środa, 26 grudnia 2012

Penisa warte, czyli "Czternastki" Króla


I co zrobić ze słowami Marcina Barana (ongiś niezłego poety), który w taki sposób zachwala tomik Roberta Króla pt. "Czternastki":

"Czyżby duch gorzkiej ekonomii przeniknął tę poezję? Nie da się wykluczyć. A towarzyszą mu duchy bystrej introspekcji, ironicznego grymasu i czułego spojrzenia. Dobra, pożywana mieszanka, warta każdej ceny."

Słowa życzliwego krytyka są niejednoznaczne, niepewne siebie, tkwią w jakiejś dziwnej pozie, by z uśmiechem powiedzieć: "Ok, nie chcę cię skrzywdzić..."

Co zrobić? Zaufać na słowo? Wykluczone. Ja proponowałbym najpierw  lekturę tego zbiorku wierszy, w którym tytuły tekstów zostały zastąpione przez kolejne liczebniki porządkowe - od "Pierwszego" po "Sześćdziesiąty." 

Krótko mówiąc - "Czternastki" to książka przeciętna. W skali od 1 do 10 to silna 5. Nie mniej, nie więcej. Król tworzy wiersze dobre, obliczone na efekt, obrazowość, zmetaforyzowanie, mile szeleszczące rozpoznawalnymi elementami rzeczywistości, innym razem czarują dostojną wręcz składnią, solidną podbudową rytmiczną, eleganckimi przerzutniami. Roją się wyliczenia, jukstapozycje. Idealna mieszanka, by zdobyć wszelkie możliwe laury poetyckie lub osunąć się w zapomnienie...

Wiersze są absolutnie bezawaryjne, bezpieczne, mocno tkwią w tym czymś, co nazywamy pojemnym i niejednoznacznym terminem "poezja współczesna."

I cóż z tego wynika? Nic. Król przypomina producenta znanej marki samochodów, który regularnie wypuszcza na rynek kolejne modele aut - ale cóż z tego, skoro kolejne odsłony różnią się tylko detalami, innym "wystrojem wnętrza", fantazyjnie wymodelowanymi błotnikami lub czymś tak banalnym jak kształt lusterek lub rozmieszczenie świateł... 

Nic więcej.

Oczywiście to tylko pewna bolesna metafora. Przejedźmy więc w stronę konkretów. Król, a z nim 3/4 polskich poetów, cierpi na przypadłość, która uniemożliwia im stworzenie wiersza realizującego temat. Czytam więc o "introspekcjach", o "ironii", o "czułościach", ale niemal nikt nie potrafi powiedzieć, O CZYM SĄ, do cholery, te wiersze. Kurde, czy to aż tak trudne napisać wiersz o czymś?!

No bo sygnały rozrzucone są tu i ówdzie, ale okruszki te wcale nie prowadzą do bezpiecznego domu lub do chatki Baby Jagi. Odwrotnie, chaos panujący w przestrzeni konkretu, namacalnych "przygód bohaterów", zniechęca do śledzenia losów jakichkolwiek podmiotów lirycznych. 

Tom mógłby mieć wierszy 30, 50 lub nawet 103, ale niewiele by to zmieniło, gdyż zaludniałyby go bliźniaczo skomponowane i mające identyczną temperaturę emocjonalną utwory.

Co nie znaczy, że są to utwory słabe. Nie są - to trzeba dobitnie podkreślić, ale to wciąż produkcja masowa, którą można uprawiać, gdy się opanowało warsztat, trzyma się w garści wyobraźnię i ma słuch umożliwiający bezbłędne powtarzanie składni, jaka panuje w głównym nurcie polskiej "nowej" poezji. 

Cały tomik ratują dwa zdania: "Moje życie jak wielka stołówka bez krzeseł" i "Całe to wierszopisanie jest chuja warte..."



Pierwsze jest absolutnie cudowne. 

Drugie to rzadka chwila samorefleksji.

Doceńmy to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz