czwartek, 17 września 2015

Po kiego grzyba czytać "Fungusa" Knighta?

Lubię grzyby. Z wyrachowaniem ignoruję opinie dietetyków, którzy wciąż rozprawiają o znikomych wartościach odżywczych grzybów. Lubię zupę grzybową, farsz w pierogach, grzyby baraszkujące w bigosie. Grzybów najwyraźniej jednak nie lubi Harry Adam Knight, autor powieści „Fungus”, bo to właśnie grzyby stały się przyczyną zagłady niemal całego świata.



Wszystko zaczyna się w laboratorium, gdzie pewna pani doktor pracuje nad taką modyfikacją grzybów, by te nie tylko rozmnażały się z szaloną prędkością, ale również miały wybitne wartości odżywcze. Wiecie, wszystko w imię walki z głodem w krajach trzeciego świata i takie tam… 

Oczywiście dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Naszej pani doktor ręka się omsknęła, co z kolei doprowadziło do narodzin krwiożerczych organizmów, które w dość malowniczy sposób zabijają kolejnych bohaterów. Ludzie na przykład eksplodują, a to dość trudno potem posprzątać, lub grzyby porastają całe ciała człowieka i zamieniają go w przedziwną istotę żywiącą się trawą.

Grzyby powoli pochłaniają całą Wielką Brytanię. Londyn pokryła mięciutka warstewka pleśni, reszta grzecznie czeka na swoją kolej, a wszelkie próby militarnej konfrontacji z grzybami kończą się kompromitacją armii należącej przecież do NATO. Cała nadzieja spoczęła w rękach trójki bohaterów, którzy zamknięci w czołgu-bestii ruszają bezdrożami Anglii do Londynu, gdzie spodziewają się znaleźć ratunek dla pożeranej powoli ludzkości.

Macie dość? Pewnie tak. To czysta patologia czytać podobne książki. Przyznawać się światu, że skacze się z radości, czytając sceny opisujące lesbijski seks, który kończy wizja pleśni powoli trawiącej ciała kochanek. Knight jest uroczo pulpowy. Niezgrabny, ale mimo swojej niegramotności, umiejętnie serwuje nam specjały z kuchni literatury klasy B i C – krew, bebechy, seks, krew, cycki, bijatyki, krew, seks…  Powieść kończy się jakoś tak bez wyraźnego finału. Tak, jakby Knight znudził się swoją własną i chciał jak najszybciej wywiązać się z umowy wiążącej go z wydawcą.

Z pewnością „Fungus” nie znajdzie się na liście 100 książek, które trzeba przeczytać przed śmiercią. No, chyba że się akurat odsiaduje dożywocie, a więzienna biblioteka zaopatrzona jest w księgozbiór wzbogacony w latach 90 dzięki uprzejmości takich wydawnictw jak Phantom Press.

Dobrze będę wspominał tę upiorną (pod różnymi względami) opowieść o zabójczych grzybach, zaś pisząc tę recenzję, uświadomiłem sobie, jak trudno znaleźć w języku polskim synonim słowa „grzyb.”

sobota, 5 września 2015

Dlaczego mój blog o książkach jest kiepski, czyli "Pan ciemności" Smitha

Czasem człowiek musi się sponiewierać. Napić się piwa z Biedronki i nażreć chipsów o smaku zielonej cebulki. Potem wbić do najbliższej dyskoteki, potupać w rytm przebojów RMF-u, znaleźć jakąś mało oporną pannę, by wślizgnąć się z nią do pożyczonego od kolegi samochodu stojącego na parkingu...

Mnie nie dane było przeżyć podobnych atrakcji (choć tak bardzo się starałem), więc staram się uatrakcyjnić życie, czytając tanie horrory klasy B i C. Taki Guy N. Smith, niezwykle żywotny i płodny autor zbudował swoje specyficzne miejsce w szeroko rozumianej literaturze dzięki pisaniu o rzeczach, którymi brzydzi się "normalny" czytelnik. 

Znamy jego cykl o gigantycznych krabach pałaszujących cycate plażowiczki, znamy historie o byłym księdzu-komandosie, w którego "wnętrzu" mieszka dusza jego zmarłego złego brata bliźniaka. Bez trudu znajdziemy inne absurdalne, ale atrakcyjne z punktu widzenia miłośnika taniego horroru rozrywki.

Nie przeliczyłem się więc, gdy chwyciłem po jego króciutką książeczkę "Pan ciemności." Horror tak zły, że aż dobry. Tak kaleki, momentami nieudolny, przewidywalny, że mój zepsuty czytelniczy gust poczuł krew i ruszył na poszukiwanie dalszych atrakcji.




Jesteśmy w szkole. W elitarnej placówce położonej gdzieś w górzystej Szkocji, gdzie kształcić się ma ją młodzi, silni fizycznie i psychicznie uczniowie. Szkołą zarządza sadystyczny, przewrotny zwyrodnialec, który, jak się z czasem okazuje, czci szatana i uwielbia lekcje wychowania fizycznego. Serio.

W szkolnej kaplicy odbywają się regularne czarne msze, w czasie których pije się krew ukradzionych pewnemu dziadkowi kur. Dodatkową atrakcją są cyklicznie podejmowane próby zapłodnienia dziewicy, by ta wydała na świat jakieś mroczne potomstwo. Tytułowy zaś "Pan ciemności" to jakieś rozkładające się ze starości truchło przetrzymywane w pobliskiej krypcie i regularnie dokarmiane ciałami ginących czasem uczniów.

Czujecie ten klimat? Te kartonowe dekoracje? Potwory w gumowych kostiumach? Krew z sosu pomidorowego? Jeśli to coś dla Was, lektura nasyci Wasze perwersyjne gusta.

Podsumuję nieco przewrotnie - ostatnio kilka obserwowanych przeze mnie blogów książkowych zostało uhonorowanych umieszczeniem na liście wybitnie wartościowych przestrzeni internetowych, gdzie rozmawia się o literaturze.

Chyba będę musiał więc zmienić moje "pole widzenia" i na dobre pożegnać się z takimi autorami jak Guy N. Smith, by móc starać się o zaistnienie w jakimkolwiek poważnym gronie...