czwartek, 1 stycznia 2015

Etap wysokogórski, czyli "Droga serca" Harrisona

Truizmem jest pisać, że książki M. Johna Harrisona należą do trudnych. Proza tego angielskiego autora czytelnikom się nie kłania. Uchodzi za dziwną, enigmatyczną, manieryczną, wymagającą nadprzeciętnego skupienia. Pozorny chaos i częsta nieobecność klasycznych rozwiązań fabularnych bywają przeszkodami trudnymi do pokonania. Pisarz nie stara się przypodobać masowym gustom, nie ma zamiaru niczego ułatwiać i uparcie kroczy swoją ścieżką, ignorując utyskiwania przyzwyczajonych do „normalnej” fantastyki fanów.

Droga serca, powieść wydana w 1992 roku, zdaje się doskonale potwierdzać wszystko, co o  Harrisonie do tej pory wiemy. Trzonem fabuły (jeśli można posłużyć się tak nieprecyzyjnym terminem) są zmagania trójki bohaterów, którzy przez większość dorosłego życia muszą uciekać przed zgubnymi skutkami pewnego rytuału, w jaki onegdaj zaangażowali się za sprawą parającego się magią ezoteryka. Pełznące za postaciami Zło, cień przeszłości, który kładzie się na każdym elemencie teraźniejszości, to motyw często występujący w klasycznych powieściach grozy, w horrorach wszelkiej maści. Jednak Droga serca horrorem z pewnością nie jest. Jest czymś dużo większym, głębszym i poważniejszym.



Czytając tę pozycję, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że autor podejmuje wyzwanie rzucone fantastyce przez naczelnego paranoika science fiction – Philipa Dicka. Takie powieści jak Valis, w literacki sposób tłumaczące mistyczne doświadczenia i epifanie, jakie obserwował amerykański pisarz, miały potwierdzać przeświadczenie, że świat jest systemem znaków, które odczytać mogą jedynie wtajemniczeni. Znaki te rozsiane są wszędzie. Dick szukał ich, spacerując zaśmieconymi ulicach San Francisco lub oglądając reklamy telewizyjne. Drogę serca można uznać za równie dobre studium paranoi. Różni się jednak ono od owoców zmagań Dicka. Autor Valisa przelał na papier bardzo osobiste doświadczenia, które (ponoć) naprawdę miały miejsce. Paranoja u Harrisona ma charakter konceptu fabularnego, jest przemyślaną strukturą, pod dyktando której rozwija się cała powieść.

Bohaterowie Harrisona szukają tajemniczej Pleromy – mistycznej, wywodzącej się z gnostycznych rozważań Pełni – przeczesując tonące w mroku przeszłości odnogi historii Europy, dłubiąc w genealogiach królewskich rodów, po omacku chwytając strzępy rozrzuconych informacji. Jednak podróż do źródeł prawdy, jak to często w tego typu opowieściach bywa, może być okupiona klęską na każdej z możliwych płaszczyzn. Bohaterów prześladują więc nie tylko halucynacje, niemal mistyczne wizje, są również miażdżeni chorobami, wegetują w źle rokujących związkach. Nie od dziś literatura przekonuje nas, że wyprawa po złote runo wiedzy kończy się źle.

Dzieło Harrisona nie ma klasycznej, linearnej struktury. Serie epizodów raz łączą się ze sobą, innym razem tworzą osobliwy collage, w którym mieszają się odległa przeszłość z teraźniejszością, partie o charakterze czysto sprawozdawczym z miejscami przesyconymi poetyckim, odrealnionym klimatem. Powieść więc co i rusz zmienia tempo, szarpie do przodu i zwalnia. Delektujemy się spokojnymi, rozlewnymi opisami przyrody, mając świeżo w pamięci sceny, w których brutalny, perwersyjny seks łączył się z magią i bogowie wiedzą z czym tam jeszcze.

Kilka drobnych scen, opisów, na pierwszy rzut oka przypadkowo obecnych na powierzchni tekstu, znajduje swoje niepokojące odbicie w kolejnych partiach książki. Mistrzostwo Harrisona polega więc również na tym, że paranoja, która stoi u fundamentów świata przedstawionego tej powieści, przenosi się z czasem na sam proces lektury Drogi serca. Od pewnego momentu zaczniemy sami siebie pytać, czy dany epizod, obraz mają jakiekolwiek związek z poszukiwaniami prowadzonymi przez bohaterów, czy poprowadzą nas dalej na ścieżce interpretacji, czy są jednak ślepymi zaułkami, w których ugrzęźnie nasza uwaga?

Powieść angielskiego autora nie należy do łatwych. Trzeba przedzierać się przez prawdziwy gąszcz szczegółów, w jakie obfituje narracja, zmusić się do przeczytania kilku naprawdę mocnych drastycznych scen, wydobyć z plątaniny informacji te, dzięki którym zrozumiemy intencje bohaterów, przyzwyczaić się do nagłych, niezapowiedzianych niczym zakrętów fabuły. Gdy przygotujemy się na to wszystko, wtedy u kresu lektury być może pojawi się przyjemna świadomość tego, że obcowało się z dziełem niezwykłym, unikatowym i trudnym.

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach Fantasta.pl. 

2 komentarze:

  1. Niepokojąca, trudna lektura, ale dała mi dużo satysfakcji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "Droga serca" jest męcząca, to fakt. I nawet ciężko byłoby jakoś opowiedzieć, o czym ta książka jest. Mnie mocno biją po oczach tutaj te wszystkie ezoteryzmy... Jest jakiś wewnętrzny kod, którego rozszyfrować do końca nie umiem.

      pzdr

      Usuń