sobota, 29 grudnia 2012

Gra z historią, czyli "Zima świata" Folletta


Lęgnący się w Niemczech hitleryzm. Rosja tonąca w czeluściach stalinizmu. Anglia trzymająca bezpieczny dystans, naiwnie wierząc w pokojowe metody rozładowania kumulującego się w Europie napięcia. Ameryka, nauczona doświadczeniem, izoluje się od „zamieszek” na Starym Kontynencie. Zaczynamy! 1030 stron „Zimy świata” Kena Folletta budzi respekt, czasem wątpliwości, najczęściej jednak dostarcza solidnej rozrywki.



Będąc kontynuacją „Upadku gigantów”, powieść rozwija otwarte wcześniej wątki, domyka kilka życiorysów, odpowiada na zadane poprzednio pytania. Lektura pierwszego tomu obowiązkowa!
Follettem kieruje ambicja stworzenia sagi historyczno-obyczajowej, jednak nie radziłbym nikomu budować wizji historii w oparciu o „Zimę świata.” Autorowi chodzi przede wszystkim o rozrywkę. O niewiele więcej. Historia jest wiarygodną, dającą iluzję głębi, dekoracją, na tle której obserwujemy rozterki, namiętności i pragnienia. Akty heroizmu i podłości. Szaleństwa młodości i zachowawczość dojrzałości. Powtarzane mechanizmy życia – młodzi wciąż się zakochują i odkrywają płciowość, starsi pozbywają się złudzeń, jeszcze starsi umierają…
Jednak żadna z postaci nie ma rozbudowanej samoświadomości – ich życie wewnętrzne ogranicza się do rozważaniach kolejnych czynów, decyzji, wyborów. To postacie dynamiczne, aktywnie płynące z nurtem historii. Nie oczekujmy więc pogłębionych portretów psychologicznych. Spodziewajmy się bohaterów, z którymi się zaprzyjaźnimy, którym będziemy kibicować lub z całego serca życzyć im końca papierowego żywota. To moim zdaniem największy minus tej monumentalnej powieści.
Jeśli nie bohaterowie, to co ma nas hipnotyzować przez ponad tysiąc stron? – możemy zapytać. Fabuła – odpowiem. Choć zbudowana z rozwiązań charakterystycznych dla literatury popularnej, potrafi pochłonąć czytelnika. Epizody krzyżują się ze sobą, prowadząc do niespodziewanych rozwiązań. Akcja rwie wartko – raz skupiając się na rozterkach sercowych i pierwszych ukąszeniach Erosa. Innym razem pozwala nam wylądować na polach bitew, gdzie ścierają się siły dobra i zła. Follett idealnie równoważy proporcje między Wielką Historią a małymi historiami ludzi, którym raz za razem burzliwe XX stulecie daje się boleśnie we znaki. I chociaż niektóre rozwiązanie mogą trącić przesadnym sentymentalizmem lub wydają się być nieprawdopodobne, wiele autorowi można wybaczyć. „Zima świata” to w końcu powieść głównego nurtu, więc spodziewajmy się tego, co Follett potrafi najlepiej – rozrywki zbudowanej na niezłych faktograficznych fundamentach.
Nie czytajmy również tej powieści z perspektywy polskocentrycznej wizji dziejów. Nasz kraj, który wypielęgnowany przez podręczniki historii, jawi się jako epicentrum dramatycznych wydarzeń pierwszej połowy XX wieku, w powieści Folletta migocze raczej na marginesach fabuły. Angielski autor ma do tego prawo i kontynuując swój zamysł z „Upadku gigantów”, głosu udziela większym graczom.


Recenzja pierwotnie ukazała się 28 grudnia 2012 roku na łamach portalu Lubimy Czytać.

środa, 26 grudnia 2012

Penisa warte, czyli "Czternastki" Króla


I co zrobić ze słowami Marcina Barana (ongiś niezłego poety), który w taki sposób zachwala tomik Roberta Króla pt. "Czternastki":

"Czyżby duch gorzkiej ekonomii przeniknął tę poezję? Nie da się wykluczyć. A towarzyszą mu duchy bystrej introspekcji, ironicznego grymasu i czułego spojrzenia. Dobra, pożywana mieszanka, warta każdej ceny."

Słowa życzliwego krytyka są niejednoznaczne, niepewne siebie, tkwią w jakiejś dziwnej pozie, by z uśmiechem powiedzieć: "Ok, nie chcę cię skrzywdzić..."

Co zrobić? Zaufać na słowo? Wykluczone. Ja proponowałbym najpierw  lekturę tego zbiorku wierszy, w którym tytuły tekstów zostały zastąpione przez kolejne liczebniki porządkowe - od "Pierwszego" po "Sześćdziesiąty." 

Krótko mówiąc - "Czternastki" to książka przeciętna. W skali od 1 do 10 to silna 5. Nie mniej, nie więcej. Król tworzy wiersze dobre, obliczone na efekt, obrazowość, zmetaforyzowanie, mile szeleszczące rozpoznawalnymi elementami rzeczywistości, innym razem czarują dostojną wręcz składnią, solidną podbudową rytmiczną, eleganckimi przerzutniami. Roją się wyliczenia, jukstapozycje. Idealna mieszanka, by zdobyć wszelkie możliwe laury poetyckie lub osunąć się w zapomnienie...

Wiersze są absolutnie bezawaryjne, bezpieczne, mocno tkwią w tym czymś, co nazywamy pojemnym i niejednoznacznym terminem "poezja współczesna."

I cóż z tego wynika? Nic. Król przypomina producenta znanej marki samochodów, który regularnie wypuszcza na rynek kolejne modele aut - ale cóż z tego, skoro kolejne odsłony różnią się tylko detalami, innym "wystrojem wnętrza", fantazyjnie wymodelowanymi błotnikami lub czymś tak banalnym jak kształt lusterek lub rozmieszczenie świateł... 

Nic więcej.

Oczywiście to tylko pewna bolesna metafora. Przejedźmy więc w stronę konkretów. Król, a z nim 3/4 polskich poetów, cierpi na przypadłość, która uniemożliwia im stworzenie wiersza realizującego temat. Czytam więc o "introspekcjach", o "ironii", o "czułościach", ale niemal nikt nie potrafi powiedzieć, O CZYM SĄ, do cholery, te wiersze. Kurde, czy to aż tak trudne napisać wiersz o czymś?!

No bo sygnały rozrzucone są tu i ówdzie, ale okruszki te wcale nie prowadzą do bezpiecznego domu lub do chatki Baby Jagi. Odwrotnie, chaos panujący w przestrzeni konkretu, namacalnych "przygód bohaterów", zniechęca do śledzenia losów jakichkolwiek podmiotów lirycznych. 

Tom mógłby mieć wierszy 30, 50 lub nawet 103, ale niewiele by to zmieniło, gdyż zaludniałyby go bliźniaczo skomponowane i mające identyczną temperaturę emocjonalną utwory.

Co nie znaczy, że są to utwory słabe. Nie są - to trzeba dobitnie podkreślić, ale to wciąż produkcja masowa, którą można uprawiać, gdy się opanowało warsztat, trzyma się w garści wyobraźnię i ma słuch umożliwiający bezbłędne powtarzanie składni, jaka panuje w głównym nurcie polskiej "nowej" poezji. 

Cały tomik ratują dwa zdania: "Moje życie jak wielka stołówka bez krzeseł" i "Całe to wierszopisanie jest chuja warte..."



Pierwsze jest absolutnie cudowne. 

Drugie to rzadka chwila samorefleksji.

Doceńmy to.

środa, 12 grudnia 2012

Bo to zły podmiot liryczny jest, czyli "Nic o mnie nie wiesz" Podgórnik

To poezja kolczasta, drapieżna, celowo odpychająca czytelnika. Marcie Podgórnik nie zależy na odbiorcy, który w poezji głównie szuka kołyszącego metrum, kojących obrazów lub garści wypranych frazesów o życiu, śmierci i miłości. Nic z tych rzeczy! To poezja agresji, uczuciowej zadymy. Liryka zdań szybkich i błyskotliwych. Wpadających w ucho konstrukcji językowych. Wyrafinowanych arabesek myśli, których celem jest wyrazić ból lub ból zadać. Okaleczyć lub samookaleczyć.



 
Bohaterkę tych wierszy nie sposób pomylić z kimkolwiek innym. To kobieta. Silna, dominująca. Samoświadoma. Skazująca się na kpienie z rzeczywistości. Z ról, jakie narzuciło jej społeczeństwo, bliscy ludzie, sama literatura. Niczego nie traktuje na serio lub serio w takim rozumieniu, by nie można było nawet największej katastrofy życiowej obezwładnić przy pomocy bolesnej ironii, bluzgu lub zamaszystego gestu... Żyje, a wszystkie jej „przygody” znajdą prędzej czy później miejsce we wściekłej spowiedzi, jaką daje nam podsłuchiwać.
 
Taką poezję i takie wcielenie podmiotu lirycznego odnajdujemy w pierwszych trzech tomikach poetki. Znakomitych, wciąż brzmiących świeżo, budujących historie, z którymi mogą utożsamić się odbiorcy.
 
Niestety wiersze wybrane Podgórnik, czyli książka „Nic o mnie nie wiesz” na plan pierwszy wysuwa późniejsze dokonania poetki. Tom jest trudniejszy, stawia olbrzymie wymagania czytelnikowi, który co i rusz rozbija się o nieoznakowane na mapach rafy, osiada na mieliznach lub wchodzi na kurs kolizyjny z doświadczeniem całkowicie rozbieżnym z jego własnym. 
 
Ironia, gry słów, nawiązania, liczne aluzje podkopujące autorytet szlachetnych pierwowzorów brzmią tak silnie, że można odnieść wrażenie obcowania z tworem chłodnym, wyrachowanym, wręcz odpychającym. Sztucznym, niemal przetworzonym cyfrowo. Każdorazowo zabójczo perfekcyjnym. Zbudowanym nie na fundamencie życia, jakie może się przydarzyć odbiorcy, ale na ruchomych piaskach intelektualnych rozważań kogoś, zbyt mocno wsłuchującego się w tętno własnych myśli, obsesji, tęsknot. Nie współczujemy, nie dzielimy doświadczenia, bo go nie rozumiemy, bo to obca (w każdym znaczeniu tego słowa) historia. A nawet nie historia, bo trudno śledzić wciąż rwące się tropy i wpatrywać się w rozrzucone puzzle.
 
Podgórnik już dawno wyrosła na czołową postać polskiej poezji, ale potrafiła tego dokonać nie odwracając się od czytelnika. Teraz, wraz z publikacją wierszy wybranych, obwieszcza (chyba) całkowity rozbrat z pisaniem szukającym wspólnoty.
 
„Nic o mnie nie wiesz”, głosi tytuł. I już się nie dowiesz, dopowiada sobie czytelnik...

piątek, 30 listopada 2012

Coś tu jest nie tak, czyli "Pod Cyprysami" Koryty


Niestety nie wystarczy sprawnie poprowadzić intrygę, wprawić w ruch zawadiaków spod ciemnej gwiazdy, wpuścić w zgniły moralnie świat przedstawiony bohatera, który lubi sobie wypić i wtykać nos w nie swoje sprawy, by stworzyć dobry czarny kryminał. Trzeba pamiętać, że mistrzowie konwencji noir to przede wszystkim świetni styliści. Język ich powieści nigdy nie jest przezroczysty, neutralny. Zawsze zabarwia go cynizm, wyszukane dosadne porównania, specyficzny stosunek do brudnej rzeczywistości. W dialogach krzyżują się arogancja, ironia, iskry złośliwości.
O tym wszystkim zapomniał chyba Michael Koryta, autor powieści "Pod Cyprysami." Ponoć popularny, nagradzany i kupowany. Jednak ciężko dopatrzyć się źródeł tej popularności, patrząc przez pryzmat tej akurat książki.
Jesteśmy w Ameryce. Lata 30. Czasy Wielkiego Kryzysu, który zmusza takich ludzi jak nasz bohater do szukania jakiejkolwiek pracy. Niestety, niczym w greckiej tragedii – bohater ma dobre intencje, a ściąga na siebie komplet niebezpieczeństw. Chcąc uciec od kłopotów, trafia do Krainy Coś-Tu-Jest-Nie-Tak, gdzie czekają na niego mnożące się zagrożenia - huragan, eksplodujące samochody, brutalni stróże prawa i przemytnicy... Teoretycznie wszystko się zgadza i brzmi zachęcająco.
Jednak autor stanął w zbyt szerokim rozkroku. Jedną nogą udeptuje twardy grunt, jakim jest powieść noir. Mamy duszną atmosferę wilgotnej Florydy. Skorumpowanych policjantów, urzędników i pospolitych gangsterów. Sporą dawkę obowiązkowej brutalności. Mamy wreszcie pokaleczonego przez życie głównego bohatera i piękną niejednoznaczną kobietę.
Niestety druga noga grzęźnie w mało oryginalnym pomyśle – bohater widzi w oczach bliźnich zbliżającą się do nich śmierć. Raz jest to dym kłębiący się w gałkach ocznych, innym razem z przerażeniem odkrywa, że otaczają go szkielety zamiast ludzi z krwi i kości. Tanie? Tanie.


Prawie jak noir



Ta niczym nieusprawiedliwiona mieszanina konwencji dałaby się jakoś obronić, gdyby Koryta był lepszym stylistą. Jednak jego styl jest kostyczny, do bólu sprawozdawczy, obojętny na opisywane dramatyczne wydarzenia. Nie mamy błyskotliwych dialogów, nie mamy mięsistych porównań i „męskich” metafor. Mamy poprawnie napisaną i zachowawczą opowieść, która nawet smakuje, gdy zapomni się o wymuszonym wątku nadnaturalnym. „Pod Cyprysami” mogłoby być dużo lepszą książką, gdyby Koryta skupił się na budowaniu nastroju i ciemnej tonacji, zamiast udziwniać na siłę powieść pomysłami ze stajni Kinga lub Koontza.

Cóż, zapewne w Polsce Michaela Korytę czeka podobny los, co piosenkarzy country - w Stanach są gwiazdami i wypełniają regularnie największe sale koncertowe, u nas raz na rok amfiteatr w Mrągowie...

środa, 14 listopada 2012

Życie na żywo, czyli "Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną" Jarniewicza

To czas – ani linearny, gdy wydarzenia pędzą przed siebie, nie zostawiając jeńców, nie biorąc zakładników, ani cykliczny, budujący pewność istnienia kolejnych szans, wiecznych powrotów - jest prawdziwym bohaterem najnowszego tomu Jerzego Jarniewicza. Czas widziany jako seria izolowanych epizodów, które nakładają się na siebie, przetasowują, powtarzają w przypadkowych konfiguracjach.

Poeta jawi się jako kronikarz świata, za którym notorycznie nie nadążamy. Teraźniejszość nie istnieje – zdaje się mówić autor. Jest ona sprowadzona do migotliwych obserwacji, przelotnych faktów, które wciąż i wciąż spopielają się na naszych oczach i odchodzą (ponoć) bezpowrotnie w przeszłość.

Chwila obecna trwa tyle, ile przetrwają w pamięci bohaterowie naszych afer, aren, anegdot, jakimi przerzucamy się w towarzystwie, a które błyskawicznie tracą przydatność do spożycia. Stąd tomik, solidnie potrząśnięty, zagrzechocze nazwiskami, o których za rok nikt nie będzie pamiętał, tytułami książek, jakie wkrótce trafią na stragany z przecenioną literaturą, nazwami własnymi gadżetów, na które czekają już pęczniejące wysypiska śmieci.

Zaś sam bohater liryczny to postać zanurzona w tym kłębowisku informacji, więc każdą próbę kontemplacji świata musi skazić jakieś skojarzenie z medialnymi doniesieniami, odwołanie do kultury mniej lub bardziej popularnej, aluzja, za pomocą której bezbłędnie umiejscowimy przestrzeń liryczną tych wierszy – to Polska, lata 2000.



Językowo Jarniewicz kontynuuje zwycięski marsz, na trasie którego jego poezja wchłania kolejne klisze językowe, szlagworty i konstruuje z nich raz zjadliwy obraz naszej rzeczywistości, a innym razem niespotykanie czuły portret bliskich sobie osób. Nasze miłosne wzloty i nasze ekonomiczne upadki. Stadionowe emocje i kameralne kontemplacje. Taką rozpiętość proponuje nam tomik „Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną.”

Szczęśliwie dla czytelnika poeta nie zapędza nikogo w hermetycznie szczelny labirynt znaczeń. Ścieżki wierszy, jakimi kroczymy, wiją się, kluczą, krzyżują się z sobą, ale nigdy nie tracimy z oczu szlaku. Ten tomik to jasny punkt orientacyjny dla każdego, kto chciałby zmierzyć się z wyzwaniami, jakie stawia przed czytelnikiem współczesna poezja.


Recenzja ukazała się pierwotnie 14 listopada 2012 roku na łamach portalu lubimyczytać.pl

sobota, 3 listopada 2012

Remisji nie przewiduje się, czyli "Kochanie, zabiłam nasze koty" Masłowskiej

Czytając tu i ówdzie recenzenckie, profesorskie, a nawet publicystyczne owoce kontaktu z najnowszym tekstem Masłowskiej, zauważyć można jedną, jak na mój niski przecież gust, dość niepokojącą tendencję.

Najszerszym łukiem omija się to, co stanowi o ideologicznym budulcu tej książki, a skupia się na kontekstach, okołoliterackich bezpiecznych przestrzeniach. A więc mamy Masłowską odczytaną w kontekście swoich poprzednich tekstów (jakby najnowszy był “zbyt świeży”, by o nim mówić), mamy Masłowską oskarżaną o wtórność wobec istniejących już prób objęcia świata. Mamy pisarkę rzuconą na żer wszelkich aktywistów, którzy lubią sobie ponarzekać, że "banalne, wtórne, niezrozumiałe i w ogóle po 15 minutach rzygać się chce, bo o niczym..."

Mamy cały ten sztafaż, jaki tak naprawdę próbuje odwrócić uwagę od rdzenia książki.

Cóż daje nam Masłowska? W sumie nic nowego, ale to kolejna diagnoza cywilizacji, która wręcz idealnie pokrywa się z innymi diagnozami urodzonymi w łonie naszej literatury i w łonach literatur świata. Czy może to być zarzut? Jak ktoś się uprze, pewnie tak.

Powinniśmy raczej traktować tego rodzaju teksty z powagą. Z taką samą powagą pacjenci słuchają kolejnych i kolejnych lekarzy potwierdzających zdiagnozowane patologie. Wszystkie są cenne, każda potwierdza prawdę poprzedniej i następnej. Choroba postępuje. Remisji nie przewiduje się.

Cóż to za zaraza? Najprościej mówiąc to pustka egzystencji, bo przecież nawet nie życia. Egzystencja to czysto fizjologiczne trwanie i właśnie w czysto fizjologiczny sposób żyją bohaterowie książki. Owszem, zdarzają im się chwile samoświadomości, ale rzadkie są to momenty a i samoświadomość to kaleka i szybko tłumaczona jako uboczny efekt na przykład „napięcia przedmiesiączkowego.” Fizjologia tryumfuje. Nie pierwszy raz i nie ostatni raz.

Świat przedstawiony to fikcyjna przestrzeń gdzieś na peryferiach wielkiego amerykańskiego miasta. Żadnych konkretów. Wszędzie, czyli nigdzie. Otoczeni upiornym rekwizytorium gadżetów, poddani presji nowoczesności, ale tej skarlałej, ograniczonej do tańszej wersji czegoś być może (kiedyś?) szlachetnego, bohaterowie żyją z dnia na dzień.

Szukają ciepła, przyjaźni, emocji, potwierdzenia samych siebie w oczach innych. I niczego takiego nie znajdują. Nie są w stanie. Są zbyt infantylni. Po prostu nie dorośli do jakichkolwiek głębszych relacji międzyludzkich.

Jednak Autorka nie szydzi ze swoich postaci, choć całą książkę wypełniają kpiny z nawiedzonych artystów, podręcznych autorytetów, szalbierzy i zwykłych kłamców. Nie jest złośliwa w stosunku do swoich dwóch bohaterek.

Czujemy raczej bezbrzeżny smutek, gorzkie współczucie. Nikt z nas przecież nie będzie śmiał się z upośledzonych dzieci za wszelką cenę starających się zorganizować jakoś świat, w jakim się znalazły.

To świat, na który (być może?) słusznie z nienawiścią patrzą wszelcy ekstremiści, uliczni prorocy, zamachowcy-samobójcy. Może faktycznie trzeba zbombardować osiedla, ulice, sklepy, galerie handlowe, galerie sztuki, biura i urzędy… Być może życie bez cienia Idei, również tej religijnej, wznoszącej człowieka ponad siebie i jego płaską doczesność, jest godne tylko anihilacji?



Cóż, sama Masłowska o tym nie pisze. Ba! Książka ma konstrukcję klamrową, bowiem opowieść kończy scena, która otwiera cały tekst. Cóż to ma znaczyć? Nic innego, jak tylko przeświadczenie o tym, że donikąd już nie dojdziemy. Będziemy wiecznie kołować ponad lądowiskiem sensu aż skończy nam się paliwo.

poniedziałek, 29 października 2012

Garbaty detektyw, garbata powieść, czyli "Rebelia" Sansoma

Recenzja jest uzłośliwioną wersją tekstu omawiającego powieść "Rebelia" C.J. Sansoma.

Czym dla współczesnej literatury jest „Imię róży” Umberto Eco powszechnie wiadomo – to klasyk postmodernizmu. Pod pokładem kryminalnej intrygi, niebanalnej przecież, włoski profesor semiologii przemycił pokaźny arsenał odniesień, tropów, aluzji, które nie pozwalały traktować tej powieści jako czystego kryminału. Czytelnik wie od samego początku, że ma do czynienia z grą dla inteligentnych i uczestniczy w niej, o paradoksie, z pełną powagą.

Złośliwość: Opis na okładce sugeruje, że mamy do czynienia z godnym konkurentem "Imienia róży." A ja Wam mówię, że pod pokładem tej książki nie ma nic. Żaden subtelny trop, żadna wibrująca aluzja, nic, co mogłoby sugerować powinowactwo z włoskim arcydziełem. To po prostu kostiumowy kryminał, który jako pewna fabularna struktura mógłby dziać się w każdym innym miejscu i czasie. Ale "zaprzyjaźnieni" z angielskim autorem recenzenci wiedzą lepiej...

O tym balansowaniu na granicy umowności i powagi zdają się często zapominać autorzy, którzy umieszczają sensacyjne intrygi w dwudziestoleciu międzywojennym, w romantyzmie, średniowieczu lub starożytności. Powieści historyczne pożenione z kryminałami rzadko bywają wiarygodnym źródłem wiedzy o Dawności, która to najczęściej jest tylko wygodnym kostiumem – nie krępuje ruchów fabuły, a nieźle uatrakcyjnia całość. Te pierwsze konstatacje najlepiej chyba oddają ducha powieści C.J. Sansoma „Rebelia.”

Największym atutem dzieła jest główny bohater, Matthew Shardlake, londyński prawnik, bohater cyklu powieściowego C. J. Samsona. Detektyw to niezwykły (iluż my już mieliśmy niezwykłych detektywów!). Ani młody, ani atrakcyjny, garbaty, przesadnie usłużny względem ważniejszych od siebie.



Złośliwość: Jak się chce stworzyć "niezwykłego" detektywa (bo się nie umie zmajstrować lepszego świata przedstawionego), to się go obdarza jakąś widowiskową dysfunkcją. To jest najłatwiejsze - alkoholik, erotoman, narkoman lub garbus... Wszystko jedno. Ważne, żeby się wyróżniał na tle innych "pokręconych" (sic!) śledczych.

I właśnie w takiej odsłonie bohater wygląda najciekawiej – to maleńki trybik w maszynie hierarchicznego społeczeństwa Anglii. Znający swoje miejsce, usuwający się w cień chętnie i bez specjalnej zachęty.

Niestety, gdy na jego życie zaczynają dybać przeróżne niebezpieczeństwa, nasz protagonista usiłuje wziąć sprawy w swojej ręce i ze zwierzyny, na którą poluje morderca, zamienia się w myśliwego. Dość niewiarygodnie wygląda ta metamorfoza, ale, pal to licho, akcja wartko rwie do przodu, zawiłości fabuły czytelnik przemierza raz niemalże galopując, innym razem ma czas przyjrzeć się temu, czemu autor poświęcił sporo, chyba nawet zbyt dużo, uwagi – opisom renesansowej Anglii, której stabilności zagrozić może tytułowa rebelia.


Złośliwość: Nic mnie w tej książce tak nie rozśmieszyło jak to, że słaby fizycznie kaleka, na którego życie dybie morderca, w pewnym momencie książki niemal woła: "A teraz bierzemy sprawy w swoje ręce i my będziemy ścigać naszego prześladowcę!"

Oddajmy też cześć tłumaczowi, który nijak nie potrafi zdecydować, czy ma stylizować spolszczenie i ubarwiać wszystko archaizmami, czy też ma pisać neutralną współczesną polszczyzną. Ulubiona konstrukcja archaizująca tłumacza brzmi: "Wykarbuj to sobie, człeku!" Autentyk!


Chwilami, gdy Sansom opiera punkt ciężkości o skomplikowane rozważania dynastyczne, akcja rozwija się zbyt mozolnie. Możemy odnieść wrażenie, że wcale nie potrzebujemy tych wszystkich nazwisk, koneksji rodzinnych, zawiłości dziedziczenia, prawego i nieprawego łoża. Nie budują one atmosfery epoki. Są nużące i ciężkawe niczym archaiczny podręcznik historii. Te elementy na szczęście nie utrudniają odbioru całości – w kryminale fundamentalną jest kwestia „Kto i dlaczego zabił?”, a autor szczęśliwie przypomina sobie o tej zasadzie rychło w czas.

Podsumowując, „Rebelia” to przyzwoity kryminał. Ponad 600 stron meandrycznej intrygi, opowieści o skromnym londyńskim prawniku przedzierającym się przez labirynt spisków, w którym co i rusz pojawia się kolejne niebezpieczeństwo i tajemnica. Solidna literatura środka, pozbawiona większej ambicji niż ta, by czytelnik dobrze się bawił.

Palcem natomiast można pogrozić wydawnictwu, które w opisie książki uparcie twierdzi, że główny bohater powieści jest średniowiecznym detektywem żyjącym w szesnastowiecznej Anglii…

Złośliwość: Kto tam pracuje w tym wydawnictwie? Maturę macie chociaż?

niedziela, 28 października 2012

Jak nie dać się zabić i nie umrzeć do końca, czyli "Dwa tygodnie strachu" Mastertona

Przykazania w oparciu o zbiór opowiadań mistrza grozy, perwersji i co tam chcecie.

1) Nie zdradzaj żony, bo zamienisz się w kobietę.

2) Nie drażnij świń.

3) Nie żeń się z wdową po swoim martwym bracie.

4) Nie maluj krwią portretów szkockich arystokratów.

5) Uważnie dobieraj dostawców materiałów budowlanych.

6) Gdy Twoje dziecko zacznie jeść gąsienice, może już być za późno.

7) Nie przyjmuj prezentów od nieznajomych. A zwłaszcza antycznych wibratorów.

8) Nie zaglądaj do szaf w obcych mieszkaniach.

9) Nie zostawiaj samej żony, która przejadła się serem pleśniowym.


Starając się być nieco bardziej serio, napiszę, że tom opowiadań Mastertona przyjął niecodzienną, aczkolwiek jak się okaże, niezwykle charakterystyczną dla twórców horrorów strukturę. Otóż Autor zdradza nam poniekąd tajniki swego warsztatu i każdy tekst poprzedza opisem miejsca, w którym fizycznie był i które jego (momentami) chora wyobraźnia dostosowała do potrzeb makabrycznego widowiska. Widzę więc Mastertona, jak spaceruje po ruchliwym bulwarze lub wpatruje się w zachód słońca nad morzem, a jego mózg drążą upiorne wizje.

W sumie można tylko współczuć - urokliwe zapewne miasteczka, ciche plaże lub tętniące życiem metropolie zaludniają istoty przerażające. Gdzie byśmy nie wyjechali na wakacje, widzimy ściany płaczące krwią lub słyszymy potępieńcze jęki.

Tak pewnie działa wyobraźnia twórców literatury popularnej - jeśli Agatha Christie przypatrywała się ludziom i wyobraźnia kazała jej szukać zbrodni popełnionej wśród dżentelmenów i ich dystyngowanych żon, to w przypadku Mastertona wyobraźnia zamienia ludzi w kanibali a stare szafy w siedziby demonów...

wtorek, 9 października 2012

Ręka, noga, mózg na ścianie, czyli "Księga krwi 3" Barkera

Miałem około 14 lat. Późna podstawówka. Trwała właśnie wigilia klasowa. Koleżanki i koledzy wymieniali się prezentami, mniej lub bardziej udanymi. Niektórzy całkiem nieźle symulowali entuzjazm. Inni cieszyli się naprawdę z "anonimowych" podarunków.

Mi przypadła w udziale niewielkich rozmiarów książeczka - "Księga krwi" autorstwa Clive'a Barkera.

Nie wiem, dlaczego ktoś mógł pomyśleć, że nastolatkowi spodoba mi się na przykład opowiadanie pod tytułem „Nocny pociąg z mięsem” lub „Blues świńskiej krwi”, w którym opętana świnia (!!!) zajada się ludzkim mięsem.

Cóż, ziarno zostało zasiane wcześnie, stałem się fanatykiem wszelkiego rodzaju horrorów, opowieści grozy i tym podobnych klimatów, choć do Clive’a Barkera wróciłem dopiero teraz na fali sentymentu bardziej niż realnej fascynacji czytelniczej.

Z horrorami jest generalnie problem – jako gatunek niższego rzędu musi horror chcąc nie chcąc być oceniany dwutorowo. Z jednej strony staje się przedmiotem nieustających kpin (żeby tylko kpin) wyznawców literatury wysokiej i często na solidne klapsy opowieści grozy zasługują. Z drugiej zaś strony horror jako gatunek tworzy „swoje” arcydzieła, idealne realizacje swoich postulatów – rodzi książki autentycznie przerażające, choć w realność świata przedstawionego tych realizacji czytelnik raczej nie wierzy.

Nie inaczej jest z „Księgą krwi”, którą sobie zaaplikowałem niedawno. Poważny krytyk, szanujący się miłośnik kultury wysokiej wybuchnie pustym śmiechem, gdy zacznie czytać o … nowotworze (tak, tak ,raku), który zamienia się w spragnionego śmierci maszkarona, gdy natknie się na historię brutalnej zemsty, jaką swoim oprawcom zgotowało... prześcieradło, gdy będzie śledził tragedię męskiej prostytutki, którego (którą?) prześladuje duch żołnierza z czasów cesarstwa rzymskiego...

To wszystko spływa krwią, obrzydliwością, dosłownością. Obraża intelekt i wrażliwość. Epatuje okrucieństwem i wulgarnością. Aż trzeszczy od nadmiaru chorej baśniowości...



Ale to się czyta znakomicie!

Traktuję Barkera jako idealnego dostarczyciela ponurej rozrywki. Jego proza jest szybka, nie wdaje się w subtelne analizy podłoża, na którym może zakwitnąć groza. W tym akurat mistrzem jest King, piszący zgodnie z regułą: "Im więcej bohaterowie mówią o niczym, tym bardziej psychologicznie są wiarygodni." (Czujecie już, że Kinga raczej nie lubię...)

Barker i umie wystraszyć, i sceną erotyczną umiejętnie połechce...

Czy trzeba czegoś więcej, by umilić nudne podróże autobusem do pracy?

No chyba że kierowca nagle stałby się....


AAAAAAGHHHHHRRRRRR.........

poniedziałek, 8 października 2012

Czar Czechów (prawie) pryska, czyli "Praski elementarz" Kaczorowskiego

Kaczorowskiemu udała się rzecz szalenie istotna – „Praski elementarz”, który na pierwszy rzut oka można podejrzewać o utrwalanie mitu Pragi magicznej, pocztówkowej, zanurzonej w pianie jasnego piwa, czyta się z rosnącą pewnością tego, że obcujemy z dziełem zrywającym z idyllicznym obrazem naszych południowych sąsiadów.

Autor tylko sporadycznie zapuszcza się w bezpieczne i oczywiste zaułki. Chodzi mu o coś więcej niż o kolejny, coraz bardziej przewidywalny, zapis polskiej fascynacji tym niewielkim krajem rodzącym wielką literaturę.

Złe wybory, szamotanina moralna, zacieranie granic pomiędzy uczciwością a sprzeniewierzeniem się jej. Cyrografy podpisane w durnej młodości ciążą na reszcie życia. Tak mniej więcej wyglądały życiorysy części czeskich pisarzy XX wieku. Autor zdaje się stawia mocną tezę – nie można nie być pisarzem politycznym, to znaczy nie można uwolnić się od uwarunkowań narzuconych przez państwo, społeczeństwo i historię, żyjąc w Europie Środkowej, którą tak boleśnie pokiereszowano w poprzednim stuleciu.

Autor nie moralizuje, nie ocenia zbyt pochopnie tych, którzy nie przeszli zwycięsko próby przyzwoitości – jednak mnożąc przykłady fatalnych wyborów życiowych, nie pozostawia czytelnika obojętnym. To bardzo oczyszczająca książka, która pomiędzy wierszami stawia pytanie o dyskomfort, jaki zbyt często możemy czuć, gdy przyglądamy się poszczególnym biografiom, a następnie przypomnimy sobie, ile wspaniałych książek napisali niezbyt wspaniali ludzie…


Haszek, po części odpowiedzialny za narodziny mitu Czechów, potomków Szwejka – sam dezerter i tchórz. Kundera, ucieka na Zachód przed historią własnego kraju, z którą nijak nie może zerwać. Hrabal, poprawia swoje dzieła pod dyktando cenzury…

Oddajmy jednak sprawiedliwość czeskim autorom – ostatni z esejów poświecono zmarłemu w 2011 roku Havlowi, który jawi się czytelnikom jako szlachetny, nieco naiwny być może, idealista wierzący w posłannictwo, jakim jest uprawianie czynnej polityki. Wcześniej poznajemy między innymi wstrząsającą historię życia Oty Pavla, którego traumatyczne doświadczenia zepchnęły w odmęty obłędu, skąd podyktował jedne z najbardziej wzruszających i ciepłych opowieści, jakie dotarły do nas zza południowej granicy.

Kaczorowski co i rusz wplata w swą opowieść wspomnienia o własnych ścieżkach wydeptanych w Pradze, o prywatnych epifaniach, o intymnych chwilach, gdy pisarze przemawiają do nas ponad barierą czasu i przestrzeni. Kto wie, czy to nie jest szlak, którym powinien ruszyć każdy spisujący biografie – uczynić z czyjegoś losu nie tylko wyliczankę dat, miejsc, ludzi i dzieł, ale żywy, rozgałęziający się labirynt eseju, w którym spotykają się czytelnicy, krytycy i sami autorzy?

środa, 26 września 2012

"I nagle stało się wczoraj" Izaguirre, czyli jak się poparzyć literaturą

Powieść to jak wulkan gorąca, jednak nie jest to książka, w żarze której można się ogrzać. Strony parzą, dymią, buzują od ścierających się ze sobą żywiołów – morza, słońca, powietrza i najpotężniejszego z nich – Losu.

Lądujemy na Kubie późnych lat 40. Z trudem łapiemy oddech w dusznej atmosferze państwa rządzonego przez generała Batistę. Spotykamy Efraina, chłopca upokarzanego przez ojca, chłopca-analfabetę, którego jedynym talentem okazuje się zdolność do układania historyjek, łączenia słów. Jednak to tylko początek opowieści, którą niesposób streścić, nie pozbawiając jej tego, co w niej niezwykle cenne – tajemnicy. Mrocznej enigmy, jaką jest życie głównego bohatera.



W kolejnych skurczach fabuły obserwujemy przeplatające się ze sobą chwile tryumfu i momenty upadku Efraina, jednak nic w powieści Borisa Izaguirre nie jest oczywiste. Autor dość konsekwentnie trzyma się zasady – każde zwycięstwo staje się preludium nieszczęścia, a każda klęska wydaje słodkie owoce.

Groza i plugastwo, jakich Efrain zaznał w dzieciństwie, na trwałe odcisną się na jego życiu. Ale w piekle, w jakim znalazł się za sprawą przypadku, poznaje dwie najważniejsze dla siebie osoby, których wspomnienie na stałe będzie mu towarzyszyć. Będąc więźniem, zyskuje jednocześnie wolność okazując czyste niewinne uczucie.

Momenty szczęścia, gdy dojrzewając zdaje sobie sprawę ze swojego talentu do układania piosenek, a później do łączenia historii we wzruszające pasma sentymentalnych radionowel, na długi czas zamienią go w niewolnika ludzkich oczekiwań. Będąc wolnym, pozwala się obezwładnić ludziom, którzy wykorzystują jego talent do fabrykowania ludzkich potrzeb i fałszowania rzeczywistości.

Oczywiste tropy podrzucane przez autora brzmią nieoczekiwanie świeżo – „I nagle stało się wczoraj” to powieść o złudnym pocieszeniu, jakie daje twórczość. O twórczości, która zamiast otwierać oczy ludziom, zamyka je, by dalej śnili słodki sen o czymś, co nigdy nie istniało i nigdy nie zaistnieje. A może to przede wszystkim historia o długo dojrzewającej zemście? O przeszłości, której nie można anulować ani zmusić do posłuszeństwa?

Na pewno to książka pisana ostrzem, brzytwą, nożem. Polecać można gorąco. Tylko gorąco.



Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 26 września 2012 roku.

środa, 5 września 2012

Dać po łapach niewidzialnej ręce rynku, czyli „Misterioso” Dahla

Kto stoi za Kryzysem? Bez względu na to, jakiej spiskowej teorii kibicujemy, zgodzimy się na jedno – Kryzys jest efektem złych, podstępnych, skażonych chciwością decyzji ludzi sterujących ruchem pieniądza.

Co mogą zrobić zwykli ludzie? Mrówki oszczędzające na lokatach, nieszczęśnicy związani kredytami? Nic. Nawet ruchy obywatelskie mogą co najwyżej głośno protestować, tupać nogą i powiesić kilka transparentów, a i tak nic się nie zmieni. Pieniądz, jego siła, wszechobecne sfery biznesowe mające wpływy na każdym szczeblu państwa istnieją niejako ponad prawem.

Szwedzki pisarz kryminałów Arne Dahl pokazuje, co dzieje się, gdy jedna z mrówek postanawia rzucić wyzwanie Systemowi i na własną rękę wymierza sprawiedliwość. Giną, metodycznie eliminowani, ważni dla szwedzkiej gospodarki biznesmeni. Każdy we własnym domu, z dwiema dziurami w głowie. Specjalnie powołana do życia grupa policjantów stara się zapobiec kolejnym zbrodniom.

„Misterioso” daje się czytać jako ponury moralitet, w którym role Złych i Dobrych narysowano grubymi wyraźnymi kreskami. Za każdym niemal razem bogaci i wpływowi są zboczeńcami, okrutnikami, oszustami, pozbawionymi skrupułów moralnymi wrakami. (Cóż, zgadza się to po części z moją wizją świata…) Dobrzy natomiast to ci egzystujący na niższych szczeblach hierarchii społecznej – szeregowi pracownicy, emigranci, ludzkie odpady budzące najczęściej współczucie etc.

Nie sposób nie zauważyć wyraźnie lewicującego odchylenia Dahla, ale kto wie? być może ma on na swój sposób rację – na szczytach społeczeństwa uwiła sobie gniazdo Elita, nietykalna kasta, której nijak nie dotyka prawo, sprawiedliwość, kara… Elita nie odpowiada za swoje czyny, które odbijają się ponurym echem na życiu przeciętnych obywateli.


„Misterioso” w brutalny sposób, raz za sprawą samego zbrodniarza, innym razem za sprawą równie „mocnych” policjantów wygrzebujących na światło dzienne grzechy finansistów, rozprawia się z Elitą. Nikt się z nikim nie pięści. W ruch idą pięści, głowa, którą jeden ze śledczych notorycznie rozbija łuki brwiowe przesłuchiwanym.

Nie ma zmiłuj.

Zło ukryte za fasadą mechanizmów społecznych, manewrów anonimowych sił gospodarki, musi zostać skarcone.

Główni bohaterowie, policjanci zebrani w „Drużynie A”, też stanowią kapitalnie dobraną talię samych asów – każda z postaci żyje w cieniu swoich traum, obaw, katastrof osobistych. Mimo mroku, w jaki Dahl spowija naszych śledczych, czujemy do nich sympatię, bo to w sumie oni (bo któż inny pozostał?) stoją na straży kruchej stabilności społecznej.

Na dodatek Dahl wyrasta mi na najlepszego literacko skandynawskiego autora – jego język jest szybki, odważnie operuje skrótami, metaforami, które za pomocą kilku słów spinają rozległe przestrzenie.

Tam, gdzie na przykład Mankellowi albo Lackberg potrzeba akapitu lub strony, tam Dahl trafia jednym skupionym i twardym jak heban zdaniem.

Oczywiście, „Misterioso” ma też swoje słabsze momenty – jak morderca wchodził do domów swych ofiar? – ale pamiętajmy, żeby minusy nie przesłoniły nam plusów tego kryminału.

poniedziałek, 3 września 2012

Martini z kranówką, czyli "Upadek gigantów" Folletta

W czasach kryzysu, niepewności finansowej, huśtawki nastrojów na giełdach i galopującej inflacji przychodzi do Czytelnika Autor i mówi:

- Mój Drogi, zainwestuj kilkanaście godzin bezcennego czasu w moją bardzo grubą książkę.
- Niepewne to przedsięwzięcie – odpowiada Czytelnik. – Tysiąc stron? Jeżeli po połowie powieści zorientuję się, że coś jest nie tak, to okaże się, że moje oczy na darmo przeczytały ponad 500 stron. I co wtedy, Drogi Autorze?
- Nie zawiedziesz się – odpowiada Autor – Znasz mnie przecież. Nazywam się Ken Follett i czasu zainwestowanego w moje poprzednie książki nie uważasz za straconego, prawda?
- Ano prawda… - Czytelnik odpowiada niechętnie i sięga po „Upadek gigantów” wyżej wymienionego pisarza. Jest dobrej myśli – Follett to solidny fundusz inwestycyjny.

Pierwszych 700 (!) stron czytałem z wiarą i entuzjazmem. Mniejszym lub większym, podsycanym jednak przez autosugestię – „Czytam dobrą książkę, czytam dobrą książkę.” Nagle, niemal na przestrzeni kilku rozdziałów, okazało się, że Follett, używając karcianej terminologii, poważnie się przelicytował. A ja udzieliłem kredytu niewypłacalnemu tymczasowo Autorowi.


Gdzie tkwią zadry? Co mnie zabolało? Jakie drzazgi musiałem wyciągać spod skóry? Otóż Autorowi udało się dokonać rzeczy niemożliwej – na przestrzeni około 1000 stron Follett nie stworzył wiarygodnej pod kątem prawdopodobieństwa psychologicznego postaci. Ok., nie oczekuję po powieściach głównego nurtu, mainsteamowych, pogłębionych subtelnych analiz osobowości, ale, come on! istnieje przecież coś takiego jak przyzwoitość, która nakazuje wręcz, by czytelnik czuł minimum komfortu.

Tymczasem niemal każda z postaci „Upadku gigantów” przechodzi niezrozumiałe metamorfozy lub obdarzona jest tak „rozrzuconymi” cechami, że rzadko gnieździć się one mogą w pojedynczym egzemplarzu ludzkim.

Co gorsza, Follett niemiłosiernie pastwi się nad swoimi bohaterami, pozwala, by wielka Historia (burzliwy początek XX wieku) chłostała ich raz za razem, a ja wciąż miałem wrażenie, że postacie są tylko pionkami na wielkiej szachownicy świata. Nie noszą głębszych blizn, nie reagują wiarygodnie. W sumie nie powinno nas interesować ich życie wewnętrzne, ale raczej to, co się z nimi dzieje – tak mówi Follett.

„Upadek gigantów” sprawdza się więc najlepiej jako zapis galopady wydarzeń, epizodów, intryg etc. Nie szukajmy w tej powieści skomplikowanych, trójwymiarowych bohaterów. To raczej mięsiste, kierujące się prostymi ale atrakcyjnymi pobudkami postacie.

Na dodatek w warstwie fabularnej Follett trafia zbyt często w płot – albo uruchamia zbyt oczywiste rozwiązania, albo na siłę ubarwia losy bohaterów, znosząc obowiązujące w prozie, bądź co bądź historycznej, prawo prawdopodobieństwa.

Szczególnie kolczaste dla czytelnika stają być rozdziały, w których z przesadnym pietyzmem, mnożąc nazwiska, fakty, szczegóły i szczególiki Autor opisuje rewolucję bolszewicką. Cóż, w średniowiecznych „Filarach ziemi”, chyba najpopularniejszym „późnym” dziele Folletta, też ciężko się przedzierało przez drobiazgowe opisy detali architektonicznych, które nijak nie budują „atmosfery epoki.”

W "Upadku gigantów" pisarz streścił po swojemu szamotaninę kształtującego się ustroju komunistycznego i niestety zrobił to w sposób po prostu nudny. Co nie znaczy oczywiście, że epizody dziejące się na przykład w USA lub na spływających krwią polach bitew Europy, też są "przeładowane." Im dalej od komuny, tym ciekawiej - chciałoby się rzec.

Jednak nie można nazwać tej pozycji nieudaną – ta książka to koktajl przyrządzony z solidnej faktografii, niezłej świadomości problemów epoki, kilkunastu naszkicowanych wyraźnie postaci, splatających się intryg, momentów wzruszenia lub grozy. Idealna literatura środka.


A jeśli się trzymać barmańskiego slangu – martini jest, oliwki są, ale całość rozcieńczona wodą z kranu...


czwartek, 23 sierpnia 2012

Wsłuchać się w zgiełk "Trzech poematów" Schuylera

Jestem złym odbiorcą poezji. Trzymając tomik, rzadko kiedy brnę przez całość szlakiem wytyczonym przez autora. Uświęcony układ tekstów, misterną konstrukcję następujących po sobie wierszy, pokonuję zazwyczaj nonszalanckim ruchem skoczka szachowego - kilka tekstów z początku, jakiś ze środka, potem finał. Nic nie sprawia mi większej radości czytelniczej niż swoboda, z jaką mogę włóczyć się na powierzchni zbioru liryków.

Jednak "Trzy poematy" Jamesa Schuylera postanowiłem potraktować jak połeć soczystej prozy i przeczytać całość od pierwszego do ostatniego słowa. Za jednym posiedzeniem, nie dając się uwieść pokusie błądzenia między kolejnymi partiami tekstów.

Rozpisane na przestrzeni niemal stu stron olbrzymie poematy przyprawiają o zawrót głowy – mój wzrok co chwilę ześlizgiwał się z wersu na wers; skupienie, jakie starałem się utrzymywać, roztapiało się w magmie krzyżujących się wątków, obrazów, metafor uwolnionych spod rygoru jakichkolwiek ograniczeń.

Podmiot liryczny tonie w strzępach dialogów, ścinkach przypominających się snów, obiegowych prawdach, komunałach, jakie wygłaszają ludzie, których postanowił uwiecznić. Przepiękne, plastyczne opisy natury kontrastują z brzydotą industrialnych przestrzeni. Dziwnej urody metafory trą ze zgrzytem o kolokwialne i obdarte z wszelkiej czułości sceny...


W samym środku tego bulgocącego tygla, niczym rozbitek uczepiony maszyny do pisania, unosi się sam Schuyler.

Ten pozbawiony ładu świat odsłoni przed nami prawdziwe oblicze, gdy zgodzimy się ze stwierdzeniem, że poeta chciał opisać to, co nazywamy egzystencją. Nie interesuje go życie, bo to słowo zakłada istnienie sensu, jakiegoś celu, w którego kierunku się pniemy. Tematem "Trzech poematów" jest właśnie egzystencja – zlepiona z przypadkowych obserwacji, bezinteresownej kontemplacji błahych szczegółów, nakładających się na siebie wspomnień, anegdot, czynności.

Wszystko pomiędzy narodzinami a śmiercią przypomina poemat dygresyjny, a może nawet szekspirowski "sen wariata", tak zdaje się mówić Shuyler. Ale w tej kakofonii zdumiewająco często słyszymy czyste nuty - piękno, cudowność, miłość, przywiązanie i poświęcenie.

wtorek, 21 sierpnia 2012

To tylko seks w "Norwegian wood" Murakamiego

Onanizm, przypadkowe stosunki z pijanymi dziewczynami, wymiana partnerek, kino porno, seks sadomasochistyczny, homoerotyczne molestowanie, miłość francuska, wreszcie zwykłe, klasyczne akty damsko-męskie…

Nie, to nie opis produktów markiza de Sade’a, to ścieżki, jakimi wiodą swoją seksualność bohaterowie powieści Murakamiego pt „Norwegian Wood.”

Powieści, którą można przeczytać na wielu różnych piętrach – albo jako prostą historię miłosną, albo jako pean ku czci lat 60 i młodości jako takiej, albo jako swoistą antytezę bajań o miłości romantycznej, albo jako wyprawę w mrok duszy Japończyków. Każde odczytanie da nam dużo satysfakcji – książka to świetna, niejednoznaczna i przeszyta na wskroś mnogością metafor i symboli.

Jednak najbardziej rzucającą się w oczy kwestią zdaje się być przywołana na początku seksualność. Opisy seksu, jego odmian, barw, wibracji, zajmują sporą część utworu. Opisy chłodne, zdystansowane, pozbawione ozdobników, budzących śmieszność porównań, niezgrabności. U Murakamiego wszystko jest „na wierzchu” – spokojny naturalizm z powodzeniem zastąpił rozwodnione westchnienia.

Bohaterowie zazwyczaj bez skrępowania szafują intymnością, urzeczywistniają fantazje, chwalą się obsesjami, krzyczą o swoich najwstydliwszych sekretach. Seksualności nie chroni/ogranicza szczelny parawan pruderii, dobrego wychowania etc.

Murakami daje ludziom Zachodu dość ciekawą lekcję. Seks w naszej kulturze istnieje najczęściej jako afirmacja jakiejś rzeczywistości lub jako coś zgoła odmiennego – seks neguje. Afirmujemy, gdy zbliżamy się do siebie po miesiącach (latach?) budowania związku. Gdy każdorazowo pieczętujemy ten związek kolejnymi zbliżeniami. Gdy pragniemy bliskości po czasie rozłąki. Gdy, co oczywiste, chcemy spłodzić potomstwo. Seks staje się symbolem zgody na to, kim i z kim jesteśmy.

Natomiast seks zdumiewająco często staje się bronią w ideologicznej walce ze skostniałymi instytucjami społecznymi – z Religią, Ustrojem, Filozofią etc. Czyli kochamy się PRZECIWKO czemuś. Czym była tzw. wolna miłość, jeśli nie policzkiem wymierzonym w instytucję tradycyjnie rozumianego małżeństwa? Czyli nawet największa rozpusta, obscena, plugastwo związana z tą sferą naszej aktywności istnieje JEDYNIE w kontekście pewnej normy, względem której się sytuują.

„Norwegian wood” pokazuje nam seks jako czynność neutralną – niczym w zasadzie nie różni się od jedzenia, picia, czytania książek czy słuchania płyt. Jedne potrawy smakują, inne nie. Ten drink, a nie tamten. Ta książka mnie znudziła, tamta zaostrzyła apetyt na kolejne pozycje (nomen omen) autora. Seks to tylko seks. Nic więcej. Nie cementuje, nie burzy. Nie kończy niczego, niczego nie zaczyna.


Zresztą nic u japońskiego autora nie wywołuje głębszych namiętności – książki lub płyty, z jakimi obcuje młody bohater powieści, są w zasadzie TYLKO wymienione jako kolejne odkrycia, ścieżki dźwiękowe snującej się leniwie młodości. Niewiele więcej.
Jeżeli cokolwiek na dłużej zatrzymuje bohatera to tytułowa piosenka Beatlesów, ale dzieje się to tylko dlatego, że łączy się ona z dość traumatycznymi wydarzeniami.
Jeszcze dwa dopiski znalazły się na marginesie mojego ebooka ;-)

Murakami ładnie pokazuje opozycję normalność-nienormalność. Jednak mnie nie obchodziła ta kwestia w kontekście chorób psychicznych, zawirowań emocjonalnych, którym Autor poświęca dużo miejsca. Bohater utworu, który ma się za „normalnego”, szuka innych „normalnych” – „nienormalni” to… bogacze, arystokraci, uczniowie elitarnych szkół i uniwersytetów, klienci ekskluzywnych hoteli i restauracji…

Nie ma z nimi o czym rozmawiać, powtarza bohater, czym potwierdza moje uczucia, jakimi darzę wyżej wymienionych.

Druga rzecz to poczucie humoru – mimo poważnego, momentami niemal posępnego klimatu, Murakami serwuje nam subtelne, ironiczne, delikatne żarty. Zdarzało mi się wybuchać śmiechem, choć za chwilę mroził mnie kolejny meander fabuły.

PS
Jedna z bohaterek ma na imię Naoko. Murakami zapewne tego nie wiedział, ale mamy w naszym pięknym kraju dość czerstwy żarcik o tym, że „na oko to chłop w szpitalu umarł.”

To dodatkowy plusik, jaki zapisuję na koncie tej doskonałej książki.


środa, 8 sierpnia 2012

Nie o piłce i siedzeniu na kanapie pisze Nevo w "Do następnych mistrzostw"

Gdybym nazywał się Eshkol Nevo i zobaczyłbym polskie wydanie powieści „Do następnych mistrzostw”, najprawdopodobniej zawyłbym z rozpaczy. Na okładce bowiem czterech przystojnych facetów, obdarzonych urodą profesjonalnych modeli, budzi jednoznaczne skojarzenia ze średniej klasy serialem komediowym. A gdybym przeczytał słowa, którymi wabieni są potencjalni czytelnicy, okazałoby się, że napisałem książkę o czterech kanapowych kibicach, których jedyną motywacją do przyjaźnienia się jest wspólne oglądanie piłki nożnej!


Na szczęście izraelski autor stworzył świetną powieść, w której nie znajdziemy sitcomowego poczucia humoru i futbolowych smaczków, jakimi mogą delektować się tylko fanatycy tej dyscypliny.

Punktem wyjścia Nevo uczynił dość nośny koncept – czterech kumpli wspólnie oglądając kolejny finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej, postanawia spisać na kartkach wizje tego, co chcą osiągnąć „do następnych mistrzostw” właśnie.


Jednak nie dajmy się zwieść pozornie przewidywalnej i biegnącej przed siebie intrydze.

Nevo nie układa narracji w sposób linearny. Wtapia w główny wątek liczne retrospekcje, pozwalające w pełni zrozumieć motywy i decyzje bohaterów. Mimo tego, że poszczególnych wydarzeń przewidzieć się nie da, mamy wrażenie, że całość jest tak prawdopodobna jak samo życie, w którego strukturach wciąż tkwimy. I mimo, że rozwiązanie całości jest co najmniej nieoczekiwane, Nevo również wtedy nie przestaje brzmieć czysto i wiarygodnie.

Tłem powieści czyni współczesny Izrael. Kraj targany konfliktem z Palestyńczykami, nękany zamachami bombowymi, żyjący w cieniu wojny, której ofiarami w jakimś stopniu są wszyscy bohaterowie. Te poważne kwestie wypływają od czasu do czasu na pierwszy plan, czyniąc z książki dość mocny argument na rzecz pacyfizmu.

Jednak autor skupia się nade wszystko na uczuciu, jakie łączy czwórkę młodych mężczyzn. I na szczęście nie fetyszyzuje ich przyjaźni, bo obok niemal sielankowych obrazków z życia młodych ludzi, pojawiają się poważne pytania. Czy można zaprzyjaźnić z kimś nowym, gdy skończyło się szkołę, pracuje zawodowo, a czas dzieli pomiędzy etatem a rodziną? Czy przyjaźń trwa wiecznie? A może po prostu rozrzedza się pod wpływem obowiązków dorosłości? Na szczęście nie padają proste i jednoznaczne odpowiedzi.

„Do następnych mistrzostw” to powieść mądra i lekka jednocześnie, miejscami bardzo zabawna, tchnąca optymizmem i uroczym, nieco staroświeckim, idealizmem. Jednak roztacza przedziwną melancholijną aurę. Obserwujemy bowiem zmierzch młodości i jej szaleństw. Koniec pięknej ery włóczenia się bez celu, podrygiwania na koncertach i bezkarnego flirtowania z dziewczynami. Nasi bohaterowie powoli pogrążają się w półmroku dojrzałości, gdzie już czekają na nich rodziny, które sami założyli lub wkrótce założą.

Polecam gorąco! Mimo fatalnej okładki...

Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 8 sierpnia 2012 roku.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Staff "Wyszedłem szukać", czyli zły wybór Bargielskiej

Wydaje się, że każda epoka i kolejne pokolenia muszą na nowo odkrywać, zdefiniować lub redefiniować przepastną, wielobarwną, proteuszową poezję Leopolda Staffa. Sam autor stał się natomiast swoistym punktem odniesienia, bez którego nijak nie można odnaleźć się na mapie polskiej liryki.

Wystarczy wspomnieć, że był on duchem opiekuńczym Skamandrytów. Tadeusz Różewicz, odległy przecież o całe lata świetlne od Tuwima i spółki, ułożył wspaniały wybór wierszy Staffa pt. „Kto jest ten dziwny nieznajomy” i podsumował go wstrząsającym posłowiem. Bohdan Zadura, guru współczesnej młodej poezji, również dobrał wiersze Staffa i poprzedził je wstępem, w którym wskazywał niestarzejące się elementy tej poezji. Dodajmy jeszcze, że jedna z istotniejszych antologii polskiej poezji ma tytuł „Od Staffa do Wojaczka.”

Nic dziwnego, że Staff musiał znaleźć swoją ścieżkę również dzisiaj, utorować drogę w kalejdoskopowej liryce XXI wieku. Zadania oswojenia „szkolnego” poety podjęła się Justyna Bargielska, jedna z czołowych młodych poetek (rocznik 1977), jednak z przykrością trzeba stwierdzić, że to ambitne przedsięwzięcie panią Bargielską przerosło.

Najcięższym grzechem „Wyszedłem szukać” jest kryterium doboru, jakiego dokonała młoda poetka. Każdy przyzwoity autor znajduje w posłowiu lub we wstępie choć odrobinę miejsca, by wyspowiadać się ze swoich intencji. Bargielska też chce to zrobić, ale posiłkując się męczącymi dla odbiorcy tropami erudycyjnymi, nie wtajemnicza go w wykrojony z ogromnej spuścizny Staffa wszechświat około 40 wierszy.

Tworzy raczej wewnętrznie sprzeczną konstrukcję – akcentuje, a tytułem wzmacnia motyw nieskutecznych poszukiwań sensu życia, natomiast teksty dobiera tak, że istotne role odgrywają w nich kwiaty, kobiety wśród kwiatów, kobiety jako źródła, kobiety jako zatarte freski i kobiety jako morelowe plamy. Dominują subtelne erotyki, impresjonistyczne pejzaże lub mgławicowe rozważania. Zbyt rzadko błyszczą heroizm codzienności, łagodny horacjanizm, franciszkańska fascynacja zwyczajnością.

Bargielska rzecz jasna sygnalizuje najistotniejsze „szlaki komunikacyjne” twórcy, ale skupia się raczej na tym, co dla autora „Kowala” marginalne lub zupełnie niewyróżniające go z tłumu poetów kolejnych epok. Gdyby tylko takiego Staffa poznali czytelnicy, krytycy i inni poeci, ten dość szybko znalazłby miejsce na literackim cmentarzysku, gdzie siałby grozę jako pogrobowiec młodopolskiej stylistyki.




„Wyszedłem szukać” zbyt mocno przypomina „supermarketowe” zestawy „Najpiękniejszych ballad” dinozaurów rocka. Wykonawcy znani, jeden czy dwa przeboje na płycie, potem garść nijakich utworów, by zapchać czymś minuty ciszy. A na końcu całość ląduje na półce z napisem „4,99 za sztukę”.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 27 lipca 2012 roku.

środa, 1 sierpnia 2012

Wyżej i głębiej, czyli zbiorówka Transtromera

Żeby dobrze uzmysłowić, jak długo Szwedzka Akademia zwlekała z przyznaniem literackiej Nagrody Nobla poecie, wyobraźmy sobie, że ktoś, kto przyszedł na świat w roku tryumfu Wisławy Szymborskiej (1996), w roku 2011 (laur dla Tomasa Tranströmera) już gorączkowo rozmyślał nad wyborem szkoły ponadgimnazjalnej.

To półtorej dekady, w czasie której nagradzano wybitnych prozaików, niszowych dramaturgów lub autorów, których wybór był owocem krótkoterminowych mód i tendencji. 15 lat poezja nie mogła znaleźć miejsca na pierwszych stronach gazet, chociaż bukmacherzy zawsze mieli na podorędziu kilku poetów, jakich można by z dużą dozą ryzyka „obstawić.”

Tranströmer przerwał ten czas wielkiej smuty. Akademia dokonała wyboru najbardziej oczywistego z możliwych. Tranströmer rokrocznie pojawiał się jako żelazny kandydat, faworyt wszelkich spekulacji, które rozbijała jednak pewna wątpliwość – jak Szwedzi mogą uhonorować swojego rodaka? Na szczęście nikt autora nie ukarał za to, że jest wybitnym szwedzkim poetą i Nobel trafił we właściwe ręce.

Czytając około 450 stron, które wypełniły tom, mamy do czynienia z literaturą najwyższych lotów. Nigdy nieschlebiającą przeciętnym gustom i aktualnym prądom. Odporną na polukrowane wzruszenia i porywy egzaltacji. Wiecznie świeżą, szukającą wspólnoty z tym, co czasem patetycznie nazywamy „ludzkim doświadczeniem”.

Mimo raczej skromnego poetyckiego dorobku, wiersze Tranströmera eksplorują najrozmaitsze krajobrazy, świadczą o bogatym życiu wewnętrznym i „zewnętrznym”, a niemalże każdy z nich zasługuje na więcej miejsca, niż piszący te słowa może poświęcić opisowi całości.




Język poetycki zaś zdradza pokrewieństwo z odkryciami surrealistów. Pozwala metaforom rozwijać się w najbardziej fantastyczne konfiguracje, formy, zawiłości. Jednak zawsze w wierszach Tranströmera obrazy uruchamiane za pomocą swobodnej, płynnej pracy wyobraźni pozostają komunikatywne i czytelne w kontekście całości utworu.

W książce znajdziemy liczne piękne wizje Natury, w której bohater liryczny szuka oddechu po dość bolesnych konfrontacjach z rozrastającymi się mackami cywilizacji. Cywilizacji, w której trzewiach lęgnie się Zło wijące sobie wygodne gniazda w takich strukturach jak Państwo, Społeczeństwo, Historia.

Tranströmer, z zawodu psycholog, poświęca dużo miejsca ofiarom współczesności – tym, którzy nie potrafili maszerować w narzucanym im coraz szybszym tempie. Alienacja, erozja duchowości, konsumpcjonizm są owocami postępu – nie zaś efektami ubocznymi, to zdaje się mówić poeta.

Spojrzenie autora nie tylko uważnie przygląda się teraźniejszości. Szwed równie często zamienia się w lirycznego archeologa, który bada własne najgłębsze wspomnienia, opowieści rodzinne, leksykony zapomnianych kompozytorów, księgi parafialne i stara się wskrzesić choćby w (pozornie) skromnej przestrzeni jednego wiersza przebłysk konkretnego istnienia.

Tranströmer bez dwóch zdań jest moralistą. W wypranej z wiary w sacrum współczesnej kulturze Noblista jawi się jako łagodny mędrzec stale przypominający, że istnieje coś głębszego i wyższego jednocześnie. Coś, co sprawia, że jesteśmy ludźmi.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać .

piątek, 20 lipca 2012

Jak (chyba) nie pisać biografii Antoniego Słonimskiego, ani nikogo innego

Antoni Słonimski stanowił istne kłębowisko sprzeczności, niekonsekwencji, a może wyjątkowo wyraźnie na przykładzie jego losów widać naturalną dla człowieka tendencję do przystosowywania się, do zrzucania starych wcieleń, gdy znalazło się nowe, wygodniejsze.

Jeden z „pięknej plejady” Skamandra. Filar życia towarzyskiego przedwojennej Warszawy. Żyd-Polak (Polak-Żyd?) walczący zaciekle z prymitywnym antysemityzmem, jak i z obskuranckim chasydyzmem. Świetny poeta i zabójczy recenzent poczynań innych autorów. Wyznacznik stylu, arbiter elegancji, który nie legitymował się maturą (co uwielbiali mu wypominać liczni przeciwnicy). Pacyfista i autor zagrzewającego do walki słynnego „Alarmu.” Idealista, wierzący we wciąż doskonalącą się ludzkość. Oportunista mający krótki ale płodny romans z władzą komunistyczną. Uzależniony od podziwu, ale powściągliwy i zdystansowany w kontaktach osobistych. Władający w mistrzowski sposób absurdem i satyrą, ale często oskarżany o pustosłowie i mnożenie wytartych konceptów.

Taki obraz poety wyłania się z biografii autorstwa Joanny Kuciel-Frydryszak pt. „Słonimski. Heretyk na ambonie.” Autorka zebrała w niej pokaźny zestaw „materiałów dowodowych”: fragmenty utworów, listy, recenzje, felietony, przemówienia, wypowiedzi o charakterze autotematycznym. Słowa wrogów i przyjaciół. Wszystko to ma ilustrować niezwykłą, meandryczną osobowość. Pokazać momenty tryumfu i upokorzenia autora wplecionego w miażdżące tryby historii XX wieku.




Książce można jednak postawić jeden zarzut - ciężar, jaki autorka zrzuca na barki cytatów, sprawia, że nie czujemy ducha tej biografii. Najciekawiej bywa, gdy obcujemy z przytaczanymi arcydziełami intelektu, złośliwości i błyskotliwości. Gdy śledzimy potyczki Słonimskiego z adwersarzami różnych epok, narodowości, środowisk i opcji. Gorzej, gdy trafiamy na płaszczyzny sterylnej faktografii nieokraszone piętnem piszącej.

Rzadko kiedy autorka narusza dystans, który sprawia, że mamy zbyt silne wrażenie neutralności. Oddalenia. Nawet jeżeli blisko jej do przedmiotu swoich badań i zżyła się z postacią Słonimskiego, nie potrafi tego udowodnić. Pal sześć sentymentalne westchnienia, jakie miałyby prawo się wyrwać z piersi Joanny Kuciel-Frydryszak. Gorzej, że nawet o najbardziej dramatycznych wydarzeniach (kolaboracja w latach 50-tych z władzą komunistyczną, napastliwy i plugawy list do emigrującego Miłosza, zamrożenie stosunków z pozostałymi Skamandrytami) autorka najczęściej tylko informuje lub woli oddać głos Historii i jej świadkom. Nie stara się samodzielnie zinterpretować węzłowych chwil z punktu widzenia współczesnego biografa. To zbyt zachowawcze. Zbyt bezpieczne.

Nie jest to oczywiście wielki grzech, ale powoduje, że mamy wrażenie pewnej kostyczności, zbyt ciasnego gorsetu neutralnego stylu. Przezroczystości, która zbyt często przypomina rzeczowo ale bezosobowo krojone prace badaczy literatury.

Gdyby autorce udało się raz po raz osiągać lekkość i bezpośredniość, jakie cechowały Antoniego Słonimskiego, czytalibyśmy kapitalną biografię. To zadanie przerasta jednak możliwości pióra Joanny Kuciel-Frydryszak – czytamy dzieło co najwyżej dobre.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać w dniu 30 czerwca 2012 roku.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Zbyt letnie kłamstwa, czyli "Letnie kłamstwa" Schlinka

Czytelnicza przygoda z tomem opowiadań Bernharda Schlinka pt. „Letnie kłamstwa” przypomina turnus w popularnej miejscowości wypoczynkowej. Pierwsze dni zajmuje nam zaliczanie najoczywistszych pod słońcem atrakcji – plaży, lodziarni, kilkunastu stoisk z tandetnymi pamiątkami i automatami do gry. Nie liczymy na najmniejsze niespodzianki, chyba że zejdziemy z utartych ścieżek i zapuścimy się w rzadziej odwiedzane dzielnice.

Tak właśnie jest w przypadku opowiadań niemieckiego autora. Pierwsze dwa można spokojnie sobie darować, chyba że sprawia nam masochistyczną przyjemność kontakt z literaturą średnich lotów. Teksty są mało wciągające, falowanie intrygi jest zbyt mechaniczne, rozwiązania rażą bolesnymi dla czytelnika stereotypami. Na przykład w „Nocy w Baden-Baden” główny bohater spotyka francuską kelnerkę, która ni z gruszki, ni z pietruszki, po wymianie kilku zdań, ląduje z nim w łóżku. Napięcia brakuje, a z gasnącymi bez wyrazistej pointy historiami żegnamy się bez żalu. Teksty te mogą z powodzeniem wypełnić kredowy papier ekskluzywnych magazynów dla kobiet. Nic więcej.



Jednak o wiele cięższym grzechem wydaje mi się sam sposób kreacji bohaterów, którym autor każe kłamać jak z nut. Schlink stara się, by jego postacie z lepszej gliny ulepione były. Bo o kim czytamy? Profesorowie, pisarze, wykładowcy, muzycy, elita towarzyska mogąca pozwolić sobie na domek na wsi lub mieszkanie w Nowym Jorku. Ciężko mnie złapać na przynętę w postaci komunałów o ludziach z wyższych sfer, którzy mają na sumieniu niezbyt czyste intencje maskowane mniej lub bardziej niewinnymi bujdami. Zbyt arystokratycznie to brzmi. Nawet momenty, w których autor stara się zbliżyć do prawdziwego życia, przypominają efekt starej zdartej płyty, w której na siłę wtłoczono nowoczesny i bezpłciowy smooth jazzowy kawałek.

Na szczęście parę razy Schlinkowi udaje się miło zaskoczyć – w końcu to autor bestsellerowego „Lektora.” W najlepszym opowiadaniu („Obcy spotkany nocą”) dość drapieżna historia budzi nadzieję na ekscytujący finał, którego jednak... brak i to okazuje się kapitalnym rozwiązaniem całości. Nieprzewidywalnej w swojej przewidywalności i pozornym braku punktu kulminacyjnego. A więc momenty dobre są, na przykład „Dom w lesie”, gdzie nie sposób oderwać oczu od intryg męża zazdrosnego o literacką karierę żony. Jednak te nieliczne przebłyski nie zwiastują burzy. To tylko obietnice, które zaostrzywszy apetyt, zostawiają czytelników z uczuciem głodu.

„Letnie kłamstwa” to idealna lektura na plażę, gdzie przez okulary przeciwsłoneczne dość wiarygodnie wygląda średniej klasy psychologia. Zimą dni ciężkie jak Kafka niesiony przez Dostojewskiego sprawią, że tom opowiadań Schlinka zacznie ważyć tyle, co motyl, którego życie rozpisano na dwa krótkie ciepłe miesiące.


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronach portalu LubimyCzytać.pl w dniu 25.06.2012.

sobota, 23 czerwca 2012

Bez dystansu, czyli "Pełna krew" Jarosza

Są dwa rodzaje artystów, dla których podziw jest w pełni zrozumiały. Jedni błyszczą nieziemskim światłem, które oślepia, obezwładnia i hipnotyzuje. Zdają się należeć do innej rasy, wyrastać ponad rzeczywistość, unosić się nad jej szarą powierzchnią, by tworzyć rzeczy zadziwiające i porywające.

Drugi rodzaj to ci, którzy bliżej mają do nas niż nam samym się wydaje. Przypominają dobrych kumpli, z którymi ostatni raz widzieliśmy się pozując do zdjęcia klasowego we wczesnej podstawówce. „Stary, czy my przypadkiem nie siedzieliśmy w jednej ławce?” – pytamy, a potem nad brzegiem rzeki żujemy źdźbła trawy i plujemy do wody zieloną śliną.

Łukasz Jarosz, jeden z najciekawszych poetów urodzonych pod koniec lat 70, autor sześciu tomów poetyckich, należy do tych drugich.

„Pełna krew” to zbiór doskonałych wierszy, które błyskawicznie skracają dystans pomiędzy czytelnikiem a osobą mówiącą. Wierszy dobrze ukorzenionych w rzeczywistości, w żyznej glebie, gdzie nie kiełkują skażone genetycznymi modyfikacjami teksty neoawangardowe. To czysta ziemia. Zaludniona zwykłymi ludźmi, pulsująca tętnem następujących po sobie pokoleń, pomiędzy którymi istnieje żywa więź.



Jarosz nie tworzy świata z papieru, bo świat ten nie miałby racji bytu poza kartkami książek. Autor chwyta to, co namacalne i zmysłowe. Wierzy swoim oczom, które dają najlepsze świadectwo rzeczywistości złożonej z drobnych gestów rozsianych w polu widzenia.

Poezja ta jest wyzwaniem rzuconym światu pędzącemu donikąd. Zamkniętemu w obrębie strzeżonych osiedli, betonowych parkingów, w zimnym świetle sklepów całodobowych. Jarosz to poeta otwartej przestrzeni, natury i jej bolesnych epifanii. Powolnych skurczy zmieniających się pór roku. Autor jest apologetą prowincji, gdzie wciąż można znaleźć czas na krojenie chleba, palenie ognisk i obserwację pozornego bezruchu…

Jarosz zdaje się nie przesiewać swoich obserwacji przez sito prywatnych obsesji i traum. Uniemożliwiłoby to dialog między nim a czytelnikiem, a właśnie na tym (być może złudnym) poczuciu wspólnoty poecie zależy bardzo mocno. Mimo tego, że każdy tekst obdarzony jest wyraźnym autorskim piętnem, nie czujemy się nieproszonymi gośćmi w świecie poety. Jarosz jest raczej bramą lub szeroko otwartym gościńcem niż wieżą, w której zamyka się przed czytelnikiem.

Świat bardziej potrzebuje świadectwa o nim samym niż naszych bebechów, które wywlekalibyśmy przed coraz bardziej znudzonymi odbiorcami. Lepiej rozsiąść się wygodnie w ogrodzie, sięgnąć po coś do picia i po prostu sobie poopowiadać.

Tylko tyle i aż tyle obiecuje poezja Łukasza Jarosza.

Recenzja ukazała się 21.06.2012 roku na stronach portalu LubimyCzytać.pl


PS

Krótko mówiąc, bez mądrzenia się - wolę polskie błoto, mieścinki i prowincję niż strefy kibica i samolubne Centrum, Warszawki, Poznanie, Gdański, Krakowy i Wrocławie...

Albo jak napisał K. Przerwa-Tetmajer:


Wolę polskie gówno w polu
niż fiołki w Neapolu.

wtorek, 12 czerwca 2012

Kody nostalgii, czyli "Player One" Cline'a

Prześledźmy najpierw pewną analogię. Adam Mickiewicz ma 36 lat, kiedy wydaje w roku 1834 „Pana Tadeusza.” Akcja poematu dzieje się w latach 1811-1812. Autor opisuje fikcyjne Soplicowo, ale tak naprawdę rekonstruuje rzeczywistość, jaką poznał będąc czternastoletnim chłopcem.

Ernest Cline ma 39 lat, kiedy wydaje powieść „Player one.” Lwią część opowieści stanowią opisy poszukiwania „skarbu”, na którego trop można trafić, rozwiązując zagadki rozsiane w popkulturowej magmie lat 80-tych. Autor rekonstruuje więc świat, jaki zapamiętał, będąc nastolatkiem.

Do czego zmierzam? Konkluzja jest prosta. „Player One” to jeden wielki nostalgiczny hymn napisany ku chwale dni minionych. Ku czci ery spokojnego konsumpcjonizmu, w jakim pławiła się onegdaj Ameryka.

Fabuła jest starą jak świat (lub hollywoodzkie filmy akcji) historią młodzieńca, Parzivala, na którego barkach spoczywa los świata, w tym przypadku wirtualnego. Bohater walczy z drapieżnym Złym o władzę nad nieludzko rzeczywistą potężną symulacją komputerową zwaną OASIS – takim podrasowanym połączeniem Facebooka, Second Life i Bóg wie czego jeszcze... Po drodze nasz protagonista zabiega o uczucie pięknej dziewczyny, poznanej rzecz jasna w Sieci. Towarzyszy mu wierny, nieco złośliwy, wypróbowany w bojach, przyjaciel. A całość wieńczy przyjemny słodki happy end.

To właśnie fabuła jest w „Player One”, podobnie jak w operze, najmniej istotną częścią dzieła. Liczy się nade wszystko nastrój, dające się zaśpiewać melodie, wysublimowane tło. A amerykański autor scenografię odmalowuje fantastycznie – klimat lat 80-tych, bezpiecznej przystani, do której trafiają umęczone kryzysem wspomnienia czytelników, oddany jest perfekcyjnie. Ilość popkulturowych nawiązań, sugestii, odwołań jest oszałamiająca.




Przeszukując wraz z Parzivalem kolejne światy OASIS – symulacje oldschoolowych gier, klasycznych filmów dla młodzieży, japońskich animacji lub reklam płatków śniadaniowych – możemy poczuć ten sam dreszcz nostalgii, jaki musieli czuć czytelnicy „Pana Tadeusza,” odnajdując w nim choćby przepis na staropolski bigos.

Jasne, że można sięgnąć głębiej i dopatrywać się w „Player One” specyficznej powieści o dojrzewaniu. Swoistego bildungsroman 2.0, w którym bohater zyskuje kolejne doświadczenia, pokonując następujące po sobie poziomy trudności gry. Z drugiej strony można postawić zarzut, że ktoś, kto nie znał z autopsji opisywanej dekady lub nie wziął solidnych korepetycji z epoki pierwocin gier komputerowych i sielankowych seriali komediowych, może poczuć zamęt. Kotłowaninę pustych nazw i tytułów.

Jednak całość czyta się znakomicie. Głównemu bohaterowi nie sposób nie kibicować, bo i niegłupi to chłopak, ma szlachetne intencje i poczucie humoru momentami niczego sobie. Napięcie budowane jest stopniowo, ale konsekwentnie. Finał przewidywalny, choć niewymuszony. Czy trzeba czegoś więcej, by stworzyć hit wydawniczy i spokojnie czekać na ekranizację?

Na zakończenie dodam tylko, że jedna rzecz wciąż nie daje mi spokoju – czy gdyby podobna powieść powstała w Polsce, klucze do władzy absolutnej w rzeczywistości wirtualnej rozsiano by w takich filmach jak „Pan Kleks w kosmosie”? Być może...


Recenzja ukazała się na portalu LubimyCzytać 11.06.2012 roku.