wtorek, 25 października 2011

Dajcie mi pilota, bo czytam "Pióropusz" Mariana Pilota!

W nocy wpadłem na ciekawą metaforę - czytanie książek przypomina bliskie spotkania z wodą. W tekstach płaskich i miernych ledwie możemy zamoczyć stopy. Woda jest brejowata i letnia. Nieco lepsze książki - wody po kolana. Po pas to już całkiem do rzeczy literatura i wystarczy się nieco "obniżyć", by poczuć "pełną" satysfakcję obcowania z solidną literaturą popularną.

Czujecie? Książki wielkie to już głęboka woda, tu trzeba umieć pływać, tu nie ma dna, które możemy wymacać wielkim paluchem u stopy. Tu jest w czym się unosić...

A laureat Nike 2011?

Gorsza sprawa...

...zachęciły mnie recenzje (oczywiście teraz widzę ich podejrzaną ogólnikowość i zachowawczość), klimaty prowincjonalne, powinowactwo z Gombrowiczem...


Otwieram, czytam i pierwsze sto stron (1/3 książki) męczyłem się niemiłosiernie. Czytanie "Pióropusza" to pływanie w głębokiej, ale mętnej i zalewającej twarz wodzie.

Autor podtapia czytelników mieszaniną gwary, neologizmów, wyliczeń. Usidla nas poplątaną składnią, dialektyzmami, Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze. I w żadnym momencie nie czujemy kołysania, zniewolenia "mocą słów" - raczej narastającą irytację, znużenie.

Tak, jakby próbowało nas zahipnotyzować medium mówiące w bełkotliwym obcym języku.

Chciałem dać się uwieść historii wsi, do której po wojnie przybywają nowe władze, by przejąć rząd dusz nad ciemną masą chłopską. Ale i tu się rozczarowałem - opowieść znów tonie w bagnach upiornej stylizacji. Zabrakło lekkości pióra (nomen omen) Redlińskiego, który w "Konopielce" idealnie splótł gwarę, temat i intrygę.

Czytam w recenzjach, że to "powieść o potędze i przekleństwie pisma, wierze w słowo i konsekwencjach upojenia się tą wiarą. Jedna z piękniejszych, jakie nam w ostatnich latach podarowano."

Tak trąbiła Wyborcza, a dla mnie to niestety kolejny dowód na to, że w zaangażowanej polskiej prozie to JAK się pisze niemal zawsze wyprzedza to, CO się pisze.

Jasne, ja również widzę olbrzymie walory "Pióropusza", są one jednak raczej zarezerwowane dla habilitujących się filologów, etnografów i pasjonatów wszelkich literackich ciekawostek.

Zwykłemu czytelnikowi pozostaje stoczyć nierówną walkę z dziełem Mariana Pilota. W moim przypadku wygląda to jak przepychanie na bocznicę wagonu z węglem kamiennym.

Ani sensu, ani celu...

czwartek, 13 października 2011

Nick Hornby "Wierność w stereo", czyli po co czytać średnie książki?

Dlaczego mam czytać średnie książki? Zadaję sobie pytanie za każdym razem, gdy narzucam uczniom narzucany mi kanon lektur. Jak długo można katować młodych ludzi muzealnymi skamieniałościami w stylu "Gloria victis" lub "Świętoszek" czy inni "Ludzie bezdomni"?

Cała sztuka walki z lekturą polega na tym, by w tych kopalinach znaleźć coś, co może błyszczeć światłem współczesnego świata. Coś, co może współgrać z dzisiejszymi problemami, wątpliwościami, pytaniami.

***

Czytałem,nie bez pewnej męki niższego rzędu, powieść angielskiego pisarza wagi nieciężkiej, Nicka Hornby'ego. "Wierność w stereo" się nazywa i nawet zekranizowano to dziełko kiedyś.


Autor w wersji rysunkowej.

Nie powiem, nieco się męczyłem obserwując rozterki sercowe faceta po trzydziestce. Gościa powinienem lubić - fanatyk muzyki, właściciel kiepsko prosperującego sklepu płytowego, kolega dwóch innych muzycznych popaprańców, z którymi wciąż wciąż spiera się o niemal wszystko.

Powinienem lubić tego marudzącego, szukającego sensu życia loosera, ale jakoś nieszczególnie mi szło, bo... ta powieść jest o uczuciach. Nie o muzyce, nie o pasji, nawet nie o życiu ogólnie rozumianym. Ale właśnie o uczuciach, które z miażdżącą czytelnika precyzją opisuje nam główny bohater.

Całymi stronami rozpamiętuje/rozdrapuje wszystkie rany, jakie zadały mu jego partnerki życiowe. Zbolały jest przy tym, jak współczesna wersja cierpiącego Wertera, który frak i kamizelkę zamienił na dżinsy i podkoszulkę.

Nie powiem, jest się momentami z czego pośmiać. To w końcu ma być literatura łatwa i przyjemna, weekendowa.

Powieść rozgrzeszają autentycznie zabawne szermierki słowne, parę ciekawych obserwacji społecznych (stosunek bohatera-narratora do własnych rodziców jest nie do przyjęcia w takim "rodzinnym" kraju jak nasz), kilka udanych metafor życia w związku z płcią przeciwną (polecam rozważania o kobiecej bieliźnie walającej się w mieszkaniu mężczyzny), no i "branżowe" dowcipy o zespołach rockowych.

Mnie najbardziej rozśmieszyła "akustyczna wersja Kraftwerk", if you know what I mean...

***

Dlaczego jednak zacząłem od problemu lektur? Bo coś mi się zdaje, że Hornby MUSIAŁ czytać kiedyś "Lalkę" Prusa i pewnie coś mu zostało. Przyjrzycie się temu fragmentowi "Wierności...":

Niektóre z moich ulubionych piosenek: „Tylko miłość lamie ci serce" Neila Younga; „Wczoraj śniłem, że ktoś mnie pokochał" The Smiths; „Wezwij mnie" Arethy Franklin; „Nie chcę o tym mówić" w dowolnym wykonaniu. A także: „Miłość rani" i „Kiedy miłość hamuje", i „Jak naprawić złamane serce", i „Szybkość dźwięku samotności", i „Odeszła", i „Po prostu nie wiem, co mam z sobą zrobić", i... słucham tych piosenek przeciętnie raz w tygodniu (trzysta razy przez pierwszy miesiąc, potem coraz rzadziej), odkąd skończyłem lat szesnaście, dziewiętnaście i dwadzieścia jeden. I jak tu nie być pokaleczonym gdzieś w środku? I jak tu nie stać się osobą, która rozpada się w drobny pył, gdy jej pierwsza miłość znika z innym? Co było pierwsze: muzyka czy rozpacz? Czy słuchałem muzyki dlatego, że rozpaczałem? Czy może rozpaczałem dlatego, że słuchałem muzyki? Czy płyty zamieniają człowieka w melancholika? Ludzie martwią się o dzieci bawiące się bronią i o nastolatki oglądające przemoc na filmach; obawiamy się, że wśród młodzieży dominuje kultura gwałtu. A nikt nie przejmuje się dzieciakami słuchającymi tysięcy – dosłownie tysięcy – piosenek o złamanych sercach, odrzuceniu, bólu, rozpaczy i stracie. Najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi, jakich znam, są – wedle pewnych romantycznych kryteriów – ci, którzy najbardziej lubią muzykę pop. Nie wiem, czy muzyka pop sprowadziła na nich nieszczęścia, wiem natomiast na pewno, że słuchają smutnych piosenek dłużej niżby powinni w jednym, nieszczęśliwym życiu.

Dość ładny fragment, prawda? Oświetla pewien obszar wspólnych doświadczeń.

A teraz Wokulski:


"Teraz już wiem, przez kogo jestem tak zaczarowany..."
Uczuł łzę pod powieką, lecz pohamował się i - nie splamiła mu twarzy. 
"Zmarnowaliście życie moje... Zatruliście dwa pokolenia!... szepnął. - Oto skutki waszych sentymentalnych, poglądów na miłość". 
Złożył książkę i cisnął nią w kąt pokoju, aż rozleciały się kartki. Książka odbiła się od ściany, spadła na umywalnię i ze smutnym szelestem stoczyła się na podłogę. 
"Dobrze ci tak! tam twoje miejsce... - myślał Wokulski. - Bo któż to miłość przedstawiał mi jako świętą tajemnicę? Kto nauczył mnie gardzić codziennymi kobietami, a szukać niepochwytnego ideału?... Miłość jest radością świata, słońcem życia, wesołą melodią w pustyni, a ty co z niej zrobiłeś?... Żałobny ołtarz, przed którym śpiewają się egzekwie nad zdeptanym sercem ludzkim!"Wtem nasunęło mu się pytanie: 
"Jeżeli poezja zatruła twoje życie, to któż zatruł ją samą? I dlaczego Mickiewicz, zamiast śmiać się i swawolić jak francuscy pieśniarze, umiał tylko tęsknić i rozpaczać? 


