wtorek, 21 lutego 2012

Lirycznie statystycznie... - "Państwo P." Dariusza Sośnickiego

Kiedy od czasu do czasu pewne wydawnictwo prosiło mnie o napisaniu paru słów na temat takiej czy innej książeczki poetyckiej, kilku okrągłych frazesów, które kompletnie NIC nie mówiły przyszłym czytelnikom (jakim czytelnikom???), wywiązywałem się z tego zadania tak dobrze, że dano mi poważniejsze zadanie – wywiad z jednym z czołowych współczesnych polskich poetów, Dariuszem Sośnickim.




Nic Wam nie mówi to nazwisko? Nic dziwnego. Poezja w ogóle jest nierozpoznawalna, zaludnia tak krótkie półki w księgarniach, że więcej miejsca zajmuje mięso w lodowce wegetarianina.

Starałem się jak mogłem, przeczytałem wcześniejsze rozmowy z poetą, lekcję sumiennie odrobiłem. Spotkaliśmy się, pogadaliśmy koleżeńsko (pochodzimy z tego samego miasta, Sośnicki, ja i Adam Asnyk); wyłączyłem dyktafon, gdy zadałem ostatnie z przygotowanych pytań.

Gdzieś poza tymi oficjalnymi, nieco szkolnymi jednak kwestiami, zapytałem o to, co sobie obiecuje po tomiku „Państwo P.”, który właśnie miał się ukazać. Po chwili milczenia padła mniej więcej taka odpowiedź:

- Że ta książka jakoś silniej zaistnieje…

I co? I nic. Kto ją czytał? Kto oprócz specjalistów i lirycznych zboczeńców (czyt. miłośników poezji) choćby o niej słyszał?

A moim zdaniem jest to jedna z najlepszych, najbardziej przystępnych, „ludzkich” książek, jakie ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu lat w przestrzeni tzw. literatury wysokiej.

Wiersze, które nie są objawem skrajnego hermetyzmu, dławiącej porozumienie drapieżnej ironii, swoistego onanizmu, gdy autor wciąż pisze o tym, że pisze…

„Państwo P.” to po prostu opowieść o nas – zwykłych, pochłoniętych codziennością Polakach. O dzieciach, o zakupach, o domowych obrządkach, wakacjach i bolesnych powrotach z.

Bohater tak mówi o sobie w wierszu
Pan P. wyznaje: Nie jestem
miejskim partyzantem:

Nigdy nie byłem miejskim partyzantem.
Pierwsza godzina w barze to dla mnie udręka,
kolejne rzadko pamiętam. Ubrania służą mi do okrywania
ciała, napojami gaszę pragnienie.
W kwestii seksu mam do powiedzenia niewiele –
tak, jestem niesprawiedliwy wobec własnych myśli
i niech tak może zostanie. Widziałem parę filmów,
żaden nie wydał mi się dość dobry, podobnie
było z płytami, na wystawy chodzę w sobotę.
Tylko weekendowe wydania gazety,
jeden tygodnik na tydzień, trzy czwarte miesięcznika.
Sprawy osobiste względnie uporządkowane.
W polityce zawsze po stronie opozycji,
w futbolu za napastnikami. Żadnych napisów na koszulkach.
Okulary słoneczne prędzej włożyłbym sobie w tyłek
niż na głowę, bardzo przepraszam.
Życie nie musi sprawiać mi przyjemności,
sam na nie zapracowałem. Cisza wcześnie rano
we własnym mieszkaniu. Przedział drugiej klasy
w pociągu na przedmieściach, wieczorem, ze mną w środku.
Łóżko, sprawny prysznic. Oczywiście tanio.


Kurka wodna, myślę sobie, przecież to o mnie. Z niewielkimi korektami, ale to ja. Jaki inny współczesny poeta zna mnie tak dobrze? Żaden, jedźmy, nikt nie woła…

Ale to jeszcze nic. Tomik czyta się znakomicie, bo nasi bohaterowie tkwią w tej samym oceanie rzeczywistości, w jakim my sami wciąż jak plankton się unosimy. Allegro, Gazeta Wyborcza, telewizja kablowa, chińskie towary, kryminały przed zaśnięciem, męczący sąsiedzi. Próby, by nie wypaść z obiegu…

Słuch nie zawodzi Sośnickiego. Słyszeć u poety znaczy umieć oddać w tekście to, jak i czym mówią ludzie. Jak bajdurzą, plotą, język szuka skrótów, by szybciej wyrazić to, o czym jeszcze nie zdążyło się na dobre pomyśleć. Taki przykład, pierwszy z brzegu portret kobiety współczesnej w dość bolesnym kawałku:

Alfabet pani P.: Morze

Nie po to cały rok harowałam, żeby latem tkwić na osiedlu
niczym księżniczka w betonowej wieży i czekać, aż przybędziesz,
książę,
z tej swojej pracy tramwajem, i weźmiesz mnie na spacer,
do parku. Albo do kina, bo oto nadeszła sobota,
nigdzie cię nie wezwano, i po sześciu godzinach przy biurku
w naszym wspólnym pokoju (po godzinach, które ja dobijałam
w kuchni
„Gazetą Świąteczną”) chętnie byś się gdzieś wyrwał. Pieniądze?
O czym ty mówisz! Nie było żadnych pieniędzy,
ani tam gdzie zazwyczaj, ani gdzie indziej.
Gdy przyjdą tutaj źli ludzie, podyktuj im adres ministra,
bardzo mnie zmotywował do tego ostatnią podwyżką, wybacz.
Dziecko zostawiam u dziadków, ich dom to jedyne miejsce
pod tym przeklętym słońcem, gdzie nie dotarła jeszcze
prawda o tobie, córko: Jesteś leniwa i pozbawiona ambicji.
Jedź, obkupią cię i poprawisz sobie samoocenę, jeśli to wciąż możliwe.
Ja będę u koleżanki, jest starsza ode mnie,
grubsza i chyba, wyobraź sobie, nawet gorzej ubrana.
Z naszymi budżetami przyjdzie nam jadać w pokoju, opalać się
na balkonie
i kąpać w łazience, spokojnie. Znajdę ci ładny bursztyn i wyślę kartkę
z Żurawiem
(w tle zardzewiały „Sołdek”). Albo zupełnie czarną
z napisem „Sopot by night”.



„Państwo P.” powinno być lekturą obowiązkową dla każdego, kto osiągnął swoją „małą stabilizację”, otoczył się przedmiotami i obrósł przymiotami hmmm… inteligenta? Macie dzieci, wiecznie niedopięty budżet, urywki czasu, które pożytkuje w mniej lub bardziej przewidywalny sposób.

Pod koniec naszej rozmowy padła kwestia rzeczywistości, Polska Anno Domini 2008. „Zaczynałem żyć świadomie w latach 80. I tamta rzeczywistość miała się nigdy nie skończyć – mówił Sosnicki – a jednak wszyscy wiemy, jak się sprawy potoczyły… Wolę więc nie przyzwyczajać się do tego, co mamy tu i teraz.”

Pomyślmy o tym, gdy kolejne kraje toczą kryzysy, być może nie dożyjemy emerytur, a w dobie kryzysu energetycznego stać będziemy w kolejkach po świeczki.

Być może wtedy tomik Sośnickiego czytać będziemy ze ściśniętym gardłem, bo wiersze w nim umieszczone są świadectwem słodko-gorzkiej epoki konsumpcji, w której wszystko odwraca naszą uwagę o zbliżających się katastrof...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz