czwartek, 13 kwietnia 2017

Dziadek fantasy, czyli "Trzy serca i trzy lwy" Andersona

Nie powiem, żebym pałał jakąś szczególną miłością do literatury fantasy i po wielokroć dawałem wyraz mojemu chłodnemu stosunkowi do tego gatunku. Moim skromnym zdaniem im bardziej dzieło fantasy jest "przegięte", kampowe, drwiące sobie ze świętości gatunku, tyle lepsze - dla czytelników i dla samego siebie. "Prawdziwe" fantasy, w odróżnieniu od science fiction, nudzi mnie śmiertelnie. Szkoda moich pięknych oczu...



Zdziwiłem się więc niemożliwie, gdy chwyciwszy klasyczną, wydaną w 1961 roku powieść fantasy "Trzy serca i trzy lwy" Poula Andersona, zacząłem odczuwać swego rodzaju czytelniczą satysfakcję. A zacząłem tę książkę czytać, gdyż:

a) była szczupła (wolę szczupłe książki, z kobietami mam odwrotnie),
b) Anderson napisał rewelacyjną przewrotną "Podniebną krucjatę",
c) "Trzy serca i trzy lwy" nawiązują do jednej z moich ulubionych powieści, do "Jankesa na dworze króla Artura" Marka Twaina.

Powyższą kolejność należy traktować jako nieprzypadkową.

Powieść na konstrukcję klamrową - otwiera i zamyka ją (powiedzmy) współczesność. Bohaterem jest sympatyczny młody Duńczyk, dusza-człowiek, łagodny olbrzym, który na wieść o wybuchu II wojny światowej opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i wraca do okupowanej ojczyzny, W czasie jednej z akcji zostaje ranny i przygwożdżony ogniem hitlerowców, traci przytomność, by...ocknąć się w średniowiecznej Europie. No, lub w krainie mocno ją przypominającej.

Chyba nie ma większego sensu zastanawiać się nad mechanizmami, które uruchomiły silnik powieści. Ważniejsza jest przygoda, którą właśnie rozpoczyna bohater. Strumień wypadków jest naprawdę rwący, a rytm, w jakim pojawiają się kolejne atrakcje, przypomina jako żywo mechanikę gier przygodowych - postać pokonuje kolejnych wrogów (wiedźmę, upiory w zbrojach, trolla, wilkołaka, syrenę...), zdobywa niezbędne doświadczenie, otacza się przyjaciółmi, których umiejętności okażą się kluczowe w newralgicznych momentach. Wesoła kompania złożona z szlachetnego rycerza, ślicznej dziewczyny (zamieniającej się w łabędzia, taka tam umiejętność), krasnoluda-realisty i tajemniczego wojownika ze Wschodu to gromadka, jakiej nie powstydziłaby się żadna baśń lub gra fabularna.

Akcja pędzi na łeb, na szyję, jak koń popędzany ostrogami. Nie da się tu wyczuć głębszego intelektualnego zaplecza. No ale przecież nie o to chodzi, by czytelnik "Trzech serc..." zapadł w filozoficzną zadumę nad złożonością świata, chociaż sam bohater od czasu do czasu zaczyna się zastanawiać, czy zmagania pomiędzy Złem a Dobrem, w których chcąc nie chcąc uczestniczy, nie są przypadkiem odbiciem tego samego starcia mającego miejsce w mrocznych latach II wojny światowej. (Dobre pytanie, zapisać je sobie.)

Jasne, miłośnicy cynicznych i niejednoznacznych moralnie bohaterów Sapkowskiego czy innego Martina będą kręcić nosem, ale ja tam lubię proste rozwiązania w prostych książkach, lubię te opowieści o Dobru i Złu, o Porządku i Chaosie, chociaż gdy patrzę na blat mojego biurka i pulpit komputera, zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zaprzedałem się tej ostatniej sile...

4 komentarze:

  1. "Trzy serca i trzy lwy" przeczytałem, kiedy ukazało się w "Fantastyce", zatem jeszcze dzieckiem będąc. Mam bardzo dobre wspomnienia z lektury, tzn. pamiętam bardzo niewiele, ale wiem, że było dobre. Pora zatem odświeżyć sobie tę i inne klasyki SF&F.

    A pierwszy akapit, to właściwie tak jakby ktoś podsłuchał moje myśli :) Dziękuję za przypominanie jak dobrą fantastykę pisano kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Przepraszam, że dopiero teraz odpowiadam. Tak, to bardzo dobra fantastyka.

      Usuń
  2. Czytałem to jeszcze za komuny - leciało w odcinkach w Fantastyce. Wtedy to dopiero było łaaał :D Ale skoro to Ci się podobało, to polecę moje ulubione fantasy Andersona: Dzieci wodnika. Zaklęty miecz też jest OK :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za chwilę chwycę "Dzieci wodnika". Dziękuję za polecenie! Pozdrawiam.

      Usuń