piątek, 29 lipca 2011

I'm a looser, baby...- o jednej książce Philipa Dicka.

Czym w porównaniu z naszymi osobistymi katastrofami, upadkami i nieszczęściami, tym całym naszym weltschmerzem jest inwazja Obcych, narkotyki, których skutkami ubocznymi są podróże w czasie, wojna atomowa?

Niczym!

To właśnie wyróżnia Dicka na tle całej bulgocącej pomysłami literatury science-fiction.
Ten humanizm, któremu daleko do tryumfalizmu. To poczucie, że cały wszechświat (Obcy również) może nas w dupę pocałować, gdy mamy gorszy dzień.

A mamy gorszy dzień prawie zawsze, gdy jesteśmy bohaterami powieści Dicka. Permanentna depresja zapijana alkoholem, myśli samobójcze tłumione narkotykami, bezsens życia zagłuszany rozpaczliwym poszukiwaniem sacrum.




To cały wielki Dick. Werter literatury dla dużych chłopców.

Skończyłem właśnie jego „Tytańskich graczy”. Wśród powieści autora „Valisa” rzecz to średnia.

Jesteśmy na podbitej przez Wugi Ziemi. Ludzie na skutek wojny światowej stracili zdolność do reprodukcji. Populacja się kurczy. Obcy kontrolują ją za sprawą globalnej wersji gry planszowej, gdzie grający mogą nabywać prawa własności do poszczególnych miast, hrabstw etc.

Tyle tło, od którego budowy zawsze zaczynał Dick. Tło całkiem całkiem, sporo można w tych dekoracjach ugrać. Niezłą fabułę, zawijasy intrygi, intrygujących bohaterów.

A Dick? To twórca hojny (chyba) w złym rozumieniu tego słowa. Pomysłami sypie na zawołanie, ale nie potrafi, najczęściej pewnie nie chce mu się, ich wycisnąć do końca. Skupia się bez reszty na swoich poharatanych bohaterach.

Tu mamy gościa, który od początku usiłuje popełnić samobójstwo. Serio. I to właśnie ktoś taki (przy niewielkiej pomocy środków odurzających) potrafi ograć odrażających zaborców z kosmosu.

Poza tym znów cała feeria historii z cyklu „Kto jest z Ziemi, macki w górę”, bo nie wiadomo, kto stoi po naszej stronie, gdy kosmici potrafią formować swoje cielska na podobieństwo i obraz Ziemian. Znów kłopoty małżeńskie bohaterów. Znów niezawodny przyjaciel i typowe dla Dickowskich postaci rozmowy o muzyce klasycznej.

Najlepsze jest to, że Dickowi tak mało się chce. Realia Ziemi przyszłości niczym nie odbiegają od realiów świata, w jakim napisano „Tytańskich graczy.” Tylko latające samochody i „gadające” sprzęty domowe wpuszczają nieco futurystycznego ducha.

No chyba że Dick dysponował podobnym sprzętem już w latach 60…

Powieść nie jest zła. Ani wybitna jak na przykład „Ubik” czy „A teraz zaczekaj na zeszły rok”, ani kiepska jak „Doktor Futurity” lub „Kosmiczne marionetki.”

Typowy Dick w stanach średnich. A więc po prostu kawał solidnego fantastyczno-naukowego mięcha.

Dla fanów. Głównie.

5 komentarzy:

  1. Recenzja zachęcająca. Dicka czytać zacząłem będąc bardzo młodym nastolatkiem, kiedy zachłysnąłem się literaturą sf. Potem porzuciłem na długi czas, ale ostatnio znów mi się przypomniał.

    OdpowiedzUsuń
  2. Latarniku, dzięki. "Tytańscy gracze" to może nie arcydzieło, ale przyjemnie się czyta. Dla fanatyka Dicka (ja) to czysta uczta z racji tego, że wiem, co mi za chwilę zaserwuje Autor.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  3. "Był sobie kiedyś facet, który przez cały dzień nie robił nic innego, tylko wytrząsał z włosów owady." - Przez ciemne zwierciadło. Powalił mnie tym zdaniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Agato, to jest w ogóle powalająca książka.

    Opis jak można przemycić dragi za granicę - lepiąc z nich chodzącą lalkę?

    Cały Dick...

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajnie, że reanimowałeś tego bloga. Długo kazałeś czekać... :-)

    Pozdrowienia

    Romo


    PS

    Piszę jako Anonimowy, bo - mimo, że zachowałem konto na Bloggerze - nie mogę się zalogować.

    OdpowiedzUsuń