właśnie określeniami zasypałbym kogoś, kto zapytałby mnie, dlaczego warto po tę powieść sięgnąć. Gdybym miał więcej czasu, moja rekomendacja rozwinęłaby się w pełną niekłamanego podziwu (nomen omen) opowieść.




W niewielkim amerykańskim miasteczku Milburn istnieje nieformalne Stowarzyszenie Chowder (słowo to oznaczać może tyle, co „flaki z olejem”). Czterech szanowanych panów w średnim wieku spotyka się, by usiadłszy wygodnie w fotelach, częstować się wzajemnie niesamowitymi opowieściami. Historie te, będące mieszaniną spowiedzi i konfabulacji, stanowić mogą zamknięte całości i przy odrobinie dobrej woli da się je czytać w oderwaniu od reszty tekstu. Straub wybiera jednak schemat powieści szkatułkowej i każda „wewnętrzna narracja” łączy się zarówno z całością dzieła, jak i odsyła do różnorakich kontekstów, historii gatunku, a nawet konkretnych nazwisk – postaci literackich lub twórców.


Dzieło Strauba to jednak nie tylko rzecz o opowiadaniu. Gdyby tak było, autentyczna groza zamknęłaby się w bezpiecznych ramach snutych opowieści i czytelnik łatwo rozproszyłby się, uświadomiwszy sobie, że słucha czyjejś historii, a opowiadający siedzi wygodnie w fotelu i popija herbatę. Jest jednak inaczej – członkowie Stowarzyszenia konfrontowani są z nadnaturalnymi wydarzeniami, które jak potężny niż nadciągnęły nad Milburn i przydusiły je własnym ciężarem. Stąd też w miasteczku pojawiają się upiory, widma przeszłości prześladujące bohaterów, tajemnicza siła zabija owce, a dawno nieżyjący materializują się na zaśnieżonych drogach.


Straub w zimny, zdystansowany i precyzyjny sposób tworzy prozę wysokiej jakości. Gdyby odrzeć Upiorną opowieść z wszelkiej niesamowitości, zdrapać niedopowiedzenia i rozwiać gęsty mrok tajemnicy, mielibyśmy do czynienia z klasycznie rozumianym realizmem. Odmalowane z pietyzmem Milburn, portrety lokalnej społeczności, mnogość detali i precyzja opisów pozwalają uwierzyć w realność miejsca, jego solidne umocowanie w rzeczywistości, w której sami przecież żyjemy. I właśnie na tym świecie, w epoce szaf grających, telewizji i telefonów coś zaczyna wybrzuszać się i pękać. To groza, która jak szybko nadciągająca zima pochłania miasto i pokonuje wszelkie zabezpieczenia. Racjonalizm bohaterów musi ustąpić przed paraliżującym, ścinającym krew w żyłach strachem.


Chyba największym atutem Upiornej opowieści jest stopień jej złożoności. Tę książkę można odczytywać na bardzo wielu różnych poziomach i za każdym razem pozwala ona rozkoszować się potęgą literatury. Powieść Strauba przypomina obrazy holenderskich mistrzów z Peterem Brueglem na czele – całość tekstu jest poskładana z mniejszych elementów. To właśnie dzięki poszczególnym historiom snutym przez bohaterów można rozpoznać skalę talentu pisarza, mistrzowską precyzję i zdumiewającą umiejętność kreowania nastroju. Złożona z fragmentów całość imponuje. Kolejne części Upiornej opowieści nie dość, że dobudowują piętra znaczeniowe, rozświetlają niczym pochodnie mrok kolejnych partii książki, to jeszcze zazębiają się ze sobą, tworząc precyzyjny i doskonale naoliwiony mechanizm powieści.


Sztuką jest napisać dzieło, które będzie unikalnym hołdem złożonym mistrzom grozy. Dlatego jedynym, najwłaściwszym określeniem, jakie przychodzi mi do głowy, gdy trzymam w ręce tekst Strauba, okazuje się słowo „potęga”. To literatura, której ambicją jest nie tylko straszenie czytelników i podawanie im odgrzewanych historii o duchach. Upiorna opowieść to przede wszystkim wielowymiarowe dzieło będące świadectwem doskonałej techniki pisarskiej i erudycji autora. I, co najważniejsze, książka ta nie jest pustym wewnętrznie metaliterackim eksperymentem. Upiorna opowieść traktuje czytelnika z szacunkiem i oferuje mu tyle, ile sam zechce w niej znaleźć.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

czwartek, 8 listopada 2018

Urok retro, czyli "Pielgrzymka na Ziemię" Sheckleya

Tak się już nie pisze i dlatego pewnie tyle przyjemności sprawiły mi opowiadania Roberta Sheckleya zebrane w tomie "Pielgrzymka na Ziemię". Tak się już nie pisze, a i czytelnicy dzisiejsi chyba oczekują od tekstów sondowania możliwości science fiction i zaprzęgania fantastyki do ciężkiej pracy. Dobra fantastyka ma być oszałamiająca, wirtuozerska formalnie, ma zabierać głos w BARDZO WAŻNYCH SPRAWACH, przewidywać przyszłość, ilustrować obawy naszych czasów, kończyć teksty imponującymi "plottłistami". "Pielgrzymka na Ziemię" jest nie dla Was, jeżeli tego właśnie szukacie w science fiction.

Teksty te powstały w złotych dla amerykańskich pisarzy science fiction czasach. Lata 50 i 60 to epoka pism, w których drukowani byli tacy giganci jak Dick, Clarke, Asimov, a forma opowiadania wydawało się być właściwym dla sf habitatem.

Gdzieś przeczytałem, że teksty Sheckleya przypominają skrzyżowanie nowelek telewizyjnych spod znaku "Strefy mroku" i odcinków "Star Trek". Jest w tym sporo prawdy. Wyżej wymienione telewizyjne produkcje dość swobodnie poczynały sobie z wszelkim naukowym prawdopodobieństwem, łamały zasady fizyki oraz zdrowego rozsądku - podróż na drugi koniec wszechświata zajmowała kilka minut, kosmici mówili po angielsku, teleportacja pozwalała przenosić się z planety na planetę, a wehikuły czasu rzadko groziły eksplozją czasoprzestrzennego paradoksu. Wszystko było możliwe i dozwolone. A fantastyka służyła zabawie lub dywagowaniu na temat człowieka - jego słabości, ograniczeń, możliwości. Stąd też część opowiadań pochodzących z tamtych czasów przypomina odpowiednio podrasowane, podlane futurystycznym sosem, powiastki filozoficzne.



Sheckley pisze fenomenalnie. Krótkie opowiadania opiera na jednym wyraźnym pomyśle, który rozwijany konsekwentnie, prowadzi prosto w stronę bardzo często zaskakującej pointy. Lądujemy na obcych planetach lub w odległej przyszłości, konfrontujemy się z obcymi formami życia lub wytworami ludzkiej cywilizacji - robotami i innymi maszynami, walczymy o przetrwanie lub sami zgubę niesiemy, gnieździmy się w klaustrofobicznych kabinach statków kosmicznych lub przemierzamy opustoszałe przestrzenie. Niemal trzydzieści zgromadzonych w tomie opowiadań ilustruje całe spektrum możliwości gatunku.

Możecie mi nie wierzyć, ale czytając teksty napisane jakieś 60 lat temu, człowiek może wciąż czuć niezwykłą satysfakcję, niemal radochę obcowania z literaturą zabawną, niby błahą, lekceważącą sobie niemal wszystko, co stanowić może o pierwiastku "science" z nazwy gatunku. Znakomite pióro Sheckleya ani na chwilę nie męczy czytelnika. Jasne, nie jest on pierwszorzędnym stylistą, ale wie, jak pisać, by chciało się kolejną stronę przewracać i wybiegać myślami do finału, który miał rozwiązać skomplikowaną sytuację, w jakiej znajdowali się bohaterowie.

Powinienem w tym momencie omówić kilka wybranych opowiadań, rzucić parę smakowitych kąsków, takich chrupek Scooby'ego, które zachęcą Was do sięgnięcia po teksty Sheckleya. Nie zrobię tego jednak. Jeżeli dotrwaliście do tego miejsca mojej recenzji i lubicie klasyczną retro fantastykę, to "Pielgrzymkę na Ziemię" znajdziecie i przeczytacie. A jeżeli nie, to nie.

Czołem!