wtorek, 18 października 2016

Cicha siła, czyli "Wiersze zebrane" Kornhausera

Juliana Kornhausera wymienia się jednym tchem z takimi autorami jak Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak, Ewa Lipska i Ryszard Krynicki. Ta konstelacja poetyckich gwiazd była głosem pokolenia Nowej Fali. Twórcy, których celem działania była kontestacja zastanej rzeczywistości literackiej i próby uchwycenia mroków PRL-u przy pomocy języka literackiego skrzyżowanego z narzeczami charakterystycznymi dla gazet, przemówień, ankiet, wypracowali łatwo rozpoznawalny poetycki ton, chociaż każdy oddzielnie starał się udeptywać własną poetycką ścieżkę.

Julian Kornhauser był chyba „najcichszym” z wymienionych powyżej twórców. Zawsze gdzieś obok, na drugim planie, zawsze ciszej, nie narzucając się. Autora „Stanu wyjątkowego” chyba zbyt szybko „rozpoznano” i na wieki wieków zaszufladkowany jako nowofalowca, którego ocenia się jedynie poprzez pryzmat znakomitych tomików wydawanych w latach 70. Nie muszę chyba dodawać, że dopiero monumentalne „Wiersze zebrane” są w stanie pokazać pełnię możliwości krakowskiego poety.


Debiutancki tom z roku 1972 („Nastanie święto i dla leniuchów”) zapowiadał narodziny surrealisty. Wiersze tworzą przedziwne mozaikowe skupiska obrazów, poszczególne wersy nie korespondują ze sobą, zaskakują kontrastowymi zestawieniami. Teksty wydają się być wyrwane z czasu i przestrzeni, nie da się ich zakotwiczyć w żadnej konkretnej rzeczywistości. Niespodziewanie jednak kolejne książki z lat 70 przynoszą zmianę – poeta zaczyna przyglądać się społeczeństwu, mechanizmom regulującym jego istnienie, językowym procesom, które za sprawą komunistycznych środków masowego przekazu wynaturzają sam język, a tym samym relacje międzyludzkie. To klasyczny, chciałoby się rzec szkolny, Kornhauser. Wirtuoz.

Lata 80 warto zapamiętać dzięki wspaniałemu zbiorowi „Hurrraaa!”, w którym poeta oddaje głos tym, których oficjalnie nie można było usłyszeć. Bohaterami wierszy stają się zwykli ludzie żyjący gdzieś na marginesach i peryferiach, tam gdzie nie dociera oko kamery, mikrofon redaktora prowadzącego w radiu interwencyjną audycję. Gorzkie, pełne cichej rezygnacji lub niczym nieuzasadnionej nadziei teksty przynoszą obraz obywateli drugiej kategorii, którzy nijak nie umieli znaleźć szczęścia w socjalistycznym raju i informują o tym na swój niezgrabny sposób.

Nieliczne tomy wydane w wolnej już Polsce znów przynoszą zmianę poetyki. Wiersze najczęściej skupiają się wokół jednego obrazu, jednej myśli, którą poeta najczęściej rozwija na niewielkiej przestrzeni kilku zdań. Skromne obserwacje, wyszeptana raczej niż wykrzyczana niezgoda na świat lub potwierdzona skinieniem głowy afirmacja, to cechy charakteryzujące ostatnie dokonania Kornhausera. Delikatne, subtelne, jeżeli nawet nie są odkrywcze, to z pewnością są w stanie dać miłośnikom poezji sporo satysfakcji.

Ta mająca ponad 700 stron książka nadaje się do powolnego smakowania, kontemplacji, namysłu. Nie czytałem jej od deski do deski, od pierwszego do ostatniego tekstu, pozwalałem sobie na swobodną wędrówkę, niespieszny spacer po wszechświecie Kornhausera. Wybierając przypadkowe utwory, co i rusz dziwiłem się, wzruszałem lub podnosiłem ze zdziwienia brwi, gdy zdawałem sobie sprawę, jak wiele wspaniałej i mądrej poezji pozostawało do tej pory poza moim horyzontem poznawczym. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz