niedziela, 20 czerwca 2010

"Wszystko, co kocham", ale nie umiem opowiedzieć...



Wczoraj z żoną oglądaliśmy i, szczerze powiedziawszy, liczyłem na coś więcej. Cóż... pierwszy polski film dopuszczony do legendarnego festiwalu Sundance, entuzjastyczne reakcje widzów, ciepłe recenzje, a ja?
Podle się czuję mając pisać w sumie niezbyt przychylna recenzję, ale, pierwsze koty za płoty!

Najpierw plusy. Trzy potężne. Przepiękne zdjęcia. Absolutne mistrzostwo polegające na tym, że większość kadrów w tym filmie jest po prostu małymi arcydziełami kompozycji. Układ, światło... Światło, pastelowe, delikatne, miękkie, dowód na to, że tak właśnie wspominamy nasze dzieciństwo i młodość. Całe zło, mocarne przecież, bo film mówi o stanie wojennym i okolicach, pokrywa delikatna patyna. Wszystko utkane jest z "letnich" pozbawionych drapieżności kolorów.

Uczta dla oka.

Drugi plus to muzyka. Daniel Bloom już raz oczarował w "Tulipanach" (jeden z moich ukochanych względnie nowych polskich filmów), teraz tez stworzył proste, wzruszające motywy. Kilka nut, parę dźwięków trafionych prosto w cel. Parę utworów punkowych wykonywanych przez grupę bohaterów tez może być przyzwoitą namiastką "tamtej" muzyki.

No i aktorzy - z opatrzonych tylko Chyra się na pierwszym planie ujawnia, grając mało typową dla naszego kina postać dobrego ojca. Ciepłego i pełnego wyrozumiałości. Nawet jeśli w niego nie uwierzymy, jest to postać po prostu dobra. W kazdym rozumieniu tego słowa.

Młodzi aktorzy oczywiście też pokazali lwi pazur i w końcu uczniów liceum grają odtwórcy mający około dwudziestki, a nie jak bywało nieraz "młodzi" o dekadę starsi...
Charyzmatyczni, wiarygodni, przede wszystkim nieopatrzeni. Duży plus.

Minusy?

Jeden podstawowy - fabuła. Czyli niestety zbiór klisz starych jak Szekspir (on syn żołnierza-czyli komunisty, ona, córka opozycjonisty), młodzi gniewni, starzy nie rozumieją, system jest zły, młodzi chcą się buntować. Sorry, ale to już było i oby nie wracało więcej.
A druga kwestia - twórcy chcieli na siłę stworzyć coś uniwersalnego, zrozumiałego pod każdą szerokością geograficzną, ale niestety przedobrzyli. Stworzyli dzieło tak uniwersalne, że wyprane do reszty z cech indywidualnych. Historia ta po paru retuszach zdarzyć by się mogła ABSOLUTNIE wszędzie, ale byłby to plus, jeżeli fabuła ta byłaby w miarę oryginalna. A nie jest I tu jest ból.

Boli, bo już powstał bardzo podobny film, "Yesterday" Radosława Piwowarskiego. Film o niebo lepszy. Mądrzejszy, bardziej gorzki, bo rozwiewający wszelkie iluzje, jakie snuje nasza rozgrzana młodością fantazja. Głębiej osadzony w polskich siermiężnych realiach gomułkowskiej Polski. Film w końcu doceniony za granicą.

Cóż... można obejrzeć "Wszystko, co kochać", ale złotych gór nie wypatrzymy. Raczej piaszczyste wydmy. Dobre i to.

wtorek, 15 czerwca 2010

Roślinny Pasewicz



Znów o poezji. Cóż, gdy się samemu pisze coś i żyje w takim niedoczasie, poezja staje się jedynym możliwym i sensownym sposobem kontaktu z literatura (prze)piękną.

Parę tygodni katuję się zbiorówką Edwarda Pasewicza pt. “Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę. Wydanie podwodne”. Dość gruba książeczka zbiera to, co Ed wypuścił od swojego rewelacyjnego debiutu, czyli "Dolnej Wildy."

Tej poezji nigdy dość. To ewenement na polskiej scence lirycznej. Ten Autor produkuje wiersze przypominające rośliny, którymi "obsiewamy" domy, by porosły i pokryły jego kanty i załomy. Ten język, rozpoznawalny i do bólu oddzielny, hipnotyzuje i uwodzi. Bierze w ramiona, czasem dusi przyciężkim aromatem...

Chociaż język jest może najmniej widowiskową stroną fenomenu Pasewicza.

Ten zawołany homoseksualista, łapiący każdą możliwość, by podkreślić buddyjskość swojego rozwoju duchowego, jest kimś całkowicie "obcym" w polskiej przestrzeni. To może prowokować. "Pedalska dykcja", jak określono kiedyś ten ton, prowokuje odmiennością, drażni, w najlepszym razie budzi poczucie bycia nie na miejscu, gdy Autor opisuje przygruchanych kochanków lub lubiezne spojrzenia na sprzedawców na stacjach benzynowych...

A jednak to poważna sprawa. Ta poezja wpuszcza nie tylko nowe tony, ale burzy przyzwyczajenia, poukładane wizje.

Czuć się można nieco jak heteryk w barze dla homoseksualistów, jak pingwin z syntezatorem pod pachą...

PS

Dwa pierwsze tomy kapitalne. Potem wyrównanie poziomu...stabilnie, wysoko...