piątek, 19 października 2018

Tango samego z sobą, czyli "Księga piasku" Borgesa

Nigdy nie potrafiłem rozgryźć fenomenu tego faceta, a jego twórczość, tajemnica oczywistego sukcesu, pozostanie dla mnie na zawsze jedną z największych niewiadomych literatury powszechnej. Dziś chyba Borges byłby niezauważony lub jego nazwisko kojarzyłaby garść fanatyków literatury iberoamerykańskiej. Może Nobel (którego Borges nie dostał, choć mu się należało) lub inny Booker skierowałby nieco światła na tego ociemniałego argentyńskiego pisarza. Najprawdopodobniej jednak spoczywałby Borges szczelnie zapieczętowany w szufladzie opatrzonej inskrypcją: "Uwaga! To pisarz dla pisarzy!"

Borges jednak wypłynął i na zawsze już pozostanie klasycznym postmodernistycznym (być może lepiej "aleksandryjskim") twórcą. Bez nie go nie można na poważnie rozmawiać o literaturze inspirującej się samą sobą, o tym wężu gryzącym własny ogon. Istotne dla legendy Borgesa były nie tylko same dzieła, ale również buńczuczne i kaskaderskie opinie, jakie wygłaszał na temat innych wielkich ludzi pióra. Nie znosił Kafki, Dostojewski go drażnił, Lorkę uznał za pretensjonalnego... 

Lubię takich ludzi.

Borges do perfekcji opanował krótką formę. Taki "Alef", zbiór opowiadań, który dałoby się zmieścić w kieszeni i zabrać na nudne przyjęcie imieninowe, to zdumiewające dzieło i każdy, komu śni się pisanie, powinien lekcję pobierać, obserwując starego mistrza przy pracy. Opowiadanie, nowelka, niemal szkic, apokryf, wykład, wspomnienie, urywek pamiętnika - w takie kostiumy Borges przebiera swoje pomysły. Nie dzieje się tak jednak tylko i wyłącznie z chęci zaimponowania głębinową erudycją i krystalicznym stylem. Borges po prostu żyje w literaturze, w opowieści, w historii i to samemu fenomenowi opowiadania składa nieustanne hołdy.



Chwyciłem "Księgę piasku", cieniutki zbiorek późnych tekstów Argentyńczyka, i znów przekonałem się o tym, jak bardzo niedzisiejsza jest to proza. Kto, chcąc znaczyć cokolwiek we współczesnej literaturze, pisałby tak krótkie teksty? Można nalać wodę do wanny, wejść, przeczytać, wyjść, a woda nie zdąży wystygnąć. Dziś trzeba produkować opasłe kobyły, tomiszcza po set stron, by czytelnik czuł (fizycznie), że nie kupuje powietrza. Borges ma to w nosie. On tworzy drobne, precyzyjne, twarde "przedmioty", których nie da się kupić w pierwszym lepszym sklepie z pamiątkami.

Na kilku, kilkunastu stronach tekstu albo świetnie podrabia styl (a nade wszystko atmosferę) prozy Lovecrafta, albo powraca do bliskich swojemu sercu opowieści o zawadiakach, którzy przy pomocy ostrych noży rozwiązują problemy egzystencjalne, albo w na poły onirycznym, na poły metafizycznym opowiadanku konfrontuje samego siebie z samym sobą z przyszłości. Troszkę tego mamy. To prawdziwe literackie delikatesy.

Powracają stare dobre dekoracje (Ameryka Południowa, półdzikie tereny, piękne niebezpieczne kobiety), problemy, motywy, toposy. Kolejny i kolejny raz przez pisarza podjęte, odbite, odkształcone, odbite w lustrach nawiązań i kontekstów. Czasem ma się wrażenie, że, niestety, Borges tańczy swoje tango w pojedynkę i to może od Borgesa odrzucać.

Należy on chyba do tej kategorii twórców, którym czytelnicy (słuchacze, widzowie) potrzebni nie są. Bill Evans, jeden z najwybitniejszych pianistów jazzowych, wolał grywać bez publiczności. Odbiorcy byli zbędni potrzebni, gdy czuł pod długimi palcami klawisze. Argentyńczyk dogadałby się z Amerykaninem...

Cóż, polecam, ale zdaję sobie sprawę, że ani nie jest to najlepszy tytuł, by rozpocząć przygodę z Borgesem, ani w ogóle nie jest to dzieło dla każdego. Niemniej warto się rozejrzeć. To jeden z najlepszych argentyńskich napastników.

poniedziałek, 15 października 2018

Antychrystek, czyli "Omen" Seltzera

Nie ukrywam, że Omen należy do moich ulubionych obrazów grozy. Nakręcono go w latach 70. na fali popularności horrorów satanistycznych lub, szerzej, okultystycznych. Lawina filmów, którą uruchomiło genialne Dziecko Rosemary Romana Polańskiego (ekranizacja prozy Iry Levina), pozwoliła zaistnieć takim klasykom jak Egzorcysta czy omawiany Omen. Cechą wspólną tych dzieł (oprócz pełnych sal kinowych, licznych kontynuacji oraz kultowego statusu pierwszych części) jest zwrócenie uwagi na chrześcijaństwo (najczęściej rzymski katolicyzm) jako wyjątkowo atrakcyjną przestrzeń, w której mogą rodzić się bardzo ciekawe pod względem fabularnym historie.


Chrześcijaństwo, jak żadna inna religia (a raczej jego uproszczona, popkulturowa wersja), pomogło zbudować twórcom arenę, na której konfrontują się zło i dobro. Doskonale wiemy, kto dybie na dusze śmiertelników, a kto stoi po ich stronie. Można zatem rzec – gdy trwoga, to do księdza katolickiego, którego koloratka lub sutanna stanowią odpowiedniki superbohaterskich trykotów, mocą jest modlitwa, a atrybutami różaniec, woda święcona i Pismo Święte. Dualistyczna wizja rzeczywistości sprzyja konstruowaniu opowieści o zmaganiach z demonami, naprzeciwko których stają anioły i święci. To wszystko jest bardzo atrakcyjne koncepcyjnie; duchowa wojna ma swoich bohaterów (najczęściej przystojnych lub dostojnych egzorcystów) i swoje ofiary, które albo świadomie weszły na ścieżkę zła i deprawacji, albo są niewinnymi pokrzywdzonymi przez nadnaturalne siły.




Omen jest opowieścią doskonale znaną fanom grozy. Główny bohater, Jeremy Thorn, to wpływowy amerykański polityk, w którym upatruje się przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ma z pozoru szczęśliwą rodzinę – piękną żonę i miłego synka. Pech chce, że mały Damian nie jest jego biologicznym dzieckiem, a zło, jakie z dnia na dzień rozwija się w drobnym ciałku, zaczyna niszczyć powoli wszystko, co Thorn kocha i ceni. Chłopiec, którego przyjście na świat sprzęgnięte jest z panującymi na świecie chaosem, wojnami i katastrofami naturalnymi, ma być znanym z Apokalipsy św. Jana Antychrystem. Thorn, wychowany w wierze katolickiej (ale kompletnie oziębły religijnie) racjonalista, musi zetrzeć się z mocami, w których istnienie powątpiewał. Ma położyć na szali własne człowieczeństwo, aby uratować ludzkość. Musi stać się męczennikiem, którego nikt na ołtarze nie wyniesie …


Autor, zgodnie z prawidłami sztuki scenopisarskiej, stopniowo zagęszcza atmosferę. Wprowadza kolejne niezwykłe i mrożące krew w żyłach wydarzenia, poszerza (w stosunku do filmowego pierwowzoru) perspektywę, abyśmy mogli nie tylko poznać skalę szatańskiego spisku, ale również zrozumieć czysto ludzkie motywacje, jakimi kierują się bohaterowie. Poszczególne sceny komponowane są na wzór filmowego montażu – czytamy o dziejących się jednocześnie wydarzeniach, co niestety nie robi aż takiego wrażenia jak efekty widoczne w kinie.


Zresztą, Omen dobrze wygląda jedynie jako zbeletryzowana wersja pierwotnego scenariusza. Z jednej strony książkę czyta się szybko, a konkretne informacje o świecie przedstawionym nie pozwalają czytelnikowi zgubić się w meandrach historii. Styl autora jest przejrzysty i sprawozdawczy. Nie uświadczymy więc głębszych introspekcji, zbędnej psychologizacji lub opisów gęstych od szczegółów. Nic nie odwraca naszej uwagi od rozwijającej się opowieści. Z drugiej jednak strony brakuje tej książce czegoś tak nieuchwytnego jak atmosfera. Twórca filmu może posłużyć się całą gamą narzędzi wywołujących strach: muzyką, kadrowaniem, zbliżeniami, grą świateł, dźwiękami – wszystkie, umiejętnie użyte, nawet z niezbyt mądrego dzieła mogą uczynić całkiem zgrabny „straszak”. Niestety, pisarz operuje tylko (i aż) słowami, które pod piórem przeciętnego stylisty nie będą niczym więcej. W przypadku Omenu nie umiem cieszyć się lekturą mając przed oczyma kilka mocnych scen z filmu. Wciąż porównuję obie rzeczywistości, ale starcie to najczęściej wypada na niekorzyść papierowej wersji.


Dodatkową atrakcją czekającą na czytelników Omenu jest posłowie autorstwa Mateusza Zimmermana, który znakomicie tłumaczy nie tylko okoliczności powstania filmu oraz książki, ale również rozświetla bardzo ciekawymi kontekstami przestrzenie, których istnienia czytelnicy niekoniecznie musieli być świadomi.


Niemniej uważam, że tej powieści nie wypada nie znać, jeżeli chce się uchodzić za specjalistę lub po prostu miłośnika szeroko rozumianej grozy. To wciąż jedna z najbardziej znanych historii w dziejach gatunku, która utrwaliła w masowej wyobraźni nie tylko figurę Antychrysta, ale również sposób jego przyjścia na świat w postaci małego, wyjątkowo spokojnego dziecka.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl

środa, 3 października 2018

Można się już tylko śmiać, czyli "Cudowna broń" Dicka

Ja nigdy nie ukrywałem, że moja przygoda (romans? małżeństwo?) z fantastyką naukową zaczęła się od spotkanie z książkami Philipa Dicka. Kończyłem liceum i przez przypadek w bibliotece zamiast chwycić Arthura C. Clarke'a złapałem właśnie "Ubika". No i się zaczęło... Pochłonąłem niemal wszystko, co Dick wystukał na swoich maszynach do pisania.

Oczywiście nie mam zamiaru odtwarzać tutaj żadnego stanu badań - biblioteka zbierająca omówienia twórczości autora "Słonecznej loterii" jest naprawdę imponująca i nie ma najmniejszego sensu, by mądrować się i wyważać otwarte drzwi.

Mogę jednak zrobić coś innego - wejść drugi raz do tej samej rzeki i sprawdzić, czy doskonała niegdyś do kąpieli woda nie straciła swoich walorów. "Cudowną broń" przeczytałem kiedyś jako kolejną powieść Dicka i nie zrobiła ona na mnie większego wrażenia. Nie zrozumcie mnie źle - dla mnie większość powieści amerykańskiego pisarza była wyśmienita, "Cudowna broń" była najzwyczajniej w świecie dobra. Zapamiętałem kilka scen, parę dialogów, atmosferę. Niewiele więcej.




Dziś, przewróciwszy ostatnią stronę nowego przekładu, którego autorem jest Krzysztof Sokołowski, stanąłem twarzą w twarz z niewiadomą, z łamigłówką, z tekstem kultury, który przypominać może płótno Jacksona Pollocka, opętańczy wykwit abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Powiedzieć, że w tym szaleństwie jest metoda, to nic nie powiedzieć.

Gdyby ktoś mnie prosił, bym polecił mu jakiegoś Dicka na początek, "Cudowna broń" idealnie by się do tego nadawała. Nie kamienie milowe fantastyki w stylu "Ubika" czy "Trzech stygmatów...", ale właśnie ta powieść "środka", która zbiera w sobie niemal wszystko, co dla tego pisarza charakterystyczne, świadczy o jego wielkości oraz, niestety, o słabości.

Kiedyś wymyśliłem sobie taką oto definicję pisarstwa Dicka: "Na Ziemię napadają Marsjanie, ale główny bohater ma to wszystko w nosie, bo jest akurat w trakcie bardzo bolesnego rozwodu". Może ktoś inny to wymyślił? Nieważne. Czujecie jednak, o co chodzi, prawda?

Niewielu pisarzy fantastyki w ten właśnie sposób poczyna sobie z materią powieści. Z reguły postacie uwikłane są w doraźne rozwiązania fabularne lub istnieją jedynie po to, by na swoich barkach dźwigać mniej lub bardziej wyrafinowany/ograny pomysł. A przecież nikt z nas nie żyje tylko i wyłącznie Wielką Ideą; śpimy, marzymy, pijemy herbatę, żartujemy lub przeżuwamy przekleństwa, konfrontując się z płytką złośliwością świata i bliźnich. Dick to wyczuwa i pozwala bohaterom prowadzić miałkie, pozbawione znaczenia (w kontekście całego utworu) rozmowy. Pech chce jednak, że pisarz zbyt często rozgrzebuje własne pokręcone życie osobiste i wkłada zadawane samemu sobie pytania i odpowiedzi w usta dialogujących postaci.

Ja się czuję wtedy pogubiony - nie dlatego, że nie rozumiem tego, o czym czytam. Ja się gubię w meandrach uczuć, w psychologizmach, które podrasowane są amerykańską skłonnością do dzielenia włosa na czworo (oczywiście na miękkich kozetkach w gabinetach headshrinkerów). Zbyt głębokie introspekcje nie przekonują mnie, wcale nie zbliżają do prawdy o człowieku. Są jedynie zapisem szamotaniny - albo samego Dicka, albo postaci, w które Dick wpompował własne pogruchotane emocje.

Nie umiem tego docenić. Choćbym się starał, nie umiem.

Co innego jest siłą "Cudownej broni". Groteska, która tak bardzo psuje humor twardogłowym wielbicielom hard science fiction, leży u fundamentów tej powieści i nie pozwala odczytywać jej dosłownie, literalnie. Wszystko, od iście manichejskiej koncepcji świata przedstawionego (karykaturalne odbicie obu stron żelaznej kurtyny), poprzez obraz przemysłu zbrojeniowego, po szyderę z idiotyzmów kultury masowej - wszystko poddano obróbce w warsztacie wielkiego kpiarza, który obnosi się ze swoim krzywym zwierciadłem pod gościńcach obłąkanego dwudziestego stulecia.

Groteska Dicka nie ma jednak waloru terapeutycznego. Nie, Dickowi chyba nie zależało na stworzeniu satyry, po przeczytaniu której ludzie opamiętają się i porzucą konsumpcyjny styl bycia (bycia, nie życia). Generałowie nie rozbroją swoich armii, politycy nie podadzą sobie rąk ponad liniami demarkacyjnymi, prości ludzie nie przestaną roić o władzy absolutnej, która pozwoli im bezkarnie upokarzać sąsiadów. 

"Cudowna broń" jest więc wyrazem cynicznego, żeby nie powiedzieć, nihilistycznego oglądu pola. Będąc jednostką, elementem Systemu, nawet naznaczoną talentem do pisania fajnych historyjek, nie można Systemu zmienić. Można jedynie wyjść na środek i krzyczeć. Lub się śmiać, z wszystkiego. "Życie błazeństwem jest na scenie..."

Dick pokazuje również język macierzystemu gatunkowi, który wykarmił go własną piersią, a którego stał się odrodnym dzieckiem. "Symbole narodowe" fantastyki zostają przez Dicka nawet nie zakwestionowane, ale raczej wyśmiane w duchu Franciszka Rabelaisa lub, być może, Jonathana Swifta. Militarystyczna fantastyka, podróże w czasie, dystopijna rzeczywistość, rojenia o lepszej przyszłości, inwazja Obcych, sztuczna inteligencja - "Cudowna broń" wrzuca to wszystko do jednogarnkowego dania i podane przez szalonego szefa kuchni. Nie ma tu chyba jednak ani jednego elementu, który by nie został odkształcony, doprowadzony do absurdalnych wręcz rozmiarów lub rozdęty. Najsilniej obrywa się chyba komiksowej pulpie, koncepcji superbohaterskich przygód spod znaku Marvela lub DC Comics - tutaj Dick szarżuje, wpada w stylistyczny amok, parodiując idiotyczne pseudonimy komiksowych herosów, kretyńskich superłotrów i rozwiązania fabularne dla imbecyli. 

To dobra powieść, a jej przewrotna mądrość objawi się wtedy, gdy przestaniemy z rozdziawionymi gębami śledzić błazeństwa Dicka, a zaczniemy się zastanawiać, dlaczego ktoś przed nami w błazna się zamienia. Polecam taki właśnie rodzaj namysłu.

***

W tej recenzji w sumie nie ma ani słowa o treści książki. I dobrze. Bo to nie jest recenzja.

niedziela, 23 września 2018

Co będzie, to będzie, czyli "Kołysanka stop" Biedrzyckiego


Kiedyś kiedyś po kolej depresyjnej propozycji science fiction, która w przerażający sposób (a co gorsza wiarygodny) pokazała mi zdegenerowaną przyszłość, zapytałem sam siebie, gdzie ulotnił się entuzjazm tych, którzy o metaforycznym jutrze myśleli z nadzieją, delikatnym optymizmem. Gdzie są ci (i czy w ogóle są) tacy, którzy wierzą wciąż w przysłowiowe latające samochody rodem z Jetsonów? Czyżby współczesna fantastyka kompletnie zarzuciła wiarę w „lepsze jutro”? Sztandarowe, zbudowane poprzez seriale, rzadziej książki, wizje przyszłości pompują w człowieka przekonanie, że może być tylko gorzej, dużo gorzej…



Czytając zbiór opowiadań Bartka Biedrzyckiego „Kołysanka stop”, miałem wrażenie, że autor idealnie wpisuje się w tę tendencję, co zresztą potwierdzają słowa zapowiadające książkę. Początkowo nic nie zwiastuje mroku, w jakim będzie stopniowo zanurzać się czytelnik. Pierwszy tekst ( „Czarne światło, błękitny lód”) to historia kowboja klawiatury. Biedrzycki buduje niemal archetypiczne wyobrażenie specjalisty od IT, delikatnego socjopaty, którego relacje międzyludzkie sprowadzają się do wymiany komunikatów z podobnymi sobie odludkami. Pewnego dnia jednak ktoś bezczelnie włamuje się do pilnowanych przez niego baz danych, co zmusza bohatera do gorączkowych poszukiwań intruza i wpędza z czasem w paranoję. Opowiadanie skręciło w nieoczekiwaną stronę, ale nie zawiodło mnie tam, gdzie myślałem. Mógłby Biedrzycki uczynić z tego tekstu całkiem zgrabną metaforę tęsknoty za sacrum i samego sacrum, które w końcu człowieka dopada, uwodzi niczym siłą, która porwała św. Augustyna. Wyszło inaczej, zwyczajniej. Szkoda? Może…

Drugim opowiadaniem wbija Biedrzycki wbija nóż pomiędzy żebra wszystkim uwiedzionym przez polityczną poprawność i „social justice” liberałom. Świat przyszłości to rzeczywistość rodem z mokrych snów zwolenników partii Razem, wynaturzona i poddana ciśnieniu groteski wizja, w której pobrzmiewają dalekie (ale słyszalne) echa „Seksmisji” Machulskiego. Ziemia to piekło (pozornej) równości, terror nadwrażliwości na punkcie seksualności, otchłań, w której wszelkie mniejszości biorą odwet na do niedawnych oprawcach – białych heteroseksualnych mężczyznach jedzących mięso. Zgrabny to tekst, nie wiem, czy nie mój ulubiony w całym tomie.

