poniedziałek, 14 listopada 2011

Oby ta mniejszość była jak największa - Anne Fadiman "Ex libris:wyznania czytelnika."

Swego czasu rozbawił mnie dowcip następujący:

"W starożytnej Sparcie słabe, mizerne, anemiczne dzieciaki zrzucano ze skały w przepaść i dlatego w Sparcie nie było kujonów."

Ok, może to średnio śmieszne, ale dobrze oddaje moje pierwsze wrażenia związane z lekturą książki Anne Fadiman "Ex libris: Wyznania czytelnika."


Dlaczego?

Moja Żona, mająca rozbrajającą manierę czytania mi na głos co lepszych fragmentów rozpracowywanych właśnie książek, zaserwowała mi opowieść o rodzinie Anne Fadiman, w której KAŻDY ma totalnego fioła na punkcie książek. Rodzinka siedzi razem na kanapie przed telewizorem, biorą "udział" w teleturnieju (coś a la nasi "Milionerzy", tak z grubsza, tylko że startują drużyny uniwersyteckie) i okazuje się, że najczesciej wiedzą więcej niż oglądani zawodnicy.

Wkurzają mnie zazwyczaj podobne klimaty - "Wow! Jesteśmy fucking cool, bo czytamy wspólnie książki i znamy dużo słów!" Coś podobnego czułem kiedyś słuchając Listy Przebojów Trójki, którą współprowadziła wyselekcjonowana grupa wiernych (nomen omen) słuchaczy.

Koszmar! Poczucie zajebistości nie opuszczało wiernych ani na moment, co z czasem zaczynało być irytujące jak jasna cholera.

Jednak teraz przyznaję do jednej z moich największych czytelniczych pomyłek - książka pani Fadiman jest cudowną, zgrabną, zwiewną opowieścią o tym, jak żyć (z) książkami.

Nie będę zanudzał relacjonowaniem tego, co każdy szanujący się czytelnik powinien poznać.

Fanatyk słowa pisanego/czytanego znajdzie w esejach naszej Autorki zabawny i autentyczny obraz wszelkich nieobcych mu patologii - jak poukładać książki na półkach, jak połączyć księgozbiory przyszłych małżonków, jak nie rozstawać się z ulubionym piórem, jak czytać między wersami o słabościach i obsesjach wielkich pisarzy, jak w ogóle czytać mając dzieci i napięte życie zawodowe...

Czujemy pokrewną duszę, a przy okazji głębinowy szacunek, jaki musi budzić rozległa erudycja Anne Fadiman.

Kiedyś trafiłem na takie słowa: "Ludzie czytający zawsze będą stanowili mniejszość. Chodzi jednak o to, by ta mniejszość była jak największa."

"Ex libris" przekonuje, że fajnie być w mniejszość, nawet ciut mniejszej niż większej...

środa, 9 listopada 2011

Rozsypana układanka Jennifer Egan - "Zanim dopadnie nas czas"

Jeżeli odważylibyście się otworzyć własnoręcznie napisaną książkę mottem pochodzącym z W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, mielibyście na karku całe stado głodnych wrażeń ambitnych czytelników.

Wybór poświaty, w jakiej czytać będziemy taką książkę, musi zobowiązywać – nie ma to tamto.

Podobnie okładka – rasowa rockowa gitara, gotowa, by sięgnął po nią taki na przykład Neal Young, żeby nie szukać zbyt daleko…




No i reklama, okładkowy wabik…

Bennie Salazar, podstarzały punk i właściciel wytwórni płytowej, i jego asystentka Sasha – żadne z nich nie zna przeszłości drugiego. Poznaje ją jednak czytelnik wraz z intymnymi szczegółami i historiami innych postaci, które spotykali oni na swej drodze. Razem z bohaterami przechodzi od szumiących płyt analogowych i amatorskich kapeli punkowych wykrzykujących swoje emocje na żywiołowych koncertach jednoczących publiczność do „ściągania kawałków z neta”, mp3 i doskonałych nośników dźwięku.
Czy mógłbym nie przeczytać tej książki? Ach, i jeszcze Pulitzer 2011. Chyba wystarczy, co?