Czujecie? Ten sam chwyt! Ten sam gniew. To same rozczarowanie "sztuką", która w bolesny sposób ilustruje nasze upadki, a może nawet pogłębia ich odczuwanie i zamienia nas w cierpiętników, niewolników smętnych wierszy i snujących się ballad.

Wiersze i piosenki jako sól na nasze pokaleczenia życiowe. Dobry temat na maturę lub chociaż poważniejszą pracę klasową.

Na koniec zdanie, które mógłbym traktować jako pomniejsze motto życiowe. Napis na koszulce? Temat wypracowania?

Wspaniale jest mieć depresję: człowiek robi, co chce, i nikt nawet nie piśnie.

Dla takich zdań warto było się przedrzeć przez tę książkę.

czwartek, 6 października 2011

Poezja rządzi, w księgarniach popłoch! Transtromer - Nobel 2011.

Wszystko jasne! Nobel dla pierwszorzędnej poezji! Żadne tam smuty feministyczne, żadne błazenady. Jednen kłopot - jak podało radio RMF FM "w ksiegarniach popłoch, w hurtowniach nie ma poezji laureata, w bibliotekach też nic. Poezja Szweda jest w Polsce nieznana!"

Ja ja sobie dziś ułożyłem na biurku taka mozaikę noblowską:

wtorek, 4 października 2011

Nie strasz, nie strasz, bo się... - King "Czarna bezgwiezdna noc"

Oj, dałem się nabrać fanom Kinga. Jego najnowsza książka miała okazać się najlepszą od lat, bo „mistrz pokazał lwi pazur”, bo strach się bać, generalnie jest groźnie jak dawno nie było.

Czytam, czytam, a tu zawód, wielki. Z czterech długich opowiadań zaledwie jedno może przykuć uwagę od początku do końca, jedno zaczyna się i rozwija znakomicie, by skończyć się smrodem poprawności politycznej, dwa pozostałe to kiksy.

Szczegóły?

„1922” – pierwszy tekst. Ameryka sprzed czasów Wielkiego Kryzysu. Prowincja. Rodzina. Mąż zabija żonę. Pomaga mu syn. Ciało wrzucają do studni. Żona wraca jako duch. Wścibski policjant węszy za zaginioną ofiarą. I na tym mogłoby się skończyć, gdyby nie fakt, że King porozciągał tę opowieść jak wyżutą balonówę. Akcja wlecze się niemiłosiernie. Meandruje bez celu, by skończyć się mało wyszukanym, całkowicie niezaskakującym rozwiązaniem.

No i tytuł – równie dobrze akcja tej historii mogłaby się dziać 20, 30, 40 lat później.

Nic nie straszy, a chcemy być straszeni, więc udajemy, że boimy się prześladujących bohatera szczurów i rozkładającego się ciała zamordowanej…

„Wielki kierowca” sprawiło mi najwięcej satysfakcji. Czytelniczej, bo rzecz jest o szukającej odwetu zgwałconej kobiecie. Tempo, zaskoczenie, napięcie… Wszystko na miejscu i we właściwych proporcjach. Niestety, finał jest żenujący i…hmmm? Feminizujący?

Trzecia historia to wielka pomyłka – pomysł ciekawy, ale King znów się potknął o własne nogi. Bohater chory na raka zawiera z diabłem układ – choroba się cofnie, ale tragedie dotkną wskazanego przez bohatera nieszczęśnika. Wybór pada na najlepszego (sic!) przyjaciela. Reszta opowiadania to barwny i dość szczegółowy opis iście hiobowych sytuacji. Finał nijaki. Gdyby sfilmowano to opowiadanie, czekałby na koniec końcowych napisów, za którymi coś się jeszcze może czai. A tu "kto czytał, ten trąba."

Ostania odsłona to opowieść o żonie, która odkrywa, że jej mąż jest seryjnym psychopatycznym mordercą. I znowu – świetnie się czyta. King znalazł kilka ładnych metafor, by zilustrować spustoszenie umysłu bohaterki. Ciekawie wybrnął z paru karkołomnych zawiłości intrygi, ale finał i tym razem rozczarowuje.

Pojawia się typowa dla Autora figura – policjant-staruszek, na pozór tylko niedołężny i zdziecinniały , a ta naprawdę dysponujący przenikliwym i analitycznym umysłem. Pojawiają się detale, zawsze ładnie dopełniające upiorny wszechświat Autora. Jednak my to już wszystko znamy, od dawien dawna...

Cóż - dodajmy do tego jeszcze okładkę, która mogłaby z powodzeniem zdobić kolejny tom przygód licealistów-wampirów i mamy komplet...





"Światowy bestseller #1"