poniedziałek, 8 stycznia 2018

Jak to jest być zegarkiem, czyli "Everyman" Rotha

Jeszcze w starym roku wdałem się w krótką dyskusję na temat tego, czy każda książka jest polityczna. Moja adwersarka stwierdziła, że tak, że każda książka jest polityczna, tylko trzeba umieć to dostrzec. Ja nie lubię takich wytrychów, nie lubię zbyt ciężkich maszyn, które się wytacza, by przy ich pomocy włamać się do wnętrza dowolnego tekstu. Po wymianie kilku komentarzy spór umarł, a ja miałem wrażanie, że zostałem potraktowany jak dyletant, który nic nie widzi, nic nie wie, na niczym się nie zna i czyta jak uczniak. (Autorka bloga pisuje recenzje książek dla "Polityki", więc do kogo ja startuję w ogóle...)

Powinienem uznać swoją głupotę, no ale nie umiałem. Myślałem, myślałem i wymyśliłem, że Polityka jako klucz do otwierania lektur to równie dobre narzędzie, co pryzmat Miłości, Filozofii czy Boga, przez które dany tekst się ogląda. Tak więc równie dobrze można powiedzieć, że każda książka jest o Bogu na przykład. Co swoją drogą pasuje mi o wiele bardziej niż polityka (Bóg wie jak rozumianą...)

A więc przeczytany na przełomie 2017 i 2018 roku "Everyman" Philipa Rotha jest opowieścią o świecie bez Boga. Nie umiałem (a może nie chciałem) inaczej odebrać tej książki siłując się z nią w oktawie Bożego Narodzenia.



Powieść zaczyna się tam, gdzie większość z nas skończy - na cmentarzu. Nad grobem zmarłego mężczyzny, całkowicie niereligijnego Żyda, zbierają się żałobnicy. Najbliższa rodzina, która zaznała z jego strony więcej zła niż dobra, której zafundował więcej rozczarowań niż spełnionych oczekiwań i dotrzymanych obietnic. Rzucona na wieko trumny ziemia, wcześniej kilka słów pożegnania (podsumowania), trzask zamykanych drzwi samochodów, którymi uczestnicy pogrzebu rozjadą się do domów. Tyle. Suchy i wymuszony obrzęd dobiega końca.

Reszta książki odtwarza losy głównego bohatera, który dochrapał się kilku (zdradzanych kolejno) żon, niecierpiących go synów, wysokiego stanowiska "w reklamie", domku na "osiedlu spokojnej starości." Dzieciństwo upłynęło bohaterowi na pracy w zakładzie jubilerskim ojca, młodość zakłóciła jedna drobna operacja przepukliny, której cień (operacji, nie przepukliny) rzucał się na kolejne dekady życia, wypełniając powoli puste wnętrze anonimowego bohatera strachem przed kolejnymi dolegliwościami zdrowotnymi.

A te w końcu przychodzą i łączą się w swoistym dance macabre z porażkami, jakie w życiu mężczyzny coraz częściej zastępują odnoszone wcześniej sukcesy. Zdrady wychodzą na jaw, talent malarski, o który siebie podejrzewał, budzi obojętność, a w najlepszym razie protekcjonalne uśmiechy. Ciało powoli odmawia posłuszeństwa, nie da się już wypływać daleko w morze, nie da się uwodzić kobiet, nie mając nad nimi władzy, nie można wyrwać się z potrzasku, którym jest starość.

Roth doskonale panuje nad piórem - opisy kolejnych zabiegów, którym poddawany jest umęczony organizm, przypominają bezosobowe instrukcje zamieszone w poradniku dla zegarmistrzów-amatorów ("Odkręć. Przykręć. Dociśnij. Naciągnij. Wymień. Uszczelnij"). Te zegarki nie przyszły mi do głowy przez przypadek - bohater w dzieciństwie zbierał stare zegarki i z różnym skutkiem je naprawiał.

Ciało bez duszy to taki właśnie zegarek...

Cóż, smutna to książka. Obnaża bezlitośnie pustą egzystencję człowieka, który z "przyszedł z niczego i w nic odejdzie" (Monty Python o tym śpiewał i nie dam głowy, czy przypadkiem nie czytałem podobnego rzymskiego napisu nagrobnego). Każdy sukces, tryumf nad materią, pokonywane szczeble kariery, w kontekście czekającego nas finału potęgują jedynie ból rozstania ze światem. A rozstanie owo Roth przedstawia tak dobitnie, że finał powieści brzmi jak pointa makabrycznego żartu, którym jest starość i umieranie człowieka.

Przypominam tylko, że kategoria everymana pochodzi ze średniowiecznego moralitetu, którego bezimienny główny bohater prowadzi na deskach sceny zażartą psychomachię. Świadkami tych wewnętrznych zmagań, złych i dobrych wyborów, są widzowie obserwujący przedstawienie. Każdy z nich miał ujrzeć w głównym bohaterze samego siebie i niejako "na własnej skórze" zaznać radości Nieba lub płomieni Piekła.

Puste, wyjałowione, cielesne (w wielu rozumieniach i na wielu płaszczyznach) życie głównego bohatera powieści Rotha być może być przestrogą. Ostrzeżeniem przed dramatem egzystencji pozbawionej choćby namiastki duchowości (nie wspominając już o praktykowaniu wiary), której nie zastąpią ani kruche skażone pretensjami relacje rodzinne, ani dawni partnerzy w interesach, ani przelotne miłostki.

Książka doskonała, ale na najważniejsze pytanie ("Co z nami będzie, gdy wyłączą światło?") Roth jednak nie odpowie.

Średniowieczne moralitety były w tej kwestii chyba odważniejsze...

2 komentarze:

  1. Mam słabość do tych moralitetów jeszcze z czasów studiów. Bardzo lubiłem je czytać. Zresztą to z ich inscenizacji wyrósł współczesny teatr.

    Na razie czytałem tylko jedną powieść Rotha, ale byłem pod wrażeniem - "Amerykańska sielanka" miała kilka wad, ale i tak świetnie ukazywała rodzicielskie dramaty i rozpad pewnego pokolenia w Ameryce. Teraz czeka na mnie w biurku "The Plot Against America".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz. To akurat moja pierwsza powieść Rotha i dobrze trafiłem, bo książka ma nawet nie 200 stron. Szybko się czyta, samo gęste jak to mówią. I przejmująco się kończy. Polecam. Wróciłem do literatury "poważnej" i jakoś mi z tym dobrze.

      pzdr

      Usuń