wtorek, 15 marca 2016

Nadążacie?, czyli "Łagodna kobieta" Priesta

Uwielbiam tę chwilę, gdy czytając książkę, zaczynam odczuwać paranoję buzującą wokół głównego bohatera. Ma on coraz większe wątpliwości dotyczące fundamentów  świata, wciąż wypatruje oznak tego, że rzeczywistość jest „sfałszowana”, zbudowana na jakimś założycielskim kłamstwie, a zahipnotyzowani ludzie wierzą w solidność przestrzeni, w jakiej żyją. 

Lubię, gdy w realistycznie opisanym świecie przedstawionym odnajdujemy dowody na to, że tylko na pozór jest on „nasz”, bo zbyt często przekonujemy się, że coś tu bardzo brzydko pachnie.

"Zachodnie" wydanie, bo polska okładka jest obrzydliwa.


Główna bohaterka „Łagodnej kobiety” to pisarka specjalizująca się w biografiach kobiet właśnie. Mając na koncie niewielkie sukcesy, stara się wydać kolejną książkę, ale ma z tym niewielki problem, ponieważ maszynopis jej ostatniego dzieła został zarekwirowany przez rząd. Nie wiadomo dlaczego. Na dodatek sąsiadka naszej bohaterki pada ofiarą morderstwa, co jest nieco podejrzane, ponieważ starsza już pani była aktywistką-pacyfistką, która nieźle zalazła władzom za skórę. Oczywiście w czasach, gdy była piękna i młoda…

Pisarka powoli odkrywa tajemnice kłębiące się w życiu nieżyjącej już znajomej, a tymczasem pojawia się jej syn (nie głównej bohaterki, ale tej drugiej, martwej. Nadążacie?), by uporządkować dom matki. Syn, niesympatyczny i małomówny osobnik, przy pomocy narracji pierwszoosobowej opowiada o dziwacznym i monotonnym życiu, jakie wiódł w rodzinnym domu. Synek z czasem okazuje się niezłym świrusem, a na dodatek jest potężny, wpływowy i uwielbia inwigilować bliźnich.

Priest powoli zagęszcza atmosferę. Pozwala powoli toczyć się akcji, od czasu do czasu wehikuł powieści podskakuje na wybojach niesamowitości, grozy i absurdu rodem z Franza Kafki. Autor otwiera mnóstwo okien, rozrzuca liczne tropy, którymi może iść wyobraźnia czytelnika. Wiele razy jesteśmy świadkami scen pozornie błahych, zrazu niewiele wnoszących do fabuły, które dopiero pod koniec książki być może ułożą się w intrygującą całość. Być może…

Nie jestem pewny, czy Priest wykorzystał w tej rozgrywce wszystkie silne karty, jakie miał do dyspozycji. Parę razy zdarzyło się, że dany epizod, scena, obraz, które autor wyeksponował, nie odgrywały już potem żadnej roli lub to my sami musieliśmy nadać im głębszego znaczenia. Z jednej strony jest to ciekawy zabieg, przy pomocy którego zaprasza się czytelnika do współtworzenia opowieści. Z drugiej zaś strony można się czuć nabitym w butelkę, gdy czytamy o UFO, które objawiło się bohaterowi, a następnie aż do końca tekstu nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym dość niecodziennym przecież spotkaniu.

„Łagodna kobieta” to powieść, która uczy cierpliwości. Mimo jej skromnych rozmiarów (książki, nie kobiety), nagromadzenie rzucających się w oczy elementów jest zdumiewające. Intryga, która rozwija się ślamazarnie, nie należy być może do najbardziej porywających, ale książka zyskuje dzięki temu, że poszczególne jej plany, punkty widzenia, rzucane niby przypadkiem informacje, obszerne retrospekcje stopniowo układają się w panoramę naszej-nienaszej rzeczywistości. Rzeczywistości, przy której Priest uwielbia majstrować.

Na koniec kilka mądrych i oświeconych słów godnych wnikliwego recenzenta. „Łagodna kobieta” stawia pytania, które bez przerwy zadają sobie rasowi (literaccy) paranoicy – co jest prawdziwe? Czy to, co widzę, istnieje? Czy ja sam jestem prawdziwy? A może jestem bohaterem opowieści snutej przez kogoś innego? A może ja, a mocy wyobraźni, powołuję do życia rzeczywistość? 

Jeśli znacie odpowiedź na te pytania, dajcie znać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz