środa, 7 grudnia 2011

Kwadratowy "Mars" Rafała Kosika

Jest taka szkoła interpretacyjna, która w prosty i radykalny sposób szybko rozwiązuje kwestię wartości danego dzieła - filmu lub książki.

Trzeba się przyjrzeć nazwiskom głównych bohaterów - jeżeli są "twarde", "męskie" i najczęściej jedno-dwu sylabowe, wtedy mamy niemal stuprocentową pewność, że obcujemy z dziełem klasy B i niżej.

Przykłady - Nick Travis, Evan Reed, Simon Ballister, Chris Cody, Jack Miller, Mason Storm, Eddie Lomax, Jack Quinn...

Czujecie, prawda? To nazwiska bohaterów kina kopanego odtwarzanych przez Lorenzo Lamasa, Stevena Seagala i Jeana Claude'a van Damme'a.


A cóż to ma wspólnego z "Marsem" Rafała Kosika? Cóż... Bohaterowie to Ryan Allen, Curtis Grant, Doris Westwood, Richard Griffin...




OK? Może, choć już na samym początku uprzedziłem się do tej powieści. Co może nowego o Czerwonej Planecie napisać ktoś, kogo nie stać nawet na wymyślenie oryginalniejszych i barwniejszych danych personalnych?

W sumie nic, jak się okazuje. A jest to zarówno zaletą, jak i wadą tej książki.

Czytając "Marsa" czułem się, jakbym obcował w produktem wyplutym przez program komputerowy pracujący w opcji "Stwórz starą dobrą fantastykę naukową." Program się spisał, chociaż wszystko pozbawione jest ducha, brakuje tu czegoś, co sugerowałoby istnienie indywidualnego stylu Kosika.

Nie, Autor nie pisze źle, on pisze do bólu neutralnie. Zdania są gładkie, metafory czytelne, dialogi momentami szybkie, nieraz błyskotliwe... Jednak to wciąż tchnie porządnym wyrobnictwem, wydeptywaniem dawno wydeptanych ścieżek.

A pomysł? Też nie nowy - jest takie opowiadanie Dicka, w którym mieszkańcy Ziemi załamani kurczącymi się zapasami kopalin, próbują opanować inną planetę, Marsa chyba. Lądują tam i załamują się drugi raz, bo pod powierzchnią planety istnieją ślady... ludzkiego osadnictwa.

Czyli wcześniej ogołociliśmy Marsa, który był naszą rodzimą planetą, dopiero potem pod nóż poszła Ziemia.

Kosik idzie pod rękę z tym pomysłem, choć skręca w stronę socjologii, kwestii przeludnienia, "nadprodukcji" ludzi...

...i całkiem zgrabnie obraca paroma nieśmiertelnymi schematami gatunku.

"Mars" jest właśnie lekturą dla czytelników spragnionych klasycznych porządnych mainstreamowych czytadeł. Satysfakcja gwarantowana, jeżeli z własnej woli bierzemy udział w grze "Opowiedz to jeszcze raz własnymi słowami."

Żądając oryginalności - przegramy.

Przyjmując blef za dobrą monetę - o paradoksie! - wychodzimy cało z lądowania na Czerwonej Planecie.

2 komentarze:

  1. Nie jestem fanem fantastyki naukowej (może z pominięciem Kilgore'a Trouta...). Pewnie nie sięgnę po książkę, o której piszesz. No bo jeśli ją napisał Ko-siak? Ra-fał w dodatku ;-)
    A sposób na ocenę dzieła intrygujący. Już widzę swoją fiksację na tym tle. Choć czy to metoda niezawodna...
    Teraz czytam książkę o Si-mo-ne Si-mo-ni-nim. I co? nie mogę się doczekać końca. I nie, żebym był ciekaw zakończenia. Chcę już mieć z głowy te flaki z olejem. A tyle się spodziewałem. I Kryterium, gdyby je zastosować, przepowiadałoby ciekawą lekturę...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta szkoła badawcza wciąż przechodzi fazę testów. Jak na razie pozytywnie zweryfikowany został m.in. Józef K.

    pzdr

    Tomek/Bosy

    OdpowiedzUsuń