Tytułowa „Kołysanka stop” to ukłon w stronę klasycznego cyberpunku lub może drwina z próbujących odrestaurować cyberpunkową stylistykę fanatyków – wszelkich cosplayerów i pisarzy. Pierwszoosobowa narracja pozwala niemal na własnej skórze odczuć niebezpieczeństwa, jakie czekają na grupę najemników mających podjąć się na pozór bezproblemowej misji. Całość przypomina fabularyzowany, poddany logice literatury, zapis gry RPG – to dynamiczny, pełen zwrotów akcji, a jednak nie będący większym intelektualnym wyzwaniem tekst. Rozrywka. Czego więcej chcą chłopcy?

Dwa ostatnie teksty wprawiły mnie w parszywy nastrój – bohaterami są dzieci, raz poddawane koszmarnej próbie przetrwania w zdegenerowanej Strefie, gdzie muszą zmierzyć się z głodem, chorobami i mrozem, innym razem to mali wyrobnicy pracujący w upiornej fabryce. Przygnębiający finał zbioru długo gdzieś tam we mnie pracował, a nie lubię, gdy ktoś trąca takie struny mojej wrażliwości.

„Kołysanka stop” to dobry zbiór opowiadań. Mimo pewnych zawiedzionych oczekiwań, bo chciałoby mi się większej rozpiętości tematycznej i bardziej zróżnicowanej stylistyki, książka jest na tyle zwarta i skoncentrowana, by nie zdążyć się nią zmęczyć. Momentami bawi, czasem przeraża lub zmusza do chwili namysłu. Nigdy nie nudzi. Czego chcieć więcej? 

Chociaż nie, chciałoby się czegoś więcej. Czekam, aż ktoś o równie sprawnym piórze napisze pięć opowieści, które podniosą na duchu i pozwolą uwierzyć w jasną przyszłość.

poniedziałek, 10 września 2018

Takie życie, czyli "Profesor Stoner" Williamsa

Fantastyczne w literaturze fantastycznej jest to, że od czasu do czasu ciągnie człowieka do innych odmian literatury. Marzy się soczysta, krwista, ziarnista proza. Solidnie trzymająca się ziemi literatura, która nie musi posługiwać się alegoriami, by powiedzieć coś istotnego na temat człowieka i życia. 

Korzystając z dobrodziejstw Internetu, zapytałem pewną grupę czytelników, jaką poleciliby mi powieść obyczajową. Bałem się, że zostanę zasypany propozycjami reprezentującymi powiedzmy średni poziom artystyczny, a ja chciałem szlachetnej próby realizmu. Chciałem wierzyć w bohaterów, świat i relacje, jakie zachodzą pomiędzy tymi rzeczywistościami. 

Chciałem, to i dostałem...



"Profesor Stoner" jest tak klasyczną realizacją założeń realizmu, że trudno by mi było znaleźć podobne dzieło w całym przepastnym XX wieku. Powieść otwierającą się drobiazgowym opisem dzieciństwa bohatera, zamyka scena jego śmierci. Początek i koniec. Jeden żywot. Nic więcej, chociaż tak naprawdę wszystko. Wszystko, co po większości z nas zostanie...

Nie wiem do końca, jak te tekst Wam przedstawić. Z jednej strony korci mnie, by oprzeć się o życiorys Stonera - mężczyzny, który pochodząc z rodziny biednych farmerów, odkrył na studiach powołanie, zew literatury, i ku rozczarowaniu rodziców, pozostał na uczelni, gdzie mozolnie wspinał się po szczeblach akademickiej kariery. 

Po drodze zdobywał i tracił przyjaciół, ożenił się dość nieszczęśliwie i spłodził córkę, która miała być może szansę stać się piękną i szlachetną istotą. Walczył z własnymi słabościami, intrygami współpracowników, zawiścią i bezinteresowną złośliwością. Przede wszystkim pracował, pchał przed sobą kamień, nie jeden raz cofał się, gdy ten wyślizgiwał mu się z rąk i wracał tam, skąd go podźwignięto...

Gdy oglądamy transmisje meczy piłki nożnej, czasami komentator zwraca uwagę na zawodnika, którego określa się mianem "cichego bohatera". Nie strzela on bramek, nie ma efektownych asyst ani robinsonad. On po prostu ciężko haruje, by cała drużyna osiągnęła sukces. Gdy odejdzie na emeryturę, kibice z trudem dostrzegą jego brak na boisku. Taką postacią był właśnie Stoner - człowiek solidny, ale nie wybitny. Autor jednej naukowej książki, której niemal nikt nie przeczytał. Spełniony nauczyciel, który jednak nie mógł (jak zresztą większość nauczyciel, wiem coś o tym) domyślić się nawet, jaki i czy w ogóle jakiś wywarł wpływ na swoich studentów. 

Chyba właśnie na tym polega najszlachetniejszy realizm - na snuciu opowieści o zwykłych, typowych, przeciętnych ludziach, takich "Kowalskich", którzy wchodzą i schodzą ze sceny życia niczym zawodowi statyści. Komuś są potrzebni, coś się dzięki nim dzieje, ale... Sami wiecie. Człowiek nie chciałby być takim przeciętniakiem, ale najprawdopodobniej jest.

Czy to smutne? Przygnębiające? Chyba nie, mówi Williams, każde życie jest udane i godne przeżycia. Ba! Godne opisania, następnie przeczytania. 

Gdybym miał interpretować "Profesora Stonera", musiałbym zwracać uwagę na przynajmniej kilka istotnych tropów: uparta, wykonywana z zaciśniętymi zębami praca, stoicki niemal spokój, upór, ten rodzaj uporu, jaki pozwala walczyć z nieurodzajną ziemią i niepłodnymi umysłami studentów, szczęście, które przychodzi za późno i przeganiane jest za wcześnie... Cóż, fenomenalnie ta powieść rozlicza się z naszymi złudzeniami, marzeniami, ale również porażkami - wszystko to bohater książki poznał, wchłonął, przepracował, będąc wiernym sobie i pewnemu etosowi, co finalnie donikąd go nie zaprowadziło.

Takie życie...

Na koniec powiem Wam jedną rzecz - ja się rzadko wzruszam, czytając książki. Bohaterowie literaccy są dla mnie raczej funkcjami testu, nie osobami "z krwi i kości", za którymi się tęskni, którym się kibicuje w ich zmaganiach z żywiołami życia. A jednak mój zimny, lodowaty niemal sposób odbioru tekstów czasem musi się rozpaść się w pył w konfrontacji ze specyficznie ukształtowaną opowieścią.

Gdy poznaję bohatera w młodości, towarzyszę mu na krętych drogach dorosłości, a potem siedzę obok jego łoża śmierci, wtedy zżywam się z nim. Tak jakoś po ludzku, tak normalnie... I najzwyczajniej smutno mi, gdy musimy się rozstać.

Te moje chaotyczne rozważania dobiegają końca. Szukajcie (tej książki), a znajdziecie kawał naprawdę dobrej literatury. Mocno polecam.

piątek, 7 września 2018

Na twardo, czyli "Proxima" Baxtera

Gdy pomyślimy o mnogości odmian fantastyki, jej najbardziej klasyczna postać, którą ochrzczono terminem hard science fiction, wydaje się zagłuszona przez mniej wymagające podgatunki. Autorzy twardej fantastyki mobilizują twórców i czytelników do wysiłku intelektualnego, oczekują pewnego zaplecza – wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych, podstawowej orientacji w najnowszych odkryciach naukowych i problemach, o których dyskutują potężne umysły. Bez tego wszystkiego fantastyka naukowa traci swój bardzo istotny wymiar i zamienia się wyłącznie w dostarczycielkę najprostszych emocji, przestaje „wieszczyć” w oparciu o twarde przesłanki.

Z drugiej zaś strony bardzo często okazywało się, że futurologia uprawiana przez autorów science fiction, kolokwialnie mówiąc, trafiała kulą w płot – przewidywała nigdy niezaistniałe problemy, marginalizowała dręczące nas dzisiaj bolączki. Ponadto od dłuższego czasu daje się również słyszeć głosy, że klasycznie rozumiana fantastyka naukowa traci czytelników z powodu wyczerpania się konwencji, która, podobnie jak tolkienowska fantasy, po prostu się opatrzyła, zużyła za sprawą tysięcy realizacji i nie oferuje niczego, czego wcześniej miłośnicy gatunku by nie spotkali.


Stephen Baxter, pisząc Proximę, prawdopodobnie musiał zderzyć się z podobnymi wątpliwościami – jego powieść, której akcję umieszczono w odległej przyszłości, podejmuje problemy, które już wielokrotnie raz „przerabiał” interesujący nas gatunek, a jednak książka ta potrafi dać naprawdę sporo satysfakcji.

Pomimo tego, że dzieło porusza się po przynajmniej dwóch torach fabularnych, chyba najsilniej uwagę czytelnika może przykuć wątek przymusowej kolonizacji planety, której warunki zbliżone są do ziemskich. Koloniści mimo woli, porzuceni w peryferyjnym świecie, dość szybko zapominają o swojej misji i w większości odsłaniają iście patologiczne cechy. Próba ukorzenienia się ludzkiej cywilizacji na planecie zwanej przez nich Per Ardua nawet nie pachnie heroizmem, który kojarzylibyśmy z podobnymi przedsięwzięciami. Trwa wegetacja zamiast życia, beznadziejne oczekiwanie na nie wiadomo co.

Kolonizatorom, którzy w końcu decydują się spłodzić potomstwo, towarzyszy robot ColU, którego uznać można za jedną z najcieplejszych (wiem, że brzmi to osobliwie) kreacji tego typu. Maszyna nie tylko ma opiekować się kolonistami na pierwszym etapie podporządkowywania sobie obcej planety, ale jej zadaniem jest badanie miejscowej niezwykłej flory i osobliwej fauny. Robot często przypomina najlepszego ucznia w klasie, którego otaczają absolutnie niezainteresowani nauką ignoranci.

Jednocześnie autor podejmuje wątek niezwykłej energii, tzw. ziaren wydobywanych spod powierzchni jednej z planet Układu Słonecznego. Ich niezwykłe właściwości mogą zdecydować o tym, kto będzie dominował we wszechświecie – potężni Chińczycy czy ONZ – organizacja zrzeszająca narody chcące uniknąć hegemonii Chin. Badacze zajmujący się ziarnami natrafiają na dowody na to, że ich pochodzenie nie może być naturalne. Być może są pozostałością po o wiele starszej cywilizacji? Dodatkową niespodzianką okazuje się właz, przejście znalezione w kopalni ziaren, które prowadzi do… Tutaj zmuszony jestem urwać, żeby nie zepsuć czytelnikom jednej z zagadek, jakie przygotował dla nich Baxter, napiszę tylko, że poszczególne wątki fabularne zgrają się ze sobą i stworzą bardzo ciekawą jakość.

Sama jednak fabuła powieści to nie jedyna atrakcja Proximy. Brytyjski pisarz stworzył bardzo szeroką panoramę przyszłości – nasz wzrok wędruje od spustoszonej zmianami klimatycznymi Ziemi, poprzez przestrzeń kosmiczną, w której regularnie kursują precyzyjnie opisane statki kosmiczne, aż do osiedli ludzkich założonych między innymi na Księżycu. Wszystko to przedstawiono zgodnie z najlepszymi wzorcami obowiązującymi w science fiction. Baxter, który posiada tytuł naukowy z inżynierii, robi wszystko, by uprawdopodobnić opisywany przez siebie świat i panujące w nim reguły, a więc zwolennicy „twardej” fantastyki znajdą w tej powieści to, co ich najbardziej interesuje: próbę odpowiedzi na pytanie o to, w jakim kierunku może pójść rozwój techniki i całej cywilizacji.

Baxter radzi sobie również doskonale z opisem życia na Per Ardui – za sprawą „przemądrzałego” robota (to sprytny zabieg pisarski) dowiadujemy się o ekosystemie obcej człowiekowi planety, egzotyce zamieszkujących ją istot, które potrafiły stworzyć całkiem sprawnie działającą strukturę pozwalającą im na przetrwanie w trudnych warunkach.

Zmierzając w stronę podsumowania rozważań na temat powieści Baxtera trzeba podkreślić, że w bardzo dobry sposób znajduje ona równowagę pomiędzy ciekawą, momentami naprawdę zaskakującą fabułą, a partiami opisowymi, które mają przedstawić czytelnikowi przyszłość. Żaden z elementów książki nie przytłacza, nie przesłania innych. Rozterki, wątpliwości, rozczarowania i drobne tryumfy wiarygodnych psychologicznie bohaterów są dla odbiorcy równie ważne jak prawdopodobny obraz naszego świata, który (być może) wypełnią nieistniejące jeszcze cuda techniki.

Jeżeli można od hard science fiction chcieć czegoś więcej, niż daje Proxima, to ja sobie tego nie wyobrażam. Ale być może nie powinniśmy ograniczać się możliwościami mojej wyobraźni...

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu Fantasta.pl, tutaj ->

niedziela, 26 sierpnia 2018

Lego pod stopą, czyli "Paragon" Wiercigroch-Woźniak

Zły jestem na siebie. Powinienem te słowa napisać najpierw piórem, w (powiedzmy) dizajnerskim notatniku, na którego bezkwasowym papierze atrament kładzie się miękko i szybko schnie. Powinienem pisać wolniej, celebrując charakter pisma, ciesząc się z dziwnego nieprzewidywalnego "liternictwa". Ale jestem leniwy, piszę tutaj, naciskam klawisze, w sumie nawet nie patrzę zbyt często na klawiaturę. Stukam, paruje ze mnie kawa, pełznie senność...

I w takich to oto warunkach bojowych przyszło mi zmierzyć się z tomem wierszy Klaudii Wiercigroch-Woźniak pt. "Paragon". Tomik został wydany jako nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina, więc  mamy do czynienia z książką nie pierwszą lepszą, ale wybraną, wyselekcjonowaną, mającą umocnić nazwisko i wywindować w stratosferę tę lirykę. 

Nie mnie wyrokować, czy sztuka ta się udała. Po prostu za głupi jestem, by cokolwiek przewidzieć w tak nieprzewidywalnym biznesie jak polska liryka współczesna. Niemniej spróbuję Wam coś tam o "Paragonie".



Wiersze zebrane w tym tomie jako żywo potwierdzają tezę o rosnącym zaangażowaniu społecznym (publicystycznym?) polskiej młodej liryki. Chyba rzadko komu wypada dziś bezrefleksyjnie błąkać się po wrzosowiskach prywatnych obsesji i jednocześnie ścigać peleton tych, którzy "nie żałują róż, gdy płoną lasy". 

Poetka od pierwszych wierszy zaznacza terytorium, którego będzie bronić, obudowywać znaczeniami, okopywać wilczymi dołami, w jakie powpadać mają ci, przeciwko którym owe teksty powstały. Bazę, której broni Wiercigorch-Woźniak, dość łatwo opisać można posiłkując się uproszczonymi światopoglądowymi narracjami. To szeroko rozumiana lewicowość manifestująca się pogardą dla narzucanych ról społecznych, oczekiwań, wymagań. Wrażliwość na problemy społeczne, nietolerancję, ksenofobię, znieczulicę. Nawet delikatne antykonsumpcjonistyczne tony bez większego problemu znajdziemy w tej książce.

Oczywiście najsilniej w "Paragonie" wybrzmiewa kobiecość - twarda, nieustępliwa, pozornie dająca się odkształcać, ale tak naprawdę zwarta i gęsta, skupiona. Jak klocek lego, który zdepnięty stopą najróżniejszych obowiązków, niewiele robi sobie z owej stopy.

Najsilniej ufortyfikowane granice podmiotu lirycznego to granice ciała. Stąd opór, bunt, niezgoda na te normy kultury, które przyzwalają na ich fizyczne lub symboliczne przekraczanie. Tę piosenkę też znamy. Moje ciało, moja...

Na szczęście liryka ta broni się nie tylko swoimi "wiecowymi" tematami. Pozostaje język. Zaczepna to poezja, chętnie i często sięga po cytaty żywcem wyrwane z bulgocącej kadzi Internetu. Komentarze przypadkowych użytkowników, jadowite lub bezduszne, okrutne lub po prostu głupie, sąsiadują z pustosłowiem rodem z telewizji śniadaniowej. Click baitowe nagłówki z surowymi medialnymi depeszami. Cały ten zgiełk poetka stapia z wysokiej próby poezją, która ironicznie lub lirycznie paraliżuje i rozbraja ideowych przeciwników.

Te kolaże/mariaże stylistyczne (bo tak bym zdefiniował sporą część wierszy) bardzo często wieńczone są dotkliwymi punch line'ami, które poetka wybiera zamiast pointy lub wyciszającej kody. Czasami nie wiem, czy robi dobrze, ale rozumiem, że ten typ poezji musi kończyć symboliczne zaciśnięcie pięści i uniesienie jej wysoko.

Dobre to wiersze. Aktualne i ciekawie włączające się w dyskusje przetaczające się jak fronty atmosferyczne ponad naszym pięknym krajem. I mimo, że pewnie ja i poetka znaleźlibyśmy się po dwóch stronach ideologicznej barykady, znajduję dużą przyjemność w lekturze "Paragonu."

Przyjemność ta jest podwójna, gdyż przypominam sobie pierwszy świadomy kontakt z prawdziwą poezją. Jako dzieciak z podstawówki czytałem wiersze Anny Świrszczyńskiej z tomu "Jestem baba" i, mówiąc kolokwialnie, współczułem, ale nie czułem i nie utożsamiałem się z opisywanymi dramatami.

środa, 22 sierpnia 2018

Masz piękny mózg, czyli "Statek, który śpiewał" McCaffrey

Nie spodziewałem się, że aż tyle satysfakcji czytelniczej sprawi mi ta zupełnie przypadkiem odkryta książka. Gdzieś w odmętach Internetów znalazłem artykuł-wyliczankę: "Najlepsze niewojenne space opery" czy coś w tym stylu. Generalnie chodziło o tę odmianę science fiction, którą umieszczono w kosmosie, ale daleko jej do prostych strzelanek w stylu "Gwiezdnych wojen", których platonicznie, ale szczerze nie lubię.

"Statek, który śpiewał" na dodatek realizuje moją ulubioną strukturę fabularną - powieść złożono z kilku części stanowiących oddzielne, zamknięte wewnętrznie całości, które jednak wzajemnie ze sobą korespondują. Z czymś takim  mieliśmy na przykład do czynienia w klasycznej pierwszej odsłonie "Fundacji" Asimova. 

Jak pewnie wiecie (znamy się wszak tyle lat), nie znoszę przesady, przesytu, wybujałości. Nie lubię, gdy w horrorach od pierwszej do ostatniej strony leje się krew, a duchy potrząsają łańcuchami. Nie lubię, gdy w kryminałach autor ani razu nie pozwala mi spuścić oka ze śledztwa, by nacieszyć się ponurym detektywem lub wyrafinowanym zbrodniarzem. Nie lubię spirytusu, wolę piwo. I gęste podwójne espresso popijam wodą. 

W samej fantastyce też szukam "zaczepienia". Lubię te teksty, które nie wrzucają mnie na głęboką wodę przedziwnego świata przedstawionego. Nawet na najodleglejszych planetach lubię rozpoznawać znajome kształty, przedmioty, ludzkie rozterki i dramaty, namiętności i słabostki. 

I właśnie dlatego tak dobrze czytało się "Statek, który śpiewał", książkę w 100% realizującą założenia fantastyki naukowej, a jednocześnie jakiejś takiej... ciepłej (?),humanistycznej (?). 


Tytułowym statkiem jest potężny pojazd zwiadowczy, w który wbudowano ludzki mózg. Piękna to idea, gdyż mózg ten pochodzi z ludzkiego ciała, które nie miałoby szans na samodzielną egzystencję z powodu zdiagnozowanych ciężkich deformujących ciało chorób. McCaffrey daje więc nadzieję wszystkim tym, którzy mogliby stanowić balast dla innych. Specjalnie "wyszkolone" mózgi mają w towarzystwie pilotów podejmować się zleconych im mniej lub bardziej niebezpiecznych misji. 

Przygody jednego z takich "statkomózgów" będziemy poznawać. Przyznajcie, brzmieć to wszystko może dość dziwnie. A jednak pisarka od samego początku do granic możliwości uczłowiecza statek - jego mózg należy do kobiety, Helvy, której przypisano całą gamę czysto kobiecych cech. I powiem Wam coś jeszcze - jest ona moim zdaniem jedną z lepszych kreacji kobiecych w poznanej przeze mnie literaturze fantastycznej. 

Helva bywa kapryśna, złośliwa, rozmarzona, szczęśliwa, przerażona, smutna lub zdumiewająco chłodna i opanowana. Cały wachlarz emocji, repertuar nastrojów pozwala uwierzyć w realność tej postaci. Ba! Pozwala polubić tę rezolutną i odważną niewiastę.

Pamiętacie, że cały czas mówimy o mózgu? "Statek, który śpiewał" może więc być peanem ku czci czystego platonicznego uczucia. Pięknej osobowości. Helva kocha i cierpi z powodu utraconej w tragicznych okolicznościach miłości. Szuka bliskości z mężczyzną z krwi i kości, ale jest w stanie zaoferować mu jedynie rozmowę, poczucie humoru, dobrą radę i troskę (wyrażoną przy pomocy urządzeń pokładowych). I co najważniejsze, Helva potrafi oczarować. 

Czyż to nie pocieszające, że w końcu znajdziemy książkę, w której tak wyraźnie uchwycono nieskażoną cielesnym pożądaniem tęsknotę za drugim człowiekiem? Za "tym, co mamy w środku"? 

Oczywiście powieść McCaffrey to również kawał pierwszorzędnej przygodowej fantastyki. Gdy odrzucimy na bok te moje bajdurzenia o pięknym mózgu, dostaniemy oryginalne i nieszablonowe opowieści, którymi autorka udowadnia, że nie trzeba w kosmosie świecić sobie laserami po oczach, by czytelnik poczuł pełną satysfakcję. Raz trzeba przetransportować kilka tysięcy niemowlaków, innym razem odstawić rozrywaną konfliktami trupę aktorską na planetę skąpaną w toksycznej atmosferze... Dzieje się sporo i z nerwem.

Czasem drażnić może gadulstwo autorki, która chyba zbyt często meandrowała wokół ważnych punktów fabularnych zamiast skrócić sobie drogę i pościnać kilka dialogów, by nie zniecierpliwić czytelnika. A jednak wybaczam jej to. Kobietom można wiele wybaczyć, a najłatwiej chyba skłonność do szczodrego dzielenia się bogatym słownictwem. 

Polecam. Nie ma co.

sobota, 11 sierpnia 2018

Skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, czyli "Stwór" Saula

O,
O,
O,
o właśnie czegoś takiego szukałem. Podręcznikowy wręcz przykład B-klasowego horroru, typowy page turner. Strachu w nim za grosz (no, za centa, bo rzecz dzieje się w USA), ale wszystkie elementy składowe powieści grozy w "Stworze" Johna Saula mamy. 

Oczyma duszy widzę ekranizację tej historii, nakręconą za psie pieniądze, na kiepskiej taśmie filmowej, drugorzędni aktorzy odtwarzają trzeciorzędne role, Ameryka lat 80, którą moje pokolenie poznało z VHS-ów, Ameryka upudrowana, błyszcząca brokatem, z utapirowanymi włosami. 

Tej książki nie da się czytać inaczej niż przez pryzmat horrorów z wypożyczalni kaset, które nie wystraszyły nigdy nikogo, choć krew się w nich leje, trupy rosną jak grzyby po deszczu, a dawka niesamowitości jest zgodna z unijnymi normami.

Ta książka ma w sobie coś "Kingowego", ale nie znajdziemy w niej wielosłowia, wysilonej psychologizacji postaci. Saul nie traci czasu na psychoanalizę, dłubanie w życiorysie, na detale, epizodziki, szczegóły. Jego proza to warsztat, w którym fachowiec gromadzi tylko najpotrzebniejsze narzędzia. Powieść zatem idzie prosto do celu, pewnym ostrym krokiem.



Fabuła? Apetyczna nawet: głowa rodziny dostaje intratną propozycję pracy, która zmusi do wyjazdu gdzieś do położonego w Górach Skalistych arkadyjskiego miasteczka. Przytulną mieścinkę założyła potężna firma, która ma wpływ na każdy aspekt życia mieszkańców: finansuje szkołę, szkolną drużynę futbolową, sprowadza kolejnych "osadników." Dodatkowo prowadzi laboratorium, gdzie produkuje odżywki witaminowe mające poprawić sprawność fizyczną młodych sportowców.

Nietrudno zgadnąć, którędy poprowadzi nas Saul. Czarnym charakterem okazuje się diaboliczny naukowiec, lekarz, który podając specyfiki uczniom pobliskiego liceum, nie do końca ma ochotę odkryć przed światem istnienie skutków ubocznych. Wybuchowa mieszanka hormonów, witamin i bogowie wiedzą czego tam jeszcze zamienia niektórych chłopaków w bestie, które dla dobra wszystkich trzeba trzymać w klatkach. 

"Terapii" zostaje poddany również główny bohater, sympatyczny chorujący na astmę szesnastolatek, który nie jest w stanie spełnić pokładanych w nim ojcowskich oczekiwań. Wiecie, chłopak woli hodować króliki i robić zdjęcia przyrodzie, niż gonić po boisku za jajowatą piłką. W naszprycowanym trucizną chłopaku wzbiera powoli agresja, którą wyładowuje na najbliższych. I na królikach.

Powieść przyspiesza, autor wpompowuje hektolitry adrenaliny w swoją historię, gdy rodzice chłopaka zaczynają toczyć nierówny bój z bezwzględną firmą. Wzorcowo obracają się trybiki książki.

Finał powieści jest zaskakująco niejednoznaczny, słodko-gorzki. Zdradzać nie będę. Autentycznie mnie wzruszył, co rzadko spotyka takiego książkowego socjopatę jak ja. A gdyby dodać na koniec sugestię, że "Stwór" jest pewnego rodzaju metaforą procesu dojrzewania z hormonalnymi zawirowaniami, buntem, wściekłością i wrzaskiem, wtedy się okaże, że wcale nie tak naiwna jest ta opowieść.

Nawet polecam. Chyba tak.

Siła przyzwyczajenia, czyli "Obcy" Camusa

Camus mnie drażni. Drażni "Dżumą", którą rok w rok omawiam w szkole i wciąż dziwię się, jak dużo deklaratywnych kwestii Camus nakazuje wygłaszać swoim postaciom. No ok, jak rozumiem wielkość powieści, a jednak mnie już nudzi ten imperatyw walki z "bakcylem zła", ten heroizm "świeckich świętych." Tak więc chwyciłem "Obcego", który stanowi idealną przeciwwagę dla dr Rieux i spółki.

"Obcy" jest wybitnie niewygodną lekturą. Nawet nie 100 stron czystej, klinicznej, precyzyjnej, ocierającej się o technikę behawioralną prozy. Camus jest chłodny, rzeczowy, unika zbędnych metafor, ozdobników i zawijasów stylistycznych. Beznamiętny jak kamera, której obiektyw rejestruje zalane słońcem ulice, ruch samochodów, radość kibiców wracających z meczu, barwę morza, głębię pustego nieba. Gdy w liceum jeszcze trafiłem na "Obcego", największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie wizja słonecznego miasta kojarzącego się z obrazami Chirico. Rozkochałem się w spieczonym krajobrazie, który dopiero w nocy odzyskiwało oddech. 

Całą resztę tej książki jakoś zignorowałem. Pewnikiem przez ignorancję lub niedojrzałość.

Dziś wracam i jestem zaskoczony ciężarem filozoficznym tej książki. Rzecz jasna Ameryki nie odkryję, bo o "Obcym" pisali najwięksi, a jednak postanowiłem coś tu nabazgrolić, by,przede wszystkim, nie zapomnieć, co mnie nachodziło w czasie lektury.



Wszyscy to znamy. Bohater jest uznawany za wzorcowy literacki przykład socjopaty, którego nic nie wzrusza, nic nie interesuje, nic nie przejmuje. Śmierć matki? Ok, trzeba jechać na pogrzeb. Gdyby nie trzeba było, nie pojechałby. Okres żałoby skrócony do kilku godzin, skoro na drugi dzień facet idzie na plażę, podrywa znajomą dziewczynę, idzie z nią do kina na głupią komedię, a potem spędza z nią noc.

Bulwersuje? A dlaczego? - pyta bohater.

Dziewczyna pyta go, czy się z nią ożeni. Jest mu to obojętne. Wszystko jest mu obojętne. Rozwój zawodowy, narzucający swoją przyjaźń sutener, sąsiad znęcający się nad swoim psem - nic nie jest istotne, nic nie waży. Nawet wieńczące pierwszą część historii morderstwo. Przypadkowe, bezsensowne, nieprzewidywalne jak skurcz łydki w nocy. (Jeżeli Czesi odkryli swoją "lekkość bytu", to Camus zjada ich na śniadanie, w "Obcym" absolutnie NIC nie jest ważne.) Momentami drażniło mnie to katarynkowe "wszystko mi jedno" odmieniane przez kolejne sytuacje, w jakich znalazł się bohater, a jednak czułem dziwne, patologiczne wręcz, pokrewieństwo duchowe z panem Meursault.

Zapytany o wiek swojej matki, bohater rozbrajająco przyznaje, że nie wie, potem kluczy: "Około sześćdziesiątki" - odpowiada. Ta niewiedza automatycznie eliminuje go (w mniemaniu sądzący go przysięgłych) z grona ludzi. Nie tylko tych cywilizowanych, ale ludzi w ogóle. Nieumiejętność społeczna, paraliż uczuć (być może wrodzony) sprawia, że na równi z zabójstwem traktuje się nieokazywanie żalu po śmierci matki. 

Czujecie, gdzie Camus kładzie nacisk? Morderstwo, którego się dopuścił bohater, nie jest aż tak dużą przewiną. Złamaniem prawdziwego tabu jest pójście do kina na film z Fernandelem, którego głupia facjata krzywi się z ekranu. 

A więc "Obcy" jest pewnego rodzaju rozprawą z normami społecznymi? Chyba też. Gombrowicz próbował w "Ferdydurke" podważyć sens istnienia konwenansów dźwigających strukturę społeczną, ale za każdym razem wychodziło mu, że chaos ("kupa"), który zalewał rzeczywistość po odrzuceniu norm, jest dużo groźniejszy od ciasnego gorsetu reguł. Camus idzie daleko dalej - normy są efektem przyzwyczajenia ("Do wszystkiego się można przyzwyczaić" - mawiała matka bohatera "Obcego"). Efektem tresury jest pamiętanie o kolejnych urodzinach matki, o rocznicy ślubu, o żalu lub radości z czyjegoś szczęścia. 

(To jest najbardziej przerażające w "Obcym", najbardziej przerażające, bo widzę w tym echo postawy, którą sam w sobie po części dostrzegam.)

Rozbroiła mnie szczerość bohatera. Ludzie dziwią się, że jest małomówny. A on po prostu nie chce rozmawiać na tematy, które go nie interesuje. I nie jest w stanie zainteresować się czymś, co go nie interesuje. Swój chłop, myślę sobie, i nagle dociera do mnie, czy ja przypadkiem też nie zastrzeliłbym Araba na zmiażdżonej słońcem plaży...

Mówię Wam, czasem trafi się książka, po której nie można się uspokoić, która dusi, męczy i hipnotyzuje. Która odkrywa w człowieku przestrzenie, w które bał się spojrzeć.

To właśnie ona.

piątek, 10 sierpnia 2018

Horror z drewna, czyli "Lalka Manitou" Smitha

Trudno wyobrazić sobie gorsze wakacje niż te, które spędzili ze sobą bohaterowie powieści Guya N. Smitha pt. "Lalka Manitou." Zbierzmy fakty - niedobrane, znudzone sobą małżeństwo (gderliwa despotyczna żona i nijaki mąż) wraz z niesłyszącą córką trafiają do zapyziałego nadmorskiego miasteczka, do ciasnego, budzącego mdłości, hoteliku prowadzonego przez narzucającą się nudziarę. Pogoda jest iście angielska - leje całymi dniami, niebo zasnuwają ciężkie bure chmury, plaża jest ostatnim miejscem, gdzie można szukać odpoczynku.

Jedyną atrakcją są kutry rybackie, których ruch można obserwować w pobliskim porcie, oraz wesołe miasteczko mające rozwiązać problem wszechobecnej nudy.



Czujecie, prawda? Za każdym cholernym razem, gdy w powieści grozy pojawia się lunapark, ZAWSZE to jest miejsce, którego trzeba unikać jak ognia. I niech Was nie skusi zapach popcornu, labirynt krzywych luster albo kobieta z brodą (w końcu cóż to dzisiaj za atrakcja...). Wesołe miasteczko Smitha to brzydkie, tandetne i śmierdzące miejsce, którego pracownicy to banda ponurych mrukliwych typów. W zardzewiałych klatkach dogorywają pozbawione woli życia zwierzęta. Beznadziejne przedstawienia budzą raczej zażenowanie niż śmiech lub strach.

Myślę, że Smith dość wiarygodnie oddał nieistniejący już chyba świat tego typu plebejskich przybytków rozrywki, ich przaśność, kolorową tandetę, brud, błoto przyklejające się do butów snujących się ospale gości wesołego miasteczka.

No dobra, zapytacie, a gdzie ten horror? Przecież nie chodzi o zabłocony plac, na którym porozstawiano kilkanaście namiotów, bud i klatek.

W jednym z namiotów urzęduje młoda dziewczyna, Indianka, której prababka została brutalnie zgwałcona przez krewkiego kowboja kiedyś tam na Dzikim Zachodzie. Dziewczyna zajmuje się rzeźbieniem drewnianych lalek, które przypominać mają archaiczne totemy. Jedna z takich laleczek jest przeklęta, nawiedzona i za sprawą pradawnych (i wściekłych) bóstw zaczyna w krwawy sposób mścić się za krzywdy wszelakie na białych ludziach. Jednym z narzędzi tej zemsty staje się głucha dziewczynka, która tytułową laleczkę sobie upatrzyła i z którą rozstać się nie chce...

Cała reszta to typowy Smith. Dużo krwi się leje i dość naturalistycznie sobie autor z ową masakrą poczyna i niby w tej powieści nic nie wystaje ponad klasyczną drewnianą stylistykę i przewidywalne pomysły, a jednak kilka razy autorowi udaje się uciec przed sztampą. Wtedy w jakiś dziwny, odrealniony, niemal oniryczny sposób snuje swoją opowieść, opisuje kolejne zbrodnie, charakteryzuje panoszące się wokół zło. To się mocno chwali.

Co najzabawniejsze, trupów jest sporo i niemal wszystkie skojarzyć jakoś można z mrocznym parkiem rozrywki, ale wcale to nie zniechęca Wyspiarzy do korzystania z wątpliwych uroków tego miejsca. Cóż, w sumie Anglików dość trudno zmusić do porzucenia swojej daily routine i nawet krwiożerczy indiański demon nie jest wystarczająco silnym argumentem, by zmienić wakacyjne plany.

Najatrakcyjniejsze, co możemy znaleźć w "Lalce Manitou" (oprócz upiorności oczywiście), to atmosfera wakacyjnego uwięzienia, zmarnowanego urlopu, beznadziei turystycznych miejscowości, którą nietrudno znaleźć chociażby nad naszym pięknym drogim Bałtykiem. Wszyscy coś o tym wiemy... 

Pamiętajmy więc, co powiedział Pascal - każde nieszczęście zaczyna się od wyjścia z domu. Ewentualnie od wyjazdu na wakacje...

wtorek, 17 lipca 2018

Prosto, szorstko, czyli "Poza sezonem" Domagalskiego


Uwaga! Próbka poematu rozkwitającego. Kupiłem książkę. Kupiłem nową książkę. Kupiłem nową książkę w księgarni, a fakt ten nie przestaje mnie zdumiewać, gdyż a) księgarnie nie zwykły mi oferować czegokolwiek interesującego, b) nowe książki z rzadka zwracają moją uwagę. Tak więc mamy, moi drodzy, skromne święto, któremu na imię „Poza sezonem” Michała Domagalskiego. 

Jak już pewnie wiecie, ja lubię, gdy podmiot liryczny człowiekiem mi jest, bratem zaginionym, kuzynem dalekim. Lubię widzieć w wierszach odbicie własnego losu. Chciałoby się wtedy powiedzieć bohaterowi: „Mam tak samo. Znam to. A na Twoim miejscu zrobiłbym tak...” Możecie wytykać mnie palcami na ulicach i wołać: „O! Tak wygląda ten, który naiwnie poezję odczytuje!”, a jednak ja lubię swoją naiwność. W wierszach ja chcę widzieć człowieka i cieszę się, gdy trafiam na tomik, w którym karty rozdaje ktoś z krwi i kości, a nie graniastosłup jakiś, migotliwy i płynny konstrukt. 

Bohater Domagalskiego jest żywy, co więcej – to ktoś, z kim mogę się w bardzo silny sposób  utożsamić, nie macie nawet pojęcia jak bardzo… Mężczyzna, potomek swoich rodziców, partner jednej kobiety, ojciec dziecka, kółeczko zębate w trybach społeczeństwa, portali społecznościowych i społecznych powinności.  



Czytając wiersze z tomu „Poza sezonem”, słyszałem dobrze znane i lubiane przeze mnie głosy. Autor często wzorem Barańczaka (tego z heroicznych nowofalowych czasów) „rozbiera” słowa, rozmontowuje związki frazeologiczne, tnie je przerzutnią, by w kolejnej linijce dodać do nich detal, który pozwoli eksplodować całemu zdaniu. Z zaangażowanej poezji lat 70 Domagalski bierze również nieufność w stosunku do świata i do wszelkich komunikatów docierających z zewnątrz. W odróżnieniu jednak od swoich starszych kolegów, Domagalski nie obraca uprzedmiotowionego języka przeciwko światu. Nie, wiersze te stać jedynie na bierny opór, niezgodę, upominanie się o swoje. Toż to Bursa w całej jego cynicznej okazałości. Bohatera tych wierszy trudno przyłapać na chwili wytchnienia – od wciąż gardzi, albo ironizuje, albo szczerzy zęby lub parska z dezaprobatą.  

Pomimo pewnego pokrewieństwa z poetami, którzy swój prekariacki los wpisują w mechanizmy opresji społecznych, walkę klas i inne tego typu koncepcje, Domagalski wydaje się być raczej pogodzony z losem i nie porywa się z motyką na słońce. Nie jest realistą i nie żądana niemożliwego, jak powiedział pewien brodaty rewolucjonista…  

To szorstki, chropowaty, nieoheblowany kawał poezji, która pozwala mi wierzyć w pewną wspólnotę pomiędzy piszącym a czytającym. Ojcostwo, partnerstwo, porzucenie domu, by własny dom założyć i utrzymać – to ścieżka, którą przeszedł bohater „Poza sezonem” i którą ja też dziarsko maszeruję. (Ok, może nie aż tak dziarsko...)  

Ścieżka prowadząca przez świat prosty i pusty jak osiedlowe uliczki byłych wojewódzkich miast.  

piątek, 6 lipca 2018

Zajechany koń, czyli "Armada" Cline'a

No to ja już teraz wiem, dlaczego nie lubię młodzieżówek, tej całej literatury o młodych i dla młodych zaprzężonej w jarzmo czystej, niezobowiązującej, "plażowej" rozrywki. Bóstwom bibliotecznym dziękuję, że nie musiałem nigdy zbyt wielu podobnych książek czytać!

Trafiło na Cline'a, autora entuzjastycznie przyjętej powieści "Ready Player One", w której jak w lustrze odbijała się kultura geeków, gamerów i innych, do których z racji wieku, doświadczeń kulturowych i potrzeb, kosmicznie mi daleko. Książka ta sprawiła mi jednak przyjemność przed wszystkim ze względu na jej fundamenty, czyli na lata 80, którym stosowny hołd oddano.



Amerykański autor niestety nie zmienił konia w czasie jazdy i bydlę, któremu dano na imię "Armada", padło nim do mety dobiegło. Ileż można bezczelnie powtarzać ten sam numer? Jak długo da się układać kilkanaście tych samych klocków i wciąż liczyć na łaskawy los, który uchroni autora przed zarzutami o wtórność i przewidywalność?

Cline przegrał. Przegrał z wielu różnych powodów, z których dwa wydają mi się najpoważniejsze. Po pierwsze za bardzo "ustawił" swoją książkę pod czytelnika. Konkretnego. Kim miał być wirtualny odbiorca "Armady"? W sumie postać niemożliwa, taka czterolistna koniczyna lub dwugłowy królik. Miał to być wielbiciel gier komputerowych, otrzaskany z prehistorią i całą tradycją tej gałęzi rozrywki, biegły w popkulturowych tropach pochodzących z lat 80 i 90 fascynat kina i muzyki tamtych dekad, a jednocześnie ktoś, kto będzie na tyle naiwny, że uwierzy w ckliwą i zbyt łatwo się domykającą historię. 

A więc ktoś "stary" ze względu na nabywane świadomie doświadczenie kulturowe, ale "młody" intelektem, naiwny do tego stopnia, by kupić tę niezdarnie poszywaną z rozpoznawalnych klisz opowieść.

Ja już jestem za stary na to, by uwierzyć w fabułę, w której nie ma zbyt wielu znaków zapytania, która pruje do przodu przewidywalnymi koleinami niczym bobslej swoim lodowym torem. Ja tylko przez chwilę łudziłem się, że będzie inaczej niż było. Że będę świadkiem jakiejś ciekawej kraksy, że fabuła zboczy ze swojego kursu i saneczkarze wysypią się, dając satysfakcję widzom. 

Nic z tego. Niestety...

Drugi zarzut: ja lubię, gdy autor mruga do mnie okiem, próbując porozumieć się ze mną ponad głowami mniej świadomych czytelników. Czuję wtedy, że zawarliśmy pakt, że wtajemnicza się mnie w jakieś fabularne lub "kontekstowe" misterium. Cline nie dość, że puszcza oczko, to jeszcze szturcha mnie łokciem i kopie pod stołem w łydkę. Tak właśnie "Armadę" zmajstrowano: liczba nawiązań jest ogromna, ale zamiast cieszyć się tą prostą intertekstualnością, czytelnik może zacząć ziewać. 

Ja się wkurzałem. Pomyślałem sobie, że być może żyjemy w kulturze, w której faktycznie "wszystko już było", a więc nie ma sensu silić się na oryginalność lub chociaż odmienność. Lenistwo, a może uwiąd sił twórczych, objawiający się nieustającą żonglerką cytatami i odwołaniami, mamy wziąć za dobrą monetę, za przejaw kreatywności. Niestety, tylko dziecko zauważyło, że król jest nagi, a dzisiejsi odbiorcy popkultury przypominają poddanych głupiego władcy, który odnosząc się ze swoim przyrodzeniem na wierzchu, pręży się, naiwnie myśląc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Nie ma obowiązku oryginalności, a i mnie samemu przyjemność sprawiają piosenki, które już kiedyś słyszałem. Ja jednak oczekuję, że autorzy z zapożyczonych elementów zbudują nowy pojazd, a nie kolejną wersję tego samego kwadratowego i stawiającego opór powietrzu wehikułu.

Powiedziałem.

środa, 4 lipca 2018

Trujące pestki, czyli "Ekran kontrolny" Dehnela

Znany i lubiany Jacek Dehnel, poeta, prozaik, tłumacz, felietonista, malarz i tropiciel wszelkich polskich zaściankowych patologii (nietolerancji wobec środowisk LGBT i mlaskania przy obiedzie) został wprowadzony do polskiej poezji za sprawą słów, jakie Czesław Miłosz o nim napisał:

„Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”.

Można tylko pomarzyć o podobnym liście polecającym. Ja jednak od dawna zastanawiam się, jak dzisiaj Miłosz odniósłby się do poetyckich propozycji autora "Żywotów równoległych"? I choć wątpliwość ta zasługuje na przeniesienie dyskusji w przestrzenie science fiction, to jednak mnie coś podpowiada, że Noblista ostrożniej wyraziłby swój zachwyt.

Miłosz nie jeden raz wyrażał przekonanie, że poezja ma czemuś służyć i nie jest to jakieś fiu bździu filuterne składać wersy, a z wersów zwrotki. Poezja ma ocalać - nie tylko przed rozpłynięciem się w nieistnieniu (stąd u Miłosza cała galeria postaci, którym poeta pozwolił przetrwać dzięki wierszom właśnie), ale również ocalenie ma być tożsame z utrzymaniem wiary w sens, ład, porządek rzeczywistości. Nie lada siły ducha potrzeba było, aby nie zgasić tlących się po koszmarze wojny światowej nadziei i wiary. Miłosz, który być może udawał przed czytelnikami gieroja, "oficjalnie" nigdy nie zapisał się do klubu nihilistów. Nigdy nie zwątpił w fundamenty, choćby rozrywane były one kolejnymi detonacjami. 

Oczywiście, miał on swoją "ciemne noce", opisane chociażby we wstrząsającym tomie "To", w którym przyznawał, że wszystkie jego zachwyty światem były zaledwie ćwiczeniem stylistycznym. A jednak poeta nigdy nie pozwalał sobie na podkopywanie wiary u swoich czytelników, stał raczej na straży kruchej warowni, w której przed ofensywami bezsensu broniły się wartości.

A Dehnel? Cóż, to taki odpowiednio pomniejszony rewers Miłosza. Poeta, który w kunsztownej formie nawet nie wątpi, ale neguje wszystko to, czego oczy nie widzą. Nie ma żadnej (korzystając ze słów Miłosza) "podszewki świata", nie istnieją żadne pocieszające widoki na przyszłość (pozagrobową), nie ma oparcia w wierze, bo ta jest ucieczką donikąd dla maluczkich i naiwnych.



Czytając "Ekran kontrolny", tom Dehnela wydany w 2009 roku (kto czyta jeszcze takie starocie???), miałem narastające wrażenie, że opisuje on młodego sytego kocura, który dochrapał się swojego terytorium łowieckiego, rzetelnie wyznaczył jego granice, a teraz wystarczy podnieść mu łapę, by tłusta mysz wylądowała w jego paszczęce. Dużo, dużo tutaj zadowolenia z życia (partner, powodzenie, pieniądze, spacery, podróże), które Dehnel niemal każdorazowo podważa przeczucie zmiany, wypalenia lub końca. Szczęście nie jest dane raz na zawsze, a dobra passa, im dłużej trwa, ty silniej może zwiastować pełznącą powoli katastrofę. Ta nieufność to akurat całkiem spoko świadomość. Lepiej się nie przyzwyczajać do niczego - też tak sobie czasem myślę.

Gorzej jednak Dehnel mi brzmi w tych miejscach, gdzie próbuje namysłu (filozoficznego? Ok, tak na poziomie liceum, klasy humanistycznej) nad egzystencją człowieka. Jego myśl krąży po tych samych orbitach, po których rozkminy barokowych poetów metafizycznych. Dehnel wygląda tak, jakby ktoś dał mu raz popatrzeć przez mikroskop, raz przez lunetę, a potem podsunął kartkę i zostawił, by poetycko opisał swoje wrażenia.

No i mamy - gęsty jak syrop pesymizm, który nakazuje poecie uświadamiać czytelnika o tym, że kosmos jest martwy i bezduszny, nasza planetka bezbronna wobec kłębiących się wokół ślepych sił, nasze życie jest krótkie i ulotne, a więc? Barokowi poeci mieli przynajmniej fundament w postaci wiary, że ludzka egzystencja przypomina połączenie telefoniczne - mimo urwanej rozmowy, ktoś/coś jednak istnieje po drugiej stronie. Największy Rozmówca. Dla Dehnela zaś życie to ciągłe wybieranie nieistniejącego numeru telefonu.

Stąd też umniejszanie rangi człowieka, delikatnie wyczuwalna (ale obecna) mizantropia. Kunsztowny śmiech z religijności. Tęsknota za mgławicową "czułością", która jest bezpieczna, dużo bardziej komfortowa niż wiara, miłość, nadzieja. Przeświadczenie o tym, że to sztuka może dać namiastkę "zbawienia", czymkolwiek według Dehnela może ono być.

Oczywiście, Dehnel jest znakomitym rzemieślnikiem i tworzy frazy silne, chwytliwe i mogące (a nawet chcące) się podobać, a jednak pod powierzchnią wersów płynie strumień smutku, żalu, niewiary. Co najgorsze, wiersze są tak dobrze przyrządzone, że czytelnik nie poczuje trucizny, którą mu się podaje.

Kończące te moje niezgrabne rozważania, nie mogę nie wspomnieć o zamykającym tom cyklu sonetów. Cóż, lekturę tych dwunastu sonetów można zastąpić jednym wierszem Herberta "Pan Cogito czyta gazetę." Radzę spróbować...

O, takie porównanie przyszło mi do głowy - "Ekran kontrolny" jest jak czereśnia. Można zjeść wszystko dookoła pestki, a pestkę wypluć jak najdalej.

wtorek, 26 czerwca 2018

Gdy Syzyf mówi: "O kurwa...", czyli "Ruiny i zgliszcza" Towera

Jakiś staroświecki jestem, gdy myślę o takim gatunku jak opowiadanie. Zawsze mam wrażenie, że tradycyjnie napisane realistyczne opowiadanie przedstawia najważniejszy moment z życia bohatera. Kulminację. Szczyt, po osiągnięciu którego nic już nie może być takie samo. A więc opowiadanie to taka relacja z koronacji na bohatera dnia.

Mówiłem Wam, to dość ortodoksyjny i w sumie naiwny sposób postrzegania tego gatunku. Wybaczcie.

Musiałem jednak ową naiwność w kieszeń sobie schować, gdy przyszło mi sięgnąć po "Ruiny i zgliszcza", tom opowiadań amerykańskiego prozaika Wellesa Towera.


Zacznę z grubej rury, nihilistycznie i dekadencko: ten świat jest pełen much, którym wyrwano skrzydła, i zajęcy z przetrąconymi łapami. Ta niezbyt wesoła konstatacja nie powinna nam jednak psuć pogody ducha tak długo jak owe nieszczęścia dotykają bliźnich, a nie nas...

Miałem coś mądrego o tej książce napisać, bo wydaje mi się, że o dobrych książkach tak właśnie pisać należy, tym bardziej że znalazłem w Sieci kilka recenzji "Ruin i zgliszczy" i poczułem się zażenowany własnymi trudnościami z dobieraniem słów, montowaniem długich zawiłych zdań z profesjonalnie brzmiącego słownictwa. No ale nie umiałem, no nie umiałem... A więc niech ten post będzie zapisem z zapasów z materią, która nie jeden raz rzuciła mną o ścianę.

Bohaterami opowieści snutych przez autora są ludzie, których za Wielką Wodą określa się mianem LOOSER i stygmatyzuje literą L. (W Polsce literka ta oznacza początkujących kierowców lub fanów Legii Warszawa.) Być może zdobyli oni w swoim życiu jakieś Kilimandżaro, Mount Everest  na miarę skromnych możliwości, być może kiedyś coś im się tam ułożyło, zagrało, dopasowało, zaczęło zwiastować świetlaną przyszłość, ale autor uparcie przyłapuje ich "na gorącym uczynku", czyli na chwilę przed finałową klęską. Klęską również uszytą na wymiar przeciętnego homo sapiens.

Gdy Camus budował swoją alegorię człowieka, posługując się archetypicznym obrazem Syzyfa, podkreślał, że mitologiczny bohater najszlachetniejszy jest w chwili schodzenia po upuszczony głaz. Decyduje się na nowo dźwigać przeznaczony mu los. Natomiast bohaterowie Towera ujmowani są najczęściej w chwilach, gdy kamień wyślizguje im się ze spoconych dłoni, a oni mogą jedynie odprowadzić go wzrokiem z "O kurwa..." na ustach. I właśnie w tym miejscu Tower kończy.

Można, czemu nie, prześwietlić ten tom pod kątem dekonstrukcji Amerykańskiego Snu, no ale my to przecież dobrze znamy, prawda? Ileż to razy brutalniej opisywano ofiary pogoni za sukcesem i ciemną stronę mitu o awansie społecznym wedle wzorca "od pucybuta do milionera", a jednak Tower wyróżnia się in plus na tym ponurym tle.

Przede wszystkim język pisarza nie bierze jeńców - jest soczysty, mięsisty, wyrazisty. Po imieniu nazywa świat (bez uciekania się do postmodernistycznych gierek), kpi sobie z niego i z zaludniających go indywiduów. A co najważniejsze - Tower jest zabawny. Rubaszny, złośliwy, miejscami cyniczny, jak z rękawa sypie malowniczymi porównaniami o sile klasycznych punch line'ów.

Drugi plus Tower zbiera za prawdę. Bohaterów stać na komfort szczerości z drugim człowiekiem. Oni nie mają czego stracić i o co się starać. Im już się nie chce, im nie zależy, a więc nic ich nie krępuje.

Gdybym znalazł książkę (którą zgubiłem we własnym domu; co za przegryw ze mnie...) posłużyłby się cytatem. Takie historyjka: bohater jedzie jednym samochodem z obecnym partnerem swojej byłej kobiety. Facet jest przystojnym trenerem jogi, ma zadbane ciało, więc wzbudza uzasadnioną złość u naszego bohatera, który sobie myśli mniej więcej tak: "Nie ma co, on pewnie może przez całą noc w kilkunastu pozycjach, a mnie stać było tylko na wejście na kobietę i sapanie jej do ucha, że mam ochotę się pobzykać."

O jakże mi to pasuje...

W każdym razie gdybyście trafili na ten znakomity zbiór, bierzcie w ciemno. Większość tekstów da się przeczytać w ciągu pół godziny, a drugie pół będziemy zastanawiali się, czy wypada śmiać się z nieszczęść drugiego człowieka. Uspokajam wszystkich - Tower wbrew pozorom lubi swoich bohaterów i nie pozwala, żeby spotkała ich krzywda, krzyż, którego nie dadzą rady udźwignąć.

Polecam mocno.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Ta stara dobra konserwa Christie

Ja już dawno przestałem czytać kryminały Agathy Christie w ..... - nie bawią mnie zagadki, których i tak nie mam szansy rozwiązać. Jasne, momentami czuję ducha przygody, intrygi mają odpowiedni nerw, finalne osłonięcie tajemnicy bywa spektakularne, nierzadko naprawdę zaskakujące. A jednak minął już chyba czas, gdy daną powieść Christie potrafiłem w ciągu doby rozgryźć, przeżuć i przetrawić. Apogeum miłości do kryminału odnotowuję na pierwszy rok studiów, gdy zamiast "Pieśni o Rolandzie" i "Średniowiecznej pieśni religijnej świeckiej" czytałem o Herculesie Poirot. 

(Ironia losu... Kilka lat później kryminał stał się tematem mojej pracy magisterskiej.)

Z biegiem lat, z biegiem dni moja uwaga coraz bardziej przesuwała się na tło, na panoramę, na drugi plan, didaskalia - tam najwyraźniej widać to, co mnie teraz w książkach Christie interesuje. Pisarka okazuje się fantastyczną obserwatorką przemian obyczajowych, których była świadkiem na przestrzeni  kolejnych dekad XX wieku. Ba! Christie nie poprzestaje na obserwacji, ona komentuje, ustami swoich bohaterów pozwala sobie na wyrażanie bardzo niepochlebnych opinii o świecie, w którym przyszło jej żyć.

Gdy spojrzymy na klasyczne historie napisane przez autorkę przed II Wojną Światową, okaże się, że bardzo wiele z nich zostało umieszczonych w arystokratycznym światku rozsadzanym od środka przez mniej lub bardziej tajemniczą zbrodnię. Rezydencja, pokład wycieczkowego statku, samolot, kurort wypoczynkowy... - wszędzie, gdzie gromadzą się Nazwiska, Herby i Majątki, pada w końcu strzał, ktoś konsumuje zatruty posiłek, kogoś się dusi lub dźga nożem, nie ważne...

Ważne stają się różane ogrody i stada wiernych służących, dzięki którym świat ten toczy się powoli do przodu. Ważne jest luksus podróży, trawienie czasu na egzotycznych wakacjach, oddech próżniaczego życia, które od czasu do czasu ożywia trup. Eleganckie to wszystko i dobrze zatańczone.

No ale nie o tym...

Dla mnie istotne jest to, co stało się po II Wojnie Światowej - uwielbiam wychwytywać te niuanse, które być może dla niedzielnego czytelnika Christie pozostają marginalne. Powojenne powieści angielskiej pisarki wydają się trzymać blisko ziemi.

Weźmy takie "Nemesis" z roku 1971 - panna Marple zostaje wysłana z misją odkrycia zbrodni, których śladów ma szukać na wycieczce śladami najpiękniejszych ogrodów i posiadłości. Abstrahując zupełnie od fabularnej warstwy utworu, przypatruję się poboczom. Czyż zaniedbany ogród, do którego trafia główna bohaterka, nie może być subtelną metaforą upadku wszystkiego, co pielęgnowała stara dobra angielska prowincja? Czy zapuszczone szklarnie, gruzowiska, nieobecni ogrodnicy nie mogą być symbolami degeneracji dobrego i dostatniego życia, które spłukała fala wojny a potem pokryła swoim szlamem nowoczesność? Zawsze tak to widzę. I słyszę ten wyraźny głuchy elegijny ton.



Christie nie podobały się czasy, których dożyła, ale mogła sobie pozwolić na ich krytykę (zdumiewająco rzadkie zjawisko u współczesnych pisarzy głównonurtowych, którzy częściej przyklaskują przemianom społecznym niż wyrażają jakiekolwiek zaniepokojenie). Nic nie mogło zamknąć ust kobiecie wierzącej w konstytutywną siłę delikatnie podszytego hipokryzją konserwatyzmu osadzonego na fundamentach twardego tradycyjnego rozumienia sprawiedliwości i przyzwoitości.

Pisarka gardziła "nowoczesnym" podejściem do zbrodni, nie godziła się na rozgrzeszanie zbrodni trudnym dzieciństwem, traumami, urazami, kompleksami. Całe to psychologiczne bla bla bla nie miało najmniejszego znaczenia, gdy należało znaleźć i ukarać przestępcę.

Dzisiejsze feministki też toczyłyby pianę, gdyby przeczytały, że "matki często namawiają swoje córki, by te twierdziły, że zostały zgwałcone, gdy tymczasem dobrowolnie poszły w tango z chłopakami." Czyż nie brzmi to aż nazbyt aktualnie? Czyż całe przeokropne #metoo nie doszłoby do wniosku, że Christie bagatelizuje przemoc seksualną, a więc należy zamknąć autorce usta? Czekam, aż ktoś na to wpadnie...

Nie wspomnę już o regularnych kpinach ze współczesnej sztuki i literatury...

W doskonałym "Morderstwo odbędzie się..." Christie rozprawia się z jeszcze jedną patologią współczesności - tradycyjne więzy społeczne spajające mieszkańców prowincji zostają brutalnie zerwane za sprawą powojennej zawieruchy, niekontrolowaną migrację, uchodźców, dezerterów... Nie wiadomo, kto kim jest, skąd przyjechał, z czym przyjechał, kim był. Ciasny, ale własny wszechświat prowincji wchłonął zbyt dużą ilość obcych elementów, by mógł zapewniać poczucie swojskości i rodzinności. (Ja tu słyszę dalekie echa mowy Sędziego o grzeczności: "Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?/ Z kim on żył? co porabiał? Każdy gdzie chce wchodzi, /Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.")



Nie muszę chyba dodawać, że pochwała wsobności jest mi bliska i przedkładam ją ponad mozaikową strukturę, która nie zapewnia ludziom poczucia zakorzenienia i tożsamości opartych ma dzieleniu wspólnie pielęgnowanych wartości.

Jasne, recenzją tych moich rozważań nazwać nie można, a nawet nie wolno. Napisałem to, by poustawiać sobie na kilku półkach w głowie parę myśli. Niewiele więcej. A więc częstujcie się czym tam chcecie. Może ktoś poczuje się zapłodniony i urodzi bardziej poukładany tekst.

Czołem!