Jednak Autorka potrafi to wszystko rasowo spartolić, spartolić po cichu, dyskretnie, z kobiecym wdziękiem…


Spodziewałem się podróży w przeszłości, gorzkiej eskapady z prądem lub pod prąd rzeki czasu. Spodziewałem się klarownego i przekonywującego portretu starzejących się bohaterów, którzy obserwują, jak świat okrada ich z ideałów, jak tracą złudzenia, włosy, potencję…

Jennifer Egan zachowuje się jak jajko mądrzejsze od kury i całą sprawę nielitościwie komplikuje – zbiera ciekawą galerię postaci, ale tak plecie ich losy, tak miesza w tyglu, gdzie przeszłość łączy się z teraźniejszością, że powoli tracimy i orientację, i (co gorsza) zainteresowanie poszczególnymi bohaterami, bo jak tu zainteresować się losem kogoś, kto wygląda na pierwszoplanowego bohatera, a po chwili znika w czeluściach powieści?

Co powiedzieć o jednym z rozdziałów, który jest wypisz wymaluj zamkniętym w sobie opowiadaniem nie mającym większych związków z resztą książki?

A kuriozalne 75 stron nie-wiadomo-czego ujętego w formę slajdów rodem z pokazów a la Power Point?

Egan bierze do ręki szkło powiększające i zaczyna przyglądać się przypadkowo wyłuskanym ze zbiorowego zdjęcia ludziom. Archipelagi wydarzeń nie układają się w przemyślaną całość, nie ma jednego NAD-ZAMYSŁU autorskiego, którego my, maluczcy czytelnicy, powinniśmy mieć szansę chwycić.

A sama Autorka walczy z tą rozsypującą się mozaiką – raz chwyci większą całość, raz poszczególne elementy rozsypią jej się z takim impetem, że straci jej z pola widzenia…


Struktura narracji w powieści Jennifer Egan.


„Wszystko się dziwnie plecie/Na tym tu biednym świecie” już znamy od czasów „Pieśni IX” Kochanowskiego. Ale Janowi z Czarnolasu wystarczyły dwie linijki, by zapisać tę prawdę. Autorka „Zanim…” potrzebowała stron 360.

(Lapidarnie sprawę by ujął Stanisław Anioł : „Mądremu dwa słowa wystarczą, a głupiemu to i referatu mało, jak powiedział Sofronow.”)



Żeby jednak oddać sprawiedliwość tej powieści – Autorka ma ładny spokojny styl. Zdania są czyste, nieraz emanują dziwną chłodną poetyką, dystansem emocjonalnym. Pierwszym skojarzeniem są zdjęcia polaroidowe, niby ostre, ale jednak ich barwy lekko „ześlizgują się” z przypisanych im miejsc.

Losy bohaterów czasem (gdy się połapiemy w tej całej plątaninie) też potrafią nieźle sponiewierać. Zwłaszcza obraz niegdysiejszego producenta muzycznego, który walcząc ze swoim umierającym ciałem, przyjmuje wizytę dawnej kochanki w wypranej z ciepła i przytulności rezydencji.

Takie obrazy Egan zgrabnie i z wyczuciem komponuje, ale jest ich boleśnie niewiele. Większość powieści to scenki mniej lub bardziej rodzajowe niepokojąco skrojone pod gust amerykańskiego/światowego czytelnika.

Bohaterami są właśnie takie amerykańsko/światowe ikony, gotowe jasełkowe typy – starzejący się rockman, upadła aktoreczka, specjalistka od PR, ofiara „amerykańskiego snu” żyjąca obok głównego nurtu życia…

Klasycznej pointy nie będzie – jak przeciął pewną dyskusję Dziennikarz w „Weselu”:

„A to czytaj, kto ciekawy!”