środa, 28 grudnia 2011

"Turnieje boże", czyli średniowiecze lepsze niż Śródziemie.

Nigdy chyba nie zrozumiem globalnej fascynacji literaturą fantasy. I chociaż saga o Wiedźminie przyspawała mnie do siebie na długaśne godziny, chociaż Le Guin urzekała poezją (tłumaczył "Czarnoksiężnika z Archipelagu" przecież Barańczak), chociaż oszołomił Tolkien, to nigdy do końca nie kupowałem natchnionych interpretacji dzieł wyżej wymienionych autorów.


Że niby "Władca pierścieni" ma ukryte ewangeliczne przesłanie? Że niby Le Guin zarysowała Jungowskie teorie? A najistotniejszą cechą sagi Sapkowskiego jest postmodernistyczne mruganie okiem?



Na to nie dawałem się nabrać.



Dla mnie fantasy to zabawa w pokoju, w którym nie przybywa zabawek. Wciąż elfy, krasnoludy, orki, czarodzieje, gadające zwierzaki, krajobraz ufundowany na opowieściach arturiańskich lub wywleczony z mitologicznych czeluści.



Tym zestawem gadżetów żonglują sobie co mniej kreatywni autorzy, a czytelnicy łykają fast foodowe paraliterackie wyroby papiernicze.



Wiem, okrutny i pewnie niesprawiedliwy jestem.



***



Przeżywając kolejny już etap fascynacji średniowieczem, wrzuciłem onegdaj w sieć hasło - "Powieści o średniowieczu." Nie chciałem jednak czytać kolejnych "Krzyżaków" lub książczydeł traktujących epokę jako niemal Disneyowskie tło dla romansu lub horroru.



Chciałem solidnej epickiej roboty, która nie tylko porwałaby mnie jako czytelnika, ale również nauczyła czegoś o Wiekach Średnich. Trafiłem w dziesiątkę!Lepiej nie mogłem... i wątpię, by jakakolwiek powieść zrobiła na mnie większe wrażenie.



Pierre Barret, Jean-Noel Gurgand (historyk i dziennikarz) napisali rozłożoną na trzy tomy opowieść o średniowiecznym everymanie, rycerzu Wilemie d'Encausse. I jeżeli prawdą jest, co wyraził J. Huizinga w "Jesieni średniowiecza" mówiąc o niesamowitej dynamice życia w tej epoce, to dzieło francuskich autorów jest tego najlepszą ilustracją.





Tworząc fikcyjną postać chrześcijańskiego rycerza, autorzy bezlitośnie ciskają nim po przeróżnych zakątkach Europy - w Anglii bierze udział w brzemiennym w skutki turnieju, w czasie wypraw krzyżowych już jako templariusz trafia do niewoli, gdzie zostaje okaleczony, snuje się po Europie, próbując nie dopuścić do zamachu na swój własny zakon, jego żona, opuszczona i zniechęcona życiem, przyłącza się do katarskiej herezji, we Francji wybuchają okrutne, nieludzkie walki z heretykami, nasz bohater, by odpokutować swoje winy udaje się jako pielgrzym do Santiago de Compostela, tymczasem we Francji rodzi się nieziemska idea krucjaty dziecięcej...



To tylko zarys. Delikatny szkic. Nawet nie konspekt konspektu tego, z czym obcujemy na przestrzeni trzech tomów.



Faktograficznie bez zarzutu, można powtórzyć przed egzaminem z historii (pewnego etapu) średniowiecza. Detale, szczegóły, realia, atmosfera - od początku czujemy, że to wielki epicki oddech, opowieść pochłaniająca czytelnika bez reszty.



Jednak dla mnie najistotniejszy był wymiar...hmmm...ludzki (?) tego cyklu. Ja po prostu uwierzyłem tym bohaterom i W tych bohaterów. Są dziećmi swoich czasów, podłych i chwalebnych, pięknych i obrzydliwych, szlachetnych i łajdackich.



Wątpię, by ktoś był w stanie równie precyzyjnie co francuscy autorzy oddać stan świadomości średniowiecznych Europejczyków. Ich ideały, czasem obłęd, czasem niezrozumiały już dla nas fanatyzm, a także honor i wierność.



No i jeszcze jedna kwestia - gdy rozpoczynamy czytać powieść, obserwując młokosa, który za chwilę ma być pasowany na rycerza, a kończymy czytać, gdy nasz rycerz już dawno przestał nim być, stracił większość swoich bliskich (ich też poznaliśmy jako młodych pełnych wigoru ludzi)i spokojnie czeka na zejście ze sceny świata...



...prawie popłynęły mi łzy, bo żegnałem się z tą bądź co bądź fikcyjną postacią, mając jednak świadomość, że towarzyszyłem Wilemowi d'Encausse w jego drodze życia.



Żegnałem się z nim jak ze starym wiernym przyjacielem. A on pożegnał się słowami, które dziś brzmią w moich uszach czystą, zakropioną goryczą, mądrością:



Wilem. Wilem d'Encausse u kresu drogi, u własnego kresu, suchy liść w tchnieniu Boga, odrobina czasu, odrobina prochu w oceanie wieków - człowiecze życie.







Nie, żaden Sapkowski by tego nie wymyślił...

środa, 7 grudnia 2011

Kwadratowy "Mars" Rafała Kosika

Jest taka szkoła interpretacyjna, która w prosty i radykalny sposób szybko rozwiązuje kwestię wartości danego dzieła - filmu lub książki.

Trzeba się przyjrzeć nazwiskom głównych bohaterów - jeżeli są "twarde", "męskie" i najczęściej jedno-dwu sylabowe, wtedy mamy niemal stuprocentową pewność, że obcujemy z dziełem klasy B i niżej.

Przykłady - Nick Travis, Evan Reed, Simon Ballister, Chris Cody, Jack Miller, Mason Storm, Eddie Lomax, Jack Quinn...

Czujecie, prawda? To nazwiska bohaterów kina kopanego odtwarzanych przez Lorenzo Lamasa, Stevena Seagala i Jeana Claude'a van Damme'a.


A cóż to ma wspólnego z "Marsem" Rafała Kosika? Cóż... Bohaterowie to Ryan Allen, Curtis Grant, Doris Westwood, Richard Griffin...




OK? Może, choć już na samym początku uprzedziłem się do tej powieści. Co może nowego o Czerwonej Planecie napisać ktoś, kogo nie stać nawet na wymyślenie oryginalniejszych i barwniejszych danych personalnych?

W sumie nic, jak się okazuje. A jest to zarówno zaletą, jak i wadą tej książki.

Czytając "Marsa" czułem się, jakbym obcował w produktem wyplutym przez program komputerowy pracujący w opcji "Stwórz starą dobrą fantastykę naukową." Program się spisał, chociaż wszystko pozbawione jest ducha, brakuje tu czegoś, co sugerowałoby istnienie indywidualnego stylu Kosika.

Nie, Autor nie pisze źle, on pisze do bólu neutralnie. Zdania są gładkie, metafory czytelne, dialogi momentami szybkie, nieraz błyskotliwe... Jednak to wciąż tchnie porządnym wyrobnictwem, wydeptywaniem dawno wydeptanych ścieżek.

A pomysł? Też nie nowy - jest takie opowiadanie Dicka, w którym mieszkańcy Ziemi załamani kurczącymi się zapasami kopalin, próbują opanować inną planetę, Marsa chyba. Lądują tam i załamują się drugi raz, bo pod powierzchnią planety istnieją ślady... ludzkiego osadnictwa.

Czyli wcześniej ogołociliśmy Marsa, który był naszą rodzimą planetą, dopiero potem pod nóż poszła Ziemia.

Kosik idzie pod rękę z tym pomysłem, choć skręca w stronę socjologii, kwestii przeludnienia, "nadprodukcji" ludzi...

...i całkiem zgrabnie obraca paroma nieśmiertelnymi schematami gatunku.

"Mars" jest właśnie lekturą dla czytelników spragnionych klasycznych porządnych mainstreamowych czytadeł. Satysfakcja gwarantowana, jeżeli z własnej woli bierzemy udział w grze "Opowiedz to jeszcze raz własnymi słowami."

Żądając oryginalności - przegramy.

Przyjmując blef za dobrą monetę - o paradoksie! - wychodzimy cało z lądowania na Czerwonej Planecie.

czwartek, 1 grudnia 2011

Jak zakochałem się w Urszuli H’x, czyli "Opowieści kosmikomiczne" Calvino


Może mam serce z kamienia, ale jakoś nigdy nie potrafiłem zaangażować się w "związek" z bohaterką książki.

Niemal mi się udało zadurzyć się w drugoplanowej bohaterce "Śmierci na Nilu" Agaty Christie, ale cóż z tego, skoro skromna brunetka odchodzi pod rękę z młodym Amerykaninem? Cóż z tego, że wzdychałem do dzielnej mężatki z "Człowieka z Wysokiego Zamku" Dicka, skoro to mężatka właśnie była? Zawsze jakoś intrygowała mnie sąsiadka Józefa K z "Procesu" Kafki, panna Burstner, ale ona szybko roztapia się w czeluściach utworu...

Z reguły kobiety były zamężne, miały potrzaskane życiorysy, były antypatyczne, jędzowate, a jeżeli objawiłaby się jakaś milutka kobietka, z miejsca autorzy przyklejali jej adoratorów.

Może za mało czytałem, ale nie spotkałem sympatycznej, stanu wolnego, która w swoim panieństwie wytrzymywałaby do końca książki.


Oczywiście pot nie istniałby, gdybym nie znalazł w końcu mojej wybranki serca, mojej Dulcynei z Toboso, która skupiłaby w sobie wszystko, czego do tej pory szukałem.
Znalazłem ją w małej uroczej książeczce Italo Calvino „Opowieści kosmikomiczne.” Sam autor jest jednym z klasyków europejskiej literatury eksperymentalnej, chociaż daleko mu do pustego kuglarstwa, martwych doświadczeń językowych lub destrukcyjnych dekonstrukcyjnych zabiegów.

Calvino jest eksperymentatorem subtelnym i delikatnym. Doskonale wyczuwa granicę wytrzymałości czytelnika i nie rozciąga granic wytrzymałości literatury. Jego zabiegi są eleganckie, szlachetne, pełne dziwnej „matematycznej” poezji – przypomnijmy sobie dziełka w stylu „Rycerz nieistniejący” czy „Niewidzialne miasta”, żeby nie wspomnieć o fundamentalnym dziele „Jeśli zimową nocą podróżny…” (mam do oddania jeden egzemplarz, jeśli ktoś by chciał…)

Otóż Calvino wpadł, jak zwykle, na niesamowity pomysł - przyjrzeć się fizyce teoretycznej i teoriom rozwoju życia na ziemi, by "zaludnić" wyżej wymienione czysto ludzkimi emocjami, uczuciami, rozterkami, pragnieniami etc.

Brzmi niejasno? Tłumaczę: ponoć "na początku" cały wszechświat istniał skupiony w jednym punkcie. Calvino rozwija teorię i umieszcza w tym punkcie narratora, jego znajomych, kobiety, mężczyzn, piękną panią Ph(i)Nko, w której podkochuje się narrator, a ona dzieli łóżko z innym mężczyzną, ale co to znaczy "dzielić łóżko" w chwili, gdy wszyscy żyjemy w JEDNYM punkcie przestrzeni?!

Taka gra z wyobraźnią jest specjalnością włoskiego Autora.

A co z moją ukochaną?

Opowiadanko traktuje o liniach równoległych i spadaniu. Ciała spadające w przestrzeni wzdłuż linii równoległych NIE MAJĄ prawa NIGDY się do siebie zbliżyć. Prawda? Prawda. Narrator opowiadania snuje relację z tego spadania, w którym towarzyszy mu piękna Urszula H'x oraz (niestety) zły Porucznik Fenimore.

Spadają obaj panowie rywalizują o względy kobiety, chociaż spadając "po liniach równoległych" nie mają szans zbliżyć się do niej nawet o milimetr. Przeżywamy wraz z narratorem wszystkie odcienie uczuć - od fascynacji po złość "zdradzonej" miłości.

A Urszula H'x?


(...)przedstawiała bardzo piękny widok, zachowując w spadaniu pozycję swobodną i odprężoną; miałem wciąż nadzieję, że uda mi się kiedyś pochwycić jej spojrzenie, ale Urszula H’x w trakcie spadania była nieustannie zajęta opiłowywaniem i polerowaniem paznokci – chyba że akurat przeciągała grzebieniem po swych długich, gładkich włosach – i nigdy nie zwracała oczu w moją stronę. W stronę Porucznika Fenimore’a też nie, muszę przyznać, mimo że on robił wszystko, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.



Ten króciutki fragment wystarczył, bym w Urszuli H'x widział wszystkie stracone możliwości, wszystkie nieistniejące flirty, jakie były kiedykolwiek moim (w wyobraźni) udziałem, wszystkie miłości świata, jakie mi się nigdy nie przydarzyły...

A gdy doszukałem się w tym opowiadanku metafory naszego życia W OGÓLE (żyjemy na liniach równoległych pchniętych w przestrzeń), wystarczyło...