wtorek, 26 grudnia 2017

Trzeba umieć obijać sobie mordę, czyli "Dziennik zimowy" Austera

Nie lubię wspomnień. Czyichś. Sam to bym się pławił w przeszłości, mitologizował, uwznioślał, sto wierszy napisał o dzieciństwie i dziesięć opowiadań o dojrzewaniu. Natomiast obcych ludzi przeszłości są dla mnie jak obce mieszkania, w których często przeszkadzają mi nieokreślony ale charakterystyczny zapach, egzotyczne reguły życia, rodzinne powiedzonka, których nie rozumiem. "Wszystko, co nie jest mną, jest obce" - napisał kiedyś Louis Aragon w "Przygodach Telemacha" i słowa te jakoś nieźle definiują jakąś część mnie samego i moje wybory czytelnicze.

Bronię się przed pogrążaniem się w cudzych wspomnieniach, gdy są one tylko i wyłącznie zapisem czyjejś przeszłości, nie mają literackiego szlifu, nie są efektem kreacji, gry z odbiorcą, nie odsączono z nich banału, trywialności i szlamu codzienności. 

Co innego, gdy za pisanie wspomnień zabiera się powszechnie uznany literat. Powinniśmy mieć nadzieję na to, że będzie on układał przed nami swoje wspomnienia tak, jak się układa pasjans - każda karta trafi w końcu na swoje właściwe miejsce. Każdemu wydarzeniu nada się sens, każde zwiąże z poprzednim i następnym. Wymagam więc od memuarysty kreacji, nie zaś wiernopoddańczej w stosunku do życiorysu relacji. Powtórzę - wspomnienia to dla mnie przede wszystkim organizacja, by uczynić z opowieści o własnym życiu opowieść właśnie.

Czytam więc "Dziennik zimowy" Paula Austera. Ten amerykański pisarz cieszy się w Polsce popularnością, chociaż dla mnie będzie on zawsze symbolem najgorszych postmodernistycznych tradycji. Nawet jego najważniejsze dzieło ("Trylogia nowojorska") wydało mi się atrakcyjnie opakowaną pustką; wystarczyło podrapać paznokciem, by przebić się przez warstwę pudru, różu i szminki, którymi Auster upiększał swoje nijakie córki. Być może jestem niesprawiedliwy, ale tak właśnie go odbieram.



"Dziennik zimowy" trafił przez przypadek w moje spracowane ręce i kilka dobrych lat czekał na półce. Wziąłem, myśląc sobie, że "o ho ho, mam kontakt z wyższą literaturą, zobaczymy, jak na tym wyjdziemy - ja i ona." A więc nie wyszło nam to na dobre...

Książka jest najzwyczajniej w świecie nudna, a autor nie potrafił zaleźć żadnego czytelnego i poprowadzonego konsekwentnie konceptu, który pozwoliłby mu zamknąć doświadczenia sześćdziesięcioletniego życia. Zrazu wydaje się nam, że wspomnienia zostaną poprowadzone przez opisy kolejnych metamorfoz ciała (opisy ran, blizn, zmieniających się potrzeb, dojrzewania, symptomów starości) - proste to i skuteczne, miejscami widowiskowe. 

Jednak pisarz zostawia nie wiedzieć czemu swoje ciało i zaczyna pleść opowieść rozpinając wątki na innej już ramie - pojawia się kilkunastostronicowa, obłędnie monotonna litania adresów, pod którymi pomieszkiwał Auster. Każde mieszkanie lub dom łączy się z jakimś drobnym wydarzeniem, zaś to niemal nigdy nie mówi niczego istotnego na temat życia pisarza - a to jakaś kłótnia z sąsiadami, a to opis widoku zza okna, a to kilka scenek rodzajowych podkreślających koloryt lokalny zamieszkiwanego miejsca. Takie notatki na marginesach umów wynajmu.

I tu kolejna wolta - długie passusy na temat rodziców Austera. Kolejne małżeństwa matki, związki ojca. Opisy charakterów, wad, zalet, słabości. Niczym niewyróżniające się postacie, które gdyby pojawiły się w "prawdziwej" literaturze, byłyby bezbarwne jak krupnik i istotne niemal wyłącznie dlatego, że umarły i osierociły autora wspomnień. 

A ha, a pomyślcie jeszcze o tym, że Auster pisząc autobiografię niemal całkowicie pomija swoją twórczość. Ta osobliwa strategia miałaby szansę powodzenia, gdyby życie pozaliterackie pisarza byłoby w jakimś stopniu fascynujące lub fascynująco zostałoby opisane. Niestety, Auster spektakularnie skiksował i gdyby ktoś chciał przy pomocy "Dziennika zimowego" pogłębić wiedzę o pisarstwie być może ulubionego autora, może się rozczarować. Podobne rozczarowanie czekałoby fanów takiego Andrzeja Gołoty, który w swojej potencjalnej autobiografii skupiłby się na opisie prywatnych fascynacji czytelniczych zamiast na tajemnicach i zawiłościach zawodowego boksu.

Czytałem ostatnio takie zdanie: "In some ways, writing a memoir is knocking yourself out with your own fist, if it’s done right", co nieudolnie tłumaczę tak "Jeżeli człowiek pisze wspomnienia we właściwy sposób, przypomina to pranie się po pysku własną ręką." Fakt, parę razy Auster dał sobie  mocno po mordzie - bez większego zażenowania opisuje kontakty z paryskimi prostytutkami, przygodne powierzchowne fascynacje, aborcję, do której namówił jedną z zaciągniętych do łóżka dziewczyn, choroby weneryczne... 

Być może szczerość jest dla kogoś wartością samą w sobie, dla mnie jednak tego typu wynurzenia trącą już pewnym ekshibicjonizmem, z którym kompletnie jest mi nie po drodze. Granicę intymności i smaku można łatwo przekroczyć, a Auster nakazuje swoim wspomnieniom poruszać się czołgiem...

Nie, to nie jest dobra książka, chociaż i z niej dało się wykroić kilka niezepsutych i dojrzałych elementów. Zapamiętać na całe życie:
  • "Nigdy nie zmarnuj żadnej okazji, żeby się wysikać."
  • Francuzi to prawdziwe gnojki.
  • Czasy, gdy wszędzie można było palić papierosy, były lepsze, niż czasy, gdy nigdzie nie można palić.
Cóż, chyba nic więcej nie zostało do dodania. Nie polecam, bo słabych książek popularnych autorów jest wystarczająco dużo. A z drugiej strony rzadko można trafić na tekst, z którego pisarz wypreparował poczucie humoru, komizm lub zwykłe ludzkie ciepło. Już więcej tych wartości znajdziecie w "Procesie" Kafki niż w "Dzienniku zimowym."

Odrzucił mnie Auster-pisarz, który zrobił naprawdę dużo, by obrzydzić Austera-człowieka. I niech to będzie pointą tych cierpkich rozważań.

czwartek, 21 grudnia 2017

Pomału, pomału, czyli "Powolność" Kundery

Zraziłem się kiedyś do Kundery, a rana była o tyle głęboka, że zadano ją ostrzem rozczarowania. "Nieznośna lekkość bytu" była powieścią fenomenalną, hipnotyzującą, natomiast chwycone w porywie zauroczenia "Życie jest gdzie indziej" wkurzyło mnie i tyle. Na całe lata odwróciłem się od czeskiego pisarza, by niedawno sięgnąć po "Powolność" - specyficzną powieść-esej - i znów cieszyć się poważną literaturą, nie zaś gatunkowym czytadłem. 

"Powolność" przygląda się fenomenowi konającej na naszych oczach powolności właśnie. Po-wolność, swoboda snucia się, łazikowanie, włóczęga, sobiepaństwo. Jako że taka postawa jest mi wyjątkowo bliska, z entuzjazmem wczytywałem się w peany, jakie Kundera wygłasza na temat tytułowego zjawiska. Czytałem i coraz wyraźniej docierało do mnie, że ów powolny tryb życia, świat chyba już na zawsze odszedł do przeszłości. Ten nasz świat, więzienie, które sami sobie postawiliśmy, nie ułatwia życia niebieskim ptakom, co to nie sieją, nie orzą, a Pan dba o nich. Cóż, mamy to, co mamy.



Kundera na mocy praw danych mu przez literaturę, łączy z sobą twardy realistyczny, chociaż ociekający groteską obraz współczesnego człowieka z eseistyczną refleksją o naturze polityki, o relacjach damsko-męskich... Czarny humor zabarwia poszczególne sceny, intertekstualne gry spinają kolejne partie książki, odrobina uroczego realizmu magicznego przenosi opowieść w rejony prawdziwie poetyckie, strzępy typowych dla Kundery refleksji o losach emigrantów z Europy Środkowej na Zachodzie... Uff... Trzeba maestrii czeskiego prozaika, by w tekście nie mającym nawet dwustu stron spleść te wszystkie elementy w ciasny powróz i spętać nim uwagę czytelnika.

A gdyby ktoś mnie zapytał: "No dobra, ale o czym to wszystko jest?", odpowiedziałbym tak: "Kundera opisuje dwie równolegle dziejące historie - osiemnastowieczny króciutki romans pewnego młodego mężczyzny, który uwodząc piękną arystokratkę, nie do końca jest świadomy tego, że sam bierze udział w o wiele większej intrydze; romans sam w sobie nie jest istotny, ważne jest jego celebrowanie, zestaw obowiązkowych niedomówień, figur, gestów, jakie musi wykonać kochanek, zanim zaciągnie kobietę do łóżka. To jest oblicze owej powolności, na którą mogli sobie kiedyś pozwolić (dobrze sytuowani) ludzie... Jednocześnie poznajemy groteskową opowieść o zalotach współczesnych nam bohaterów - średniej klasy polityk uwodzi młodszą naiwną pannę, a ich finalny stosunek na brzegu hotelowego basenu staje się śmieszno-strasznym zwieńczeniem erotycznej degrengolady, o której czytamy. 

Dodajmy, że akcja obu historii dzieje się w tym samym miejscu (wspólny mianownik) - w zamku (XVIII wiek) zamienionym dziś na hotel."

Nie ma chyba sensu opisywać wszystkich drobnych uchwyconych przez Kunderę gestów, myśli, drgnień egzystencji - autorowi nie trzeba wiele słów, jego proza miewa gęstość i substancjalność poezji. Do tego wszystkiego dodajmy jako obecność (powiedzmy) autora, który również w rzeczonym hotelu przebywa i daje upust swojej fantazji,wyobrażając sobie opisaną w "Powolności" historię. Powieść zaczyna więc apetycznie pachnieć nie tylko autotematyzmem, ale również czynnik oniryczny daje się łatwo zlokalizować.

Dodam jeszcze jedno - dawno nie czytałem tak dobre opisanego spleenu po nieprzespanej upojnej nocy. Obojętnie, czy wyczerpuje nas pijaństwo, noc z kochanką, czy dławiąca bezsenność (co gorsze? nie wiem), rankiem i tak dochodzimy do siebie w oparach mgły, w ciszy, wilgotni od rosy. Podnosimy się i ruszamy powoli dalej...

środa, 20 grudnia 2017

Beznadzieja nadziei, czyli "Stacja tranzytowa" Simaka

Jeżeli można posługiwać się taką kategorią jak "fantastyka humanistyczna", to "Stacja tranzytowa" Simaka będzie się w 100% wpasowywać w podobne kryterium. W tej wydanej w 1963 roku klasycznej już powieści "czuć powiew wielkich problemów", które science fiction starała się nazywać i rozwiązywać przy pomocy dostępnych sobie narzędzi, rekwizytów i chwytów fabularnych. Pomimo tego, że mam słabość do tego typu w końcowym rozrachunku pocieszających historii, coraz trudniej przychodzi mi tolerować podobne wizje, które łączą w sobie achetypiczny dla gatunku obraz Ziemi jako peryferii Wszechświata oraz samego Wszechświata, który uparł się widzieć w naszej zapyziałej planecie jakiegoś istotnego gracza na skalę kosmiczną.

Okładka, przyznaję, dobra.

Gdyby ktoś się pogubił na tym etapie moich rozważań, już tłumaczę. Bohaterem powieści jest niejaki Enoch Wallace, który nie starzeje się od czasów wojny secesyjnej. Żyje w małym domku gdzieś tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, nikomu nie wchodzi w paradę, nie rzuca się w oczy. Jego pozornie bezbarwna egzystencja zwraca na siebie uwagę odpowiednich służb, które zauważyły, że nasz bohater regularnie (korespondencyjnie) sprzedaje szlachetne kamienie i od dekad prenumeruje ważniejsze periodyki. Aha, jeszcze jedno - w jego chałupie znajduje się stacja tranzytowa, w której zatrzymują się w swojej podróży przez międzygwiezdne otchłanie mieszkańcy innych planet. Taki tam drobny szczegół, nic nadzwyczajnego przecież...

Dlaczego Wielkie Siły wybrały sobie akurat Enocha, by był jedynym Ziemianinem wtajemniczonym w kosmiczne podróże? Dlaczego akurat jego dopuszczono do wiedzy przekraczającej możliwości poznawcze człowieka? Simak tłumaczy to wyjątkowymi walorami charakteru postaci. Wallace jest wybitnie moralny, tak bym to napisał w skrócie i w sumie pisząc te słowa już w nie nie wierzę. Nie dlatego, że jestem cynikiem, ale dlatego, że to zbyt proste, zbyt łatwe. To wytrych. A jedyną dopuszczalną okolicznością, która usprawiedliwia tego typu rozwiązania, jest paraboliczność opowieści. "Stacja tranzytowa" przypowieścią jednak nie jest, ergo w głównego bohatera nie wierzę i koniec.

Do pewnego momentu powieść czyta się bardzo przyjemnie.Opisy istot odwiedzających tytułową stację są niebanalne i przyjemnie łaskoczą wyobraźnię. Próby, jakie podejmują sąsiedzi Enocha, by włamać się do jego domostwa, również należą do najlepszych w całej książce. Czuć nerw, napięcie. Trzymamy kciuki za bohatera, który zmuszony jest do konfrontacji z agentami bezpieczeństwa oraz z głupimi i złośliwymi sąsiadami. Tak, to było satysfakcjonujące. Nawet bardzo.

Jednak Simak w pewnym momencie zabiera wycieczkę tam, gdzie szybko przestało mi się podobać. Stacja staje się zarzewiem potencjalnego konfliktu pomiędzy włodarzami kosmosu a Ziemią, która (co najlepsze) nie uświadamia sobie powagi sytuacji. W sumie niczego sobie nie uświadamia, ponieważ o stacji wie w sumie tylko Enoch... Powieść staje się pompatyczna, duszno się robi od powinności, obowiązków i odpowiedzialności, jaka spoczywa na naszej planecie z powodu rzekomej przynależności do Wielkiej Kosmicznej Rodziny. 

Nie lubię tak. Nie lubię, gdy skromna opowieść żegluje nagle w stronę potężnych na skalę Wszechświata problemów. Gdybym był takim Simakiem, napisałby historię o peryferyjnym zawiadowcy kosmicznego ruchu, który musi zmagać się z wrednymi sąsiadami (typowymi amerykańskimi red necks) i z wścibskimi służbami, które nie mogą rozgryźć zagadki wiecznej młodości bohatera. Pokazałbym ciężar, jaki od dekad niemal musi nosić ktoś wybrany do roli, która ostatecznie mu obrzydła. 

Autor jednak wpompował w "Stację tranzytową" za dużo nadziei. Całość kończy się dobrze, łagodnie, niemal idyllicznie. Nowe słońce ma szansę wstać nad ludzkością, która być może swoje błędy zrozumie i właściwy użytek zrobi z rozumu, który posłuży człowiekowi nie do projektowania coraz bardziej śmiercionośnych broni, ale ku dobru piąć się będzie. 

Przyznam bez bicia, że klasyk gatunku broni się nie najgorzej, a moje zarzuty do czepianie się kogoś, kto w literaturze woli unhappy endy. Gdybym skupił się bardziej i pogłówkował dłużej, być może ładniej ubrałbym w słowa to, co mnie drażniło. 

Porzućcie jednak nadzieję na to, że będę miał dosyć cierpliwości...