sobota, 29 grudnia 2012

Gra z historią, czyli "Zima świata" Folletta


Lęgnący się w Niemczech hitleryzm. Rosja tonąca w czeluściach stalinizmu. Anglia trzymająca bezpieczny dystans, naiwnie wierząc w pokojowe metody rozładowania kumulującego się w Europie napięcia. Ameryka, nauczona doświadczeniem, izoluje się od „zamieszek” na Starym Kontynencie. Zaczynamy! 1030 stron „Zimy świata” Kena Folletta budzi respekt, czasem wątpliwości, najczęściej jednak dostarcza solidnej rozrywki.



Będąc kontynuacją „Upadku gigantów”, powieść rozwija otwarte wcześniej wątki, domyka kilka życiorysów, odpowiada na zadane poprzednio pytania. Lektura pierwszego tomu obowiązkowa!
Follettem kieruje ambicja stworzenia sagi historyczno-obyczajowej, jednak nie radziłbym nikomu budować wizji historii w oparciu o „Zimę świata.” Autorowi chodzi przede wszystkim o rozrywkę. O niewiele więcej. Historia jest wiarygodną, dającą iluzję głębi, dekoracją, na tle której obserwujemy rozterki, namiętności i pragnienia. Akty heroizmu i podłości. Szaleństwa młodości i zachowawczość dojrzałości. Powtarzane mechanizmy życia – młodzi wciąż się zakochują i odkrywają płciowość, starsi pozbywają się złudzeń, jeszcze starsi umierają…
Jednak żadna z postaci nie ma rozbudowanej samoświadomości – ich życie wewnętrzne ogranicza się do rozważaniach kolejnych czynów, decyzji, wyborów. To postacie dynamiczne, aktywnie płynące z nurtem historii. Nie oczekujmy więc pogłębionych portretów psychologicznych. Spodziewajmy się bohaterów, z którymi się zaprzyjaźnimy, którym będziemy kibicować lub z całego serca życzyć im końca papierowego żywota. To moim zdaniem największy minus tej monumentalnej powieści.
Jeśli nie bohaterowie, to co ma nas hipnotyzować przez ponad tysiąc stron? – możemy zapytać. Fabuła – odpowiem. Choć zbudowana z rozwiązań charakterystycznych dla literatury popularnej, potrafi pochłonąć czytelnika. Epizody krzyżują się ze sobą, prowadząc do niespodziewanych rozwiązań. Akcja rwie wartko – raz skupiając się na rozterkach sercowych i pierwszych ukąszeniach Erosa. Innym razem pozwala nam wylądować na polach bitew, gdzie ścierają się siły dobra i zła. Follett idealnie równoważy proporcje między Wielką Historią a małymi historiami ludzi, którym raz za razem burzliwe XX stulecie daje się boleśnie we znaki. I chociaż niektóre rozwiązanie mogą trącić przesadnym sentymentalizmem lub wydają się być nieprawdopodobne, wiele autorowi można wybaczyć. „Zima świata” to w końcu powieść głównego nurtu, więc spodziewajmy się tego, co Follett potrafi najlepiej – rozrywki zbudowanej na niezłych faktograficznych fundamentach.
Nie czytajmy również tej powieści z perspektywy polskocentrycznej wizji dziejów. Nasz kraj, który wypielęgnowany przez podręczniki historii, jawi się jako epicentrum dramatycznych wydarzeń pierwszej połowy XX wieku, w powieści Folletta migocze raczej na marginesach fabuły. Angielski autor ma do tego prawo i kontynuując swój zamysł z „Upadku gigantów”, głosu udziela większym graczom.


Recenzja pierwotnie ukazała się 28 grudnia 2012 roku na łamach portalu Lubimy Czytać.

środa, 26 grudnia 2012

Penisa warte, czyli "Czternastki" Króla


I co zrobić ze słowami Marcina Barana (ongiś niezłego poety), który w taki sposób zachwala tomik Roberta Króla pt. "Czternastki":

"Czyżby duch gorzkiej ekonomii przeniknął tę poezję? Nie da się wykluczyć. A towarzyszą mu duchy bystrej introspekcji, ironicznego grymasu i czułego spojrzenia. Dobra, pożywana mieszanka, warta każdej ceny."

Słowa życzliwego krytyka są niejednoznaczne, niepewne siebie, tkwią w jakiejś dziwnej pozie, by z uśmiechem powiedzieć: "Ok, nie chcę cię skrzywdzić..."

Co zrobić? Zaufać na słowo? Wykluczone. Ja proponowałbym najpierw  lekturę tego zbiorku wierszy, w którym tytuły tekstów zostały zastąpione przez kolejne liczebniki porządkowe - od "Pierwszego" po "Sześćdziesiąty." 

Krótko mówiąc - "Czternastki" to książka przeciętna. W skali od 1 do 10 to silna 5. Nie mniej, nie więcej. Król tworzy wiersze dobre, obliczone na efekt, obrazowość, zmetaforyzowanie, mile szeleszczące rozpoznawalnymi elementami rzeczywistości, innym razem czarują dostojną wręcz składnią, solidną podbudową rytmiczną, eleganckimi przerzutniami. Roją się wyliczenia, jukstapozycje. Idealna mieszanka, by zdobyć wszelkie możliwe laury poetyckie lub osunąć się w zapomnienie...

Wiersze są absolutnie bezawaryjne, bezpieczne, mocno tkwią w tym czymś, co nazywamy pojemnym i niejednoznacznym terminem "poezja współczesna."

I cóż z tego wynika? Nic. Król przypomina producenta znanej marki samochodów, który regularnie wypuszcza na rynek kolejne modele aut - ale cóż z tego, skoro kolejne odsłony różnią się tylko detalami, innym "wystrojem wnętrza", fantazyjnie wymodelowanymi błotnikami lub czymś tak banalnym jak kształt lusterek lub rozmieszczenie świateł... 

Nic więcej.

Oczywiście to tylko pewna bolesna metafora. Przejedźmy więc w stronę konkretów. Król, a z nim 3/4 polskich poetów, cierpi na przypadłość, która uniemożliwia im stworzenie wiersza realizującego temat. Czytam więc o "introspekcjach", o "ironii", o "czułościach", ale niemal nikt nie potrafi powiedzieć, O CZYM SĄ, do cholery, te wiersze. Kurde, czy to aż tak trudne napisać wiersz o czymś?!

No bo sygnały rozrzucone są tu i ówdzie, ale okruszki te wcale nie prowadzą do bezpiecznego domu lub do chatki Baby Jagi. Odwrotnie, chaos panujący w przestrzeni konkretu, namacalnych "przygód bohaterów", zniechęca do śledzenia losów jakichkolwiek podmiotów lirycznych. 

Tom mógłby mieć wierszy 30, 50 lub nawet 103, ale niewiele by to zmieniło, gdyż zaludniałyby go bliźniaczo skomponowane i mające identyczną temperaturę emocjonalną utwory.

Co nie znaczy, że są to utwory słabe. Nie są - to trzeba dobitnie podkreślić, ale to wciąż produkcja masowa, którą można uprawiać, gdy się opanowało warsztat, trzyma się w garści wyobraźnię i ma słuch umożliwiający bezbłędne powtarzanie składni, jaka panuje w głównym nurcie polskiej "nowej" poezji. 

Cały tomik ratują dwa zdania: "Moje życie jak wielka stołówka bez krzeseł" i "Całe to wierszopisanie jest chuja warte..."



Pierwsze jest absolutnie cudowne. 

Drugie to rzadka chwila samorefleksji.

Doceńmy to.

środa, 12 grudnia 2012

Bo to zły podmiot liryczny jest, czyli "Nic o mnie nie wiesz" Podgórnik

To poezja kolczasta, drapieżna, celowo odpychająca czytelnika. Marcie Podgórnik nie zależy na odbiorcy, który w poezji głównie szuka kołyszącego metrum, kojących obrazów lub garści wypranych frazesów o życiu, śmierci i miłości. Nic z tych rzeczy! To poezja agresji, uczuciowej zadymy. Liryka zdań szybkich i błyskotliwych. Wpadających w ucho konstrukcji językowych. Wyrafinowanych arabesek myśli, których celem jest wyrazić ból lub ból zadać. Okaleczyć lub samookaleczyć.



 
Bohaterkę tych wierszy nie sposób pomylić z kimkolwiek innym. To kobieta. Silna, dominująca. Samoświadoma. Skazująca się na kpienie z rzeczywistości. Z ról, jakie narzuciło jej społeczeństwo, bliscy ludzie, sama literatura. Niczego nie traktuje na serio lub serio w takim rozumieniu, by nie można było nawet największej katastrofy życiowej obezwładnić przy pomocy bolesnej ironii, bluzgu lub zamaszystego gestu... Żyje, a wszystkie jej „przygody” znajdą prędzej czy później miejsce we wściekłej spowiedzi, jaką daje nam podsłuchiwać.
 
Taką poezję i takie wcielenie podmiotu lirycznego odnajdujemy w pierwszych trzech tomikach poetki. Znakomitych, wciąż brzmiących świeżo, budujących historie, z którymi mogą utożsamić się odbiorcy.
 
Niestety wiersze wybrane Podgórnik, czyli książka „Nic o mnie nie wiesz” na plan pierwszy wysuwa późniejsze dokonania poetki. Tom jest trudniejszy, stawia olbrzymie wymagania czytelnikowi, który co i rusz rozbija się o nieoznakowane na mapach rafy, osiada na mieliznach lub wchodzi na kurs kolizyjny z doświadczeniem całkowicie rozbieżnym z jego własnym. 
 
Ironia, gry słów, nawiązania, liczne aluzje podkopujące autorytet szlachetnych pierwowzorów brzmią tak silnie, że można odnieść wrażenie obcowania z tworem chłodnym, wyrachowanym, wręcz odpychającym. Sztucznym, niemal przetworzonym cyfrowo. Każdorazowo zabójczo perfekcyjnym. Zbudowanym nie na fundamencie życia, jakie może się przydarzyć odbiorcy, ale na ruchomych piaskach intelektualnych rozważań kogoś, zbyt mocno wsłuchującego się w tętno własnych myśli, obsesji, tęsknot. Nie współczujemy, nie dzielimy doświadczenia, bo go nie rozumiemy, bo to obca (w każdym znaczeniu tego słowa) historia. A nawet nie historia, bo trudno śledzić wciąż rwące się tropy i wpatrywać się w rozrzucone puzzle.
 
Podgórnik już dawno wyrosła na czołową postać polskiej poezji, ale potrafiła tego dokonać nie odwracając się od czytelnika. Teraz, wraz z publikacją wierszy wybranych, obwieszcza (chyba) całkowity rozbrat z pisaniem szukającym wspólnoty.
 
„Nic o mnie nie wiesz”, głosi tytuł. I już się nie dowiesz, dopowiada sobie czytelnik...