wtorek, 26 czerwca 2018

Gdy Syzyf mówi: "O kurwa...", czyli "Ruiny i zgliszcza" Towera

Jakiś staroświecki jestem, gdy myślę o takim gatunku jak opowiadanie. Zawsze mam wrażenie, że tradycyjnie napisane realistyczne opowiadanie przedstawia najważniejszy moment z życia bohatera. Kulminację. Szczyt, po osiągnięciu którego nic już nie może być takie samo. A więc opowiadanie to taka relacja z koronacji na bohatera dnia.

Mówiłem Wam, to dość ortodoksyjny i w sumie naiwny sposób postrzegania tego gatunku. Wybaczcie.

Musiałem jednak ową naiwność w kieszeń sobie schować, gdy przyszło mi sięgnąć po "Ruiny i zgliszcza", tom opowiadań amerykańskiego prozaika Wellesa Towera.


Zacznę z grubej rury, nihilistycznie i dekadencko: ten świat jest pełen much, którym wyrwano skrzydła, i zajęcy z przetrąconymi łapami. Ta niezbyt wesoła konstatacja nie powinna nam jednak psuć pogody ducha tak długo jak owe nieszczęścia dotykają bliźnich, a nie nas...

Miałem coś mądrego o tej książce napisać, bo wydaje mi się, że o dobrych książkach tak właśnie pisać należy, tym bardziej że znalazłem w Sieci kilka recenzji "Ruin i zgliszczy" i poczułem się zażenowany własnymi trudnościami z dobieraniem słów, montowaniem długich zawiłych zdań z profesjonalnie brzmiącego słownictwa. No ale nie umiałem, no nie umiałem... A więc niech ten post będzie zapisem z zapasów z materią, która nie jeden raz rzuciła mną o ścianę.

Bohaterami opowieści snutych przez autora są ludzie, których za Wielką Wodą określa się mianem LOOSER i stygmatyzuje literą L. (W Polsce literka ta oznacza początkujących kierowców lub fanów Legii Warszawa.) Być może zdobyli oni w swoim życiu jakieś Kilimandżaro, Mount Everest  na miarę skromnych możliwości, być może kiedyś coś im się tam ułożyło, zagrało, dopasowało, zaczęło zwiastować świetlaną przyszłość, ale autor uparcie przyłapuje ich "na gorącym uczynku", czyli na chwilę przed finałową klęską. Klęską również uszytą na wymiar przeciętnego homo sapiens.

Gdy Camus budował swoją alegorię człowieka, posługując się archetypicznym obrazem Syzyfa, podkreślał, że mitologiczny bohater najszlachetniejszy jest w chwili schodzenia po upuszczony głaz. Decyduje się na nowo dźwigać przeznaczony mu los. Natomiast bohaterowie Towera ujmowani są najczęściej w chwilach, gdy kamień wyślizguje im się ze spoconych dłoni, a oni mogą jedynie odprowadzić go wzrokiem z "O kurwa..." na ustach. I właśnie w tym miejscu Tower kończy.

Można, czemu nie, prześwietlić ten tom pod kątem dekonstrukcji Amerykańskiego Snu, no ale my to przecież dobrze znamy, prawda? Ileż to razy brutalniej opisywano ofiary pogoni za sukcesem i ciemną stronę mitu o awansie społecznym wedle wzorca "od pucybuta do milionera", a jednak Tower wyróżnia się in plus na tym ponurym tle.

Przede wszystkim język pisarza nie bierze jeńców - jest soczysty, mięsisty, wyrazisty. Po imieniu nazywa świat (bez uciekania się do postmodernistycznych gierek), kpi sobie z niego i z zaludniających go indywiduów. A co najważniejsze - Tower jest zabawny. Rubaszny, złośliwy, miejscami cyniczny, jak z rękawa sypie malowniczymi porównaniami o sile klasycznych punch line'ów.

Drugi plus Tower zbiera za prawdę. Bohaterów stać na komfort szczerości z drugim człowiekiem. Oni nie mają czego stracić i o co się starać. Im już się nie chce, im nie zależy, a więc nic ich nie krępuje.

Gdybym znalazł książkę (którą zgubiłem we własnym domu; co za przegryw ze mnie...) posłużyłby się cytatem. Takie historyjka: bohater jedzie jednym samochodem z obecnym partnerem swojej byłej kobiety. Facet jest przystojnym trenerem jogi, ma zadbane ciało, więc wzbudza uzasadnioną złość u naszego bohatera, który sobie myśli mniej więcej tak: "Nie ma co, on pewnie może przez całą noc w kilkunastu pozycjach, a mnie stać było tylko na wejście na kobietę i sapanie jej do ucha, że mam ochotę się pobzykać."

O jakże mi to pasuje...

W każdym razie gdybyście trafili na ten znakomity zbiór, bierzcie w ciemno. Większość tekstów da się przeczytać w ciągu pół godziny, a drugie pół będziemy zastanawiali się, czy wypada śmiać się z nieszczęść drugiego człowieka. Uspokajam wszystkich - Tower wbrew pozorom lubi swoich bohaterów i nie pozwala, żeby spotkała ich krzywda, krzyż, którego nie dadzą rady udźwignąć.

Polecam mocno.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Ta stara dobra konserwa Christie

Ja już dawno przestałem czytać kryminały Agathy Christie w ..... - nie bawią mnie zagadki, których i tak nie mam szansy rozwiązać. Jasne, momentami czuję ducha przygody, intrygi mają odpowiedni nerw, finalne osłonięcie tajemnicy bywa spektakularne, nierzadko naprawdę zaskakujące. A jednak minął już chyba czas, gdy daną powieść Christie potrafiłem w ciągu doby rozgryźć, przeżuć i przetrawić. Apogeum miłości do kryminału odnotowuję na pierwszy rok studiów, gdy zamiast "Pieśni o Rolandzie" i "Średniowiecznej pieśni religijnej świeckiej" czytałem o Herculesie Poirot. 

(Ironia losu... Kilka lat później kryminał stał się tematem mojej pracy magisterskiej.)

Z biegiem lat, z biegiem dni moja uwaga coraz bardziej przesuwała się na tło, na panoramę, na drugi plan, didaskalia - tam najwyraźniej widać to, co mnie teraz w książkach Christie interesuje. Pisarka okazuje się fantastyczną obserwatorką przemian obyczajowych, których była świadkiem na przestrzeni  kolejnych dekad XX wieku. Ba! Christie nie poprzestaje na obserwacji, ona komentuje, ustami swoich bohaterów pozwala sobie na wyrażanie bardzo niepochlebnych opinii o świecie, w którym przyszło jej żyć.

Gdy spojrzymy na klasyczne historie napisane przez autorkę przed II Wojną Światową, okaże się, że bardzo wiele z nich zostało umieszczonych w arystokratycznym światku rozsadzanym od środka przez mniej lub bardziej tajemniczą zbrodnię. Rezydencja, pokład wycieczkowego statku, samolot, kurort wypoczynkowy... - wszędzie, gdzie gromadzą się Nazwiska, Herby i Majątki, pada w końcu strzał, ktoś konsumuje zatruty posiłek, kogoś się dusi lub dźga nożem, nie ważne...

Ważne stają się różane ogrody i stada wiernych służących, dzięki którym świat ten toczy się powoli do przodu. Ważne jest luksus podróży, trawienie czasu na egzotycznych wakacjach, oddech próżniaczego życia, które od czasu do czasu ożywia trup. Eleganckie to wszystko i dobrze zatańczone.

No ale nie o tym...

Dla mnie istotne jest to, co stało się po II Wojnie Światowej - uwielbiam wychwytywać te niuanse, które być może dla niedzielnego czytelnika Christie pozostają marginalne. Powojenne powieści angielskiej pisarki wydają się trzymać blisko ziemi.

Weźmy takie "Nemesis" z roku 1971 - panna Marple zostaje wysłana z misją odkrycia zbrodni, których śladów ma szukać na wycieczce śladami najpiękniejszych ogrodów i posiadłości. Abstrahując zupełnie od fabularnej warstwy utworu, przypatruję się poboczom. Czyż zaniedbany ogród, do którego trafia główna bohaterka, nie może być subtelną metaforą upadku wszystkiego, co pielęgnowała stara dobra angielska prowincja? Czy zapuszczone szklarnie, gruzowiska, nieobecni ogrodnicy nie mogą być symbolami degeneracji dobrego i dostatniego życia, które spłukała fala wojny a potem pokryła swoim szlamem nowoczesność? Zawsze tak to widzę. I słyszę ten wyraźny głuchy elegijny ton.



Christie nie podobały się czasy, których dożyła, ale mogła sobie pozwolić na ich krytykę (zdumiewająco rzadkie zjawisko u współczesnych pisarzy głównonurtowych, którzy częściej przyklaskują przemianom społecznym niż wyrażają jakiekolwiek zaniepokojenie). Nic nie mogło zamknąć ust kobiecie wierzącej w konstytutywną siłę delikatnie podszytego hipokryzją konserwatyzmu osadzonego na fundamentach twardego tradycyjnego rozumienia sprawiedliwości i przyzwoitości.

Pisarka gardziła "nowoczesnym" podejściem do zbrodni, nie godziła się na rozgrzeszanie zbrodni trudnym dzieciństwem, traumami, urazami, kompleksami. Całe to psychologiczne bla bla bla nie miało najmniejszego znaczenia, gdy należało znaleźć i ukarać przestępcę.

Dzisiejsze feministki też toczyłyby pianę, gdyby przeczytały, że "matki często namawiają swoje córki, by te twierdziły, że zostały zgwałcone, gdy tymczasem dobrowolnie poszły w tango z chłopakami." Czyż nie brzmi to aż nazbyt aktualnie? Czyż całe przeokropne #metoo nie doszłoby do wniosku, że Christie bagatelizuje przemoc seksualną, a więc należy zamknąć autorce usta? Czekam, aż ktoś na to wpadnie...

Nie wspomnę już o regularnych kpinach ze współczesnej sztuki i literatury...

W doskonałym "Morderstwo odbędzie się..." Christie rozprawia się z jeszcze jedną patologią współczesności - tradycyjne więzy społeczne spajające mieszkańców prowincji zostają brutalnie zerwane za sprawą powojennej zawieruchy, niekontrolowaną migrację, uchodźców, dezerterów... Nie wiadomo, kto kim jest, skąd przyjechał, z czym przyjechał, kim był. Ciasny, ale własny wszechświat prowincji wchłonął zbyt dużą ilość obcych elementów, by mógł zapewniać poczucie swojskości i rodzinności. (Ja tu słyszę dalekie echa mowy Sędziego o grzeczności: "Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?/ Z kim on żył? co porabiał? Każdy gdzie chce wchodzi, /Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.")



Nie muszę chyba dodawać, że pochwała wsobności jest mi bliska i przedkładam ją ponad mozaikową strukturę, która nie zapewnia ludziom poczucia zakorzenienia i tożsamości opartych ma dzieleniu wspólnie pielęgnowanych wartości.

Jasne, recenzją tych moich rozważań nazwać nie można, a nawet nie wolno. Napisałem to, by poustawiać sobie na kilku półkach w głowie parę myśli. Niewiele więcej. A więc częstujcie się czym tam chcecie. Może ktoś poczuje się zapłodniony i urodzi bardziej poukładany tekst.

Czołem!

sobota, 9 czerwca 2018

Na bezrybiu taaaakie ryby, czyli "Miliard lat przed końcem świata" Strugackich

Nie miałem co czytać. A gdy nie mam co czytać, zawsze ratuje mnie to, że mam pod ręką kilku autorów, których książki nigdy nie będą stratą czasu. Z drugiej zaś strony wiem, że autorzy ci odkładani są na wieczne potem, bo prawie zawsze mam coś innego, nierozpoznanego jeszcze do przeczytania. Wiem, że niejako krzywdzę doskonałych pisarzy za to, że napisali dużo świetnych książek. 

I tak mam, proszę państwa, z braćmi Strugackimi - ich kilka ładnych książek mam już na koncie, ale po każdą kolejną sięgam w wyżej wymienionych przypadku - gdy nie mam co czytać. I tak więc z tak zwanego braku laku chwyciłem po "Miliard lat przed końcem świata."



Po przeczytaniu tej krótkiej powieści miałem wrażenie, że to bardzo...rosyjska książka. I to był zły znak, bowiem jak siebie znam, nie potrafiłem nigdy zdefiniować tak zwanej "rosyjskiej duszy." Tyle razy próbowałem, ale nie umiem. Poddaję się na tym odcinku robót. 

O wiele łatwiej przychodzi mi odkrycie w tym tekście nieprzebranych pokładów groteski spod znaku Czechowa lub Gogola. To oni są niewidzialnymi patronami Strugackich piszących "Miliard lat..." 

Dodam dla porządku, że groteska nigdy nie była dla mnie kategorią estetyczną, która miała śmieszyć. W grotesce zawsze widziałem element grozy, mniej lub bardziej wyraźny rys deformacji, która paraliżuje i przeraża. Pamiętacie "Przemianę" Kafki? Facet budzi się rano jako olbrzymi karaluch. Przez kilka pierwszych akapitów jeszcze jesteśmy skłonni się śmiać z tego przedziwnego konceptu, potem humor się ulatnia, a w nas rozrasta się olbrzymi sopel - to nie ma być śmieszne, to jest koszmar, z którego przebudzić się nie sposób.

Ok, ale od początku, przecież należą się Wam jakieś konkrety. 

Mamy lato. W ogłuszającym upale, w niewielkim mieszkaniu, w bloku, siedząc w samych gaciach, główny bohater pracuje nad skomplikowanym matematycznych problemem. Żona z dzieckiem wyjechali, warunki do pracy niemal idealne, a więc... Malanow zatrzymuje się u progu niezwykłego odkrycia. Obliczenia prowadzą go w niesamowitym kierunku, gdzie nie tylko Nagroda Nobla staje się możliwą, ale również pomniejsza rewolucja naukowa. Z chaosu obliczeń, wzorów, wykresów podnosi się powoli coś cudownego.

I w tym momencie zaczyna się koszmar, którego zrazu nie rozpoznajemy. Pukanie do drzwi, telefon, wizyta uroczej dalekiej krewnej, odwiedziny ekscentrycznego sąsiada... Wszystko zaczyna irytować, drażnić nie tylko swoją naturą, ale również zagęszczeniem tych zjawisk. Goście gośćmi, można ich jakoś przeżyć, ale gdy w ciągu popołudnia nie udaje nam się znaleźć sekundy wolnego czasu, by dokończyć coś, co jest sensem naszego zawodowego życia, wtedy zaczynamy się drapać po głowie. Czyżby cały wszechświat się sprzysiągł przeciwko nam? 

No właśnie...

Okazuje się bowiem, że nie tylko główny bohater musi zmierzyć się z tym pytaniem. Również inni, mniej lub bardziej znani mu naukowcy, mają swoje piętnaście minut i u progu epokowych odkryć (których sensu często nawet nie rozumieją) muszą opędzać się przed prawdziwym gradobiciem iście surrealistycznych wydarzeń. Oczywiście nie zdradzę, co dybało na naukowców, którzy mieli pecha być genialni, ale zaręczam, że wszystko zostało nam podane w duchu braci Marx skrzyżowanych z Bułhakowem.

A czynnik science fiction? - możecie zapytać. Cóż, jest, i to potężny. Frapujące spekulacje na temat prawdziwej natury wydarzeń wciągają czytelnika w prawdziwy wir niewiadomych X. Czym jest siła, która chce wydrzeć z rąk naukowców ich odkrycia? Obca cywilizacja? Nieokreśleni strażnicy "zrównoważonego rozwoju" ludzi, którzy czuwają nad tym, abyśmy zbyt szybko nie sięgnęli gwiazd? A może sam wszechświat ma w sobie zakodowane mechanizmy obronne i przy pomocy takich sił jak przypadek i przeznaczenie reguluje ruch rzeczywistości? (Gdzieś coś mi tu pachnie "Katarem" Lema, ale nie mam siły tego dalej rozkminiać.) Tego się nie dowiemy, obserwując wszystko z perspektywy małego mieszkanka w bloku, z perspektywy mrówki rzuconej na tory.

(Tak przy okazji wszystko to mocno może pachnieć również rozrachunkiem z totalitaryzmem, z opisem pozycji opozycjonistów, którzy guzik mogą w starciu z Systemem fundującym im najróżniejsze "atrakcje"...)

Najbardziej przerażała mnie w tej książce bezradność bohaterów. Nie mogą oni zrobić niczego, by pokonać bawiące się z nimi siły. W sumie są oni jak dzieci, które chwyciły maszynki do golenia, ale silna ojcowska ręka zdążyła szybko zareagować i skarcić.

(Powyższe porównanie jest nieprzypadkowe - dziecięciem będąc, dorwałem się do żyletek i usiłowałem się ogolić. Matka omal zawału nie dostała, bo już zaczynałem sobie jako tako radzić...)

Bardzo poleca się tę powieść. Kameralną, dającą się nawet wystawić na scenie. Już to sobie wyobrażam - blokowisko, pracujący wentylatorek nie jest w stanie przegonić upału, głodny kot ociera się o kolana swojego właściciela, potencjalnego geniusza, a tu przychodzi sąsiad z wódką i wszystko szlag trafia...