środa, 28 grudnia 2011

"Turnieje boże", czyli średniowiecze lepsze niż Śródziemie.

Nigdy chyba nie zrozumiem globalnej fascynacji literaturą fantasy. I chociaż saga o Wiedźminie przyspawała mnie do siebie na długaśne godziny, chociaż Le Guin urzekała poezją (tłumaczył "Czarnoksiężnika z Archipelagu" przecież Barańczak), chociaż oszołomił Tolkien, to nigdy do końca nie kupowałem natchnionych interpretacji dzieł wyżej wymienionych autorów.


Że niby "Władca pierścieni" ma ukryte ewangeliczne przesłanie? Że niby Le Guin zarysowała Jungowskie teorie? A najistotniejszą cechą sagi Sapkowskiego jest postmodernistyczne mruganie okiem?



Na to nie dawałem się nabrać.



Dla mnie fantasy to zabawa w pokoju, w którym nie przybywa zabawek. Wciąż elfy, krasnoludy, orki, czarodzieje, gadające zwierzaki, krajobraz ufundowany na opowieściach arturiańskich lub wywleczony z mitologicznych czeluści.



Tym zestawem gadżetów żonglują sobie co mniej kreatywni autorzy, a czytelnicy łykają fast foodowe paraliterackie wyroby papiernicze.



Wiem, okrutny i pewnie niesprawiedliwy jestem.



***



Przeżywając kolejny już etap fascynacji średniowieczem, wrzuciłem onegdaj w sieć hasło - "Powieści o średniowieczu." Nie chciałem jednak czytać kolejnych "Krzyżaków" lub książczydeł traktujących epokę jako niemal Disneyowskie tło dla romansu lub horroru.



Chciałem solidnej epickiej roboty, która nie tylko porwałaby mnie jako czytelnika, ale również nauczyła czegoś o Wiekach Średnich. Trafiłem w dziesiątkę!Lepiej nie mogłem... i wątpię, by jakakolwiek powieść zrobiła na mnie większe wrażenie.



Pierre Barret, Jean-Noel Gurgand (historyk i dziennikarz) napisali rozłożoną na trzy tomy opowieść o średniowiecznym everymanie, rycerzu Wilemie d'Encausse. I jeżeli prawdą jest, co wyraził J. Huizinga w "Jesieni średniowiecza" mówiąc o niesamowitej dynamice życia w tej epoce, to dzieło francuskich autorów jest tego najlepszą ilustracją.





Tworząc fikcyjną postać chrześcijańskiego rycerza, autorzy bezlitośnie ciskają nim po przeróżnych zakątkach Europy - w Anglii bierze udział w brzemiennym w skutki turnieju, w czasie wypraw krzyżowych już jako templariusz trafia do niewoli, gdzie zostaje okaleczony, snuje się po Europie, próbując nie dopuścić do zamachu na swój własny zakon, jego żona, opuszczona i zniechęcona życiem, przyłącza się do katarskiej herezji, we Francji wybuchają okrutne, nieludzkie walki z heretykami, nasz bohater, by odpokutować swoje winy udaje się jako pielgrzym do Santiago de Compostela, tymczasem we Francji rodzi się nieziemska idea krucjaty dziecięcej...



To tylko zarys. Delikatny szkic. Nawet nie konspekt konspektu tego, z czym obcujemy na przestrzeni trzech tomów.



Faktograficznie bez zarzutu, można powtórzyć przed egzaminem z historii (pewnego etapu) średniowiecza. Detale, szczegóły, realia, atmosfera - od początku czujemy, że to wielki epicki oddech, opowieść pochłaniająca czytelnika bez reszty.



Jednak dla mnie najistotniejszy był wymiar...hmmm...ludzki (?) tego cyklu. Ja po prostu uwierzyłem tym bohaterom i W tych bohaterów. Są dziećmi swoich czasów, podłych i chwalebnych, pięknych i obrzydliwych, szlachetnych i łajdackich.



Wątpię, by ktoś był w stanie równie precyzyjnie co francuscy autorzy oddać stan świadomości średniowiecznych Europejczyków. Ich ideały, czasem obłęd, czasem niezrozumiały już dla nas fanatyzm, a także honor i wierność.



No i jeszcze jedna kwestia - gdy rozpoczynamy czytać powieść, obserwując młokosa, który za chwilę ma być pasowany na rycerza, a kończymy czytać, gdy nasz rycerz już dawno przestał nim być, stracił większość swoich bliskich (ich też poznaliśmy jako młodych pełnych wigoru ludzi)i spokojnie czeka na zejście ze sceny świata...



...prawie popłynęły mi łzy, bo żegnałem się z tą bądź co bądź fikcyjną postacią, mając jednak świadomość, że towarzyszyłem Wilemowi d'Encausse w jego drodze życia.



Żegnałem się z nim jak ze starym wiernym przyjacielem. A on pożegnał się słowami, które dziś brzmią w moich uszach czystą, zakropioną goryczą, mądrością:



Wilem. Wilem d'Encausse u kresu drogi, u własnego kresu, suchy liść w tchnieniu Boga, odrobina czasu, odrobina prochu w oceanie wieków - człowiecze życie.







Nie, żaden Sapkowski by tego nie wymyślił...

środa, 7 grudnia 2011

Kwadratowy "Mars" Rafała Kosika

Jest taka szkoła interpretacyjna, która w prosty i radykalny sposób szybko rozwiązuje kwestię wartości danego dzieła - filmu lub książki.

Trzeba się przyjrzeć nazwiskom głównych bohaterów - jeżeli są "twarde", "męskie" i najczęściej jedno-dwu sylabowe, wtedy mamy niemal stuprocentową pewność, że obcujemy z dziełem klasy B i niżej.

Przykłady - Nick Travis, Evan Reed, Simon Ballister, Chris Cody, Jack Miller, Mason Storm, Eddie Lomax, Jack Quinn...

Czujecie, prawda? To nazwiska bohaterów kina kopanego odtwarzanych przez Lorenzo Lamasa, Stevena Seagala i Jeana Claude'a van Damme'a.


A cóż to ma wspólnego z "Marsem" Rafała Kosika? Cóż... Bohaterowie to Ryan Allen, Curtis Grant, Doris Westwood, Richard Griffin...




OK? Może, choć już na samym początku uprzedziłem się do tej powieści. Co może nowego o Czerwonej Planecie napisać ktoś, kogo nie stać nawet na wymyślenie oryginalniejszych i barwniejszych danych personalnych?

W sumie nic, jak się okazuje. A jest to zarówno zaletą, jak i wadą tej książki.

Czytając "Marsa" czułem się, jakbym obcował w produktem wyplutym przez program komputerowy pracujący w opcji "Stwórz starą dobrą fantastykę naukową." Program się spisał, chociaż wszystko pozbawione jest ducha, brakuje tu czegoś, co sugerowałoby istnienie indywidualnego stylu Kosika.

Nie, Autor nie pisze źle, on pisze do bólu neutralnie. Zdania są gładkie, metafory czytelne, dialogi momentami szybkie, nieraz błyskotliwe... Jednak to wciąż tchnie porządnym wyrobnictwem, wydeptywaniem dawno wydeptanych ścieżek.

A pomysł? Też nie nowy - jest takie opowiadanie Dicka, w którym mieszkańcy Ziemi załamani kurczącymi się zapasami kopalin, próbują opanować inną planetę, Marsa chyba. Lądują tam i załamują się drugi raz, bo pod powierzchnią planety istnieją ślady... ludzkiego osadnictwa.

Czyli wcześniej ogołociliśmy Marsa, który był naszą rodzimą planetą, dopiero potem pod nóż poszła Ziemia.

Kosik idzie pod rękę z tym pomysłem, choć skręca w stronę socjologii, kwestii przeludnienia, "nadprodukcji" ludzi...

...i całkiem zgrabnie obraca paroma nieśmiertelnymi schematami gatunku.

"Mars" jest właśnie lekturą dla czytelników spragnionych klasycznych porządnych mainstreamowych czytadeł. Satysfakcja gwarantowana, jeżeli z własnej woli bierzemy udział w grze "Opowiedz to jeszcze raz własnymi słowami."

Żądając oryginalności - przegramy.

Przyjmując blef za dobrą monetę - o paradoksie! - wychodzimy cało z lądowania na Czerwonej Planecie.

czwartek, 1 grudnia 2011

Jak zakochałem się w Urszuli H’x, czyli "Opowieści kosmikomiczne" Calvino


Może mam serce z kamienia, ale jakoś nigdy nie potrafiłem zaangażować się w "związek" z bohaterką książki.

Niemal mi się udało zadurzyć się w drugoplanowej bohaterce "Śmierci na Nilu" Agaty Christie, ale cóż z tego, skoro skromna brunetka odchodzi pod rękę z młodym Amerykaninem? Cóż z tego, że wzdychałem do dzielnej mężatki z "Człowieka z Wysokiego Zamku" Dicka, skoro to mężatka właśnie była? Zawsze jakoś intrygowała mnie sąsiadka Józefa K z "Procesu" Kafki, panna Burstner, ale ona szybko roztapia się w czeluściach utworu...

Z reguły kobiety były zamężne, miały potrzaskane życiorysy, były antypatyczne, jędzowate, a jeżeli objawiłaby się jakaś milutka kobietka, z miejsca autorzy przyklejali jej adoratorów.

Może za mało czytałem, ale nie spotkałem sympatycznej, stanu wolnego, która w swoim panieństwie wytrzymywałaby do końca książki.


Oczywiście pot nie istniałby, gdybym nie znalazł w końcu mojej wybranki serca, mojej Dulcynei z Toboso, która skupiłaby w sobie wszystko, czego do tej pory szukałem.
Znalazłem ją w małej uroczej książeczce Italo Calvino „Opowieści kosmikomiczne.” Sam autor jest jednym z klasyków europejskiej literatury eksperymentalnej, chociaż daleko mu do pustego kuglarstwa, martwych doświadczeń językowych lub destrukcyjnych dekonstrukcyjnych zabiegów.

Calvino jest eksperymentatorem subtelnym i delikatnym. Doskonale wyczuwa granicę wytrzymałości czytelnika i nie rozciąga granic wytrzymałości literatury. Jego zabiegi są eleganckie, szlachetne, pełne dziwnej „matematycznej” poezji – przypomnijmy sobie dziełka w stylu „Rycerz nieistniejący” czy „Niewidzialne miasta”, żeby nie wspomnieć o fundamentalnym dziele „Jeśli zimową nocą podróżny…” (mam do oddania jeden egzemplarz, jeśli ktoś by chciał…)

Otóż Calvino wpadł, jak zwykle, na niesamowity pomysł - przyjrzeć się fizyce teoretycznej i teoriom rozwoju życia na ziemi, by "zaludnić" wyżej wymienione czysto ludzkimi emocjami, uczuciami, rozterkami, pragnieniami etc.

Brzmi niejasno? Tłumaczę: ponoć "na początku" cały wszechświat istniał skupiony w jednym punkcie. Calvino rozwija teorię i umieszcza w tym punkcie narratora, jego znajomych, kobiety, mężczyzn, piękną panią Ph(i)Nko, w której podkochuje się narrator, a ona dzieli łóżko z innym mężczyzną, ale co to znaczy "dzielić łóżko" w chwili, gdy wszyscy żyjemy w JEDNYM punkcie przestrzeni?!

Taka gra z wyobraźnią jest specjalnością włoskiego Autora.

A co z moją ukochaną?

Opowiadanko traktuje o liniach równoległych i spadaniu. Ciała spadające w przestrzeni wzdłuż linii równoległych NIE MAJĄ prawa NIGDY się do siebie zbliżyć. Prawda? Prawda. Narrator opowiadania snuje relację z tego spadania, w którym towarzyszy mu piękna Urszula H'x oraz (niestety) zły Porucznik Fenimore.

Spadają obaj panowie rywalizują o względy kobiety, chociaż spadając "po liniach równoległych" nie mają szans zbliżyć się do niej nawet o milimetr. Przeżywamy wraz z narratorem wszystkie odcienie uczuć - od fascynacji po złość "zdradzonej" miłości.

A Urszula H'x?


(...)przedstawiała bardzo piękny widok, zachowując w spadaniu pozycję swobodną i odprężoną; miałem wciąż nadzieję, że uda mi się kiedyś pochwycić jej spojrzenie, ale Urszula H’x w trakcie spadania była nieustannie zajęta opiłowywaniem i polerowaniem paznokci – chyba że akurat przeciągała grzebieniem po swych długich, gładkich włosach – i nigdy nie zwracała oczu w moją stronę. W stronę Porucznika Fenimore’a też nie, muszę przyznać, mimo że on robił wszystko, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.



Ten króciutki fragment wystarczył, bym w Urszuli H'x widział wszystkie stracone możliwości, wszystkie nieistniejące flirty, jakie były kiedykolwiek moim (w wyobraźni) udziałem, wszystkie miłości świata, jakie mi się nigdy nie przydarzyły...

A gdy doszukałem się w tym opowiadanku metafory naszego życia W OGÓLE (żyjemy na liniach równoległych pchniętych w przestrzeń), wystarczyło...

poniedziałek, 14 listopada 2011

Oby ta mniejszość była jak największa - Anne Fadiman "Ex libris:wyznania czytelnika."

Swego czasu rozbawił mnie dowcip następujący:

"W starożytnej Sparcie słabe, mizerne, anemiczne dzieciaki zrzucano ze skały w przepaść i dlatego w Sparcie nie było kujonów."

Ok, może to średnio śmieszne, ale dobrze oddaje moje pierwsze wrażenia związane z lekturą książki Anne Fadiman "Ex libris: Wyznania czytelnika."


Dlaczego?

Moja Żona, mająca rozbrajającą manierę czytania mi na głos co lepszych fragmentów rozpracowywanych właśnie książek, zaserwowała mi opowieść o rodzinie Anne Fadiman, w której KAŻDY ma totalnego fioła na punkcie książek. Rodzinka siedzi razem na kanapie przed telewizorem, biorą "udział" w teleturnieju (coś a la nasi "Milionerzy", tak z grubsza, tylko że startują drużyny uniwersyteckie) i okazuje się, że najczesciej wiedzą więcej niż oglądani zawodnicy.

Wkurzają mnie zazwyczaj podobne klimaty - "Wow! Jesteśmy fucking cool, bo czytamy wspólnie książki i znamy dużo słów!" Coś podobnego czułem kiedyś słuchając Listy Przebojów Trójki, którą współprowadziła wyselekcjonowana grupa wiernych (nomen omen) słuchaczy.

Koszmar! Poczucie zajebistości nie opuszczało wiernych ani na moment, co z czasem zaczynało być irytujące jak jasna cholera.

Jednak teraz przyznaję do jednej z moich największych czytelniczych pomyłek - książka pani Fadiman jest cudowną, zgrabną, zwiewną opowieścią o tym, jak żyć (z) książkami.

Nie będę zanudzał relacjonowaniem tego, co każdy szanujący się czytelnik powinien poznać.

Fanatyk słowa pisanego/czytanego znajdzie w esejach naszej Autorki zabawny i autentyczny obraz wszelkich nieobcych mu patologii - jak poukładać książki na półkach, jak połączyć księgozbiory przyszłych małżonków, jak nie rozstawać się z ulubionym piórem, jak czytać między wersami o słabościach i obsesjach wielkich pisarzy, jak w ogóle czytać mając dzieci i napięte życie zawodowe...

Czujemy pokrewną duszę, a przy okazji głębinowy szacunek, jaki musi budzić rozległa erudycja Anne Fadiman.

Kiedyś trafiłem na takie słowa: "Ludzie czytający zawsze będą stanowili mniejszość. Chodzi jednak o to, by ta mniejszość była jak największa."

"Ex libris" przekonuje, że fajnie być w mniejszość, nawet ciut mniejszej niż większej...

środa, 9 listopada 2011

Rozsypana układanka Jennifer Egan - "Zanim dopadnie nas czas"

Jeżeli odważylibyście się otworzyć własnoręcznie napisaną książkę mottem pochodzącym z W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, mielibyście na karku całe stado głodnych wrażeń ambitnych czytelników.

Wybór poświaty, w jakiej czytać będziemy taką książkę, musi zobowiązywać – nie ma to tamto.

Podobnie okładka – rasowa rockowa gitara, gotowa, by sięgnął po nią taki na przykład Neal Young, żeby nie szukać zbyt daleko…




No i reklama, okładkowy wabik…

Bennie Salazar, podstarzały punk i właściciel wytwórni płytowej, i jego asystentka Sasha – żadne z nich nie zna przeszłości drugiego. Poznaje ją jednak czytelnik wraz z intymnymi szczegółami i historiami innych postaci, które spotykali oni na swej drodze. Razem z bohaterami przechodzi od szumiących płyt analogowych i amatorskich kapeli punkowych wykrzykujących swoje emocje na żywiołowych koncertach jednoczących publiczność do „ściągania kawałków z neta”, mp3 i doskonałych nośników dźwięku.
Czy mógłbym nie przeczytać tej książki? Ach, i jeszcze Pulitzer 2011. Chyba wystarczy, co?


Jednak Autorka potrafi to wszystko rasowo spartolić, spartolić po cichu, dyskretnie, z kobiecym wdziękiem…


Spodziewałem się podróży w przeszłości, gorzkiej eskapady z prądem lub pod prąd rzeki czasu. Spodziewałem się klarownego i przekonywującego portretu starzejących się bohaterów, którzy obserwują, jak świat okrada ich z ideałów, jak tracą złudzenia, włosy, potencję…

Jennifer Egan zachowuje się jak jajko mądrzejsze od kury i całą sprawę nielitościwie komplikuje – zbiera ciekawą galerię postaci, ale tak plecie ich losy, tak miesza w tyglu, gdzie przeszłość łączy się z teraźniejszością, że powoli tracimy i orientację, i (co gorsza) zainteresowanie poszczególnymi bohaterami, bo jak tu zainteresować się losem kogoś, kto wygląda na pierwszoplanowego bohatera, a po chwili znika w czeluściach powieści?

Co powiedzieć o jednym z rozdziałów, który jest wypisz wymaluj zamkniętym w sobie opowiadaniem nie mającym większych związków z resztą książki?

A kuriozalne 75 stron nie-wiadomo-czego ujętego w formę slajdów rodem z pokazów a la Power Point?

Egan bierze do ręki szkło powiększające i zaczyna przyglądać się przypadkowo wyłuskanym ze zbiorowego zdjęcia ludziom. Archipelagi wydarzeń nie układają się w przemyślaną całość, nie ma jednego NAD-ZAMYSŁU autorskiego, którego my, maluczcy czytelnicy, powinniśmy mieć szansę chwycić.

A sama Autorka walczy z tą rozsypującą się mozaiką – raz chwyci większą całość, raz poszczególne elementy rozsypią jej się z takim impetem, że straci jej z pola widzenia…


Struktura narracji w powieści Jennifer Egan.


„Wszystko się dziwnie plecie/Na tym tu biednym świecie” już znamy od czasów „Pieśni IX” Kochanowskiego. Ale Janowi z Czarnolasu wystarczyły dwie linijki, by zapisać tę prawdę. Autorka „Zanim…” potrzebowała stron 360.

(Lapidarnie sprawę by ujął Stanisław Anioł : „Mądremu dwa słowa wystarczą, a głupiemu to i referatu mało, jak powiedział Sofronow.”)



Żeby jednak oddać sprawiedliwość tej powieści – Autorka ma ładny spokojny styl. Zdania są czyste, nieraz emanują dziwną chłodną poetyką, dystansem emocjonalnym. Pierwszym skojarzeniem są zdjęcia polaroidowe, niby ostre, ale jednak ich barwy lekko „ześlizgują się” z przypisanych im miejsc.

Losy bohaterów czasem (gdy się połapiemy w tej całej plątaninie) też potrafią nieźle sponiewierać. Zwłaszcza obraz niegdysiejszego producenta muzycznego, który walcząc ze swoim umierającym ciałem, przyjmuje wizytę dawnej kochanki w wypranej z ciepła i przytulności rezydencji.

Takie obrazy Egan zgrabnie i z wyczuciem komponuje, ale jest ich boleśnie niewiele. Większość powieści to scenki mniej lub bardziej rodzajowe niepokojąco skrojone pod gust amerykańskiego/światowego czytelnika.

Bohaterami są właśnie takie amerykańsko/światowe ikony, gotowe jasełkowe typy – starzejący się rockman, upadła aktoreczka, specjalistka od PR, ofiara „amerykańskiego snu” żyjąca obok głównego nurtu życia…

Klasycznej pointy nie będzie – jak przeciął pewną dyskusję Dziennikarz w „Weselu”:

„A to czytaj, kto ciekawy!”

wtorek, 25 października 2011

Dajcie mi pilota, bo czytam "Pióropusz" Mariana Pilota!

W nocy wpadłem na ciekawą metaforę - czytanie książek przypomina bliskie spotkania z wodą. W tekstach płaskich i miernych ledwie możemy zamoczyć stopy. Woda jest brejowata i letnia. Nieco lepsze książki - wody po kolana. Po pas to już całkiem do rzeczy literatura i wystarczy się nieco "obniżyć", by poczuć "pełną" satysfakcję obcowania z solidną literaturą popularną.

Czujecie? Książki wielkie to już głęboka woda, tu trzeba umieć pływać, tu nie ma dna, które możemy wymacać wielkim paluchem u stopy. Tu jest w czym się unosić...

A laureat Nike 2011?

Gorsza sprawa...

...zachęciły mnie recenzje (oczywiście teraz widzę ich podejrzaną ogólnikowość i zachowawczość), klimaty prowincjonalne, powinowactwo z Gombrowiczem...


Otwieram, czytam i pierwsze sto stron (1/3 książki) męczyłem się niemiłosiernie. Czytanie "Pióropusza" to pływanie w głębokiej, ale mętnej i zalewającej twarz wodzie.

Autor podtapia czytelników mieszaniną gwary, neologizmów, wyliczeń. Usidla nas poplątaną składnią, dialektyzmami, Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze. I w żadnym momencie nie czujemy kołysania, zniewolenia "mocą słów" - raczej narastającą irytację, znużenie.

Tak, jakby próbowało nas zahipnotyzować medium mówiące w bełkotliwym obcym języku.

Chciałem dać się uwieść historii wsi, do której po wojnie przybywają nowe władze, by przejąć rząd dusz nad ciemną masą chłopską. Ale i tu się rozczarowałem - opowieść znów tonie w bagnach upiornej stylizacji. Zabrakło lekkości pióra (nomen omen) Redlińskiego, który w "Konopielce" idealnie splótł gwarę, temat i intrygę.

Czytam w recenzjach, że to "powieść o potędze i przekleństwie pisma, wierze w słowo i konsekwencjach upojenia się tą wiarą. Jedna z piękniejszych, jakie nam w ostatnich latach podarowano."

Tak trąbiła Wyborcza, a dla mnie to niestety kolejny dowód na to, że w zaangażowanej polskiej prozie to JAK się pisze niemal zawsze wyprzedza to, CO się pisze.

Jasne, ja również widzę olbrzymie walory "Pióropusza", są one jednak raczej zarezerwowane dla habilitujących się filologów, etnografów i pasjonatów wszelkich literackich ciekawostek.

Zwykłemu czytelnikowi pozostaje stoczyć nierówną walkę z dziełem Mariana Pilota. W moim przypadku wygląda to jak przepychanie na bocznicę wagonu z węglem kamiennym.

Ani sensu, ani celu...

czwartek, 13 października 2011

Nick Hornby "Wierność w stereo", czyli po co czytać średnie książki?

Dlaczego mam czytać średnie książki? Zadaję sobie pytanie za każdym razem, gdy narzucam uczniom narzucany mi kanon lektur. Jak długo można katować młodych ludzi muzealnymi skamieniałościami w stylu "Gloria victis" lub "Świętoszek" czy inni "Ludzie bezdomni"?

Cała sztuka walki z lekturą polega na tym, by w tych kopalinach znaleźć coś, co może błyszczeć światłem współczesnego świata. Coś, co może współgrać z dzisiejszymi problemami, wątpliwościami, pytaniami.

***

Czytałem,nie bez pewnej męki niższego rzędu, powieść angielskiego pisarza wagi nieciężkiej, Nicka Hornby'ego. "Wierność w stereo" się nazywa i nawet zekranizowano to dziełko kiedyś.


Autor w wersji rysunkowej.

Nie powiem, nieco się męczyłem obserwując rozterki sercowe faceta po trzydziestce. Gościa powinienem lubić - fanatyk muzyki, właściciel kiepsko prosperującego sklepu płytowego, kolega dwóch innych muzycznych popaprańców, z którymi wciąż wciąż spiera się o niemal wszystko.

Powinienem lubić tego marudzącego, szukającego sensu życia loosera, ale jakoś nieszczególnie mi szło, bo... ta powieść jest o uczuciach. Nie o muzyce, nie o pasji, nawet nie o życiu ogólnie rozumianym. Ale właśnie o uczuciach, które z miażdżącą czytelnika precyzją opisuje nam główny bohater.

Całymi stronami rozpamiętuje/rozdrapuje wszystkie rany, jakie zadały mu jego partnerki życiowe. Zbolały jest przy tym, jak współczesna wersja cierpiącego Wertera, który frak i kamizelkę zamienił na dżinsy i podkoszulkę.

Nie powiem, jest się momentami z czego pośmiać. To w końcu ma być literatura łatwa i przyjemna, weekendowa.

Powieść rozgrzeszają autentycznie zabawne szermierki słowne, parę ciekawych obserwacji społecznych (stosunek bohatera-narratora do własnych rodziców jest nie do przyjęcia w takim "rodzinnym" kraju jak nasz), kilka udanych metafor życia w związku z płcią przeciwną (polecam rozważania o kobiecej bieliźnie walającej się w mieszkaniu mężczyzny), no i "branżowe" dowcipy o zespołach rockowych.

Mnie najbardziej rozśmieszyła "akustyczna wersja Kraftwerk", if you know what I mean...

***

Dlaczego jednak zacząłem od problemu lektur? Bo coś mi się zdaje, że Hornby MUSIAŁ czytać kiedyś "Lalkę" Prusa i pewnie coś mu zostało. Przyjrzycie się temu fragmentowi "Wierności...":

Niektóre z moich ulubionych piosenek: „Tylko miłość lamie ci serce" Neila Younga; „Wczoraj śniłem, że ktoś mnie pokochał" The Smiths; „Wezwij mnie" Arethy Franklin; „Nie chcę o tym mówić" w dowolnym wykonaniu. A także: „Miłość rani" i „Kiedy miłość hamuje", i „Jak naprawić złamane serce", i „Szybkość dźwięku samotności", i „Odeszła", i „Po prostu nie wiem, co mam z sobą zrobić", i... słucham tych piosenek przeciętnie raz w tygodniu (trzysta razy przez pierwszy miesiąc, potem coraz rzadziej), odkąd skończyłem lat szesnaście, dziewiętnaście i dwadzieścia jeden. I jak tu nie być pokaleczonym gdzieś w środku? I jak tu nie stać się osobą, która rozpada się w drobny pył, gdy jej pierwsza miłość znika z innym? Co było pierwsze: muzyka czy rozpacz? Czy słuchałem muzyki dlatego, że rozpaczałem? Czy może rozpaczałem dlatego, że słuchałem muzyki? Czy płyty zamieniają człowieka w melancholika? Ludzie martwią się o dzieci bawiące się bronią i o nastolatki oglądające przemoc na filmach; obawiamy się, że wśród młodzieży dominuje kultura gwałtu. A nikt nie przejmuje się dzieciakami słuchającymi tysięcy – dosłownie tysięcy – piosenek o złamanych sercach, odrzuceniu, bólu, rozpaczy i stracie. Najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi, jakich znam, są – wedle pewnych romantycznych kryteriów – ci, którzy najbardziej lubią muzykę pop. Nie wiem, czy muzyka pop sprowadziła na nich nieszczęścia, wiem natomiast na pewno, że słuchają smutnych piosenek dłużej niżby powinni w jednym, nieszczęśliwym życiu.

Dość ładny fragment, prawda? Oświetla pewien obszar wspólnych doświadczeń.

A teraz Wokulski:


"Teraz już wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany..."
Uczuł łzę pod powieką, lecz pohamował się i - nie splamiła mu twarzy. 
"Zmarnowaliście życie moje... Zatruliście dwa pokolenia!... szepnął. - Oto skutki waszych sentymentalnych, poglądów na miłość". 
Złożył książkę i cisnął nią w kąt pokoju, aż rozleciały się kartki. Książka odbiła się od ściany, spadła na umywalnię i ze smutnym szelestem stoczyła się na podłogę. 
"Dobrze ci tak! tam twoje miejsce... - myślał Wokulski. - Bo któż to miłość przedstawiał mi jako świętą tajemnicę? Kto nauczył mnie gardzić codziennymi kobietami, a szukać niepochwytnego ideału?... Miłość jest radością świata, słońcem życia, wesołą melodią w pustyni, a ty co z niej zrobiłeś?... Żałobny ołtarz, przed którym śpiewają się egzekwie nad zdeptanym sercem ludzkim!"Wtem nasunęło mu się pytanie: 
"Jeżeli poezja zatruła twoje życie, to któż zatruł ją samą? I dlaczego Mickiewicz, zamiast śmiać się i swawolić jak francuscy pieśniarze, umiał tylko tęsknić i rozpaczać? 


Czujecie? Ten sam chwyt! Ten sam gniew. To same rozczarowanie "sztuką", która w bolesny sposób ilustruje nasze upadki, a może nawet pogłębia ich odczuwanie i zamienia nas w cierpiętników, niewolników smętnych wierszy i snujących się ballad.

Wiersze i piosenki jako sól na nasze pokaleczenia życiowe. Dobry temat na maturę lub chociaż poważniejszą pracę klasową.

Na koniec zdanie, które mógłbym traktować jako pomniejsze motto życiowe. Napis na koszulce? Temat wypracowania?

Wspaniale jest mieć depresję: człowiek robi, co chce, i nikt nawet nie piśnie.

Dla takich zdań warto było się przedrzeć przez tę książkę.

czwartek, 6 października 2011

Poezja rządzi, w księgarniach popłoch! Transtromer - Nobel 2011.

Wszystko jasne! Nobel dla pierwszorzędnej poezji! Żadne tam smuty feministyczne, żadne błazenady. Jednen kłopot - jak podało radio RMF FM "w ksiegarniach popłoch, w hurtowniach nie ma poezji laureata, w bibliotekach też nic. Poezja Szweda jest w Polsce nieznana!"

Ja ja sobie dziś ułożyłem na biurku taka mozaikę noblowską:

wtorek, 4 października 2011

Nie strasz, nie strasz, bo się... - King "Czarna bezgwiezdna noc"

Oj, dałem się nabrać fanom Kinga. Jego najnowsza książka miała okazać się najlepszą od lat, bo „mistrz pokazał lwi pazur”, bo strach się bać, generalnie jest groźnie jak dawno nie było.

Czytam, czytam, a tu zawód, wielki. Z czterech długich opowiadań zaledwie jedno może przykuć uwagę od początku do końca, jedno zaczyna się i rozwija znakomicie, by skończyć się smrodem poprawności politycznej, dwa pozostałe to kiksy.

Szczegóły?

„1922” – pierwszy tekst. Ameryka sprzed czasów Wielkiego Kryzysu. Prowincja. Rodzina. Mąż zabija żonę. Pomaga mu syn. Ciało wrzucają do studni. Żona wraca jako duch. Wścibski policjant węszy za zaginioną ofiarą. I na tym mogłoby się skończyć, gdyby nie fakt, że King porozciągał tę opowieść jak wyżutą balonówę. Akcja wlecze się niemiłosiernie. Meandruje bez celu, by skończyć się mało wyszukanym, całkowicie niezaskakującym rozwiązaniem.

No i tytuł – równie dobrze akcja tej historii mogłaby się dziać 20, 30, 40 lat później.

Nic nie straszy, a chcemy być straszeni, więc udajemy, że boimy się prześladujących bohatera szczurów i rozkładającego się ciała zamordowanej…

„Wielki kierowca” sprawiło mi najwięcej satysfakcji. Czytelniczej, bo rzecz jest o szukającej odwetu zgwałconej kobiecie. Tempo, zaskoczenie, napięcie… Wszystko na miejscu i we właściwych proporcjach. Niestety, finał jest żenujący i…hmmm? Feminizujący?

Trzecia historia to wielka pomyłka – pomysł ciekawy, ale King znów się potknął o własne nogi. Bohater chory na raka zawiera z diabłem układ – choroba się cofnie, ale tragedie dotkną wskazanego przez bohatera nieszczęśnika. Wybór pada na najlepszego (sic!) przyjaciela. Reszta opowiadania to barwny i dość szczegółowy opis iście hiobowych sytuacji. Finał nijaki. Gdyby sfilmowano to opowiadanie, czekałby na koniec końcowych napisów, za którymi coś się jeszcze może czai. A tu "kto czytał, ten trąba."

Ostania odsłona to opowieść o żonie, która odkrywa, że jej mąż jest seryjnym psychopatycznym mordercą. I znowu – świetnie się czyta. King znalazł kilka ładnych metafor, by zilustrować spustoszenie umysłu bohaterki. Ciekawie wybrnął z paru karkołomnych zawiłości intrygi, ale finał i tym razem rozczarowuje.

Pojawia się typowa dla Autora figura – policjant-staruszek, na pozór tylko niedołężny i zdziecinniały , a ta naprawdę dysponujący przenikliwym i analitycznym umysłem. Pojawiają się detale, zawsze ładnie dopełniające upiorny wszechświat Autora. Jednak my to już wszystko znamy, od dawien dawna...

Cóż - dodajmy do tego jeszcze okładkę, która mogłaby z powodzeniem zdobić kolejny tom przygód licealistów-wampirów i mamy komplet...





"Światowy bestseller #1"

czwartek, 29 września 2011

Saramago otwiera oczy - "Miasto ślepców."

A co!

Rzuciłem się na dającą się polubić literaturę wysoką. A wychodząc z założenia, że wielka proza to wielki ból dla czytelnika, okupiony jeszcze większym bólem autora, to nie lada wyczyn.

Mój stosunek do powieści (tych z "górnej" półki) to iście Gałkiewiczowska postawa: "Jak zachwyca, jak nie zachwyca?" Patrząc na kilometry Proustów, Dostojewskich, Faulknerów, Mannów etc nie jestem w stanie myśleć o niczym innym jak o obezwładniającej nudzie i rozdętych ego autorów.



Szczęśliwy Autor

A tymczasem Saramago mnie zachwycił, chociaż czytając "Miasto ślepców" częściej czułem coś zupełnie innego - strach.

Historia jest prosta i przywołuje najszlachetniejsze parabole z "Dżumą" na czele. Gdzieś, w jakimś kraju, kiedyś (XX wiek? XXI wiek?), ludzie nagle zaczynają tracić wzrok. Widzą BIEL. Wszechogarniającą biel.

Ślepota jest zaraźliwa. Każdy (prawie każdy), kto spojrzy w oczy ślepca, sam przestaje widzieć.

Pierwszych nieszczęśników izoluje się w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym. Z czasem ślepców przybywa, mury szpitala stają się świadkami dantejskich scen, bo wśród ślepców znajdują się również zorganizowani kryminaliści, którzy szybko uczą się, jak przejmować kontrolę nad życiem i śmiercią pozostałych.

Na szczęście w szpitalu znajduje się też jedna jedyna osoba, którą ślepota ominęła...

Czujemy od samego początku, że chodzi o coś więcej niż tylko wstrząsające opisy tego, jak człowiek pozbawiony wzroku powoli osuwa się w przepaście zezwierzęcenia. Coś więcej niż rasową apokaliptykę, której nie powstydziliby się pisarze science-fiction.

Ślepy wśród ślepców szybko przestaje być człowiekiem - taką tezę zdaje się głosić Autor. Nie ma za grosz zaufania do naszego gatunku. Wystarczy nam znaleźć się w lekko ekstremalnej sytuacji, byśmy szybko zrzucili z siebie kulturowe garniturki i zaczęli warczeć, szukając pokarmu.

I tego się właśnie boję - czy my przypadkiem nie jesteśmy zbyt płytko zakorzenieni w człowieczeństwie?

Autor daje jednoznaczną odpowiedź, choć ubezpiecza się na wypadek oskarżeń o jednoznaczność - pierwszoplanową bohaterką czyni kobietę szlachetną i odważną. Cóż, ona jedyna nie straciła wzroku...

***

Zboczenie zawodowe nakazuje mi dodać - świetnie się czyta całą opowieść, bo narracja poprowadzona jest z perspektywy kogoś, kto zna już całą historię, a może czuwa nad tym, by wszystko dobrze się skończyło.

Denerwująca jest natomiast maniera pisarska Noblisty - konsekwentne unikanie graficznego wyodrębniania dialogów. Przez pewien czas nie wiemy, kto do kogo co mówi. I czym mówi, czy tylko myśli...

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Mój ulubiony faszysta - Ken Follett "Igła"

Nieco upraszczającym, ale chyba uprawionym bywa porównywanie kalibru pisarzy do stopnia wtajemniczenia w reguły panujące w innych zawodach. Mamy więc pisarzy-czeladników, pisarzy-partaczy, pisarzy-majstrów i w końcu pisarzy-arcymistrzów, wykraczających ze swoim talentem poza getta poszczególnych konwencji i gatunków…

Ken Follett to bez wątpienia niesamowity majster. Niemal wszystko, co wyszło spod jego ręki, jest gotowym scenariuszem filmowym. Follett nie bawi się w subtelności, liryzm, tani sentymentalizm – jego styl jest męski, twardy, zmierzający najkrótszą drogą do celu. Postacie wyraziste i wiarygodne psychologicznie, intrygi pełne napięcia i momentami autentycznie nieprzewidywalne.

Może to wszystko nieco zbyt kostyczne i brakuje mgiełki poczucia humoru, ale solidna baza, na której Autor buduje fabuły raz osadzone w średniowieczu, raz w czasach II wojny światowej, powoduje, że Folletta darzę autentycznym szacunkiem.

Skończyłem właśnie „Igłę” – powieść, którą z sukcesem zekranizowano, a w roli niemieckiego szpiega, od którego ujęcia zależą losy wojny, wcielił się Donald Sutherland.

Film widziałem 2-3 razy i obejrzałbym go jeszcze raz. A książka? Cóż – wciąż daje radę, to kawał solidnej pisarskiej roboty. Bez pretensji do nadymania się, by być czymś więcej niż tylko inteligentną rozrywką.

Narracja poprowadzona raz z perspektywy hitlerowskiego szpiega numero uno, raz punktu widzenia ścigających go agentów angielskiego kontrwywiadu, a raz z perspektywy pewnej nieszczęśliwej mężatki żyjącej u boku kalekiego męża i synka na pewnej depresjogennej wysepce.

Czyta się to znakomicie – i gdyby nie obowiązki domowe, całość pożarłbym w jakieś trzy wieczory.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym w formie recenzji silącej się na jako taki obiektywizm, nie zawarł tego, „co zrobiła ze mną ta książka.”

Otóż coś niepokojącego się dzieje – główny bohater to prawdziwa maszyna do zabijania. Zimny zawodowiec, który od początku książki zabija (policzmy) dziesięć osób plus psa, znalazł we mnie kibica.




Igła czyli Heinrich Rudolph Hans von Müller-Güder

Cieszę się, gdy wodzi za nos najlepszych brytyjskich policjantów. Podziwiam gościa za dar przewidywania, chłodny analityczny umysł i pomysłowość. Cieplej mi się robi, gdy on sam okazuje jakieś ludzkie odruchy – poczucie humoru, wzruszenie…

Kurcze, dla mnie nawet jego mocodawca w Berlinie byłby sympatyczny, gdyby zrobić z niego głównego bohatera powieści pt. „Burzliwe losy Adolfa H.”

piątek, 19 sierpnia 2011

Morderstwa w Soplicowie czyli Caroline Graham "Zabójstwa w Badger's Drift"

Moje uwielbienie dla angielskości nie ma umocowania w żadnym konkrecie. Pewnie wyobrażenie na temat Anglii budowane na fundamentach stereotypów, seriali i książek ma się nijak do tego, czym Wyspa jest dzisiaj i czym była kiedyś.

Żywopłoty, łąki, lasy, Tamiza i sieć kanałów opisana w „Trzech panach w łódce”, dżentelmeni i ich kluby, arystokracja i jej posiadłości („Klub Pickwicka”), studenci elitarnych uczelni, herbata, hinduski służący, poczucie humoru…

Taka baśń, coś jak Soplicowo Mickiewicza.

Dziś już pewnie takiej Brytanii nie ma i kto wie - może nigdy jej nie było.

A ja wciąż jej szukam na kartach książek, najczęściej kryminałów, bo literatura ludyczna najlepiej pomaga wzmacniać stereotypy i hołdować szlachetnym iluzjom.

Ostatnio mój wybór padł na Caroline Graham i jej cykl o śledztwach prowadzonych przez nadinspektora Barnaby'ego, ostoję spokoju i tradycyjnych wartości, oraz sierżanta Troya, impulsywnego, źle maskującego kompleksy klasowe.

„Zabójstwa w Badger's Drift” zaczyna się od trzęsienia ziemi – ginie starsza pani, która miała nieszczęście być świadkiem bulwersującej sceny erotycznej. I to w lesie. Podejrzani ukrywają się w zamkniętej przestrzeni zabitej deskami wiochy, w której, o dziwo, sporo się dzieje.



Mnożą się mroczne sekrety. Plączą się losy poszczególnych postaci. Detektywi uparcie i metodycznie kolekcjonują ślady. Autorka myli tropy. Czytelnik ma raczej nikłe szanse wytypować mordercę. Fabuła eksploduje na przestrzeni kilku ostatnich stron.

Typowy angielski kryminał. Ze swoimi walorami (klimat, poczucie humoru, elegancja intrygi) i swoimi minusami (przewidywalność dekoracji, konwencjonalność).

Mnie jednak najbardziej zasmuciło to, że całkowicie straciłem zainteresowanie tym, kto zabił i dlaczego to zrobił. O lepiej wyglądają dekoracje niż aktorzy odtwarzający swoje kwestie. Angielska prowincja, krótko mówiąc, urocze zadupie. Znowu Soplicowo. Pewnie niechcący, ale to Autorce wychodzi najlepiej.

Caroline Graham nie odkrywa Ameryki. Idzie dziarsko środkiem wydeptanej przez wielu innych ścieżki lub jak kto woli - rozsiada się w fotelu wygrzanym przez czyjś tyłek.



Nie, nie zmęczyła mnie ta powieść. Sympatycznie obcowało się z zachowawczym i po ludzku sympatycznym detektywem, którego córka studiuje w wielkim świecie, a żona jest kochana, ale nie potrafi za grosz gotować.

Niestety, kredyt, jaki udzieliłem Autorce, nie był udaną inwestycją. Jej kolejna książka wylądowała u mnie na półce z napisem „Nic na siłę!”

W "Śmierci pustego człowieka" Graham tak długo wprowadzała kolejnych bohaterów, tak długo męczyła opisem skomplikowanych związków pomiędzy aktorami amatorskiego teatru, że w końcu pogubiłem się w tym, kto kim jest, z kim sypia, kogo zdradza, komu zazdrości a z kim sympatyzuje…

Tak więc, do literackiego czyśćca, marsz, pani Caroline Graham!

I proszę zwrócić po drodze moje czytelnicze zaufanie.

piątek, 5 sierpnia 2011

"Nagrobek z lastryko" - A Varga z emo!

Definicja z Wikipedii:

Kiedy "emo" używamy w odniesieniu do cech i osobowości danej osoby, większość definicji emo określa osobę emo jako bardzo emocjonalną, wrażliwą, nieśmiałą, zamkniętą w sobie, ponurą i cichą. Ktoś przygnębiony i ze złamanym sercem jest czasami opisywany jako emo. Muzyka i poezja emo zawiera wiele odniesień do nieodwzajemnionej miłości i problemów emocjonalnych w związkach. Bycie melodramatycznym lub nadmiernie emocjonalnym jest również często łączone z byciem emo.

A teraz do rzeczy.


Autor z mądrą miną.

Mam problem z "Nagrobkiem z lastryko". Pierwsza połowa tej książki jest solidnym szpiegowskim spojrzeniem na naszą (polską) rzeczywistość. Szpieg patrzy na świat z przyszłości. Szpieg notuje to, co umyka żyjącemu tu i teraz obywatelowi RP.

Umyka nam konsumeryzm, do którego nie chcemy lub nie umiemy się przyznać. Nadmiar bodźców, bez których stałej dawki uschnęlibyśmy jak roślinki na pustyni Gobi. Powierzchowne i przypadkowe relacje międzyludzkie, których jedynym paliwem jest niechęć lub nienawiść. Wyjałowienie duchowe, żerowanie na najniższych pobudkach i potrzebach...

Tak wyglądamy z perspektywy żyjącego w drugiej połowie XXI wieku Dominika Frattner, który wspomina losy swojego dziadka Piotra Pawła, babci Anny oraz matki Zuzanny.

A widok ten jest naprawdę przygnębiający, mogący niektórym otworzyć oczy na własne kiepskie i wiedzione na mieliznach życie. To atut tej książki

***

Po pewnym czasie zaczyna się problem z tą lekturą - o ile Vardze starczy cierpliwości, by przez pół powieści trzymać w ryzach rozbuchany jęzor, to w drugiej połowie nic już nie ogranicza jego pióra (ok, klawiatury, z której wyrwano guziki BACK SPACE i DELETE).

"Nagrobek z lastryko" jest najbardziej przegadaną książką, jaką ostatnio czytałem. Do bólu rozemocjonowaną. Niemal wymiotującą zbędnymi akapitami.

Autor kompletnie bez sensu rozwija elementy, które w żaden sposób nie wnoszą niczego nowego do całej struktury. Czytelnik nie ma szans odgadnąć, dlaczego akurat temu a nie innemu epizodowi poświęcono całe stronice.

A styl, jakim Varga raczy czytelnika, jest w najlepszym razie namiastką prozy poetyckiej. Mnożące się opisy, epitety, metafory potrafią złamać nawet najbardziej odpornego odbiorcę.

Autor przypomina narratora "Ciepień młodego Wertera", który tak rozwlekle, zawile i emocjonalnie opisywał najdrobniejsze drgnienia swojej duszy, że nikt z nim nie mógł wytrzymać, a dziewczyny go unikały.

Nie wątpię, że "Nagrobek..." stał się w pewnych kręgach lekturą obowiązkową. Bo i modny autor, i nominacja do Nike, i warszawiak, więc jest na miejscu, w samym centrum wszystkich opiniotwórczych źródełek.

Ale nie dajcie się zwieść, Moi Drodzy, Varga to emo. Roztkliwiający się, płaczliwy, rozmemłany...

Emo. Jednak.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Nie lubię łysych dziewczyn... - "Kto ze mną pobiegnie" Dawida Grosmana.

Historia z tą książką jest dziwna. Lata temu zobaczyłem jej krótki opis:

Assaf, poważny i wyjątkowo nieśmiały szesnastolatek, przeżywa najgorsze lato w życiu. Wakacyjne dni upływają mu na pracy w miejskim wydziale sanitarnym w Jerozolimie, wieczory zaś spędza samotnie przed telewizorem lub monitorem komputera. Wszystko się zmienia, kiedy Assaf otrzymuje zadanie odnalezienia właściciela zabłąkanego labradora. Chłopiec podąża za psem. Tak zaczyna się ich bieg przez Jerozolimę. Tymczasem w innej części miasta piętnastoletnia Tamar, właścicielka psa, porzuca rodzinę, by wśród narkomanów odnaleźć starszego brata. Postanawia mieszkać na ulicy i zarabiać na życie śpiewaniem. Historia Assafa i Tamar, zmierzających ku sobie z nieubłaganą baśniową koniecznością, to przerażająca relacja o tym, co spotyka dzieci na ulicach miast, a jednocześnie magiczna opowieść o mocy miłości. Grosman znakomicie i z olbrzymim wyczuciem portretuje izraelskie dzieci ulicy. Opisuje przygody wieku młodzieńczego, które pozwalają odnaleźć siebie i drugiego człowieka. za księgarnią Merlin.

Uruchomiłem bilans strat i zysków.

Plusy - lato w Jerozolimie, nuda (lubię książki o nudzie).

Minusy - dzieci ulicy, narkomania (nie lubię patologii w literaturze), "baśniowość", "magiczna moc miłości."

Zawiesiłem poszukiwania tej powieści, gdy pojawił się największy minus - okładka:


Nie lubię łysych dziewczyn i jeżeli przez przynajmniej połowę książki będę sobie wyobrażał bezwłosą główną bohaterkę, będzie bardzo niedobrze.

Tak myślałem (głupi), ale się myliłem, bo gdy po latach trafiła mi w ręce powieść Grosmana, było już bardzo dobrze.

Książka wbrew swojej "baśniowości" solidnie stoi na nogach i daje całkiem zgrabny obraz tego, jak wygląda nieoficjalne życie na ulicach Jerozolimy, którą w najlepszym razie zbiorowa świadomość kojarzy z Chrystusem lub zamachami bombowymi.

Fabułę mamy dość zręcznie opowiedzianą w wydawniczo-księgarnianych zajawkach, nie będę się więc powtarzał.

Napiszę, co mnie najbardziej (uwaga, pompatycznie będzie!) chwyciło za serce.

Assaf. Ten (nie)typowy szesnastolatek. Wrażliwy, uparty, uwikłany w uczuciowe rozgrywki najbliższych mu osób. Romantyczny jak tylko ktoś w jego wieku potrafi być. Bezmyślny i bohaterski. Szlachetny i głupi.

Powoli odzierany ze złudzeń na temat świata wciąż pozostaje ...hmmmm ...niewinny? czysty?

Ktoś w rodzaju Parsifala szukającego św. Graala - w tym przypadku intrygującej dziewczyny, której psa (tak! tak!) zna połowa mieszkańców miasta.

I jeszcze jedna kwestia - wyjątkowo mną ruszyła. Assaf orbituje towarzysko wokół swojego przyjaciela, który okazuje się być bardzo popularną osobą w szkole. W sumie to żadna przyjaźń, to jej pozory, bo znajomość obu chłopaków nie przechodzi próby czasu zbyt dobrze.

Assaf boi się do tego przyznać, ale przyjaźń zawiązana w dzieciństwie po prostu się skończyła.

Grosman pięknie o tym pisze:

Bo na dobrą sprawę i tak przez ostatnie kilka lat był sam. Zawsze tylko z Roim i całą tą paczką. Coś tam robił razem z nimi, chodził na imprezy, śmiał się z ich dowcipów, godzinami grał w piłkę, wychodził się zabawić w piątkowe wieczory, spędzał z nimi mnóstwo czasu w zadymionych kawiarniach, w dusznych pomieszczeniach. Co oni właściwie robili przez całe dziesiątki tych ciągnących się bez końca wieczorów?

Wypijali po parę piw, podrywali dziewczyny, palili mnóstwo papierosów i pili trochę wódki, a Asaf raz po raz wtrącał parę zdań o nauczycielach, rodzicach i dziewczynach. Kiedy palili fajki wodne, zaciągał się kilka razy i mówił, że mu smakuje, a kiedy tańczyli, zawsze stawał pod ścianą z którymś z chłopaków, rozmawiał z nim, aż tamten wreszcie zebrał się na odwagę i zaprosił do tańca jakąś dziewczynę, po czym już nie wracał.

A w czasie wakacji - było w zasadzie tak samo, o ile nie gorzej: niekończące się wędrówki po mieście, od kawiarni do kawiarni, od pubu do pubu, a on, przeważnie z wysiłkiem ukrywając przed nimi, co naprawdę czuje, starał się spełniać minimum ich oczekiwań, byleby zachować twarz. I zawsze po takim pustym, ogłupiającym wieczorze czuł się jak puf wypełniony ziarenkami styropianu. Dziwne, bo chociaż był właściwie samotny, to nigdy w ten sposób o sobie nie myślał. Samotni byli inni chłopcy i inne dziewczyny.


Ten fragment to rzadkiej urody zapis bolesnej chwili samoświadomości. Jednej, konkretnej. Gdy odklejamy się od naszych wyobrażeń o samych sobie i stajemy w jakimś rodzaju prawdy.

W tym przypadku Assaf odrywa się też od stada głupkowatych rówieśników i pędzi z psem ulicami Jerozolimy w kierunku dojrzałości (?).

Ktoś jeszcze pobiegnie?

Gliniarz, Żyd, rozwodnik... - Chabon zagryza Chandlera.

Najpierw cytat ze strony o Autorze:

W 2007 r. ukazała się powieść "Związek żydowskich policjantów", owoc pięciu lat pracy. Powieść okazała się następnie wielkim sukcesem pisarza, przynosząc mu nagrody Nebula, Hugo i Locus oraz nominacje do nagród Sidewise, nagrody im. Edgara Allana Poe oraz nagrody BSFA. Media wspominają o niedługiej ekranizacji powieści, której mają dokonać Bracia Cohen

Brzmi zachęcająco, prawda?

Tak właśnie znalazłem rzeczoną książkę. Żaden strzał w ciemno - po prostu przewertowałem spis nagradzanych ostatnio autorów i nie mogłem wybrać źle.

***

Najpierw parę oczywistości.

Parę razy w życiu chciałem być zły (nie zły absolutnie, ale tylko tak troszkę, niemal delikatnie)- przywalić niesympatycznemu bliźniemu inteligentnie, ironicznie, ledwie maskując cynizm, zmiażdżyć przeciwnika ciętą ripostą i patrzeć, jak kurczy się w oczach pod prasą bezczelnego poczucia humoru.

(Mój ulubiony cytat z Chandlera:


- Nie podobają mi się pańskie maniery.
- Nic nie szkodzi, nie mam ich na sprzedaż.


Czujecie to?)

Chciałem być taki zły, a jednocześnie momentalnie poczułbym wyrzuty sumienia, że kogoś mogłem urazić. Cóż, zbyt delikatny chyba jestem...

Tutaj docieramy do esencji konwencji noir, stylistyki, która musi być przesiąknięta emocjami typu "nie ma zmiłuj.".

Czarny kryminał to oprócz brutalności, mroku, tajemnicy, zła i upapranego tym złem bohatera, również styl. Nie ma noir bez stylu.

A Michael Chabon ma styl. Jest bardziej Chandlerowski niż sam Chandler. I ani na moment nie osuwa się w kierunku parodii gatunku. Jest poetą noir i zważywszy na fakt, że napisanie "Związku..." zajęło mu pięć lat, musimy założyć, że ciężko się napracować, by całość brzmiała solidnie.

Jego styl, nie da się ukryć, zwraca na siebie uwagę. Nie jest cienką szybką, przez którą przyglądamy się fabule. Jest grubym matowym szkłem, zapoconą szybą w kawiarni, gdzie siedzimy nad piątą kawą, pełną popielniczką i lustrujemy życie ulicy.

Jego styl jest krwisty (nomen omen), mięsisty, męski, pełny gruboziarnistych metafor i porównań.
Czyta się znakomicie, choć pewnie to lektura raczej męska, bo jakiej czytelniczce przypadłby do gustu główny bohater - rozwodnik mieszkający w podłym hotelu, pociągający ale z butelki, niesubordynowany policjant z wybitnymi problemami każdej natury...



A fabuła? Tak błyskawicznie:

Alternatywna wersja historii. Alaska, którą zasiedlili Żydzi uciekający przed holokaustem. Mamy mniej więcej czasy współczesne. Amerykanie mają wkrótce odebrać Żydom pożyczoną im ziemię. Mamy klimat depresyjnej i dusznej społeczności na chwilę przed kolejną wędrówką ludu.

Parującą w powietrzu bezradność i głęboki fatalizm - klasyka noir, ale w wydaniu mojżeszowym to coś świeżego i energetycznego.

Morderstwo. Śledztwo raczej po omacku. Pojawia się alkohol i... szachy. Pojawia się kobieta fatalna. Pojawiają się meandry intrygi o charakterze międzynarodowym. Wszystko utkane precyzyjnie. Wciąga, porywa.

Wymiany zdań jak ciosy bokserów na zawodowych ringach. Tu nikt nikogo nie oszczędza.


– To już twoja sprawa, detektywie. Może dla odmiany spróbujesz pomyśleć o przyszłości?
– O przyszłości? – powtarza Landsman. – O latających samochodach? Czy o hotelach na Księżycu?


I co?

Znajdziemy kogoś, by go poczęstować podobnym tekstem?



Całość czyta się znakomicie. I to przeczucie przedziwnego happy endu, gdy w rozpadającym się na oczach bohaterów świecie może zabłyszczeć jeszcze coś dobrego...

piątek, 29 lipca 2011

I'm a looser, baby...- o jednej książce Philipa Dicka.

Czym w porównaniu z naszymi osobistymi katastrofami, upadkami i nieszczęściami, tym całym naszym weltschmerzem jest inwazja Obcych, narkotyki, których skutkami ubocznymi są podróże w czasie, wojna atomowa?

Niczym!

To właśnie wyróżnia Dicka na tle całej bulgocącej pomysłami literatury science-fiction.
Ten humanizm, któremu daleko do tryumfalizmu. To poczucie, że cały wszechświat (Obcy również) może nas w dupę pocałować, gdy mamy gorszy dzień.

A mamy gorszy dzień prawie zawsze, gdy jesteśmy bohaterami powieści Dicka. Permanentna depresja zapijana alkoholem, myśli samobójcze tłumione narkotykami, bezsens życia zagłuszany rozpaczliwym poszukiwaniem sacrum.




To cały wielki Dick. Werter literatury dla dużych chłopców.

Skończyłem właśnie jego „Tytańskich graczy”. Wśród powieści autora „Valisa” rzecz to średnia.

Jesteśmy na podbitej przez Wugi Ziemi. Ludzie na skutek wojny światowej stracili zdolność do reprodukcji. Populacja się kurczy. Obcy kontrolują ją za sprawą globalnej wersji gry planszowej, gdzie grający mogą nabywać prawa własności do poszczególnych miast, hrabstw etc.

Tyle tło, od którego budowy zawsze zaczynał Dick. Tło całkiem całkiem, sporo można w tych dekoracjach ugrać. Niezłą fabułę, zawijasy intrygi, intrygujących bohaterów.

A Dick? To twórca hojny (chyba) w złym rozumieniu tego słowa. Pomysłami sypie na zawołanie, ale nie potrafi, najczęściej pewnie nie chce mu się, ich wycisnąć do końca. Skupia się bez reszty na swoich poharatanych bohaterach.

Tu mamy gościa, który od początku usiłuje popełnić samobójstwo. Serio. I to właśnie ktoś taki (przy niewielkiej pomocy środków odurzających) potrafi ograć odrażających zaborców z kosmosu.

Poza tym znów cała feeria historii z cyklu „Kto jest z Ziemi, macki w górę”, bo nie wiadomo, kto stoi po naszej stronie, gdy kosmici potrafią formować swoje cielska na podobieństwo i obraz Ziemian. Znów kłopoty małżeńskie bohaterów. Znów niezawodny przyjaciel i typowe dla Dickowskich postaci rozmowy o muzyce klasycznej.

Najlepsze jest to, że Dickowi tak mało się chce. Realia Ziemi przyszłości niczym nie odbiegają od realiów świata, w jakim napisano „Tytańskich graczy.” Tylko latające samochody i „gadające” sprzęty domowe wpuszczają nieco futurystycznego ducha.

No chyba że Dick dysponował podobnym sprzętem już w latach 60…

Powieść nie jest zła. Ani wybitna jak na przykład „Ubik” czy „A teraz zaczekaj na zeszły rok”, ani kiepska jak „Doktor Futurity” lub „Kosmiczne marionetki.”

Typowy Dick w stanach średnich. A więc po prostu kawał solidnego fantastyczno-naukowego mięcha.

Dla fanów. Głównie.