wtorek, 15 czerwca 2010

Roślinny Pasewicz



Znów o poezji. Cóż, gdy się samemu pisze coś i żyje w takim niedoczasie, poezja staje się jedynym możliwym i sensownym sposobem kontaktu z literatura (prze)piękną.

Parę tygodni katuję się zbiorówką Edwarda Pasewicza pt. “Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę. Wydanie podwodne”. Dość gruba książeczka zbiera to, co Ed wypuścił od swojego rewelacyjnego debiutu, czyli "Dolnej Wildy."

Tej poezji nigdy dość. To ewenement na polskiej scence lirycznej. Ten Autor produkuje wiersze przypominające rośliny, którymi "obsiewamy" domy, by porosły i pokryły jego kanty i załomy. Ten język, rozpoznawalny i do bólu oddzielny, hipnotyzuje i uwodzi. Bierze w ramiona, czasem dusi przyciężkim aromatem...

Chociaż język jest może najmniej widowiskową stroną fenomenu Pasewicza.

Ten zawołany homoseksualista, łapiący każdą możliwość, by podkreślić buddyjskość swojego rozwoju duchowego, jest kimś całkowicie "obcym" w polskiej przestrzeni. To może prowokować. "Pedalska dykcja", jak określono kiedyś ten ton, prowokuje odmiennością, drażni, w najlepszym razie budzi poczucie bycia nie na miejscu, gdy Autor opisuje przygruchanych kochanków lub lubiezne spojrzenia na sprzedawców na stacjach benzynowych...

A jednak to poważna sprawa. Ta poezja wpuszcza nie tylko nowe tony, ale burzy przyzwyczajenia, poukładane wizje.

Czuć się można nieco jak heteryk w barze dla homoseksualistów, jak pingwin z syntezatorem pod pachą...

PS

Dwa pierwsze tomy kapitalne. Potem wyrównanie poziomu...stabilnie, wysoko...

2 komentarze:

  1. Ciekawa prezentacja – autor zupełnie mi nieznany. Ale będę miała na uwadze – po takiej zachęcie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń