piątek, 13 grudnia 2013

Wiarą ukorzyć trzeba rozum swój, czyli "Szybko przez wszystko" Bargielskiej

Śledząc internetowe dyskusje zwolenników antykoncepcji z orędownikami naturalnych metod regulowania płodności, za każdym razem obserwujemy podobny schemat – najpierw rytualna wymiana inwektyw, potem długie żonglowanie argumentami, następnie słaby apel o zrozumienie ze strony przeciwnej, znów inwektywy, wygaśnięcie dyskusji… Niemal zawsze to tak wygląda.
Liberałowie za każdym razem forsują tezę, że skoro obu stronom chodzi o to samo, nie powinno być istotne, czy obserwujemy i uważnie analizujemy rytmy własnego ciała, czy w mniej wysublimowany sposób staramy się uniknąć poczęcia potomstwa. Natomiast ortodoksi przy użyciu wykwintnych metafor, dziesiątek odniesień do dokumentów Kościoła, piętrowych porównań, podkreślają (ponoć) zasadniczą różnicę w rozumieniu płodności. Starają się przekonać prostego, nieotrzaskanego w teologicznej retoryce dyskutanta, że ich opcja ma potężne fundamenty, szerokie zaplecze i jeżeli nie jesteśmy w stanie rozumem rozeznać „prawdy”, powinniśmy z wiarą zaakceptować jej ażurową konstrukcję.
Wydaje mi się, że podobny mechanizm możemy rozpoznać w przypadku zjawiska, jakim jest poezja Justyny Bargielskiej, której książki nominuje się i nagradza, podbudowuje profesorskimi laudacjami. Zaś samym czytelnikom poezja ta dana jest do wierzenia i wyznawania, w czym mają im pomóc przychylne artykuły krytyczne, recenzje i omówienia namaszczające tę lirykę, i tworzące wokół niej swoiste pole siłowe, które ma zabezpieczyć Bargielską przed potencjalnymi krytycznymi głosami heretyków ślepych na domniemane walory jej pisarstwa.
Książka „Szybko przez wszystko” zbiera trzy pierwsze tomy poetyckie Bargielskiej. Czytam więc potężną dawkę poezji, której jednorazowe przyjęcie może skończyć się nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi. Dawkuję sobie. Wydzielam kawałek po kawałku. Staram się delektować. Szukać czegoś, co mogłoby mnie na dłużej przywiązać do autorki, jej widzenia i słyszenia. Śladów olśnień, jakie dostrzegają mądrzejsi ode mnie, bardziej oczytani, wrażliwszym spojrzeniem obdarzeni.
Czy znalazłem coś dla siebie w tych kilkudziesięciu niezbyt długich enigmatycznych, deklamujących swoje zagadki wierszach? Czy nie został mi „ino sznur”, skoro czytałem i czytałem, a sens tej rozpisanej na trzy książki opowieści o przygodach kobiety-podmiotu ani razu nie błysnął na tyle silnie, bym mógł na czymkolwiek zawiesić zainteresowanie. Bym mógł poczuć drżenie, smutek, radość, wzruszenie, zaskoczenie lub jakąkolwiek inną tworzącą wspólnotę emocję? Wypatruję i nic. Głupi jestem widocznie, skoro nie widzę i nie chcę uwierzyć na słowo.
To poezja autoteliczna, czyli tłumacząca się przez samą siebie. To instrukcja czytania instrukcji. Można, oczywiście, że można szukać w niej płynących pomiędzy frazami sensów. Prześwietlać przy pomocy specjalistycznych narzędzi niedostępnych przeciętnym czytelnikom, którzy nie zakosztowali rozkoszy nowoczesnych szkół interpretacyjnych. Da się na bazie wierszy Bargielskiej zbudować przekonującą narrację o niewidzialnych i w sumie nieistotnych dramatach podmiotu lirycznego. Ba! Nawet w nią uwierzyć, jeśli jesteśmy obdarzeni łaską wiary w słowa krytyków i arbitrów wszelkiej maści.


Ja jednak gorąco apeluję – proszę sięgnąć po tę książkę i samodzielnie sprawdzić, na ile prawdziwie brzmią słowa o tej „przeszywającej”, „znakomitej”, „oryginalnej” liryce. Proszę się przekonać, czy nikt nie stara się nas wepchnąć do kapliczki pełnej ludzi, których wepchnięto tam już wcześniej i z której w nocne niebo ulatuje pieśń niemal kościelna: „Wiarą ukorzyć trzeba rozum swój…”

wtorek, 10 grudnia 2013

Opowieści samowite, czyli "Władcy czasu" Weinfelda

Jak to ugryźć? – myślę sobie, gdy zamykam kolejny zbiór starych polskich opowiadań fantastycznonaukowych i dociera do mnie, jak łatwo jest kierować przeciwko nim kolejne zarzuty. A że to naiwne i do bólu przewidywalne, a że uproszczone i w sumie forsuje fałszywą wizję człowieka jako istoty dobrej, której obowiązkiem jest mierzyć cały wszechświat swoją własną miarą. A gdy pomyślimy jeszcze o szalenie optymistycznej wizji przyszłości, która rozkwitnie w ciągu zaledwie kilku pokoleń, mamy do czynienia z obrzydliwością w oczach fana sf. Tak, łatwo się nie da odeprzeć tych ciosów, precyzyjnych przecież bardzo.

Więc jak to ugryźć? „Władców czasu” Weinfelda znaczy się. Święty Augustyn napisał: „Czymże jest czas? Jeśli nikt mnie nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem.” Weinfeld napisał na temat czasu kilka opowiadań, ale myślę, że wiedział jeszcze mniej niż pytany Ojciec Kościoła. Zbiór opowiadań, których większość dotyka tytułowego zagadnienia, mnoży wariacje na jego temat, rozciąga ten motyw niemiłosiernie, choć w tekstach tego autora widać trud, jaki włożono, by nie powielać zgranych rozwiązań fabularnych. Trud, który niestety nie zawsze przekłada się na efekt końcowy.

Raz wybitnie szlachetni naukowcy tworzą mechanizm mogący zatrzymać czas na wybranym odcinku przestrzeni, innym razem zagubiony w czasoprzestrzeni nieszczęśnik potwierdza swoją historią ponure paradoksy podróży w czasie, mamy turystę, który musi wysłuchać alkoholowej spowiedzi… greckiego boga, Hermesa. Tak to właśnie wygląda, proszę państwa. To takie „opowieści niesamowite,” które od biedy można potraktować jako właśnie fantastykę naukową. Wystarczy kilka dobrze znanych i ogólnie dostępnych patentów, by już móc rozkręcić na jej bazie mniej lub bardziej pociągającą fabułę.




A czym jeszcze częstuje nas Weinfeld? W „Pojedynku” opisuje starcie dwójki dżentelmenów, którzy zamiast stawać osobiście na ubitej ziemi, posyłają w morderczy bój skonstruowane przez siebie automaty. W „Zdarzeniu w Krahwinkel” galaretowaty przybysz z gwiazd, który ku swojemu nieszczęściu wylądował w ogródku pewnego niemieckiego wieśniaka, zostaje niezbyt sympatycznie przywitany przez Ziemian. (Ach ta niemiecka subtelność…) 

W najbardziej groteskowym tekście pt. "Kaczkonauci" słyszymy echa "morskich opowieści" starego marynarza, który jako rozbitek trafia na nieodkrytą przez ludzi wyspę-raj, skąd ucieka wykorzystując do tego ogromnych rozmiarów kaczki... 

Ręce mi opadły. Nie wiem, czy to żart, czy efekt zakładu autora z samym sobą o to, czy uda mu się napisać najgłupsze opowiadanie od czasu (nomen omen) zakończenia II Wojny Światowej.  

PS

Piszę te słowa w roku 2033. Książka jest wciąż tak samo kiepska...

sobota, 7 grudnia 2013

Miałem się nie bać, czyli "Przyczajeni" Smitha

Ciężko nazywać się Guy N. Smith i liczyć na szacunek miłośników literatury "poważnej." Przyznajmy jednak, że na taki a nie inny status (przynajmniej w Polsce) angielski autor zapracował sobie pisząc opowieści o kanibalach, krwiożerczych bagiennych potworach lub krabach-gigantach, które sieją spustoszenie wśród biuściastych plażowiczek. Dodajmy do tego "mroczną" szatę graficzną tych opowieści wydawanych w naszym kraju przez Phantom Press. Trzeba przyznać, że okładki wyglądają jak ostatnia strona zeszytu od religii ucznia słuchającego w domu Cannibal Corpse lub Napalm Death...



Wziąwszy więc na warsztat powieść "Przyczajeni", liczyłem się z pandemonium kiczu, tekturową scenografią, tanimi efektami specjalnymi, z siekierą ciosaną warstwą psychologiczną i wiadrami krwi dziwnie przypominającej keczup...

Jakież rozczarowanie mnie spotkało, gdy po przeczytaniu książki z moimi prognozami zgadzała się jedynie szkicowo i pobieżnie ukazana psychologia postaci, marne dialogi rodem z seriali obyczajowych, jakie spotkać można w popołudniowym paśmie. Nawet golizny za bardzo nie było widać, a główny bohater TYLKO RAZ o seksie myśli. Cóż, w prawdzie notorycznie kłóci się z żoną, ale to przecież nie powinno być przeszkodą, by autor strzelił nam jakąś drewnianą scenę seksu na zgodę.

Cóż więc dostajemy? Horror, nie-horror. Opowieść o pisarzu, który chcąc stworzyć kolejny bestseller zabiera swoją rodzinę w odludny zakątek Walii, gdzie na rok wynajmuje rozpadający się dom. Dom stojący w pobliżu kamiennego kręgu, jaki ponoć służył kiedyś druidom w celach sakralnych. Wiecie, ofiary z ludzi i takie tam...

Jak to w takich opowieściach bywa, zaczynają się mnożyć niepokojące sygnały, że państwo Foggowie nie są w swojej nowej okolicy mile widziani. A tu kot ich synka zostaje bestialsko ubity, a to królik dzieli los kota. Stada jeleni w mgle. Barany we mgle. Skowyczące lisy. Walijscy autochtoni z lubością opowiadają historyjki o duchach snujących się w okolicznych górach. z radia słyszymy policyjne komunikaty o psychopacie, który być może stoi na progu państwa domu. Atmosfera gęstnieje. Zona i dziecko wyjeżdżają. Bohater zostaje sam. Zaczyna pojawiać się strach (tak, tak!), bo Smith jakby wbrew swojemu emploi nie straszy nas dosłownie i bezceremonialnie.

Niczego na dobrą sprawę nie widzimy. Więcej słyszymy, wyczuwamy, a sugestywnie oddany klimat zagrożenia sprawia, że z ulgą przywitalibyśmy jakieś typowe dla tego pisarza monstrum, zamiast oczekiwać wraz z bohaterem na niewiadomą, która zatacza coraz ciaśniejsze kręgi wokół małego domku w zasypanej śniegiem dolince.

Tak to "Przyczajeni" potwierdzili starą jak węgiel prawdę - ukazane źródło strachu błyskawicznie wysycha, zaś niewiadoma potrafi nieźle człowieka wytarmosić. Nie wiemy nie tylko tego, kto za tym wszystkim stoi, ale również do samego końca nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy faktycznie bohater padnie za chwilę ofiarą mrocznych rytuałów czy też coś dużo bardziej normalnego dybie na jego życie.

Cóż, panie Smith, ja tu liczyłem na kataklizm i demolkę, a Pan tutaj w jakieś subtelności się bawi. Nieładnie, nieładnie...

sobota, 30 listopada 2013

Rebusy dla zaawansowanych, czyli "Moja jest ta ziemia" Buliżańskiej

To chyba Josif Brodski powiedział (poprawcie mnie, jeśli się mylę), że poeci czytają innych poetów, by sprawdzić, jakie wiersze zostały już wcześniej napisane. Idąc tropem tego rozumowania, możemy założyć, że najwierniejsi czytelnicy poezji rekrutują się spośród samych poetów – tych wierzących i praktykujących lub tylko tych wierzących w siłę i sens poezji.
Dlaczego o tym piszę? Szukając recenzji, omówień lub drobnych szkiców krytycznych traktując o debiutanckim tomiku Martyny Buliżańskiej pt. „Moja jest ta ziemia”, trafić można na gęsto plecioną tkaninę metafor, porównań i różnych konceptów, mających potencjalnym czytelnikom przybliżyć tę książkę.
A więc poezja tłumaczy poezję! – olśniło mnie, gdy zdałem sobie sprawę, że autorami piszącymi o wierszach młodej autorki są sami poeci. Nazwiska znane, rozpoznawalne, umocowane w środowisku – proszę sprawdzić. Jednak to odkrycie nie należało do najprzyjemniejszych, gdyż zbyt silne nasycenia omówień poezji poezją właśnie uniemożliwia czytelnikowi rzetelne rozpoznanie terenu, po którym chce go oprowadzić autorka książki.
Gdybym sam chciał ulec pokusie, jakiej ulegli opisani przeze mnie recenzenci, mógłbym uruchomić całkiem sporą liczbę obrazów mogących przybliżyć nas do tego, czym ten tomik jest lub być może. Posłużę się więc metaforą stołu – dużego starego kuchennego stołu, którego blat pokrywa mapa wyżłobień, rys, plam i szczerb; dowód ciągłego uporczywego użytkowania.  Wpatrując się w tę płaszczyznę, mamy za zadanie odczytać zaszyfrowane w niej historie rodziny, która przy nim jadła. Taka metafora. Być może zgrabna, ale czytelnikowi poezji nie oferuje nic oprócz samej siebie. Tak jest niestety z większością omówień współczesnej liryki.
Jednak czy można inaczej, skoro gros wierszy Buliżańskiej jak ognia unika czegoś tak naturalnego jak temat – jednego z podstawowych wyznaczników tego, co nazywamy literaturą? Nie wiem, jak odpowiedziałbym na pytanie: „O czym są te wiersze?” Trzeba bowiem naprawdę silnej woli, by dotrzeć do tlących lub żarzących się w nich uczuć, nastrojów, emocji ilustrowanych seriami rozrzuconych obrazów. Teksty wzbogacają  nazwiska, ich prawdziwy kalejdoskop (Edgar Allan Poe, Twiggy, Maria Magdalena, Jane Fonda) raczej jednak dezorientuje odbiorcę niż dobudowuje kolejne piętra znaczeń. Ta poezja mówi sporo, ale nie mamy najmniejszej pewności, czy właściwie odczytaliśmy jej sensy.


Jasne, można dostrzec pewne walory debiutu Buliżańskiej – kraina, której fantasmagoryczną geografię gdzieś tam być może wypatrzymy, buzuje od rodzinnych mitów. Prywatnych rytuałów służących inicjacji w kulturę, religię, społeczność. Język tej poezji błyskawicznie skraca odległości między słowami, co raz służy wierszom, innym razem zamienia je w rebusy dla zaawansowanych. 
Być może książka ta znajdzie swoich czytelników. Być może powie coś komuś o czymś istotnym. Tymczasem jednak wiersze Buliżańskiej traktować należy jako wypisy z miejsc tak prywatnych i tak wewnętrznych, że odbiorca może poczuć się nieproszonym gościem w miejscu, które opisuje autorka. „Moja jest ta ziemia” – mówi jakoś tak samozwańczo tytuł jej debiutu. Niestety, tylko Twoja, chciałoby się dodać…

środa, 13 listopada 2013

No wystrasz mnie, czyli "Spadająca kobieta" Murphy

Gdy czytam horror, za każdym razem wpadam w pułapkę. Za każdym razem. No cóż ja na to poradzę, że ostatni raz bałem się powieści grozy, gdy w podstawówce przerabiałem jakąś powieść Jamesa Herberta, a potem żaden "mistrz" nie sprawił, że poczułem dreszcze na plecach. Żaden King, Barker, Masterton, Smith (ten od krabów-gigantów), żaden.

Być może to moja prywatna skaza. Czytając, nie widzę obrazów - widzę SŁOWA,  które owe obrazy nazywają. Dopiero krańcowym wysiłkiem wyobraźni jestem w stanie zamiast słowa "wampir", wampira "zobaczyć." Takie upośledzenie skłania mnie do szukania w horrorach tylko czystej brudnej przyjemności obcowania z krwią, flakami, malowniczymi opisami kolejnych zbrodni lub z nieludzką florą i fauną.

Nic więcej, a przynajmniej niewiele więcej.

Niespecjalnie bałem się też czytając powieść Pat Murphy pt. "Spadająca kobieta." Książkę tę nagrodzono Nebulą w 1985 roku, z okładki dowiedziałem się, że całość miesza elementy horroru z mocną fantastyką, przedstawia mroczny świat archaicznych wierzeń Majów, żmudną pracę archeologów, która nie ma zbyt wiele wspólnego z romantycznymi fikołkami Indiany Jonesa...

Główna bohaterka prowadzi stanowisko archeologiczne w zapomnianym przez bogów skrawku Meksyku. Jest starzejącą się kobietą, która na płaszczyźnie życia osobistego przegrała wszystko, co tylko mogła - wygrzebała się z nieudanego małżeństwa, miała próbę samobójczą, rezydowała w wariatkowie, córkę zostawiła z byłym mężem, a sama mozolnie wspinała się po szczeblach kariery akademickiej... I jeszcze jedno - notorycznie widzi duchy dawno zmarłych Indian. Ot, taka drobna przypadłość.

Naszą bohaterkę odwiedza jej dorosła już córka. Równie nieszczęśliwa co matka. Ze złamanym sercem, z pogruchotaną psychiką, z wiadomością o śmierci ojca...

Na tę parę kobiet parol zagięły starożytne moce kłębiące się w wydzieranych ziemi ruinach.



Moja pierwsza refleksja? O ile jedna lub dwie manifestacje straszydeł mogą nawet zalatywać horrorem, to duchy pojawiające się co dwie-trzy strony już nikogo nie wystraszą. Spychają powieść w rejony literatury najogólniej rzecz biorąc fantastycznej, a czytelnik czekać powinien na jakiegoś rodzaju (pseudo)rozwiązanie tłumaczące taką a nie inną właściwość opisywanego świata.

Nie, nie dałem się wystraszyć, chociaż przez 3/4 książki niemal na głos prosiłem autorkę: "No wystrasz mnie w końcu, no!" Jednak głupi byłem, domagając się czegoś, co skutecznie przesłaniało mi drugi plan powieści. O wiele istotniejszy, mądrzejszy, ba!, nawet w pewnym sensie oryginalny. Zrozumiałem bowiem, że nie o duchy tu chodzi, choćby malowniczo snuły się po zakurzonej dżungli Jukatanu. Nie o żądające ofiary bóstwa, choćby obrzędy ku ich czci opisano tak, że wyczuwamy pradawną grozę.

To wszystko za mała stawka. Tu chodzi o ponurą refleksję na temat pracy. Tak, pracy właśnie. Cienie przeszłości, jakie prześladują bohaterkę to ni mniej ni więcej tylko gorzkie owoce wyniszczających obsesyjnych poszukiwań archeologicznych. Kobieta w więzieniu swojego powołania nieświadomie niszczy wszystko i wszystkich na swojej drodze. Bać się? Można. Właśnie tego.

Nieprzypadkowo jeden z bohaterów tak kwituje taką postawę:

- Nie jest problemem, że widzisz zmarłych. Problemem jest, że nie widzisz żyjących.

Mocne, gorzkie, wypowiedziane znad szklanki ciepłego alkoholu słowa.

"Spadająca kobieta" o ile nie broni się jako horror, to doskonale radzi sobie jako studium psychologiczne, jako obraz piekielnie trudnych relacji między matką a córką (tfu! ja o tym czytałem?!). Dodatkowo dostajemy w pakiecie pozbawiony taniej idealizacji wyimek z życia stanowiska archeologicznego, galerię wiarygodnych postaci drugoplanowych, haust egzotyki, szczyptę magii.

Skończywszy czytać, mogłem spokojnie spać w ciemnym pokoju lub iść zrobić siusiu do łazienki. Ale w samej łazience światło już sobie zapaliłem.

sobota, 9 listopada 2013

Tylko on jeden mądry, czyli "Sława i fortuna. Listy Stanisława Lema do Michaela Kandla"

Zanim do samej recenzji przejdziecie i będzie chciało się Wam taką połać tekstu czytać, dwie kwestie:
- już nigdy nie sięgnę po książkę, która pokaże mi prywatne oblicze lubianego przeze mnie pisarza,
- gdy chodziłem do podstawówki i wracałem ze szkoły, mówiąc: "Mama! Ale ten Adam to głupek! Wiesz, co on dziś na lekcji powiedział?", moja Mama odpowiadała zawsze: "Tak, wszyscy są głupi, tylko ty jeden mądry."

Podtytuł, jakim opatrzono tom listów pisanych przez Stanisława Lema do jego amerykańskiego tłumacza Michaela Kandla, brzmi „Pisarz w krainie drapieżców.” Początkowo dałem się zwieść dość sugestywnej opozycji, jaką zarysowały tak dobrane słowa. Ustawia ona bowiem Lema i środowisko, w jakim przyszło mu wieść zawodowe życie, na wrogich względem siebie pozycjach.
W takim układzie literata skłonni jesteśmy widzieć jako istotę słabszą, delikatniejszą i nieświadomą zagrożeń, jakie czyhają nań w dżungli porastającej teren na styku pisarstwa i rynku książki. Kim zaś są drapieżcy? Bezlitośni krytycy, bezinteresownie złośliwi recenzenci, zawistni koledzy po piórze, niekompetentni tłumacze, wydawcy-oszuści, głusi i ślepi czytelnicy. No bo któżby inny?
Jednak szybko przekonujemy się, że Lem dzielnie broni swoich pozycji, daje odpór, atakuje, z rzadka tylko biernie przygląda się temu, co spotyka jego twórczość. Jest żarliwym recenzentem recenzji własnych książek. Na pewno nie jest ofiarą, a to wyraźnie pokazują listy z lat 70. Lata te wydają się być dla Lema czasem prawdziwej prosperity. Autor staje się popularny (czasem czytamy o dość egzotycznych owocach tejże popularności), szanowany, rozpoznawalny. Jego książki docierają do coraz szerszego grona odbiorców zarówno w Polsce, jak i za granicą. Ścieżki zostają przetarte i Lem zamienia się w eksportowy towar numer jeden polskiej literatury. Podkreślmy – polskiej literatury, a nie polskiej literatury science fiction. To dość ważne rozróżnienie, gdyż wyżej opisana sytuacja tylko pozornie pisarzowi odpowiada. Lema chyba można porównać do silnego i pełnego wigoru szczupaka, dla którego wody jeziora, w jakich przyszło mu żyć, powoli stają się zbyt ciasne. Tak jak zbyt ciasny dla Lema powoli stawał się gatunek, w którym doskonale zrealizował się jako pisarz i teoretyk.
Lem chyba zbyt optymistycznie założył, że czytelnicy, którzy poznali go za sprawą utworów w stylu „Niezwyciężonego” lub „Solaris,” dadzą się poprowadzić dalej. Pozwolą pokazać sobie świat mądrzejszy, pełniejszy, intelektualnie stymulujący jak przystało na prozę spekulatywną najwyższych lotów, a taką właśnie chciał oferować Lem. Jednak ku jego rozczarowaniu czytelnicy kochali go za to, kim był i kim jest, a nie za to, kim może się stać i gdzie może ich poprowadzić. Ta bolesna dla autora świadomość rozwijała się niemal równolegle z rosnącym znaczeniem pisarza jako jednego z ważniejszych twórców science fiction. Gatunku, wobec którego zaczynał nabierać coraz większych podejrzeń, by w końcu radykalnie odciąć się od wszystkiego, co kojarzyło się z fantastyką naukową, a w międzyczasie zrazić do siebie niemal całe środowisko, które wcześniej witało go z otwartymi ramionami. Ostre, mało precyzyjne i najczęściej niesprawiedliwie uogólniające zarzuty kieruje pod wiadomy adres – Od kilkudziesięciu lat w dziedzinie SF w US sprzedaje się gówno jako ambrozję i nektar bogów pisze w jedynym z listów do amerykańskiego tłumacza. To wyjątkowo czytelne świadectwo tego, co Lem sądził o mateczniku literatury fantastycznonaukowej, a czemu dawał bardziej dżentelmeński wyraz chociażby w „Fantastyce i futurologii.”
Drażnić niestety może nieznośnie mentorski ton. Teoretycznie któż jak nie Lem ma prawo oceniać i hierarchizować dokonania gatunku, w jakim przyszło mu tworzyć.  Jednak w kilku przypadkach pisarz po prostu boleśnie uogólnia i upraszcza. Bezinteresownie szafuje inwektywami w imię tego, czym powinna być „prawdziwa” fantastyka naukowa. Tak czytając Lema, łatwo niezależność intelektualną pomylić ze zwykłym zarozumialstwem, a przekonanie o własnej wartości z brakiem pokory.
700 stron listów najlepiej chyba czytać właśnie pod tym kątem – jako zapis nabrzmiewającego rozczarowania, irytacji, znudzenia gatunkiem, który przyniósł Lemowi sławę. W cenie biletu dostajemy również wartościowe pogłębione analizy własnej twórczości. Bezcenne wręcz dla wielbicieli Lema rozważania o naturze pisania, o miejscu Gombrowicza, Kafki czy Dostojewskiego w prywatnym kosmosie czytelniczym. Znajdziemy inspiracje i irytacje.
Z drugiej strony korespondencja ta, to raport z walki o jak najwierniejsze „przełożenie” Lema na inne języki. Jak oddać wybujałość, humor, igraszki słowotwórcze i wielopiętrowość znaczeń, zdawać by się mogło nieprzekładalnych? Jak nie zgubić niczego po drodze przenosząc w inny klimat dzieła tak głęboko zakorzenione w polszczyźnie jak chociażby „Cyberiada”? Tego typu rozważania i wątpliwości przyjdzie nam śledzić na przestrzeni dziesiątek stron. Tłumacz cierpliwie wczytuje się w drobiazgowe instrukcje, a my razem z nim czujemy, jak przemawia do nas mędrzec, niemal poeta doctus, człowiek obdarzony kapitalnym wyczuciem słowa, któremu zależy na jak najwierniejszym, nieskażonym przekładzie.
Smutna to książka. Gdyby potraktować ją jako powieść epistolarną (a przecież Lem eksperymenty literackie uprawiał, czego dowodem jest choćby zbiór recenzji nienapisanych książek pt. „Doskonała próżnia”), to jej bohater będzie głęboko nieszczęśliwą postacią. Owszem, uśmiechnęła się do niego Fortuna, obdarzyła go Sławą, ale bohater szybko w uśmiechu tym ujrzał tylko ironiczny grymas.

czwartek, 17 października 2013

Resocjalizacja sołdata, czyli "Przyjaciel z piekła" Strugackich

Nie lubię bohaterów, których nie lubię. No nie lubię, gdy pierwszoplanową postacią autor czyni kogoś, kto nie budzi mojej sympatii. Może to staroświeckie, nieprofesjonalne, ale po prostu sympatycznie czyta mi się o kimś, komu kibicuję, za kogo trzymam kciuki i życzę mu jak najlepiej. A tutaj?

Początek "Przyjaciela z piekła" braci Strugackich to prawdziwy popis kunsztu rosyjskich autorów - znajdujemy się na pierwszej linii frontu, która to linia akurat spokojnie faluje, gdyż żołnierze korzystają z rzadkich chwil, gdy mogą odpocząć, czekając na kolejne starcie z wrogiem. To obca planeta, niezrozumiała zrazu wojna, ale całość czyta się jak wspomnienia frontowe weterana II Wojny Światowej. Brud, błoto, zaschnięta krew i wściekli dowódcy sztorcujący wyczerpanych szeregowców.



Główny bohater to członek elitarnego oddziału wojska. To z jego żołnierskich ust poznajemy całą niezwykłą historię. To jego barwna dosadna gawęda opisuje, jak został ciężko ranny, jak zabrano go z pola walki, przeniesiono na obcą planetę (tak, na naszą starą dobrą Ziemię) i otoczono troskliwą opieką, by w finale... Nie, nie zdradzę, choć aż tak wielkiej niespodzianki znowu nie ma.

Od samego początku nie potrafiłem czytać tej historii inaczej niż jako metafory spotkania dwóch odmiennych światów egzystujących, dajmy na to, po przeciwnych stronach Żelaznej Kurtyny. Nasz bohater w obcym i "na siłę" przyjaznym świecie nie może wyzbyć się chorobliwej podejrzliwości. Swojego protektora, mądrego i stoicko spokojnego Ziemianina, nie potrafi rozszyfrować przy pomocy prostych, żołnierskich kategorii poznawczych. Szuka walki, zaczepki, prowokuje, spiskuje, mając tylko samego siebie jako partnera w tej rozgrywce. 

Czyż nie tak właśnie zachowywałby się żołnierz Armii Czerwonej, który jakimś cudem znalazłby się po Drugiej Stronie, pomiędzy imperialistami z Zachodu? Czy nauczony nieufności, wytresowany do węszenia, wyćwiczony w postawie "na baczność" sołdat nie widziałby zagrożenia w każdym przejawie dobrej woli? 

Być może.

Być może ta właśnie skromniutka książeczka jest doskonałym ostrzeżeniem przed militaryzmem. A swoisty happy end, końcowe zwycięstwo negatywnego bohatera, uczy nas smutnej prawdy o ludziach, których zresocjalizować w pewnych warunkach się nie da. 

środa, 16 października 2013

Bardzo dobrze, dostateczny, czyli "Białe krzesła" Dąbrowskiej

Czy na pewno Kościelskich? Czy faktycznie "Białym krzesłom" Krystyny Dąbrowskiej, temu skromnemu i sympatycznemu tomikowi należy się ta jedna z najistotniejszych nagród, jakie wręcza się polskim młodym piszącym?

Nie wiem. Długo się nad tym zastanawiałem... Nie, wcale niedługo, bo wystarczyły dwie lektury. Pierwsza solidna - od pierwszego do ostatniego wiersza. Powolutku, uważnie, jakbym przypominał sobie język, którego się kiedyś uczyłem. Druga lektura zamieniała mnie w skoczka szachowego - to tu, to tam zatrzymywałem się, licząc na przypadkowe odkrycie tego, co mogło być wcześniej przeoczone.

Jakie więc mam wiadomości? Cóż, być może nie najlepsze, bo "Białe krzesła" błyszczą światłem, którego nie byłoby widać na dużo jaśniejszym tle. Co mam na myśli? Na tle słabej, pozbawionej jakiejkolwiek siły przebicia, faworyzowanej przez zaprzyjaźnionych krytyków, liryki Dąbrowska brzmi wyjątkowo czysto. Oferując nam w większości wiersze ładne, osadzone w rzeczywistości widzialnej, z rzadka podbite silniejszą metaforą, co akurat dobrze służy solidnie skrojonej poezji. Czasem gdzieś uruchomi głębszą, rozbudowaną refleksję, moment zatrzymania, wniknięcia pod powierzchnię, ale powtarzam - widzialne ma tu niemal za każdym razem przewagę nad niewidzialnym.

Nie dziwi to przywiązanie do obrazu, skoro Autorka jest plastyczką, a sztuki wizualne, których jest zakładnikiem, uwrażliwiły ją na kolor, światło, zarys, linię i scenę. Dąbrowska długo celuje, chwyta sekwencje obrazów, cierpliwie naświetla kliszę pamięci, by wiernie (w to wierzę) oddać przy pomocy słów to, co zostało zobaczone. Można te wiersze z powodzeniem ilustrować, znaleźć w nich orzeźwiający konkret zamiast pseudohermetycznych wynurzeń neoawangardowych poetów. To wielka przyjemność obcować z czymś "co widać." 

Powtarzam więc - "Białe krzesła" to przyzwoita dawka dobrej poezji. Jednak niewiele więcej. Nic, co mogłoby oszołomić, co mogłoby nas zmusić do refleksji i rewizji tego, co wiemy o świecie i tego, co świat nam pokazał. To uroczy pokaz slajdów z podróży (najczęściej Egipt, Ziemia Święta, generalnie Bliski Wschód), jakie mają umilić spotkanie towarzyskie przy winie i serze pleśniowym. Jest sympatycznie, kulturka, ale na drugi dzień niewiele nam z tego zostanie. Kilka migotliwych dobrze się kojarzących obrazków.



Razi też niezrozumiały układ tekstów, jakaś dysproporcja, zachwianie równowagi - początek tomu, jego spora część, to zwarta, skupiona relacja z podróży. Tej dosłownej, fizycznej, odbytej i napisanej. To najlepsza partia książki. Natomiast reszta wygląda jak rozsypany bukiet przypadkowo dobranych kwiatów. Każdy utwór z osobna jest delikatny, kobiecy, subtelny, ale nie komponuje się nijak z całością.

To taka "Relacja z podróży + bonus tracks."

Ponadto mój nos węszy tutaj jakiś podstęp. Powiecie, że szukam paragrafu na "Białe krzesła"? Ano szukam i znalazłem (chyba) - tomik wygląda, jakby pierwotnie miał stanowić arkusz poetycki spod znaku "liryki turystycznej", ale z racji tego, że sam arkusz ma zbyt wątłe ciałko, dodano do niego na siłę kilka niepotrzebnych w tym akurat miejscu tekstów. Tak to widzę.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę.

A więc jak to jest z całością? Tak jak w szkole: "Bardzo dobrze. Dobrze. Siadaj. Trzy."

sobota, 12 października 2013

Takie sobie przyjemności staropanieństwa, czyli "Ostatni eksperyment" Iwanowej

Gdy trafia się w lokalnej bibliotece na książkę, której nikt przed nami nie czytał, mamy przedziwne wrażenie - depczemy po niemal bezludnej wyspie, czytamy znaki zostawione przez autora, by wysłać w świat relacje z terra incognita. Bywalcy bibliotek z reguły kursują do półki z napisem NOWOŚCI, a ja chwyciłem za starą zakurzoną książeczkę, nie powieść przecież, pt. "Ostatni eksperyment" autorstwa Julii Iwanowej. 

Serio, książki przede mną NIKT nie wypożyczył. W środku tkwiła wciąż archaiczna poszarzała karta biblioteczna, na której nie zapisano ŻADNEJ adnotacji. 

Stara panna.


(Wszystkie singielki przepraszam)


Sama opowieść jakoś nawet się broni. Początek jest nerwowy, szybko rośnie napięcie. Dzięki prostym trikom fabularnym Autorce udaje się błyskawicznie wprowadzić czytelnika w sam środek świata przedstawionego. Okazuje się, że oprócz naszej poczciwej Ziemi w kosmosie istnieje Ziemia Beta, zaludniona... No, zaludniona ludźmi, bo kim by innym? Nasi próbują zagadać z Tamtymi, ale Tamci nie mają ochoty, bo... No, po prostu nie mają ochoty, a przy okazji zestrzeliwują nasz statek kosmiczny, którym leciały kobiety, starcy i dzieci. Jedno więc wydaje się być pewne - nie będzie łatwo w przyszłości się dogadać, a przeprosiny i bombonierka "Merci" nie wystarczą, by zapomnieć o trudnych początkach znajomości.

Mamy zwrot, a w zasadzie gwałtowny przeskok - poznajemy główną bohaterkę, która jako starsza zgorzkniała właścicielka firmy oferującej eutanazję na życzenie, eutanazję w całkiem miłym anturażu dodajmy, snuje marzenia o wiecznej młodości. I dostaje od losu prezent - do jej firmy trafia młoda piękna kobieta, która pragnie popełnić bezbolesne samobójstwo. Nasza bohaterka dysponując maszyną do przeszczepiania tożsamości, uśmierca kwitnące dziewczę, a sama w jej ciało przenosi swą własną, przechodzoną już nieco osobowość.

Mało? Bohaterkę czekają spore problemy, bo jędrne i świeże ciałko to jedno, a drugie to fakt, że dziewczyna, której popełniono samobójstwo okazuje się być tajną agentką rozpracowującą pewnego iluzjonistę - obiekt zainteresowania służb specjalnych planety...

Książka oferuje sporo niespodzianek, wiele wiraży i ostrych zakrętów, na których prawdopodobieństwo tej historii omal się nie roztrzaskuje. Jednak nie jestem pewien, na ile Autorka z rozmysłem prowadziła czytelnika aż tak krętą ścieżką. Intuicja podpowiada mi, że być może sama nie do końca wiedziała, czym skończy się ta historia. Być może to jakiś egzotyczny owoc improwizacji, wolnej ręki, jaką dała sobie w momencie, gdy rozpisała kilka pierwszych scen? Nie wiem

Jednak ciepło myślę o tej książeczce - z reguły drażni mnie niemiłosiernie mieszanie rozważań o miłości (tak, "Ostatni eksperyment" to również specyficzna love story) i literatury s-f, jednak tym razem opanowałem nerwy i otrzymałem w nagrodę wcale niegłupią historię o odwadze, poświęceniu i człowieczeństwie...

Jak na skromniutką starą pannę, jej towarzystwo było całkiem przyjemne. Tylko bez podtekstów, proszę.

czwartek, 19 września 2013

O parkowaniu na miejscach dla niepełnosprawnych, czyli "Osama" Tidhara

Gdyby istniała jakaś tajemnicza organizacja dbająca o interesy martwych pisarzy science-fiction i gdyby taki Philip Dick dostawał dolara za każdym razem, gdy inny pisarz zainspiruje się jego pomysłami lub rozwiązaniami fabularnymi, to Lavie Tidhar, autor powieści "Osama", musiałby oddać przynajmniej połowę swojego honorarium autorskiego.

Początkowo miałem "Osamę" ocenić wyżej - wiecie, wydałem pieniądze, więc chciałem przekonać samego siebie, że nie zainwestowałem czasu (i pieniędzy, he he he) w towar niepełnowartościowy. Jednak im dłużej myślałem o tej książce, tym większy chłód ogarniał moje czułe i sentymentalne recenzenckie serce. A opowieści o tym, że Autor sam przeżył zamachy bombowe, które na trwale odcisnęły piętno na jego psychice, zaczęły mnie drażnić. Były czymś w rodzaju inwalidztwa, jakie mogłoby usprawiedliwić ewentualną porażkę literacką. Cóż, Tidhar zaparkował na miejscu dla niepełnosprawnych i udało się to wykorzystać - jego "Osama" został zauważony.



Tyle wstępu.

Gdyby znaleźć ojców chrzestnych powieści "Osama", byliby to z pewnością pisarze, których dzieli wszystko, ale niejedno też łączy. Franz Kafka i Philip Dick. Synonim depresji i absurdu, paranoi i grozy podaje sobie rękę z rzecznikiem innej paranoi, innego absurdu i innej grozy. Tidhar przyglądał się długo temu mariażowi i chyba zbyt dosłownie potraktował to, co powinno być  tylko  wyłącznie inspiracją a nie gotową licencją, jaką można  u Philipa Dicka nabyć.

Amerykański autor ze swoją powieścią "Człowiek z Wysokiego Zamku" stworzył wyjątkowo wyraźny punkt odniesienia dla wszystkich, którzy chcą skonstruować świat przedstawiony utworu złożony z dwóch (lub więcej) światów równoległych. Jednak w odróżnieniu od licznych, mniej lub bardziej udolnych realizacji takiego pomysłu fabularnego, Dick podbija narrację iście filozoficzną wątpliwością.

Za sprawą niemieckiego filozofa Leibniza światło dzienne ujrzały słowa: "Żyjemy na najlepszym ze światów." Dzięki Bogu Dick zadaje swoją powieścią pytanie: "Czy aby na pewno?" i przedstawia mroczną wizję, w której II wojnę światową wygrały Niemcy do spółki z Japończykami.

Atrakcyjne? Tak, ale całość byłaby uboższa, jednowymiarowa, gdyby nie liczne dowody na to, że rzeczywistość, w której żyją bohaterowie Dicka, jest fałszywa. "Prawdziwa" historia świata potoczyła się inaczej - Niemcy przegrali wojnę. A bohaterowie "Człowieka z Wysokiego Zamku" tonąć mogą w kolejnych wątpliwościach - "Dlaczego nasz świat pchnięto w niewłaściwym kierunku? Gdzie jest ten prawdziwy? Jeżeli żyjemy w niewłaściwej odnodze czasu, to kim (czym) jesteśmy?"

Tak działa Dick. A jak to wygląda w "Osamie" Tidhara? Popatrzmy:

Główny bohater powieści, detektyw Joe, otrzymuje zlecenie od pewnej tajemniczej kobiety - ma za zadanie odnaleźć autora kiczowatych, ociekających krwią i pachnących spalonymi ciałami książek o Osamie bin Ladenie, "Mścicielu", który w kolejnych odsłonach swoich przygód demoluje przyczółki cywilizacji Zachodu. Podkłada bomby, organizuje zamachy, misje samobójcze... (Rzecz jasna obserwujemy alternatywną rzeczywistość, naszą planetę, której nie oplotły macki globalnego terroryzmu, tutaj dzieje się akcja powieści.)

Joe wędruje więc od Paryża, przez Londyn do Nowego Jorku i stopniowo zdobywa pewność, że coś tu wyjątkowo brzydko pachnie. Że otaczają go duchy, "niewyraźni", uciekinierzy z "prawdziwego" świata wstrząsanego kolejnymi, mało literackimi, detonacjami. Zamachy, terror, groza starcia cywilizacyjnego - o tym czyta nasz detektyw i zadaje sobie pytanie: "Cóż to za chora wyobraźnia stworzyła podobne wizje?!"

Mało tego, pojawiają się tajemniczy agenci, którzy wyjątkowo brutalnie przypominają Joemu, żeby nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Pojawia się opium - katalizator, dzięki któremu bohater zyskuje na chwilę dostęp do "naszej" rzeczywistości. (Tu kłania się Dick i jego wiara w narkotykowe wizje jako źródło wiedzy o prawdziwym świecie.) Pojawiają się przeróżne flirty z popkulturowymi śmieciami - z tandetną literaturą i kinem klasy B. (Dick twierdził, że Absolut właśnie w kiczu i tandecie ma prawo się manifestować...)

Tak, "Osama" bez Dicka nie istnieje, choć sam ma również coś do zaoferowania. Tidharowi (do czasu, niestety...) udaje się zanurzanie czytelnika w świecie paranoi, strachu i niepewności. I tu właśnie pojawia się przywołany wcześniej Kafka - podobnie jak bohaterowie "Procesu" lub "Zamku" rozglądają się w na pozór tylko oczywistych dekoracjach  nasz detektyw gubi się w plątaninie krzywizn, w jakie obfituje rzeczywistość. Gubi się w labiryntach halucynacji, wizji, przeczuć. W niczym nie może zakotwiczyć pewności. To się udało Tidharowi. Brzmi ta paranoja przekonująco. Jest zaraźliwa.

Dodajmy do tego język powieści. Tidhar był ponoć poetą zanim zajął się fantastyką i to na szczęście widać - najpyszniej brzmią te akapity, gdzie słyszymy miejski szum, odgłosy ludzi i pojazdów, gdy powoli nasza uwaga pełznie arteriami światowych metropolii.

Jednak cóż z tego wszystkiego, skoro finał rozczarowuje. A może po prostu nie zrozumiałem pointy, bo im bliżej końca powieści wabiącego obietnicą rozwiązania zagadki mieszających się rzeczywistości, tym bełkotliwiej ta proza brzmi. Bohaterowie rzucają rwące się kwestie. Autor sugeruje, że postacie COŚ zrozumiały, doznały oświecenia, ale czytelnik musi SAM na wszystko wpaść. Jakby tego było mało, Tidhar obraził moją godność fana science-fiction sugerując, że za większością z anomalii, z jakimi zetknął się detektyw Joe, stoi... nieszczęśliwa miłość. Fuj!

Choć może po prostu czegoś nie zrozumiałem?

W każdym razie dług zaciągnięty u Philipa Dicka nie został spłacony nawet w połowie. Tak, ta powieść jest inspirująca. Inspiruje czytelników do rozważań na temat tego, jak dobra byłaby ta książka, gdyby Tidhar bardziej się postarał.

czwartek, 5 września 2013

Oni wszyscy są mną, czyli "Ostatnie rozdanie" Myśliwskiego

Ciężko, dysponując skromną przestrzenią, jaką ma do wykorzystania recenzent, opisać najnowszą powieść Wiesława Myśliwskiego pt. „Ostatnie rozdanie”. Książka ta zasługuje bowiem na obszerny esej interpretacyjny, a nie skromne poletko, które można obsiać około dwoma tysiącami znaków bez spacji…
Samą powieść zbudowano na jednym nośnym i bardzo pojemnym koncepcie. Anonimowy bohater, dojrzały, być może chylący się ku starości mężczyzna przygląda się wiernemu towarzyszowi – opasłemu, rozpadającemu się notesowi, w którym przez całe życie zapisywał nazwiska, imiona i adresy ludzi, z jakimi dane mu było się spotkać. Personalia uwiecznione w rozpadającym się notesie, którego mimo najszczerszych chęci nie udaje się uporządkować… Tak wygląda nasze życie? – myślę sobie i śledzę tę metaforę od pierwszej do ostatniej strony.

Prowadzi mnie ona przez labirynt fabuły, jeżeli w ogóle w przypadku tej książki możemy posłużyć się tak nieprecyzyjną kategorią, bowiem opowieść meandruje pomiędzy teraźniejszością a przeszłością, między snami, wspomnieniami, obserwacjami a obszernymi cytatami z listów, jakie bohater otrzymuje od kochającej go kobiety. Wszystko łączy się w jeden falujący amalgamat; co i rusz wypływa na powierzchnię powieści nazwisko, miejsce, epizod, później ginie czytelnikowi z oczu, by powrócić doń echem, odbiciem.
Historia rządzi się regułami pracującej pamięci, a ta jest kapryśna i nieprzewidywalna. Spotkania, rozmowy, czasem autentycznie zabawne sekwencje sąsiadujące ze wzruszającymi lub rozdzierającymi serce partiami starają się oddać pełną sprzeczności naturę egzystencji, którą zawsze dzielimy z innymi. No bo kim jesteśmy bez tych, którzy przeszli przez nasze życie? Myśliwski odpowiada – oni wszyscy są mną.
Notes. Czytając kolejne nazwiska, próbując oddzielić żywych od umarłych, trafia się na opór. Bo cóż z tego, że właściciel nazwiska już nie żyje, skoro wciąż trwa intensywnie i uparcie w pamięci? Tak wygląda ta specyficznie widziana wspólnota żywych i umarłych – zgodnie dzielą wciąż kurczącą się przestrzeń, jaką możemy poświęcić tym, którzy skrzyżują swój los z naszym.
Od samego początku powieści czujemy wielki prozatorski oddech. „Ostatnie rozdanie” to niemal pięćset stron wypełnionych zdaniami absolutnie koniecznymi. Ustawionymi w takim a nie innym szyku, rytmie. Tak a nie inaczej rozwija się przed nami medytacja nad płynną materią życia. Nie brakuje ani jednego słowa, ani jedno nie wydaje się być zbędne, naddane. Świat przedstawiony jest plastyczny, wielowymiarowy, niemal namacalny, a jednocześnie narrator zachowuje względem niego spokojny dystans. Tak właśnie wygląda proza, która jest w stanie wskrzesić świat lub opowiedzieć go na nowo. To absolutne mistrzostwo.

***

Recenzja ukazała się na stronach Lubimy Czytać.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Gorzko i wytrawnie, czyli "Krople światła" Marina

Trzymam przed sobą powieść fantastycznonaukową pt. "Krople światła" autorstwa Hiszpana Rafaela Marina. Jeden z najlepszych dowodów na to, że coś wymyślonego, rozwiniętego i doprowadzonego niemal do perfekcji w Stanach Zjednoczonych dopiero w Europie nabiera niezwykłej głębi, uszlachetnia się, odkrywa przed wielbicielami nieznane wcześniej możliwości gatunku. Powiedzmy to sobie wprost - możemy się natrzepać tanim mocnym piwskiem w stylu "Gwiezdnych wojen", ale możemy też sięgnąć po czystą krystaliczną wódkę w stylu braci Strugackich. 

"Krople światła" Marina to wytrawne gorzkie wino, którego bukiet powoli się rozwija i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Powieść to niezwykła. Niespiesznie toczą się jej tryby. Zdania rozwijają majestatycznie. Myśli bohatera przeplatają się z sugestywną, soczystą wizją świata przyszłości - rzecz jasna upiorną, choć jej potworność serwowana jest subtelnie, bez krwistych i wulgarnych orgii przemocy.  

Świat przedstawiony to umowna przyszłość, w której Ziemią włada wszechpotężna Korporacja zwana Nowym Jorkiem. Główną ideologią Ziemian jest nieustanny, precyzyjny, wyrachowany Podbój wszechświata. Eliminacja konkurencyjnych ras, gospodarka rabunkowa, wieczna konkwista, która ma się nigdy nie skończyć i rozszerzyć dominację naszej rasy w każdym zakątku kosmosu. 

Sama Ziemia to totalne zadupie, gdzie nieudacznicy snują się pomiędzy rozpadającymi się domami a Fabrykami, w których czeka ich odmóżdżająca praca. Tam żyje tez młody, marzący o karierze poety na usługach Korporacji Hamlet Evans. Dandys, naiwniak, poczciwiec, któremu dane będzie zaznać jednego - stracić wszystko, co kiedykolwiek zdobędzie. Przyjaciele, sława, bezpieczeństwo, kobiety, szacunek... To wszystko rozmyje się jak garść gwiezdnego pyłu...



Nauka zawodu poety, potem okres terminowania na różnych okrętach, które miażdżąc kolejne światy, zyskują nieśmiertelną sławę dzięki epickim poematom Hamleta, niełaska, w jaką popada bohater, upokorzenie, igraszki losu, zamykająca wszystko przeraźliwie smutna koda...

Nie, to nie jest książka, o której pomyślelibyśmy, kojarząc hasło "space opera." Nie ma tu Zadania, które musi wykonać Bohater uzbrojony w lasery. Nie ma fabuły, którą można by śledzić na wykresie rysując linię od punktu A do punktu Z. Nie ma intrygi w topornym rozumieniu tego słowa, bo intrygę zastąpiła biografia Hamleta Evansa. Przedstawiciela gatunku homo sapiens, którego poznajemy jako nastolatka, a żegnamy się z nim, gdy ten wchodzi w smugę cienia jako wygnaniec, renegat, kosmiczny wyrzutek...

Chyba już teraz rozumiecie, na czym polega wyjątkowość tej powieści na tle brei, jaką serwują nam podrzędni autorzy mnożący ograne motywy i pomysły gatunku. Rafael Marin odwołuje się do tradycji europejskiej kultury wysokiej. 

Odwołanie do Szekspira jest najoczywistszym z tropów, ale istnieje też coś więcej - przeświadczenie, że proza (dlaczego by nie fantastycznonaukowa?) może zilustrować ludzki los. Życie, w którym zazwyczaj nie wykonuje się Misji, nie walczy z Gwiazdami Śmierci, ale po odegraniu wszystkich przewidzianych dla nas ról po prostu schodzi się ze sceny prosto w ciemność. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Roztrzaskać się pod koniec, czyli "Grecy umierają w domu" Klimko-Dobrzanieckiego

„Grecy umierają w domu” to dziwna książka. Tego jestem pewny. Rzuca czytelnikiem od bandy do bandy, ze skrajności w skrajność. Od czystego niemal reporterskiego oglądu sytuacji po liryczne wysmakowane prawie poetyckie partie. Od melancholijnych, elegijnych wręcz reminiscencji po chłodne cyniczne relacje z teraźniejszości.
Poruszamy się dwutorowo – raz śledzimy męki twórcze głównego bohatera powieści, Sakisa, spolonizowanego Greka, który u progu dorosłości wrócił do ojczyzny rodziców i po latach został pisarzem. Tkwi teraz na niewielkiej wysepce, pomieszkuje w „domu pracy twórczej”, gdzie spotyka przedziwną menażerię mniej lub bardziej utalentowanych ludzi pióra. Ta warstwa to surowa, męska proza. Język jest dobitny, dialogi szybkie, nakrapiane gorzkim poczuciem humoru i ironią.
Innym razem czytamy pełną melancholii, poezji i tęsknoty opowieść o losach rodziców narratora. Uwaga koncentruje się na ojcu bohatera -  potężnym brodatym Greku. Próbuje on raz po raz za pomocą mniej lub bardziej wariackich pomysłów poprawić status rodziny uchodźców, którzy na początku lat 50 osiedlili się w prowincjonalnym polskim miasteczku.
Klimko-Dobrzaniecki nie odkrywa jednak przed nami niczego niezwykłego, oryginalnego, własnego. Potwierdza tylko, że o figurze ojca najłatwiej jest pisać, utrzymując elegijny ton. Zanurzyć narrację w kipieli niezwykłych wydarzeń, otoczyć bohatera barwnymi kolegami, znajomymi, wrogami i… gotowe. Tak właśnie uzyskuje się bezpieczną, realistyczno-magiczną mieszankę.
Zaręczam jednak, że bez trudu możemy znaleźć dużo lepsze utwory opisujące archetypiczną relację ojciec-syn. Dużo lepsze historie o zauroczeniu, bólu i goryczy dojrzewania w cieniu ojca, który z czasem przestaje być wszechmocny i wszechwiedzący. Przestaje być nieśmiertelny.
Doskonale za to czyta się partie poświęcone współczesności. Posępne, niemal fatalistyczne tony pobrzmiewają, gdy narrator wspomina o kolejnych falach greckiego kryzysu i o odpowiedzialności rządzących za sytuację, w jakiej znalazł się kraj. Przewrotnie i zaskakująco brzmią słowa o naturze rządów totalitarnych, które przecież nie zostały ani Grekom, ani Polakom oszczędzone.
Chciałem początkowo niżej ocenić tę książkę. Zarzucić jej częściową  przewidywalność i wtórność. Podkreślić doskonały warsztat pisarski, zaangażowany w próbę rekonstrukcji dzieciństwa, i chłodny opis wycinka współczesności. Jednak czytelnicze bóstwo (jeżeli istnieje takowe) pokarało mnie. Wykpiło moją niecierpliwość i odsłoniło przede mną wstrząsające zakończenie. 
Finał niesamowity, niespodziewany, wiążący wiszące spokojnie do tej pory wątki. Autor prowadził mnie, łudząc wizją łagodnej i utemperowanej rodzinnej baśni. Jednak to, co pokazał mi w finale, przypomniało o najmroczniejszych, niemal fundamentalnych pierwiastkach istniejących w brutalnych archaicznych wersjach mitów greckich. Fatum, groza odkrytej gwałtownie prawdy, katastrofa.
Zamykając książkę, poczułem się jak wędrowiec, który idąc wydawać by się mogło szeroką i dobrze znaną sobie ścieżką, zawiesił nagle stopę w powietrzu, ponieważ otworzyła się przed nim przepaść najeżona ostrymi skałami.
Roztrzaskać się łatwo. Można i warto. 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Dupa zawsze śmieszy, czyli "Prawda" Palina

