sobota, 7 grudnia 2013

Miałem się nie bać, czyli "Przyczajeni" Smitha

Ciężko nazywać się Guy N. Smith i liczyć na szacunek miłośników literatury "poważnej." Przyznajmy jednak, że na taki a nie inny status (przynajmniej w Polsce) angielski autor zapracował sobie pisząc opowieści o kanibalach, krwiożerczych bagiennych potworach lub krabach-gigantach, które sieją spustoszenie wśród biuściastych plażowiczek. Dodajmy do tego "mroczną" szatę graficzną tych opowieści wydawanych w naszym kraju przez Phantom Press. Trzeba przyznać, że okładki wyglądają jak ostatnia strona zeszytu od religii ucznia słuchającego w domu Cannibal Corpse lub Napalm Death...



Wziąwszy więc na warsztat powieść "Przyczajeni", liczyłem się z pandemonium kiczu, tekturową scenografią, tanimi efektami specjalnymi, z siekierą ciosaną warstwą psychologiczną i wiadrami krwi dziwnie przypominającej keczup...

Jakież rozczarowanie mnie spotkało, gdy po przeczytaniu książki z moimi prognozami zgadzała się jedynie szkicowo i pobieżnie ukazana psychologia postaci, marne dialogi rodem z seriali obyczajowych, jakie spotkać można w popołudniowym paśmie. Nawet golizny za bardzo nie było widać, a główny bohater TYLKO RAZ o seksie myśli. Cóż, w prawdzie notorycznie kłóci się z żoną, ale to przecież nie powinno być przeszkodą, by autor strzelił nam jakąś drewnianą scenę seksu na zgodę.

Cóż więc dostajemy? Horror, nie-horror. Opowieść o pisarzu, który chcąc stworzyć kolejny bestseller zabiera swoją rodzinę w odludny zakątek Walii, gdzie na rok wynajmuje rozpadający się dom. Dom stojący w pobliżu kamiennego kręgu, jaki ponoć służył kiedyś druidom w celach sakralnych. Wiecie, ofiary z ludzi i takie tam...

Jak to w takich opowieściach bywa, zaczynają się mnożyć niepokojące sygnały, że państwo Foggowie nie są w swojej nowej okolicy mile widziani. A tu kot ich synka zostaje bestialsko ubity, a to królik dzieli los kota. Stada jeleni w mgle. Barany we mgle. Skowyczące lisy. Walijscy autochtoni z lubością opowiadają historyjki o duchach snujących się w okolicznych górach. z radia słyszymy policyjne komunikaty o psychopacie, który być może stoi na progu państwa domu. Atmosfera gęstnieje. Zona i dziecko wyjeżdżają. Bohater zostaje sam. Zaczyna pojawiać się strach (tak, tak!), bo Smith jakby wbrew swojemu emploi nie straszy nas dosłownie i bezceremonialnie.

Niczego na dobrą sprawę nie widzimy. Więcej słyszymy, wyczuwamy, a sugestywnie oddany klimat zagrożenia sprawia, że z ulgą przywitalibyśmy jakieś typowe dla tego pisarza monstrum, zamiast oczekiwać wraz z bohaterem na niewiadomą, która zatacza coraz ciaśniejsze kręgi wokół małego domku w zasypanej śniegiem dolince.

Tak to "Przyczajeni" potwierdzili starą jak węgiel prawdę - ukazane źródło strachu błyskawicznie wysycha, zaś niewiadoma potrafi nieźle człowieka wytarmosić. Nie wiemy nie tylko tego, kto za tym wszystkim stoi, ale również do samego końca nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy faktycznie bohater padnie za chwilę ofiarą mrocznych rytuałów czy też coś dużo bardziej normalnego dybie na jego życie.

Cóż, panie Smith, ja tu liczyłem na kataklizm i demolkę, a Pan tutaj w jakieś subtelności się bawi. Nieładnie, nieładnie...

2 komentarze:

  1. Miałam to ostatnio w ręku, zniechęciła mnie okładka i ten zamordowany kot. Recenzja mnie przekonała, przeczytam, dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy na wyrost nie zachęcam, ale przynajmniej książka jest krótka i nie ma bólu większego, gdy się pożałuj jej przeczytania.

      pzdr

      Usuń