wtorek, 1 maja 2018

Po wszystkim trzeba założyć spodnie, czyli "Hańba" Coetzee

Gdy zdarza mi się psioczyć na nasz zramolały kanon lektur, w którym trudno znaleźć książki generujące żywsze emocje, często słyszę pytanie: "No dobra, ale co byś wstawił zamiast tego Sienkiewicza, Żeromskiego czy Nałkowskiej?" 

Zawsze mam wtedy problem, gdyż moje fascynacje czytelnicze bywają zbyt niszowe, by nimi częstować ogół i liczyć na cieplejszy odbiór. No ale czasem trafiam na książkę, która śmiało może stać się przyczynkiem do dyskusji wszelakich. "Hańba" taką powieścią jest.



Ruszyła mnie ta książka. Ruszyła z bardzo wielu powodów, na bardzo wielu różnych poziomach, z wielu względów, które niekoniecznie uznałbym za, powiedzmy, zdroworozsądkowe, lub przyzwoite. No ale o tym poniżej.

Już po kilku pierwszych stronach czytelnik wie, że Coetzee to prawdziwy majster. Nie, niewiele jeszcze wiemy o samej fabule, w sumie gdzieś tam majaczy zbliżające się nieszczęście, ale  rozkoszujemy się opisem leniwej, próżniaczej, hedonistycznej egzystencji głównego bohatera, profesora Davida Luriego. Żadnego tam geniusza, zwykłego wyrobnika intelektu, który dwie książki napisał, dwie żony uszczęśliwił rozwodem i jedną córkę spłodził. Pierwsze strony to kawał skupionej, zwartej prozy, która skrojona jest jak garnitur spod igły genialnego krawca. Każde zdanie, dialog, opis, obraz są po coś. Mają ciężar i esencjonalność godną aforyzmów. 

Zdumiewające jest to, jak niewiele czasu zabiera pisarzowi odtworzenie drogi, którą przeszedł jego bohater, by finalnie pogrążyć się w tytułowej hańbie. Dziewiętnastowieczny realista rozpisałby tę partię powieści na kilkadziesiąt instrumentów, wprowadziłby bohaterów drugoplanowych, epizodycznych, całość tonęłaby w szczegółach; poznalibyśmy dzieciństwo i młodość nie tylko Luriego, ale również jego bliskich.

Coetzee amputował wszystko, co mogłoby rozproszyć odbiorcę. Upadek bohatera to w sumie "zasługa" jednej pomyłki, jednego źle zainwestowanego pożądania, o jeden romans za daleko, chciałoby się rzec. Pamiętajcie więc, mówi pisarz, z kim idziecie do łóżka... 

A jeśli już jesteśmy przy "tych sprawach" - seks przedstawiony w powieści (fundamentalna kwestia przecież, bo gdyby nie obcowanie płciowe bohaterów, nie było by "Hańby" w ogóle) odsłania swoje upiorno-anielskie oblicze. Niemal jak Dziewica z "Nie-Boskiej komedii" Krasińskiego. 

Chwilę przed spełnieniem mężczyzna (i kobieta czasem też) staje się niewolnikiem Erosa, staje się narzędziem, posługują się nim siły, nad którymi panować nie potrafi. I nie chce. Jest mistrzem sztuki uwodzenia, ma wdzięk, błyszczą mu oczy, hipnotyzuje kobietę, która finalnie ulega. Opisy aktów miłosnych również doprowadza pisarz do granic lapidarności - to krótkie niczym męski orgazm sekwencje, po których następuje uspokojenie i powrót do rzeczywistości. Trzeba założyć spodnie i iść dalej. 

Tak to proszę państwa bardzo często wygląda... I za ten pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i uniesień stosunek do stosunków mocno szanuję "Hańbę" i nawet jakoś samego antypatycznego głównego bohatera.

Genialnym kontrapunktem tej sfery ludzkiej aktywności jest praca Luriego - nosi się on z zamiarem napisania opery kameralnej o romansie, jaki miał lord Byron w czasie swojego pobytu we Włoszech. Odrealnione nieco partie odtwarzające tamtą (powiedzmy) romantyczną opowieść kontrastują z opisem starzejącego się i sponiewieranego kochanka, którym jest bohater "Hańby." Czujecie? Wiecznie młody (bo młodo obumarł) i jurny, chociaż znudzony uwiedzioną mężatką, symbol romantyzmu, i pięćdziesięcioletni rozwodnik, który musi coraz częściej korzystać z usług prostytutek, by z nimi zaznać rozkoszy. Kapitalnie zestawione, kapitalnie.

Seks i starość to dwie płaszczyzny, których zgodnego współistnienia nie dopuszczamy do świadomości. I mamy rację. Coetzee wyświadcza nam przysługę i przypomina o tym, czego być może dożyjemy...

Sam bohater bywa nieprzyjemny i odpychający, ale jakoś imponuje mi jego stalowy wręcz charakter. Niepokojąco łatwo godzi się z losem, który stał się jego udziałem. Pomimo ewidentnej winy, nie ma zamiaru składać samokrytyki. Nie żałuje feralnego romansu. Konsekwentnie broni swojego prawa do korzystania z życia, do chwytania się kobiet, które traktuje w dość instrumentalny sposób. Oj, nie miałby łatwego życia w czasach "kultury gwałtu" i szaleństwa #metoo.

Żeby nie przeciążać tej rozedrganej recenzji (bo to w końcu recenzja, a nie krytyczna analiza tekstu), napiszę, że mój zboczony polonistycznie umysł już w trakcie lektury zaczął układać tematy hipotetycznych lekcji. Cały tydzień roboty byłby przed nami. Tematy lekcji? Seks i jego postacie, wykorzystywanie, miłość romantyczna i jej odbicia, relacje ojciec-córka, "odwrócony" apartheid w kontekście "Jądra ciemności", przypadek i przeznaczenie, miłość i miłosierdzie, wina i kara, starość...

A to tylko 270 stron druku. Tylko. Esencja esencji.

Koniecznie.

1 komentarz:

  1. Zgadzam się w pełni. Czytałem czas jakiś temu, ale wrażenia miałem bardzo podobne.

    OdpowiedzUsuń