Zapoznając się z powieścią Michaela Palina pt. „Prawda”, czytelnik kojarzący autora tylko i wyłącznie z dokonaniami legendarnej grupy Monty Python, może poczuć swoisty dysonans poznawczy. Ma przecież prawo oczekiwać książki zabawnej, pełnej absurdu, groteski, przesyconej anarchistycznym poczuciem humoru, który niósł będzie za sobą niezbyt słodką refleksję na temat życia. A sam pisarz? Przecież to kwintesencja, niemal wzór tego, co nazywamy "angielskim poczuciem humoru." Twarz wzbudzająca sympatię i zaufanie, szczery uśmiech...
Kurde, bolało spotkanie z tą książką. Bolało. 
Bo co otrzymałem? Poważną propozycję, w której pojawiają się nie tylko czytelne nawiązania do „Jądra ciemności” Conrada, ale również kłębią się w niej dość bolesne pytania o kondycję idealistów, jacy co rusz muszą łamać swoje zasady. Palin uwypukla problemy naszego świata: grozę współczesnego kolonializmu, podłość koncernów drenujących dziewicze wciąż części planety, mroczne strony rynku książki… Robi to w sposób przekonywający, spokojny, budując narrację, której nigdzie się nie spieszy. 
To akurat się książce chwali. Powolny spacer wgłąb fabuły jest nawet atrakcyjny. Rysuje się przed nami mało kolorowe tło początku powieści;  zachmurzone i szare Wyspy Brytyjskie, gdzie żyje Keith Mabbut – pisarz do wynajęcia, onegdaj dziennikarz śledczy, który młodzieńcze ideały zastąpił potrzebą stabilizacji, a ryzyko zawodowe przewidywalnymi zleceniami.
Jego małżeństwo rozpadło się, traci kontakt z dorosłymi dziećmi, od czasu do czasu ląduje w łóżku przypadkowo poznanej kobiety, z którą nie łączy go żadna głębsza więź. 56-letni mężczyzna grzęźnie w swoim bezbarwnym życiu, a Palin doskonale oddaje tę aurę beznadziei. Nie jest nam do śmiechu, gdy obserwujemy notorycznie przegrywającego na niemal każdym froncie człowieka.
Wszystko może odmienić lukratywne zlecenie – bogate wydawnictwo proponuje naszemu bohaterowi spisanie bestsellerowej według marketingowców biografii nieuchwytnego Hamisha Melville’a. Aktywisty, walczącego ekologa, żywej legendy, autorytetu wszystkich obrońców praw człowieka. Mimo początkowych obiekcji (rozwianych między innymi wysokością honorarium), Mabbut podejmuje się tego zadania, nie podejrzewając jednak, że staje się częścią wyrafinowanej intrygi. Wędrując po bezdrożach Indii, lecąc do Czech, walcząc z londyńskim rekinami rynku wydawniczego, stopniowo odkrywa tytułową prawdę o człowieku, którego działalność sam podziwiał, ale prawda ta też staje się elementem gry, którą Melville prowadził z całym światem.
Nie spodziewajmy się po tej książce erupcji humoru – jest on delikatny, zbyt subtelny, wynikający raczej z obserwacji ludzkich słabostek i przypadków, jakimi rządzi się nasze życie. Najzabawniejsza wydała mi się kpina z "awangardowych artystów", gdy główny bohater ogląda przedstawienie teatralne wystawiane przez zespół o malowniczej nazwie DUPA.

(Co jakiś czas łeb podnosi durnowata internetowa zabawa polegająca na tym, że ludzie dodają do tytułów ulubionych piosenek lub filmów końcówkę "In my ass." Prymitywne to aż boli, ale jakoś tak mi się ze smutnym komikiem skojarzyło)
Sam komizm zostaje przesłonięty ważniejszymi dla Palina kwestiami. Mechanizmy zbrodniczej niemal działalności wielkich koncernów. Bezwzględność ekonomii, która ustawia na pierwszym planie zysk, eliminując po drodze człowieka. Prywatne wojny między najbliższymi sobie kiedyś ludźmi, dziś akcentującymi sprzeczne interesy, oczekiwania, nadzieje. To znajdziemy w tej napisanej dla poważnego odbiorcy powieści. Powieści, która niczego nowego nam jednak o świecie nie powie. Szkoda...
Całość, mimo swego ciężaru zmuszającego do refleksji, spisana jest lekkim, pozbawionym zbędnej stylistyki piórem. A finał, jakiego się doczekamy, choć na chwilę rozproszy kłębiące się nad światem chmury i pozwoli uwierzyć, że warto być wiernym swoim ideałom.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Profesor T.Alent poleca, czyli "Pierwsze podróże w czasie" Heinricha (chyba)

Czy pamiętają może moi nieliczni czytelnicy "Księgę VIII" przygód Tytusa, Romka i A’Tomka, w której niezastąpiony profesor T.Alent oddał w ręce chłopców „aparacik” umożliwiający podróże w czasie?

Wystarczyło chwycić się pudełeczka, pokręcić korbką odpowiednią liczbę razy i już lądował człowiek w mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości. Proste, prawda? (Każdy by chciał takie cudo mieć, że tak się rozmarzę się. Ile błędów młodości dałoby się naprawić… Ech…)



Myślę, że w podobny sposób problem podróży w czasie rozwiązał niemiecki autor o bardzo skomplikowanych personaliach – Erik Simon Reinhard Heinrich (co jest nazwiskiem, a co imieniem nie śmiem orzekać). Nasz Autor pochwalić się może powieścią fantastycznonaukową pt. „Pierwsze podróże w czasie”, która również bezpretensjonalnie i gardząc jakimikolwiek naukowymi przesłankami, opisuje tytułowe wojaże wzdłuż i wszerz czasu.

Dostajemy więc garść uroczych, staroświeckich historyjek ilustrujących rzekome paradoksy, niespodzianki i zawirowania, jakie towarzyszyć mogą podróżnikom dysponującym odpowiednim wehikułem. Całość podzieloną na kilka opowieści, podzielonych z kolei na krótkie rozdzialiki, czyta się błyskawicznie. A pomysł, by siłą napędową wspomnianych wehikułów były jakieś kryształowe kolumny, kupujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Badacze przeszłości lądują raz w epoce kamienia łupanego (kapitalny pomysł, by pojazd, którym poruszają się naukowcy, przypominał mamuta…), innym razem w starożytności, potem w średniowieczu etc. Za każdym razem Autor stara się domknąć daną historię błyskotliwą pointą, co na ogół się udaje i jeżeli nawet nie jesteśmy specjalnie zaskoczeni kolejnymi finałami, to powinniśmy docenić starania pisarza.

Całość pomyślana jest jako nieistniejący (jeszcze, podkreślmy) „Suplement do Podręcznika podstaw temporalistyki" i zachowuje pozory bycia publikacją naukową, stąd zamykające książkę „Dodatki” wzbogacające wizję autorską o „naukowe” szczegóły tłumaczące co dziwniejsze rozstrzygnięcia fabularne.

I co z tym zrobimy, zapytacie. Ano nic. Nie żałowałem czasu, jaki poświeciłem tej całkowicie archaicznej pozycji. Mam sentyment i dużo (uwaga, patos!) czułości do tego typu książek. Książek-eksponatów.

I gdybym miał przywołany na początku aparacik i trafiłbym na samego siebie sięgającego po „Pierwsze podróże w czasie”, nie wyrwałbym sobie tej książki z rąk.

PS


I choć tekst niewątpliwie należy do kręgu literatury niemieckojęzycznej (o Boże, to nazwisko!), ja „ustawiam” go na półce „Stara polska fantastyka,” bowiem wydano go w serii FANTASTYKA-PRZYGODA-ROZRYWKA, pod skrzydłami Krajowej Agencji Wydawniczej.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Bomba, czyli „Głowa Kasandry” Baranieckiego

Nie zdziwiłem się za bardzo, gdy przeczytałem informację jakoby nowela Marka Baranieckiego pt. „Głowa Kasandry” miała kiedyś zostać przeniesiona na ekran jako film pełnometrażowy i (miejmy nadzieję) pełnobudżetowy. Nie zdziwiła mnie też nowina, jakoby świat przedstawiony opowieści miał być fundamentem gry komputerowej.

Skąd to zainteresowanie? Otóż „Głowa Kasandry”, zdobywczyni Nagrody im. Zajdla za rok 1985 (Całkowicie zasłużenie, dodajmy, bo gdyby dziś Baraniecki wypalił taki tekst, Zajdla powinien dostać kilka razy z rzędu!), jest po prostu tekstem fenomenalnym. Jedną z najlepszych postapokaliptycznych wizji zrodzonych w obrębie nie tylko rodzimej literatury fantastycznonaukowej.

Wiele przemawia za tym, by po prostu uznać „Głowę Kasandry” za arcydzieło gatunku, momentami odważnie przekraczające konwencjonalne ramy gatunku. Świat przedstawiony książki kreśli być może i niezbyt zaskakującą wizję, ale całość podana jest w tak sugestywny sposób, że mamy wrażenie obcowania z czymś zaskakująco świeżym i inspirującym intelektualnie.

Wojna atomowa, którą chyba zremisowały Wiodące Mocarstwa, na trwałe zmieniła oblicze Ziemi. Jej bieguny magnetyczne uległy przesunięciu, anomalia klimatyczne wpisały się na stałe w krajobraz zdewastowanej planety, którą zamieszkują rozproszone niedobitki ludzkości. Miasta opustoszały, pola spłukują kwaśne deszcze, krowy rodzą zmutowane cielaki.

Głównym bohaterem tekstu uczyniono człowieka, którego powołaniem jest unieszkodliwianie wciąż aktywnych niewystrzelonych głowic jądrowych. Teodor Hornic, bo o nim mowa, ma psa, instynkt myśliwego, kolosalne doświadczenie i wlekącą się za nim legendę. Ma też obsesję – odnaleźć najgroźniejszą z wszystkich rakiet, tytułową „Głowę Kasandry”, zdolną unicestwić życie na całej Ziemi. 



To tylko początek, kilkanaście pierwszych akapitów wprowadzających nas w przerażającą, ale zadziwiająco spokojną wizję świata po końcu świata. Baraniecki doskonale włada językiem, więc zdania, rozbudowane, naszpikowane niezbędnymi szczegółami, budują atmosferę zaiste przedziwną.

Czytamy o pustce umierającej ziemi, mimo że wiosna buzuje w liściach młodych lasów, a słońce świeci jak przed tysiącami lat. Ta sielanka podszyta jest grozą. Groza – spokojem i wyciszeniem.

Takie preludium otwiera niezwykłą filozoficzną, a wręcz teologiczną narrację. Pod warstwą przygody, nerwowego poszukiwania śmiercionośnego pocisku, kryje się dużo dużo więcej. Odnaleziona w końcu „Kasandra,” chętnie odsłania swoje sekrety, ale wiedza, do której dociera Hornic, ścina go z nóg. Zrzuca się na niego odpowiedzialność, jakiej nie powinno się kłaść na barki śmiertelnika. Objawia mu się prawda, która paraliżuje.

Czytelnikowi zaś rodzą się w głowie kolejne pytania – dlaczego imię głównego bohatera oznacza „Dar boga”? Dlaczego w bazach danych jego nazwisko opatrzono adnotacją „Dezerter”? Co wybrał, stojąc w obliczu niewyobrażalnego wyboru? Wątpliwości mnożą sie, a szukanie odpowiedzi prowadzi do kolejnych i kolejnych ślepych uliczek.

Co więc pozostaje? Mój, przepraszam, że tak prywatnie i półoficjalnie, niekryty zachwyt nad pomysłowością, precyzją i powściągliwością Baranieckiego. Pisarz zaopatrzony w słabsze hamulce mógłby „Głowę Kasandry” rozwodnić kolejnymi epizodami, niesamowitościami spod znaku „postapo.” Mógłby dodać parę wątków pobocznych, kilka gadżetów i ulepić ciężkostrawną sagę o końcu świata. No i pewnie jacyś zombie też by się znaleźli. Muszą być zombie. I cycki.

Baraniecki jest jednak dojrzałym autorem i partnerem czytelnika. Wie, gdzie się zatrzymać, by nie odbierać jednej z największych książkowych przyjemności – uczucia niedosytu, które zapamiętujemy dużo lepiej niż wrażenie uciążliwego przejedzenia.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Dużo małych przyjemności, czyli "Dziwne drobne przedmioty" Gustafssona

Gdybym zaryzykował pewien eksperyment i wyobraził sobie Szwecję w sposób, w jaki opowiadają o niej popularni w Polsce autorzy powieści kryminalnych, okazałoby się, że jest to kraj, którego lepiej nie odwiedzać, a oddzielający nas od Szwecji Bałtyk być może jest zbyt słabą barierą, by utrzymać w ryzach całe zło, jakie u naszych sąsiadów się lęgnie. Morderstwa, zamachy, akty przemocy, seryjni mordercy, patologie równomiernie ułożone na wszystkich szczeblach drabiny społecznej, nietolerancja, ksenofobia, mroczne tajemnice rodzinne... To miejsce, w którym na dobre rozgościła się Buka.
Na szczęście literatura z najwyższej półki zdejmuje tę klątwę. Za sprawą wydanych w zeszłym roku wierszy zebranych Noblisty Tomasa Tranströmera polski czytelnik mógł zapoznać się z dorobkiem jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku. W tym roku światło dzienne ujrzał zbiór wierszy Larsa Gustafssona „Dziwne drobne przedmioty”. Książka, która mimo swoich skromnych gabarytów, stanowi kapitalne uzupełnienie wiedzy na temat  poetyckiej mapy Szwecji.
Pierwszą uderzającą czytelnika cechą poezji Gustafssona jest prostota. Nie znajdziemy w jego wierszach zbędnego słowa, pustych eksperymentów językowych, udziwnionych konstrukcji stylistycznych. Niczego, na czym mógłby zatrzymać się wzrok szukający obrazów i myśli. Odsączono wszelką pustą retorykę, wyrzucono balast dwudziestowiecznych awangardowych odkryć poetyckich. Te wiersze to czyste okna, przez które bez przeszkód możemy wpatrywać się w prezentowany nam świat.
A to właśnie świat widzialny, którego najdrobniejsze przejawy z czułością obserwuje i opowiada o nich, jest najważniejszym bohaterem poezji szwedzkiego autora. Jednak nie ma w tych tekstach upozowanej ckliwości, sentymentalnych tonów, jaskółczego niepokoju. Nic nie rozwadnia rzetelnych i trzeźwych spostrzeżeń. To męska poezja. Surowa i okazująca czułość światu jakby od niechcenia, przy okazji, nieco wstydliwie.
Dawno nie czytałem wierszy tak po prostu ludzkich. I choć nie jest to jeszcze oficjalna kategoria, którą mogą posługiwać się poważni badacze literatury, to właśnie to „bycie ludzkim” jest największym atutem tych utworów. Ciepło się robi na sercu, gdy trafimy na wiersz o kocie śpiącym w nogach łóżka lub na przepiękną elegię poświęcona psu, który odszedł już do krainy wiecznych łowów. 
To wiersze o  prostych ludzkich przyjemnościach. Poezja tych, którzy kierują się w życiu zasadą następującą - lepiej mieć dużo małych przyjemności niż mało dużych. 
Typowa codzienna (chciałbym) mała przyjemność

I nic, powtarzam, nic nie brzmi w tej poezji trywialnie, banalnie, pretensjonalnie. Bohater Larsa Gustaffsona przypomina dobrego znajomego, który w chwilach szczerości odkrywa się przed nami bardziej niż by może tego chciał. Odsłania te przestrzenie swojego wnętrza, o istnieniu których nie wiedzieliśmy. Opowiada o swojej codzienności, która tak bardzo przypomina naszą. I, być może, uczy pochylać się nad drobnymi przedmiotami, gdy nie mamy już siły ani ochoty zadzierać głowy, by wpatrywać się w Wielkie Sprawy, o jakich chyba zbyt często kazała nam myśleć poezja.