sobota, 9 czerwca 2018

Na bezrybiu taaaakie ryby, czyli "Miliard lat przed końcem świata" Strugackich

Nie miałem co czytać. A gdy nie mam co czytać, zawsze ratuje mnie to, że mam pod ręką kilku autorów, których książki nigdy nie będą stratą czasu. Z drugiej zaś strony wiem, że autorzy ci odkładani są na wieczne potem, bo prawie zawsze mam coś innego, nierozpoznanego jeszcze do przeczytania. Wiem, że niejako krzywdzę doskonałych pisarzy za to, że napisali dużo świetnych książek. 

I tak mam, proszę państwa, z braćmi Strugackimi - ich kilka ładnych książek mam już na koncie, ale po każdą kolejną sięgam w wyżej wymienionych przypadku - gdy nie mam co czytać. I tak więc z tak zwanego braku laku chwyciłem po "Miliard lat przed końcem świata."



Po przeczytaniu tej krótkiej powieści miałem wrażenie, że to bardzo...rosyjska książka. I to był zły znak, bowiem jak siebie znam, nie potrafiłem nigdy zdefiniować tak zwanej "rosyjskiej duszy." Tyle razy próbowałem, ale nie umiem. Poddaję się na tym odcinku robót. 

O wiele łatwiej przychodzi mi odkrycie w tym tekście nieprzebranych pokładów groteski spod znaku Czechowa lub Gogola. To oni są niewidzialnymi patronami Strugackich piszących "Miliard lat..." 

Dodam dla porządku, że groteska nigdy nie była dla mnie kategorią estetyczną, która miała śmieszyć. W grotesce zawsze widziałem element grozy, mniej lub bardziej wyraźny rys deformacji, która paraliżuje i przeraża. Pamiętacie "Przemianę" Kafki? Facet budzi się rano jako olbrzymi karaluch. Przez kilka pierwszych akapitów jeszcze jesteśmy skłonni się śmiać z tego przedziwnego konceptu, potem humor się ulatnia, a w nas rozrasta się olbrzymi sopel - to nie ma być śmieszne, to jest koszmar, z którego przebudzić się nie sposób.

Ok, ale od początku, przecież należą się Wam jakieś konkrety. 

Mamy lato. W ogłuszającym upale, w niewielkim mieszkaniu, w bloku, siedząc w samych gaciach, główny bohater pracuje nad skomplikowanym matematycznych problemem. Żona z dzieckiem wyjechali, warunki do pracy niemal idealne, a więc... Malanow zatrzymuje się u progu niezwykłego odkrycia. Obliczenia prowadzą go w niesamowitym kierunku, gdzie nie tylko Nagroda Nobla staje się możliwą, ale również pomniejsza rewolucja naukowa. Z chaosu obliczeń, wzorów, wykresów podnosi się powoli coś cudownego.

I w tym momencie zaczyna się koszmar, którego zrazu nie rozpoznajemy. Pukanie do drzwi, telefon, wizyta uroczej dalekiej krewnej, odwiedziny ekscentrycznego sąsiada... Wszystko zaczyna irytować, drażnić nie tylko swoją naturą, ale również zagęszczeniem tych zjawisk. Goście gośćmi, można ich jakoś przeżyć, ale gdy w ciągu popołudnia nie udaje nam się znaleźć sekundy wolnego czasu, by dokończyć coś, co jest sensem naszego zawodowego życia, wtedy zaczynamy się drapać po głowie. Czyżby cały wszechświat się sprzysiągł przeciwko nam? 

No właśnie...

Okazuje się bowiem, że nie tylko główny bohater musi zmierzyć się z tym pytaniem. Również inni, mniej lub bardziej znani mu naukowcy, mają swoje piętnaście minut i u progu epokowych odkryć (których sensu często nawet nie rozumieją) muszą opędzać się przed prawdziwym gradobiciem iście surrealistycznych wydarzeń. Oczywiście nie zdradzę, co dybało na naukowców, którzy mieli pecha być genialni, ale zaręczam, że wszystko zostało nam podane w duchu braci Marx skrzyżowanych z Bułhakowem.

A czynnik science fiction? - możecie zapytać. Cóż, jest, i to potężny. Frapujące spekulacje na temat prawdziwej natury wydarzeń wciągają czytelnika w prawdziwy wir niewiadomych X. Czym jest siła, która chce wydrzeć z rąk naukowców ich odkrycia? Obca cywilizacja? Nieokreśleni strażnicy "zrównoważonego rozwoju" ludzi, którzy czuwają nad tym, abyśmy zbyt szybko nie sięgnęli gwiazd? A może sam wszechświat ma w sobie zakodowane mechanizmy obronne i przy pomocy takich sił jak przypadek i przeznaczenie reguluje ruch rzeczywistości? (Gdzieś coś mi tu pachnie "Katarem" Lema, ale nie mam siły tego dalej rozkminiać.) Tego się nie dowiemy, obserwując wszystko z perspektywy małego mieszkanka w bloku, z perspektywy mrówki rzuconej na tory.

(Tak przy okazji wszystko to mocno może pachnieć również rozrachunkiem z totalitaryzmem, z opisem pozycji opozycjonistów, którzy guzik mogą w starciu z Systemem fundującym im najróżniejsze "atrakcje"...)

Najbardziej przerażała mnie w tej książce bezradność bohaterów. Nie mogą oni zrobić niczego, by pokonać bawiące się z nimi siły. W sumie są oni jak dzieci, które chwyciły maszynki do golenia, ale silna ojcowska ręka zdążyła szybko zareagować i skarcić.

(Powyższe porównanie jest nieprzypadkowe - dziecięciem będąc, dorwałem się do żyletek i usiłowałem się ogolić. Matka omal zawału nie dostała, bo już zaczynałem sobie jako tako radzić...)

Bardzo poleca się tę powieść. Kameralną, dającą się nawet wystawić na scenie. Już to sobie wyobrażam - blokowisko, pracujący wentylatorek nie jest w stanie przegonić upału, głodny kot ociera się o kolana swojego właściciela, potencjalnego geniusza, a tu przychodzi sąsiad z wódką i wszystko szlag trafia...

7 komentarzy:

  1. To co napisałeś w pierwszym akapicie o odkładaniu dobrych pisarzy na wieczne potem, to moje życie czytelnicze w pigułce...

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam to, ale nie pamiętam. Strugackich kocham, ale raczej za inne teksty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A powiesz mi, za jakie?

      Usuń
    2. Oczywiście! Za Piknik i Ślimaka najbardziej. Piknik to w ogóle jest mistrzostwo świata. Bardzo cenię też cykl o Maksie Kammererze. Patrzę po półkach i sporo mam tych Strugackich :) O, jeszcze Poniedziałek!

      Usuń
  3. A to nie jest czasem tak, że tej "rosyjskiej duszy" nie da się do końca zdefiniować? Wielu chyba próbowało, ale zgody nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, niektórzy to się kłócą, czy w ogóle coś takiego istnieje jak dusza jakiejś nacji. Z tą rosyjską to ja bardziej wyczuwam niż wiem.

      Usuń