czwartek, 26 listopada 2015

W przybliżeniu, czyli "Folklor świata Dysku" Simpson

Cieszyłem się i nie cieszyłem, czytając „Folklor świata Dysku” Jacqueline Simpson. Przyznam, że jestem świeżo upieczonym wielbicielem Pratchetta i przede mną wciąż więcej do odkrycia niż przed czytelnikami, którzy wiele wieczorów spędzili na ulicach Ankh Morpork lub w ostępach Ramtopów. Zachwyt neofity nie gaśnie we mnie, gdy przewracam strony kolejnych opowieści o strażnikach miejskich, wiedźmach lub Śmierci i jej pomagierach. Świat mozolnie konstruowany przez angielskiego autora jest skomplikowany, wielowymiarowy i zdumiewająco bogaty w nawiązania do kultury i literatury.

Jacqueline Simpson uzbrojona w oręż kulturoznawstwa, podpierając się fenomenalną znajomością folkloru różnych części świata i literatury, w udany sposób odkrywa przed nami tajemnice świata Dysku. Zaczynając od początku (tak ponoć jest najlepiej), czytamy o kosmogonii świata Dysku, o pierwotnych siłach rządzących tą rzeczywistością, o bogach i demonach. Jak udowadnia autorka, Pratchett pełnymi garściami czerpał ze skarbnicy mitologii, zaciągając jednak tego typu długi, robi to z charakterystycznym dla siebie wdziękiem i lekkością. Poczucie humoru i dystans pozwalają Pratchettowi zdjąć ciężar gatunkowy z przyswajanych inspiracji, a jednocześnie ani razu nie obniżyć poziomu pisarstwa. Nie mamy wrażenia, że angielski autor z nas żartuje. On pokazuje tylko, jaki potencjał drzemie w klasycznych, aczkolwiek często zapomnianych przestrzeniach kultury.
„Folklor świata Dysku” podzielony jest w typowy dla dzieł naukowych sposób – autorka bierze pod lupę poszczególne istoty zamieszkujące Dysk, przygląda się im z wnikliwością, cytuje co smakowitsze fragmenty poszczególnych książek, w których istoty owe odgrywają istotne role, a następnie odsłania przed nami źródła inspiracji Pratchetta – raz jest to Szekspir, innym razem mitologia germańska lub średniowieczne podania.
Nie należy obawiać się przesadnej naukowości rozważań Jacqueline Simpson. Autorka ma lekkie pióro i zgrabnie prowadzi nas meandrami Dysku, udowadniając, że literaturę popularną (w tym przypadku fantastyczną) może rozczytać przy pomocy narzędzi daleko poważniejszych niż mogłoby się to nam wydawać na pierwszy rzut oka.
Przyszła pora, by zdradzić, dlaczego nie mogłem do końca cieszyć się lekturą tej ciekawej książki – otóż autorka zbyt często „spoileruje.” Zbyt wiele szczegółów książek Pratchetta, które czekają w kolejce do przeczytania, zostało nadgryzionych rozważaniami pani Simpson, a część niespodzianek została zepsuta. Cóż, można więc z czystym sumieniem polecić tę pozycję koneserom twórczości angielskiego pisarza, którzy jak własną kieszeń znają Dysk i jego mieszkańców. Nowym miłośnikom Pratchetta polecam zapoznać się najpierw z jego kilkoma powieściami. Myślę, że wybranych dwadzieścia książek powinno na początku wystarczyć…  

czwartek, 19 listopada 2015

Midasowe paluchy i fetysz opowiadania, czyli "Rzeczy ulotne" Gaimana

Być miłośnikiem fantastyki i nie znać twórczości Neila Gaimana lub nie kojarzyć nazwiska tego angielskiego autora wydaje się niemożliwością. Gaiman jest nie tylko laureatem rozlicznych nagród i wyróżnień, które zdobył za książki będące wyraźnymi punktami orientacyjnymi na mapie współczesnej fantastyki, ale również z powodzeniem realizuje się jako scenarzysta komiksowy (słynna seria o Sandmanie to w końcu jego dzieło). Ciut gorzej idzie mu pisanie wierszy, ale najwidoczniej nie można być doskonałym…


Gaimana można jednak nie lubić. Nie wszystkim podoba się artystyczna płodność pisarza, jego Midasowy dotyk, który nierzadko zamienia tekst w tombakową błyskotkę zamiast w szczerozłoty i unikatowy przedmiot zachwytu. Lekkie pióro autora a chyba zbyt często wygrywa z krytyczną autorefleksją, czego przykładem są teksty zebrane w drugim tomie „rozsianych” dzieł angielskiego autora pt. Rzeczy ulotne. Cuda i zmyślenia. Wbrew zachwytom zagorzałych wielbicieli Gaimana, trzeba od samego początku podkreślić, że książka ta jest nierówna i obok utworów wyśmienitych prezentuje nam historie na pierwszy rzut oka dobre, ale wewnętrznie puste, oferujące powierzchowne emocje.


Okładka ładna, nie powiem


Gaimana najłatwiej ochrzcić jednym z najzdolniejszych postmodernistów literatury fantastycznej. I jeżeli postmodernizm będziemy rozumieli jako skłonność do łączenia wszystkiego z wszystkim, zdolność żonglowania znanymi i doskonale rozpoznawalnymi elementami świata literatury i kultury, budowania teoretycznie nowych treści przy pomocy starych prefabrykatów, to autorAmerykańskich bogów idealnie wpasuje się w ten schemat.


Pierwsze (i jedno z najlepszych w książce) opowiadanie pt. Studium w szmaragdzie doskonale ilustruje mechanizm, w jakim Gaiman czuje się najlepiej. Łącząc realia opowieści o Sherlocku Holmesie z grozą świata wykreowanego przez Lovecrafta, pisarz tworzy zupełnie nową jakość – opowieść jest fantastycznie skrojona, oszczędnie zarysowuje realia świata przedstawionego, tym samym mobilizuje czytelnika do eksploracji tegoż świata na własną rękę. A co najważniejsze – powierzchnia Studium w szmaragdzienie ma najmniejszej rysy; splot dwóch, wydawałoby się całkowicie odmiennych światów przedstawionych, jest fenomenalny.


Fabuły opowiadań bardzo często krążą wokół ulubionych przez Gaimanatematów – czytamy o duchach i innych mieszkańcach zaświatów, którzy pojawiając się w naszej rzeczywistości (Pora zamykania, dziwny, nieco pretensjonalny Październik w fotelu), sieją zamęt lub wyrywają bohaterów z błogostanu. Czytamy „dodatki”, jakimi autor wzbogaca wcześniej stworzone teksty – Władca górskiej doliny jest ciekawym uzupełnieniem doskonale znanych Amerykańskich bogówGaiman zasypuje czytelnika bogactwem pomysłów, potrafi oszołomić paletą przeróżnych nastrojów, które rozciągają się od mrocznych infernalnych przestrzeni (To inni) do lekkich przewrotnych wariacji na temat ulubionych lektur z dzieciństwa (Problem Zuzanny).


Gaiman jest konceptualistą – chwyciwszy pomysł, owoc krótkiego przebłysku inwencji, trzyma się go i buduje wokół niego krótszą lub dłuższą opowieść. Niestety, nie wszystkie pomysły bywają dobre. Zbyt często teksty wydają się jałową przeintelektualizowaną grą obliczoną na olśnienie odbiorcy. Są jak sztuczki techniczne, które nawet na metr nie przybliżają napastnika do bramki przeciwnika. Niejednokrotnie możemy odnieść wrażenie, że czynność pisania jest tak silnie zakorzeniona w naturze angielskiego autora, że gubi on zdrowy dystans do swojej twórczości – najlepszym przykładem tego są wiersze umieszczone w Ulotnych rzeczach. Pachnące grafomanią, starają się poruszyć serca i wyobraźnię, choć tak naprawdę są nieznośnie pretensjonalne i archaiczne w porównaniu z tym, co mówi i jak mówi współczesna angielska poezja.


Dla fanów Gaimana (i chyba nie tylko dla nich) wyjątkowo atrakcyjnie wyglądać będzie wstęp, w którym sam autor komentuje poszczególne teksty, budując wokół nich ciekawe konteksty. Śledzimy więc losy opowiadań, poznajemy zawiłe ścieżki, jakimi potrafi podążać natchnienie, ze zdumieniem i narastającą zazdrością czytać będziemy o przebogatym rynku czytelniczym, na którym Gaiman zajmuje ugruntowaną pozycję.


Podsumowując, Rzeczy ulotne są całkiem przyzwoitym uzupełnieniem portretu twórcy, którego powinno poznać się wcześniej, sięgając po jego klasyczne już dzieła. Forma powieści służy angielskiemu pisarzowi, który rozwija wtedy skrzydła i potrafi oszołomić czytelnika nadzwyczajną fabułą i solidną dawką fantastyki. Krótsze formy zaś często pozostawiają niedosyt lub mogą irytować z wyżej wymienionych powodów. Na szczęście wśród kilku słabszych lub średnich tekstów znajdziemy prawdziwe perełki. I to dzięki nim spotkanie z tym zbiorem opowiadań może być satysfakcjonujące.

sobota, 7 listopada 2015

Da się? Da się napisać o historii bez smęcenia, czyli "Może Estera" Petrowskiej

Są dwa typy książek, których szczerze nie znoszę. Snucie rodzinnych opowieści, odtwarzanie losów Kowalskich czy innych Nowaków śmiertelnie mnie nudzi i nie znajduję niczego interesującego w czytaniu o losach ludzi, którzy żyli zanim ja się urodziłem. Unikam też jak ognia relacji o II wojnie światowej – zbyt słabe mam nerwy, by czytać o autentycznych bestialstwach, jakich zaznali ci, którzy należeli do pokolenia moich dziadków. Jak więc widzicie wolę starą dobrą fikcję literacką, bo wystarczającą dawkę realizmu oferuje mi samo życie.
Chwytając więc za książkę Katii Petrowskiej „Może Estera”, byłem pełny jak najgorszych obaw, skoro łączy ona w sobie dwie wyżej opisane przeze mnie cechy. Cóż z tego, że tekst ten zebrał bardzo pochlebne opinie wśród krytyków i czytelników, skoro z dziełem tym jest mi (teoretycznie) wybitnie nie po drodze? Jakież jednak było moje zdumienie, gdy po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron stwierdziłem, że książka ta sprawia mi o wiele większą przyjemność niż mogłem to podejrzewać.
W czym więc upatruję siłę debiutu Petrowskiej? Ano w formie tej opowieści. Gdyby ktoś inny pokusił się o przeprowadzenie swoistego śledztwa w poszukiwaniu własnych korzeni (i pewnie również tożsamości), mielibyśmy pewnie do czynienia z mniej lub bardziej przewidywalną biograficzną opowieścią o losach żydowskiej rodziny, którą zawierucha historii XX wieku okrutnie sponiewierała. Takich na poły brutalnych, na poły wzruszających sag literatura oferuje nam sporo.

Natomiast „Może Estera” jest arcydziełem formy i stylu. Autorka ma niezwykły zmysł poetycki, a to oznacza, że potrafił łączyć w obrębie jednego akapitu (ba! nawet zdania) zjawiska, informacje, z różnych przestrzeni – Petrowska fantastycznie żongluje odwołaniami do kultury, literatury, historii, biografii i tworzy z tego wszystkiego niesamowitą migotliwą powierzchnię tekstu. Prywatną odyseję, której etapy wyznaczają wizyty w kolejnych miastach (Berlin, Warszawa, Kalisz, Kijów…), ilustruje topograficznymi danymi, precyzyjnymi portretami spotykanych ludzi, dygresjami, które jak łodzie podwodne schodzą w głębiny historii.
Autorka powoli kruszy lód czasu, z którego wydobywa fakty, anegdoty, domysły na temat swojej rodziny, ale równocześnie zgrabnie porusza się we współczesności – wyszukiwarki internetowe, portale społecznościowe czy serwisy aukcyjne pomagają odbudować dawno utraconą przeszłość. „Może Estera” nie skupia się więc na prostym mechanicznym katalogowaniu strat i na opisywaniu bólu związanego z nimi. Paradoksalnie to wciąż kształtująca się, półgotowa teraźniejszość może w tej opowieści odgrywać najistotniejszą rolę.
W książce Petrowskiej wyjątkowo atrakcyjna wydaje się być niejednorodność literackiej materii. Pisarka posiadła umiejętność szukania ścieżek łączących nie tylko odległe względem siebie wydarzenia i ludzkie losy, ale również zdolność do podejmowania ryzyka, by różnymi językami przemawiać do czytających, podrzucać im zaskakujące skojarzenia. „Może Estera” udowadnia, że literatura próbująca mierzyć się z fenomenem historii – tej wielkiej zmiatającej z powierzchni ziemi całe narody i tej dotykającej konkretnych ludzi – nie powiedziała swojego ostatniego słowa.
W powodzi "arcydzieł literatury" o bardzo krótkim terminie przydatności do spożycia, ta książka jest po prostu dobra. I dlatego jest bardzo dobra.