wtorek, 21 stycznia 2020

Nic już nie musisz, czyli "Poczuj grunt pod nogami" Brinkmanna

Ta książka to klasyczny przykład paradoksu - z jednej strony reklamowana jest jako antidotum na zalewającą nas falę psychologii pozytywnej, hokus-pokus couchingu, a z drugiej strony idzie ona dokładnie taką samą ścieżką, tylko w przeciwnym kierunku. Radzi, jak nie dać się złapać na lep innych rad. Szczerze powiedziawszy kupiłem tę pozycję w nadziei na uraczenie się pamfletem, na ostrą krytykę, na brutalną rozprawę z myśleniem w stylu: "Jesteś zwycięzcą!" Jestem dość podłą kreaturą i lubię, gdy nie bierze się jeńców.



Troszkę się rozczarowałem, gdyż autor otwiera niemal wszystkie drzwi kluczem, który sam od dawna noszę w kieszeni (co nie znaczy, że umiem się nim posługiwać) - sięga po zdobycze filozofii stoickiej, która również w ostatnich latach stała się tematem kilku "podręczników dobrego życia". Tak nawiasem mówiąc, to boleję nad tym, że stoicyzm tak się spopularyzował i został sprowadzony do paru poręcznych haseł w stylu bądź spokojny, zdystansuj się, zaakceptuj bieg rzeczy. Brzmi to tak, jakby chrześcijaństwo spakować do walizki z napisem "bądź miły dla innych".
No ale nie będę za bardzo marudził, powiedziałem sobie, gdyż na szczęście autor nie buduje swoich koncepcji tylko i wyłącznie w oparciu o mechaniczne przepisywanie antycznych recept współczesnym pacjentom.
Najmilej w moich uszach brzmiał kpiący ton, w jakim autor wypowiada się na temat fetyszy dzisiejszych czasów. Spróbujcie powiedzieć swoim przełożony lub ewentualnym pracodawcom, że nie macie już ochoty dalej się rozwijać, doskonalić, szlifować umiejętności. Że wystarczy Wam to, co już osiągnęliście i co już umiecie. No właśnie... To czystej wody herezja. A spróbujcie zasygnalizować, że Wasza szkoła lub firma nie powinna się "sięgać gwiazd", a po prostu zaakceptować fakt, że samej siebie nie przeskoczy? No właśnie...
Autor również w sympatyczny sposób dowodzi, że narzekanie powinno wejść nam w krew (Polaków nie musi przekonywać, prawda?), gdyż terror naiwnego i automatycznego optymizmu oparty jest na piramidalnej obłudzie. Z drugiej strony zaś zachęca do zakładania i wytrwałego noszenia wszelkich masek społecznych, które czynią nas znośnymi dla otoczenia. Brzmi to nieco jak konkluzja "Ferdydurke". Teoretycznie nic odkrywczego, ale zawsze warto o tym pamiętać, by nie zachłysnąć się "prawdziwym ja", które być może też jest tylko spreparowaną przez nas samych konstrukcją.
Myślmy o śmierci. O przeszłości. Odrzućmy cielęce zauroczenie teraźniejszością (osławiony mindfulness). To kolejne postulaty autora. Jak na moje całkiem sensowne.
Żadne to wielkie, reorganizujące życie, dzieło. Po prostu zgrabnie skrojona i w przystępny sposób podana próbka przemyśleń, w których miesza się chyba jednak trzeźwa ocena naszych czasów, spora dawka filozoficznej wiedzy, szczypta badań naukowych, humor i delikatna zgryźliwość.
Problem z tego typu książkami mam taki, że zawsze szukam w nich potwierdzenie tego, w co już od dawna wierzę. Jeżeli więc nie macie ochoty się dalej rozwijać, cieszy Was miejsce w połowie peletonu, narzekacie na wszystko i w tym szukacie wspólnoty, ta książka potwierdzi, że jesteście we właściwym miejscu swojego życia.

piątek, 3 stycznia 2020

Patointeligencja, czyli "Wiek męski" Leirisa

A wiecie, co jest najzabawniejsze? Ja naprawdę nie pamiętam, dlaczego kupiłem tę książkę. Od roku mniej więcej stała na półce, przeżyła remont, wędrowała z kąta w kąt, aż w końcu ją złapałem i w trzy dni przeczytałem. 

To pamiętnik. Specyficznie rozumiane memuary Michela Leirisa, francuskiego pisarza, etnologa, krytyka sztuki, przyjaciela awangardowych malarzy i poetów. Pamiętnik-sesja terapeutyczna, który miał pomóc autorowi w pełni zrozumieć samego siebie, dotrzeć do najgłębszych pokładów jestestwa, być może uleczyć... "Wiek męski" powstał bowiem jako efekt długiej terapii psychoanalitycznej, której poddał się Leiris w latach 1929-35.

Być może jest to najzwyklejszy w świecie ekshibicjonizm, ale zawsze podejrzewałem siebie o skłonności do odsłaniania się (już samo to zdanie jest tego dowodem). Jednak czy w dzisiejszych czasach owo odsłanianie się ma jakikolwiek sens i wartość? Wydaje się być nudnym rytuałem potwierdzającym, że wszyscy jesteśmy tacy sami, podobne fobie i traumy możemy w sobie nosić, łączą nas nerwice, depresje, niezagospodarowane pragnienia. Odsłanianie się staje się walutą, przy pomocy której płacimy za uwagę innych. A tej chorobliwie potrzebujemy.

Mój ojciec pił, matka wyszła po fajki i nie wróciła, bracia wąchali klej, w wieku dwunastu lat pierwszy raz odprawiłem czarną mszę... Takimi opowieściami wabi się i kaptuje dziś bliźnich. To już nie dziwi. Nic a nic. 

Tak więc "Wiek męski" uznany wszem i wobec za wstydliwe świadectwo młodości francuskiego intelektualisty jawi się dzisiaj jako dość niewinny, raczej bezpieczny zbiór "odkryć". Mogą one rozczulić współczesnego odbiorcę przyzwyczajonego przecież do wszelkiej maści prywatnych obrzydliwości, jakie serwuje mu dzisiejsza kultura. 



Ok, do rzeczy. Książka nie wzbudziła we mnie entuzjazmu, chociaż miała kilka naprawdę fascynujących momentów. Na przykład wzruszająca wyliczanka/litania kobiet lekkich obyczajów, z którymi nie udało się autorowi stracić dziewictwa. Bywał za to przez panny te pogryziony, poturbowany, rozpijany, oszukiwany, zarzygiwał gotowe na miłosne uniesienia łóżko, często nie udało się dowieść męskości w newralgicznym momencie. 

Przyszło mi do głowy, że przed II wojną światową burdele stanowiły wyjątkowo często odwiedzane przybytki i młodzi mężczyźni nie widzieli w podobnych wizytach niczego nadzwyczaj niemoralnego, zaś syfilis (lub inna malownicza dolegliwość) był po prostu wpisany w koszty. 

Z innych przyjemności Leiris opisuje niesamowitą atmosferę panującą w Paryżu po zakończeniu I wojny światowej. Nam data 11 listopada kojarzy się bez wyjątku pozytywnie, pompatycznie i "na baczność", dla francuskiego autora jest to początek hipnotyzującego energetycznego spleenu lat dwudziestych, które kojarzył z inwazją muzyki jazzowej (przypomnijmy sobie "Dancing" Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), snuciem się od knajpy do knajpy, piciem na umór, nawiązywaniem przelotnych platonicznych romansów. Leiris znajduje wtedy przyjaciół - mężczyznę i kobietę - z którymi tworzy przedziwny pozbawiony cienia erotyzmu związek, którego fundamentami była miłość do tańca, igranie ze śmiercią (co i rusz ktoś z tego towarzystwa deklaruje, że idzie popełnić samobójstwo) oraz szeroko rozumiany ekscentryzm. 

Duch "Słońce też wschodzi" Hemingwaya wieje nad tą partią wspomnień Leirisa, ale Amerykanin przy całym swoim mistrzostwie formalnym wydaje się być rozwodniony. Francuz na kilku zaledwie stronach dotknął absolutu, uchwycił tę wzruszającą melancholię młodości, która nie ma z sobą co zrobić. Oj, to jest inspirujące, jest...

Dodajmy do tego jeszcze cudownie poetycki opis Aleksandrii, kilkanaście dziwacznych historii z dzieciństwa autora i... I to wszystko, co uznałbym za godne uwagi. I tak dużo.

Reszta, wciśnięta pomiędzy wyżej wymienione fantastyczne fragmenty, nie budzi już takiego zachwytu. Pisarz znęca się nad mitologicznymi i biblijnymi postaciami, rozpracowuje przy ich pomocy prywatne obsesje, dopasowuje do wydarzeń z młodości, czyni z nich patronów wyborów życiowych. Ciężkie to jak wyjątkowo wytrawne czerwone wino, którym delektują się znawcy i koneserzy. Ja wolę lżejsze, białe, półsłodkie.

Tak czy siak polecam dla wyżej wymienionych atutów. Poważna książka. Można się z nią pokazać w towarzystwie i wzbudzić nielichy szacunek.

Czołem!