niedziela, 28 sierpnia 2016

Raczej nudny "Żywot człeka zmałpionego" Chmielewskiego

Tytus, Romek i A'Tomek zbudowali mu dzieciństwo. 

Jasne, czytałem przygody Kajka i Kokosza, Jonki, Jonka i Kleksa, ale to kolejne księgi Tytusa właśnie, które poznawałem w przypadkowej kolejności, potrafiły mnie porwać, rozbawić, zainspirować. 

Czułem związek, rodzaj bliskości w stosunku do trójki moich rysunkowych rówieśników, którzy nie chcieli dorosnąć, tkwili w niekończącym się dzieciństwie i w pełni korzystali z jego praw. Byli niewinni, nieco naiwni, pielęgnowali pewne niedzisiejsze teraz już wartości. 

A na dodatek poczucie humoru, którym skrzyła się każda książeczka (przynajmniej ta wydawana w PRL-u), było tak fantastyczne, że powiedzonkami, grepsami, rymowankami można było popisywać się na podwórku. 

Słowem - pycha, banany w czekoladzie!

Tak więc, gdy znalazłem w księgarni wspomnienia Papcia Chmiela opisujące historię powstania Tytusa oraz perypetie związane z wydawaniem komiksów w epoce słusznie minionej, nie zastanawiałem się ani sekundy. "Żywot człeka zmałpionego" znalazł się na półce "Przeczytać natychmiast!"



Zacząłem i ... cóż... To tyle dobrych wiadomości.

Książka ta potwierdziła dwie reguły, które obowiązują we wszechświecie. 

Po pierwsze, za każdym razem, gdy ktoś, kogo znam z niesamowitego poczucia humoru, bierze się za spisywanie swoich losów lub spowiada się komuś ze swojego życia (co nazywamy dziś wywiadem-rzeką), wtedy dzieje się rzecz dziwna. Humor ulatuje, śmiać się w sumie nie ma z czego, a całość zamienia się w jakąś smętną, przygnębiającą, snującą się ospale opowieść. 

Być może to prawda, że najlepsi komicy, rasowi komedianci i humoryści najlepiej realizują się na polu uprawianej przez siebie sztuki, a to, co nazywamy zwykłym życiem, zamienia ich w szaroburych, nudnych i przewidywalnych osobników. 

Druga reguła jest taka - jeżeli podziwiam czyjąś pracę artystyczną, niech mnie ręka boska broni przez sięgnięciem po biografię danego twórcy. Ja tak bardzo nie lubię poznawać losów artystów, których życiorysy często psują mi odbiór dzieł wcześniej lubianych. I niby nie powinienem łączyć biografii ze sztuką, ale nie potrafię. Nie umiem i już!

Taki pisarz niech mi zostanie nazwiskiem, dźwiękiem, a nie człowiekiem z krwi i kości, który zbyt często upadał, miał trudny charakter, słabą wolę i popaprane upodobania. Wolę nie psuć sobie tymi historiami różnych nazwisk. 

(Chociaż erotyczne upodobania takiego Żeromskiego pasują mi do mąk, jakie jego dzieła zadają czytelnikom...)

Czytając wspomnienia twórcy Tytusa czułem narastające znużenie, irytację i rozczarowanie. Jak to możliwe - pytam sam siebie - że mój heros z młodości może tak nijako (to najlepsze słowo) opowiadać? Tak bez werwy, bez bigla. Powiedzmy, że się stara, ale nie wychodzi, no nie wychodzi.

Jest ciężko. Jakoś nieruchawo. Niby Papcio Chmiel ma fantastyczny materiał do zaprezentowania. Czasy, w których tworzył swoje najlepsze komiksy, były przecież komiczne, absurdalne, niemal surrealistyczne same w sobie, a jednak nie udało się autorowi zamknąć tego wszystkiego w ramy opowieści, która powinna mieć swoją dramaturgię, napięcie.

Jasne, my, fanatycy Tytusa, dostajemy najbogatszą i podaną z pierwszej ręki opowieść o narodzinach, rozwoju i perypetiach uczowieczającej się małpy, ale urodzaj wszelkiej maści szczegółów nie przekłada się na satysfakcję czytelniczą. 

Autor nie przeprowadza żadnej selekcji wśród wspomnień i tak obok naprawdę fascynujących historii, zabawnych dykteryjek znajdziemy pozbawione energii, nudne, zwalniające tempo relacje z podróży po krajach Bloku Wschodniego (i nie tylko), detale dotyczące pracy wydawniczej etc. Cenne i wzruszające są cytowane listy młodych wielbicieli Papciowego komiksu, ale już mniej obchodziły mnie poglądy Chmiela na małżeństwo i rodzicielstwo. Wzmianki o własnych dzieciach, dalszej rodzinie, rozwodzie...

Fakty, anegdoty, opinie, wspomnienia, mnóstwo ilustracji - wszystko to zmieszało się w niestety nieśmieszną całość. Nie jestem ponury jak kierowca Hitlera (to błyskotliwe porównanie świadczy o tym najlepiej), łatwo mnie rozśmieszyć lub wprawić w dobry nastrój, ale Papciowi niestety się to nie udało.

Być może wiekowemu już twórcy zacięło się poczucie humoru? Być może nie wszystko złoto, co podpisano inicjałami taty Tytusa? Wszak ortodoksyjni fani, do których i ja należę, prychają pogardliwie, gdy mają sięgnąć po księgi wydane już w wolnej Polsce, co może być dowodem na powoli ale stale obniżające możliwości twórcze. 

Nie chcę za bardzo glanować tej książki. Nie w czasach, gdy bohaterowie masowej wyobraźni, celebryci, artyści, sportowcy chętnie własne biografie wydają. Papcio ich deklasuje. Dlaczego? Dlatego że podjął się trudu własnoręcznego "spisania" życia, gdy inni podpierają się dziennikarzem, który moderuje rozmowę i nadaje całości ostateczny kształt. 

Podsumowując, "Żywot człeka zmałpionego" można przeczytać, gdy się jest miłośnikiem Tytusa, Romka i A'Tomka. To dla nich ta książka. I chyba tylko dla nich...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz