poniedziałek, 13 lipca 2015

Gdy tata to Szatan, czyli "Dziecko Rosemary" Levina

To bardzo niepokojąca książka. Bez wątpienia kryje się w niej coś więcej niż skłonni bylibyśmy dostrzec przy pobieżnej, szybkiej lekturze. Niepokojąca nie tylko ze względu na mgłę tajemnicy, jaką "Dziecko Rosemary" wokół siebie roztacza.

Przypomnijmy, że Roman Polański zekranizował tę powieść, czym potwierdził reżyserską renomę. Film jest fantastyczny. Do tego stopnia fantastyczny, że być może zobaczył go Charles Manson, który jakiś czas potem wraz ze swoimi podopiecznymi zamordował żonę polskiego reżysera, Sharon Tate. Sharon była w bodajże ósmym miesiącu ciąży...

Manson być może słyszał również piosenkę Beatlesów pt. "Helter skelter" - słowa te według mordercy oznaczały apokaliptyczną wojnę, która pochłonąć ma sporą część ludzkości. Nie zapominajmy również, że Manson uważał Czwórkę z Liverpoolu za czterech aniołów opisanych w Apokalipsie. A skoro już przy Beatlesach jesteśmy - John Lennon został zastrzelony przez jakiegoś nierównoważnego nieszczęśnika przed domem, w którym "Dziecko Rosemary" właśnie kręcono...

Ładnie nam się splatają te wielkie przestrzenie - film, muzyka, literatura, życie... Nieco mroczniej się robi, gdy wbrew racjonalizmowi wyobrazimy sobie, że wszystkie te wydarzenia łączą jakieś podziemne, szemrzące cichutko strumienie i wtedy, w oparach paranoi, dostrzeżemy, że z "Dzieckiem Rosemary" jest coś naprawdę nie-halo. (Proszę poszukać sobie w innych źródłach jeszcze bardziej tajemniczych okoliczności przyrody...)

Nielubiany przeze mnie Stefan King mniej więcej tak napisał o Ira Levinie: "Jest on jak szwajcarski producent zegarków, przy którym my, inni autorzy horrorów, wyglądamy na handlarzy tandetą." 

King tym razem trafił w punkt. "Dziecko Rosemary" jest arcydziełem precyzji. Nie tylko nie znajdziemy w nim niepotrzebnych z punktu widzenia fabuły zdań, opisów, dialogów. Nie. Wszystko ułożone jest "na zero." Nic nie wystaje poza krawędź opowieści. Język jest przezroczysty, nie zatrzymuje na sobie uwagi.

Ważniejsze jednak są te wszystkie detale, drobinki, które rozrzuca autor. Początkowo niemal pogubione na przestrzeni tekstu, z biegiem czasu, bliżej finału, układają się w przerażający, bo prawdopodobny przebieg wydarzeń. 

Fantastycznym zabiegiem było przerzucenie ciężaru narracji na główną bohaterkę, która nie wie, czy jest ofiarą okrutnego spisku okultystów, czy też jej psychika po prostu nie udźwignęła wizji przyszłego macierzyństwa i płata jej dość dziwne figle. Ta rozedrgana świadomość utrudnia Rosemary jakiekolwiek rzetelne odnalezienie się w rzeczywistości - mąż, lekarz, sąsiedzi są jednocześnie bliscy i dalecy. Są przyjaciółmi i wrogami. Jednocześnie. I tak też ich widzimy przez większość lektury. 

"Dziecko Rosemary" nie jest zatem typową powieścią grozy. Jest zbyt inteligenta, przewrotna, niejednoznaczna. 

(Uwaga! Spoilery!)



Książka Levina zadała mi kilka dziwnych pytań, na które nie umiem odpowiedzieć. Na przykład: dlaczego wszyscy nowojorscy czciciele szatana to podstarzali, dobrze sytuowani, ale pozbawieni gustu przedstawiciele klasy średniej? Dlaczego w tle rytuału zapłodnienia Rosemary czytamy o wizycie papieża w Nowym Jorku? Dlaczego na początku powieści pojawia się tytuł artykułu prasowego pt. "Czy Bóg umarł" (autentyczna tekst z magazynu "Time") i te same słowa pojawiają się pod koniec powieści? 

I cóż, u licha, znaczy to przerażające wyciszone zakończenie, które niczego nie rozstrzyga, nie pointuje? Czyżbyśmy mieli do czynienia z tryumfem zła? Jak to tak? Nie ma happy endu? Nie wraca równowaga zakłócona przez ciemność? (Proszę zwrócić mi pieniądze za bilet!)

I to jest właśnie najbardziej przerażające w "Dziecku Rosemary" - bezradność bohaterki (i nasza również) w obliczu Zła, które mimo starań, szarpaniny, drobnych sukcesów, uparcie ukorzenia się w świecie, by rosnąć, kwitnąć i finalnie wydać owoce.

Levin deklaruje brak wiary w Szatana. Ale cóż z tego, skoro takie "Dziecko Rosemary" mogło wyjść spod pióra rasowego satanisty, który z ochotą podsycałby w nas przeświadczenie, że wobec zła człowiek bezbronny jest i słaby jak kobieta w połogu...

8 komentarzy:

  1. Pięknie to ująłeś zaiste! W powieści (i o dziwo w filmie też, bo z ekranizacjami różnie bywa, a Polański musiał mieć przebłysk geniuszu przy "Dziecku Rosemary") mamy podane na pozór suche fakty. Pomimo pierwszoosobowej narracji, to wielka sztuka. Gdzie więc rodzi się nadmiarowość, czyli groza, niepokój, strach przed czymś nieznanym? Oczywiście to jest głęboko ukryte "między wierszami czy kadrami filmu". Ale arcymistrzostwo i Levina i Polańskiego powoduje to, że nadmiarowość tworzy sobie czytelnik czy widz sam. Tu z pewnym oporem piszę, ale to dzieło dla odbiorcy klasy mistrzowskiej tak naprawdę.
    Oczywiście wszyscy wiedzą "o co tam chodzi", ale... Właśnie interpretacja podana z zewnątrz, bo tak mówią, jest płytka do bólu, tak, tak, tam się pojawia na ekranie sam Szatan, widziałem ...bo tak przeczytałem w sieci.
    Otóż w powieści, w filmie, jak napisałeś, nic nie jest pewne, nic nie jest stuprocentowe - poza suchymi faktami, poza ciążą, porodem, dzieckiem w wózku. Cała reszta jest taka jaką sobie stworzymy w umyśle, a właściwie jaką nam podstępnie twórcy podsuwają poza dosłownym obrazem.

    Co jest za to stuprocentowo pewne? Przepiękna muzyka Krzysztofa Komedy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Komeda jest tu doskonały. "Kołysanka" tak się wbija w pamięć, że nie można jej pomylić z niczym innym nikogo innego. I pełna zgoda co do tej "nadwymiarowości" - znakomicie uzupełniłeś mój wywód.

      Usuń
  2. Zabij mnie, bo ani nie czytałem, ani nie oglądałem. A jak dodać do tego, że jestem fanem grozy, to tak trochę wstyd. Niemniej jednak o kontrowersjach wokół książki słyszałem. Muszę w końcu nadrobić tę zaległość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zabiję, bo nie przeczytasz.

      ;-)

      Usuń
  3. Rzeczywiście, krzywdzącym byłoby stwierdzenie, że książka jest tylko horrorem. To genialna krytyka współczesnego świata, studium psychozy, umiejętne wejście w umysł kobiety ciężarnej. Krótka, ale celna. Polański spisał się na medal, oddając wszystko to, co Levin w swojej niewielkiej gabarytowo książeczce zawarł. Jedna z lepszych adaptacji, jakie widziałam. Tak więc i książkę, i film po prostu trzeba przeczytać. Świetnie, że w Internecie nadal pojawiają się recenzje tej książki. Niech geniusz Levina się rozprzestrzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, ja wolę czytać starocie. Po stokroć wolę. Nawet licząc się z tym, że najwięcej odsłon mają te blogi z nowościami wydawniczymi. A chrzanić nowości, powiem Ci.

      pzdr

      Usuń
  4. Świetnie napisany post, bardzo przyjemnie (mimo początkowego strachu związanego z tematyką) mi się go czytało. Co do samej książki... No właśnie, niby intryguje, a słyszało się o niej już kiedyś, to jednak chyba nie dla mnie. :)
    Pozdrawiam
    A.

    http://still-changeable.blogspot.com - będzie mi miło, jeśli zajrzysz. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki. Miło mi, że Ci się podobało. Książkę mocno polecam. Jest dobra, niezależnie od upodobań, daje sporą radochę.

      pzdr

      Usuń