wtorek, 17 lipca 2018

Prosto, szorstko, czyli "Poza sezonem" Domagalskiego


Uwaga! Próbka poematu rozkwitającego. Kupiłem książkę. Kupiłem nową książkę. Kupiłem nową książkę w księgarni, a fakt ten nie przestaje mnie zdumiewać, gdyż a) księgarnie nie zwykły mi oferować czegokolwiek interesującego, b) nowe książki z rzadka zwracają moją uwagę. Tak więc mamy, moi drodzy, skromne święto, któremu na imię „Poza sezonem” Michała Domagalskiego. 

Jak już pewnie wiecie, ja lubię, gdy podmiot liryczny człowiekiem mi jest, bratem zaginionym, kuzynem dalekim. Lubię widzieć w wierszach odbicie własnego losu. Chciałoby się wtedy powiedzieć bohaterowi: „Mam tak samo. Znam to. A na Twoim miejscu zrobiłbym tak...” Możecie wytykać mnie palcami na ulicach i wołać: „O! Tak wygląda ten, który naiwnie poezję odczytuje!”, a jednak ja lubię swoją naiwność. W wierszach ja chcę widzieć człowieka i cieszę się, gdy trafiam na tomik, w którym karty rozdaje ktoś z krwi i kości, a nie graniastosłup jakiś, migotliwy i płynny konstrukt. 

Bohater Domagalskiego jest żywy, co więcej – to ktoś, z kim mogę się w bardzo silny sposób  utożsamić, nie macie nawet pojęcia jak bardzo… Mężczyzna, potomek swoich rodziców, partner jednej kobiety, ojciec dziecka, kółeczko zębate w trybach społeczeństwa, portali społecznościowych i społecznych powinności.  



Czytając wiersze z tomu „Poza sezonem”, słyszałem dobrze znane i lubiane przeze mnie głosy. Autor często wzorem Barańczaka (tego z heroicznych nowofalowych czasów) „rozbiera” słowa, rozmontowuje związki frazeologiczne, tnie je przerzutnią, by w kolejnej linijce dodać do nich detal, który pozwoli eksplodować całemu zdaniu. Z zaangażowanej poezji lat 70 Domagalski bierze również nieufność w stosunku do świata i do wszelkich komunikatów docierających z zewnątrz. W odróżnieniu jednak od swoich starszych kolegów, Domagalski nie obraca uprzedmiotowionego języka przeciwko światu. Nie, wiersze te stać jedynie na bierny opór, niezgodę, upominanie się o swoje. Toż to Bursa w całej jego cynicznej okazałości. Bohatera tych wierszy trudno przyłapać na chwili wytchnienia – od wciąż gardzi, albo ironizuje, albo szczerzy zęby lub parska z dezaprobatą.  

Pomimo pewnego pokrewieństwa z poetami, którzy swój prekariacki los wpisują w mechanizmy opresji społecznych, walkę klas i inne tego typu koncepcje, Domagalski wydaje się być raczej pogodzony z losem i nie porywa się z motyką na słońce. Nie jest realistą i nie żądana niemożliwego, jak powiedział pewien brodaty rewolucjonista…  

To szorstki, chropowaty, nieoheblowany kawał poezji, która pozwala mi wierzyć w pewną wspólnotę pomiędzy piszącym a czytającym. Ojcostwo, partnerstwo, porzucenie domu, by własny dom założyć i utrzymać – to ścieżka, którą przeszedł bohater „Poza sezonem” i którą ja też dziarsko maszeruję. (Ok, może nie aż tak dziarsko...)  

Ścieżka prowadząca przez świat prosty i pusty jak osiedlowe uliczki byłych wojewódzkich miast.  

piątek, 6 lipca 2018

Zajechany koń, czyli "Armada" Cline'a

No to ja już teraz wiem, dlaczego nie lubię młodzieżówek, tej całej literatury o młodych i dla młodych zaprzężonej w jarzmo czystej, niezobowiązującej, "plażowej" rozrywki. Bóstwom bibliotecznym dziękuję, że nie musiałem nigdy zbyt wielu podobnych książek czytać!

Trafiło na Cline'a, autora entuzjastycznie przyjętej powieści "Ready Player One", w której jak w lustrze odbijała się kultura geeków, gamerów i innych, do których z racji wieku, doświadczeń kulturowych i potrzeb, kosmicznie mi daleko. Książka ta sprawiła mi jednak przyjemność przed wszystkim ze względu na jej fundamenty, czyli na lata 80, którym stosowny hołd oddano.



Amerykański autor niestety nie zmienił konia w czasie jazdy i bydlę, któremu dano na imię "Armada", padło nim do mety dobiegło. Ileż można bezczelnie powtarzać ten sam numer? Jak długo da się układać kilkanaście tych samych klocków i wciąż liczyć na łaskawy los, który uchroni autora przed zarzutami o wtórność i przewidywalność?

Cline przegrał. Przegrał z wielu różnych powodów, z których dwa wydają mi się najpoważniejsze. Po pierwsze za bardzo "ustawił" swoją książkę pod czytelnika. Konkretnego. Kim miał być wirtualny odbiorca "Armady"? W sumie postać niemożliwa, taka czterolistna koniczyna lub dwugłowy królik. Miał to być wielbiciel gier komputerowych, otrzaskany z prehistorią i całą tradycją tej gałęzi rozrywki, biegły w popkulturowych tropach pochodzących z lat 80 i 90 fascynat kina i muzyki tamtych dekad, a jednocześnie ktoś, kto będzie na tyle naiwny, że uwierzy w ckliwą i zbyt łatwo się domykającą historię. 

A więc ktoś "stary" ze względu na nabywane świadomie doświadczenie kulturowe, ale "młody" intelektem, naiwny do tego stopnia, by kupić tę niezdarnie poszywaną z rozpoznawalnych klisz opowieść.

Ja już jestem za stary na to, by uwierzyć w fabułę, w której nie ma zbyt wielu znaków zapytania, która pruje do przodu przewidywalnymi koleinami niczym bobslej swoim lodowym torem. Ja tylko przez chwilę łudziłem się, że będzie inaczej niż było. Że będę świadkiem jakiejś ciekawej kraksy, że fabuła zboczy ze swojego kursu i saneczkarze wysypią się, dając satysfakcję widzom. 

Nic z tego. Niestety...

Drugi zarzut: ja lubię, gdy autor mruga do mnie okiem, próbując porozumieć się ze mną ponad głowami mniej świadomych czytelników. Czuję wtedy, że zawarliśmy pakt, że wtajemnicza się mnie w jakieś fabularne lub "kontekstowe" misterium. Cline nie dość, że puszcza oczko, to jeszcze szturcha mnie łokciem i kopie pod stołem w łydkę. Tak właśnie "Armadę" zmajstrowano: liczba nawiązań jest ogromna, ale zamiast cieszyć się tą prostą intertekstualnością, czytelnik może zacząć ziewać. 

Ja się wkurzałem. Pomyślałem sobie, że być może żyjemy w kulturze, w której faktycznie "wszystko już było", a więc nie ma sensu silić się na oryginalność lub chociaż odmienność. Lenistwo, a może uwiąd sił twórczych, objawiający się nieustającą żonglerką cytatami i odwołaniami, mamy wziąć za dobrą monetę, za przejaw kreatywności. Niestety, tylko dziecko zauważyło, że król jest nagi, a dzisiejsi odbiorcy popkultury przypominają poddanych głupiego władcy, który odnosząc się ze swoim przyrodzeniem na wierzchu, pręży się, naiwnie myśląc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Nie ma obowiązku oryginalności, a i mnie samemu przyjemność sprawiają piosenki, które już kiedyś słyszałem. Ja jednak oczekuję, że autorzy z zapożyczonych elementów zbudują nowy pojazd, a nie kolejną wersję tego samego kwadratowego i stawiającego opór powietrzu wehikułu.

Powiedziałem.

środa, 4 lipca 2018

Trujące pestki, czyli "Ekran kontrolny" Dehnela

Znany i lubiany Jacek Dehnel, poeta, prozaik, tłumacz, felietonista, malarz i tropiciel wszelkich polskich zaściankowych patologii (nietolerancji wobec środowisk LGBT i mlaskania przy obiedzie) został wprowadzony do polskiej poezji za sprawą słów, jakie Czesław Miłosz o nim napisał:

„Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”.

Można tylko pomarzyć o podobnym liście polecającym. Ja jednak od dawna zastanawiam się, jak dzisiaj Miłosz odniósłby się do poetyckich propozycji autora "Żywotów równoległych"? I choć wątpliwość ta zasługuje na przeniesienie dyskusji w przestrzenie science fiction, to jednak mnie coś podpowiada, że Noblista ostrożniej wyraziłby swój zachwyt.

Miłosz nie jeden raz wyrażał przekonanie, że poezja ma czemuś służyć i nie jest to jakieś fiu bździu filuterne składać wersy, a z wersów zwrotki. Poezja ma ocalać - nie tylko przed rozpłynięciem się w nieistnieniu (stąd u Miłosza cała galeria postaci, którym poeta pozwolił przetrwać dzięki wierszom właśnie), ale również ocalenie ma być tożsame z utrzymaniem wiary w sens, ład, porządek rzeczywistości. Nie lada siły ducha potrzeba było, aby nie zgasić tlących się po koszmarze wojny światowej nadziei i wiary. Miłosz, który być może udawał przed czytelnikami gieroja, "oficjalnie" nigdy nie zapisał się do klubu nihilistów. Nigdy nie zwątpił w fundamenty, choćby rozrywane były one kolejnymi detonacjami. 

Oczywiście, miał on swoją "ciemne noce", opisane chociażby we wstrząsającym tomie "To", w którym przyznawał, że wszystkie jego zachwyty światem były zaledwie ćwiczeniem stylistycznym. A jednak poeta nigdy nie pozwalał sobie na podkopywanie wiary u swoich czytelników, stał raczej na straży kruchej warowni, w której przed ofensywami bezsensu broniły się wartości.

A Dehnel? Cóż, to taki odpowiednio pomniejszony rewers Miłosza. Poeta, który w kunsztownej formie nawet nie wątpi, ale neguje wszystko to, czego oczy nie widzą. Nie ma żadnej (korzystając ze słów Miłosza) "podszewki świata", nie istnieją żadne pocieszające widoki na przyszłość (pozagrobową), nie ma oparcia w wierze, bo ta jest ucieczką donikąd dla maluczkich i naiwnych.



Czytając "Ekran kontrolny", tom Dehnela wydany w 2009 roku (kto czyta jeszcze takie starocie???), miałem narastające wrażenie, że opisuje on młodego sytego kocura, który dochrapał się swojego terytorium łowieckiego, rzetelnie wyznaczył jego granice, a teraz wystarczy podnieść mu łapę, by tłusta mysz wylądowała w jego paszczęce. Dużo, dużo tutaj zadowolenia z życia (partner, powodzenie, pieniądze, spacery, podróże), które Dehnel niemal każdorazowo podważa przeczucie zmiany, wypalenia lub końca. Szczęście nie jest dane raz na zawsze, a dobra passa, im dłużej trwa, ty silniej może zwiastować pełznącą powoli katastrofę. Ta nieufność to akurat całkiem spoko świadomość. Lepiej się nie przyzwyczajać do niczego - też tak sobie czasem myślę.

Gorzej jednak Dehnel mi brzmi w tych miejscach, gdzie próbuje namysłu (filozoficznego? Ok, tak na poziomie liceum, klasy humanistycznej) nad egzystencją człowieka. Jego myśl krąży po tych samych orbitach, po których rozkminy barokowych poetów metafizycznych. Dehnel wygląda tak, jakby ktoś dał mu raz popatrzeć przez mikroskop, raz przez lunetę, a potem podsunął kartkę i zostawił, by poetycko opisał swoje wrażenia.

No i mamy - gęsty jak syrop pesymizm, który nakazuje poecie uświadamiać czytelnika o tym, że kosmos jest martwy i bezduszny, nasza planetka bezbronna wobec kłębiących się wokół ślepych sił, nasze życie jest krótkie i ulotne, a więc? Barokowi poeci mieli przynajmniej fundament w postaci wiary, że ludzka egzystencja przypomina połączenie telefoniczne - mimo urwanej rozmowy, ktoś/coś jednak istnieje po drugiej stronie. Największy Rozmówca. Dla Dehnela zaś życie to ciągłe wybieranie nieistniejącego numeru telefonu.

Stąd też umniejszanie rangi człowieka, delikatnie wyczuwalna (ale obecna) mizantropia. Kunsztowny śmiech z religijności. Tęsknota za mgławicową "czułością", która jest bezpieczna, dużo bardziej komfortowa niż wiara, miłość, nadzieja. Przeświadczenie o tym, że to sztuka może dać namiastkę "zbawienia", czymkolwiek według Dehnela może ono być.

Oczywiście, Dehnel jest znakomitym rzemieślnikiem i tworzy frazy silne, chwytliwe i mogące (a nawet chcące) się podobać, a jednak pod powierzchnią wersów płynie strumień smutku, żalu, niewiary. Co najgorsze, wiersze są tak dobrze przyrządzone, że czytelnik nie poczuje trucizny, którą mu się podaje.

Kończące te moje niezgrabne rozważania, nie mogę nie wspomnieć o zamykającym tom cyklu sonetów. Cóż, lekturę tych dwunastu sonetów można zastąpić jednym wierszem Herberta "Pan Cogito czyta gazetę." Radzę spróbować...

O, takie porównanie przyszło mi do głowy - "Ekran kontrolny" jest jak czereśnia. Można zjeść wszystko dookoła pestki, a pestkę wypluć jak najdalej.

wtorek, 26 czerwca 2018

Gdy Syzyf mówi: "O kurwa...", czyli "Ruiny i zgliszcza" Towera

Jakiś staroświecki jestem, gdy myślę o takim gatunku jak opowiadanie. Zawsze mam wrażenie, że tradycyjnie napisane realistyczne opowiadanie przedstawia najważniejszy moment z życia bohatera. Kulminację. Szczyt, po osiągnięciu którego nic już nie może być takie samo. A więc opowiadanie to taka relacja z koronacji na bohatera dnia.

Mówiłem Wam, to dość ortodoksyjny i w sumie naiwny sposób postrzegania tego gatunku. Wybaczcie.

Musiałem jednak ową naiwność w kieszeń sobie schować, gdy przyszło mi sięgnąć po "Ruiny i zgliszcza", tom opowiadań amerykańskiego prozaika Wellesa Towera.


Zacznę z grubej rury, nihilistycznie i dekadencko: ten świat jest pełen much, którym wyrwano skrzydła, i zajęcy z przetrąconymi łapami. Ta niezbyt wesoła konstatacja nie powinna nam jednak psuć pogody ducha tak długo jak owe nieszczęścia dotykają bliźnich, a nie nas...

Miałem coś mądrego o tej książce napisać, bo wydaje mi się, że o dobrych książkach tak właśnie pisać należy, tym bardziej że znalazłem w Sieci kilka recenzji "Ruin i zgliszczy" i poczułem się zażenowany własnymi trudnościami z dobieraniem słów, montowaniem długich zawiłych zdań z profesjonalnie brzmiącego słownictwa. No ale nie umiałem, no nie umiałem... A więc niech ten post będzie zapisem z zapasów z materią, która nie jeden raz rzuciła mną o ścianę.

Bohaterami opowieści snutych przez autora są ludzie, których za Wielką Wodą określa się mianem LOOSER i stygmatyzuje literą L. (W Polsce literka ta oznacza początkujących kierowców lub fanów Legii Warszawa.) Być może zdobyli oni w swoim życiu jakieś Kilimandżaro, Mount Everest  na miarę skromnych możliwości, być może kiedyś coś im się tam ułożyło, zagrało, dopasowało, zaczęło zwiastować świetlaną przyszłość, ale autor uparcie przyłapuje ich "na gorącym uczynku", czyli na chwilę przed finałową klęską. Klęską również uszytą na wymiar przeciętnego homo sapiens.

Gdy Camus budował swoją alegorię człowieka, posługując się archetypicznym obrazem Syzyfa, podkreślał, że mitologiczny bohater najszlachetniejszy jest w chwili schodzenia po upuszczony głaz. Decyduje się na nowo dźwigać przeznaczony mu los. Natomiast bohaterowie Towera ujmowani są najczęściej w chwilach, gdy kamień wyślizguje im się ze spoconych dłoni, a oni mogą jedynie odprowadzić go wzrokiem z "O kurwa..." na ustach. I właśnie w tym miejscu Tower kończy.

Można, czemu nie, prześwietlić ten tom pod kątem dekonstrukcji Amerykańskiego Snu, no ale my to przecież dobrze znamy, prawda? Ileż to razy brutalniej opisywano ofiary pogoni za sukcesem i ciemną stronę mitu o awansie społecznym wedle wzorca "od pucybuta do milionera", a jednak Tower wyróżnia się in plus na tym ponurym tle.

Przede wszystkim język pisarza nie bierze jeńców - jest soczysty, mięsisty, wyrazisty. Po imieniu nazywa świat (bez uciekania się do postmodernistycznych gierek), kpi sobie z niego i z zaludniających go indywiduów. A co najważniejsze - Tower jest zabawny. Rubaszny, złośliwy, miejscami cyniczny, jak z rękawa sypie malowniczymi porównaniami o sile klasycznych punch line'ów.

Drugi plus Tower zbiera za prawdę. Bohaterów stać na komfort szczerości z drugim człowiekiem. Oni nie mają czego stracić i o co się starać. Im już się nie chce, im nie zależy, a więc nic ich nie krępuje.

Gdybym znalazł książkę (którą zgubiłem we własnym domu; co za przegryw ze mnie...) posłużyłby się cytatem. Takie historyjka: bohater jedzie jednym samochodem z obecnym partnerem swojej byłej kobiety. Facet jest przystojnym trenerem jogi, ma zadbane ciało, więc wzbudza uzasadnioną złość u naszego bohatera, który sobie myśli mniej więcej tak: "Nie ma co, on pewnie może przez całą noc w kilkunastu pozycjach, a mnie stać było tylko na wejście na kobietę i sapanie jej do ucha, że mam ochotę się pobzykać."

O jakże mi to pasuje...

W każdym razie gdybyście trafili na ten znakomity zbiór, bierzcie w ciemno. Większość tekstów da się przeczytać w ciągu pół godziny, a drugie pół będziemy zastanawiali się, czy wypada śmiać się z nieszczęść drugiego człowieka. Uspokajam wszystkich - Tower wbrew pozorom lubi swoich bohaterów i nie pozwala, żeby spotkała ich krzywda, krzyż, którego nie dadzą rady udźwignąć.

Polecam mocno.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Ta stara dobra konserwa Christie

Ja już dawno przestałem czytać kryminały Agathy Christie w ..... - nie bawią mnie zagadki, których i tak nie mam szansy rozwiązać. Jasne, momentami czuję ducha przygody, intrygi mają odpowiedni nerw, finalne osłonięcie tajemnicy bywa spektakularne, nierzadko naprawdę zaskakujące. A jednak minął już chyba czas, gdy daną powieść Christie potrafiłem w ciągu doby rozgryźć, przeżuć i przetrawić. Apogeum miłości do kryminału odnotowuję na pierwszy rok studiów, gdy zamiast "Pieśni o Rolandzie" i "Średniowiecznej pieśni religijnej świeckiej" czytałem o Herculesie Poirot. 

(Ironia losu... Kilka lat później kryminał stał się tematem mojej pracy magisterskiej.)

Z biegiem lat, z biegiem dni moja uwaga coraz bardziej przesuwała się na tło, na panoramę, na drugi plan, didaskalia - tam najwyraźniej widać to, co mnie teraz w książkach Christie interesuje. Pisarka okazuje się fantastyczną obserwatorką przemian obyczajowych, których była świadkiem na przestrzeni  kolejnych dekad XX wieku. Ba! Christie nie poprzestaje na obserwacji, ona komentuje, ustami swoich bohaterów pozwala sobie na wyrażanie bardzo niepochlebnych opinii o świecie, w którym przyszło jej żyć.

Gdy spojrzymy na klasyczne historie napisane przez autorkę przed II Wojną Światową, okaże się, że bardzo wiele z nich zostało umieszczonych w arystokratycznym światku rozsadzanym od środka przez mniej lub bardziej tajemniczą zbrodnię. Rezydencja, pokład wycieczkowego statku, samolot, kurort wypoczynkowy... - wszędzie, gdzie gromadzą się Nazwiska, Herby i Majątki, pada w końcu strzał, ktoś konsumuje zatruty posiłek, kogoś się dusi lub dźga nożem, nie ważne...

Ważne stają się różane ogrody i stada wiernych służących, dzięki którym świat ten toczy się powoli do przodu. Ważne jest luksus podróży, trawienie czasu na egzotycznych wakacjach, oddech próżniaczego życia, które od czasu do czasu ożywia trup. Eleganckie to wszystko i dobrze zatańczone.

No ale nie o tym...

Dla mnie istotne jest to, co stało się po II Wojnie Światowej - uwielbiam wychwytywać te niuanse, które być może dla niedzielnego czytelnika Christie pozostają marginalne. Powojenne powieści angielskiej pisarki wydają się trzymać blisko ziemi.

Weźmy takie "Nemesis" z roku 1971 - panna Marple zostaje wysłana z misją odkrycia zbrodni, których śladów ma szukać na wycieczce śladami najpiękniejszych ogrodów i posiadłości. Abstrahując zupełnie od fabularnej warstwy utworu, przypatruję się poboczom. Czyż zaniedbany ogród, do którego trafia główna bohaterka, nie może być subtelną metaforą upadku wszystkiego, co pielęgnowała stara dobra angielska prowincja? Czy zapuszczone szklarnie, gruzowiska, nieobecni ogrodnicy nie mogą być symbolami degeneracji dobrego i dostatniego życia, które spłukała fala wojny a potem pokryła swoim szlamem nowoczesność? Zawsze tak to widzę. I słyszę ten wyraźny głuchy elegijny ton.



Christie nie podobały się czasy, których dożyła, ale mogła sobie pozwolić na ich krytykę (zdumiewająco rzadkie zjawisko u współczesnych pisarzy głównonurtowych, którzy częściej przyklaskują przemianom społecznym niż wyrażają jakiekolwiek zaniepokojenie). Nic nie mogło zamknąć ust kobiecie wierzącej w konstytutywną siłę delikatnie podszytego hipokryzją konserwatyzmu osadzonego na fundamentach twardego tradycyjnego rozumienia sprawiedliwości i przyzwoitości.

Pisarka gardziła "nowoczesnym" podejściem do zbrodni, nie godziła się na rozgrzeszanie zbrodni trudnym dzieciństwem, traumami, urazami, kompleksami. Całe to psychologiczne bla bla bla nie miało najmniejszego znaczenia, gdy należało znaleźć i ukarać przestępcę.

Dzisiejsze feministki też toczyłyby pianę, gdyby przeczytały, że "matki często namawiają swoje córki, by te twierdziły, że zostały zgwałcone, gdy tymczasem dobrowolnie poszły w tango z chłopakami." Czyż nie brzmi to aż nazbyt aktualnie? Czyż całe przeokropne #metoo nie doszłoby do wniosku, że Christie bagatelizuje przemoc seksualną, a więc należy zamknąć autorce usta? Czekam, aż ktoś na to wpadnie...

Nie wspomnę już o regularnych kpinach ze współczesnej sztuki i literatury...

W doskonałym "Morderstwo odbędzie się..." Christie rozprawia się z jeszcze jedną patologią współczesności - tradycyjne więzy społeczne spajające mieszkańców prowincji zostają brutalnie zerwane za sprawą powojennej zawieruchy, niekontrolowaną migrację, uchodźców, dezerterów... Nie wiadomo, kto kim jest, skąd przyjechał, z czym przyjechał, kim był. Ciasny, ale własny wszechświat prowincji wchłonął zbyt dużą ilość obcych elementów, by mógł zapewniać poczucie swojskości i rodzinności. (Ja tu słyszę dalekie echa mowy Sędziego o grzeczności: "Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?/ Z kim on żył? co porabiał? Każdy gdzie chce wchodzi, /Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.")



Nie muszę chyba dodawać, że pochwała wsobności jest mi bliska i przedkładam ją ponad mozaikową strukturę, która nie zapewnia ludziom poczucia zakorzenienia i tożsamości opartych ma dzieleniu wspólnie pielęgnowanych wartości.

Jasne, recenzją tych moich rozważań nazwać nie można, a nawet nie wolno. Napisałem to, by poustawiać sobie na kilku półkach w głowie parę myśli. Niewiele więcej. A więc częstujcie się czym tam chcecie. Może ktoś poczuje się zapłodniony i urodzi bardziej poukładany tekst.

Czołem!

sobota, 9 czerwca 2018

Na bezrybiu taaaakie ryby, czyli "Miliard lat przed końcem świata" Strugackich

Nie miałem co czytać. A gdy nie mam co czytać, zawsze ratuje mnie to, że mam pod ręką kilku autorów, których książki nigdy nie będą stratą czasu. Z drugiej zaś strony wiem, że autorzy ci odkładani są na wieczne potem, bo prawie zawsze mam coś innego, nierozpoznanego jeszcze do przeczytania. Wiem, że niejako krzywdzę doskonałych pisarzy za to, że napisali dużo świetnych książek. 

I tak mam, proszę państwa, z braćmi Strugackimi - ich kilka ładnych książek mam już na koncie, ale po każdą kolejną sięgam w wyżej wymienionych przypadku - gdy nie mam co czytać. I tak więc z tak zwanego braku laku chwyciłem po "Miliard lat przed końcem świata."



Po przeczytaniu tej krótkiej powieści miałem wrażenie, że to bardzo...rosyjska książka. I to był zły znak, bowiem jak siebie znam, nie potrafiłem nigdy zdefiniować tak zwanej "rosyjskiej duszy." Tyle razy próbowałem, ale nie umiem. Poddaję się na tym odcinku robót. 

O wiele łatwiej przychodzi mi odkrycie w tym tekście nieprzebranych pokładów groteski spod znaku Czechowa lub Gogola. To oni są niewidzialnymi patronami Strugackich piszących "Miliard lat..." 

Dodam dla porządku, że groteska nigdy nie była dla mnie kategorią estetyczną, która miała śmieszyć. W grotesce zawsze widziałem element grozy, mniej lub bardziej wyraźny rys deformacji, która paraliżuje i przeraża. Pamiętacie "Przemianę" Kafki? Facet budzi się rano jako olbrzymi karaluch. Przez kilka pierwszych akapitów jeszcze jesteśmy skłonni się śmiać z tego przedziwnego konceptu, potem humor się ulatnia, a w nas rozrasta się olbrzymi sopel - to nie ma być śmieszne, to jest koszmar, z którego przebudzić się nie sposób.

Ok, ale od początku, przecież należą się Wam jakieś konkrety. 

Mamy lato. W ogłuszającym upale, w niewielkim mieszkaniu, w bloku, siedząc w samych gaciach, główny bohater pracuje nad skomplikowanym matematycznych problemem. Żona z dzieckiem wyjechali, warunki do pracy niemal idealne, a więc... Malanow zatrzymuje się u progu niezwykłego odkrycia. Obliczenia prowadzą go w niesamowitym kierunku, gdzie nie tylko Nagroda Nobla staje się możliwą, ale również pomniejsza rewolucja naukowa. Z chaosu obliczeń, wzorów, wykresów podnosi się powoli coś cudownego.

I w tym momencie zaczyna się koszmar, którego zrazu nie rozpoznajemy. Pukanie do drzwi, telefon, wizyta uroczej dalekiej krewnej, odwiedziny ekscentrycznego sąsiada... Wszystko zaczyna irytować, drażnić nie tylko swoją naturą, ale również zagęszczeniem tych zjawisk. Goście gośćmi, można ich jakoś przeżyć, ale gdy w ciągu popołudnia nie udaje nam się znaleźć sekundy wolnego czasu, by dokończyć coś, co jest sensem naszego zawodowego życia, wtedy zaczynamy się drapać po głowie. Czyżby cały wszechświat się sprzysiągł przeciwko nam? 

No właśnie...

Okazuje się bowiem, że nie tylko główny bohater musi zmierzyć się z tym pytaniem. Również inni, mniej lub bardziej znani mu naukowcy, mają swoje piętnaście minut i u progu epokowych odkryć (których sensu często nawet nie rozumieją) muszą opędzać się przed prawdziwym gradobiciem iście surrealistycznych wydarzeń. Oczywiście nie zdradzę, co dybało na naukowców, którzy mieli pecha być genialni, ale zaręczam, że wszystko zostało nam podane w duchu braci Marx skrzyżowanych z Bułhakowem.

A czynnik science fiction? - możecie zapytać. Cóż, jest, i to potężny. Frapujące spekulacje na temat prawdziwej natury wydarzeń wciągają czytelnika w prawdziwy wir niewiadomych X. Czym jest siła, która chce wydrzeć z rąk naukowców ich odkrycia? Obca cywilizacja? Nieokreśleni strażnicy "zrównoważonego rozwoju" ludzi, którzy czuwają nad tym, abyśmy zbyt szybko nie sięgnęli gwiazd? A może sam wszechświat ma w sobie zakodowane mechanizmy obronne i przy pomocy takich sił jak przypadek i przeznaczenie reguluje ruch rzeczywistości? (Gdzieś coś mi tu pachnie "Katarem" Lema, ale nie mam siły tego dalej rozkminiać.) Tego się nie dowiemy, obserwując wszystko z perspektywy małego mieszkanka w bloku, z perspektywy mrówki rzuconej na tory.

(Tak przy okazji wszystko to mocno może pachnieć również rozrachunkiem z totalitaryzmem, z opisem pozycji opozycjonistów, którzy guzik mogą w starciu z Systemem fundującym im najróżniejsze "atrakcje"...)

Najbardziej przerażała mnie w tej książce bezradność bohaterów. Nie mogą oni zrobić niczego, by pokonać bawiące się z nimi siły. W sumie są oni jak dzieci, które chwyciły maszynki do golenia, ale silna ojcowska ręka zdążyła szybko zareagować i skarcić.

(Powyższe porównanie jest nieprzypadkowe - dziecięciem będąc, dorwałem się do żyletek i usiłowałem się ogolić. Matka omal zawału nie dostała, bo już zaczynałem sobie jako tako radzić...)

Bardzo poleca się tę powieść. Kameralną, dającą się nawet wystawić na scenie. Już to sobie wyobrażam - blokowisko, pracujący wentylatorek nie jest w stanie przegonić upału, głodny kot ociera się o kolana swojego właściciela, potencjalnego geniusza, a tu przychodzi sąsiad z wódką i wszystko szlag trafia...

poniedziałek, 7 maja 2018

Tkanina bez szwów, czyli "Czerwony śnieg" MacLeoda

Bardzo wielu bardzo mądrych ludzi starało się mnie przekonać, że postaci wampira nie powinienem kojarzyć jedynie z odpustowymi straszydłami ubranymi w peleryny podszyte karminowym suknem. Chciano mi udowodnić, że stworzenia te to nie gadżety, przy pomocy których w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób napędza się strachu dzieciakom, ale istoty głęboko symboliczne, o których na przykład w swojej „pieśni pogańskiej” śpiewa Konrad z „Dziadów” Mickiewicza, o których czołowa badaczka polskiego romantyzmu, Maria Janion, napisała fundamentalną pracę pt. „Wampir, biografia symboliczna”.

Ja niestety mam uczulenie na postać wampira – kojarzę ją albo z dystyngowanym arystokratą, który nocami uprawia swój niecny proceder, albo z odczłowieczonym monstrum rodem z klasycznego niemieckiego ekspresjonistycznego dzieła. O całej reszcie skojarzeń nawet nie chcę wspominać, gdyż są one kwintesencją tego, co w popkulturze najpłytsze i najgłupsze. Muszę przypominać sagę „Zmierzch” o nastolatce zakochanej w przystojnym krwiopijcy? Chyba nie...



Ian MacLeod to jednak zupełnie inna liga. To autor, który eksplorując przestrzenie fantastyki, nigdy nie wyrzekł się charakterystycznych dla „poważnej” literatury narzędzi. Styl, sposób ujęcia tematu, pogłębione konteksty kulturowe, udana psychologizacja postaci, iście realistyczne zacięcie powodują, że jego książki da się przede wszystkim smakować, czytać powoli i uważnie. A z drugiej strony spotkałem się z zarzutami, że w pewnym momencie irytujący staje się fakt, że pisarz rejestruje każdy najdrobniejszy nawet bodziec docierający do czytelnika z głębin świata przedstawionego: szelest sukni, dziecięcy śmiech zza okna, fakturę muru, wzdłuż którego idą właśnie bohaterowie. Mnie to nie przeszkadza, ale drażnić może tych, którzy przyzwyczajeni są do galopujących (czasem na oślep) wydarzeń.

Gdy zaczynamy czytać Czerwony śnieg, nic nie zapowiada tego, co będzie nas czekało dalej. Wędrujemy po pustkowiach Dzikiego Zachodu wraz z ponurym rewolwerowcem, łowcą nagród, tropiącym dwóch odrażających typów. Powoli jednak odsłania się przed nami prawda o tożsamości Karla Hauptmanna (bowiem tak się on nazywa), za czasów wojny secesyjnej lekarza, który ukąszony na pobojowisku przez osobliwą istotę, szybko zatracił typowo ludzkie cechy. Potem zaczyna się robić ciekawiej – bohater albo salwuje się ucieczką przed dybiącymi na jego ludźmi, albo kilka dekad później prowadzi niezwykłe prywatne śledztwo na ulicach Nowego Jorku, w czym pomaga mu szantażowana przez niego młoda, naiwna komunistka…

Czerwony śnieg trudno nazwać typową powieścią – składa się ona z trzech części, które, rozrzucone w czasie (w kolejności chronologicznej to okres rewolucji francuskiej, „okolice” wojny secesyjnej, przełom lat dwudziestych i trzydziestych), zazębiają się z sobą i pozwalają czytelnikowi wyłuskać z każdej z historii garść informacji. Finalnie być może ułożą się w namiastkę odpowiedzi na pytanie o to, co spotkało Hauptmanna. Krótko mówiąc, dzieje się bardzo dużo i na tak skromnej przestrzeni recenzji nie sposób opisać większości perypetii bohatera i jednocześnie nie zdradzić zbyt szybko tajemnic książki.

Powieść MacLeoda to majstersztyk kompozycji. Bohater poszukując prawdy o swoim statusie ontologicznym, przeczesując biblioteki, zatęchłe katakumby, jaskinie, piwnice rozsiane na całym kontynencie europejskim, czyli poruszając się niejako „wprzód” powieści, odsłania przed czytelnikami to, co kryje się w mrokach przeszłości. Przeszłości tak odległej, tak barbarzyńskiej, że rządzonej przez bóstwa chtoniczne, na których opisanie nie ma słów w ludzkim języku. Pisarz na szczęście unika tanich „efektów specjalnych” i bardziej sugeruje, niż odtwarza pradawną grozę czasów, gdy ludzka świadomość dopiero wynurzała się z ciemności natury i próbowała zerwać z jej okrucieństwem.

Proza MacLeoda jest niczym wytrawne wino lub cygaro, którymi należy cieszyć się powoli. Wiem, że to banalne porównanie, ale chyba najlepiej oddaje jej „niespieszny” charakter. Pomimo tego, że książka nie jest specjalnie długa, a karuzela wydarzeń nieustannie wiruje, można odnieść wrażenie, że dokładnie poznajemy opisywaną rzeczywistość – nie tylko bohaterów (drugoplanowych i epizodycznych). Wierzymy również w ich realność, w to, że są dziećmi swoich czasów, mają takie, a nie inne światopoglądy wynikające z takich, a nie innych uwarunkowań. Dziki Zachód jest odpowiednio brudny i śmierdzący, a kontrastują z nim wspomnienia o kwitnącym życiu towarzyskim bostońskich elit. Przedrewolucyjna Francja przypomina trwającą w nieskończoność ciszę przed burzą, zaś hedonistyczny żywot młodych nowojorskich utracjuszy przyciąga i odpycha jednocześnie.

Gdyby, podsumowując te rozważania, pokusić się o próbę zdefiniowania gatunku, w obrębie którego Czerwony śnieg powstał, mielibyśmy pewien problem, gdyż w książce mieszają się z sobą horror z westernem, powieść historyczna z kryminałem, żeby wymienić tylko najbardziej oczywiste konwencje. Wspaniałe jest jednak to, że powieść ta przypomina materiał, na którym nie widać szwów łączących poszczególne fragmenty tkanin. Nie lada piórem MacLeod włada…

Recenzja pierwotnie ukazała się tu

środa, 2 maja 2018

Biegiem przez dystopię, czyli "Uciekinier" Kinga/Bachmana

Kiedyś, zanim King stał się Kingiem, publikował pod nazwiskiem Bachman i marzyła mu się kariera pisarza science fiction. Pisał wtedy albo przewidywalne dystopie, albo paraboliczne dystopie. W każdym razie ciągnęło go do mrocznej, odhumanizowanej rzeczywistości, w której bohaterowie muszą walczyć o przetrwanie. Różnie mu to wychodziło, nigdy na tyle dobrze, by klasycznie rozumiana fantastyka zatrzymała Kinga dla siebie. Dopiero horror pozwolił mu odkryć swoje powołanie, jak to w seminariach powiadają.

"Uciekinier" to najlepszy dowód na to, jak bardzo King rozwinął się jako pisarz. Czytając tę powieść, można sobie uświadomić z jak niskiego poziomu startował i (znając późniejsze dokonania) gdzie finalnie wylądował.



No ale do rzeczy. Mamy Amerykę początków XXI wieku. Kraj pogrążony jest w głębokim kryzysie ekonomicznym, skażenie środowiska dziesiątkuje lumpenproletariuszy, których nie stać na drogie "filtry nosowe", przestępczość jest normą a nie odstępstwem od niej. Gdzieś w tle majaczą bogate dzielnice zamieszkiwane przez elitę, której wolno cieszyć się reglamentowanym dobrobytem.

Ogromną rolę w tym świecie odgrywa telewizja, która transmituje brutalne teleturnieje. DYGRESJA Zawsze marzyło mi się uatrakcyjnienie nudnych dyscyplin sportowych. Na przykład po obu stronach kortu tenisowego zakopywano by kilka min, które eksplodowałyby pod wpływem uderzenia piłki... Albo skoczkowie narciarscy musieliby przeskoczyć wbite drewniane pale... Upiorna groteska tych pomysłów znalazłaby uznanie w oczach twórców telewizji opisanych przez Kinga. 

Główny bohater to zdesperowany młody ojciec, którego umierająca córka wymaga natychmiastowego leczenia. Bieda zmusza go do wzięcia udziału w najpopularniejszym programie, którego bardzo prosta formuła elektryzuje miliony odbiorców. Jeden człowiek ucieka, po 24 godzinach zaczynają ścigać go Łowcy, których zadaniem jest uśmiercenie go. Im dłużej ucieka, tym więcej pieniędzy wpada na konto rodziny uciekiniera. Proste? Proste.

Nie będę się wdawał w szczegóły fabuły. Powiem, że od połowy książki wiedziałem, czym się całość skończy. Powiem, że drażniła mnie skromna dekoracja przypominająca tekturowe tło z licealnych przedstawień. Irytowała mnie wieczna agresja bohatera, który nawet w chwilach wytchnienia nie przestaje warczeć. Rozwiązania fabularne niczym nie wyróżniają się na tle innych dystopijnych opowieści, styl jest kwadratowy, a bohaterowie siekierą ciosani. 

Krótka to recenzja krótkiej (na szczęście) książki. King płaci frycowe i tyle.

wtorek, 1 maja 2018

Po wszystkim trzeba założyć spodnie, czyli "Hańba" Coetzee

Gdy zdarza mi się psioczyć na nasz zramolały kanon lektur, w którym trudno znaleźć książki generujące żywsze emocje, często słyszę pytanie: "No dobra, ale co byś wstawił zamiast tego Sienkiewicza, Żeromskiego czy Nałkowskiej?" 

Zawsze mam wtedy problem, gdyż moje fascynacje czytelnicze bywają zbyt niszowe, by nimi częstować ogół i liczyć na cieplejszy odbiór. No ale czasem trafiam na książkę, która śmiało może stać się przyczynkiem do dyskusji wszelakich. "Hańba" taką powieścią jest.



Ruszyła mnie ta książka. Ruszyła z bardzo wielu powodów, na bardzo wielu różnych poziomach, z wielu względów, które niekoniecznie uznałbym za, powiedzmy, zdroworozsądkowe, lub przyzwoite. No ale o tym poniżej.

Już po kilku pierwszych stronach czytelnik wie, że Coetzee to prawdziwy majster. Nie, niewiele jeszcze wiemy o samej fabule, w sumie gdzieś tam majaczy zbliżające się nieszczęście, ale  rozkoszujemy się opisem leniwej, próżniaczej, hedonistycznej egzystencji głównego bohatera, profesora Davida Luriego. Żadnego tam geniusza, zwykłego wyrobnika intelektu, który dwie książki napisał, dwie żony uszczęśliwił rozwodem i jedną córkę spłodził. Pierwsze strony to kawał skupionej, zwartej prozy, która skrojona jest jak garnitur spod igły genialnego krawca. Każde zdanie, dialog, opis, obraz są po coś. Mają ciężar i esencjonalność godną aforyzmów. 

Zdumiewające jest to, jak niewiele czasu zabiera pisarzowi odtworzenie drogi, którą przeszedł jego bohater, by finalnie pogrążyć się w tytułowej hańbie. Dziewiętnastowieczny realista rozpisałby tę partię powieści na kilkadziesiąt instrumentów, wprowadziłby bohaterów drugoplanowych, epizodycznych, całość tonęłaby w szczegółach; poznalibyśmy dzieciństwo i młodość nie tylko Luriego, ale również jego bliskich.

Coetzee amputował wszystko, co mogłoby rozproszyć odbiorcę. Upadek bohatera to w sumie "zasługa" jednej pomyłki, jednego źle zainwestowanego pożądania, o jeden romans za daleko, chciałoby się rzec. Pamiętajcie więc, mówi pisarz, z kim idziecie do łóżka... 

A jeśli już jesteśmy przy "tych sprawach" - seks przedstawiony w powieści (fundamentalna kwestia przecież, bo gdyby nie obcowanie płciowe bohaterów, nie było by "Hańby" w ogóle) odsłania swoje upiorno-anielskie oblicze. Niemal jak Dziewica z "Nie-Boskiej komedii" Krasińskiego. 

Chwilę przed spełnieniem mężczyzna (i kobieta czasem też) staje się niewolnikiem Erosa, staje się narzędziem, posługują się nim siły, nad którymi panować nie potrafi. I nie chce. Jest mistrzem sztuki uwodzenia, ma wdzięk, błyszczą mu oczy, hipnotyzuje kobietę, która finalnie ulega. Opisy aktów miłosnych również doprowadza pisarz do granic lapidarności - to krótkie niczym męski orgazm sekwencje, po których następuje uspokojenie i powrót do rzeczywistości. Trzeba założyć spodnie i iść dalej. 

Tak to proszę państwa bardzo często wygląda... I za ten pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i uniesień stosunek do stosunków mocno szanuję "Hańbę" i nawet jakoś samego antypatycznego głównego bohatera.

Genialnym kontrapunktem tej sfery ludzkiej aktywności jest praca Luriego - nosi się on z zamiarem napisania opery kameralnej o romansie, jaki miał lord Byron w czasie swojego pobytu we Włoszech. Odrealnione nieco partie odtwarzające tamtą (powiedzmy) romantyczną opowieść kontrastują z opisem starzejącego się i sponiewieranego kochanka, którym jest bohater "Hańby." Czujecie? Wiecznie młody (bo młodo obumarł) i jurny, chociaż znudzony uwiedzioną mężatką, symbol romantyzmu, i pięćdziesięcioletni rozwodnik, który musi coraz częściej korzystać z usług prostytutek, by z nimi zaznać rozkoszy. Kapitalnie zestawione, kapitalnie.

Seks i starość to dwie płaszczyzny, których zgodnego współistnienia nie dopuszczamy do świadomości. I mamy rację. Coetzee wyświadcza nam przysługę i przypomina o tym, czego być może dożyjemy...

Sam bohater bywa nieprzyjemny i odpychający, ale jakoś imponuje mi jego stalowy wręcz charakter. Niepokojąco łatwo godzi się z losem, który stał się jego udziałem. Pomimo ewidentnej winy, nie ma zamiaru składać samokrytyki. Nie żałuje feralnego romansu. Konsekwentnie broni swojego prawa do korzystania z życia, do chwytania się kobiet, które traktuje w dość instrumentalny sposób. Oj, nie miałby łatwego życia w czasach "kultury gwałtu" i szaleństwa #metoo.

Żeby nie przeciążać tej rozedrganej recenzji (bo to w końcu recenzja, a nie krytyczna analiza tekstu), napiszę, że mój zboczony polonistycznie umysł już w trakcie lektury zaczął układać tematy hipotetycznych lekcji. Cały tydzień roboty byłby przed nami. Tematy lekcji? Seks i jego postacie, wykorzystywanie, miłość romantyczna i jej odbicia, relacje ojciec-córka, "odwrócony" apartheid w kontekście "Jądra ciemności", przypadek i przeznaczenie, miłość i miłosierdzie, wina i kara, starość...

A to tylko 270 stron druku. Tylko. Esencja esencji.

Koniecznie.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Owoc wielkiego, przerośniętego mózgu, czyli "Galapagos" Vonneguta

Traf chciał, że tę powieść Vonneguta zacząłem czytać, gdy akurat przedstawiałem dwóm prowadzonym przeze mnie klasom pierwszy renesans. Wyszliśmy z dusznego i mrocznego średniowiecza, by odetchnąć rześkim i orzeźwiającym powietrzem odrodzenia. W takich chwilach zawsze prezentuję uczniom wiązankę myśli zaczerpniętych z fundamentalnej rozprawy włoskiego myśliciela Pico della Mirandoli. "O godności człowieka" to jeden wielki pean sławiący koronę stworzenia - ludzi, którzy według filozofa są najszczęśliwszymi ze stworzeń. (A teraz, klaso, sięgnij do tekstu i udowodnij słuszność tej tezy.)

Renesansowy hurraoptymizm kapitalnie skrzyżował się z "Galapagos", powieścią satyryczną, kwaśną, żrącą i toksyczną, napisaną w duchu (bo nie w stylu) wielkich mizantropów Swifta czy Sartre'a. Książką rozprawiającą się z mitem homo sapiens jako "gatunku wybranego." Potężny ładunek cynizmu, i nihilizmu być może tylko maskuje w przypadku tej książki jej elegijny ton. Być może "Galapagos" to tren napisany po śmierci wiary w to, że nie pożre nas autodestrukcyjny mechanizm wmontowany w człowieka u zarania dziejów?



Tak czy siak dzieje się bardzo dużo. Nasza planeta pogrąża się w chaosie kolejnych kryzysów i wojen (groteskowy konflikt pomiędzy Peru a Ekwadorem), ludzie tracą zdolność do rozmnażania się, a tymczasem w okolicach Galapagos organizowana jest ekskluzywna morska wycieczka o dumnej nazwie "Przyrodnicza wyprawa stulecia." Jej uczestnikami mają być gwiazdy, celebryci i ludzie biznesu, ale finalnie całe to towarzystwo wycofuje się ze strachu przed napiętą sytuacją w regionie. Cóż, cały świat jest niestety tym regionem...

Jedyni pasażerowie to mieszanina dziwacznych, groteskowych, upiornie głupich lub żałosnych indywiduów, których w rejs ma zabrać kapitan-idiota. Vonnegut przygląda się życiorysowi każdej z postaci i, proszę państwa, nie chcielibyśmy mieć takich osobników w rodzinie. Nieporadni, pokaleczeni, naiwni, błędnie przeświadczeni o swoim znaczeniu, ofiary przypadku, zbiegów okoliczności, typowe ofiary losu lub bezwzględni oszuści - to tylko niektóre z epitetów, którymi możemy ich opisać. Tragikomiczni w swojej wierze w to, że mogą na cokolwiek mieć wpływ.

Po zagładzie całej ludzkości to właśnie ta garstka rozbitków (dosłownie i w przenośni) będzie miała milion lat na odtworzenie gatunku, który jednak ludzi przypominać nie będzie...

Vonnegut jest brutalny. Narrator (trzymajcie się, duch robotnika portowego, który odmówił przejścia przez Świetlisty Tunel) przypomina sobą motyw deus ridens, śmiejącego się Boga, który mając nieograniczone niczym możliwości wglądu w przeszłość i przyszłość bohaterów, kpi sobie w żywe oczy z ich ambicji, starań i nadziei.

Co więcej, Vonnegut drwi z naszej humanistycznej słabości; serce nam mięknie, gdy słyszymy o ostatnich plemionach amazońskich, o ginących gatunkach, ale z perspektywy, z jakiej każe nam patrzeć "Galapagos", wszystko jest bez znaczenia. Absolutnie wszystko, a więc głowa do góry!

Odrębną kwestią jest oczywiście kpina z ludzkiej wiary w teorię ewolucji, która teoretycznie prowadzi od mniej do bardziej doskonałego egzemplarza danego gatunku. Niestety, mówi pisarz, "wielkie, przerośnięte mózgi" nie sprawiają, że człowiek się doskonali. Odwrotnie - staje się on patentowanym osłem.

No ale o tym to Wy już sobie sami poczytacie, bo "Galapagos" bardzo dobrą powieścią jest i być może Wasze przerośnięte mózgi wychwycą z tej powieści więcej niż mój centralny układ nerwowy.

Czołem!

(A może płatem czołowym? Sorry za suchar.)


sobota, 31 marca 2018

Obiady w sejmowej restauracji, czyli "W" Sendeckiego

Ja się z miejsca przyznam - nie lubię poezji Marcina Sendeckiego. O ile pierwszy, legendarny już tom ("Z wysokości"), był dla mnie prawdziwym odkryciem nowego idiomu - zimnej, chropowatej, zdystansowanej i (a jednak) zbudowanej na kontemplacji świata liryki, to kolejne tomy Sendeckiego ilustrowały coraz wyraźniej to, co mnie we współczesnej polskiej poezji drażni. Autor odwrócił się tyłem do czytelnika, wysyłał coraz bardziej zakodowane sygnały, hermetyczność tej poezji mnie odrzucała i sprawiała tyle samo przyjemności, co rozczytywanie kodów QR. Chcąc nie chcąc Sendecki i jemu podobni stali się dla mnie symbolami całego zła, jakie rozrosło się w literaturze, symbolami awangardowej ściemy, której nijak obiektywnie obronić się nie da, ba!, nawet nie da się przyzwoicie spozycjonować, gdyż nie ma czytelnych i wspólnych kryteriów jakiejkolwiek oceny.

(Stąd też poezją takiej Bargielskiej całe stado profesorów mogłoby się zachwycać, ale mnie nie ruszają te jej "przeszywające" teksty...)

Tak więc gdy Sendecki jakiś czas temu dostał sporo pieniędzy i Nagrodę Szymborskiej za tom pt. "W", chodziłem wściekły kilka dni. Z przecieków, jakie mnie dochodziły, wynikało jedno: wiersze z uhonorowanego tomu ściemą pachną na kilometr i w sumie każdy średnio utalentowany właściciel dowolnego edytora tekstu mógłby takie kawałki machnąć. Na dodatek całość mocno zalatywała znienawidzonym przeze mnie konceptualizmem, a więc wiecie...

Ostatnio jednak miałem okazję na spokojnie przeczytać "W" i muszę posypać głowę popiołem... Nie, nie wycofuję się ze swojego stanowiska - wciąż uważam, że książka ta nie jest na tyle istotną, by w jakiś istotny sposób ją nagradzać, ale zaczynam dostrzegać sens w tym akurat poetyckim projekcie Sendeckiego. (Nie twierdzę, że sens tam jest, ale że ja sobie jakieś kropki połączyłem i wyszedł mi ludzik...)

Zastanawiałem się kiedyś, jak to jest, że pamiętam akurat to, a nie coś innego. Banalne? No pewnie! Dlaczego akurat ten faul popełniony na moim rozpędzonym ciele, a nie inny, na innym meczu podwórkowej drużyny? Dlaczego imię tej zakonnicy przygotowującej mniej do Pierwszej Komunii, a nie nazwisko nauczyciela, który wystawił mi ocenę nieodpowiednią z zachowania pod koniec liceum? Pijackie mamroty znad trzeciego piwa, a nie mądre słowa wykładu z kultury antycznej (a obiecywałem sobie, że zapamiętam)?

Kiedyś właśnie pomyślałem sobie, że warto by napisać wiersz (albo cały tom) składający się z owych całkowicie pozbawionych znaczenia zapamiętanych sekwencji, obrazów, słów, nazwisk (konkretnych, ale zupełnie pozbawionych znaczenia dla przypadkowego odbiorcy). Napisać coś, co przychodzi w przypadkowym przebłysku bez związku z czymkolwiek, o czym się akurat myślało, rozmawiało, pisało nawet.



I tak Sendecki zrobił (moim zdaniem). Maszyna pamięci wypluła poecie kilkanaście nazw, nazw własnych, nazwisk, scen, scenografii, a on ułożył z tego pasjans. Od pierwszego do ostatniego wiersza, któremu amputowano kropkę, czytamy specyficzną autobiograficzną układankę zmontowaną właśnie z odpadów, odprysków, ścinków i obierzyn. Czy jest to kolejny głos w niekończącej się dyskusji na temat procesu zapamiętywania i odtwarzania wspomnień? Być może. Nie czuję się kompetentny to rozstrzygać, ale też nie będę wmawiał nikomu, że jestem całkowicie bezbronny w obliczu tych wierszy.

A więc uznajmy roboczo, że "W" (co za wkurzający i jednak pretensjonalny gest z tym tytułem ksiażki!) jest poszatkowanym zapisem podróży do źródeł osobniczego czasu. Co otrzymamy? Serię przyjemnie drażniących wątpliwości: cóż z tego, że bohater tych wierszy spotkał na swojej drodze Wielkie Nazwiska, skoro zazwyczaj wzruszeniem ramion spotkania te się kończyły? Cóż z tego, że ślady Przełomu (1989 rok i okolice) zbiegły się z wchodzeniem w dorosłość podmiotu lirycznego, skoro Przełom ów kojarzy się z kilkoma wypranymi z doniosłości spotkaniami, dialogami?

Nie podejrzewamy oczywiście, że u czołowego przedstawiciela pokolenia bruLionu Historia będzie traktowana z nabożną czcią, no bo nie będzie, a jednak jej ślady znajdują w tych wierszach odbicie - odpowiednio pomniejszone i przepuszczone przez filtr zamysłu autorskiego.

Sam projekt Sendeckiego widzę właśnie w ten sposób - unieważnia się tu nie tylko język dyskursu (ho ho ho, ależ słowo) charakterystyczny dla odtwarzania przeszłości, ale również samą przeszłość przestaje się widzieć jako drogocenny depozyt, czas hartującej się stali. Przeszłość to kilkanaście losowo zapamiętanych zdarzeń, które na mocy naszego widzimisię albo urastają do rangi budujących naszą tożsamość sytuacji, albo przypominają zdjęcia, na których niby jesteśmy, ale za żywy Bóg nie jesteśmy w stanie przywołać okoliczności ich powstania.

Był taki kolega mojego ojca, który za jeden z najważniejszych epizodów swojego życia uważał obiad zjedzony w restauracji sejmowej w towarzystwie prominentnego polityka starej daty. Sendecki również uczyniłby to wydarzeniem kanwą wiersza, ale całkowicie pozbawiłby je znaczenia. Podałby nazwiska, "stopień pokrewieństwa", czas i miejsce akcji, rozparcelowałby uwagę czytelników pomiędzy kilka nieistotnych szczegółów i finito! Tak wygląda spora część wierszy w tym tomie zawartych.

Czasem Sendecki brzmi niepokojąco jednoznacznie i składnie. Kilka elegijnych (niemal sentymentalnych) nut jak kilka kropel z ciemnego nieba użyźnia przestrzeń tej enigmatycznej książki, ale dalej jak okiem sięgnąć terytorium obce, naszpikowane zagadkowymi totemami, które czytelne są tylko dla Marcina Sendeckiego et consortes.

Korciło mnie, by znaleźć i podać do publicznej wiadomości receptę na ten tom: jak należy czytać "W", by rozwiać wątpliwości i pokonać poczucie dezorientacji. Finalnie zrezygnowałem z realizacji tego zamysłu. Kto ciekawy, przeczyta. Zgodzi się? Nie zgodzi z tymi moimi spostrzeżeniami? To nie ma większego znaczenia.

Tak jak większego znaczenia nie ma "W", nie mają go zawarte w nim wiersze, które właśnie z tego powodu znaczenie mają.

Jakieś, jednak...

poniedziałek, 26 marca 2018

Utopić się w piwie, czyli "Pijane banany" Šabacha

Coś mam ostatnio szczęście do autorów, którzy za bardzo szarżują - doprowadzają wybrane przez siebie gatunki lub charakterystyczne cechy danej literatury do takich stężeń, że przestaje mi to wszystko smakować. Za dużo cukru w cukrze, rozumiecie, prawda? 

Tak więc sięgam sobie po kupioną lata temu wspomnieniową powieść Petra Šabacha pt. "Pijane banany" i już sobie ostrzę zęby, gdyż spodziewam się prawdziwej uczty przygotowanej dla mnie w typowej czeskiej gospodzie. Tak... Ja tak bardzo lubię literaturę naszych południowych sąsiadów i moja miłość bywa bezkrytyczna. Zresztą bycie Polakiem niejako skazuje nie na bycie oczarowanym akurat tym, czego na brakuje i widzimy to za płotem. Zazdrościmy dystansu, ironii, rubaszności, miłości do wszelkich przejawów życia, nawet tych durnych, niskich, niemal fizjologicznych. Taki rodzaj zazdrości...Szukam słowa... O! Jakbym widział, że ktoś bezceremonialnie klepie po tyłku pulchną kelnerkę niosącą piwo, ona grozi palcem, ale się śmieje. "Tak trzeba żyć!" - myślę sobie o tym klepaniu, ale nie umiem.



No więc zaczynam czytać te "Pijane banany" - teoretycznie wszystko mi się zgadza. Mamy lata 80, trzech kolegów z jednego podwórka we właściwy sposób przeżywa swoją młodość: piją piwo, rozbijają się "pożyczonymi" samochodami, rozmawiają o dziewczynach i onanizmie, planują wielkie eskapady, z których rzecz jasna nic nie wychodzi, snują się po okolicy i wypatrują okazji, by "coś się działo." Pierwszoosobowy narrator (jeden z chłopaków, rzecz jasna) mieszka z matką i ojczymem-alkoholikiem-rzeźbiarzem, którego deliryczne przygody również przyjdzie nam poznać. 

W gratisie otrzymamy kilka wiarygodnych obrazków z kraju realnego socjalizmu: podszytą strachem pogardę dla reżimu, alkohol, który skutecznie znieczula ludzi zbyt wrażliwych, by pogodzić się z wszechobecnym zakłamaniem, rozwarstwienie społeczeństwa budzące słuszny pomruk niezadowolenia - tak to mogło wyglądać, temu wierzę.

Nie powiem, momentami śmiałem się jak nienormalny, gdyż ilość autentycznie komicznych scen, dialogów i monologów wewnętrznych jest olbrzymia. "Czy rozumiesz fenomen łyżki? To dzieło geniusza!" - mówi pijany bohater, obracając w palcach rzeczony przedmiot. "Jaki znowu fenomen?! A czym byś chciał jeść zupę? Widelcem?!" Tego typu dialogi zawsze mnie bawiły, tym bardziej że w stanie wskazującym też zdarzała mi się z głębinową fascynacją obserwować na przykład złożoną naturę klucza nasadowego... Ech, stare dobre czasy.

Ta niewielka książeczka odsłoniła mi jednak pewną prawdę o mnie-czytelniku. Nie daję rady udźwignąć zbyt dużej ilości zgrywy. Šabach wciąż się wygłupia, zatapia każde doświadczenie egzystencjalne w hektolitrach piwa, finalnie osławiony czeski dystans sprawia, że rozwadnia się to, co dla człowieka jest ważne. Wzniosłość nie tylko kojarzy się z kategoriami estetycznymi, ale kwitnie w nas w pewnych szczególnych momentach życia. "Pijane banany" niestety wykreśliłyby z naszych biografii tego typu doświadczenia.

Ja wiem, że to nie do końca uczciwe oskarżać autora w sumie humorystycznych opowieści o to, że nie jest poważny, ale uwierzcie mi - ja już taki nienormalny jestem, że nawet w książkach o stalinowskich łagrach chciałbym znaleźć coś, co podniesie mi do góry kąciki ust...

środa, 7 marca 2018

Steampunk przedawkowany, czyli "Światy Alonbee" Maszczyszyna

Gdy kończyłem czytać pierwszą część trylogii Jana Maszczyszyna pt. Światy solarne, miałem wrażenie, że poprawnie rozszyfrowałem zamiar autorski twórcy. Chciał on zbudować świat przedstawiony, który w pełni realizowałby założenia steampunkowej poetyki, dostosować sposób prowadzenia narracji oraz język do rzeczywistości, którą czytelnicy uznaliby za dziewiętnastowieczną, okrasić całość nawiązaniami do ojców założycieli fantastyki: Verne’a i Wellesa. Gdy zmieszać te wszystkie składniki, teoretycznie otrzyma się tekst, który uznamy za steampunkowy. Tak naiwnie sądziłem… A jednak coś nakazywało mi jeszcze raz przemyśleć sprawę. Zacząłem się zastanawiać, czy może istnieć coś takiego jak zbyt duża ilość steampunku w samym steampunku? Czy można przeszarżować, przelicytować się? Czy, w końcu, można zagłaskać czytelnika oferowanymi mu atrakcjami?

Pierwsza powieść Maszczyszyna przenosiła nas w rzeczywistość rodem z rojeń i majaczeń, w mniejszym zaś stopniu z fantazji i świadomie snutych wizji, twórców karmiących się obiegowymi wyobrażeniami utworzonymi w XIX wieku. Pierwszy tom wrzucał czytelników na naprawdę głęboką wodę, w której musieli się szybko nauczyć pływać, by czerpać przyjemność z obcowania z tą niezwykłą i dziwną książką. Na każdym bowiem piętrze tekstu Maszczyszyn stworzył dopiętą na ostatni guzik trójwymiarową wizję, którą przedstawiał przy pomocy precyzyjnych i szczegółowych opisów. Ktoś (niestety nie ja) obdarzony wyobraźnią umożliwiającą złożenie sobie tego świata „w głowie”, poczułby się zaproszony na fantastyczną ucztę, na której odurzono by go gęstą, zawiesistą koncepcją.

Fabularne nawiązania do klasyków gatunku były bardzo czytelne i w sumie oczywiste (inwazja z kosmosu, podróże międzygwiezdne, życie na obcych planetach zamieszkanego Układu Słonecznego), ale całość zręcznie broniła się za sprawą kreacji głównych bohaterów oraz osobliwego stylu, który starał nadążyć za wyobrażeniami na temat tego, jak powinien wyglądać język i sposób myślenia dżentelmenów rodem z belle époque.



Druga część trylogii Maszczyszyna pt. Światy Alonbee kontynuuje szaleńczą podróż, którą zafundował czytelnikom pisarz. Dostają oni dokładnie to, czego mogli się spodziewać, mając w pamięci część pierwszą. Dostają to, a nawet dużo więcej, gdyż autor podniósł do potęgi wszystkie elementy, które sprawdziły się w poprzedniej odsłonie cyklu. Znów będziemy mogli towarzyszyć sir Ashleyowi Brownhole’owi, naszemu przewodnikowi po iście surrealistycznej rzeczywistości Układu Słonecznego, chociaż pewną odmianą stanie się wyczuwalne przesunięcie punktu ciężkości powieści na jego córkę – Asperię, której dojrzewanie będzie obserwować.

Nawet w „normalnym” świecie przedstawionym moment wychodzenia z dzieciństwa, odkrywania samego siebie, burza hormonów jest katalizatorem przeróżnych pełnych napięcia sytuacji, a więc możemy sobie wyobrazić jak może wyglądać ten proces w niemal onirycznej rzeczywistości Maszczyszyna. Nie chcąc psuć przyjemności potencjalnym czytelnikom, zaznaczę tylko, że ani Asperia zwykłą młodą dziewczyną nie jest, ani jej ojciec nie będzie radził sobie z problemami natury wychowawczej w uświęcony tradycją sposób. Odbiorcy przyzwyczajeni do schematów obowiązujących tam, gdzie pojawia się motyw konfliktu pokoleń, poczują obłędną satysfakcję, gdy zacznie do nich docierać, jak bardzo można go zmodyfikować i odkształcić.

Rzecz jasna powieść mająca niemal pięćset stron, dla której autor chce znaleźć miejsce w szeroko rozumianej literaturze popularnej musi zaproponować czytelnikom coś więcej niż tylko opisy relacji ojciec-córka. Ci, którzy liczą na silniejsze podniety, nie zawiodą się. Światy Alonbee rysują bowiem panoramę wszechświata wypełnionego eterem, dzięki któremu możliwe są podróże pomiędzy zaludnionymi planetami. Pluton, jego satelita, Mars – miejsca te pęcznieją od osobliwości, z którymi konfrontuje się główny bohater. Duch wielkiej, nieco staromodnej przygody, napędza całą historię. Co i rusz czytać będziemy o międzygwiezdnych bitwach, potyczkach, wojażach, dzięki którym w pełni docenimy nieskrępowaną wyobraźnię pisarza. Niebezpieczne eskapady szybko stają się chlebem powszednim bohaterów, a niedające się przewidzieć rozwiązania fabularne dość długo podtrzymują uwagę czytelników.

W tym miejscu muszę wrócić do wątpliwości, które zacząłem sygnalizować na początku omówienia. Wydaje mi się, że Światy Alonbee stworzył ktoś, komu tak naprawdę fabuła do szczęścia potrzebna nie jest, gdyż o wiele bardziej przejęty bywa tak zwanym światotwórstwem, badaniem granic wytrzymałości świata przedstawionego, który składa się nie tylko ze swoich oczywistych elementów, ale wypełniają go również pierwiastki dziwne, zaskakujące, momentami zbyt osobliwe, by czytelnik mógł poczuć się proszonym gościem w miejscu zaprojektowanym przez Maszczyszyna. Teoretycznie pomiędzy okładkami powieści odkrywamy steampunkową rzeczywistość, ale kto wie, czy ta odmiana fantastyki pod naciskiem konceptu autora nie zmieniła się w jakąś nową, zupełnie efemeryczną jakość? Być może jest to już „poststeampunk”, wynik nie tylko poszukiwań wewnątrz gatunku, ale bardziej świadectwo tego, że dalej już po prostu nie można poprowadzić tej konwencji?

Proszę mnie źle nie zrozumieć – tę powieść czyta się naprawdę dobrze, ale niestety może istnieć ryzyko, że poczujemy znużenie, gdy nasza wyobraźnia zacznie męczyć się gonitwą za wyobraźnią autora. Przypominam, że prawdziwe i dobre espresso podaje się ze szklaneczką wody. Maszczyszyn zaś wody nie przyniósł...

niedziela, 4 marca 2018

Shopping w piekle, czyli "Sklepik z marzeniami" Kinga

Z podań i legend, którymi częstowały mnie panie nauczycielki w podstawówce szczególnie zapamiętałem sobie opowieść o szukającym skarbów młodzieńcu, który trafił pewnego razu do niezwykle tajemniczego zamczyska, gdzie przywitano go z honorami; panowie upudrowanych perukach i damy bladolice kłaniali mu się zapraszali do wspólnego biesiadowania. Ucztowano przy suto zastawionych stołach, lało się wino, parujące michy pełne jedzenia pojawiały się znikąd. Naiwny bohater zaczynał czuć się częścią tego cudownego świata, gdy nagle zapiał kogut (wszyscy wiemy, co w baśniach oznacza ten moment). Oczom przerażonego młodzieńca ukazał się taki oto widok: dostojne towarzystwo zamieniło się w grupę potrząsających kośćmi szkieletów, słodkie wino stało się breją zaczerpniętą z gnijącej kałuży, potrawy, którymi wcześniej raczył się śmiałek, stały się najzwyczajniejszym gównem.

Mogłem coś pomylić, pomieszać szczegóły, ale morał pozostaje ten sam: gonitwa za złotem zawsze kończy się w ten sam sposób. W tej ludowej wizji świata widać echa ewangelicznych słów świętego Pawła o tym, że wszystko bez Chrystusa jest krótko mówiąc odchodami. Innymi słowy, chciwość nie ma zbyt dobrej pracy prasy i co chwilę jakiś moralizator zdejmuje pasa i sprawia tęgie lanie temu grzechowi głównemu.

Zabawnym może się wydać fakt, że King, który jest dyżurnym krytykiem zinstytucjonalizowanej religii oraz tego, co robi ona z ludźmi, napisał powieść, którą (przy zachowaniu pewnych proporcji i kilku interwencjach cenzury) mogliby czytać uczniowie w ramach katechezy lub zajęć z etyki.



Pisarz przenosi nas do swojego ulubionego stanu, do Maine, do niewielkiego miasteczka Castle Rock, które w żaden sposób nie ma się wyróżniać spośród innych mieścinek rozsianych na przestrzeni całych Stanów Zjednoczonych. W znakomitej ekspozycji King oddaje głos anonimowemu przewodnikowi, który chwyta nas za rękaw (nas, przyjezdnych) i oprowadza po nie mającej dla niego tajemnic przestrzeni. Rzuca nazwiskami, szkicuje relacja, widzimy wszystko jednocześnie z „góry” i z „dołu.”Mamy przed sobą panoramę, ale gdy skupimy wzrok, odsłaniają się przed nami szczegóły: sekrety, niezabliźnione rany, niskie pobudki, brudne pragnienia. Gdy nie czynnik mocno nadprzyrodzony, King mógłby snuć obyczajową opowieść bez wyraźnego początku i o mglistym finale.

„Sklepik z marzeniami” to jednak horror i coś musi zakłócić powierzchowną sielankę miasteczka. Wszystko zaczyna się zmieniać za sprawą gościa z zewnątrz. Pamiętajmy, że małe miasteczka zawsze zagrożone są detonację, gdy element z zewnątrz zakłóci delikatną równowagę mikroświata takiego Castle Rock na przykład. Ową iskrą jest elegancki światowiec, handlarz starzyzną, który otwiera w miasteczku sklep, a na szyldzie sklepu pysznią się słowa „Przydatne rzeczy.” Od początku czujemy, że ów obcy nie może być kimś zwyczajnym – posiada przedmioty, za którymi tęsknią od zawsze mieszkańcy Castle Rock, a przedmioty te są symbolami ich marzeń, pragnień, stłumionych obsesji, dziecięcych fantazji.

Jak każdy handlarz, pan Gaunt chce ubić dobry interes, a więc wykorzystując słabości, obsesje i namiętności swoich klientów, proponuje im osobliwy interes: w zamian za przedmioty pożądania żąda jedynie niewielkich psikusów spłatanych znajomym, przełożonym, rodzinie… W mieście wybucha więc epidemia bezsensownych na pozór złośliwości, która szybko przeobraża się w lawinę agresji. Akty zemsty doprowadzają do kolejnych i kolejnych tragedii, a mieszkańcy Castle Rock albo rozkoszują się nabytymi przedmiotami, albo idą właśnie spłacić dług zaciągnięty u diabelskiego sprzedawcy, który trzyma w szachu coraz większą liczbę ludzi nie zdających sobie sprawy z tego, że wpadli w iście szatański pułapkę pożądania...

Ja mam z Kingiem wybitnie nie po drodze. Najczęściej. I masę mam argumentów, by unikać jego książek. A jednak czasem potrafi on napisać powieść, którą da się czytać na niemalże poziomie przypowieści. „Sklepik z marzeniami” jest takim właśnie tekstem – obszerną, miejscami niestety przegadaną przypowieścią o durnym pożądaniu durnych rzeczy – kolekcjonerskich kart baseballowych, wędki, lisiej kity przyczepianej do anteny samochodowej… W imię tych przedmiotów i ulotnych wizji szczęścia zwykli ludzie gotowi są wydrapać oczy każdemu, kto wejdzie im w paradę. A handlarz o ujmujących manierach i zadbanych dłoniach potrafi zamienić się w prawdziwą bestię (w rynsztunku godnym horroru), gdy którykolwiek z usidlonych klientów próbuje zerwać przedwcześnie umowę… Tak to już bywa z cyrografami.

Grozy mamy pod dostatkiem – i tej dosłownej (krew, dużo krwi, demoniczna natura Gaunta, krew, Gaunt zjadający surowe szczury… Czujecie, takie w ten deseń atrakcje), i tej bardziej wyrafinowanej, polegającej na powolnym, ale nieustannym zagęszczaniu atmosfery zagrożenia, przed którym uciec nie sposób. Zło zdaje się tryumfować. Jak wiele razy w historii – historii małych miasteczek i olbrzymich imperiów, które szarpane są tymi samymi zepsutymi instynktami.

Minusy? Nie, zakończenia nie zdradzę. Nie powiem, że jest nadspodziewanie słabe i blade w porównaniu resztą powieści. Niestety, King znów pozwolił rozleźć się znakomitemu pomysłowi. Nie dość, że wprowadził na scenę zbędnych i męczących bohaterów (twórcy ekranizacji na szczęście zrezygnowali z kilku wątków), to jeszcze ostatnie partie powieści zahaczają o groteskę – wszystko spływa krwią, płonie, wybucha, a kule świszczą nad głowami mieszkańców, którzy wydali sobie wzajemnie ostateczną bitwę. Niestety, wizja regularnej potyczki pomiędzy katolikami a babtystami raczej śmieszy swoim nieprawdopodobieństwem, niż przeraża lub zmusza do jakiejkolwiek refleksji. (Tak mi się wydaje, że King po prostu cieszył się jak dziecko, gdy mógł opisać wyznawców zorganizowanych kościołów, którzy skaczą sobie do gardeł.) Tak więc znakomity horror pod koniec skręca w stronę dzikiego i niezorganizowanego finału, który tylko przy ogromnej ilości dobrej woli uznamy za przemyślany i celowy.

A jednak należy po tego Kinga sięgnąć. To na pewno jedna z lepszych powieści tego autora i gdybyście szukali historii, która piętnuje pożądanie (a może nieokiełznany konsumpcjonizm), to proszę bardzo.

Dodatkowym smaczkiem jest hołd oddany Lovecraftowi. Gdzie? Jak? Szukajcie, a znajdziecie. W pewnym garażu.

Czołem!

piątek, 2 marca 2018

...i nie zmienia się nic, czyli "Tatko i ja" Sawaszkiewicza

Nie wiem, co Państwo o tym myślą, ale moim zdaniem im ktoś bardziej rzetelnie i werystycznie stara się oddać rzeczywistość, w której żyje, tym boleśniejszą finalnie porażkę może ponieść. Lądują takie teksty na cmentarzysku literatury wśród innych książek, które starały się uchwycić "puls epoki" i nikt po nie nie sięga.

Są też utwory, które ubierają epokę w bezpieczną otulinę wspomnień, snują raczej fantazje o przeszłości, niż wiarygodnie ją opisują. Autorzy takich tekstów wydają się być rozgrzeszeni z nieścisłości i przeinaczeń, wszak nikt nie powinien się czepiać dowodów rzeczowych znalezionych w odmętach pamięci.

Są też książki, które chyba przypadkiem stały się dokumentami swoich czasów. Jakoś tak od niechcenia uchwyciły ich wibrację i chyba więcej o nich mówią, niż poważne relacje poważnych twórców.

Można w tym miejscu pomyśleć o wielkim Stanisławie Barei, który zrazu niedoceniony przez współczesnych mu krytyków, dziś wspominany jest jako niezrównany obserwator PRL-u i jego absurdów. Tak, takie "Alternatywy 4" więcej chyba mówią o tamtych czasach niż pół tuzina filmów spod znaku moralnego niepokoju.

Dlaczego piszę ten nudny wstęp? Ano dlatego, że przeczytałem kiedyś w kolejce u lekarza króciutką książeczkę Jacka Sawaszkiewicza pt. "Tatko i ja", która jest zbiorem satyr portretujących Polskę przełomu lat 70 i 80. Sawaszkiewicz kojarzony jest przede wszystkim jako autor opowiadań i powieści science fiction, ale lepiej zapisał się w mojej pamięci za sprawą wspomnianego powyżej dziełka.



Bohaterami są... No, tytuł mówi wszystko. Pracujący fizycznie, samotnie wychowujący dziecko ojciec i jego syn, dziecko (na moje oko) dziesięcioletnie. Tej (nie)zwykłej parze zdarzyło się żyć w kraju, który przypomina połączenie drogi krzyżowej z labiryntem.

Prawem satyry jest odkształcanie rzeczywistości tak, by wyśmiewane wady znalazły się na pierwszym planie, niemal podnosiły się z kartki i skakały do oczu. Ma być przegięcie, ma być groteska. Sawaszkiewicz doskonale wywiązał się z tego zadania. Czytamy więc o ludziach, których odbiły krzywe zwierciadła.

Tytułowi bohaterowie to skrajnie naiwna para dobrodusznych i uczynnych idealistów, którzy z całym dobrodziejstwem inwentarza przyjmują to, że żyją w takim a nie innym świecie. Coś (przy zachowaniu odpowiednich proporcji) z Kandyda (z "Kandyda") znajdziemy w tych niepoprawnych optymistach, którzy dają się wykorzystywać i wierząc w dobre intencje, gotowi są pomóc każdemu i zawsze bez względu na to, jaki obrót przejmowałyby sprawy.

Sąsiad prosi o skombinowanie gipsu z budowy? Proszę bardzo! Dziennikarz chce przeprowadzić wywiad na temat sposób spędzania wolnego czasu w karnawale? Mówisz-masz.

Cóż z tego, że finalny obrót spraw najczęściej jest niekorzystny dla naszej pary, skoro nieugięta dobrotliwość i nie dająca się złamać wiara w drugiego człowieka bezustannie generują następne i następne komiczne sytuacje. Śmiech to jednak przez łzy, niestety...

Galeria osobliwych sąsiadów, kolegów z pracy, przełożonych, sprzedawców to wypisz wymaluj "typy" z PRL-u: ludzie głupi, prymitywni, cwani, fałszywi, tchórzliwi, leniwi, żyjący ponad stan lub na pokaz. Sawaszkiewicz bezbłędnie celuje i wbija szpile tam, gdzie boli - nie tylko w cechy charakterystyczne dla "umocowanych i podwieszonych" w poprzednim systemie, ale, co najgorsze, w sam rdzeń naszej "abośmy to jacy tacy" polskości. Nie tej wielkiej i dumnej, ale tej pokracznej, żywcem z obrazów Dudy-Gracza wyrwanych. I nieśmiertelnych chyba.

Brzmi dość ponuro, prawda? Ale proszę się nie martwić. "Tatko i ja" to znakomita i w sumie lekka literatura, która nawet po dekadach broni się poczuciem humoru, chwilami cudownego absurdu, kreacją tytułowych bohaterów, których po prostu się lubi, chociaż są zaledwie papierowymi konstruktami.

Cóż, polecam. Chociaż ta książka to nisza, muzeum, zabytek niemal, to być może komuś z Was uda się znaleźć to skromne dziełko. 1,5 godziny dobrej zabawy gwarantowane.