wtorek, 14 października 2014

Niedyskretny urok odgrzewanych dań, czyli "Czerwone liście" Simons

Kiedy w piosence zespołu PULP „TV movie” padają słowa:

Without you my life has become a hangover without end.
A movie made for TV: bad dialogue,
bad acting, no interest.
Too long with no story & no sex.

nie mogę nie pomyśleć o nadesłanej mi do zrecenzowania powieści kryminalnej „Czerwone liście” Paulliny Simons. Stan, o którym śpiewa Jarvis Cocker, to bolesne i dojmujące poczucie porzucenia/tęsknoty zamieniające życie w parodię życia. Złe dialogi, złe aktorstwo, licha fabuła, dłużyzny, brak scen łóżkowych. Wszystko to jak ulał pasuje do tej nieszczęsnej książki. (Oprócz seksu, opisanego w sposób drętwy, nijaki, bezpłciowy…). Przeżyłem w życiu sporo rozstań i kac, jaki po nich miałem był podobny do tego, jaki pozostał po „Czerwonych liściach.”

Wielbicieli powieści kryminalnych ciężko zaskoczyć czymś nowym. Starzy wyjadacze spróbowali już zapewne każdej możliwej wariacji. Począwszy od klasycznych Sherlocków i Herculesów, skończywszy na wciąż penetrujących granice gatunku kryminałach skandynawskich. Liczba możliwych odmian jest przeogromna, co świadczy o uniwersalności formuły, a z drugiej strony grozić może zalewem dzieł w przedziwny sposób zniekształcających ramy kryminału, wtórnych, nieudanych, banalnych.

Ostatnia uwaga odnosi się niestety do powieści Paulliny Simons pt. „Czerwone liście” – książki nudnej i niewnoszącej niczego nowego do skarbnicy gatunku. Dzieła, które realizując wszelkie prawidła tworzenia kryminałów, rozczarowuje i na szczęście dość szybko ulatnia się z pamięci czytelnika.

Pierwszą część książki (bagatela, około 150 stron!) stanowi monotonna, pozbawiona tempa ekspozycja. Poznajemy bohaterów, którym szybko zaczynamy życzyć śmieci, gdyż są nieziemsko antypatyczni. Połączeni podejrzanymi związkami uczuciowo-miłosnymi prowadzą najczęściej miałkie rozmowy zbyt wolno posuwające akcję do przodu. Scena kawiarnianej rozmowy przyszłej ofiary mordercy z policjantem, który będzie mordercę śledził, jest tak upiornie „o niczym”, że mogłaby się z powodzeniem znaleźć we francuskim filmie nowofalowym. W kryminale, gdzie w sumie większość scen powinna nam coś sugerować lub ukrywać w sobie tropy, do których będziemy wracać odtwarzając okoliczności zbrodni, jest nie-do-pomyślenia. To takie żałosne obyczajowe ćwierkanie. 



Jeżeli ktoś w tym momencie nie odłoży książki, doczeka się na główne danie, którym będzie śmierć jednej z bohaterek. Wkrótce sympatyczny detektyw zabierze się za tropienie mordercy, a autorka zacznie przyrządza swoje dzieło wedle znanych i ponoć gwarantujących sukces receptur. Korzenie tajemnicy morderstwa tkwić będą głęboko w przeszłości, znajdzie się grono podejrzanych, wśród których każdy będzie miał powód, by uśmiercić nieszczęsną ofiarę. Śledzić będziemy mozolne śledztwo, w trakcie którego odsłonią się przed nami kolejne warstwy prawdy.

Nie spodziewajmy się jednak fajerwerków. Ta powieść jest co najwyżej przyzwoita i dziś, gdy od kryminału wymaga się nowatorstwa, nieszablonowych postaci, karkołomnych fabuł lub chociażby świetnie zarysowanego tła obyczajowego, razić może swoją poprawnością, stylistyczną nijakością, bezbarwnymi postaciami, scenami, które doskonale znamy z oglądanych jednym okiem telewizyjnych kryminałów. Drugim okiem przypatrujemy się bijącym się ze sobą dzieciom lub podziwiamy sprawność, z jaką sąsiadka wprowadza samochód do garażu…

Dodajmy, że „Czerwone liście” Paulliny Simons pierwotnie ukazały się w 1996 roku. W Polsce pierwszy raz znajdują swojego tłumacza, wydawcę i czytelnika w 2002, potem w 2014 roku. To dość zastanawiający fakt, który może potwierdzać moją małą spiskową teorię – mamy do czynienia z klasycznym przykładem odgrzewanego kotlet ze średniej jakości jadłodajni. Nie polecam.

10 komentarzy:

  1. Eee, i tak nie miałam ochoty na tego "kotleta" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężkostrawne ścierwo, jakby powiedział mój kolega patrząc na schabowego ze stołówki studenckiej.

      Usuń
  2. Paullina Simons ma tendencję do tworzenia dłużyzn. Kojarzysz może taki jej cykl "Jeździec miedziany", którego akcja rozpoczyna sie w oblężonym Leningradzie? To jest dopiero przegadane... Objętościowo są to tomy gabarytów "Biblii", ale jakby chciał streścić konkretną akcję to wyjdzie 2 strony A4.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kojarzę ten cykl, bo moja Żona mi opowiadała, że jej koleżanka wstydziła się faktu przeczytania tych pierdół o "Jeźdźcu miedzianym." Taka karma...

      pzdr

      Usuń
    2. Przeczytałam "Jeźdźca..." i jeszcze drugi tom, choć dość pobieżnie. Na trzeci już szkoda mi było czasu. Jakoś się nie wstydzę.

      Usuń
  3. Prostuje - "Czerwone liscie" w Polsce po raz pierwszy zostały wydane w 2002 roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, nie dotarłem do tej informacji. Dziękuję. Przeszukałem info o książce na amerykańskich stronach, ale nie sądziłem, że w Polsce ta pozycja już się kiedyś ukazała.

      Usuń
  4. Nieraz nie da się napisać pozytywnej opinii o książce... Ostatnio mam podobny problem. Ciągle trafiam na "nieudane" pozycje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na nieudanych pozycjach można też wyrobić sobie niezłe umiejętności. Czasem o wiele trudniej pisać o książkach dobrych, które porwały i oszołomiły.

      pzdr

      Usuń