sobota, 10 lutego 2018

Bo przyprowadzę starszego brata, czyli "Wydrążony człowiek" Simmonsa

Ja mam chyba jakąś fobię - boję się, gdy autorzy książek zaczynają zbyt głośno i wyraźnie odwoływać do kanonu literatury światowej. Zawsze (taki już podły jestem) podejrzewam, że tropy wiodące do Szekspira, Kafki, Homera czy innego Balzaka mają najczęściej podpierać teksty, które nie ustałyby na własnych nogach. Ci wielcy, ich nazwiska i teksty, mają po prostu siłą autorytetu żyrować teksty najzwyczajniej słabsze, niżej celujące. No nie umiem inaczej, nie umiem. 

Chwytam więc po "Wydrążonego człowieka" Dana Simmonsa - książkę z kategorii "Wyrzut sumienia", kupioną dawno temu, przeczytaną do końca dopiero parę dni temu. Chwytam i nie mogę nie zauważyć, że Simmons szarpię za nogawkę Eliota i zaciska paluchy na jednym z najważniejszych tekstów poety, na "The Hollowed Men." Klasyk fantastyki porwał się na naprawdę wielki tekst, bowiem trudno przecenić i całą poezję Eliota, i znaczenie kilkunastu jego wersów-cytatów powtarzanych niemal od stu lat w kręgach oczytanych ludzi. W sumie nie ma poezji anglojęzycznej bez Eliotowej "Ziemi jałowej" i bez tego klasycznego "świat kończy się nie hukiem, ale skowytem."

Widzicie więc, że to nie przelewki - Eliot wymaga godnego partnera do "rozmowy" i nie wydaje mi się, że znalazł go akurat w postaci powieści Simmonsa. 



Bohaterem tej książki jest matematyk, który ma dar/przekleństwo* "odbierania" myśli całej reszty ludzkości. Myśli, nawet najskrytsze i najintymniejsze, wyraźne są jak prowadzone głośno rozmowy. Każda emocja, nastrój, przelotne wrażenie staje się udziałem bohatera. Pomimo tego dość osobliwego sposobu istnienia w świecie mężczyzna wiedzie raczej udane życie u boku miłej inteligentnej kobiety. Prawdziwy dramat rozpoczyna się z chwilą, gdy w głowie ukochanej lekarze odnajdują nieoperacyjnego guza. Śmierć odbiera mężczyźnie resztki sensu życia i zmusza do pozbawionej celu wędrówki po Stanach Zjednoczonych. 

Po drodze mężczyzna trafia w łapska mafii, ledwie uchodzi z życiem, gdy lituje się nad nim oferująca mu pracę tajemnicza kobieta (najlepszy, podszyty autentyczną grozą moment powieści), rozprawia się z obrzydliwym pedofilem, rozkoszuje się urokami hazardu... Nie ma co - dzieje się i to dzieje się mocno.

Cóż jednak z tego, skoro Simmons tnie tę apetyczną przygodową opowieść na plasterki, pomiędzy które wstawia:

a) nudne, chociaż pewnie bardzo ważne opowieści o matematycznej pasji bohatera, niezwykłych odkryciach dotyczących tzw. matematyki chaosu, która, o ile zrozumiałem, tłumaczy istnienie ludzkiej świadomości,
b) obrazy z życia głęboko upośledzonego chłopca, który sponiewierany przez ojczyma trafia w agonalnym stanie do szpitala,
c) słodko-gorzkie scenki z pożycia naszego bohatera i jego ukochanej.

Ja wiem, że Simmons miał dużo ważnych powodów, by tak a nie inaczej rozwinąć swój pomysł, ale moim skromnym zdaniem wystarczyłoby poprzestać na opisie eskapady zmiażdżonego żałobą mężczyzny, który zamiast głosu najbliższej kobiety słyszy jedynie myśli całej obcej ludzkości. Tak, to ma swoją wagę, potencjał, ba! nawet nośną metaforą samotności i opuszczenia się staje. Gdy jednak autor rozbudowuje tę przestrzeń o niepotrzebne pomieszczenia, schody donikąd i okna, które wychodzą na puste i jałowe przestrzenie, robi się po prostu... pretensjonalnie. 

No poobijałem się mocno, czytając kilkadziesiąt ostatnich stron, które w jakieś dziwne metafizyczne rejony przenosiły czytelnika, tworzyły bieda-odwołania do wspomnianego na początku Eliota, rozpraszały dobre wrażenie, jakie fundowały najbardziej atrakcyjne partie powieści. Zły byłem, po prostu zły, gdy pomyślałem sobie, że ktoś mnie zmusza do rozplątywania tych wszystkich supłów, do błądzenia po korytarzach koncepcji, do której nie czułem się w żaden sposób przekonany. 

Wiem już teraz, czego chcę od książki - prostoty, która byłaby w stanie udźwignąć nawet najbardziej wysublimowane koncepty. "Wydrążony człowiek" nie poradził sobie niestety z tym moim egotycznym widzimisię...

No i ten Eliot, który powinien się na Simmonsa obrazić za to, że został wybrany patronem tak nierównej książki. 

Ech...

piątek, 26 stycznia 2018

Wiking i sex bomba, czyli "Filmowy wehikuł czasu" Harrisona

Są takie książki, od których nie oczekuje się niczego poza inteligentną i chuligańską nieco rozrywką. Takie książki ani gór nie chcą przenosić, ani wytrącać z równowagi, nikogo nie pouczają, nie diagnozują rzeczywistości. Nie stają na palcach i nie biorą wysokiego C. Bawią się gatunkiem i są dowodem na to, że autor również musiał nieźle się bawić w rozbudowując mniej lub bardziej absurdalne pomysły fabularne. Taką książką jest właśnie "Filmowy wehikuł czasu" Harry'ego Harrisona, któremu udało się zapewnić mi kilka ładnych godzin uczciwej, pozbawionej głębszej refleksji rozrywki.



Pisarz w bezczelny sposób wykorzystał motyw podróży w czasie, by napisać fantastyczną komediową opowieść, która kpi z każdego po równo - z "szalonych" naukowców, z goniących za  kasowymi hitami filmowców, z muskularnych szkolonych w wojsku twardzieli, a nade wszystko chyba z samego science fiction.

Na czym stoimy? Punkt wyjścia jest wybitnie osobliwy: stojące na krawędzi bankructwa studio filmowe jak tlenu potrzebuje przeboju, który pomoże spłacić kolosalne długi. Seria kinowych klap nie jest pomyślną wróżbą i wydaje się, że już nic nie jest w stanie uchronić wytwórni przed finalnym upadkiem. Nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje naukowiec prezentujący tytułowy wehikuł, za pomocą którego można dowolnie przenosić się w czasie i przestrzeni. Grzech nie skorzystać z podobnej okazji, więc całe towarzystwo (od dźwiękowca po biuściastą sex bombę) wysłane jest  w odmęty czasu, w pobliże osady Wikingów, by posłużyć się nie tylko znakomitymi plenerami, ale również wykorzystać brodatych wojowników jako statystów. Oczywiście Wikingowie początkowo traktują gości z XX wieku z typową dla siebie gościnnością i usiłują zarąbać toporami naszych filmowców i gdyby nie broń palna, książka dość szybko by się skończyła... 

Karuzela wydarzeń zaczyna się kręcić na dobre - filmowcy przy pomocy whiskey przekonują jednego z Wikingów, by zagrał główną rolę w ich romansie historycznym, komplikacje związane z naturą podróży w czasie pogrążają w totalnym chaosie plan filmowy, sex bomba wpada w oko Wikingowi, Wiking za bardzo wczuwa się w rolę namiętnego kochanką i tak dalej, i tak dalej... Fabuła rwie do przodu jak koń kłuty ostrogami i szkoda psuć potencjalnym czytelnikom przyjemność czytania, opowiadając zbyt szczegółowo o wszystkich wirażach tej zwariowanej historii.

"Filmowy wehikuł czasu" obfituje w iście komediowe momenty i gdyby podjęto się ekranizacji tejże powieści, sale kinowe wybuchałyby śmiechem. Ciąg nielogicznych lub kompletnie absurdalnych sytuacji oszałamia i nie mamy wątpliwości, że Harrison pękał ze śmiechu, gdy wymyślał kolejne łamiące wszelkie reguły hard science fiction zawirowania fabularne. Na dodatek książka ta jest swoistym hołdem złożonym złotej erze hollywoodzkich produkcji historycznych - ci wszyscy rycerze, rzymscy legioniści w technikolorze, pięknie ufryzowane heroiny, błyszczące rydwany i zachodzące słońce podświetlające napis THE END - temu kłania się Harrison, dobrotliwie śmiejąc się z ułomności historii wykładanej przez Fabrykę Snów. 

Polecam uwadze. Niby nic wielkiego, ale jednak przyjemna i bezpretensjonalna to lektura. Podejrzewam, że sam Mark Twain (jako autor "Jankesa na dworze króla Artura") serdecznie uścisnąłby Harrisonowi rękę. 

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Jak to jest być zegarkiem, czyli "Everyman" Rotha

Jeszcze w starym roku wdałem się w krótką dyskusję na temat tego, czy każda książka jest polityczna. Moja adwersarka stwierdziła, że tak, że każda książka jest polityczna, tylko trzeba umieć to dostrzec. Ja nie lubię takich wytrychów, nie lubię zbyt ciężkich maszyn, które się wytacza, by przy ich pomocy włamać się do wnętrza dowolnego tekstu. Po wymianie kilku komentarzy spór umarł, a ja miałem wrażanie, że zostałem potraktowany jak dyletant, który nic nie widzi, nic nie wie, na niczym się nie zna i czyta jak uczniak. (Autorka bloga pisuje recenzje książek dla "Polityki", więc do kogo ja startuję w ogóle...)

Powinienem uznać swoją głupotę, no ale nie umiałem. Myślałem, myślałem i wymyśliłem, że Polityka jako klucz do otwierania lektur to równie dobre narzędzie, co pryzmat Miłości, Filozofii czy Boga, przez które dany tekst się ogląda. Tak więc równie dobrze można powiedzieć, że każda książka jest o Bogu na przykład. Co swoją drogą pasuje mi o wiele bardziej niż polityka (Bóg wie jak rozumianą...)

A więc przeczytany na przełomie 2017 i 2018 roku "Everyman" Philipa Rotha jest opowieścią o świecie bez Boga. Nie umiałem (a może nie chciałem) inaczej odebrać tej książki siłując się z nią w oktawie Bożego Narodzenia.



Powieść zaczyna się tam, gdzie większość z nas skończy - na cmentarzu. Nad grobem zmarłego mężczyzny, całkowicie niereligijnego Żyda, zbierają się żałobnicy. Najbliższa rodzina, która zaznała z jego strony więcej zła niż dobra, której zafundował więcej rozczarowań niż spełnionych oczekiwań i dotrzymanych obietnic. Rzucona na wieko trumny ziemia, wcześniej kilka słów pożegnania (podsumowania), trzask zamykanych drzwi samochodów, którymi uczestnicy pogrzebu rozjadą się do domów. Tyle. Suchy i wymuszony obrzęd dobiega końca.

Reszta książki odtwarza losy głównego bohatera, który dochrapał się kilku (zdradzanych kolejno) żon, niecierpiących go synów, wysokiego stanowiska "w reklamie", domku na "osiedlu spokojnej starości." Dzieciństwo upłynęło bohaterowi na pracy w zakładzie jubilerskim ojca, młodość zakłóciła jedna drobna operacja przepukliny, której cień (operacji, nie przepukliny) rzucał się na kolejne dekady życia, wypełniając powoli puste wnętrze anonimowego bohatera strachem przed kolejnymi dolegliwościami zdrowotnymi.

A te w końcu przychodzą i łączą się w swoistym dance macabre z porażkami, jakie w życiu mężczyzny coraz częściej zastępują odnoszone wcześniej sukcesy. Zdrady wychodzą na jaw, talent malarski, o który siebie podejrzewał, budzi obojętność, a w najlepszym razie protekcjonalne uśmiechy. Ciało powoli odmawia posłuszeństwa, nie da się już wypływać daleko w morze, nie da się uwodzić kobiet, nie mając nad nimi władzy, nie można wyrwać się z potrzasku, którym jest starość.

Roth doskonale panuje nad piórem - opisy kolejnych zabiegów, którym poddawany jest umęczony organizm, przypominają bezosobowe instrukcje zamieszone w poradniku dla zegarmistrzów-amatorów ("Odkręć. Przykręć. Dociśnij. Naciągnij. Wymień. Uszczelnij"). Te zegarki nie przyszły mi do głowy przez przypadek - bohater w dzieciństwie zbierał stare zegarki i z różnym skutkiem je naprawiał.

Ciało bez duszy to taki właśnie zegarek...

Cóż, smutna to książka. Obnaża bezlitośnie pustą egzystencję człowieka, który z "przyszedł z niczego i w nic odejdzie" (Monty Python o tym śpiewał i nie dam głowy, czy przypadkiem nie czytałem podobnego rzymskiego napisu nagrobnego). Każdy sukces, tryumf nad materią, pokonywane szczeble kariery, w kontekście czekającego nas finału potęgują jedynie ból rozstania ze światem. A rozstanie owo Roth przedstawia tak dobitnie, że finał powieści brzmi jak pointa makabrycznego żartu, którym jest starość i umieranie człowieka.

Przypominam tylko, że kategoria everymana pochodzi ze średniowiecznego moralitetu, którego bezimienny główny bohater prowadzi na deskach sceny zażartą psychomachię. Świadkami tych wewnętrznych zmagań, złych i dobrych wyborów, są widzowie obserwujący przedstawienie. Każdy z nich miał ujrzeć w głównym bohaterze samego siebie i niejako "na własnej skórze" zaznać radości Nieba lub płomieni Piekła.

Puste, wyjałowione, cielesne (w wielu rozumieniach i na wielu płaszczyznach) życie głównego bohatera powieści Rotha być może być przestrogą. Ostrzeżeniem przed dramatem egzystencji pozbawionej choćby namiastki duchowości (nie wspominając już o praktykowaniu wiary), której nie zastąpią ani kruche skażone pretensjami relacje rodzinne, ani dawni partnerzy w interesach, ani przelotne miłostki.

Książka doskonała, ale na najważniejsze pytanie ("Co z nami będzie, gdy wyłączą światło?") Roth jednak nie odpowie.

Średniowieczne moralitety były w tej kwestii chyba odważniejsze...