czwartek, 29 września 2011

Saramago otwiera oczy - "Miasto ślepców."

A co!

Rzuciłem się na dającą się polubić literaturę wysoką. A wychodząc z założenia, że wielka proza to wielki ból dla czytelnika, okupiony jeszcze większym bólem autora, to nie lada wyczyn.

Mój stosunek do powieści (tych z "górnej" półki) to iście Gałkiewiczowska postawa: "Jak zachwyca, jak nie zachwyca?" Patrząc na kilometry Proustów, Dostojewskich, Faulknerów, Mannów etc nie jestem w stanie myśleć o niczym innym jak o obezwładniającej nudzie i rozdętych ego autorów.



Szczęśliwy Autor

A tymczasem Saramago mnie zachwycił, chociaż czytając "Miasto ślepców" częściej czułem coś zupełnie innego - strach.

Historia jest prosta i przywołuje najszlachetniejsze parabole z "Dżumą" na czele. Gdzieś, w jakimś kraju, kiedyś (XX wiek? XXI wiek?), ludzie nagle zaczynają tracić wzrok. Widzą BIEL. Wszechogarniającą biel.

Ślepota jest zaraźliwa. Każdy (prawie każdy), kto spojrzy w oczy ślepca, sam przestaje widzieć.

Pierwszych nieszczęśników izoluje się w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym. Z czasem ślepców przybywa, mury szpitala stają się świadkami dantejskich scen, bo wśród ślepców znajdują się również zorganizowani kryminaliści, którzy szybko uczą się, jak przejmować kontrolę nad życiem i śmiercią pozostałych.

Na szczęście w szpitalu znajduje się też jedna jedyna osoba, którą ślepota ominęła...

Czujemy od samego początku, że chodzi o coś więcej niż tylko wstrząsające opisy tego, jak człowiek pozbawiony wzroku powoli osuwa się w przepaście zezwierzęcenia. Coś więcej niż rasową apokaliptykę, której nie powstydziliby się pisarze science-fiction.

Ślepy wśród ślepców szybko przestaje być człowiekiem - taką tezę zdaje się głosić Autor. Nie ma za grosz zaufania do naszego gatunku. Wystarczy nam znaleźć się w lekko ekstremalnej sytuacji, byśmy szybko zrzucili z siebie kulturowe garniturki i zaczęli warczeć, szukając pokarmu.

I tego się właśnie boję - czy my przypadkiem nie jesteśmy zbyt płytko zakorzenieni w człowieczeństwie?

Autor daje jednoznaczną odpowiedź, choć ubezpiecza się na wypadek oskarżeń o jednoznaczność - pierwszoplanową bohaterką czyni kobietę szlachetną i odważną. Cóż, ona jedyna nie straciła wzroku...

***

Zboczenie zawodowe nakazuje mi dodać - świetnie się czyta całą opowieść, bo narracja poprowadzona jest z perspektywy kogoś, kto zna już całą historię, a może czuwa nad tym, by wszystko dobrze się skończyło.

Denerwująca jest natomiast maniera pisarska Noblisty - konsekwentne unikanie graficznego wyodrębniania dialogów. Przez pewien czas nie wiemy, kto do kogo co mówi. I czym mówi, czy tylko myśli...

5 komentarzy:

  1. A ostatnio myślałam o tej powieści! Napisała do mnie dawno nie widziana znajoma, która zachwycała się tą powieścią. No i przypomniało mi się.
    Ale czy przeczytam... Chyba nie. Nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Agato, dla kobiety ta powieść może być zbyt depresyjna. Nawet dla mnie była...

    dziękuję za komentarz.

    Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
  3. Niedługo zabieram się za Good night, Dżerzi. Ponoć strasznie dołujące.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zastanawiam się nad tą książką już od jakiegoś czasu, ale zawsze jest wiele pilniejszych pozycji lub, gdy jest czas, przychodzi zmęczenie i chęci sięgnięcia wyłącznie po coś lekkiego.

    Literatura wysoka jest taka sama, jak ta lżejsza - czyli część przypadnie Ci do gustu, a część już nie i to jest bardzo indywidualne i subiektywne podejście :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Karodziejko, jasne że subiektywne, ale moja rogata dusza nie pozwala sobie nie poużywać na tych świętych krowach literatury.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń